Witajcie!


Zaczynamy nową część „Blasku Miryonu”, ostatnią w tym tomie. Jak zapowiadałam, jest ona nieco inna od pozostałych, a dlaczego – na pewno się domyślicie.


Mam nadzieję, że ten etap opowiadania się Wam mimo wszystko spodoba i nie zabijecie mnie za to, co się w jego trakcie wydarzy. ^-^’


Pozdrawiam serdecznie i życzę miłego czytania!


Aru


***


Blask Miryonu


Tom II


Część VIII – „Poszukiwania Arelli”





Rozdział 207


7 dzień leovanu 8976 roku, Norhen – Henvaron (Pałac Królewski), świt


Czarnowłosa i zielonooka dziewczyna kroczyła pośród krzewów i drzew bajecznego, królewskiego ogrodu. Pogoda była przepiękna. Złote Słońce wolno snuło się po błękitnym niebie. Ptaki śpiewały, ścigając się, czyj trel jest ciekawszy i donośniejszy. Kolorowe motyle wdzięcznie unosiły się nad dywanem kwiatów, we wszystkich kolorach tęczy. Łagodny wiatr zafalował jej długimi włosami i czerwoną suknią. Westchnęła. Podeszła do uroczej fontanny, z której tryskała lazurowa i czysta woda. Uśmiechnęła się do ptaków, trzepoczących skrzydłami po powierzchni wody i ćwierkających radośnie.


-        Jak cudownie – mruknęła do siebie. – Mogłabym się nie budzić.


Wówczas mimowolnie zapatrzyła się na wodę i zanurzyła w niej dłoń. Była nagrzana przez Słońce. Przyjemna. I nagle wręcz poparzyła jej rękę. Dziewczyna szybko ją cofnęła i z lękiem spojrzała w wodne lustro. Ku jej zdumieniu zawirowało, tworząc mglisty obraz, który stawał się coraz wyraźniejszy, aż mogła zobaczyć szczegóły. To, co ujrzała, było przerażające.


Płomienie. Krew. Porozrzucane miecze. Ujrzała ciało mężczyzny o jasnych włosach, przebitego na wylot ostrą włócznią. Zadrżała, rozpoznając w nim Gorda. Później zobaczyła jeszcze gorszą wizję – martwą Ellę, leżącą w kałuży własnej krwi. Wzdrygnęła się. Kiedy jednak ukazał jej się obraz Alrena, umazanego krwią z mieczem w dłoni, zesztywniała. Jego oczy były czarne i puste. Uśmiech złowrogi i bezlitosny.


Nie wytrzymała dłużej i odsunęła się od fontanny, zamykając oczy. Potrząsała głową z niedowierzaniem.


-        To niemożliwe. On by tego na pewno nie zrobił! – jęknęła do samej siebie.


Niespodziewanie z fontanny wyskoczył mężczyzna w czarnym stroju. Rozpoznała go natychmiast. Mimo iż spojrzenie i aurę miał inną. Była pewna, że to Alren. Spoglądał na nią z góry, jego oczy zapłonęły zielonym blaskiem i wówczas zrozumiała, co on chce zrobić.


-        Nie. Nie zrobisz tego.


-        Oddaj mi swą duszę, siostrzyczko.


-        Nieeee! – wrzasnęła i wówczas...


Zbudziła się. Akiya dyszała głośno, cała spocona i roztrzęsiona. Rozejrzała się panicznie i uspokoiła dopiero wtedy, gdy zrozumiała, że znajduje się w swojej sypialni. Jej krzyk był jednak tak głośny, że od razu przybiegły służące, by zapytać, czy wszystko w porządku. Odprawiła je, prosząc, by przekazały jej matce, że musi z nią koniecznie porozmawiać.


***


Pół godziny później


W sypialni Akiyi panowała cisza pełna napięcia i złej aury. Księżniczka stała przy oknie i zamyślona patrzyła na piękny ogród królewski, a jej zdenerwowana matka siedziała na ozdobnym fotelu, nieopodal.


Królowa Renalia niepokoiła się stanem psychicznym swej córki. Od kilku dni miewała ona straszliwe koszmary, których bohaterem był Alren. Dziś znów się to powtórzyło. Ich matka również odczuwała pewien niepokój, ale nie taki, jak jej córka. Z zaniepokojeniem czekała na to, co Akiya miała jej do powiedzenia, z samego rana. Fakt, że nie chciała nawet zjeść śniadania, tylko dodatkowo ją martwił.


-        Jadę do Lorionu, mamo – oznajmiła nagle.


-        Co? Do Lorionu? A po co?


-        Odwiedzić Syrianę.


-        Jaki możesz mieć od niej interes? – Zaniepokojenie matki Aki wzrastało z każdą chwilą.


-        Muszę się dowiedzieć, co słychać u Elli, Alrena i Gorda. Jeśli ktoś ma to wiedzieć, to właśnie ona.


-        Czemu tak nagle, Aki?


-        Mam złe przeczucia. Te sny... To nie może być przypadek. Coś się wydarzy lub już wydarzyło. Muszę się dowiedzieć, co. – Spojrzała na matkę zdecydowanie.


-        Ależ Aki...


-        Mamo, martwię się o brata. Naprawdę się martwię. Nie uspokoję się, dopóki z nim nie porozmawiam. Wtedy wrócę.


-        Akiyo, to zły pomysł. Oni są teraz w trakcie niebezpiecznej i ważnej misji, więc...


-        Wiem, co chcesz powiedzieć – przerwała jej. – Ale mylisz się. Nie będę dla nich ciężarem. Potrafię o siebie zadbać.


-        Aki. Posłuchaj mnie! – Renalia złapała ją za dłonie i spojrzała w jej oczy ze smutkiem. – Wiem, że świetnie walczysz, ale wojna to co innego. To walka na śmierć i życie. To nie ćwiczenia.


-        Zdaję sobie z tego sprawę. Mimo to, zaryzykuję.


-        Aki, proszę... Nie idź.


-       Muszę – odparła z naciskiem. – Nie potrafię tego wytłumaczyć, ale czuję, że jeśli tego nie zrobię, będę żałować do końca życia. Poza tym... Pomijając to, królewskie życie to nie dla mnie. Odkąd sięgam pamięcią, skakałam po drzewach, polowałam w lasach, łowiłam ryby, ćwiczyłam fechtunek, podstawy magii i sztukę kontroli naszych mocy. Byłam wciąż w ruchu, wolna, jak ptak. A tu się zwyczajnie duszę.


Akiya podeszła do garderoby i otworzyła ją na oścież, pokazując matce cały rząd sukni. Potem odsunęła szuflady komody, z kolekcją biżuterii, która zalśniła w porannym Słońcu. Spojrzała na to wszystko wymownie, a potem odwróciła się do Renalii. Na twarzy malowała się powaga.


-      Te szaty i ozdoby są piękne, naprawdę, ale ja nadal lepiej się czuję w spodniach. Ten pałac jest cudowny, ogród też, ale czuję się tu, jak w więzieniu – tłumaczyła. – Chcę ujrzeć prawdziwy świat, przeżywać przygody, lepiej poznać brata, który zniknął równie szybko, jak się pojawił. Chcę im pomóc tak, jak potrafię. Zrobić coś, a nie bezczynnie czekać, ciesząc się królewskimi luksusami, aż Ella uratuje nasz świat. Dlatego muszę iść.


-        Rozumiem, że żadne słowa cię nie powstrzymają?


-        Żadne. I nie próbuj, proszę, zatrzymywać mnie siłą. To na nic...


-        Oh, Aki – Renalia ją uściskała. – Umrę tu, zamartwiając się o ciebie.


-        Poradzę sobie, mamo. Obiecuję, że wrócę – rzekła ciepło i ucałowała rodzicielkę.


-        Weź chociaż kogoś ze sobą...


-        Nie. Pójdę sama – uśmiechnęła się lekko. – Zjem coś i ruszam w drogę.


Renalia już nic nie powiedziała. Westchnęła. Nie dość, iż wciąż niepokoiła się o Rena, to teraz przyjdzie jej się martwić jeszcze o Aki. Nie sądziła, że ta dwójka będzie się tak przyciągać.


Z jednej strony rozumiała Akiyę, jej lęk o brata i pragnienie wolności, poznawania świata, ale z drugiej wiedziała, że czeka ją trudna droga. Niestety prawdziwa rzeczywistość bywa okrutna i straszna, pełna przeciwności, fałszywych i wrogich ludzi oraz całej masy innych niebezpieczeństw. Królowa obawiała się, że do tej pory „trzymana pod kloszem” Aki, nie zniesie prawdziwego obrazu świata lub co gorsza – spotka ją nieszczęście. To był jednak jej wybór i musiała go uszanować.


***


Oshelion – Hoser (dom Aigona), wieczór


Ella przez całą noc nie zmrużyła oka. Następny dzień snuła się po pokoju gościnnym u Aigona. Nie przełknęła niczego, ku zmartwieniu Gorda, który z kolei przeżywał to wszystko na swój sposób. Thelina musiała wrócić do Veolii. Jej urząd nie pozwalał jej za długo przebywać w innym kraju.


Złotowłosa przepłakała wiele godzin, ganiąc się za to, że pozwoliła mu wtedy pójść samotnie do Leosu. Przecież wiedziała, że coś się wydarzy. Nastał kolejny wieczór, a ona wciąż myślała o tym, co opowiedziała jej Thelina wczoraj, po przybyciu. Nie mogła w to, w dalszym ciągu, uwierzyć.


Ben zginął. Elen ocalała tylko dzięki Alrenowi, który został porwany. To brzmiało tak nieprawdopodobnie... Jednak Ella nie wątpiła w ani jedno słowo Theliny.


*


Dzień wcześniej


-        Jak to został porwany? – wyjąkała złotowłosa, wlepiając w Thelinę przerażone spojrzenie.


-        Kiedy Alren dotarł do Leosu, znalazł tam ciało martwego Bena, a zaraz potem spotkał niejaką Sylvię, generała Cehronu, która groziła mu śmiercią Elen, jeśli on się nie podda. Alren nie zamierzał siedzieć bezczynnie, ale wówczas Sylvia go wyśmiała, że nie może jej nic zrobić. Pojawił się drugi generał – Xallos z jakimś kryształem w dłoni. Alren ponoć zamarł na widok tego przedmiotu i wówczas Sylvia podstępnie pozbawiła go przytomności, a potem wszyscy zniknęli – zakończyła opowieść.


-        Tak po prostu dał się podejść? – zdumiał się Gord. – Aż trudno mi w to uwierzyć.


-        Podejrzewam, że on wiedział, czym jest ten kryształ, czego my nie wiemy. Poza tym był rozgoryczony śmiercią Bena. Wystarczyła chwila nieuwagi. Najwyraźniej, nawet on ma słabsze strony.


-        Ale skąd ty to wszystko wiesz, Thelino? – spytała Ella drącym głosem.


-        Od Elen. Dziewczyna pozbierała się w końcu i poszła do Eru. Następnie obie teleportowały się do mojej świątyni, gdzie roztrzęsiona i zapłakana dziewczyna zdała mi dokładną relację z tego, co się wydarzyło w Leosie.


-        Biedna... Przeżyła coś tak strasznego. W dodatku została teraz sama – martwiła się Ella, choć jej myśli krążyły wokół Rena.


-      To prawda. Wciąż jest w szoku, ale nie martw się. Ja i kapłanki zaopiekujemy się nią. Zostanie u nas tak długo, jak będzie chciała – zapewniła Thelina.


-        To dobrze. Tylko – Gord zawahał się – co teraz?


*


Obecnie


„Co teraz?” - to pytanie nie dawało Elli spokoju. Jednak nie dane jej było dalej się umartwiać, gdyż do pokoju wszedł Gord, uprzednio pukając. Niósł ze sobą gorącą zupę i grzanki. Popatrzył na nią krytycznie, a potem oznajmił:


-        Nie wyjdę stąd, dopóki tego nie zjesz. Od wczoraj nie wzięłaś niczego do ust. Wystarczy.


-        Nie mam apetytu – odparła.


Gord postawił tacę na stole, a potem usiadł obok niej. Był poważny i szczerze zmartwiony.


-        Posłuchaj. Musisz jeść. Przecież on nie umarł. Na pewno żyje i ma się świetnie, tylko z jakiegoś powodu wciąż jeszcze nie wrócił.


-        Poczekajmy jeszcze jeden dzień. – Spojrzała na niego błagalnie.


-        Ello, to ty tu dowodzisz. Jednak zauważ, że nie możemy sobie pozwolić na dłuższą przerwę. I tak wiele czasu zajęło twoje szkolenie. Musimy jak najszybciej odnaleźć świątynie, Arellę i Siriusa. Jeśli Oriana nas uprzedzi, to będzie po nas.


-        Wiem. Ja to wszystko wiem! – krzyknęła i wstała gwałtownie. – Tylko...


Siła, z jaką przed chwilą wybuchła, nagle gdzieś zniknęła i Ella spoglądała teraz na podłogę całkiem nieobecna. Była zagubiona i tak smutna, że Gord nie mógł na to patrzeć. Wstał więc i objął ją mocno. Broniła się nieco, po czym dała upust emocjom i rozpłakała się. Pokołysał nią lekko i odsunął się, gdy wyczuł, że się uspokoiła. Zmusił ją, by usiadła przy stole i kucnął przed nią, chwytając jej dłonie.


-       Ello. Jestem pewien, że Alrenowi nic się nie stało. Jesteście połączeni. On znajdzie cię wszędzie. Wróci, gdy będzie mógł. Tymczasem my powinniśmy iść naprzód.


-        Wiem. Chyba masz rację. – W jej oczach ujrzał obojętność i pustkę.


-        Dobrze, ale najpierw coś zjedz. Koniec postu. Musisz mieć siły, by sprostać kolejnym wyzwaniom.


Uśmiechnął się do niej, więc odwzajemniła się mu tym samym. Była mu wdzięczna za troskę. Zjadła kolację w jego towarzystwie. Potem, gdy pili herbatę, Gord raczył ją różnymi zabawnymi opowieściami, by na chwilę nie myślała o problemach. Raz nawet się zaśmiała, gdy historia była wyjątkowo zabawna. Co chwilę jednak powaga gościła na jej twarzy.


Krótko przed północą, Ella i Gord przerwali rozmowę, słysząc dziwne odgłosy. Jakby pomrukiwania zwierząt. Potem usłyszeli paniczny krzyk Aigona i szybko zeszli na dół, do niego. Stał tam, cały blady, tyłem do drzwi i patrzył na nich błagalnie.


-        Pomóżcie!


-        Co się dzieje?


-        Hieny...


-        Co? – zdziwiła się Ella.


-        Lodowe Hieny otoczyły mój dom! Są wszędzie. Cale mnóstwo!


-        A czego one tu chcą? – zdumiał się Gord i wyjrzał przez okno.


Zobaczył jedno zwierzę i nagle zrozumiał. Jeden rzut oka zupełnie mu wystarczył do ocenienia sytuacji.


-        Mamy problem. To nie są prawdziwe Lodowe Hieny. To przyzwane magicznie bestie.


-        To znaczy, że...


-        Tak, Ello. Wiedzą, że tu jesteśmy i mają jasne zamiary.


Ren


Tego pana już chyba przedstawiać nie trzeba, prawda? ^^

Aruell
Nastrój: :)
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 206

środa, 16.maja.2012, 00:00


Rozdział 206


6 dzień leovanu 8976 roku, Veolia – Jezioro Liuma, przed południem


Thelina zamachnęła się, by zaatakować Xallosa, ale Ren powstrzymał ją ruchem ręki i spojrzał na wroga podejrzliwie.


-        Jaka to wiadomość? – warknął.


-        Taka, że jeśli za godzinę nie zjawisz się w Leosie, Elen umrze – powiedział spokojnym, lodowatym tonem, a Ren drgnął.


-        Co?


-        To, co słyszałeś. A, i musisz być sam. Jeśli Sylvia zobaczy cię tam z towarzystwem, Elen natychmiast zginie.


Xallos wykorzystał chwilę ciszy, jaka nastała i spojrzał na zszokowaną Ellę. Za swoimi plecami trzymał niewielki, błękitny kamień i teraz patrząc jej w oczy, wypowiadał w myślach starodawne, potężne zaklęcie. Potrzebował jeszcze tylko minuty, by dokończyć rytuał połączenia...


-        Nie odważylibyście się – syknął, choć zimny dreszcz przeszedł mu po plecach.


-        Cóż, możesz nie iść, ale wtedy nie uratujesz już Elen – rzekł od niechcenia. - Przy okazji, dla Bena jest już za późno – dodał z szelmowskim uśmiechem, a Ren poczuł, jak krew mu wrze w żyłach.


-        Nie wierzę... – wyjąkał panicznie


Xallos dokończył rytuał i mógł już wracać. Był zadowolony, że jego wrogowie tak przejęli się nowiną, że nie zauważyli tego, co zrobił.


-        Twój wybór, Alrenie. Ja powiedziałem już wszystko, co chciałem – rzekł i zniknął równie nagle, jak się pojawił.


Alren zacisnął pięści. Złość, która go ogarnęła, obudziła go z transu. Na jego twarzy pojawiła się maska nienawiści. Ella od razu wiedziała, co on zrobi.


-        Idę do Leosu.


-        Zwariowałeś? To na pewno pułapka! – zmartwiła się Thelina.


-        Wiem, ale muszę! – Spojrzał na nią w taki sposób, że Thelinie zmiękły kolana. – Nie pozwolę, by ci dranie zabili Elen. Ona jest dla mnie, jak siostra. Nie... Nie pozwolę. Po moim trupie!


Spojrzał na Ellę tak, jakby szukał w jej oczach pozwolenia lub poparcia, a ona choć z wielkim bólem i strachem, objęła go mocno i skinęła zezwalająco głową.


-      Wiem, że i tak tam pójdziesz – rzekła cicho. – Ale błagam... Uważaj na siebie. Obiecaj mi, że wrócisz cały i zdrowy. - Zerknęła w jego zielone oczy prosząco, a o poczuł ciepło na sercu.


-        Oczywiście, że wrócę – rzekł nieco wzruszony. – Nic mi nie będzie.


Zapadła długa cisza, pełna napięcia. Ella tuliła się z całych sił do Alrena. Thelina martwiła się tą sytuacją, a Gord miał dziwne przeczucie, patrząc na zakochanych, ale nie śmiał mówić o tym na głos.


-        Gdzie się spotkamy? – spytał wreszcie blondyn.


-        Myślę, że najlepiej będzie, jeśli poczekacie na mnie w Oshelionie. Jak tylko załatwię tę sprawę, od razu się tam udam.


-        A nie lepiej by było u mnie? – zdumiała się Thelina.


-        Nie. Szkoda czasu – stwierdził.


-        Ale jak się tam znajdziemy? – Gord był sceptyczny.


-        Udajcie się do miasteczka Hoser, nad jeziorem Nerusavas. Mieszka tam Aigon yu Terrinas, mój dobry przyjaciel. Na pewno was ugości. To tam się spotkamy.


-        Ale... – Ella chciała coś powiedzieć, jednak Ren jej przerwał.


-        Skorzystajcie z kręgu teleportacyjnego w Świątyni Theliny. W Hoser jest druga taka, bliźniacza.


Thelina pomyślała chwilę i uznała, że tak rzeczywiście będzie lepiej. Zrozumiała bowiem, dlaczego Alren tak zasugerował.


-        Masz rację, Ren. Oni wiedzą, że Ella tu jest. Powinna więc jak najszybciej opuścić Veolię.


Alren schylił przed nią lekko głowę z uśmiechem, w geście uznania i Thelina wiedziała, że trafiła w sedno. Ella także miała tego świadomość, ale i tak się bała. Czuła, że jej wszystkie przeczucia powoli się ziszczają. Nie chciała tego.


-        Muszę iść...


-        Wiem.


-        Ello. – Spojrzał na nią z bólem, widząc, jak dziewczyna drży.


Złotowłosa objęła go mocno i mało nie udusiła, a potem pocałowała go tak namiętnie, że zakręciło mu się w głowie. Z trudem się od niej oderwał. Pogładził jej policzek z błyszczącymi oczami.


-        Wrócę. Nie martw się – rzekł jeszcze, po czym zniknął, jak duch.


Ella objęła się ramionami. W jej oczach był wyłącznie strach. Gord intuicyjnie wyczuwał, o co chodzi i położył jej dłoń na ramieniu. Uśmiechnął się lekko, a ona spuściła głowę. Po chwili odezwała się Thelina.


-        Ruszajmy. Nie traćmy czasu.


***


Leos, pół godziny później


Gdy Alren dotarł w błyskawicznym tempie do Leosu, zamarł w bezruchu, widząc ciało Bena, leżące przed jego domem. Czuł, jak momentalnie robi mu się zimno. Podbiegł do niego szybko i z lękiem sprawdził jego puls, mimo iż po rozległej ranie ciętej brzucha, można było się domyślić, że mężczyzna nie żyje. Łzy stanęły mu w oczach, gdy patrzył na trupio bladą twarz starca, którego wielbił, jak ojca.


-        Dlaczego? – głos mu się załamał. - Dlaczego ty? Och, Ben... Wybacz mi...


Ren był roztrzęsiony. Szybko jednak jego myśli zaślepiło jedno imię. Elen. Nie mógł dopuścić do tego, by i ją zabili. Bez problemu odnalazł jej aurę. Oczy zaszły mu mgłą nienawiści, gdy ujrzał kobietę w czarnej zbroi i Elen. Pamiętał jej twarz. To ona była z Xallosem, gdy odnaleźli Calinę na Kher. Trzymała Elen lewą ręka za szyję. W drugiej miała sztylet wymierzony w jej pierś. Uśmiechała się złowieszczo. Mimo to Ren dostrzegał jeden pozytywny fakt w tej sytuacji - Elen wciąż żyła.


-        Ren! Ren... – krzyczała dziewczyna.


-        Zamknij się, smarkulo! – Kobieta przydusiła ją mocniej.


-      Kolejny generał – rzekł Alren zabójczo niskim i złowieszczym głosem, gromadząc w dłoniach energię magiczną. – Więc jesteś Sylvia...


-        O, widzę, że Xallos zdradził ci moje imię - zaśmiała się. – Doskonale. Nie muszę się przedstawiać. A teraz poddaj się, albo poderżnę jej gardło i upoję się jej krwią.


-        Jeśli to zrobisz, nie dożyjesz dzisiejszego wieczoru – syknął wściekle.


-        Nie możesz mnie zaatakować – zaśmiała się szelmowsko.


-        Tak? Zdradź mi jeden powód, dla którego nie miałbym cię zmiażdżyć jednym czarem.


-        Oto twój powód – Ren usłyszał nagle Xallosa, który pojawił się tuż za nim, z kryształem w ręku. – Wiesz, co to jest?


Alren w pierwszej chwili nie zrozumiał, ale zaraz potem poczuł energię Elli, emanującą z tego klejnotu i zwątpił. Coś mu przyszło do głowy.


-        To niemożliwe...


-        A jednak! – krzyknęła Sylvia, zjawiając się tuż za nim, w błyskawicznym tempie.


Kobieta wykorzystała chwilę nieuwagi Alrena i użyła na nim potężnego zaklęcia ogłuszającego. Alren zaklął, po czym osunął się na ziemię, bez przytomności. Xallos i Sylvia spojrzeli na siebie, z triumfalnymi uśmiechami, a potem zniknęli wraz z ciałem Rena.


Elen patrzyła przed siebie, roztrzęsiona. Dookoła widziała tylko śnieg. Wszystko to, co tu się przed chwilą zdarzyło, trwało zaledwie kilka sekund. Sylvia nagle ją puściła i zaatakowała Alrena, gdy Xallos odwrócił jego uwagę. A potem wszyscy troje zniknęli. W tej koszmarnej chwili była w stanie myśleć tylko o jednym – jej ojciec nie żyje, a Alren wpadł w tarapaty, ratując ją. Nie wiedziała, co robić. Bezradność spłynęła łzami po jej policzkach, raniąc duszę. Strach całkowicie sparaliżował jej ciało i umysł. To był dla niej koniec wszystkiego.


***


Oshelion – Hoser (dom Aigona), wieczór


Thelina przeniosła się do Oshelionu wraz z Ellą i Gordem. Pomogła im odnaleźć dom Aigona. Znajdował się nad samym jeziorem. Mężczyzna, słysząc o Alrenie i widząc Arcykapłankę Veolii na własne oczy, co było nie lada wydarzeniem dla zwykłego człowieka, wpuścił dwójkę do swego domu i obiecał gościnę. Thelina wróciła do Veolii, a Aigon zaproponował gorącą kolację.


Jego dom był przytulny. Przypominał góralską chatkę. Było tu ciepło i ładnie, choć dość skromnie. Zasiedli do drewnianego stołu i skosztowali tradycyjnej zupy tego kraju oraz podgrzewanego wina z cytryną. Aigon okazał się być bardzo miłym i poczciwym, starszym mężczyzną. Mimo pierwotnego zaskoczenia gośćmi, już po godzinie, traktował ich jak swoich przyjaciół.


Po posiłku Aigon opowiedział im historię o tym, jak poznał Alrena. Zdarzyło się to ponoć wiele lat temu, kiedy podróżował on po świecie z Harionem. Ren uratował Aigonowi życie, kiedy zaatakowały go Lodowe Hieny, choć był wtedy jeszcze smarkaczem. Bardzo zaimponował tym starcowi i od tamtej pory przyjaźnili się. Aigon miał nadzieję rozweselić tą opowieścią Gorda i Ellę, gdyż wyczuwał ich obniżone nastroje, ale efekt był odwrotny. Zasępili się jeszcze bardziej.


-        Dlaczego jesteście tacy przygnębieni? – w końcu zapytał wprost.


-        Martwimy się o Alrena.


-        Niepotrzebnie. On przecież umie o siebie zadbać.


-        Tak, wiemy, ale i tak... – Gord spojrzał porozumiewawczo na Ellę.


Aigon zamyślił się. Wyczuwał, że to poważniejsza sprawa. Ella skinęła tylko głową, aż nagle poczuła silny, nieprzyjemny dreszcz i gwałtownie wstała od stołu. Dyszała głośno. Na jej czole pojawił się pot. Serce łomotało jej w piersi. W oczach zaś miała obłęd. Gord wystraszył się, widząc tę gwałtowną zmianę.


-        Co ci jest? – Wstał i chwycił ją za ramię, ale zaraz odsunął się, czując jej drżenie.


-        Ren...


-        Co?


-        Ren... – powtórzyła, łapiąc się za serce.


-        Ello! Co się dzieje? – Zmusił ją, by na niego spojrzała, a ona uroniła łzy.


-        Renowi coś się stało... Coś bardzo złego... – wyksztusiła z bólem w głosie.


-        Skąd wiesz?


-        Wiem, po prostu wiem...


Gord nie wiedział, jak się zachować. Aigon był zbyt zaskoczony jej dziwnym zachowaniem, by cokolwiek odpowiedzieć. Ella natomiast patrzyła tępo w kubek, na stole i wciąż drżała, ocierając swe ramiona. Gord myślał gorączkowo, co powiedzieć, co robić, by ją uspokoić, kiedy nagle drzwi do domu Aigona otworzyły się i do środka wpadła Thelina. Wszyscy troje spojrzeli na nią z wielkim zdumieniem. Nie wyglądała najlepiej.


-        Złe wieści! – krzyknęła.


-        Thelina? Co ty tu robisz? – spytał Gord. – Nie miałaś być w Veolii?


-        Byłam. Jednak dowiedziałam się tam czegoś, co musiałam wam niezwłocznie przekazać – mówiła niespokojnie, nerwowo. – Lepiej usiądźcie...


-      Co się stało, do cholery?! – jęknął Gord. – Najpierw Ella, teraz ty. – Domyślał się co, ale nie chciał dopuścić tej myśli do świadomości.


-        Ren – wyksztusiła z trudem – został porwany przez cehrońskich generałów.


Ciąg dalszy nastąpi...


Koniec Części VII

Aruell
Nastrój: :)
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 205

wtorek, 15.maja.2012, 00:00


Rozdział 205


5 dzień leovanu 8976 roku, Veolia – Eolium (Rezydencja Theliny), noc


Dochodziła północ. Alren, Ella i Gord znajdowali się już w Rezydencji Theliny, w Veolii. Otrzymali dwa pokoje – dla Gorda oraz Elli i Rena. Musieli odpocząć przed jutrzejszą wyprawą do ruin, zwłaszcza, jeśli mogła to być pułapka.


W Elmeronie pożegnali się z Królową Miyosere i jej córką, a także z Soaną. Elfka ukończyła swe zadanie. Miała nauczyć Mirellę łucznictwa i zaprowadzić ją do Elmeronu na drugą cześć szkolenia. Jej misja dobiegła końca i teraz musiała wrócić do obowiązków Strażnika Królewskiego, zwłaszcza, że otrzymała awans. Obiecała jednak, że jeśli tylko będą jej potrzebowali, niezwłocznie przybędzie na wezwanie. Ella i jej obrońcy nie mieli wątpliwości, że jeszcze się z nią spotkają.


Złotowłosa nie zamierzała jeszcze kłaść się spać. Apartament, po którym teraz spacerowała, był dla niej szczególnie sentymentalny. Stanęła przy oknie i spoglądała na ośnieżony dziedziniec świątyni. Srebrno-niebieski blask księżyców odbijał się w białych kryształkach i wywoływał jej uśmiech. Nie mogła przestać wspominać. To tutaj po raz pierwszy poczuła się bliższa Alrenowi. To tutaj po raz pierwszy się z nim kochała. To tutaj zniknęły kajdanki, które łączyły ich ręce od incydentu nad jeziorem Eloy. Westchnęła głośno i uniosła lewą dłoń, by po raz niewiadomo który, obejrzeć swój pierścionek zaręczynowy. Uśmiechnęła się do siebie. Przebyli długą drogę.


Ella była tak zamyślona, że niemal podskoczyła, słysząc niespodziewanie głos Alrena, który właśnie wyszedł z łazienki.


-        Wspominasz? – spytał z lekkim rozbawieniem w głosie.


Odwróciła się do niego przodem i zarumieniła, widząc jego znaczący uśmiech. Zerknęła z powrotem na pierścionek, czując, jak jej serce przyspiesza.


-        Trochę.


Gdy znów uniosła głowę, on stał już tuż przed nią. Jego czarne włosy były jeszcze wilgotne, a jedwabny, biały szlafrok idealnie podkreślał jego ciemną karnację. Spojrzała mu w oczy i zatonęła w tej przenikliwej, magicznej zieleni. Nie wytrzymała dłużej. Stanęła na palcach i złożyła na jego ustach namiętny pocałunek, opierając się dłońmi o jego szeroką pierś. Co chwilę wzdychała, aż w końcu oplotła go ramionami wokół szyi i szeptała na ucho.


-        Kochaj mnie, Ren. Pragnę cię...


-        Oho, widzę, że to miejsce działa na ciebie, jak afrodyzjak – zachichotał, obejmując ją w pasie i przyciągając do siebie.


-        Oj tak – mruknęła. – Pamiętasz, co tu się wydarzyło, prawda? – spytała, całując jego częściowo odsłonięty tors i gładząc jego plecy.


-      Jak mógłbym zapomnieć? Tutaj moja słodka Ella straciła dziewictwo – szepnął jej zmysłowo na ucho, a ona spąsowiała, słysząc taki ton.


Poczuła się przez chwilę tak, jak tamta zagubiona dziewczyna, spragniona bliskości. Tylko przez chwilę. Zaraz sobie bowiem przypomniała, że Ren jest teraz jej narzeczonym, że do niej należy całą duszą i ciałem. Szalała na jego punkcie, a on na jej. Wiele się więc zmieniło od tamtej nocy.


Dotykała go bez opamiętania, zdejmując z niego niepotrzebne odzienie. Chciała mu coś odpowiedzieć, ale zamiast tego jęknęła głośno, gdy dłonie Rena zawędrowały do najczulszych miejsc jej ciała, a usta pieściły jej szyję.


-        Och Ren... Gdybyś wiedział...


-        Co? – spytał coraz mniej przytomny, zsuwając jej ozdobną halkę na podłogę.


-        Gdybyś wiedział, jak bardzo cię kocham.


-        Przecież wiem – mruknął zmysłowo i podciął jej nogi tak, że upadła miękko na łóżko, które stało tuż za nią.


-        Nie wiesz – jęknęła, sięgając łapczywie po jego usta i rozwiązłym pocałunkiem odebrała mu oddech. – Nikt tego nie wie.


Był lekko zaskoczony intensywnością pieszczoty. Wyczuwał w niej coś dziwnego. Jakby się czegoś bała. Jakby to miał być ich ostatni raz. Pokręcił głową, że to przecież niedorzeczny pomysł i odwzajemnił jej pocałunek, nie mniej drapieżnie.


Wplotła palce w jego gęste włosy, nie przerywając cyklu rozwiązłych  pocałunków. Przewracali się na łóżku co chwila, wsłuchując się w niespokojne oddechy i rytmy swych serc. Raz ona była na górze, raz on. Nie mogli nasycić swoich ust. W końcu Ren zszedł niżej, racząc jej ciało falą namiętnych pieszczot. Spazmatyczne jęki Elli napędzały go. Złączyli się w jedność tak gwałtownie, że całe łoże zadrżało, stukając, o stojące obok szafki. Kierowani szaleńczym pragnieniem, kochali się coraz szybciej. Poduszki, nie wiadomo dlaczego, znalazły się pod oknem. Kołdra nakryła podłogę, niczym dywan, a prześcieradło przypominało wzburzone morze. Ale oni tego nie widzieli. Ich ciała były rozgrzane i wilgotne, drgające z rosnącego podniecenia. Obchodziła ich wyłącznie przyjemność, która falami zalewała ich umysły. Kiedy rozkosz była zbyt wielka, wybuchła w postaci spazmów i kolorowych plam pod zamkniętymi powiekami.


-        Co tu się stało? – spytała po chwili, kiedy już odzyskała świadomość po szaleńczym stosunku i ujrzała bałagan wokół łóżka.


-        Może tornado?


-        Jak mogliśmy go nie zauważyć? – zakpiła wesoło.


-        Najwyraźniej mieliśmy ważniejsze sprawy na głowie – mruknął, obejmując ją od tyłu i całując w kark.


-        Ren... – zarumieniła się. – Doprowadzasz mnie do szaleństwa.


-        I wzajemnie, kotku – szepnął i skubnął zębami jej ucho.


Ella westchnęła i odchyliła głowę do tyłu, opierając ją o jego tors. Ren oplótł ją ramionami na wysokości jej piersi. Chcieli czuć swoje ciepło. Milczeli. Słowa były zbędne. Tej nocy powtórzyli zbliżenie wielokrotnie, aż wreszcie położyli się obok siebie – spełnieni i szczęśliwi.


-        Zmieniłaś się od naszego pierwszego razu, wiesz? – zachichotał jej koło ucha, rozpalając jej policzki.


-        Tak? A co takiego się zmieniło? – spytała wesoło.


-        Prawie wszystko.


-        Powiedz to. Naprawdę nie wiem, o czym mówisz – podpuszczała go.


-        Wiesz, nie zgrywaj się. – Nie dał się sprowokować do zwierzeń.


Zamiast tego ją pocałował. Nie opierała się. Wręcz przeciwnie, znów się rozgrzewała. Jej rosnące podniecenie rozbawiło Rena.


-        Jesteś dziś wyjątkowo nienasycona – stwierdził, obrysowując jej twarz palcami. – Co się dzieje? – spytał poważniej.


-        Nic... – jęknęła, wtulając się w jego tors.


-        Przecież widzę.


-        Nie chcę cię stracić. Tak się boję, Ren.


-        Znowu? Och, Ello. Dlaczego miałabyś mnie stracić? – zdziwił się i uniósł jej podbródek. – Co ci znów przyszło do głowy? – Zmarszczył czoło, widząc w jej oczach szczery lęk.


-        Przeczucie.


-      Ach, te twoje przeczucia – westchnął bezradnie, a potem pocałował ją delikatnie w usta. – Kocham cię, Ello. Nie stracisz mnie. Nigdy...


-        Mam nadzieję, bo bez ciebie nie umiem już żyć – mruknęła, gładząc go po policzku, a on przytulił ją do siebie mocno.


-        Ja bez ciebie też.


Ella westchnęła, a niedługo potem usnęła, czując delikatne pieszczoty Rena, który gładził jej twarz opuszkami palców i bawił się jej włosami. Wiedział, że ona to lubi. Jednocześnie rozmyślał, coraz bardziej martwiąc się tymi przeczuciami Elli. Jej koszmarami w Elmeronie i obawami, że coś mu się stanie. Jednak i jego wkrótce zmorzył sen.


***


6 dzień leovanu 8976 roku, Veolia – Jezioro Liuma, poranek


Nazajutrz Thelina wraz ze strażą zaprowadziła Ellę, Alrena i Gorda nad jezioro Liuma, o magicznej, fioletowej barwie. Kazała straży otoczyć całe wybrzeże i obiecała zaczekać na nich, wraz z Gordem, który i tak nie mógłby wejść do świątyni, na lądzie. Tymczasem Ren i Ella, używając lewitacji i magicznych kopuł powietrznych, zeszli na dno, by dotrzeć do ruin. Gord i Thelina byli pewni, że nigdy nie zapomną tego zjawiska, które zaobserwowali kilka minut później.


Przez powierzchnię wody przenikały jasne, błękitne promienie światła. Potem był wielki wybuch i fioletowa woda trysnęła w górę, niczym wodospad, nie poddany prawom grawitacji. Ziemia zadrżała, a z jeziora wyłoniła spora wyspa, na której znajdowała się odbudowana, starożytna Świątynia Miryonu. Gdy woda dookoła budowli uspokoiła się, Gord i Thelina z daleka zauważyli Alrena i Ellę wchodzących do świątyni.


-        Niezwykłe... – stwierdził Gord.


-        Też tak uważam. Byliśmy świadkami kolejnego, historycznego wydarzenia.


Tymczasem we wnętrzu świątyni, Alrenowi i Elli rzucił się w oczy pokaźny ołtarz z posagiem bogini Miry. W dłoni trzymała niewielki, przezroczysty klejnot, lśniący czystym, białym światłem. Ella znów poczuła się dziwnie, przebywając w tej świątyni. Cichy głos w jej głowie podpowiedział jej, co robić.


-        Musimy zabrać ten kamień.


-        Dlaczego?


-        Mira podpowiada mi, że to Aiserus. Skarb tej świątyni.


-        Aiserus? Żartujesz? – Ren otworzył oczy szeroko ze zdumienia.


-        Nie... Wiesz, co to jest?


-       Tak. Czytałem o tym. To Święty Kryształ Czystości. Jeśli w pobliżu znajduje się coś lub ktoś, o negatywnej, złej aurze – on staje się czarny. W zależności od intensywności koloru – określa stopień zagrożenia. Jeśli zaś lśni na biało, oznacza to wyjątkowo dobrą aurę.


-        Czy potrafi oczyszczać ze zła?


-       Nie wiem, ale na pewno bezbłędnie ostrzega przed kłopotami – odparł. – Zaraz po niego sięgnę. Odniesiemy go, jak tamtą księgę, do Alorii.


Ella skinęła głową na zgodę. Alren użył telekinezy, by sprowadzić klejnot do swej dłoni i zaśmiał się, widząc, jak kryształ przybiera jasnoszary, mętny kolor.


-        Co to oznacza?


-        Tylko tyle, że nie jestem aniołkiem – zakpił, a ona pokręciła głową z niedowierzaniem i wzięła od niego kryształ.


Klejnot rozbłysnął oślepiająco jasnym, białym światłem. Alren uśmiechnął się szeroko i szczerze.


-        Widzisz? Działa tak, jak mówiłem. Twoje serce jest czyste i dobre, dlatego kryształ jest nieskazitelny i lśniący. – Pogładził jej policzek, a ona zarumieniła się. – Dobra, chodźmy do zachodniej ściany świątyni po kolejny wers zagadki.


-        Dobrze.


Gdy określili zachód, Ella dotknęła ściany, a Alren przeczytał na głos napis, który zalśnił zaraz potem na ciemnogranatowych cegłach, z których zbudowano świątynię.


-        „I do Oka Boga prośby zwraca, by światłością ląd ten obdarzył”.


Ella cofnęła się i napis zniknął. Spojrzała na Alrena, który dla pewności zapisał wers na kawałku pergaminu.


-        Co w sumie mamy?


-        Dwa wersy. Ze świątyni w Norhenie – „Daleko na zachodzie, gdzie Słońce zasypia, strumień mądrości ląd przemierza” oraz z tej - „I do Oka Boga prośby zwraca, by światłością ląd ten obdarzył”.


-        Chyba nie jest po kolei...


-        Owszem. W Norhenie jest pierwsza ze świątyń, druga mieści się w Oshelionie, a ta? Nie wiadomo, która jest – zamyślił się. – W każdym razie drugi  wers zagadki jest w Oshelionie.


-        Czyli musimy uzbroić się w cierpliwość.


Już mieli opuścić świątynię, gdy nagle Ella, kierowana intuicją, zatrzymała się przy wschodniej ścianie i dotknęła jej. Ujrzeli podświetloną rycinę z opisem.


-        Co to jest? – zdziwiła się. – Ten rysunek to pentagram, prawda?


-        Tak. Poczekaj. Przestudiuję to.


Alren obejrzał wszystko dokładnie, pomyślał i wreszcie zrozumiał, o co w tym chodzi. Ella podeszła do niego i patrzyła pytająco w jego zszokowane oczy.


-       To była mapa świątyń, Ello – rzekł podekscytowany. – Powstało sześć świątyń w kolejności: Norhen, Oshelion, Veolia, Igher, Gheva i Aloria.


-        Aloria? – zdumiała się. – Coś takiego...


-      Teraz wiemy, gdzie są świątynie i w jakiej kolejności należy przeczytać zagadkę. Wszystko pasuje. – Był zachwycony jej odkryciem. – Skąd wiedziałaś, że to tu jest?


-        Nie wiedziałam.


-        W takim razie twoja intuicja jest doskonała! Jesteśmy coraz bliżej rozwiązania tej łamigłówki.


-        Mam nadzieję, że nie wszystkie moje przeczucia się sprawdzą – mruknęła pod nosem.


-        Mówiłaś coś?


-        Nie, nic... Wracajmy. Nie mamy tu już nic do roboty.


Po chwili spotkali się z Theliną i Gordem na wybrzeżu. Opowiedzieli dokładnie, co znaleźli i odkryli, a potem zamierzali wrócić do Rezydencji Theliny, by wszystko przedyskutować, kiedy nagle zerwał się silny, mroźny i złowieszczy wiatr. Ella zauważyła, że klejnot ze świątyni stał się czarny, jak węgiel i wiedziała już, że idą kłopoty. Nie pomyliła się. Nie minęła minuta i na niebie pokazał się Xallos.


-        Witajcie – rzekł lodowatym, kpiącym tonem.


-        Xallos – jęknęła Ella, a Ren i Gord odruchowo zasłonili ją swoimi ciałami.


-        O? Pamiętasz moje imię? Jestem zaszczycony, Wasza Wysokość.


-        Czego chcesz? – warknął brunet, koncentrując energię.


-        Niczego. Przybywam, by przekazać ci pewną wiadomość...


 

Aruell
Nastrój: :)
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 204

czwartek, 10.maja.2012, 00:00


Rozdział 204


5 dzień leovanu 8976 roku, Elmeron – Elmerasia (Pałac Królewski), popołudnie


O czwartej po południu narzeczeni wstali, by zjeść obiad w towarzystwie Królowej Miyosere i Królewny Alorashii, jak obiecali na wczorajszej audiencji. Zdziwili się wówczas, gdy dowiedzieli się, że Gorda nie ma w pałacu, choć miał im towarzyszyć. Mimo braku kompana udali się do jadalni, w nadziei, że królowa wie, gdzie on się znajduje.


-        Witajcie, zapraszam – rzekła Miyosere, wstając na chwilę z ozdobnego krzesła, na samym końcu długiego stołu.


Królewna, która siedziała obok, ukłoniła im się wdzięcznie. Alren i Ella przywitali się, a potem usiedli naprzeciwko Alorashii, po prawicy Miyosere. Na stole znajdowały się liczne przysmaki elfiej kuchni.


-        Miyosere, czy wiesz, gdzie jest Gord? – spytał Alren.


-        Tak – królowa nagle spoważniała - udał się do Eronu, ale obiecał, że wróci przed wieczorem.


-        Do Eronu? Po co?


-        Rano miało tam miejsce wtórne trzęsienie ziemi. Podobno znacznie silniejsze, niż to ostatnie. Zginęło wielu moich poddanych, ale jeszcze nie wiem, ilu dokładnie. Czekam na raport.


-        Co takiego? To straszne – Ella natychmiast straciła apetyt. – Tak mi przykro.


-        Dziękuję. – Miyosere uśmiechnęła się na chwilę. – Kiedy Gord o tym usłyszał, postanowił się tam udać i coś sprawdzić.


-        Rozumiem – odparła smutno Ella, myśląc o Kori i Ulgriffie.


Posiłek przebiegał bez zakłóceń, choć raczej w żałobnej atmosferze. Rozmowy o Eronie, wyrazy współczucia, uprzejmości i nie do końca szczere uśmiechy wypełniały im czas. Do chwili, gdy do sali wkroczyła Soana i coś wyszeptała Królowej na ucho. Miyosere skinęła głową, dając jej do zrozumienia, że się zgadza. Natomiast Alren i Ella zastanawiali się, co się dzieje.


-        Wygląda na to, że macie nieoczekiwanego gościa – rzekła Miyosere.


-        Gościa?


-        Przybyła Arcykapłanka Veolii.


-        Thelina? – Ren i Ella spytali równocześnie, zupełnie zaskoczeni.


-        Tak. To ja – usłyszeli zaraz potem właśnie jej głos, gdy tylko weszła do jadalni i ukłoniła się Królowej Miyosere oraz jej córce. – Alrenie, Mirello... Musimy niezwłocznie pomówić.


***


Kilka minut później


Alren i Ella zaprowadzili Thelinę do swoich komnat. Byli zaniepokojeni. Wiedzieli, że tak niecodzienna wizyta wiąże się z czymś ważnym. Gdy więc usiedli w zamkniętym pokoju gościnnym i pili gorącą herbatę, Ella do razu przeszła do rzeczy.


-        Co cię do nas sprowadza? Co się stało? – Była bardzo niespokojna.


-        Nic strasznego się nie stało. Uspokój się, Ello – odparła, a złotowłosej nieco ulżyło.


-        Nie mów, że to spotkanie wyłącznie towarzyskie – Ren spojrzał na nią znacząco.


-        Oczywiście, że nie. Mam dla was ważną informację, choć jest w tym coś niepokojącego...


-        To znaczy? – Ella skupiła się maksymalnie.


-       Dwa dni temu otrzymałam list, w którym podano dokładne położenie jednej z sześciu starożytnych Świątyń Miryonu, na terenie Velii.


-        Co? – zdumiał się Ren.


-       Przysięgam, że mówię prawdę. Wiadomość była na tyle ważna, że sprawdziliśmy to. Rzeczywiście, w miejscu wskazanym przez autora listu, są ruiny jednej z tych świątyń.


-        Gdzie? – Alren podniósł głos, przejęty nowinką.


-        Na dnie jeziora Liuma.


-       Coś takiego! – Ren pokręcił głową z niedowierzaniem. – To wiele wyjaśnia. To jezioro ma niezwykłe właściwości właśnie z tego powodu.


-      Prawdopodobnie. Mówię wam o tym, bo wiem, że szukacie tych świątyń. Prędzej czy później trafilibyście do Veolii. Tej świątyni jednak już nie musicie szukać.


-     Fakt. W takim razie, zanim udamy się do Oshelionu, gdzie jest kolejna świątynia, wpadniemy do Veolii, by wskrzesić tę znalezioną – rzekł Ren.


-        Coś mi się tu nie podoba – rzekła Ella, zaskakując Rena.


-        Ona ma rację, Ren. Mnie też to niepokoi. Bo widzisz, ten list był anonimowy i dziwnie napisany.


-        Hmm. – Ren zamyślił się. – Innymi słowy. Sugerujesz, że ktoś bardzo chce nas tam ściągnąć?


-       Właśnie – potwierdziła Thelina. – Odkrywcy zwykle życzą sobie słonej zapłaty za udostępnienie informacji, o swym znalezisku i równie często w ogóle zachowują to dla siebie. Tymczasem on tylko wysłał anonimowy list. Poza tym dziwne jest to, że wiedział dokładnie, czego to są ruiny, choć nieliczni pamiętają w ogóle, o istnieniu tych świątyń. Nie mówiąc już o rozpoznaniu ich po szczątkach. Nie wiem, jak wy, ale ja uważam, że to ewidentna pułapka.


-      Zgadzam się – rzekł po namyśle Ren. – Jednak i tak musimy przebudzić wszystkie świątynie. Prędzej czy później tam pójdziemy. Jeśli to pułapka, najlepiej dowiemy się, kto na nas poluje i czego chce, będąc na miejscu.


-        Niby racja, ale... – Thelina miała złe przeczucia.


-        Ello, zgadzasz się? – spytał ją spokojnie, zaskakując tym nieco. Rzadko kiedy pytał ją o zdanie w takich sprawach.


-       Szczerze mówiąc, nie podoba mi się ten pomysł, ale chyba nie mamy wyboru – rzekła szczerze. – Lepiej rozwiązać tę sprawę teraz, niż zwlekać.


-        Zatem postanowione.


-       Dobrze – Thelina wstała. – Udajcie się ze mną do Veolii. Przenocujecie w mojej rezydencji, a jutro osobiście zaprowadzę was do tych ruin. Co wy na to?


-      Zgoda. Jednak musimy poczekać, aż Gord wróci z Eronu – rzekł Ren, pokazując Thelinie, by usiadła. – Tymczasem opowiedz nam, co u ciebie słychać...


***


Wczesny wieczór


Soana przerwała miłą rozmowę Elli, Rena i Theliny, informując ich, że Gord wrócił, ale jest w złej kondycji psychicznej. Wszyscy troje chcieli pójść od jego komnaty i sprawdzić, co się stało, ale Ella stwierdziła, że lepiej, jeśli sama z nim porozmawia. Ren nie protestował. Wraz z Theliną zaprosili Soanę na herbatę, a  złotowłosa udała się do sali obok.


Ella zapukała i od razu weszła do środka. Znalazła Gorda na tarasie, opartego o framugę. Nie odwrócił się do niej, choć na pewno ją usłyszał. Wiedziała, że wydarzyło się coś złego. Przeczuwała, co dokładnie.


-        Gordzie... – rzekła, gdy zatrzymała się tuż za nim.


-        Proszę. Zostaw mnie na chwilę samego – odparł zduszonym głosem. – Obiecuję, że za godzinę wrócę do siebie.


-        Ale... – Dotknęła jego ramienia i chciała spojrzeć mu w twarz, ale odwrócił głowę.


-        Nie. Nie patrz na mnie.


Ella zmarszczyła brwi. Odwróciła go siłą i zerknęła prosto w jego załzawione, błękitne oczy. Coś ją ukłuło w sercu i odruchowo otarła jego łzy z policzków. Gord zarumienił się mimowolnie, a potem odsunął o krok.


-        Co się stało? – spytała cicho i łagodnie, choć znała odpowiedź.


-        To trzęsienie było silniejsze – zdecydował się to wyrzucić z siebie. – Widziałam straszliwy obraz. Z Eronu zostały tylko gruzy. Wszędzie leżały ciała Elfów. Jedynie Ulgriff i około stu innych szczęśliwców ocalało ze wszystkich mieszkańców miasteczka. Tysiące ofiar... Odór i krew.


Ella zadrżała, wyobrażając sobie to i poczuła ogromny smutek. Pomyśleć, że nie tak dawno temu tam była. Eron dotknął podwójny cios ze strony natury, którą elfy tak uwielbiały. Jednak ona wiedziała, kto jest prawdziwym winowajcą tej tragedii. Na myśl o Orianie krew się w niej zagotowała. Gdyby nie ona, nic by się nie wydarzyło. Prawdopodobnie nawet by nie trafiła do tego świata. Choć... za to akurat była jej wdzięczna.


-        Jestem przyzwyczajony do takich widoków – kontynuował Gord, patrząc na coraz to ciemniejsze niebo. – Jakoś się trzymałem. Jednak kiedy pod jednym głazem znalazłem ją, coś we mnie pękło...


-        Kori – Głos Elli zadrżał.


-      Tak. Jej ciało było przygniecione i zmasakrowane. Ledwo ją poznałem. Stałem i patrzyłam na nią tak długo, aż za sprawą śpiewu kapłanów zamieniła się w zieloną kulę światła i zjednoczyła z Duchem Natury. Jej rodzice, jak się dowiedziałem, też zginęli. Magia kapłanów potrafi zwracać naturze ciała, natychmiast po śmierci i naprawiać domy, ale nie jest w stanie wskrzeszać. Niestety – opowiadał z przejęciem w głosie. -  To takie niesprawiedliwe... Była młodziutka, mądra i słodka. Miała całe życie przed sobą i z pewnością zostałaby kimś wielkim. Dlaczego to się stało? – ubolewał nad śmiercią Kori.


-        To zabrzmi okrutnie, ale taka jest natura. Jedni umierają, drudzy się rodzą. Jedni dostają dwie szanse na życie, inni - żadnej. A sprawiedliwość? – zrobiła wymowną pauzę – Sprawiedliwości nie ma na żadnym świecie.


-        Prawda. Wiesz, nie sądziłem, że jej śmierć tak mną wstrząśnie.


-     To naturalne. Zwłaszcza u tak wrażliwego człowieka, jak ty. – Uśmiechnęła się do niego lekko. – Mnie też jest jej żal. To naprawdę przykre. Kori była cudowną dziewczynką i nie powinna była zginąć. Jednak co się stało, to się nie odstanie.


-       Chwilami myślę, że gdybym został tam te dwa dni dłużej... Gdybym tam był, uratowałbym ją i wielu innych. Gdybyś ty tam była, może nawet nikt by nie zginął. – Zacisnął pięści. – I pomyśleć, że miałem złe przeczucie. Nie chciałem jej tam zostawiać. Kori też wiedziała, że to nasze ostatnie spotkanie. Powiedziała mi o tym, gdy się żegnaliśmy. A ja odszedłem. Nie posłuchałem intuicji.


-        Gordzie! Nie myśl w ten sposób! – krzyknęła, szarpiąc go za rękę. – Na pewne rzeczy nie mamy wpływu. To nie jest niczyja wina. Tak widocznie musiało być, choć jest to straszne. Gdyby miało być inaczej, Kori znalazłaby się wśród ocalałych.


-        Pieprzone przeznaczenie! – syknął, uderzając o balustradę ze złości.


-     Spokojnie – rzekła łagodnie i objęła go. – Musisz iść dalej. Zachowaj wspomnienie o Kori w sercu, ale nie rozpamiętuj tej tragedii. To nie prowadzi do niczego dobrego.


-        Masz rację. Dziękuję, że do mnie przyszłaś.


-        Nie ma sprawy. Jesteśmy przecież przyjaciółmi.


-        Tak...


Gord westchnął, przytulił delikatnie Ellę i poczuł, jak zalewa go jej ciepło. To było przyjemne doświadczenie. Szybko się jednak opamiętał i odsunął nieco zmieszany, co wywołało delikatny uśmiech na jej twarzy.


-        Nie martw się. Ren nas nie widzi, więc jesteś bezpieczny – zażartowała.


-        To nie było śmieszne – zaśmiał się, wbrew temu, co powiedział.


-        Posłuchaj – spoważniała. – Zaraz ruszamy do Veolii.


-        Do Veolii? Po co?


-        Chodź ze mną. Po drodze wszystko ci wyjaśnię.


 

Aruell
Nastrój: ^^
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 203

środa, 9.maja.2012, 00:00


Rozdział 203


4 dzień leovanu 8976 roku, Ravaron – Vareh (Labirynt Ravanirght), noc


Atmosfera w centralnej komorze labiryntu zagęszczała się. Gord z trudem nad sobą panował, wszędzie widząc niezniszczalne szkło. Soana się załamała, że pozwoliła przyjaciołom tu wejść, wiedząc, że tak to się skończy. Nie powinna pozwolić, by zlekceważyli jej ostrzeżenie. Alegorth próbował opanować wściekłość, jaka go ogarniała, po rozmowie z ojcem. Alren intensywnie myślał, co robić, a Ella nagle poczuła się źle. Brunet od razu to zauważył.


-        Co ci jest?


-        Nie wiem... To chyba to lustrzane światło.


Alren popatrzył na lustro i zakręciło mu się w głowie. Wiedział już, że to nie labirynt pochłania magię, tylko ten magiczny przedmiot. Wówczas przyszło mu coś do głowy.


-        A gdybym zniszczył to lustro... – zaczął, ale Alegorth szybko mu przerwał.


-        Nawet o tym nie myśl. Jeśli je zniszczysz, nie tylko labirynt przestanie istnieć, ale cały Ravaron.


-        Co?


-        Niewielu o tym wie – mruknął – ale Ravaron powstał tylko dlatego, że Elfy, które zbuntowały się przeciw rodakom z północy, zawarły pakt z Panią Lodu – Lionere.


-        A więc to dlatego... – Alren zaczął sobie przypominać różne fakty z przeszłości.


-      Dzięki woli Lionere powstało to miasto, a wraz z nim Ravaron. Elfy nazwały się Mrocznymi, by odróżnić się od rodaków z północnego Elmeronu. Lustro w tym labiryncie to dowód paktu zawartego między nami a Lionere. Jeśli zostanie zniszczone, nasz kraj zniknie. Wszystkie budynki, miasta i nasza moc magiczna.


-        Ciekawe, że Bogini Oshelionu zgodziła się na ten pakt.


-        Może chciała mieć więcej wiernych?


-      Może. Dobrze, teraz rozumiem – odparł Ren. – To co robimy? Rozkładamy ręce i czekamy, aż staniemy się eksponatami tej szklanej kolekcji? Nie wiem, jak wy, ale ja jakoś nie mam na to ochoty.


-        Nie drwij, Ren – westchnęła Ella. – Wyjdziemy stąd, na pewno. – Tylko to powiedziała, a zachwiała się i wylądowała w silnych ramionach Alrena.


-        Ello! – zdenerwował się. – Cholerne lustro.


Alren zaklął pod nosem i spojrzał wrogo na środek pomieszczenia, gdy nagle uderzył go potężny impuls energii. Zamroczyło go na chwilę. Później zobaczył błękitne światło, które poraziło także pozostałych. Gdy popatrzył na Ellę, ujrzał nie ją, lecz Boginię Miryonu. Odsunął się błyskawicznie, co ona skwitowała lekkim uśmiechem.


-        Mira...


-        Zgadza się. Wygląda na to, że macie kłopoty.


Gord i Soana nie byli zaskoczeni widokiem bogini, ale i tak wstrzymali oddech, czując, jak potężną energią emanuje. Alegorth natomiast zaniemówił i nie mógł oderwać od niej oczu. Mira rozejrzała się i wyciągnęła przed siebie otwartą dłoń.


-        Odsuńcie się - poleciła, co oni natychmiast zrobili.


Mira wyszeptała kilka niezrozumiałych słów. Otoczyła ją błękitna aura, a potem nad jej dłonią zalśniła jasna kula światła, w tym samym kolorze, która powoli się unosiła. Gdy znalazła się tuż pod sufitem, wybuchła. Fala światła rozprzestrzeniła się po całym pomieszczeniu i zamieniła szklane figury z powrotem w ludzi, którzy zaczęli się rozglądać zaniepokojeni i zdezorientowani. Obserwatorzy czynu Miry mogli tylko ją podziwiać, z otwartymi ustami.


-       Nie bójcie się. Jesteście bezpieczni. Jestem Mira, Bogini Miryonu i zwracam wam wolność – oznajmiła głośno, a zaskoczeni ludzie natychmiast padli przed nią na kolana. Nie mieli wątpliwości, że Mira mówi prawdę.


-        Nie do wiary – westchnął zachwycony Alegorth.


-        Podejdź tutaj – rzekła Mira do jakiejś dziewczyny w tłumie, co ona z wahaniem uczyniła. W oczach ładnej i drobnej brunetki, o zielonych oczach, był strach. – Nie bój się, Alorashio. Jesteś już bezpieczna.


-        P-Pani...


Soana natychmiast rozpoznała swą królewnę. Podbiegła do niej i ukłoniła się. W oczach miała łzy szczęścia i ulgi. Obecność Elfki ośmieliła dziewczynę.


-        Wasza Wysokość... Tak się cieszę – mówiła szczerze.


-        Soano – królewna rozpromieniła się na widok znajomej twarzy – co się stało?


Soana streściła jej szybko ostatnie wydarzenia, a potem wraz z Alorashią oddały pokłon Mirze, która skinęła głową w odpowiedzi.


-        Przeniosę was wszystkich do waszych domów – rzekła głośno, ale zanim uniosła rękę, by to zrobić, usłyszała glos Alrena.


-        Pani, ja zostanę z Alegorthem. Mam małą sprawę do Króla Bergana.


-       Dobrze, ale nie karz Elli za długo czekać. Będzie się martwiła – odparła z takim wyrazem twarzy, jaki mógł u bogini zobaczyć tylko ten jeden brunet.


-        Oczywiście – skłonił się, lekko zmieszany natarczywymi spojrzeniami pozostałych.


Mira posłała Alrenowi ostatni uśmiech, a potem pstryknęła palcami i zniknęła, wraz z innymi, rozpływając się w powietrzu. W labiryncie pozostał tylko Alegorth i Alren.


***


Puszcza Rivolaya, 2 godziny później


Ella powoli otworzyła oczy i podniosła się, walcząc z zawrotami głowy. Przez chwilę była tak zamroczona, że niewiele widziała i nie mogła się zorientować, gdzie jest ani, co się stało. Wtedy poczuła przyjemny dotyk męskiej dłoni na swym ramieniu. Rozpoznała tę aurę.


-        Gordzie... – rzekła niepewnie i dopiero wówczas jej oczy przystosowały się do mroku, panującego w tym miejscu.


-        Nareszcie się obudziłaś.


Ella rozejrzała się i rozpoznała jaskinię, w której znaleźli krąg teleportacyjny. Dostrzegła w oddali Kai’a, rozmawiającego z Soaną i nikogo więcej. Zdziwiła się. Nie mogła sobie nic przypomnieć.


-        Co my tu robimy? Co się stało?


-        Spokojnie. – Pogłaskał ją delikatnie po głowie. – Zmieniłaś się w Mirę. Dzięki temu ocaliłaś tamtych ludzi, zamienionych w szklane posągi. Potem przeniosłaś ich tam, skąd pochodzili, a siebie, mnie i Soanę - tutaj. Tuż przed utratą przytomności, powiedziałaś, że Alorashia jest już bezpieczna w swoim pałacu. Potem spałaś dwie godziny.


-        Aha. A gdzie jest Ren? Co się stało z Alegorthem?


-        Cóż... Nie wiem. Alren został z nim w pałacu. Mieli odwiedzić króla Bergana.


-        I jeszcze nie wrócili? – zaniepokoiła się.


-        Na pewno nic im nie jest. Założę się, że Bergan długo już nie będzie królem. – uśmiechnął się ironicznie.


Ella zrozumiała już sytuację, ale nie uspokoiła się. Po tym, jak każdej nocy miewała koszmary, po tym, jak nie opuszczało ją złe przeczucie, związane z Alrenem, nie chciała się z nim rozstawać nawet na chwilę. Gord zauważył jej dziwne zachowanie i zmusił ją, by na niego spojrzała.


-        Powiedz mi, Ello. Co się dzieje?


-        Co?


-        Dlaczego drżysz? To nie pierwszy raz, gdy Alren wyruszył na samotną misję – rzekł, obserwując ją uważnie. – Czego się tak boisz?


-        Nie wiem.


-        Kłamiesz. Coś jest nie tak.


-        Nie chcę o tym mówić – spuściła wzrok. – Wybacz.


-        Eh, jak wolisz. Jednak pamiętaj, że jeśli będziesz chciała pogadać, jestem do usług. – Puścił jej oczko.


Ella uśmiechnęła się do niego ciepło, a zaraz potem oślepiło ją jasne światło. Krąg teleportacyjny zahuczał. Gdy blask zniknął, wszyscy ujrzeli Arlena. Soana i Kai podeszli bliżej. Ella zaś natychmiast pobiegła się w jego stronę i zarzuciła mu ręce na szyję, obejmując go mocno.


-        Ren! Już się martwiłam.


-        Niepotrzebnie – odparł spokojnie, głaszcząc ją po plecach i całując w czoło. – Nic mi nie jest.


-        Widzisz? – rzekł Gord do złotowłosej. – Mówiłem, że szlag go nie trafi – uśmiechnął się do niej i Rena. Ella skinęła głową.


-        Nie tak łatwo mnie zabić – zaśmiał się Alren, widząc ich miny. – Co z wami?


-        Nic... – mruknęła Ella. – Ale dobrze,  że już jesteś.


Złotowłosa przytuliła się do ukochanego, kiedy Gord postanowił wypytać go o to, co wydarzyło się u Bergana.


-        Czemu to trwało tak długo?


-        Wraz z Alegorthem ucięliśmy sobie dłuższą pogawędkę z Berganem.


-        I co?


-        Bergan nie żyje.


-        Jakoś nie jestem tym zaskoczony – zakpił Gord. – Jak do tego doszło?


-        Kiedy wraz z Alegorthem dotarliśmy do sali tronowej Bergana, zastaliśmy tam Radę Mędrców, która usiłowała powstrzymać króla przed wojną z Elmeronem. Wtedy Alegorth obnażył publicznie wszystkie zbrodnie i niecne czyny ojca, które trzymał on w sekrecie przed ludem i Radą.


-        Pewnie Radni nie byli zbyt zachwyceni – zachichotał.


-    Dziwisz im się? Jak się okazało, Rada nie wiedziała nawet, że Bergan porwał królewnę Alorashię i uwięził w labiryncie. Wmawiał im, że to Elmeron rozpoczął wojnę bez powodu. Radni wpadli w szał i zdetronizowali Bergana. Taka jest kara za zdradę kraju i Rady, która rządzi Ravaronem wraz z królem. Na mocy prawa Ravaronu, nowym władcą został jego syn – Alegorth. Oczywiście Bergan się nie pogodził z tą decyzją.


-        Stawiał się?


-        Najpierw udawał, że się poddał, a potem zaatakował mnie od tyłu. Zareagowałem natychmiast, co skończyło się jego śmiercią.


-        Cóż, sam się o to prosił. Czyli rozumiem, że wojny z ich strony nie będzie?


-        Oczywiście, że nie. Alegorth dał mi słowo, że spróbuje zakończyć odwieczny konflikt między dwoma krajami Elfów – zakończył opowieść.


-        A z innej beczki... Czy oni wiedzą, kim jesteś?


-        Powiedziałem im na pożegnanie. Zaprawdę, ich miny były bezcenne.


-        Szkoda, że tego nie widziałem.


-        Co z Alorashią? – Ren zmienił temat.


-        Jest w domu. Tak stwierdziła Mira, nim zniknęła.


-        W takim razie, wracajmy do pałacu. Nie mogę się doczekać spotkania z Miyosere – rzekł z przekąsem.


-        Nie wątpię – zaśmiał się Gord, widząc jego ironiczny wyraz twarzy.


Nie zwlekali. Wydostali się z jaskini i poszli za Kai’em, z powrotem do stolicy Elmeronu. Alren co jakiś czas zerkał na Ellę. Martwił się jej dziwnym zachowaniem, drżeniem i lękiem w oczach. Widział wyraźnie, że czymś się przejmuje. Podejrzewał, o co chodzi, ale nadal nie rozumiał przyczyn. Objął ją więc delikatnie i posłał jej ciepły uśmiech.


-        Co cię dręczy, Kotku?


-        Nic – zarumieniła się, słysząc taki ciepły ton głosu.


-        Myślałem, że sobie ufamy?


-        Bo tak jest, ale nawet ja tego nie rozumiem, więc jak mam ci to wyjaśnić? – Spojrzała na niego smutno. – Boję się. Po prostu.


-        Czego?


-        Nie wiem – odparła nie do końca szczerze. - Chcę byś był blisko. Cały czas.


-        Będę. – Niespodziewanie pocałował ją w usta, przyspieszając jej puls. – Wszystko będzie dobrze, czymkolwiek się martwisz. Chodźmy.


***


Kilkadziesiąt minut później


Kiedy wrócili o świcie do pałacu Elmeronu, udali się na audiencję do Królowej Miyosere. Gdy dowiedziała się o działaniach Bergana i zmianach, jakie zaszły w Ravaronie, przeprosiła za swoje zachowanie i obiecała wysłać list pokojowy do Ravaronu. Podziękowała Alrenowi, Elli i Gordowi za uratowanie córki. Soana otrzymała awans do wyższej rangi w Straży Królewskiej za swoje dotychczasowe zasługi i odwagę.


Natomiast Kai pożegnał się z Królem Norhenu, Księżniczką Miryonu, Shiryenem Alorii i elfami w pokoju, po tym, jak otrzymał podziękowania za pomoc. Jak powiedział, chciał udać się do swej ojczyzny. Zamierzał porzucić życie wędrowca i wrócić do korzeni.


Po wszystkim, Alren, Gord i Ella, zmęczeni długą nocą, udali się na odpoczynek do królewskich komnat gościnnych.


 

Aruell
Nastrój: ^^
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 202

wtorek, 8.maja.2012, 00:00


Rozdział 202


4 dzień leovanu 8976 roku, Ravaron – Vareh (Pałac Królewski), noc


Nim jeszcze odzyskali wzrok po oślepiającej teleportacji, usłyszeli krzyki strażników. Potem rozległ się świst lecących bełtów i słowa wypowiadanego zaklęcia. Ella rozpoznała ten głos bez trudu. Alren.


Po chwili wreszcie mogła coś zobaczyć i oceniła, że ma dobry słuch. Znajdowali się w ogromnej sali modlitewnej. Otoczyła ich straż pałacowa z kuszami i mieczami, a lecące pociski, które mogły ich sekundę wcześniej pozabijać, zostały zahamowane przez magię Rena. Jak zwykle, jego refleks był zadziwiający. Jednak to nie był dobry czas na analizowanie. Liczyło się działanie.


Gord i Alren rzucili się do ataku bezpośredniego, niemal natychmiast powalając czterech żołnierzy, nim nawet zdążyli pisnąć. Soana zastrzeliła dwóch z tyłu, a Elli przypadł ostatni z nich, na wprost. Wymieniła się z nim ciosami i z perfekcyjną precyzją rozbroiła przeciwnika. Wykonała półobrót i podcięła mu nogi. Upadł na plecy. Kiedy jednak już miała zadać mu ostateczny cios, zawahała się. Uświadomiła sobie, że to nie są ćwiczenia. Nie potrafiła zabić i nagle zamarła. Na szczęście Alren szybko pospieszył z pomocą i potężnym ciosem, wymierzonym drugą stroną miecza, ogłuszył strażnika, który już się powoli podnosił.


Ella posłała w jego stronę spłoszone spojrzenie, a on uśmiechnął się lekko. Złotowłosa zganiła siebie w duchu za to, że nie pomyślała o ogłuszeniu wroga, że mogła go pokonać, nie zabijając. Sytuacja okrutnie obnażyła jej brak doświadczenia w walce. Opanowała sztukę, technikę, ale nadal była niezdarnym dzieckiem na polu bitwy. Gest Rena nie pozwolił jej dłużej o tym myśleć. Mężczyzna pokazał wszystkim, by do niego podeszli.


-       Wiemy, że królewna jest w lochach, ale nie znamy drogi do nich. Wiadomo tylko, że są na dole, jak w każdym zamku – mówił przyciszonym głosem.


-        Wystarczy więc, że będziemy szli w dół.


-      Tak... Ello, Soano. My idziemy przodem, a wy za nami. Tylko się nie oddalajcie! Spróbujcie też nie narobić za wiele hałasu – przykazał, patrząc głównie na Ellę, a one skinęły głowami na zgodę. – Gotowi? Idziemy.


Alren, najciszej jak umiał, otworzył drzwi, rozejrzał się. Pusto. Poczekał, aż wszyscy wyjdą na korytarz, a potem zamknął wrota na klucz, który to wciąż wystawał z zamka. Następnie wyrzucił go gdzieś. Im dłużej nieprzytomni strażnicy nie zostaną znalezieni, tym większa była szansa na bezproblemową misję.


-        Znasz czar niewidzialności, prawda? – spytał brunet blondyna.


-        Jasne.


-        Świetnie. Strażników czeka walka z duchami – uśmiechnął się i zastosował to zaklęcie. Gord uczynił to samo.


Obaj szli śmiało przed siebie, ramię w ramię, rozglądając się uważnie na boki i minimalizując wszelkie dźwięki do minimum. Gdy napotykali strażników, pozbawiali ich przytomności jednym ruchem, by nie zdążyli krzyknąć i zaalarmować kolegów. Ponieważ byli dla nich niewidzialni, było to dość łatwe. Jak tylko droga była wolna, Ella i Soana dołączały do nich, wciąż mając na uwadze tyły. W ten sposób pokonali schodami dwa piętra, w dół, aż dotarli do drzwi, które ewidentnie wskazywały, że za nimi są lochy.


Dwaj strażnicy pilnujący krat upadli, nie wiedząc nawet kiedy. Alren i pozostali wdarli się do środka. Mężczyźni ujawnili się. Musieli zregenerować moc magiczną. Wraz z dziewczynami biegali korytarzami lochów, szukając kogoś, kto przypominałby elficką księżniczkę. Musieli się spieszyć. Straż na pewno już znalazła nieprzytomnych kolegów i podniosła alarm. Było tylko kwestią czasu, kiedy przybiegnie tu cała armia, by złapać intruzów. Niestety, jak na złość, nie zobaczyli nikogo, oprócz zbirów, niewolników i prostytutek.


-        Gdzie ona jest, do cholery? – spytał w końcu Gord.


-        Musieli ją przenieść – stwierdził Alren. – Psiakrew... Wiedziałem! Za łatwo szło.


-        Co teraz? – spytała nerwowo Soana.


Wszyscy troje spojrzeli na Ellę, która z niewiadomych dla nich przyczyn, przyglądała się uważnie jednemu z więźniów, po lewej stronie. Wyczuwała w nim coś dziwnego. Spojrzeli więc na mężczyznę, ubranego w ciemnozielony płaszcz z kapturem na głowie, a potem znów na złotowłosą. Już chcieli zapytać, o co chodzi, gdy usłyszeli męski głos.


-        Szukacie Alorashii? Nie ma jej tu – odezwał się więzień, na którego patrzyła Ella.


-        Wiesz, gdzie ona jest, prawda? – spytała.


-        Tak.


-        Zaprowadzisz nas do niej, jeśli cię uwolnimy?


-        Oczywiście, Wasza Wysokość – odparł, zsuwając kaptur. Miał szlachetne rysy, długie, czarne włosy i jasnozielone oczy.


-        Skąd wiesz, że ja...? – zdumiała się.


-        Tak błękitne oczy może mieć tylko Mirellla – odparł bez wahania.


-        Ello... To nie jest rozsądne – zawahał się Gord. – Co, jeśli on kłamie? Może szuka okazji do ucieczki? - Był podejrzliwy.


-    To tylko przeczucie... – zawahała się Ella. – Ale sądzę, że naprawdę może nam pomóc. – Gord milczał, marszcząc czoło z niepokojem.


-        Spokojnie – wtrącił się uwięziony -  nie jestem waszym wrogiem.


Zapadła chwila nieznośnej ciszy, którą przerwał Alren. Zerknął na Ellę porozumiewawczo. Wiedział, że jej przeczuć nie należy ignorować. Spojrzał więc więźniowi w oczy.


-        Kim jesteś?


-        Nazywam się Alegorth. Znam ten pałac znacznie lepiej, niż wy. Zaprowadzę was do królewny, jeśli mnie uwolnicie.


-        Alegorth? – Soana zbladła.


-        Znasz go? – spytał odruchowo Gord.


-        Jasne! To syn Króla Bergana!


Alren pomyślał chwilę, podszedł bliżej krat i spojrzał w oczy więźniowi. Mężczyzna nie cofnął się, mimo iż spojrzenie Rena zwykle powodowało lęk. To był dobry znak.


-        Skoro jesteś synem króla, co robisz w tym lochu?


-       To długa historia. W skrócie mówiąc, nie odpowiadała mi polityka ojca, więc uciekłem z kraju. Przyjąłem inne imię i żyłem, jako najemnik. Niestety tydzień temu dałem się złapać w pułapkę. Ojciec nie uważa mnie już za syna, więc trzyma mnie tu, jak zwierzę, dopóki nie postanowi, co ze mną zrobić.


-        Dobrze... Załóżmy, że ci wierzymy. Gdzie jest królewna? – kontynuował Alren.


-        W Świętym Labiryncie Ravanirght. Uprzedzam, że beze mnie ani go nie zajdziecie, ani nie przejdziecie. To zdradliwe miejsce.


-        Ravanirght? – Soana znów zbladła. – To szaleństwo! Nie możemy tam pójść.


-        Dlaczego?


-        Tam bardzo trudno wejść, a wyjście jest prawie niemożliwe. Poza tym, jeśli ktoś zbliży się do Świętego Lustra w jego centrum, zostanie zamieniony w szkło. Jeśli to tam zabrali królewnę, to wygląda teraz, jak kryształowy posag.


-        Tylko jeśli dotarła do serca labiryntu i spojrzała w lustro. Jest więc szansa, że tego nie zrobiła i nadal jest cała, i zdrowa. To jak będzie? – spytał więzień.


Nagle rozległ się wrzask i odgłos szybkich, ciężkich kroków. Dało się usłyszeć kilkunastu żołnierzy. Już wiedzieli, gdzie są intruzi. Alren zareagował natychmiast. Wyjął miecz i jednym cięciem rozwalił kłódkę, zamykającą kraty. Alegorth był wolny.


-      Uwolniliśmy cię. Teraz zaprowadź nas do tego labiryntu – rzekł szybko, trzymając księcia Ravaronu za ubranie. – I jeszcze jedno... Jeśli zobaczę, że coś kombinujesz, osobiście się z tobą policzę. Czy wyraziłem się jasno?


-        Bardzo.


-        Świetnie. To gdzie jest ten labirynt? Mów, szybko! Są coraz bliżej.


-        Jest pod nami. Piętro niżej, w zakazanej części pałacu, ale nie dostaniemy się tam, bez spotkania ze strażnikami – stwierdził spoglądając na żołnierzy, którzy już ich widzieli.


-      To się jeszcze okaże... – Alren uśmiechnął się przebiegle i otoczył ich barierą. Niewidzialna ściana zatrzymała straż, która krzyczała ze złości i bezradności, posyłając im liczne, słowne groźby.


Ren kazał pozostałym się odsunąć, po czym wycelował dłonią w podłogę i wyszeptał potężne zaklęcie, które dosłownie wypaliło w niej wielką dziurę. Jego towarzysze oniemieli z wrażenia. Alren bez wahania skoczył w dół. Ella i Gord spojrzeli po sobie i natychmiast podążyli za im, pomagając sobie lewitacją. Na końcu, do korytarza pod podłogą, zeszli Soana i Alegorth. Bariera Rena zniknęła, a zszokowani strażnicy spoglądali z lękiem w dół.


-        Ścigamy ich?


-       Nie – rzekł ich dowódca. – Nikt jeszcze nie wyszedł z tego labiryntu żywy. Powiadomcie tylko króla o intruzach i ich miejscu pobytu. To wystarczy.


-        Tak jest.


***


Tymczasem, Labirynt Ravanirght


Alegoth szybko zorientował się, w którym miejscu się znajdują i prowadził pozostałych długimi, krętymi korytarzami. Ceglaste ściany oświetlały magiczne, czerwone ogniki, umieszczone we wgłębieniach murów. Labirynt wyglądał upiornie. W powietrzu wisiał niepokój. Nie było w tym nic dziwnego. Wszak, kto by się nie denerwował, biegając po tym miejscu.


-        Właściwie, to skąd znasz drogę? – spytał Gord.


-        Tylko trzy osoby znają ten labirynt. Mój ojciec, ja i Arcykapłan Ravaronu.


-        Dlaczego nam pomagasz?


-        Bo mam zamiar zakończyć ten bezsensowny, odwieczny konflikt między Elmeronem a Ravaronem. Wszyscy jesteśmy Elfami.


-        Żeby tego dokonać musiałbyś...


-        Zostać królem – dokończył za niego Alren. – Taki masz plan, prawda? Chcesz obalić swego ojca. – Uśmiechnął się znacząco.


-        Rozszyfrowaliście mnie, gratuluję – odparł. – Już niedaleko...


Chwilę po tych słowach dotarli do prostokątnego pomieszczenia, w którego centrum znajdowało się ogromne lustro, unoszące się nad podłogą i emanujące czystym, ale zdradzieckim światłem. Dookoła niego stało mnóstwo szklanych figur, przypominających kształtem postaci kobiet, mężczyzn, a nawet dzieci. Wszyscy znieruchomieli, widząc, że oprócz posagów nie ma tu nikogo, a Alegorth westchnął.


-        Przykro mi. Spóźniliśmy się. Podejrzewam, że królewna jest teraz jedną z tych figur.


-        Nie możemy tego wiedzieć. Może zabrali ją w inne miejsce i sprowadziłeś nas na manowce? – Gord wciąż był podejrzliwy.


-        Nie. Jestem pewny, że jest tutaj.


-        Czy można jakoś odwrócić efekt działania tego lustra? – spytała nagle Ella.


-        Nie.


Nagle labiryntem wstrząsnęło. Wyjście z komory zamieniło się w ścianę niezniszczalnego szkła, a wszędzie rozległ się męski, złowieszczy głos.


-      Jesteście w potrzasku, moi drodzy goście – usłyszeli. – Sądziliście, że mnie przechytrzycie? Jaka szkoda, że nie powiecie już słodkiej Miyosere, jakimi głupcami byliście. Zginiecie w tym labiryncie!


-        Kto to?


-        Bergan. Mój ojciec... – rzekł bezwiednie Alegorth. – Dlaczego to robisz? – krzyknął głośno.


-       Alegorth? – zdziwił się głos. – Cóż, skoro byłeś na tyle głupi, by pomagać naszym wrogom, to masz to, na co zasłużyłeś – dodał, a potem usłyszeli już tylko donośny, perfidny śmiech.


Alegorth zacisnął pięści ze złości, a Alren intensywnie analizował sytuację. Już wiedział, że labirynt pochłania energię magiczną. Zatem tutaj nawet potężna magia na nic się zda. Albo w ogóle nie zadziała, albo co gorsza zabije tego, który ją zastosuje. Zaniechał więc pomysłu wypalania dziury w suficie. Wszechobecne szkło było bardzo odporne na ataki fizyczne i ostrza. Dlatego nie mogli usunąć, w żaden sposób, przezroczystej przeszkody na wyjściu z pomieszczenia. Dokoła nich stały figury, a na środku pomieszczenia - zdradzieckie lustro, które mogło dołączyć ich do swej szklanej kolekcji. W końcu brunet westchnął głośno i zwrócił się do pozostałych:


-        Wygląda na to, że mamy mały problem...


 

Aruell
Nastrój: ^^
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 201

czwartek, 3.maja.2012, 00:00



Niniejszy rozdział dedykuję Dulci, z okazji tego dnia. :)


Ściskam i pozdrawiam :***


Aru


***


Rozdział 201


4 dzień leovanu 8976 roku, Elmeron – Elmerasia (Pałac Królewski), wieczór


Alren, Ella, Gord i Soana wkroczyli do długiej i bogato zdobionej sali tronowej Królowej Elfów. Stąpali po czerwonym dywanie, między ustawionymi strażami, aż dotarli do złotego krzesła, na podwyższeniu, gdzie siedziała władczyni Elmeronu.


Miała długie, kręcone, czarne włosy i duże, zielone oczy. Subtelne rysy i szczupłą figurę. Ubrana w długą, zieloną suknię ze złotą nicią, siedziała dumnie na tronie i spoglądała na gości z poważną twarzą. W jej spojrzeniu był gniew i nienawiść.


Gdy goście zatrzymali się przed tronem, Alren i Ella lekko skinęli głową, w odpowiedzi na taki sam gest, ze strony Królowej Miyosere. Natomiast Soana i Gord, uklękli i nie podnosili głów. Ich pozycja na to nie pozwalała.


-        Witam w moim pałacu. Zaszczyt to dla mnie gościć was, Alrenie, Mirello – rzekła donośnym, władczym tonem. – Jak rozumiem, Soana przedstawiła wam moją prośbę.


-        Tak, Wasza Wysokość – odparła Ella, choć ton Miyosere jej się nie spodobał. Spoglądała na nich z góry, jakby z pogardą.


-        Jaka jest wasza odpowiedź? Czy uratujecie moja córkę, Królewnę Alorashię? – spytała rzeczowo.


-        Zrobimy, co w naszej mocy. Prosimy jednak, byś zaniechała wojny, gdy już ją przyprowadzimy. Elfy Elmeronu i Ravaronu nie muszą ponosić konsekwencji za błędne i nieprzemyślane decyzje swoich władców – odparła chłodno złotowłosa.


-      Niedoczekanie! Miałabym okazać łaskę Ravaronowi? – wybuchła. – Po tym, jak bezczelnie porwali moją córkę, grożąc mi jej śmiercią, jeśli nie złożę swej korony i nie oddam władzy Berganowi? Po tym, jak zabili kilkunastu strażników na granicy naszych państw?


-        To nie jest właściwe. – Ella traciła cierpliwość.


-        Dość! Bierzcie się do pracy. Zostało tylko pół doby.


-        Ale chwileczkę... – Urwała, gdy poczuła na ramieniu rękę Alrena. Po jego spojrzeniu wiedziała, że jest zły.


-        Wystarczy – rzekł Alren lodowatym i ostrym głosem. Zerknął groźnie w stronę elfiej władczyni. – Zapominasz się, Miyosere.


-        Jak śmiesz mówić do mnie w ten sposób! – wrzasnęła, zrywając się z tronu, ale zaraz cofnęła się, widząc oczy Alrena. Przeszył ją niemiły dreszcz.


-        Jestem Królem Norhenu. Mam taką samą pozycję, jak ty, co daje mi prawo zwracać się do ciebie po imieniu. Tak, jak ty to uczyniłaś na samym początku, w naszym przypadku – mówił rzeczowo niskim głosem, który odbijał się echem w wielkiej sali tronowej. - Jeśli zaś chodzi o Ellę. Jej pozycja przewyższa naszą, dlatego na twoim miejscu okazywałbym jej szacunek – dodał z naciskiem.


-        Och, wiem, Alrenie, że to Księżniczka Miryonu. Tylko, że jej królestwo nie istnieje od wieków. To księżniczka niczego, nie to co...


-      Dosyć tego! – warknął Alren. – Królestwo Miryonu może i jeszcze nie istnieje, ale zmartwychwstanie. Przypominam ci także, że Mirella to jedyna osoba, która może ocalić Egharię. Jeśli nic nie zrobi, twoje królestwo przepadnie na zawsze, wraz z całym tym światem, a twe wieczne życie się skończy! Jesteśmy zależni od jej łaski. Znaj więc swoje miejsce, Królowo Elfów i traktuj Mirellę tak, jak na to zasługuje.


Soana zadrżała. Była cała blada. Nie miała odwagi podnieść głowy, ale domyślała się, jak wygląda teraz twarz Miyosere. Królowa jeszcze nigdy nie miała okazji spotkać kogoś takiego, jak Alren. Elfka nie wiedziała, jak to się skończy i bała się, że nastąpi najgorsze.


-        Dobrze już – syknęła Miyosere, skłaniając lekko głową przed Ellą, na znak wątpliwego szacunku. – Czy teraz ocalicie moją córkę, czy też tak uraziłam was swą postawą, że tego zaniechacie? – Jej głos wcale nie był przyjemniejszy.


-      Nie tak szybko, Miyosere – rzekł stanowczo Alren. – Uratujemy twą córkę, ale musisz obiecać, że potem zaniechasz wojny, jak mówiła wcześniej Mirella. Taki jest nasz warunek.


-        Jak możecie tego ode mnie wymagać?


-      Rozumiem. Zatem radź sobie sama, Królowo. Znajdź innych ochotników do tego zadania – syknął ostro, zaskakując wszystkich. – Mamy ważniejsze sprawy na głowie, niż ratowanie twojej córki. Zaoferowaliśmy wspaniałomyślnie pomoc, w zamian oczekując tylko obietnicy. Jeśli ty nie możesz jej złożyć, to nie będziemy dłużej tracić dla ciebie czasu. Idziemy! – Zerknął w kierunku Elli i Gorda,


Ren odwrócił się do Miyosere plecami. Królowa była wściekła, jak jeszcze nigdy w życiu. Ella zerknęła na Alrena pytająco i spojrzeniem dała mu do zrozumienia, że nie rozumie jego zachowania. Już przecież ustalili, że uratują Alorashię. Brunet jednak był nieugięty i zrobił kilka kroków w stronę drzwi wyjściowych. Minęła dłuższa chwila, aż nagle rozległ się przyciszony głos Królowej.


-      Zaczekajcie... – rzekła niepewnie. – Dobrze. Zgadzam się na ten warunek. Tylko uratujcie moją córkę. – Ledwo jej przeszło przez gardło, ale bez wątpienia połknęła swą dumę.


Alren uśmiechnął się pod nosem, co sprawiło, że Ella uświadomiła sobie, iż była to jawna prowokacja ze strony jej ukochanego. Podejrzewała, że tak jest, ale teraz była pewna i prawie niezauważalnie pokręciła głową z uznaniem dla niego. Brunet odwrócił się do Królowej. Jego twarz znów była poważna. Natomiast Miyosere jakby nieco spokorniała.


-        Przysięgnij na swą krew, że dotrzymasz danego słowa, a natychmiast udamy się do Ravaronu, by pomoc królewnie.


-        Żądasz ode mnie przysięgi krwi?


-        Tak.


Królowa Miyosere syknęła pod nosem ze złości, ale wyciągnęła rękę przed siebie i niewielkim sztyletem zraniła się w dłoń na tyle, by kilka kropel krwi kapnęło na podłogę.


-        Przysięgam na mą królewską krew, że jeśli Alorashia wróci cała i zdrowa, to nie będzie wojny między Elmeronem i Ravaronem.


-        W porządku. – Alren uśmiechnął się przebiegle. – Pozwól, że nie będziemy tracić więcej czasu. Ruszamy do Ravaronu.


Po krótkim pożegnaniu, Alren, Ella, Gord i Soana opuścili salę tronową. Elfka podeszła do bruneta, ocierając pot z czoła.


-        Na Matkę Naturę, omal nie dostałam zawału – stęknęła, a Alren poklepał ją po plecach uspokajająco.


-        Zaufaj mi, Soano. Wiem, co robię.


-        Cholerny lis z ciebie, wiesz? – skomentował Gord, uśmiechając się do niego ukradkiem.


-        Wiem.


-        Ale po co ta przysięga? – spytała Ella.


-        Jeśli Królowa złamie tę przysięgę, straci prawo do korony – wyjaśnił Ren.


-        To prawda – potwierdziła Soana. – Nie pozostawiłeś jej wyboru.


-        Musiałem. To jedyny sposób, by powstrzymać wojnę. Oczywiście musimy też ocalić Królewnę, za wszelką cenę, bo inaczej przysięga nie będzie ważna.


-        Rozumiem – odparła złotowłosa. – To jak ją uratujemy?


-        Dobre pytanie, Ello. Jakieś pomysły?


***


Pół godziny później


Alren i Ella mieli za sobą krótką kłótnię. Brunet chciał, by złotowłosa została w pałacu, ale ona kategorycznie odmówiła. W końcu, widząc jej determinację, dał za wygraną. Nie był jednak zachwycony, że Ella idzie z nimi do Ravaronu.


Ustalili, wraz ze szpiegami Elmeronu, że Królewna jest przytrzymywana w królewskim lochu, w Pałacu Króla Bergana. Teraz musieli tylko wymyślić plan dostania się tam i uwolnienia jej. Jeden z agentów zaproponował, by skorzystali z tajnego teleportu, który prowadzi bezpośrednio do Pałacu Bergana. Podobno jest gdzieś w lasach Elmeronu, ale bardzo niewielu wie, gdzie dokładnie. Szybko jednak okazało się, że do pałacu zgłosił się człowiek, który kilka lat temu, jak twierdził szpieg, odkrył ten teleport. Wiedział zatem dokładnie, gdzie on jest.


Posłano po niego i właśnie teraz Alren i Ella oraz Gord i Soana z niecierpliwością czekali na przybycie tej osoby. Jakież było ich zdumienie, gdy do sali wkroczył mężczyzna o znajomej twarzy. Wszedł i od razu pokłonił się. Został bowiem pouczony, z kim ma przyjemność. Jednak gdy tylko spojrzał w ich stronę, zamarł i pobladł.


-        Kai? – wyjąkała Ella, nie wierząc własnym oczom.


-     Ella? Alren? – Brązowowłosy ledwo był w stanie mówić. Patrzył na nich z oczami, szerokimi, jak talerze. – Więc jesteście Księżniczką Miryonu i Królem Norhenu? – spytał, czując, jak kolana mu miękną.


-        Zgadza się. Jestem zaskoczony, że znów się spotykamy i to w takich okolicznościach – odparł sucho Alren.


Kai natychmiast uklęknął przed nimi i próbował pozbierać myśli. Na samą myśl, że dotykał, całował i pragnął Księżniczki Miryonu oraz żartował sobie i walczył z  Królem Norhenu, jej narzeczonym, zrobiło mu się słabo. Gdyby to byli zwykli ludzie, nie przejąłby się tym, ale okazało się, że jest inaczej. Zupełnie nie wiedział, co ma robić. Czuł, że jest skończony.


-        Posłuchaj – rzekł ostro Alren, widząc jego zachowanie – nie czas na to. Znasz położenie kręgu teleportacyjnego?


-        Tak...


-        To zaprowadź nas tam. W tej chwili. – Wydał rozkaz, a Kai natychmiast oprzytomniał. - I tak zmarnowaliśmy już dość czasu. Zostało tylko kilkanaście godzin.


-        Tak jest, Wasza Wysokość – odparł bez wahania.


***


Puszcza Rivolaya, późny wieczór


Szli żwawo przez gęstą i magiczną puszczę, aż dotarli do rozdwojenia rzeki Rivo, gdzie nieopodal zauważyli dziwną wyrwę w ziemi. Czarną i z pewnością głęboką, zwodniczo zarośniętą chaszczami. Kai nie obejrzał się ani razu. Nie potrafił spojrzeć ani Elli, ani Alrenowi w oczy. Kto by przypuszczał, że oni są... Nie. Nie mógł teraz o tym myśleć.


Oprócz nich szli za nim Gord, którego pamiętał z widzenia i Soana, której nie znał. Nikt nie odezwał się ani słowem, odkąd opuścili stolicę Elmeronu. Dopiero, gdy Kai zatrzymał się przed wyrwą, Ella zerknęła niespokojnie w dół.


-        Niezła pułapka.


-        To prawda – zgodził się Kai. – Musimy zejść na sam dół. Jest tam jaskinia, która prowadzi do kręgu.


-        To na co czekamy? – Uśmiechnął się Ren i użył lewitacji, by potem zniknąć w ciemnej dziurze. Nastała chwila ciszy i napięcia, którą przerwał krzyk bruneta, dobiegający z dołu. – Długo jeszcze mam czekać? Złaźcie!


Ella odetchnęła z ulgą i również użyła lewitacji, by zlecieć w dół. To samo uczynili Soana i Gord. Tylko Kai się nie ruszył. Nie znał się na magii, więc nie umiał latać. Dopiero po chwili, skoczył i zwinnymi ruchami zszedł w dół. Może i nie był magiem, ale potrafił się wspinać. Zajęło mu to jednak trochę więcej czasu.


-        Jesteś nareszcie – rzekł Alren, trzymając nad dłonią kulę jasnego, magicznego światła. – Prowadź.


Kai odsapnął chwilę, po czym rozejrzał się i wskazał na grotę, ukrytą w ciemnościach. Maszerowali kilka minut, aż dotarli do szerokiej komory jaskini. Alren zaświecił mocniej i wówczas ujrzeli starożytny krąg, wyrysowany na podłożu i cztery obeliski dookoła niego, wypisane starodawnymi runami. Cala konstrukcja była nieco podniszczona, co nikogo nie zdziwiło, ale z pewnością działała prawidłowo. Dawało się bowiem wyczuć pulsującą moc tego kręgu. To był imponujący widok, ale nie mieli czasu, by dłużej go podziwiać.


-        Jesteśmy na miejscu. Ten krąg przenosi bezpośrednio do komnaty modlitewnej w Pałacu Bergana – poinformował Kai.


-      Dobrze się spisałeś – odparł Ren. – Teraz my wyruszymy na akcję ratunkową, a ty zostaniesz tutaj i przypilnujesz kręgu. Skorzystamy z niego, by wrócić i lepiej, by nie czekały tu na nas niemiłe niespodzianki.


-        Oczywiście.


Nie minęła nawet minuta, gdy cała czwórka, oprócz Kai’a, ustawiła się na kręgu. Alren odczytał starożytne inkantacje, wyryte na obeliskach. Błysnęło. Huknęło. Znów błysnęło. A gdy Kai ponownie otworzył oczy, które zamknął, by nie oślepnąć, był już w tej jaskini sam.


 

Aruell
Nastrój: ^^
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 200

środa, 2.maja.2012, 00:00


Rozdział 200


4 dzień leovanu 8976 roku, Elmeron – Eron, popołudnie


Ella nie była tego dnia w nastroju. Minionej nocy znów miała koszmar, w którym Ren chciał ją zabić. Martwiła ją powtarzalność tego snu. Nie powiedziała o tym Alrenowi. Nie chciała mu robić przykrości ani go tym niepokoić. Mimo nerwowego humoru, zaliczyła Magię Przywołania i tym samym zakończyła szkolenie u Mistrza Ulgriffa.


Teraz musiała jeszcze tylko zaliczyć egzamin końcowy u Alrena, a potem mogli wyruszyć w dalszą podróż. Ellę cieszyła ta perspektywa. Ileż można się uczyć? Wiedziała, że i tak Alrena nigdy nie prześcignie. Jedyne co, to zdobyta podstawowa wiedza na temat wszystkich rodzin magicznych, dodawała jej pewności siebie. Nie bała się już tak spotkania wrogich wojowników i magów, jak przed całym szkoleniem.


-        Ello... Ello! – Podniesiony głos Alrena, wybudził ją z zamyślenia.


-        Co?


-        O czym tak intensywnie myślisz? – Skrzyżował ręce na piersi, patrząc na nią z góry.


-       Nieważne – odparła, widząc, że są już nad jeziorem i mogą zacząć ostatni trening Czarnej Magii przed testem. Nawet nie zauważyła, kiedy tu dotarli.


-        Na pewno?


-        Tak. – Uśmiechnęła się trochę na siłę.


-      Nie wierzę ci – dał jej do zrozumienia, że nie da się nabrać na taki wymuszony uśmiech – ale na razie skupmy się na zajęciach. Potem o tym pogadamy.


Ella nie zdążyła jednak przytaknąć, bo niespodziewanie usłyszeli, że ktoś biegnie w ich stronę. Spojrzeli w bok i ujrzeli zdenerwowanego Gorda. To nie był dobry znak.


-        Co się stało? – spytał rzeczowo Alren.


-        Przybyła Soana. Musicie z nią pilnie porozmawiać!


-        Soana?


-        Tak. Źle się dzieje w Elmeronie, ale ona wyjaśni wam to lepiej. Chodźcie, zaprowadzę was do niej.


Alren i Ella wymienili się zaniepokojonymi spojrzeniami i pobiegli za Gordem do Wieży Isgharon, gdzie czekała na nich Elfka. Jak tylko Soana ujrzała parę królewską, dygnęła przed nimi, ignorując ich niezadowolenie z tej oficjalności, a potem od razu przeszła do rzeczy.


-        W Elmeronie ogłoszono stan wojenny.


-        Coo? – Ren i Ella krzyknęli jednocześnie.


-        Tak. Mamy wojnę z Revaronem.


-        Od kiedy?


-        Od dzisiaj. Dlatego przyszłam do was... – Urwała i uklękła przed nimi, zaskakując ich. – Wiem, że wcale nie musicie tego robić i że macie ważniejszą misję na głowie, ale błagam... Błagam was, w imieniu Królowej i swoim, pomóżcie nam. – Skłoniła głowę przed nimi. Była śmiertelnie poważna.


-        Przestań. – Ella kazała jej wstać i uśmiechnęła się lekko. – Oczywiście, że pomożemy. Powiedz nam, jak do tego doszło.


-        Wojna wybuchła, ponieważ Ravarończycy porwali Królewnę Alorashię i zagrozili jej śmiercią, jeśli Królowa Miyosere nie przekaże władzy nad Elmeronem Królowi Berganowi. Dali nam dobę na decyzję, potem zaatakują nasze ziemie i zabiją królewnę. – Głos Soany zarżał. – Królowa jest wściekła. Nie ma zamiaru oddawać tronu, ale boi się o córkę.


-        Rozumiem.


-        Zatem wystarczy, że uwolnimy Alorashię, a wojna zostanie zażegnana. – Zastanawiał się Alren.


-        Nie sądzę. Nawet jeśli, to Królowa Miyosere nie odpuści Ravarończykom, że próbowali szantażować ją w ten sposób.


-        Odpuści. Taki postawię jej warunek, w zamian za ocalenie córki – rzekł pewnie.


-        Żartujesz? – Soana pobladła. – Chcesz stawiać jej warunki?


-        Tak. Jeśli uratujemy jej córkę, to ona zaniecha wojny.


-        Ale...


-        Nie zapominaj, Soano, że jestem królem i mam taką sama pozycję, jak Miyosere. Natomiast Ella przewyższa nas oboje. Nie ma więc obaw o popełnienie nietaktu.


Soana przełknęła ślinę, ale postanowiła o tym nie myśleć. Znała Alrena na tyle, że wiedziała, że zrobi dokładnie tak, jak powiedział. Była im wdzięczna za pomoc.


-        Dziękuję wam. Dziękuję w imieniu wszystkich Elfów.


-        Nie dziękuj na zapas. Ruszajmy do stolicy.


-        A co z moim egzaminem z Czarnej Magii? – spytała spontanicznie Ella. – Wrócimy tu potem?


-    Nie – oparł Alren pewnie. – Egzamin przeprowadzam ja, więc możemy to zrobić w dowolnym miejscu. Szkolenie w Eronie zakończyłaś dziś rano. Mistrz zresztą powiedział, że wysłał już wiadomość do Syriany, iż ukończyłaś całe szkolenie. Mój test to tylko formalność. Najważniejszą część nauki przeszłaś w Alorii.


-        Skoro tak...


-        Idziemy, czas nagli.


-        Przepraszam – odezwał się Gord. – Skoro już tu nie wrócimy, czy mogę się pożegnać z Kori, zanim wyruszymy do stolicy?


-        Jasne. Byle szybko – odparł Alren. – My w tym czasie spakujemy nasze rzeczy.


Gord skinął głową z wdzięcznością i pobiegł do domu Kori, dzięki której nie nudził się w Eronie przez cały ten czas i dzięki której się uśmiechał. Soana rozmawiała z Ulgriffem i przygotowywała krąg teleportacyjny, a Alren i Ella szybko spakowali najważniejsze rzeczy i przebrali się w bardziej praktyczne stroje.


***


Kilka minut później, okolice domu Kori


Kori była bardzo smutna. Patrzyła na Gorda z taką miną, że blondynowi serce się krajało. Przykucnął przy niej i uśmiechnął się na siłę.


-        Odchodzisz?


-        Muszę.


-        Wrócisz?


-        Na pewno, ale nie od razu. Po wizycie u Królowej wyruszę w dalszą podróż.


-        Czyli nie wrócisz... – Zasmuciła się.


-        Wrócę, gdy wypełnię swą misję. Obiecuję. – Pogłaskał ją po głowie.


-        Wierzę ci, ale i tak mam złe przeczucia.


-        Jak to?


-        Mam wrażenie, że widzimy się po raz ostatni...


-        Nieprawda – odparł pewnie, choć musiał przyznać, że ma podobne przeczucie i to go martwiło.


-        Obiecaj, że o mnie nie zapomnisz. – Objęła go wokół szyi. – Naprawdę cię lubię. I zawsze będę!


-        Nie zapomnę o tobie – obiecał. - Ja też cię lubię, Kori. Jesteś niesamowitą dziewczynką.


-        Nie jestem już mała!


-        Tak, tak... Wiem. – Zaśmiał się szczerze.


-        Idź już, skoro musisz.


-        Idę.


Gord delikatnie uściskał małą, po czym odszedł w stronę wieży. Obejrzał się tylko raz i pomachał Kori. Odwzajemniła to. Nie wiedział, co będzie dalej, ale był pewny, że nigdy nie zapomni tych smutnych, małych oczu, w których ujrzał... „Nie! To niemożliwe. To nie może się wydarzyć” – krzyknął w myślach. Pokręcił głową zdecydowanie i pobiegł się przebrać, przed wyjazdem.


***


Pół godziny później


Gdy Ella, Alren i Gord stawili się w wieży, Soana uśmiechnęła się. Wyglądali tak samo niesamowicie, jak wtedy, gdy z nimi podróżowała.


Alren miał na sobie dopasowaną, czarną, przeplataną na piersi, tunikę i spodnie. Jego wysokie buty, pas i rękawiczki przypominały miały ten sam kolor i wykonane zostały ze skóry. Na piersi widniał jego zloty, królewski medalion, a na plecach nosił swój długi miecz. Wyglądał groźnie i budził respekt. Nawet Soana odczuwała lekki niepokój, choć przecież wiedziała, że nic złego ją nie spotka z jego strony.


Ella zmieniła się najbardziej. Założyła bowiem zupełnie nowy strój. W jego skład wchodził dopasowany, skórzany i ciemnogranatowy gorset, który doskonale uwydatniał jej piersi oraz krótka, ale elastyczna spódniczka, wykonana z tego samego materiału, z asymetrycznym i artystycznie postrzępionym dołem. Na nadgarstkach nosiła skórzane ochraniacze, a na nogach – wysokie buty. Włosy miała zawiązane wysoko, w koński ogon. Do czarnego pasa przymocowała sobie swój magiczny miecz. Nikt nie pozostał obojętny na jej wygląd, zwłaszcza Alren, który co chwila zerkał na nią pożądliwym wzrokiem.


Gord, mimo iż ubrał tradycyjny strój Shiryena, wcale nie odstawał od swoich towarzyszy. Wręcz przeciwnie, razem z nimi tworzył efektowne trio. Soana nie czekała już ani chwili dłużej, choć mogłaby patrzeć na nich godzinami. Skłoniła się przed nimi w geście szacunku, a potem wskazała na krąg magiczny za sobą.


-        Zaprowadzę was do królowej.


Skinęli głowami w odpowiedzi, pożegnali się szybko z Mistrzem Ulgriffem, który pożyczył im powodzenia, a potem wszyscy ustawili się w kręgu. Zaraz potem magiczny blask przeniósł ich do Świątyni Ighavinion w Elmerasii – stolicy Elmeronu.


***


Po chwili


Na miejscu kapłani skłonili się nisko, widząc Soanę i jej towarzyszy. Wiedzieli z kim mają do czynienia. Soana zaprowadziła gości do sąsiedniego budynku w pięknym ogrodzie i opowiadała pospiesznie, gdzie się znajdują.


-        Wylądowaliśmy w Świątyni Ighavinion. Jest najważniejsza w całym Elmeronie. Teraz zaś jesteśmy w Królewskim Ogrodzie.


-        Piękny... – Ella wyraziła uznanie, podziwiając niezliczone krzewy, kwiaty i drzewa oraz wszystkie kolory, jakie tylko była w stanie rozróżnić.


-        Dziękujemy. Tym ogrodem zajmuje się sto kapłanek. Dlatego jest jedyny w swoim rodzaju  – wyjaśniła. -  Tam jest Pałac Królewski.


-        Imponujący – przyznał Alren. – Za każdym razem, gdy go widzę, wydaje się większy.


-        Widziałeś już go kiedyś?


-        Tak... Ale to stare dzieje.


-        Nie wnikam.


Soana przeprowadziła ich przez labirynt w ogrodzie, a potem wielkie, pilnie strzeżone wrota do pałacu. Zatrzymała się dopiero przed złotymi drzwiami, na końcu długiego korytarza.


-        Dotarliśmy. Za tymi drzwiami jest sala tronowa. Przygotujcie się.


-        Jesteśmy gotowi – odparł Alren, a strażnicy, na znak Elfki, otworzyli ogromne wrota.



Aruell
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 199

wtorek, 1.maja.2012, 00:00


Rozdział 199


3 dzień leovanu 8976 roku, Elmeron – Eron, wieczór


Burza wciąż jeszcze nie osłabła. Nadal mocno padało i grzmiało. Alren i Ella byli jednak na tyle zajęci rozmową, że nawet już tego nie zauważali.


-        Kiedy przybyłem do Alorii i wyszedłem na bazar, w dzielnicy biedoty, od razu zaatakowali mnie złodzieje. Wyżsi i starsi.


-        Samobójcy, czy co? – Zachichotała.


-        Bardzo śmieszne – zakpił. – Szybko pokazałem im, że to nie był dobry pomysł. Uciekali, aż się kurzyło. Nie wiedziałem jednak, że ktoś obserwował moją potyczkę z tymi zbirami. Był to Lingorus.


-        Ooo! No proszę.


-        Tak... Zagadnął do mnie później. Obserwował jakiś czas, aż w końcu dowiedział się, że interesuję się Miryonem i zaproponował mi, że jeśli zostanę jego uczniem, powie mi wszystko, co o tym wie i umożliwi czytanie zakazanych ksiąg. To była na tyle kusząca propozycja, że zgodziłem się. Zamieszkałem u niego i zacząłem pobierać u niego nauki. Rychło zapisał mnie do Akademii Loriońskiej. Jak się później dowiedziałem, dostałem się tam bez egzaminów, co sprawiło, że patrzono na mnie nieprzychylnie. Poprosiłem więc o te egzaminy i zdałem je bez problemów, co zamknęło innym usta.


-        Mój niemożliwy Ren. – Zaśmiała się i pocałowała go krótko w usta. Nagły impuls Elli sprawił mu przyjemność.


-        W Akademii uczyłem się wszystkiego. Sztuk walki, władania mieczem, kuszą,  łukiem, Białej Magii, a także etykiety, obyczajów, tańca, historii Egharii i teorii magii. Czarną Magię poznawałem u Lingorusa, który uczył mnie jej potajemnie. Oficjalnie jest ona bowiem zabroniona w Alorii.


-        Pamiętam. Gord chyba coś wspominał.


-        Tak było za dnia. Nocami Lingorus opowiadał mi o Miryonie i uczył zakazanych zaklęć, z różnych rodzin magicznych. Ufał mi. Do dziś nie wiem, czemu powierzył mi taką niebezpieczną wiedzę.


-        Wiedział, że jesteś dobrym człowiekiem. Może chciał cię uczynić swoim następcą?


-    Może... W tamtym czasie poznałem Sao i zostałem niechcący liderem grupy chłopaków ze szkoły. Uczyłem się szybko, więc wyprzedziłem rówieśników z materiałem. I to znacznie. Kończyłem kolejne egzaminy, wygrywałem turnieje. W końcu po dwóch latach nauki, zostałem Królewskim Strażnikiem. W Alorii wyżej stoją już tylko Admirałowie Straży i Shiryeni. Było to duże wyróżnienie, gdyż normalnie zdobywa się ten tytuł najszybciej po sześciu latach nauki w Akademii.


Ella pokręciła głową, a Alren się zaśmiał. Wiedział, co chciała powiedzieć, więc zasłonił jej usta i kontynuował.


-        Miałem wtedy osiemnaście lat. Zakwalifikowałem się do Turnieju Shiryena po półrocznej służbie w Pałacu Serabell i wygrałem go. Zostałem najmłodszym Shiryenem Alorii w historii. Służyłem, jako Shiryen rok czasu, a potem, na skutek znanych ci już wydarzeń, opuściłem Alorię, bez słowa wyjaśnienia.


-        No tak... Norheni – westchnęła. – Co potem robiłeś?


-    Wybrałem się w podróż po świecie. Doskonaliłem swoje umiejętności u różnych mistrzów miecza i magii. Odkrywałem swą heryońską moc i sam nauczyłem się nią posługiwać. Żyłem, jako wędrowny najemnik, jak Haron, unikając kłopotów. Niestety one same mnie znajdowały. Norheni wciąż deptali mi po piętach, a potem doszli jeszcze Cehroni, gdy dowiedzieli się, że interesuję się Miryonem – westchnął. – Odwiedzałem regularnie Bena i Elen, ale nigdzie nie zagrzałem miejsca na dłużej, niż kilka dni. Wyjątkiem był Elmeron, w którym przebywałem dwa lata i Igher, gdzie mieszkałem niecały rok czasu. Szybko zdobyłem sobie złą sławę w Egharii. Ludzie bali się moich umiejętności, pochodzenia i tego, że ścigają mnie dwa potężne kraje – Norhen i Cehron. Nie zważałem na to jednak. Moja tułaczka po świecie trwała równo pięć lat, aż pewnej nocy, gdy podróżowałem po lasach Veolii, spadła mi na głowę pewna naga kobieta. – Puścił jej oczko.


-        Ciekawe, co to za jedna. – Zachichotała, rumieniąc się na samo wspomnienie tamtej chwili.


-        Duch z innego świata, który okazał się być Księżniczką Miryonu z krwi i kości. Całe życie szukałem śladów tej kultury, aż pewnego razu spotkałem władczynię miryońskiego królestwa we własnej osobie. Ba, nawet zostałem z nią połączony „więzią dusz”, wiecznym węzłem miłości. – Uśmiechnął się do niej.


-        Dobrze już, wiem co było dalej. – Machnęła ręką. – Fascynująca opowieść, ale wiesz co... Nie powiedziałeś ani słowa o swoim życiu uczuciowym.


-        Tak? – Udał zdumienie. – Niemożliwe...


-        Naprawdę! – droczyła się z nim dalej. – Przecież miałeś cholerne powodzenie u kobiet, prawda? Opowiedz coś o tym.


-        Czemu cię to interesuje? – Próbował się wykręcić.


-        Ciekawość, mój drogi, zwyczajna ciekawość – mruknęła, posyłając mu znaczące spojrzenie. Dostrzegła błysk w jego oczach.


-        Skoro nalegasz...


***


Tymczasem, gdzieś w Veolii


Sciany jaskini lśniły błękitnym światłem. Mróz nie był tu tak dokuczliwy, jak na zewnątrz, ale i tak dwie osoby, które znajdowały się w środku, nie czuły się najlepiej. Oboje jednak nie zważali na to, że jaskinia kradnie im energię życiową. Sylvia z zachwytem podziwiała piękny kryształ, który dopiero co przyniósł Xallos.


-      Brawo, Xallosie. To jest z pewnością mear – rzekła zmysłowym głosem. – A teraz wynośmy się stąd, zanim te latające ścierwa tu wrócą.


-        Chętnie, kochanie – odparł i przeniósł ich w inne, bezpieczne miejsce.


Sylvia rozejrzała się. To znów była jakaś jaskinia, ale z pewnością nie ta w Dolinie Lodowych Smoków. Znajdowali się wysoko nad ziemią, tuż przy wyjściu z groty. Spojrzała na Xallosa krytycznie.


-        Dlaczego akurat tutaj?


-        Bo chcę ci coś pokazać. – Puścił jej oczko.


-        Co? – spytała odruchowo i podążyła wzrokiem za palcem Xallosa.


W dole ujrzała ogromny, ośnieżony las i wielkie jezioro o fioletowej barwie. Woda parowała, więc musiała być gorąca. „Jezioro Liuma?” – pomyślała. Gdy zerknęła w bok ujrzała ogromny, wyróżniający się szczyt i wodospad. To była Góra Solios. Tak... Sylvia już wiedziała, gdzie się znajdują.


-        Nadal nie wiem, po co nas tu sprowadziłeś.


-        Spójrz w wodę. Widzisz tam coś ciekawego?


Sylvia użyła magii i przyjrzała się wodzie, a potem nagle dostrzegła ruiny jakiegoś budynku na dnie jeziora. Otworzyła usta ze zdumienia.


-        A niech mnie! To muszą być...


-        Tak. To ruiny jednej z pradawnych Świątyń Miryonu.


-        Nic dziwnego, że woda w tym jeziorze jest magiczna i gorąca, choć cały kraj skuty jest lodem.


-        Pomyśl tylko. Oni szukają tych świątyń. Zatem będą musieli tu przyjść.


-    Rozumiem. Veolia to doskonałe miejsce na pułapkę. Dobra robota, Xallosie. – Pokiwała głową z aprobatą. – Najpierw musimy powiązać duszę Mirelli z tym kryształem, a potem rozdzielić ją z Alrenem, by móc go zaszantażować.


-        Mam pomysł, jak to wszystko zorganizować...


-        Słucham.


Xallos wyjaśnił jej swój plan, a ona co chwilę kiwała głową, mruczała coś pod nosem, aż w końcu pogładziła go po policzku z uczuciem.


-        Doskonały pomysł, kochanie – pochwaliła. – Tak zrobimy.


-        Teraz musimy tylko ich tutaj sprowadzić.


-       Wiem, co zrobimy. Napiszę list anonimowy do Theliny, tutejszej Arcykapłanki, w którym zdradzę położenie tej świątyni. Nawet jeśli wyczują w tym coś podejrzanego, sprawdzą informację. Gdy znajdą te ruiny, na pewno powiadomią o nich Alrena i Mirellę. Potem będzie to już tylko kwestia czasu, jak się tu zjawią.


-        To może potrwać.


-       Xallosie. Mamy czas. – Uśmiechnęła się przebiegle. – Nie spieszmy się, by niczego nie sknocić. Pamiętaj, że nie możemy nie doceniać naszych wrogów.


-        Masz rację, Sylvio. Kiedy zaczynamy?


-        Od zaraz...


***


Jaskinia, w pobliżu Eronu



Alren opowiadał Elli o niezliczonych kobietach, na które natknął się w czasie swoich podróży, wzbudzając zazdrość Elli. Złotowłosa nie mogła uwierzyć, że on miał tyle kobiet, że nawet nie wie, ile dokładnie. O swej pierwszej miłości opowiedział jednak tak zdawkowo, że w sumie niewiele zdradził, ale nie zmuszała go do zwierzeń. Z czasem Alren celowo zaczął wnikać w intymne, bardzo namiętne szczegóły jego spotkań z kobietami.


-        Dobrze. Wystarczy! – bąknęła zarumieniona.


-       Nie lubisz erotycznych historii? – Uniósł znacząco brew. – Dlaczego? – spytał z przekąsem, gładząc jej obnażone ramię od dołu ku górze.


-        Nie denerwuj mnie – prychnęła. – Mieć tyle kobiet...


Pokręciła głową i spojrzała mu w oczy. Od jego palącego spojrzenia i znaczącego uśmiechu zrobiło jej się gorąco.


-        Zazdrosna? – szepnął jej wprost do ucha, owiewając szyję ciepłym oddechem. Drgnęła.


-        Owszem – odparła i zamknęła oczy, gdy przesunął dłonią od karku w dół pleców, zsuwając po drodze sukienkę.


-     Może zamiast opowiadać, pokażę ci, co wtedy robiłem? – rzekł seksownym, niskim głosem, a jej puls przyspieszył. Odgarnął jej włosy do przodu i pocałował ją między łopatkami.


-        Co robisz... – jęknęła.


-        Nieważne, ile miałem kobiet – mruknął po chwili, pieszcząc dłonią jej plecy, powodując u niej przyjemne mrowienie. – Przecież to ciebie kocham. Ciebie wybrałem na żonę. Tobie założyłem pierścionek zaręczynowy. Czy to mało? – spytał zmysłowo, a ona odwróciła się i spojrzała mu w oczy.


-        Racja. Nieważne, co było kiedyś. Teraz jesteś mój – szepnęła, gładząc jego usta palcem. – Tylko mój – dodała z naciskiem, całując go namiętnie. Poczuła płomień w piersi, gdy odwzajemnił jej pocałunek.


Oplotła go ramionami, siadając na nim okrakiem. Delektowała się jego pocałunkami. Odchyliła się do tyłu, pozwalając, by pieścił jej piersi. Ren zaś wsłuchiwał się w jej westchnienia, jak w najpiękniejszą muzykę. Nawet nie zauważyli, kiedy ich rozgrzane ciała połączyły się w jedno. Głośne jęki rozkoszy ginęły w odgłosach ulewy i grzmotów, a nieunikniony, finalny krzyk idealnie zgrał się z piorunem, który uderzył gdzieś niedaleko.


Przez chwilę siedzieli przytuleni, pieszcząc się delikatnie. Potem ubrali się z ociąganiem, słysząc, że burza słabnie, a szum deszczu maleje. Wiedzieli, że niedługo będą mogli wrócić do Eronu. Po długiej ciszy, Ella usiadła blisko Alrena i objęła go.


-        Wiesz? – szepnęła mu do ucha.


-        Nie wiem.


-        Nie dziwię się tym wszystkim kobietom, które miałeś – odparła, przygryzając mu ucho, a on się zaśmiał.


-        Coś takiego. Ciekawe dlaczego? – mruknął z przekąsem. Speszyła się, widząc jego płonące, zielone spojrzenie.


-        O, przestało padać... Możemy wracać!


-        Ejże, nie zmieniaj tematu! – krzyknął wesoło, gdy złotowłosa czmychnęła w stronę wyjścia z groty.


-        No chodź!


Alren pokręcił znacząco głową i podszedł do niej. Spojrzał jej w oczy z uśmiechem. Znał odpowiedź na swoje pytanie. Już kiedyś o tym rozmawiali. Jednak i tak chciał ponownie to usłyszeć. Nie ruszył się więc z miejsca, tylko patrzył na nią wyczekująco. W końcu Ella dała za wygraną. Podeszła do niego i szepnęła mu coś do ucha. Odpowiedź musiała być zadawalająca, bo Alren uśmiechnął się szeroko i szczerze. Chwilę później zaś zagarnął zarumienioną Ellę ramieniem i razem wrócili do Eronu.



Aruell
Nastrój: Jaka piękna pogoda!!! :D
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 198

czwartek, 26.kwietnia.2012, 00:00


Rozdział 198


3 dzień leovanu 8976 roku, Elmeron – Eron, popołudnie


Kolejny dzień był niezwykle pochmurny, toteż w Eronie panowały prawdziwe ciemności. Nie dość, że drzewa zabierały mnóstwo światła, to jeszcze Słońce nie świeciło. Magiczne latarnie paliły się cały dzień. Wszyscy wiedzieli, po kolorze chmur i ciężkim powietrzu, że idzie burza i to nie byle jaka.


Pomimo duchoty i nadmiernej wilgoci, Ella bez kłopotów zaliczyła Magię Iluzji u Mistrza, a potem trenowała z Alrenem. Niestety po dwóch godzinach czarowania, musieli zrobić sobie przerwę. Zrobiło się jeszcze ciemniej, mocno zagrzmiało kilka razy, a potem zaczął lać deszcz. Istne urwanie chmury. Pogoda zaskoczyła ich na tyle, że nawet nie zdążyli dobiec do miasta i schowali się w jaskini, za jeziorem i stamtąd przyglądali się gwałtownej nawałnicy.


Burza szybko przybierała na sile. Oprócz ulewy i grzmotów, co chwila uderzał gdzieś piorun, sprawiając, że Ella drżała. Tymczasem Alren wezwał magiczny, zielony płomień, by oświetlić grotę, a potem zagarnął niespokojną dziewczynę ramieniem i przytulił ją do siebie.


-        Co z tobą? Przecież ty się burzy nie boisz.


-        To prawda, ale ta jest jakaś inna. Przeraża mnie.


-        Pewnie dlatego, że wywołał ją brak Hariosa w sercu Egharii. – Zgadywał. -  Nie martw się. Nic ci tu nie grozi.


-        Nie wątpiłam w to nawet przez sekundę. Przecież jesteś tu ze mną. Nic nie może mi się stać – mruknęła, wtulając się w niego.


-        No już. Nie podlizuj się tak. – Zaśmiał się, a ona udała foch.


-      Ale skoro mamy chwilkę tylko dla siebie... – zaczęła i nie dokończyła, a Alren wybuchł śmiechem. – Hej! Ale ja wcale nie to miałam na myśli! – Oburzyła się, widząc jego znaczące spojrzenie.


-        Nie? – Udał zdziwienie, a ona zarumieniła się i szturchnęła go lekko w bok.


-        Chciałabym, byś mi opowiedział swoją dalszą historię. – Spojrzała na niego prosząco. – O tym, co robiłeś i gdzie byłeś, gdy już dostałeś się do Elmeronu, po ucieczce z Norhenu. Nawet nie wiesz, jak mnie to interesuje.


-        Eh, Ello... Ale tego jest tak wiele. Nie sposób opowiedzieć wszystkiego w tak krótkim czasie.


-        Proszę. – Zatrzepotała rzęsami, co rozbawiło Alrena.


-     Niech ci będzie. Inaczej mnie zamęczysz – westchnął, a ona podskoczyła z radości, wyściskała go i zamieniła się w słuch. – Najlepiej chyba będzie zacząć od początku.


Brunet uśmiechnął się do niej jeszcze przez chwilę, a potem spoważniał i sięgnął pamięcią do tamtych czasów. Ella zaś czekała w napięciu na jego opowieść. Uwielbiała słuchać jego niskiego głosu, zwłaszcza kiedy opowiadał.


-        Kiedy opuściłem statek, znalazłem się w małym miasteczku, o nazwie Ilasmenia. Mieszkali tam i ludzie, i Elfy, jako że jest to ważny, międzynarodowy port. Nie rzucałem się w oczy, jako mały, bezbronny ośmiolatek. Byłem przerażony. Nie docierało do mnie to, co się stało. Błąkałem się po miasteczku bez celu, aż przysiadłem pod wielkim drzewem, w jego centrum. Spędziłem tam noc. – Alren uśmiechnął się, widząc współczucie w oczach Elli. – Rankiem zaczepił mnie wysoki i silny mężczyzna w średnim wieku. Nazywał się Haron i był wędrownym najemnikiem. Zainteresował się mną. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że od razu rozpoznał we mnie Heryona i domyślił się, co mogło się stać. Żaliłem się, że chciałbym być tak silny, jak on, by ukarać tych, którzy zabili mi rodziców. I wiesz, co mi odpowiedział?


-        Co?


-        Powiedział, że jeśli obiecam mu, że zapomnę o zemście, to nauczy mnie wszystkiego, co wie i uczyni mnie silnym – odparł Ren, przypominając sobie oblicze mądrego opiekuna, którym był dla niego Haron. – Zgodziłem się, choć w sercu chęć zemsty we mnie pozostała. Od tamtej pory podróżowałem z Haronem, który się mną zaopiekował.


-        Dokąd cię najpierw zabrał?


-        Do swego domu w Veolii. – Uśmiechnął się i pogładził ją po policzku. Ella zarumieniła się na myśl o tym kraju, gdzie wszystko się zaczęło. – W czasie długiej podróży do Veolii, Haron uczył mnie, jak przetrwać. Nauczył mnie rozpalania ognia, polowania, łowienia ryb, skradania się, chodzenia po drzewach, wspinania się na skały, gotowania straw, sztuki handlowania i targowania się. Opowiadał o roślinach – które mogą uratować życie, a które je odebrać. O zwierzętach - które są niebezpieczne, a  które nie. To on mnie pouczył, że nie należy zabijać zwierząt dla zabawy, bez potrzeby, czy też dla handlu skórami. Wyjątki to polowanie w celu zdobycia pożywiania i obrona własna. To on mówił o wyrównywaniu szans. Zabronił mi polowania za pomocą magii. Potem nauczył mnie podstawowych zaklęć – światła, ognia i leczenia. Zawsze powtarzał, że nigdy wcześniej nie widział tak pojętnego dziecka, jak ja. Cóż, szybko się uczyłem...


Alren zrobił pauzę i oparł się o ścianę jaskini. Spoglądał na wielki płomień ogniska. Ella zaś siedziała obok i patrzyła na niego, zaaferowana opowieścią.


-        Dom Harona znajdował się niedaleko domu Bena. Zaprowadził mnie tam, zaraz po przybyciu do Veolii. Ben już wtedy wrócił do normalnego życia po stracie żony. Zmarła pięć lat wcześniej, przy porodzie.


-        Elen?


-    Tak. Gdy ją poznałem, miała więc pięć lat i od razu mnie polubiła. Nie wiem w sumie czemu, bo byłem nieokrzesanym, małomównym i gburowatym bachorem – urwał, gdy Ella parsknęła dzikim śmiechem.


-        Wybacz... Wyobraziłam sobie ciebie takiego – wyjaśniła, po czym coś ją zastanowiło. – Ale dlaczego nieokrzesanym? Dorastałeś w kulturalnej otoczce.


-      Owszem, ale zdziczałem po ucieczce i podróży z Haronem. O nim można by powiedzieć wiele, ale z pewnością nie to, że był dobrze wychowany. Przeklinał, nie umiał tańczyć, bywało, że lubił się pojedynkować za pieniądze, no i miał powodzenie u kobiet...


-        Dobra, zrozumiałam. – Zarumieniła się, widząc jego znaczące spojrzenie.


-        W każdym razie. Ja i Elen lubiliśmy się, i bawiliśmy razem dość długo. Dom Bena stał się moim drugim domem. Ben, Haron i Elen podarowali mi ciepło rodzinne, które utraciłem w Norhenie. Sprawili, że znów zacząłem cieszyć się życiem. Wyparłem z pamięci zdarzenia sprzed chwili, w której poznałem Harona. Mieszkałem w Veolii do 11-stego roku życia. Uczyłem się podstaw walki wszelkimi broniami od Harona. Doskonaliłem zwinność, szybkość i silę swego ciała. Uczyłem się akrobacji, zielarstwa, pisania, czytania. O tak, dużo czytałem...


-        Nic dziwnego, że dziś jesteś taki mądry. – Zaśmiała się. Odwzajemnił uśmiech i przytulił ją do swej piersi.


-        Haron zawsze dużo mi opowiadał o świecie. O krajach, które zwiedził, innych kulturach, zasadzając we mnie ziarenko miłości do podróżowania. Potajemnie opowiadał mi o Miryonie. Był zafascynowany kulturą miryońską i zaraził mnie tym. Jego marzeniem było zaleźć mityczne, tajemne wrota na Miryon. Kontynuowałem jego poszukiwania, kiedy odszedł...


-       Ciekawe. – Analizowała wszystko. -  Mówiłeś, że byłeś w Veolii do 11-stego roku życia. Co było dalej? – spytała, gładząc delikatnie jego tors.


-        Potem Haron zabrał mnie w podróż dookoła świata. Zwiedziłem z nim wszystkie kraje, z wyjątkiem Cehronu, Alorii i Norhenu. To był fascynujący i intensywny okres. W czasie tej podróży Haron nauczył mnie wszystkiego, co umiał. Szermierki i łucznictwa oraz podstaw prawdziwej magii. Nauczył mnie najważniejszego - kontroli energii magicznej. To przydało mi się później. W innych krajach poznawałem różnych mistrzów miecza, łuku i magii, od których dalej się uczyłem...


-        Niech zgadnę. W szybkim czasie stałeś się niepokonanym wojownikiem?


-        Cóż... Jakoś tak wyszło. – Udał skromność, rozbawiając tym Ellę. – Gdy miałem 14 lat, pokonałem Harona w walce na serio, a gdy 16 – zabiłem pierwszego człowieka... – Zamilkł na chwilę.


-        Kto to był?


-    Norheński skrytobójca. Wtedy już się zorientowali, że wciąż żyję i zaczęli mnie ścigać. Harona nie było przy mnie, gdy on zaatakował. Sprawa była prosta. Albo ja zabiję jego, albo on mnie. Nie powiem, to była trauma, ale tylko wtedy. Potem nie ma już znaczenia, ilu zabijesz... Liczy się tylko pierwszy raz.


-        Dobra, zostawmy to. Opowiadaj dalej.


-    Zwiedzałem biblioteki, słuchałem mędrców. Uczyłem się historii, kultury, języków i zwyczajów różnych nacji. Pomagałem Haronowi w różnych zleceniach, zdobywając doświadczenie. Poznałem też wielu przyjaciół i unikałem wrogów. Mieliśmy z Haronem wiele przygód i dobrze nam było razem, aż do tamtej feralnej zimy...


-        Co się stało? – Ella spoważniała, widząc smutny wyraz jego twarzy.


-      Odwiedziliśmy po raz wtóry Veolię. Niestety Haron źle się wtedy czuł. Zapewne zaraził się tamtą dziwną chorobą w Sherii, w której byliśmy wcześniej. Kilka dni po przybyciu do domu, zmarł.


Ella wstrzymała oddech i chwyciła go mocno za rękę. Ścisnął ją, walcząc ze łzami, które ostatecznie powstrzymał.


-        Miałem wtedy 16 lat. Kochałem go, jak ojca. Strasznie to przeżyłem... Na łożu śmierci Haron poprosił mnie, bym znalazł za niego wrota Miryonu, żył uczciwie i nie dał się zabić. Obiecałem mu to. – Zrobił dłuższą pauzę. – Pozbierałem się po paru miesiącach, dzięki Benowi i 13-letniej wtedy już Elen, u których zamieszkałem. Postanowiłem wypełnić obietnicę, czcząc tym samym, jego pamięć. Wbrew radom Bena, pojechałem do Alorii, by dowiedzieć się czegoś więcej o Miryonie. Obiecałem im, że będę ich nadal odwiedzał, ale i tak bardzo się martwili. Dzięki pomocy Eru, dostałem się do Krainy Bogów i zacząłem nowy etap w swoim życiu.


-        Pojechałeś tam sam? Mając 16 lat?


-        Tak. Ale nie zapominaj, że umiałem już o siebie zadbać. - Zaśmiał się z jej oszołomionej miny.


-        Eh, gdybyś wiedział, co ja robiłam w tym wieku – westchnęła.


-        A co robiłaś?


-        Nic, o czym warto by opowiadać. Ciuchy, kosmetyki, książki, szkoła... Same nudy. A ty miałeś już za sobą podróż dookoła Egharii, opanowałeś do perfekcji szermierkę i inne rzeczy...


-        Kotku, przecież żyliśmy w dwóch różnych światach. Gdybym urodził się na Ziemi, pewnie moje życie potoczyłoby się inaczej.


Ella wyobraziła sobie Rena w dżinsach i z plecakiem w szkole licealnej. Już widziała tych nauczycieli, których zadziwiłby swą inteligencją. Zapewne zostałby liderem paczki chłopaków. Zabijali by się o niego w drużynach sportowych. A na korytarzach roiłoby się od zakochanych w nim dziewcząt. Nie miała wątpliwości, że Alren nie miałby żadnego problemu z egzystencją na Ziemi. Jednak te wszystkie wizje jakoś jej się nie spodobały. Obecny Alren był dla niej niezrównany, idealny... Był marzeniem i nie zamieniłaby go na innego. Poza tym tutaj był tylko jej, a na Ziemi mogłoby się to potoczyć zupełnie inaczej. Cieszyła się więc, że Ren nie urodził się na Ziemi, choć swego czasu, o tym marzyła. Dziękowała też niebiosom za to, że trafiła do Egharii, która podobała jej się znacznie bardziej, niż Ziemia i wiedziała, że nie mogłaby już tam wrócić.


-        O czym tak intensywnie myślisz? – Musnął ustami jej policzek. Westchnęła.


-        O niczym ważnym. – Zarumieniła się. - Znalazłeś się w Alorii. Ja to się stało, że zostałeś Shiryenem tego kraju?


-        Właśnie to mam zamiar ci teraz opowiedzieć...



Aruell
Nastrój: ^^
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 197

środa, 25.kwietnia.2012, 00:00


Rozdział 197


2 dzień leovanu 8976 roku, Elmeron – Eron, późny wieczór


Ella przyglądała się Lihiji uważnie. Podobnie Ren i Gord. Wszyscy troje czekali na jej opowieść.


-        To była chłodna noc. Siedziałam z bratem, Farayenem, w jego kuchni i parzyłam herbatę. Nagle usłyszeliśmy jakiś głos. Wysoki, żeński. Pomyśleliśmy, że ktoś się kręci koło domu i wyszliśmy na zewnątrz. Wtedy pojawiła się ona. – Lihija urwała na chwilę. Przeszył ją dreszcz. – Miała długie, kręcone, złote włosy i jasną cerę oraz bardzo smutne, wilgotne, błękitne oczy. Nosiła na sobie białą szatę kapłańską, ale nie wiem z jakiego kraju.


-        Z Alorii – podpowiedział Gord.


-        Możliwe. W każdym razie wyglądała, jak żywa, ale nie słyszeliśmy jej kroków, mimo iż widzieliśmy, że je stawia. Jej piersi się nie unosiły. Jakby nie oddychała. Była blada, trupio blada... Zbliżała się do nas bezszelestnie, z wyciągniętym rękoma oraz przerażoną twarzą. Cofaliśmy się ze strachu.


-        Co mówiła? – spytał Alren.


-        Coś w stylu „Gdzie on jest? Oddajcie mi go!”. Łkała strasznie, nazywała go ukochanym. Mówiła też „Pomóżcie mi. Pomóżcie mi go znaleźć” i „Nie wiem, co się ze mną stało. Gdzie ja jestem? Kim jestem?” I tak w kółko – westchnęła.


-        Nie ma wątpliwości – stwierdził Alren. – To na pewno ona.


-        Tylko gdzie teraz jest. Słyszeliśmy plotki, że uciekła z Elmeronu, ale... – Zamyśliła się Ella.


-        To pewnie prawda. Ona nawiedzała kogoś każdej nocy. Ale od kilku dobrych dni jej nie widziano w tym kraju – odparła Lihija.


-        Może poszła do sąsiadów? – Wtrąciła się Kori.


-        Wiemy, że się tam raz pojawiła, ale przeprowadzono na niej egzorcyzmy i zniknęła – rzekła spokojnie Lihija.


-        Podobno w Oshelionie mieli ostatnio dziwne przypadki nawiedzenia – powiedział Ren, licząc na potwierdzenie lub zaprzeczenie.


-        Podobno. Ale to tylko domysły. Kupcy twierdzą, że tamtejsi handlarze opowiadają, o kobiece w białej szacie, która nawiedziła kilka gospodarstw w małej wiosce, na obrzeżach Oshelionu. Jednak, jak mówię, to tylko pogłoski.


-        Lepsze to niż nic. – Uśmiechnęła się Ella. – Dziękujemy za pomoc.


-      Ależ nie. Czymże są moje słowa w obliczu Waszych Wysokości – odparła skromnie Lihija. Wciąż odczuwała lęk, że tak ważne osoby są w jej niewielkim domu i że łamie elfie zwyczaje.


-        Daj spokój z tymi formalnościami. – Pokręcił głową Alren. – Dziękujemy za gościnę, ale musimy się już zbierać.


-      Oczywiście, zaszczyt to był dla nas. – Rodzice Kori pokłonili się i skarcili córkę, która tego nie zrobiła. Dziewczynka lekko dygnęła.


Alren zaśmiał się, widząc grymas na jej twarzy. Najwyraźniej mała uznała, że rodzice przesadzają z tym kłanianiem. Było w tym coś uroczego. Brunet położył dłoń na jej głowie i uśmiechnął się. Kori zarumieniła się nieco. Gdy Ren opuścił już dom, Ella wyściskała Elfkę, a potem pożegnała jej rodziców i dołączyła do ukochanego. Najdłużej żegnał się Gord, który zamienił z małą kilka słów, nim podziękował za gościnę i kolację.


***


Plac główny Eronu, północ


Alren zaproponował, by Gord odprowadził Ellę do hotelu lub poszedł z nią gdzieś na czas jego pojedynku, ale ani Ella, ani Gord nie zamierzali się na to zgodzić.


-        Żartujesz? – bąknęła Ella. – Muszę to zobaczyć! I przypilnować cię... Jeszcze go zabijesz! – Prychnęła, a Ren wywrócił oczami.


-        Daj spokój. Nie zamierzam go zabijać.


-        A cholera cię tam wie – mruknęła.


-        Uparciuch. A ty? -  spojrzał na blondyna. – Ty też się martwisz o biedne życie Kai’a? – zakpił niezupełnie na poważnie, a Gord się uśmiechnął lekko.


-        Niezbyt, ale za nic nie przegapię takiego widowiska – odparł szczerze.


-        Rozumiem. Chcesz się uczyć od mistrza.


-        Skromny, jak zwykle. – Gord pokręcił głową z rozbawieniem.


-        Ej, od kiedy to wy się tak lubicie, co? – Ella popatrzyła raz na bruneta, a raz na blondyna, a oni w pierwszej chwili nie wiedzieli, o co jej chodzi.


-        Kto powiedział, że się lubimy? – bąknął Ren, udając, że nie rozumie jej aluzji.


-        Właśnie. – Zgodził się Gord.


-        Kpicie sobie ze mnie czy co? – Stanęła na chwilę i oparła ręce na biodrach. – Zachowujecie się inaczej. Co prawda, przewidziałam to już dawno temu, ale zdaje się, że przegapiłam moment zwrotny w waszych relacjach.


-        Przesadzasz. – Gord machnął na to ręką.


Przez chwilę Ella milczała i obserwowała dwóch panów. Wówczas pomyślała, że może wtedy, gdy razem ratowali mamę Kori, zbliżyli się nieco do siebie. A może to tylko upływ czasu? Cokolwiek było tego przyczyną, Ellę cieszyły te powolne zmiany.


Ren zatrzymał się i nagle spoważniał. Ella spojrzała przed siebie i od razu zrozumiała, dlaczego. Po drugiej stronie placu stał Kai, gotowy do walki. Uśmiechnięty i dumnie wyprostowany. Nawet bezczelnie puścił Elli oko. Ren wyjął swój miecz i zacisnął pięść na rękojeści ze złości, jaka go ogarnęła na widok tego typa.


-        Jesteś. Już myślałem, że nie przyjdziesz – rzekł Kai, stając na środku placu.


-        Chciałbyś – burknął Ren, ustawiając się naprzeciw niego.


Z oczu obu mężczyzn poleciały gromy. Ella i Gord usiedli na ławce z boku placu i przyglądali się im uważnie. Pojedyncze promienie Księżyca wdzierały się tutaj przez gęste korony drzew, oświetlając miejscami ich twarze. Resztę światła stanowiły magiczne latarnie z zielonymi klejnotami, świecącymi na tyle mocno, że widać było każdy szczegół strojów obu mężczyzn.


-     Ustalmy zasady – rzekł Kai. – Walka toczy się do rozbrojenia i unieszkodliwienia przeciwnika. Żadnej magii. Tylko miecz i mięśnie.


-        Sądzisz, że bez magii nie jestem w stanie cię pokonać? – zadrwił Ren, ustawiając miecz w bojowej pozycji, tak dobrze znanej Elli.


-        Tak sądzę.


-        Pewny siebie jesteś, nie powiem – żachnął się Alren, a Kai ustawił do walki.


-        Dość gadania! Niech miecze mówią za nas! – krzyknął i zaatakował go frontalnie, ale nim zadał cios, zniknął Renowi z oczu. Mimo to brunet wiedział, gdzie jest jego przeciwnik i zablokował atak.


Skrzyżował miecz z Kai’em za swoimi plecami, odepchnął go i zawirował, ustawiając się znów naprzeciw przeciwnika, a potem obrócił demonstracyjnie miecz w dłoni, śmiejąc się złośliwie. Kai spojrzał a niego z uznaniem, a potem odwzajemnił uśmiech.


-        Zaczęło się – rzekł z uśmiechem Gord.


-        Skąd Ren wiedział, gdzie on jest? – Ellę zawsze to nurtowało. – Aż tak dobrze przewiduje jego ruchy?


-     Też. Ale to głownie dlatego, że Ren używa do walki nie tylko wzroku i słuchu. On czuje ruch, zawirowania energii fizycznej, duchowej i magicznej... Normalny człowiek nie jest w stanie tego dokonać.


-        A ty? Zaliczasz się do tych normalnych, czy nienormalnych? – spytała wesoło Ella.


-        Nienormalnych. Choć on jest w tym lepszy ode mnie.


-        Aha. – Zaśmiała się.


-        O, zobacz. Chyba skończyli już siebie próbować. Zacznie się poważna walka.


Gord miał rację. Po serii zablokowanych ciosów, brunet zawirował w szybkim piruecie i ciął - głównie powietrze. Ren wprawdzie precyzyjnie wymierzał ciosy w nogi i ręce Kai’a, ale on skutecznie ich unikał. Na koniec zielonooki schylił się i próbował podciąć nogi przeciwnika, ale on podskoczył i zaatakował Rena z góry. Alren wykonał obrót, unikając ciosu. Wykorzystał rozpęd ciała i wycelował w plecy. Wiedział, że Kai zablokuje jego atak. Nie pomylił się.


Kai oddychał głośniej. Parowanie ataków Alrena kosztowało go dużo energii. On był silny. Silniejszy, niż jakikolwiek wojownik, z którym Kai walczył w przeszłości. Uśmiechnął się do bruneta.


-        Niezły jesteś.


-        Dobrze, że zauważyłeś. Jesteś doskonałym szermierzem, ale teraz szykuj się na porażkę. – Brunet obniżył głos i zmienił pozycję.


Ren ugiął kolana w dużym rozkroku, lewą rękę miał wyprostowaną przed siebie, a palce dłoni złożone w dziwny gest. Prawą rękę, nieco zgiętą, miał uniesioną ponad głowę, z ostrzem skierowanym w przeciwnika. W chwili, gdy już zajął tę pozycję, Kai i Gord wstrzymali oddech.


-        Bez jaj... – wymknęło się Kai’owi. – Nie możesz znać tej techniki.


-        Dlaczego nie? – Alren zaśmiał się cicho, widząc lęk w oczach Kai’a.


Ella przysłuchiwała im się uważnie i spojrzała pytająco na równie zaskoczonego Gorda. Blondyn chrząknął znacząco.


-        Ten facet nie przestanie mnie zadziwiać...


-        O jakiej technice oni mówią?


-        Cóż, to jest bez wątpienia technika Shaolinern z Klasztoru Shaoliriów w Igherze.


-        Co w tym takiego niezwykłego?


-        To, że oni nie nauczają nikogo spoza zakonu. Słyną z mistrzowskich technik, które służą do obrony. Jednak wykorzystane do ataku, stają się śmiertelną bronią. Mistrzowie tych technik są niezwykle szybcy, zwinni i nieprzewidywalni w walce – urwał. – Ale nie będę cię zanudzał opowieściami o technikach. Ciekawi mnie tylko, jakim cudem Alren zna tę technikę.


-        Nie wiem, ale widzę, że Kai jest przerażony – odparła Ella.


-        Nie dziwie mu się. Tylko popatrz, co się stanie.


Blady Kai ustawił się w pozycji obronnej i zachodził w głowę, skąd Alren zna te niedostępne, tajne techniki. Nie zastanawiał się jednak długo, gdyż Ren zaatakował. Wystartował, wykonując kilka skoków i obrotów z nieprawdopodobną prędkością. Poruszał się tak, by Kai nie wiedział, co on zamierza, a potem brunet zaserwował mu serię wyszukanych, niecodziennych ciosów, które wytrąciły mu broń z ręki oraz poraniły mu kończyny. Nawet nie wiedział kiedy leżał na ziemi i patrzył prosto w lśniące ostrze Alrena, stojącego tuż nad nim. Nie zmęczył się ani trochę, co potęgowało porażkę Kai’a. Mężczyzna nie wiedział, gdzie jest i obudził się dopiero, gdy Ren się odezwał.


-        Walka skończona. Przegrałeś – rzekł ostro i triumfalnie schował miecz do skórzanej pochwy. – Teraz opuść miasto i nie zbliżaj się do mojej narzeczonej!


-        Umowa, to umowa – odparł niechętnie. Wstał, zniesmaczony własną porażką. – Jutro mnie tu już nie będzie – przyrzekł, skłaniając lekko głowę przed Alrenem i odszedł bez słowa.


Kai czuł się poniżony i przytłaczająco pokonany, do czego nie był przyzwyczajony, toteż zniknął bardzo szybko, mimo iż miał ochotę zapytać Alrena, o kilka rzeczy, które go nurtowały, po tej walce.


Tymczasem Alren uśmiechnął się zadowolony z pojedynku. Podszedł do ławki, na której siedzieli Ella z Gordem i złowił zachwycone spojrzenie ukochanej. Nie wytrzymał i  roześmiał się.


-        Chcesz mi coś powiedzieć, Ello?


-        Mhm... Musimy o czymś porozmawiać – bąknęła zarumieniona.


-        O czym? – Zainteresował się.


-      O tym, co się z tobą działo, jak już opuściłeś Norhen. Gdzie się nauczyłeś tego wszystkiego i kiedy. Zastanawiam się nad tym, odkąd tylko cię poznałam. – Pogładziła go po torsie.


-        Ach to. – Zachichotał. – Nie ma problemu, kotku. Ale nie teraz.


-        Słusznie, zaraz będzie druga w nocy. – Zauważył Gord. – Wracajmy do hotelu. Jutro też jest dzień.



Aruell
Nastrój: ^^
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 196

wtorek, 24.kwietnia.2012, 00:00


Rozdział 196


1 dzień leovanu 8976 roku, Elmeron – Eron, noc


Słowa Elli odbiły się echem w głowie Alrena. Jego złość narastała, gdy myślał o tamtej komorze, w której jego ukochana była uwięziona z Kai’em. Kiedy sobie wyobrażał, że on jej dotykał, robiło mu się niedobrze. Ella milczała i chciała odwrócić wzrok, ale zmusił ją, by spojrzała mu w oczy.


-        Wciąż nic nie mówisz? Dalej, śmiało... – syknął, szarpnął nią i przywarł do jej ust, kalecząc jej wargi w ostrym pocałunku. Jej opór na nic się zdał. – Całował cię, jak ja teraz? – spytał rozzłoszczony, ale ona nadal milczała. Usta jej drżały z bólu i namiętności zarazem.


Alren znów nią szarpnął i wpił się ustami w jej szyję, dekolt. Zerwał ramiączko sukienki i liznął jej pierś. Ella chciała go odepchnąć, ale nie była w stanie. Zbyt mocno ją trzymał za nadgarstki. Pomyślała przez chwilę o zastosowaniu magii, ale nie mogła się na to zdobyć. Prócz gniewu i bólu, czuła też rosnące pożądanie. To nie był Kai, tylko Alren, który wiedział doskonale, gdzie są najwrażliwsze miejsca jej ciała i okrutnie to teraz wykorzystywał. Jęknęła.


-        To też robię tak, jak on? – spytał, patrząc jej głęboko w oczy. Oddychała głośno. – O? Czyżby posunął się jeszcze dalej? – warknął, a gdy i tym razem nie uzyskał odpowiedzi, siłą pociągnął ją do środka komnaty i popchnął na łóżko.


Nim zdołała się podnieść, znów przywarł wargami do jej ust. Posuwistym ruchem przesunął ręką od jej kolana, aż po krocze. Jedno szarpnięcie i jej dolna cześć bielizny wylądowała na podłodze. Ella jeszcze trochę protestowała, ale coraz mniej uparcie i skutecznie. Znów jęknęła, gdy wyczuła tam jego palce.


Nie zadawał więcej pytań. Zły i napalony, zjednoczył się z nią w ostrym stosunku. Ella poddała się. Pokonał ją. Ciszę w komnacie co chwila przerywały stłumione jęki i westchnienia, jakiś krzyk. Później głośne sapanie, nierówne oddechy i znów cisza. Głucha i napięta.


Ella odwróciła się do niego plecami i nakryła kołdrą. Bez słowa. On już spokojniejszy, zaspokojony, spojrzał na nią z mieszanką poczucia winy i frustracji. Teraz już do niego docierało, że się na niej zwyczajnie wyżył. Zdawał sobie sprawę, że zachował się źle. Nawet bardzo. Nieważne, co się wydarzyło w tej komorze. Na pewno nie pozwoliła mu się zbliżyć na tyle, by miał, o co być zazdrosny. Dlaczego dopiero teraz myślał o tym w ten sposób? Westchnął.


-        Ello... – mruknął cicho i ostrożnie. I nic.


Odpowiedziała mu cisza. Wiedział, że ona tylko udaje sen. Jej oddech nie był jeszcze na tyle spokojny i miarowy. Nie powiedział jednak już nic więcej.


***


Ocknęła się w dziwnym lesie. Wszędzie leżała gruba warstwa śniegu. Jednak to nie były drzewa, które widziała w Veolii. Nie wiedziała więc, gdzie się znajduje. Nagle wyczuła złowrogą aurę. Odwróciła się i ujrzała Alrena w czarnej, długiej tunice, spodniach i butach, a nawet rękawiczkach. Jedynie jego pas był czerwony.


Spojrzała mu w oczy i zlękła się. Zamiast dwóch szmaragdów ujrzała dwa węgielki. Biło do niego zło. Tak niewyobrażalnie potężne, że automatycznie się cofnęła. Gdy napotkała opór w postaci drzewa, zadrżała. Zbliżał się do niej i powoli wyjmował swój miecz.


-        Ren? – spytała ostrożnie.


Cisza. Zamiast słów, otrzymała od niego cios. Uderzył ją dłonią tak mocno, że upadła na ziemię, wzbijając w powietrze łunę śniegu. Spojrzała w górę i ujrzała lśniącą klingę tuż nad swoją piersią.


-        Co robisz?! – krzyknęła. Głos jej się załamał.


-        Musisz zginąć, Księżniczko Miryonu. – Jego głos był złowrogi.


-        Nie! Nie zabijaj mnie! – łkała. – Ren! Nieee!! – Ostrze się poruszyło i już miało przebić jej serce, gdy nagle...


Ella zerwała się ze snu i dyszała ciężko, spocona ze strachu. Poczuła dotyk na ramieniu i odskoczyła, jak oparzona.


-        Nie! Nie zabijaj mnie, Ren! – krzyczała, a zaniepokojony brunet patrzył na nią zszokowany.


-        Ello... – szepnął, wstając szybko z łóżka, ale ona wciąż była pod wpływem snu.


-        Nie – jęknęła, drżąc. Alren zerwał się i objął ją mocno.


-        Co ty pleciesz? Nie zabiję cię. Uspokój się – szepnął jej do ucha, trzymając mocno. – To tylko sen. Tylko sen...


Dopiero po tych słowach, Ella przestała drzeć. Oczy jej zwilgotniały. Pozwoliła, by ją przytulił. Objęła go i chłonęła jego ciepło. Potrzebowała tego. Gdy już się uspokoiła, wyszła na taras. Jeszcze nie nadszedł świt, więc mogła ujrzeć gwiazdy i księżyce w szczelinach koron drzew.


Alren przyglądał jej się badawczo. Wiedział, że miała koszmar. Domyślał się też, jaki. Zastanawiał się teraz, czy aż tak wzięła sobie do serca jego zachowanie, że we śnie ujrzała go, jako swego mordercę. Poczuł się podwójnie winny. Podszedł do niej cicho i objął ją od tyłu. Najpierw delikatnie, a potem mocniej przyduszając ją do swej piersi. Milczała.


-        Przepraszam za wczoraj, Ello... Przepraszam – mówił jej wprost do ucha. Delikatnie i czule.


-        Ren... – drgnęła, czując coś ciepłego w środku.


-        Zachowałem się fatalnie. Proszę, wybacz mi – mruknął, a ona uwolniła się od jego uścisku i spojrzała w jego lśniące, zielone oczy. Ujrzała w nich szczerość i uśmiechnęła się lekko.


-        Nie zachowuj się tak więcej – odparła, tuląc się do jego piersi.


-        Postaram się – rzekł zdecydowanie. – Ale jedno mnie martwi.


-        Co takiego?


-        Sądzisz, że mógłbym cię zabić?


-        Nie... to... – Jej ciałem znów wstrząsnął dreszcz, gdy przypomniała sobie swój sen. Nie był to pierwszy takowy.


-        Kotku – jego głos był czuły – choćbym nie wiem jak był zły, nigdy bym cię nie skrzywdził. Nie mógłbym podnieść na ciebie ręki. Wiesz przecież. Mówiłem ci to już wielokrotnie – rzekł i złożył na jej ustach słodki pocałunek.


-        Mam nadzieję – uśmiechnęła się smutno i wtuliła się w niego – ale czy mogę ci coś powiedzieć?


-        Mów.


-        Mam złe przeczucie, Ren. Bardzo złe. I to ma coś wspólnego z tobą...


Alren nic nie powiedział. Wiedział, że nie należy lekceważyć jej przeczuć. Zmartwił się, bo nie miał pojęcia, o co może chodzić. Ella zaś obejmowała go coraz mocniej, jakby chciała go całego wchłonąć. Przyjemny dreszcz przeszedł mu po plecach, gdy poczuł jej oddech na obnażonej szyi i gorące dłonie na łopatkach.


-        Alrenie... – westchnęła.


-        Ciii... Nic nie mów – mruknął i pokołysał nią delikatnie. – Wszystko będzie dobrze, kotku. Nic złego się nie stanie.


***


2 dzień leovanu 8976 roku, Elmeron – Eron, wieczór


Kolejny dzień, kolejne zajęcia, kolejne sukcesy. Ella zaliczyła Magię Żywiołów u Mistrza Ulgriffa, a następnie ćwiczyła z Renem poważne zaklęcia Czarnej Magii. Nie były to najtrudniejsze rzeczy, ale także nie najłatwiejsze. Ren wciąż był pod wrażeniem, a ona była się z tego powodu dumna.


Po zajęciach, wczesnym wieczorem, oboje poszli w stronę domu Kori, gdyż zostali zaproszeni na obiad. W końcu wczoraj Ren i Gord odnaleźli matkę dziewczynki w lesie i uratowali ją, nim wpadła w wielką wyrwę w ziemi. Rodzice Kori chcieli odwdzięczyć się im za pomoc, w postaci uczty.


Oboje byli trochę zmęczeni. Cały dzień trenowali. Ella nie była jednak na tyle znużona, by nie zauważyć niecodziennego zachowania Alrena. Tego dnia był bowiem milczący i nieobecny. Wyglądał, jakby czymś się martwił. Zastanawiała się, czy wciąż ma wyrzuty sumienia po wczorajszym, ale doszła do wniosku, że to nie to. Może przejął się jej snem i przeczuciami? Ostatecznie postanowiła nie pytać go, o co chodzi. Miała nadzieję, że od jutra wróci mu dobry humor.


Gdy dotarli na miejsce, Gord już był w środku i wesoło gawędził z Kori. Rodzice dziewczynki powitali Rena i Ellę bardzo ciepło i zaprosili do stołu, na którym znajdowało się tyle jedzenia, że cała armia mogłaby się wyżywić. Nie brakowało wina, herbaty i różnych soków. Potrawy były oczywiście wegetariańskie. Zachęcały już samym wyglądem i smakiem, więc nawet Gord, który nie szczególnie lubił warzywa, spoglądał na zapełnione talerze z apetytem.


Usiedli i poczęstowali się, wymieniając uprzejmości. Rodzice Kori, jak zauważyła Ela, byli niezwykle formalni w stosunku do nich. Prawdopodobnie starali się w ten sposób okazać szacunek i wdzięczność. Mama dziewczynki – Lihija była śliczną kobietą i czarnych, długich włosach, a tata – Tamijos, również brunet, był wysokim i szczupłym mężczyzną. Ella, Ren i Gord miło spędzali tu czas, aż do chwili, gdy spontaniczne słowa Kori zaintrygowały Rena.


-        Szkoda, że nie ma z nami wujka Farayena, prawda, mamusiu? – spytała mała Elfka.


-        Farayena? – Złapał ją za słowo Alren. – Ten, którego nawiedzała ta dziwna zjawa?


-        Tak! Ale skąd ty o tym wiesz? – Zdziwiła się szczerze.


-        Wszyscy o tym wiedzą, Kori – stwierdziła Lihija. – Nic dziwnego, że również pan Alren o tym słyszał.


-        A zatem jesteście rodziną?


-        Tak. To mój brat. Mieszka teraz w stolicy.


-        Posłuchaj, musimy z nim pilnie porozmawiać – powiedział poważnie. – Mogłabyś nam podać jego dokładny adres?


-        Oczywiście. – Zdziwiła się nieco. – Tylko nie wiem, czym mój brat mógłby wam służyć.


-        Chodzi o tę zjawę. Próbujemy rozwikłać zagadkę tej dziwnej kobiety – wyjaśnił. – Proszę, nie pytaj o nic więcej. To tajemnica.


-        Ach! – krzyknęła nagle Kori.


-        Co się stało? Dlaczego tak krzyczysz? – zganiła ją matka.


-        Przypominam sobie!


-        O czym ty mówisz?


Kori zerwała się na równe nogi i podeszła do Alrena. Przyglądała się na zmianę jemu i Elli, kiedy ci próbowali zrozumieć jej zachowanie.


-        Słyszałam o was... Słyszałam o zagranicznych gościach, którzy szukają jakiejś mistycznej kobiety. Więc to o was chodzi!


-        Kori. My nie plotkujemy – rzekł surowo jej ojciec.


-        Ależ tato! Ja wiem, kim są ci zagraniczni goście!


-       Bzdura. To tylko spekulacje. Nikt tego nie wie. Straż robi z tego wielką tajemnicę, ale nie obchodzi mnie to i ciebie też nie powinno – skarciła ją matka. Alren zaś już wiedział, czego się dowiedziała Kori i wietrzył w powietrzu komplikacje.


-        To Król Norhenu i Księżniczka Miryonu! – krzyknęła i tupnęła nóżką, krzyżując rączki na piersi. Była zła, że rodzice ignorują jej słowa.


-        Co ty za bzdury opowiadasz! Kori, zachowuj się należycie.


Lihija i Tamijos zbledli w jednej sekundzie, gdy tylko usłyszeli ostatnie słowa córki. Natychmiast uciszyli Kori, przepraszając gości za to, co ich córka plecie. Ani trochę w to nie wierzyli.


-        Ale ja słyszałam – obruszyła się - podsłuchałam, jak nazywał ich strażnik, gdy rozmawiał z kolegą. Jestem pewna, że to...


-        Kori!


-        Spokojnie. Nie krzycz na nią – rzekł Alren stanowczo. – Tak się składa, że Kori ma rację.


-      C-Co? – Lihija znów zbladła i zamilkła, gdy Alren wyciągnął spod tuniki medalion – symbol władzy w Norhenie, a Ella przez chwilę pokazała im znak podwójnego Księżyca na czole.


-       Jestem Alren vhe Norenos, Król Norhenu, a to moja narzeczona Mirella, Księżniczka Miryonu. Gord zaś jest Shiryenem Alorii i osobistym strażnikiem Mirelli.


-        To niemożliwe... – wyjąkała Lihija. – Ja chyba śnię.


-      Wygląda na to, że mała Kori nas zdemaskowała. – Ren puścił dziewczynce oczko, a ona promieniała szczęściem, w przeciwieństwie do jej rodziców.


Lihija i Timajos padli na kolana, a potem bili przed nimi pokłony, dotykając czołem ziemi. Byli przerażeni. W głowach im się nie mieściło, że siedzieli przy jednym stole z członkami rodów królewskich. W obyczajach elfickich było to absolutnie niedozwolone. Władcy byli święci i tylko wybrańcy mogli z nimi rozmawiać. Nie dotyczyło to tylko elfickich władców, a wszystkich w całej Egharii. Drżeli więc nad własnym losem.


-        Przestańcie. Unieście głowy – powiedziała łagodnie Ella. - Jesteśmy tu incognito, więc proszę, zachowujcie się normalnie.


-        Ależ Pani... – Lihija nie wiedziała, jak się zachować.


-        Zamiast się kłaniać, podajcie nam ten adres. – Zaśmiała się ciepło, a oni z ociąganiem podnieśli się z podłogi.


-    To nie będzie konieczne, Wasza Wysokość – rzekła pokornie Lihija. – Tak się składa, że byłam u Farayena wtedy, gdy ona go nawiedziła. Wszystko wam opowiem.


 

Aruell
Nastrój: ^^
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 195

czwartek, 19.kwietnia.2012, 00:00


Rozdział 195


1 dzień leovanu 8976 roku, Elmeron – Eron, wieczór


Ella drżała, rozumiejąc swe fatalne położenie. Znajdowała się sama w ciasnej komorze, z napalonym na nią mężczyzną. Uciec nie mogła, bo na zewnątrz trzęsienie ziemi dewastowało miasto Eron. Albo drgająca, śmiercionośna ziemia albo podniecony Kai. Nie wiedziała już, co gorsze...


-        Posłuchaj, powiem to ostatni raz. – Ella starała się panować nad sobą, czując w tych kompletnych ciemnościach, oddech Kai’a na twarzy. – Jeśli spróbujesz mnie uwieść, znienawidzę cię z całego serca, a Alren... On z pewnością cię zabije. – Jej głos był chłodny i ostry.


-      Nie boje się go. – Powtórzył po raz drugi. – Ello... Jesteś taka piękna. Oczarowałaś mnie od pierwszej chwili. Nieważne, co będzie później, teraz mam szansę być blisko ciebie. Bliżej, niż kiedykolwiek...


-        Oszalałeś! – krzyknęła i wstrzymała oddech, czując jego duże dłonie na swoich pośladkach.


-        Tak. Masz rację. Oszalałem... – jęknął podniecony do granic możliwości.


Wdychał jej słodki zapach, delektował się jej aksamitną, gorącą skórą. Jej ciało, które macał powolnymi, posuwistymi ruchami, było takie miękkie. Obrysował jej idealną figurę i znów jęknął.


-      Kai, proszę... – szepnęła, odpychając go z całej siły. Niestety on był silniejszy i nie oddalała się od niego ani na milimetr, wbrew staraniom.


-     Co mi uczyniłaś, moja piękna... – mruknął i pocałował ją w usta. Broniła się, ale wargi i tak paliły ją od zadziornego i namiętnego pocałunku.


Blokował jej ręce silnymi dłońmi i przyparł ją do ściany. Całując jej szyję i dekolt. Zbliżał się ustami do jej piersi, a jego dłoń powędrowała wzdłuż jej uda, w stronę krocza. Ella czuła doskonale, z jaką pasją o to robił i nie wątpiła, że Kai pragnie jej całą duszą. Poczuła wielką złość. Na siebie, że jej ciało reagowało na jego pieszczoty i na niego, że nie liczy się z uczuciami innych, tylko zaspokaja własne potrzeby. Nie mogła też przestań myśleć o ucieczce. Gdy tylko sobie wyobraziła gniew Alrena, gdy dowie się o tym, co tu się działo, wzdrygnęła się. Zdenerwowała się i zacisnęła pięści. Wyszeptała zaklęcie i nagle spowiła ją błękitna aura. Odrzuciła Kai’a najdalej, jak to było możliwe w tej komorze.


Mężczyzna był w szoku. Moc Elli rozjaśniła ciemność. Widział jej płonące od gniewu oczy i przez chwilę zwątpił. Nie był do tego przyzwyczajony. Zwykle kobiety jęczały ze szczęścia, gdy je pieścił. Zwykle tylko udawały niedostępne. Miał już wiele kobiet. Mężatki, wdowy, dziewice... Nie spotkał jeszcze żadnej, która by mu się oparła. Nie mieściło mu się więc w głowie, że Ella go nie chce. Kai nie zdawał sobie sprawy, że do tej pory spotykał kobiety, które chciały zmiany i które przede wszytskim go pragnęły. Na jego nieszczęście zadurzył się teraz w kobiecie, która była zajęta, ale szczęśliwa i ani myślała zdradzać swego mężczyznę.


-        Postępuj tak dalej, a gwarantuję ci, że kobiety cię znienawidzą – syknęła i skierowała rękę w stronę wyjścia.


-        Co robisz?


-        Nie czujesz? Trzęsienie ustało, więc wychodzę – odparła ostro. – Nie próbuj mnie zatrzymać! – wrzasnęła. Była bardzo zła.


Kai’a zamurowało, więc na początku patrzył tępo, jak Ella wychodzi z komory. Dopiero potem wyskoczył na zewnątrz i złapał ją za rękę. Spojrzała na niego gniewnie.


-        Zaczekaj... – chwycił ją oburącz.


-        Puszczaj!


-        Ale...


W tej chwili Ella nie wytrzymała i spoliczkowała go z całej siły. Puścił jej rękę i przyłożył dłoń do pulsującego policzka. W jego oczach złotowłosa ujrzała zaskoczenie. Nie wierzył, że to zrobiła, a ona nie dowierzała, że on nie widzi niczego złego w swoim zachowaniu.


-        Zostaw mnie! – krzyknęła i odwróciła się gwałtownie.


W tej złości nie zauważyła, wszechobecnych ruin miasta dookoła ani tego, że scenę, jaka przed chwilą rozegrała się między nią a Kai’em, widziało z daleka dwóch mężczyzn. Nie wiedziała o tym, dopóki nie natrafiła wzrokiem na ich sylwetki. Zamarła. Nawet stąd, widziała gniewne, zielone spojrzenie Alrena i zaskoczenie w oczach Gorda.


Nie minęła nawet minuta, kiedy obaj znaleźli się tuż przy niej i wpatrywali się w Kai’a, który nie odwracał wzroku. Ella milczała, tłumiąc w sobie złość na Kai’a w przeciwieństwie do Alrena, który zmierzył ją zagadkowym wzrokiem, a potem spojrzał na obcego mężczyznę surowo.


-        Ello – jego głos był przeszywająco chłodny – co między wami zaszło?


-        Nic – bąknęła, gdy już oderwała wzrok od jego gniewnych oczu.


-      Wyszłaś z nim z tej komory i spoliczkowałaś go. Musiał sobie na to czymś zasłużyć... Twoim zdaniem to jest „nic”? – syknął, a ona się zdenerwowała.


-        Nie wierzysz mi? – Zezłościła się,


-        Wierzę.


-        To uwierz, że nic się nie stało! – warknęła. – Prawda, Kai? – spytała, zaskakując mężczyznę.


-        Prawda - odparł, a ona odetchnęła. Ren jednak nie wyglądał na przekonanego i wciąż mu się przyglądał. – Na razie... – dodał po chwili, przyjmując dumną i odważną postawę oraz ignorując iskry, jakie leciały z oczu Rena. Ella drgnęła.


-        Nie mów mi, że nie zamierzasz się poddać po tym, co ci powiedziałam. – Spojrzała na niego gniewnie.


-     Nie zamierzam – odparł natychmiast i zerknął na wściekłego Rena prowokacyjnie. – Chyba, że Ren pokona mnie w sprawiedliwym pojedynku – wypalił, zdumiewając wszystkich.


-        Słucham? – Ren udał, że się przesłyszał.


-       Wyzywam cię. Jeśli wygram, Ella spędzi ze mną noc. Jeśli przegram, odejdę z miasta i nie będę jej już zaczepiał. Stoi? – Po tych słowach zapanowała długa cisza. Nawet Ren był w szoku.


Ella stała nieruchomo, z otwartą buzią. Irytowało ją, że nawet nie wziął pod uwagi tego, że w życiu by z nim nie spędziła nocy, nawet gdyby jakimś cudem wygrał. Zabrakło jej słów i cierpliwości, by kontynuować tę konwersację, więc westchnęła na tyle głośno, by każdy to usłyszał. Gord chwycił ją za rękę i odsunął się z nią na metr, na wypadek gdyby ci dwaj zamierzali się bić już teraz. Blondyn pokiwał głową, patrząc na Kai’a. Dał mu w ten sposób do zrozumienia, że uważa go za durnia.


-      Powiedz. Jesteś szalony, zuchwały czy tylko głupi? – warknął Ren. – Nie dość, że zignorowałeś moje ostatnie ostrzeżenie i znów naprzykrzałeś się Elli, to teraz wyzywasz mnie i stawiasz takie warunki? To moja narzeczona, idioto! Sądzisz, że ci ją oddam, jak jakąś zabawkę? – Ren czuł, że zaraz wybuchnie.


-        W takim razie, pokonaj mnie i będziesz miał problem z głowy – odparł zdecydowanie.


-      Chciałem ci ocalić skórę, kretynie, ale skoro nalegasz... Zgoda! Jeszcze pożałujesz swej bezczelności i zadufania – warknął, oddychając głęboko, by nad sobą panować. Miał bowiem ochotę rozerwać go na strzępy od razu.


-        Świetnie. Jutro o północy będę na ciebie czekał na placu głównym Eronu.


-        Jak chcesz – syknął wściekle, odwrócił się i spojrzał na Ellę wymownie.


Ella wykrzywiła usta w nieładnym grymasie, widząc, że on wciąż jej nie wierzy i  zamierza z nią o tym porozmawiać na osobności. Nie musiał nic mówić – ona i tak wiedziała. Atmosfera między nimi zagęszczała się i nie wiadomo, co by z tego wynikło, gdyby nie ten śpiew...


Nagle bowiem rozległ się chóralny, męski śpiew. Tak donośny, że słychać go było w każdym zakamarku lasu. Kai ulotnił się. Alren, Ella i Gord zaś spojrzeli na plac Eronu i ujrzeli dwunastu wysokich Elfów o białych włosach, splecionych w misterne warkocze. Na ich głowach lśniły srebrne diademy. Nosili proste, długie i białe szaty. W dłoniach dzierżyli magiczne świece, płonące zielonym ogniem i śpiewali na głosy sakralne pieśni. Na ich twarzach malował się smutek.


-        To kapłani – stwierdził Gord.


-     O matko... – Ella zasłoniła usta. Dopiero teraz zauważyła, jak wielkie zniszczenia spowodowało minione trzęsienie ziemi.


Dookoła znajdowały się same ruiny. Nieliczne domy ocalały. Pełno gruzu i niemało zwłok Elfów. Tych, którzy nie zdołali się ukryć na czas. To był zatrważający widok. Milczeli. Wschłuchiwali się w chóralny, elfi śpiew. Nagle zauważyli, że melodia kapłanów miała magiczną moc. Byli świadkami niezwykłego spektaklu.


Im głośniej Elfy śpiewały, tym szybciej wszelkie szkody fizyczne same się naprawiały. Odnawiały się domy, drzewa, fontanny i chodniki. Wszystko. Aż do chwili, kiedy po trzęsieniu nie został nawet ślad. Jednocześnie ciała poległych Elfów znikały, zamieniając się w zielone ogniki, unoszące się w górę, by ostatecznie wniknąć w konary nieśmiertelnych drzew.


-        Co to? – spytała odruchowo.


-       Dusze Elfów. Wróciły do Wielkiego Ducha, który w religii elfów jest źródłem życia. Zjednoczyły się z nim i osiągnęły spokój, aż do ponownych narodzin – wyjaśnił Gord. Alren ciągle milczał.


Gdy chóralny śpiew ucichł, Elfy opuściły schrony, uklękły i zaczęły modlić się do Wielkiego Ducha, by przyjął dusze ich bliskich i umożliwił im reinkarnację. Ella złapała się za serce i zamknęła oczy. Tylko tak mogła oddać hołd ofiarom.


***


Kilkanaście minut później, hotel


Ella była zła na Alrena, że się tak zachował, a on był zły, że ona nie chce mu niczego powiedzieć, pomijając jego wściekłość na Kai’a. Odkąd wrócili do hotelu – milczeli. Mijali się, myjąc się, jedząc coś i wykonując zwykłe czynności. W końcu Alren nie wytrzymał dłużej tej ciszy i wyszedł za nią na taras.


-        Powiesz mi wreszcie, co tam się stało? Jakim cudem w ogóle znalazłaś się z nim w tej komorze? – Jego głos był raczej chłodny, pełen pretensji.


-       Niby dlaczego miałabym ci coś wyjaśniać? – Nawet na niego nie spojrzała. – Zachowujesz się okropnie. Myślałam, że jesteśmy na takim etapie, że nie powinny obchodzić cię takie incydenty. Ale nie, ty nadal jesteś chorobliwie zazdrosny! - zerknęła na niego gniewnie.


-        Skoro to tylko drobny incydent, to czemu robisz z tego tajemnicę? – zbliżył się. Mimowolnie drgnęła.


-      Nie robię. To ty sobie wyobrażasz nie wiadomo co! – krzyknęła, zwracając się do niego przodem. – Sądzisz, że jak zrobisz groźną minę, to będę robić wszystko, co mi każesz? Nie jestem już tą przestraszoną dziewczynką, która spadła na ciebie z nieba! Nie traktuj mnie w ten sposób, albo naprawdę się pogniewam.


Alren był solidnie zaskoczony. Nie spodziewał się od niej takich słów. Wyczuwał jednak pewne wahanie. Wiedział, że nie do końca mówiła szczerze.


-      A więc nie boisz się mnie już ani trochę? – Spojrzał na nią tak lodowatym wzrokiem, że aż ją zmroziło. Głos uwiązł jej w gardle. – Coś takiego... – zakpił, a ona przełknęła ślinę.


Chwycił ją gwałtownie za rękę i pociągnął ku sobie. Uścisk był nieco za mocny i sprawiał jej ból. Syknęła, chcąc się wyrwać. Niestety Ren był zbyt silny.


-        Skoro się mnie nie boisz, to dlaczego drżysz? – Przeszywał ją wzrokiem na wylot. Nie umiała zapanować nad swoim ciałem. – Dlaczego słyszę, jak szybko bije ci serce? Dlaczego masz urywany oddech? Dlaczego widzę w twoich oczach lęk? – Jego ton nie był przyjemny.


-        Przestań! Zachowujesz się zupełnie, jak on! – wrzasnęła, a on uniósł jedną brew.


-        Tak? No więc? Co dalej... Co jeszcze robię tak, jak on? – syknął, a Ella była zła na siebie, że dała się sprowokować.

Aruell
Nastrój: :)
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 194

środa, 18.kwietnia.2012, 00:00


Rozdział 194


1 dzień leovanu[1] 8976 roku, Elmeron – Eron, popołudnie


Ella i Ren szli do centrum miasta. Dziewczyna skończyła zajęcia na dziś. Rankiem zaliczyła test z Magii Natury, zadziwiając Alrena tempem nauki. Później trenowała z nim Czarną Magię i mężczyzna znów wykrył, że zrobiła niesamowite postępy od wczorajszych lekcji. Zastanawiał się, czy to zasługa tylko słynnego zaklęcia, przyspieszającego naukę i podwajającego doświadczenie. Doszedł jednak do wniosku, że to niemożliwe. Przyznał, że Ella miała wrodzony dar magii i gdyby uczyła się od dziecka, to nawet bez tego zaklęcia, dziś byłaby znacznie lepsza od niego. Nie dziwił się zbytnio. W końcu była Miryonką, a lud ten byli mistrzem magii, w dodatku pochodziła z królewskiego rodu. Uśmiechnął się do siebie, co Ella zauważyła.


-        O czym myślisz? – Spytała, chwytając go pod ramię.


-        O niczym.


-     Akurat. Pewnie głowisz się, jak to możliwe, że twoja narzeczona jest tak genialna i uczy się tak szybko, co? – mówiła z przekąsem, a on szczerze się zdziwił.


-        Zadziwiasz mnie swą domyślnością.


-        Więc jednak? – Zaśmiała się i nagle pociągnęła go za rękę, tak, że odruchowo się schylił.


Wykorzystała ten fakt, by go pocałować. Najpierw był to łapczywy, namiętny pocałunek. Potem muskała czule jego usta, ujmując jego twarz w dłonie. Uwielbiała to ciepło, które zalewało ją za każdym razem, gdy był blisko. Ren zamruczał. Jakie to było przyjemne. Objął ją mocno i przygarnął do siebie. Nie wiedzieli, skąd w nich tak nagła potrzeba bliskości, ale nie przeszkadzało im to. W pewnej chwili jednak odsunęli się od siebie, jako że byli na środku placu głównego Eronu i zwracali na siebie uwagę Elfów, nie przywykłych do takich publicznych scen. Szybko zeszli na boczną uliczkę i dotarli do strumyczka. Mieli zamiar pójść do hotelu, ale nagle zobaczyli Gorda w towarzystwie małej dziewczynki na moście i zainteresowali się tym.


-        Czy to nie Gord?


-        To on – odparł Ren, przyglądając mu się uważnie.


-    Jeszcze nigdy nie widziałam go tak radosnego. Zobacz, jak się śmieje... – Pokręciła głową. - Więc tak wygląda, gdy jest rozbawiony i wesoły.


-        Najwyraźniej ta mała ma na niego dobry wpływ.


-        Kiedy oni się tak zaprzyjaźnili? – Zdziwiła się.


-        Skąd mam wiedzieć? – Wzruszył ramionami.


-        Nieważne. Chodźmy do nich. – Nim zdążył zaprotestować, pociągnęła go w stronę mostu.


Gord spoważniał nieco, widząc nadchodzącą parę, a dziewczynka przyglądała się jej z zainteresowaniem. Alren spojrzał na blondyna ze znaczącym uśmiechem.


-        Widzę, że odkrywasz w sobie instynkt ojcowski.


-        Jasne – odparł bez entuzjazmu, wiedząc, że on tylko chce mu dokuczyć.


-        To twoi przyjaciele, Gordzie? – spytała mała dziewczynka.


-      Tak. To Ella i Ren – odparł i popatrzył na parę swoich towarzyszy. – A to jest najodważniejsza Elfka w Eronie. Ma na imię Kori – rzekł do nich.


-        Miło mi, Kori – Ella uśmiechnęła się i uściskała małą rączkę dziewczynki.


-        Mnie również – odparł Ren.


Jednak nim zdążył podać jej dłoń, mała Kori wskoczyła na barierkę i spojrzała mu prosto w oczy. Patrzyła tak intensywnie, że brunet aż się zdziwił. Nagle usłyszał głośne westchnięcie.


-        Łaaa.... Jakie ty masz piękne oczy... – bąknęła, podziwiając jego zielone tęczówki, a Alren wybuchł śmiechem.


-        Dzięki, kociaku. Ale przecież u was zielone oczy są normalne, prawda?


-        Prawda, ale twoje są inne. To nie są elfie oczy.


-        Jasne, w końcu Alren nie jest Elfem – upomniał ją blondyn.


Gord szturchnął małą znacząco, by przestała się już tak gapić na bruneta. Ona zaś odchrząknęła, ale zaraz znów spojrzała Renowi w oczy. Coś ją do niego przyciągało.


-        Nie rozumiesz, Gordzie! – burknęła z obruszeniem. – To są niezwykłe oczy. Kiedy w nie patrzę, boje się i jednocześnie pragnę się zbliżyć. Czuję magię...


-        Oho – rzekł Alren. – Coś mi się widzi, że Kori będzie kiedyś czarodziejką, skoro już teraz dostrzega takie rzeczy. – Pogłaskał małą po głowie.


-        Nie chcę być czarodziejką. Chce być wojowniczką. Chcę przemierzyć cały świat i pomagać ludziom!


-     Prawdziwa bohaterka. – Zachichotała Ella, która już rozumiała, czemu Gord obdarzył ją taką sympatią. Dziewczynka była odważna, bystra i miała w sobie to „coś”.


-        Dobrze już ty moja bohaterko – zaśmiał się Gord.– powinnaś wracać. Niedługo masz w domu obiad.


-        Eeeee, mama wróci najwcześniej za godzinę. Poszła dziś głębiej w las. Szuka rzadkich ziół. Chcę się z tobą pobawić!


Nagle ziemia zaczęła drżeć. Fazowo i coraz silniej. Cała czwórka się zaniepokoiła i rozglądała ze zdumieniem. Nie trzeba było długo czekać na pierwsze odgłosy paniki, a zaraz potem usłyszeli róg. Ktoś zadął w niego mocno.


-        Co się dzieje? – krzyknęła Ella.


-        O nie! Trzęsienie ziemi!


-        Co? Trzęsienie ziemi w Elmeronie? Jakim cudem? – zdziwił się Gord.


-        Wygląda na to, że to zmiany w Egharii, spowodowane brakiem Hariosa – odparł Ren. – Szybko musimy się schować!


-        Kori! Koooriii! – usłyszeli głośny krzyk jakiegoś mężczyzny.


-    Tutaj, tato! – zawołała, a Elf zatrzymał się przed nimi, dziękując bogom, że Kori nic nie jest. Zdawkowo powitał pozostałych.


-        Kori, biegniemy do schronu!


-        A mama? – spytała z przerażeniem.


-        Mama została w lesie...


-        Trzeba jej pomóc!


-        Nie, Kori. Najpierw musisz się schować. Potem ja pobiegnę jej poszukać.


-        Ale...


-      Schowajcie się oboje – rzekł zdecydowanie Alren. – W czasie trzęsienia może pan tylko stracić życie. Na pewno nie znajdzie pan żony!


Kori zadrżała ze strachu i wtedy spojrzała nerwowo na blondyna, który spoglądał na nią smutno. Wiedział, co za chwilę usłyszy.


-        Gordzie... Gordzie, uratuj moją mamę! Proszę... – jęknęła Kori, patrząc blondynowi prosto w oczy. Blondyn drgnął.


Nie potrafił jej odmówić. Wszystko to trwało tylko kilka sekund. Drgania się nasilały. Nie było już więcej czasu. Trzeba było coś zrobić. Albo się schować, albo uciekać.


-        Znajdę ją – rzekł blondyn. – Schowaj się z tatą.


-        Ale – Elf próbował protestować.


-        My też idziemy – rzekł Ren do Elli.


-        Nie. Idź z Gordem!


-        Co? – Zdziwił się. – On sobie poradzi, Ello.  A ty...


-     Dam sobie radę! Proszę, idźcie razem, będę spokojniejsza – zerknęła na niego błagalnie, więc westchnął bezradnie. Wiedział, że spieranie się z nią to strata czasu.


-        Dobrze, ale schowaj się, jak najszybciej i nie wychodź, dopóki trzęsienie się nie skończy.


Ella uśmiechnęła się do nich, po czym pobiegła za Kori i jej tatą, który posłał Alrenowi i Gordowi spojrzenie, wyrażające trudną do opisania wdzięczność oraz podziw. Dwaj mężczyźni zaś skinęli głowami i używając lewitacji polecieli w las.


W Eronie wybuchła panika. Ziemia drżała coraz mocniej. Rozstępowała się pod nogami, tworząc wielkie, głębokie szczeliny. Tłum Elfów biegł w różne strony do różnych schronów. Niektórzy wpadali w przepaść, innych przygniatały drzewa, a jeszcze inni bezpiecznie docierali do magicznych bunkrów.


-        Pospiesz się, Ello! – krzyczała mała Kori u wejścia do schronu.


Ella już chciała do niej dołączyć, kiedy zauważyła małego Elfa, któremu drzewo przygniotło nogę. Wiedziała, że nie może go tak zostawić.


-        Panienko! – krzyknął ojciec Kori. – Zaraz zamkną schron!


-        Schowajcie się. Ja muszę coś zrobić! – krzyknęła zdecydowanie.


-        Ale...


-        Szybko! Nie martwcie się o mnie! – krzyknęła i użyła lewitacji, by dotrzeć do chłopca.


Ojciec Kori, mimo protestów córki, zaciągnął ją do środka. Bunkier zamknięto, jak i wiele innych. Niewielu już Elfów było na zewnątrz. Ci, którzy nie zdążyli się schronić w schronach, mogli skorzystać z pojedynczych komór ochronnych, ukrytych w całym mieście.


Ella użyła magii by odsunąć drzewo, które przygniotło małego Elfa. Potem uleczyła mu kończynę i kątem oka zauważyła kogoś, kto szukał syna. Domyśliła się, że chodzi o tego chłopca. Zaniosła go przerażonemu Elfowi, który miał łzy w oczach i kłaniał się Elli z wdzięcznością, wielokrotnie. Po czym ukrył się gdzieś. Ella dyszała. Robiła to wszystko bardzo szybko i zmęczyła się. Teraz nie wiedziała, co dalej. Rozglądała się, szukając drogi ucieczki. Trzęsienie się nasilało.


Nagle poczuła uścisk na ręce. Zerknęła w bok i natychmiast rozpoznała Kai’a, który wręcz siłą zaciągnął ją do jakiegoś grubego drzewa, otworzył drzwi do komory i mimo jej oporów, wrzucił ją do środka. Sam wskoczył zaraz potem i zamknął wrota.


Ella dyszała, przerażona. Było tu zupełnie ciemno i ciasno. Jednak, o dziwo, drgania były znacznie mniejsze, a ściany i podłoga - miękkie, jakby obszyte grubą tapicerką. Czuła też powiewy świeżego powietrza, choć nie widziała żadnych otworów. Zresztą nic nie widziała. Nagle ogarnęła ją panika, gdy zrozumiała, z kim się tu znalazła. Kai... Najgorsze, że pomieszczenie to było tak małe, że trudno było stać tak, aby się nie stykać z jego ciałem. Mężczyzna, wyprzedzając jej pytania, opowiedział krótko, co to za miejsce.


-     To Rivaghary, magiczne komory ochronne. Są jednoosobowe, dlatego jest nam ciasno. Otacza je magia, która łagodzi wstrząsy i dostarcza tlenu. Nic nam tu nie grozi.


-      Kai... – Głos jej się załamał gdy otarła się o jego nagi tors. Miał na sobie bowiem, jak zdążyła zarejestrować, tylko buty i spodnie. – Dlaczego mi pomogłeś?


-        Naprawdę muszę to mówić? – odparł nieco kpiąco. Poczuła jego gorący oddech na twarzy i drgnęła.


-        Nie... - odparła i odwróciła się do niego tyłem. Jego oddech owiewał teraz jej kark.


-        Ello... – rzekł łagodnie. – Nie uciekaj ode mnie.


-        Kai. Ostrzegam cię. Jeśli znów spróbujesz tego, co w altanie... – rzekła groźnie.


-    Dlaczego jesteś taka najeżona? – spytał zwyczajnie, obejmując ją od tyłu tak mocno, żeby nie mogła się uwolnić. Wstrzymała oddech, gdy ucałował ją w szyję z taką czułością, że...


-      Przestań! – krzyknęła. – Wybij to sobie z głowy. Kocham Rena i nigdy nie pozwolę, byś się do mnie zbliżył! Odpuść sobie.


-        Ależ przecież ja już jestem blisko ciebie – rzekł zmysłowo i skubnął ustami jej ucho. – Nie czujesz?


-        Kai...


-        Jeśli nie, to obiecuję, że zaraz poczujesz...






[1] Leovan – nazwa miesiąca, odpowiadająca ziemskiemu lipcowi.





Aruell
Nastrój: :)
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 193

wtorek, 17.kwietnia.2012, 14:06



Witajcie!


Dziś wstawiam później, bo wczoraj nie miałam Internetu. Teraz awaria została naprawiona, więc zapraszam do czytania. :)


Pozdrawiam,


Aru


***


Rozdział 193


33 dzień ruanu 8976 roku, Elmeron – Eron (jaskinia Euranos), noc


Kiedy Ella i Ren opuścili karczmę, mężczyzna zamierzał wrócić do hotelu, ale Ella miała inny pomysł na tę noc. Dała mu to do zrozumienia, stojąc i patrząc gdzieś w bok. Spojrzał na nią z zaciekawieniem.


-        Coś się stało?


-        Mam ochotę pójść w jedno miejsce. O tej porze powinno być tam pusto...


-        O czym mówisz? – Zdziwił się.


-        O Jaskini Euranos. – Zerknęła na niego zalotnie. – Wiesz, co tam jest?


-        Wiem, ale... – Zaśmiał się. - Od kiedy to lubisz jaskinie? – zakpił, rozumiejąc, co jej chodzi po głowie.


-        Od jakiegoś czasu – odparła zarumieniona. Uśmiechnęła się do siebie, wspominając sentymentalną jaskinię Ersloy w Veolii. – Idziesz, czy nie?


-        Czy ja wiem...


-        To idę sama – bąknęła i skierowała się w stronę tejże jaskini.


-        Sama? Nie ma mowy! – burknął. – W nocy? W takie miejsce?


-        Przecież to nie dzika grota, tylko kompleks miejskich, gorących źródeł, Ren – zakpiła. – Chodź i nie marudź.


-        Próbujesz mi rozkazywać? – Uniósł jedną brew, krzyżując ręce na piersi.


-      Gdzieżbym śmiała, Wasza Wysokość – zaśmiała się i pobiegła w stronę jaskini. Ren ruszył za nią, wzdychając bezradnie.


Jaskinia nie była daleko. Mieściła się w granicach miasta Eron, na poboczu i była tu powszechnie lubianym miejscem. Ella oraz Ren, który szybko ją dogonił, zatrzymali się przed grotą, której strzegli dwaj strażnicy. Ku zdumieniu Elli nie zatrzymywali ich ani nie kontrolowali ich tożsamości. Gdy więc weszli oboje do środka, zerknęła na Rena pytająco. Nie musiał słyszeć pytania, by jej odpowiedzieć.


-        Straż miejska wie, kim jesteśmy. To dlatego.


-        Jak to wie?


-      To dla naszego bezpieczeństwa. Oczywiście nie mogą mówić o tym zwykłym cywilom, więc nie ma się czym przejmować – dodał.


-        Rozumiem.


Ella zamilkła. Po chwili dotarli do wielkiej, oświetlonej magicznie „komnaty” jaskini, podziurawionej przez liczne komory, wypełnionej zawsze lazurową, czystą i gorącą wodą. Wszędzie wokół unosiła się para. Było ciepło. Nawet bardzo, ale nie narzekali. Noce w Elmeronie słynęły z nieprzyjemnego chłodu, połączonego z wysoką wilgotnością. Tutaj nie było to aż tak dokuczliwe.


Elli spodobało się to miejsce. Budziło ze snu jej wspomnienia. Popatrzyła na Rena, który wyglądał tak, jakby wolał jednak hotelowe łóżko, zamiast gorącej kąpieli. Wstrzymała oddech, gdy zdjął tunikę, odsłaniając swe muskularne ciało. Było mu za gorąco. Podeszła do niego cicho i powoli objęła go od tyłu, wtulając się w jego nagie plecy.


-        Nadal nie jesteś w humorze? – Raczej stwierdziła, niż spytała, głaszcząc go po torsie, nie zmieniając przy tym pozycji.


-        Dlaczego?


-        Gdybyś miał dobry nastrój, już by pewnie było po wszystkim... – odparła nad wyraz wymownie. Zaśmiał się krótko, ale śmiech mu się nagle urwał, gdy jej ręka natrafiła na jego czule miejsce.


-        Co robisz... – jęknął z rozbawieniem.


-     Ren... Zwróć mi mojego, dawnego Rena. Tęsknię za nim – mruknęła, stając naprzeciw niego. Ujrzała zaskoczenie w jego zielonych oczach.


-        Co?


-      Nie masz wrażenia, że ostatnio zamieniliśmy się rolami? Teraz ja muszę cię zachęcać do igraszek. Kiedyś było odwrotnie. – Udała obruszenie. – Eh, gdzie się podział tamten groźny, odrobinę oschły i niegrzeczny Ren? – W jej głosie wychwycił cień tęsknoty i odrobinę żartu.


-        Ello... – Zaśmiał się głośno i szczerze, co ją ucieszyło. – Chcesz powiedzieć, że jestem dla ciebie za dobry? – Jego oczy błysnęły. Znała to spojrzenie i od razu poczuła, jak puls jej przyspiesza.


-        Może troszkę... – Zarumieniła się. – Lubiłam takiego ciebie. Teraz też jesteś cudowny, ale wtedy... Nie zrozum mnie źle...


-        Zrozumiałem przesłanie, nie martw się – rzekł z tajemniczym uśmiechem. – Dobrze więc. Skoro takie jest twoje życzenie... – Bez ostrzeżenia, łapczywie po nią sięgnął.


Gdy ją pocałował, znienacka i ogniście, poczuła, że miękną jej kolana. Drgnęła, gdy agresywnie zacisnął swe dłonie na jej pośladkach. Oddychała z trudem, gdy przywarł wargami do jej szyi i jednym, gwałtownym ruchem zdjął jej sukienkę. Czuła jak, od jego warg i języka, którymi pieścił jej dekolt, wędruje dreszcz, docierający do każdej komórki jej ciała. Trzymał ją w stalowym uścisku, tak, że bez problemu wyczuwała, jaki jest silny. Jej serce przyspieszyło.


Alren pieścił jej piersi zadziornymi ruchami, delektując się jej miękką skórą, rozkosznie gorącą z podniecenia. Każdy jej głośny wdech i stłumiony jęk tylko podsycał jego apetyt. Poczuł przyjemne mrowienie na karku i twarzy, gdy złotowłosa bawiła się jego włosami i dotykała jego barków. Jej dłonie były takie delikatne. Uwielbiał jej zapach i aksamitne włosy. Jej pełne, kuszące usta i zmysłowe, błękitne oczy, w których widział wszelkie pragnienia i mnóstwo uczuć, adresowanych do niego.


Gdy pozbyli się wszystkich ubrań, zdecydowanie wziął ją na ręce. Ella aż pisnęła, tak niespodziewany był ten manewr. Potem wszedł do sporej komory, wypełnionej gorącą wodą, która w najgłębszym miejscu, sięgała mu nieco poniżej pasa. Puścił ją tylko po to, by za chwilę odebrać jej oddech namiętnym pocałunkiem i wciągnąć pod wodę. Wynurzyli się kilka sekund później, odgarniając swe mokre włosy do tyłu, nie przerywając serii pocałunków. Ella przymykała oczy, gdy gładził ją po plecach, pośladkach, całując całe ciało. Przyjemna temperatura wody też robiła swoje. Nagle chwycił ją w pasie i gwałtownie w nią wszedł.


Przyparł ją do brzegu komory i unieruchomił ręce. Już siebie nie kontrolował. Napędzało go wyłącznie pożądanie. Ella drżała, czując na własnej skórze, jaki Ren jest męski, silny, namiętny i... Jęknęła. Przed chwilą było bowiem zbyt mocno, zbyt głęboko. Nie przejęła się tym jednak, wręcz przeciwnie... Nie czuła bólu na plecach, które niemiłosiernie ocierały się o skalisty brzeg komory, niemalże do krwi. Nie myślała o niczym. Nie była w stanie. Kochali się dziko, szybko, aż do utraty tchu, aż do spełnienia.


Gdy zaś było po wszystkim, ona miała pokaleczone plecy, a on podrapane. Wbijała bowiem swe paznokcie zbyt głęboko. Nie kontrolowali się zupełnie i dopiero teraz, gdy dyszeli, wtuleni w siebie i uśmiechnięci, wracała im świadomość. Alren skubnął delikatnie jej ucho. Zapiszczała.


-        Wystarczająco ostro? – szepnął zmysłowo.


-        Ujdzie – bąknęła, rozśmieszając go.


-      Ujdzie? No ładnie... Ach, ty moja zadziorna kocico – mruknął i złożył na jej ustach długi pocałunek. Przymknęła oczy, czując znajomą przyjemność.


Po chwili, Alren i Ella uleczyli sobie drobne uszkodzenia ciała po ostatnim stosunku i usiedli obok siebie, zanurzając się po obojczyki w gorącej wodzie. Czuli się zrelaksowani. Ella oparła głowę o jego ramię, tuląc się do niego i westchnęła. Mogłaby tak siedzieć całą wieczność. Nie rozmawiali. Nie mieli takiej potrzeby. Było im nawet lepiej, niż dobrze.


***


Hotel Aisunavoes, wiele godzin później


Otworzyła oczy. Ujrzała znajomo wyglądający gaj. Znowu. Znowu była na Miryonie. Rozejrzała się, szukając konkretnej osoby i wreszcie znalazła ją. Sirius siedział na brzegu fontanny i bawił się jakimś kwiatem. Był całkowicie ubrany – w tradycyjny, czerwono - złoty strój cehrońskich władców. Podeszła bliżej i zatrzymała się, gdy spojrzał na nią swoimi tajemniczymi, złotymi oczami.


-        Dawno cię tu nie było, Mirello – usłyszała jego nieco ironiczny głos. – Dziś jesteś sama? Czy też znów szpieguje cię Alren?


-       Czy to ważne? – rzekła chłodno. Patrzyła na niego dość nieufnie. – Lepiej wyjaśnij mi, dlaczego nie powiedziałeś mi od razu, kim jesteś.


-        O, czyli już wiesz? – Zainteresował się.


-        Owszem. Zatem... Dlaczego ukryłeś przede mną fakt, że jesteś cehrońskim księciem, bratem Cesarzowej Oriany?


-        Gdybym powiedział ci od razu, przestraszyłabyś się i nie byłoby zabawy.


-        Też mi wyjaśnienie...


-        Więc? – Spojrzał na nią wyzywająco. – Co teraz zamierzasz zrobić, Księżniczko? Zabijesz mnie?


-        Dlaczego miałabym to zrobić? – Oburzyła się.


-    Jak to? Przecież jestem bratem Oriany, twego wroga. Kobiety, która doprowadziła do zniknięcia Hariosa! – mówił ironicznie.


Ella wyczuła w nim coś dziwnego. Mówił jedno, ale jego ciało i twarz wyrażały co innego. To było sprzeczne ze sobą. Nie wiedzieć, czemu miała wrażenie, że mężczyzna był czymś zmartwiony. Mówił tak, jakby nienawidził siebie za to, kim jest.


-        To ona jest moim wrogiem, nie ty – rzekła poważnie. – Zresztą, nie wyglądasz na jej kochającego brata – zauważyła, a on uniósł brwi ze zdumienia.


-        No... Jestem pod wrażeniem. Zauważyłaś, że jej nienawidzę?


-        Dlaczego?


-        Jeszcze pytasz, po tym co mi zrobiła? – Wybuchł nagle głośnym krzykiem. – Co... nam... zrobiła?


-        To ma związek z Arellą, prawda? Kochałeś ją... – Podeszła bliżej i patrzyła mu odważnie w oczy.


-        Tak... Nadal ją kocham i chcę do niej wrócić, o ile... O ile jeszcze żyje...


-        Jeśli ma w sobie Hariosa, to musi przecież żyć, jak ty...


-      Niekoniecznie. Może być tak, że jej dusza przepadła i jest teraz tylko kukłą, więzieniem dla cząstki Hariosa. Gdy Harios wróci, zostanie tylko jej ciało – Ella dostrzegła ból i strach w jego oczach. – Nie chcę tego. Chcę wierzyć, że tak, jak ja, znalazła sposób na stłumienie duszy Hariosa w sobie i zachowanie własnej tożsamości. Nie wiem, jak długo jeszcze wytrzymam... Boje się, że ona nie dała rady...


-        Przykro mi – odparła szczerze.


Sirius milczał. Zamknął na chwilę oczy i zamyślił się. Doskonale wiedział, że tylko Mirella może ich uratować. Jego i Arellę. Wiedział też, że czas końca tego koszmaru, zbliża się wielkimi krokami. A koniec ten mógł być dobry lub zły. Po kilku minutach Ella znów się odezwała.


-      Jesteś na Miryonie, prawda? – Nie odpowiedział, uznawał to bowiem za oczywiste. – Jak się tu dostałeś? Wszystkie portale na Miryon są zniszczone, a położenia tego tajnego nie możesz chyba znać! Poza tym ponoć ten księżyc jest spowity klątwą, która zabija wszystko, co żywe. – Naprawdę ją to nurtowało.


-        Harios mnie tu przeniósł. Żyję tu także dlatego, że jego część jest we mnie.


Sirius nie patrzył na Ellę, tylko wpatrywał się w kwiat w swej dłoni. Myślał o niej. O Arelli. Myślał o niej bez przerwy. I tęsknił.


-        Powiedz mi... Wiesz, gdzie ona jest? Gdzie jest Arella? – spytała rzeczowo.


-        Nie. Nie wiem... – Oczy miał tak smutne, że Ella wiedziała, że nie kłamał.


-        To niedobrze...


Ella nie zamierzała mu opowiadać o tym, co usłyszała od Rena, na temat kobiety- widma w Elmeronie. Czuła, że to mogłoby go zdenerwować. Po raz pierwszy współczuła Siriusowi. Po raz pierwszy był taki poważny, jak teraz.


-        Mirello... – Spojrzał jej w oczy w taki sposób, że zadrżała. – Znajdź ją. Znajdź Arellę i uratuj ją. Proszę... – Ella zamarła słysząc ostatnie słowo i z wrażenia...


Obudziła się. Spojrzała na ciemny sufit i zrozumiała, że jeszcze nie ma świtu. Zerknęła na Alrena. Spał głęboko. Przewróciła się na łóżku tak, by przytulić się do jego pleców i ponownie zamknęła oczy. Myślała przez chwilę o rozmowie z Siriusem i jego nietypowym zachowaniu, a potem znów usnęła.



Aruell
Nastrój: :)
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 192

czwartek, 12.kwietnia.2012, 00:00


Rozdział 192


33 dzień ruanu 8976 roku, Elmeron – Eron (okolica jeziora Onoyo), wieczór


Kori zaprowadziła Gorda na wybrzeże jeziora Onoyo, tuż przed zachodem Słońca i natychmiast wdrapała się na wysokie drzewo, w zadziwiająco szybkim tempie. Gord patrzył urzeczony na małą dziewczynkę, siedzącą na gałęzi i machającą do niego żywo.


-        Chodź tutaj! Stąd widać, jak Słońce tonie w jeziorze i lesie. Zachód tutaj jest naprawdę magiczny! – krzyczała.


-        Obawiam się, że ta gałąź nie wytrzyma mojego ciężaru. – Zaśmiał się.


-        Aha... – zasmuciła się. – Nie pomyślałam o tym.


-        Nie martw się. Coś wymyślę – rzekł z uśmiechem i użył lewitacji.


Elfka otworzyła szeroko usta ze zdumienia, gdy Gord poleciał w górę i tylko pozornie stanął na gałęzi, na której ona siedziała. Dzięki lewitacji nie naciskał na drzewo swoim ciężarem. Oczy Kori zabłyszczały.


-        Potrafisz latać!


-        To się nazywa lewitacja. – Uśmiechnął się.


-       Coś chyba słyszałam... ale nigdy nie wdziałam – rzekła i kątem oka zobaczyła, że zachód się zaczął. – Och! Poparz! Zaczyna się...


Gord spojrzał na czerwone Słońce, zanikające za leśnym horyzontem, Niebo zachwycało paletą barw. Pomarańcz, żółć i czerwień, róż i fiolet, niknący błękit i pojawiający się granat. Zaiste było to niezwykle piękne zjawisko. Blondyn podziwiał je z uśmiechem, a Kori cieszyła się, że mu się podoba. Gdy zrobiło się już ciemno, przerwali milczenie pełne zachwytu.


-        Chyba powinniśmy już wracać – rzekł Gord. – Twoi rodzice będą się martwić.


-        Mhm. – Uśmiechnęła się i przymierzała do tego, by powolutku zejść z drzewa, ale wtedy zobaczyła dłoń Gorda.


-        Chodź tu do mnie. Będzie szybciej, – Zaśmiał się, widząc rumieńce.


Kori ochoczo objęła go wokół szyi. Uniósł ją bez trudu jedną ręką, jakby nic nie ważyła, a potem, za pomocą lewitacji, dostał się z powrotem na ziemię. Zdziwił się, gdy mała się w niego wtuliła. Zalało go dziwne, nieznane mu dotąd ciepło. Tymczasem Kori dała mu buziaka w policzek, dziękując cichutko i zeskoczyła na dół. Uśmiechnął się.


-        Idziemy? – spytał, a ona już chciała pójść za nim, kiedy nagle coś sobie przypomniała. – Ach! Lubisz poziomki?


-        Raczej tak, czemu pytasz?


-        Tam, pod tym drzewem rośnie ich wiele. Nazbieram ci trochę – rzekła i nim zdążył zaprotestować, jej już nie było.


Westchnął i przyglądał się z daleka, jak zawzięcie zrywała małe owoce, gdy nagle usłyszał niezbyt przyjazny odgłos zwierzęcia. Znieruchomiał. Kori też. Potem był jej krzyk. Gord zjawił się tuż przy niej w zawrotnym tempie i natychmiast namierzył zwierza, przypominającego lamparta, który warczał na dziewczynkę. Tuż za nim był miniaturowy dziki kot. „Pięknie, tylko tego brakowało...” – pomyślał. Mała dziewczynka schowała się za jego nogami.


-        Ma małego i chyba uznała, że jesteś zagrożeniem – westchnął. – Trzeba było iść prosto do domu, Kori.


-        Ja... Tylko jej nie zabijaj! – krzyknęła. – Ona jest taka piękna...


-      Wiem, wiem. Wy, Elfy, nie tolerujecie zabijania zwierząt. Nie skrzywdzę jej. Jeśli jednak nic nie zrobię, zaatakuje nas – stwierdził, gdy doszedł już do wniosku, że lampart nie pozwala im się wycofać i stale zagradza im drogę. – Już wiem...


Gord wezwał Aurę Hariosa i zajrzał zwierzowi głęboko w oczy. Lampart drgnął i pobiegł w las, wraz ze swoim kociątkiem. Wówczas blondyn uspokoił się i pogłaskał Kori po głowie.


-      Już po wszystkim – rzekł spokojnie, a ona natychmiast przestała się bać i zarumieniła się. Sposób, w jaki Gord przepędził dzikiego kota zaimponował jej.


-        Przepraszam i dziękuję – rzekła nieśmiało.


-     Nie ma sprawy. Chodźmy już. – Wyciągnął do niej dłoń, a ona ochoczo mu podała swoją. Czuła dumę, że idzie obok wielkiego wojownika, za jakiego go uważała, co rozbawiło Gorda.


***


Wieczór, „Karczma Nevila”


Ella i Alren zamierzali opuścić już bar, ale zatrzymali się jeszcze na chwilę, słysząc rozmowę karczmarza z jakimś Elfem. Zaniepokoił ich temat, jaki oni poruszyli, więc dyskretnie podsłuchali tę konwersację.


-        Poważnie? Jesteś pewien, że uszy cię nie zawiodły, Semiyusie? – spytał karczmarz. – Będzie wojna?


-       Przysięgam na wielką Elinaryę, że mówię prawdę – zarzekał się młody Elf. – Byłem w stolicy i rozprawiają tam o tym bez przerwy. O konflikcie między Elmeronem a Ravaronem.


-        Eee tam, przecież nasze kraje nie lubią się od wieków i co chwilę są jakieś konflikty! – nie dowierzał.


-        Tym razem to coś poważnego. Obecny Król Ravaronu żywi jakąś osobistą urażę do Elmerończyków i chce podbić nasz kraj. Krążą pogłoski, że tylko czeka na dobry pretekst, by zaatakować Elmeron. Jednocześnie próbuje ponoć sprowokować nas, byśmy uderzyli pierwsi.


-        To tylko plotki. – Karczmarz upierał się przy swoim.


-      To nie plotki. Podobno na granicy bez przerwy znikają strażnicy. Bez śladu! Jak duchy... Słyszy się także o porwaniach dzieci.


-        I oczywiście winni są Ravarończycy?


-        Teraz mi nie wierzysz, przyjacielu, ale wspomnisz moje słowa.


-      Eh, wierzę, wierzę, że nie zmyślasz tego wszystkiego, ale jeśli prawdą jest, co mówisz, to świat rzeczywiście się wali... – westchnął karczmarz. – Nie dość, że Elmeronem wstrząsają ostatnio potężne trzęsienia ziemi, zabierając życia naszym rodakom, a burze niszczą nawet najstarsze drzewa naszej świętej puszczy, to jeszcze wojny z sąsiadami nam brakowało.


-        Nie zapominaj o fali tajemniczych nawiedzeń...


-        Nawiedzeń? Aaa to! – przypomniał sobie. – Ale podobno ta kobieta przestała już niepokoić mieszkańców Elmeronu!


-    Podobno przestała... Nie słyszałem ostatnio żadnej skargi, a zaprawdę powiadam, moje trubadurskie ucho jest wyczulone na takie informacje.


-        Wierzę, wierzę. I dobrze. Niech jej ziemia lekką będzie.


Alren był wyraźnie zaintrygowany tą rozmową. Nowinki o niepokojach go zmartwiły, ale bardziej zainteresowała go ta kobieta-duch. Szepnął więc do Elli, że pójdzie zbadać sprawę i poprosił, by tu poczekała. Złotowłosa nie bardzo wiedziała, co Ren chce zrobić, ale ufała mu bezgranicznie. Skinęła więc głową na zgodę, a brunet poczekał, aż karczmarz zaczął obsługiwać nowego klienta i spokojnie dosiadł się do Elfa-trubadura, tuż przy barze. Powitał go skinieniem głowy, zgodnie z elfickim zwyczajem. Przypuszczał, że Elf sam do niego zagada. Zdawał sobie sprawę, że Norheńczycy są rzadkimi gośćmi w Elmeronie i zawsze wzbudzają zainteresowanie w krainie Elfów. Poza tym ponoć był tu sławny... Cierpliwie więc czekał. Trubadur przyglądał mu się uważnie ukradkiem, co było dobrym znakiem dla Rena. W końcu Semiyus nie wytrzymał.


-        Nie jesteś stąd, prawda?


-        Prawda.


-        Dziwne, mam wrażenie, że gdzieś już cię widziałem...


-        Jestem...


-        Czekaj, przypomnę sobie – Elf myślał intensywnie i nagle go olśniło – Alren! Ty jesteś Alren!


-        Ciszej.


Elf zamilkł na chwilę. Był najwyraźniej podekscytowany spotkaniem z legendą i z trudem powstrzymywał się przed zasypaniem go licznymi pytaniami.


-    Przepraszam... A niech mnie licho, nie mogę uwierzyć, że z tobą rozmawiam, Alrenie vhe... – Nagle urwał, przypominając sobie coś. – Zaraz... czy ty czasem... Słyszałem od koleżanki z Norhenu, co się tam stało... Na wielką Elinaryę! Ty jesteś teraz... – Elf wstał i pobladł nieco.


-       Spokojnie, przyjacielu. Ciszej – rzekł stanowczo, jednym ruchem sadzając Elfa z powrotem na stołek. Uśmiechał się lekko, widząc szok na jego twarzy. – Dobrze słyszałeś, ale obecnie jestem tu incognito i byłbym wdzięczny, gdyby tak pozostało.


-        Na starożytnych bogów! K-Król Norhenu... – glos mu zadrżał.


-        Uspokój się, powiedziałem.


Elf przełknął ślinę i wtedy kątem oka zauważył śliczną blondynkę, siedzącą znacznie dalej, w głębi pomieszczenia. Zwrócił tam swój wzrok i znów pobladł. Alren wiedział już, że Elf się zorientował, kim ona jest.


-      Jeśli ty jesteś tutaj, Wasza Wysokość... – zawahał się. – A niech mnie... To ta piękna kobieta... To musi być Mi-Mirella... Ponoć się zaręczyliście... – W głowie mu się zakręciło z wrażenia.


-        Zgadza się. Widzę, że jesteś dobrze poinformowany... – stwierdził z lekkim uśmiechem, a Elf znów przełknął ślinę. - Posłuchaj, jeśli odpowiesz na kilka moich pytań, osobiście cię jej przedstawię. Jestem pewny, że spotkanie z Mirellą zainspiruje cię do stworzenia wielu ballad.


-        Jesteś zbyt łaskawy, Panie. – Podniecił się na samą myśl o poznaniu Księżniczki Miryonu.


-     Pamiętaj tylko. Jeśli zdradzisz komuś naszą tożsamość lub miejsce pobytu, osobiście porachuję ci kości – rzekł poważnie, patrząc mu w oczy.


-        Nie śmiałbym... Przysięgam, że nic nikomu nie powiem.


-        Mam nadzieję – rzekł i zamówił dla nich dwa piwa. – Porozmawiajmy.


-        Oczywiście.


Elf czuł, że to będzie rozmowa jego życia. Poznał osobiście Alrena, obecnego Króla Norhenu, a za chwilę spotka mityczną Księżniczkę Miryonu. To takie niesamowite! Wciąż w to nie wierzył.


-        Powiedz mi coś więcej o tych nawiedzeniach. Wszystko, co wiesz.


-        Co w tym takiego ciekawego? – zdziwił się, że Ren akurat o to spytał.


-        Odpowiedz.


-        Dobrze, no więc... Miesiąc temu w całym Elmeronie doszło do dziwnych nawiedzeń, w różnych miastach. Zaczęło się od Eronu, a skończyło na stolicy – mówił spokojnie. – Mieszkańcy zarzekali się, że do ich domów wkrada się duch kobiety. Relacje tych, którzy ją widzieli, mówią, że to była zawsze ta sama zjawa i za każdym razem mówiła to samo. Jednak od kilku dni nie ma po niej śladu, więc Elfy mają nadzieję, że dusza zaznała już spokoju i nawiedzenia się skończyły. Ale ja w to nie wierzę. Myślę, że ona przeniosła się gdzieś indziej. Widzisz, Panie, wczoraj słyszałem plotkę, że w Oshelionie jakaś kobieta nawiedziła poczciwego gospodarza, tuż przy granicy...


-       Interesujące... – Zastanowił się. - Powiedz coś więcej o tych relacjach. Wiadomo ci, jak wyglądała ta kobieta i co mówiła?


-      Ludzie mówili, że była bardzo piękną kobietą, z pewnością nie Elfką. Miała jasną karnację i długie kręcone, złoto blond włosy oraz niebieskie oczy. Stawiałbym, że pochodziła z Alorii. To tam powszechny typ urody. Ponoć zawsze miała na sobie białą szatę kapłańską...


-        Jesteś pewien? – Ren podniósł na chwilę głos, ale szybko się opanował.


-        Tak... – zawahał się. – Tak słyszałem.


-        A co mówiła?


-      Nie wiem dokładnie, ale podobno kogoś szukała. Mężczyzny... Prosiła tych, których nawiedzała, by jej pomogli, by powiedzieli, gdzie on jest. Wyglądała na opętaną i za każdym razem płakała.


-        Hmm... – Alren był prawie pewien, że wie, kim była ta kobieta.


-        Zaprawdę powiadam, Panie, ta kobieta nie jednego już o zawał serca w Elmeronie przyprawiła – wzdrygnął się na samą myśl.


-        Zapewne.


-        Jeśli szukasz więcej informacji, na temat tego zjawiska, porozmawiaj, Panie, z Farayenem w Elmerasii.


-        W stolicy?


-        Tak. On, jako ostatni, widział tę kobietę-widmo. Na pewno powie ci więcej, niż ja.


-        Dziękuję za wszystkie informacje – powiedział spokojnie. – Nawet nie wiesz, jak pomocne się okazały.


-        Naprawdę? – Ucieszył się. – W takim razie jestem bardzo rad.


-        Też się cieszę.  A teraz chodź. Przedstawię cię, Mirelli – rzekł z uśmiechem, widząc poruszenie na twarzy Elfa. - Tylko zachowuj się odpowiednio.


-        Oczywiście.  Jestem zaszczycony, Panie...


Alren skinął głową i zaprowadził Elfa do Elli. Złotowłosa szybko znalazła z nim wspólny język. Kiedy oczarowany trubadur rozmawiał z Ellą, Alren analizował wszystkie nowe informacje. Był przekonany, że wpadli na ważny trop i zamierzał o tym powiedzieć ukochanej, jak tylko będą znów sami.



Aruell
Nastrój: :)
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 191

środa, 11.kwietnia.2012, 00:00


Rozdział 191


33 dzień ruanu 8976 roku, Elmeron – Eron (wybrzeże jeziora Onoyo), popołudnie


Alren zaprowadził Ellę nad jezioro Onoyo, które mieściło się tuż za miastem Eron, gdzie na wybrzeżu było wystarczająco dużo miejsca do ćwiczeń magicznych. Całą drogę mężczyzna milczał, a na jego twarzy malował się grymas wściekłości. Złotowłosa nie miała odwagi do niego zagadać. Wiedziała, że jest zły na Kai’a i dopóki mu nie przejdzie, lepiej go nie drażnić. Przełknęła ślinę na myśl, że miała z nim teraz ćwiczyć Czarną Magię.


Aby nieco się uspokoić podziwiała piękne jezioro. Było naprawdę duże, a  jego woda miała niezwykły, lazurowy kolor. Musiała być gorąca, bo wszędzie  unosiła się para, tworząc magiczne mgły i chmury na tle nieskończonego lasu. To, co zwróciło uwagę Elli, to wielki obelisk, który unosił się wbrew grawitacji nad powierzchnią wody, na środku jeziora. Wyczuwała, bijącą od niego, silną i magiczną energię. Alren jakby czytając w jej myślach, zaspokoił jej ciekawość.


-        To jezioro Onoyo, czyli Święte. Wszystko za sprawą tamtego obelisku. Jest naładowany magią. Podgrzewa wodę jeziora, ociepla okoliczny klimat i niweluje wszelką magię – mówił rzeczowo. – Cokolwiek byś nie rzuciła w ten obelisk, wchłonie on każde zaklęcie. Dlatego jest to idealne miejsce do trenowania magii.


-      Rozumiem – rzekła cicho i zerkała na niego ukradkiem. Nie rozchmurzył się jaszcze. – Ren... – chciała coś powiedzieć, ale przerwał jej.


-        Nie traćmy czasu. Do wieczora chcę z tobą poćwiczyć podstawowe zaklęcia Magii Śmierci, z zakresu Czarnej Magii.


-        Ale... – zbladła, widząc jego spojrzenie.


-     Pamiętasz zaklęcie Magicznego Pocisku? To najprostszy czar ofensywny. Skupia energię magiczną i zamienia na kinetyczną, tworząc niewidzialny pocisk wprawiony w ruch, który uderzy w dowolny cel. Zadziała na każdego, nie wyuczonego magicznie, człowieka, ale co najwyżej może go obezwładnić, przewrócić, nabić guza. Krzywda większa mu się nie stanie – mówił szybko i konkretnie. – Popatrz. Za chwilę powtórzysz za mną.


Tylko to powiedział, a wypuścił takowy pocisk w stronę obelisku. Czar został zniwelowany, ale Ella widziała to, co najważniejsze. Wypowiedzenie zaklęcia i zastosowanie. Drgnęła, gdy Ren popatrzył na nią raczej surowo, czekając na jej kolej. Dziewczyna skupiła się, zebrała w sobie energie i cisnęła nią w obelisk. Zanim jednak pocisk dotarł do celu, rozpłynął się.


-        Za słabo. Taka ilość energii nawet muchy by nie zdmuchnęła – zakpił. – Przyłóż się bardziej – polecił, a Ella skrzywiła się i jeszcze raz spróbowała.


Nie udawało jej się kilka razy z rzędu, aż Alren westchnął ze zniecierpliwienia i popatrzył  na nią krytycznie.


-        Wyobraź sobie, że w miejscu tego obelisku, jest ktoś, kogo nie znosisz. Musisz czuć agresję, złość. Inaczej Czarna Magia nie zadziała lub będzie za słaba. Pamiętaj, że czerpie ona moc z negatywnych emocji.


Ella pomyślała chwilę. Miała problem z wyobrażeniem sobie kogoś takiego, aż nagle przypomniała sobie Syrianę i chwilę, w której się dowiedziała, co ona zrobiła. Pomyślała o długim szkoleniu, w czasie którego była rozdzielona z Renem, właśnie przez nią. Zdenerwowała się i rzuciła zaklęcie, które buchnęło, uderzając w obelisk i rozproszyło się.


-      Ooo! – zdumiał się. – Ciekaw jestem, kogo sobie wyobraziłaś. Nie chciałbym być w jego skórze... – stwierdził z lekkim rozbawieniem.


Elli ulżyło, gdy ujrzała przez chwilę jego uśmiech. Była też zadowolona, że opanowała zaklęcie. Alren nie dał jej później chwili wytchnienia. Zaczęli ćwiczyć kolejne czary, coraz to silniejsze i bardziej niebezpieczne, ale nadal podstawowe. Ella dawała z siebie wszystko. Nie chciała zawieść swego nauczyciela.


***


Tymczasem, nad strumykiem


Gord miał dziś depresyjny nastrój. Zastanawiał się, co on tu robi. Nudziło mu się. Poza tym czuł się dziwnie osamotniony. Tak, jak w Norhenie, miał wokół siebie wiele osób, tak teraz był sam. Alren i Ella cały czas mieli co innego do roboty, więc rzadko z nim rozmawiali. Zresztą nie zwykł gawędzić z Alrenem, za którym nie przepadał, zaś Ella budziła w nim mieszane uczucia. Nadal coś do niej czuł, choć doskonale wiedział, że powinien o tym zapomnieć. Nagle zatęsknił za Alorią. Miał tam wielu przyjaciół i pełnił funkcję, dzięki której rzadko bywał sam. Ze zdumieniem stwierdził, że nie jest typem samotnika, jak mu się czasem wydawało. Westchnął. Zaraz potem usłyszał dźwięczny, dziecięcy głos.


-        Dlaczego jesteś taki smutny?


Gord spojrzał w bok i ujrzał małą, elficką dziewczynkę, siedzącą na poręczy mosteczka, na którym stał. Kołysała wesoło nóżkami i wpatrywała się w niego, jasnozielonymi oczami. Zauważył, że miała dwa, małe i czarne warkoczyki oraz typowy, dziecięcy strój Elfów w kolorze brązowym. Zdziwiła go jej śmiałość. Przecież był obcokrajowcem i nie wyglądał na potulnego baranka, a ona zwyczajnie do niego zagadała i usiadła bliziutko.


-        Dlaczego jesteś smutny? – powtórzyła pytanie, nie doczekawszy się odpowiedzi.


-        Taki już jestem – odparł niepewnie.


-        Nieprawda! Mamusia mówiła, że nikt nie jest z natury smutny! Tylko jak się stanie coś niemiłego...


-        Martwisz się o nieznajomego? – zdziwił się i zaśmiał przez chwilę, widząc jej zatroskaną minę.


-       Aaa, więc nie chcesz powiedzieć, bo się nie znamy? – wyglądała na zadowoloną, że go rozgryzła. – To można łatwo zmienić. Jestem Kori! – krzyknęła i zeskoczyła z poręczy, wyciągając do niego małą rączkę.


Gord popatrzył na nią z rozbawieniem. Dziewczynka ledwo sięgała mu do poziomu bioder. Była drobniutka i krucha, w porównaniu z jego potężną posturą. Uśmiech małej był jednak na tyle ujmujący, że postanowił z nią pogadać. Pochylił się i uścisnął delikatnie jej malutką rączkę.


-        Miło mi, Kori. Ja jestem Gord. – Dziewczynka zarumieniła się, widząc jego łagodną twarz.


-        Jesteś wojownikiem? – wypaliła podekscytowana.


-        Tak.


-    To widać! Jesteś taaaaki duży... – zadarła głowę. – Ale ręce masz delikatne i miłe. To dziwne. Zawsze myślałam, że ręce wojowników są szorstkie... – zdziwiła się tym odkryciem, a on był zaskoczony ostatnią uwagą.


-        Doprawdy? – zaśmiał się szczerze. Dziewczynka rozbrajała go.


-        Nom. Jesteś pierwszym wojownikiem, jakiego widzę. Postanowiłam to sprawdzić i... widzę, że to nieprawda.


-       To żadna reguła, Kori. Niektórzy mają szorstkie dłonie, inni nie – Pokręcił głową, że interesuje ją taki szczegół. – Nie boisz się mnie?


-        A dlaczego miałabym się bać? – zdumiała się szczerze. – Wyglądasz na dobrego człowieka, to zagadałam – odparła wesoło, a Gord uśmiechnął się do niej ciepło.


-        Odważna jesteś. Ile masz lat?


-        30! Ale nie jestem już dzieckiem! – bąknęła zapobiegawczo.


-        Oczywiście, panienko.


Gord znów się zaśmiał. Wiedział, że Elfy osiągają pełnoletniość w wieku 120 lat. Do 200 lat mają tak zwany okres „nastoletni”, a potem dojrzewają. 30 lat w świecie Elfów to tyle, co 8 wśród ludzi. Kori milczała chwilę i przyglądała mu się badawczo.


-        Powiesz mi teraz, dlaczego się smucisz? – Była uparta, więc blondyn westchnął.


-        Myślę, że jest mi smutno, bo jestem sam.


-        Aaa! – krzyknęła znowu. – Ale przecież już nie jesteś sam. Ja tu jestem!


-        Widzę – zachichotał.


-        Chodź, pokażę ci coś ładnego! Od razu się rozweselisz! - oznajmiła głośno, chwyciła jego dużą dłoń oburącz i pociągnęła. Gord popatrzył na nią pytająco. – No choodź już! – ponagliła.


Gord wzruszył ramionami. I tak nie miał nic innego do roboty. Poszedł więc za dziewczynką, czując coś dziwnego, gdy trzymał ją za tę małą rączkę. Ciepło, jakiego nigdy jeszcze nie czuł.


***


Późne popołudnie, „Karczma Nevila”


Po zajęciach z Czarnej Magii, Alren uspokoił się, ale nadal nie był w humorze. Ella pomyślała więc, że zabierze go na kolację do baru. Zgodził się bez wahania. Karczma Nevila okazała się być na poziomie. Podawano tu dobre jedzenie i wino, a klienci nie należeli do hałaśliwych.


Po smacznej kolacji, Ella postanowiła zagadać do Rena. Tęskniła za jego głosem, choć przecież nie raz go już dziś słyszała. Uwielbiała jego niski tembr i mogłaby go słuchać bez końca.


-        Ren... Rozchmurz się już... – mruknęła, wtulając się w jego ramię, obejmując je oburącz.


-        Nie jestem zły – odparł beznamiętnie.


-        Jasne – zakpiła – wprost emanujesz radością.


Alren zerknął na nią powoli i uśmiechnął się, widząc jej zirytowaną twarz. Ella złowiła jego spojrzenie i mówiła dalej.


-        Dlaczego się złościsz? Przecież do niczego nie doszło. Czemu się przejmujesz tym durniem?


-        Nie znoszę takich typów.


-        To jeszcze żaden powód do tego, by cały dzień się złościć.


-        On nie da za wygraną.


-        Co?


-        Widziałem to w jego oczach. Oszalał a twoim punkcie i na pewno znów spróbuje się do ciebie zbliżyć. Jak o tym pomyślę, to szlag mnie trafia...


-        Daj spokój – zaśmiała się. – On mnie nie interesuje.


-        Wiem...


-      To czemu jesteś taki zazdrosny? – Spojrzała mu w oczy, a on przez chwilę się zarumienił i uparcie milczał. – Rumienisz się – rzekła z przekąsem, a on spiorunował ją wzrokiem.


-        Ello... – chrząknął znacząco, czując, że jej ręka zawędrowała pod jego tunikę. Przeszył go miły dreszcz, gdy poczuł jej delikatne palce na skórze torsu. – Hej... Jesteśmy w karczmie...


-      I kto to mówi? – zadrwiła. Uśmiechnął się znacząco, ujął jej podbródek i niespodziewanie pocałował tak, że Ella wprost się rozpłynęła.


Serce zabiło jej mocniej. Gdy oderwał od niej usta, wtuliła się w niego zarumieniona i westchnęła. Objął ją czule. Resztki złości gdzieś zniknęły, pod wpływem jej ciepła.


-        Nie zapominaj, że to ciebie kocham najbardziej na świecie... – mruknęła cicho.


-        Przepraszam...


-        Daj spokój, to do ciebie niepodobne – zachichotała – ale nie złość się już.


-        Już mi przeszło.



Aruell
Nastrój: :)
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 190

wtorek, 10.kwietnia.2012, 00:00


Rozdział 190


33 dzień ruanu 8976 roku, Elmeron – Eron (Wieża Isgharon), około południa


Czas mijał szybko i nim Ella się obejrzała było już po testach. Poranne nerwy okazały się zbędne, gdyż zaliczyła egzamin śpiewająco, a teraz uśmiechnięta opuściła Wieżę Isgharon wraz z Alrenem. Czuła ulgę, że ma to już za sobą. Dziewczyna chciała teraz trochę odpocząć, rozluźnić się, a potem, zgodnie z umową, Ren miał dać jej pierwszą lekcję praktyki Czarnej Magii.


-        Mówiłem, że sobie poradzisz – rzekł Alren, uśmiechając się do niej szeroko. Był z niej dumny.


-     Nic dziwnego... Po tym, jak mnie wczoraj zamęczyłeś pytaniami, nie mogło być inaczej – prychnęła. – Zadawałeś trudniejsze pytania, niż te, które były na tym teście! Niedobry Ren! – Udała oburzenie, szturchając go lekko w bok.


-      No wiesz co? – zaśmiał się i niespodziewanie przyciągnął ją plecami do siebie. – W każdym razie... Gratuluję, kotku - szepnął zmysłowo i ucałował ją czule w policzek. Zarumieniła się.


Ella przymknęła oczy. Jak przyjemnie było być w jego objęciach, aż nie chciało jej się od niego odsuwać. Alren uśmiechnął się do siebie, czując jak zaciska dłonie na jego ramionach i wtula się w niego.


-        Wybaczcie, że przeszkadzam, gołąbeczki – usłyszeli nagle głos Gorda, który najwyraźniej czekał na nich pod drzewem, z rękoma skrzyżowanymi na piersi. – Ren, możemy zamienić słówko?


-        Jasne. A co z Ellą?


-        To dotyczy tylko ciebie, Alrenie. Chodzi o jakąś ustawę. Książę Ronves teleportował się tutaj kilka minut temu i nalega na spotkanie.


-        Jaką ustawę? – zdumiał się. – Czy Renalia nie może się tym zająć? Przecież Królowa Matka ma obecnie takie same uprawnienia, jak ja. Sam ją upoważniłem do wszelkich decyzji.


-        Najwyraźniej to coś bardzo ważnego.


-     Dobrze więc – odparł rzeczowo i spojrzał na Ellę. – Zaczekaj na mnie pod naszą ulubioną altanką. Postaram się wrócić jak najszybciej.


-        Spokojnie, nie spiesz się. Odpocznę sobie – uśmiechnęła się do niego.


Alren odwzajemnił uśmiech, odsunął się od Elli i poszedł z blondynem do hotelu. Zastanawiał się po drodze, o co może chodzić. Nie miał najmniejszej ochoty na tego typu sprawy, ale wiedział, że jako Król Norhenu, nie może tego zignorować.


Tymczasem Ella wolnym krokiem poszła w ustronne miejsce, na poboczu miasta, gdzie wśród drzew, stała malownicza altanka. Razem z Alrenem lubili tu przychodzić, odkąd przybyli do Eronu. Wzięła głęboki wdech i rozkoszowała się spokojem. Nie miała pojęcia, że ktoś ją bacznie obserwuje...


***


Cehron – Ehrona (Szklana Wieża), południe


Xallos zamknął magiczną księgę i spojrzał na Sylvię poważnie. Intensywnie analizował w myślach to, co przeczytał.


-        Upewnijmy się, że dobrze zrozumiałem... – zaczął. – Czar ten całkowicie pozbawia ofiarę kontroli nad swoim ciałem i usypia jego świadomość. Stanie się marionetką, bezgranicznie wierzącą w sugestie i rozkazy, czy tak?


-        Zgadza się. Jeśli uda nam się rzucić ten czar na Alrena, zyskamy potężnego sprzymierzeńca i nie będziemy musieli się obawiać Mirelli, bo ta go kocha i za nic by go nie skrzywdziła – mówiła przebiegle. – Z drugiej strony całkowicie kontrolowany Alren nie będzie miał oporów przed wykończeniem swoich przyjaciół.


-        Genialne! Tylko, jak my rzucimy ten czar? On nie jest głupi. Poza tym zna się na magii...


-        Dlatego musimy najpierw mieć coś, co zmusi go do uległości. Coś, co sprawi, że pozwoli nam siebie zaczarować...


-        Istnieje w ogóle coś takiego?


-      O ile mi wiadomo – mówiła Sylvia – Alren ma jedną słabość: Mirellę. W zamian za jej życie i zdrowie zrobi wszystko. Tym musimy go zaszantażować.


-        Ale przecież Mirella nie jest bezbronną pannicą, poza tym on osobiście ją chroni...


-        Dlatego potrzebujemy dwóch czarów – uśmiechnęła się do niego znacząco i pokazała mu jeszcze jeden zapis w księdze, który on szybko przejrzał.


-        To jest...


-      Tak. Zaklęcie wiążące duszę ofiary z kryształem. Jeśli klejnot zostanie zniszczony, to ofiara, gdziekolwiek by nie była - zginie. Czaru nie da się zdjąć.


-       Chcesz uzależnić duszę Mirelli od takiego kryształu i tym samym zyskać argument, by przenieść Alrena naszą stronę? – Czytał z ukochanej, jak z otwartej księgi. – Jeśli zagrozisz zniszczeniem takiego kryształu, Alren na pewno tego nie zbagatelizuje. Zgodzi się pójść z nami, a wtedy my rzucimy to drugie zaklęcie.


-        Bingo!


-        To może być ekstremalnie trudne...


-        Razem się nam uda – mruknęła i przytuliła się do niego.


-        Od czego zaczniemy?


-       Musimy zdobyć odpowiedni kryształ, bo to nie może być byle co – zamyśliła się. – To musi być legendarny mear. Można go znaleźć wyłącznie w jaskiniach góry Eol.


-        Góra Eol? To Veolia, prawda?


-        Tak. Podobno żyją tam ostatnie Lodowe Smoki, więc może być ciężko...


-        Coś wymyślimy.


***



Elmeron – Eron (Altantka Eroneiry), popołudnie


Ella drgnęła, gdy usłyszała jakieś kroki. To było za szybko, by mógł być to Alren. Odwróciła się od niechcenia i ujrzała wysokiego, barczystego mężczyznę, o brązowych włosach i oczach. Nie znała go i z jakiegoś powodu nie spodobał jej się jego wyraz twarzy. Oczy mu lśniły, a na ustach malował się charakterystyczny uśmieszek kogoś nadmiernie pewnego siebie. Początkowo chciała go zignorować, mimo iż wszedł do altanki, ale on nie pozwolił na to.


-        Witaj, piękna pani – rzekł spokojnie. Zerknęła na niego nieufnie.


-        Witaj.


-        Jestem Kai de Terrameru, wędrowny wojownik – udał, że nie widzi jej obojętności. – A ty, pani?


-     Sądzisz, że jeśli się przedstawiłeś, to zdradzę ci swe imię? – odparła nieprzyjemnym tonem. Nadal nie podobała jej się jego postawa.


-        Cóż, grzeczność tego wymaga – uśmiechnął się szeroko. Fakt, że była nieodstępna tylko podsycał jego apetyt. – Jeśli nie podasz mi swego imienia, będę mówił na ciebie „moja piękna”.


-        Nie jestem twoja! – warknęła. Poziom jej irytacji wzrastał z każdym jego krokiem.


-        Tak, wiem, że kręci się wokół ciebie jakiś Heryon... – zakpił. – I co z tego?


-        To nie jest byle kto, tylko mój narzeczony – rzekła ostro – więc odczep się! – odsunęła się od niego, bo zatrzymał się tuż przed nią, łamiąc jej przestrzeń osobistą.


-        Nie boję się go – zaśmiał się z błyszczącymi oczami.


-        A powinieneś – uśmiechnęła się do niego nieładnie, kiedy on uwięził ją między swoimi rękami, które oparł o poręcz altanki. Był zdecydowanie za blisko. – Ostrzegam, odsuń się. Moja cierpliwość się kończy. – Z jej oczu poleciały iskry.


-       Jakaś ty piękna... – westchnął, zaglądając jej głęboko w oczy. – Odkąd cię ujrzałem, straciłem dla ciebie głowę. Pierwszy raz w życiu czuję coś takiego... – wyznał, a ale ona nic nie powiedziała.


Kai wdychał zapach jej włosów i zachwycał się błękitem jej oczu, ale kiedy się pochylał, by pójść za impulsem, Ella wymierzyła w jego stronę wzmocniony magią cios. Uderzyła go w pierś z taką siła, że odrzuciło go na metr. Spojrzał na nią zszokowany, a potem serce mu zabiło, gdy zobaczył gniewne płomienie w jej oczach.


-        Słuchaj no, bezczelny draniu, nawet jeśli nie łżesz z tym oczarowaniem, to nie zdobędziesz kobiety w ten sposób! Nawet gdybym nie była zaręczona, nie zbliżyłabym się do ciebie – mówiła donośnym głosem, a on przez chwilę pomyślał, że takim tonem mówią tylko członkowie rodów królewskich.


-        Za wcześnie na takie wnioski, moja piękna... Dopiero zaczynam cię zdobywać – odparł, prostując się.


-        Głuchy jesteś?  - warknęła. – Nic z tego! Zostaw mnie samą.


-        Ach, wyglądasz przepięknie, gdy się złościsz – znów do niej podszedł. – Im bardziej mnie odtrącasz, tym bardziej cię pragnę, Ello – rzekł z uśmiechem, a ona zadrżała na dźwięk swego imienia.


-        Skąd wiesz, jak się nazywam? – spytała chłodno.


-        Popytałem tu i tam. Wyobraź sobie, że pokojówki w twoim hotelu, w przeciwieństwie do ciebie, dostrzegają mój urok.


Ella zaśmiała się głośno i kpiąco. „Jaki urok? To bezczelność!” – pomyślała. Zdenerwowała się, gdy znów zanadto się do niej zbliżył. Znów chciała go uderzyć, ale tym razem nie dał się zaskoczyć i złapał jej dłoń. Ścisnął mocno, tak, że nie mogła poruszyć ręką. Zerknęła na niego lodowatym wzrokiem, ale nie przejął się tym. Trzymał ją za obie ręce i oddychał głośno z nadmiaru pożądania. Uczucia, jakie w nim budziła ta kobieta, nawet jego zaskoczyły.


-        Puszczaj! – krzyknęła. – To się dla ciebie źle skończy!


-        Doprawdy? A co miałoby mi się stać? – tylko to powiedział, a poczuł nagle silny uścisk na swym nadgarstku.


Sekundę później jakaś siła rozdzieliła go z dziewczyną. Poczuł potężne uderzenie pięścią w twarz i wylądował na ziemi. Kiedy zaskoczony, spojrzał w górę, ujrzał wściekłe oblicze bruneta, którego widział z nią wcześniej. Przez chwilę zadrżał, gdy dostrzegł jego rozgniewane, zielone oczy i zastanawiał się, jak to możliwe, że nie słyszał jego kroków ani go nie wyczuł. Przecież był wojownikiem pierwszej klasy! Już chciał wstać, ale on chwycił go za ubranie i przyciągnął do siebie. Ich twarze były teraz bardzo blisko. Poczuł, bijącą od mężczyzny, niewidzialną siłę.


-        Słuchaj, gnojku. Jeśli jeszcze raz będziesz się naprzykrzał mojej narzeczonej, to tak przemodeluję ci tę śliczną buźkę, że rodzona matka cię nie pozna! – warknął. Jego niski głos kąsał.


Po tych słowach, brunet odrzucił go z powrotem na ziemię, chwycił zdecydowanie Ellę za rękę i pociągnął w stronę centrum miasta. Nim Kai się obejrzał, już ich nie było. Wytarł usta, z których poleciała strużka krwi i uśmiechnął się do siebie.


-        Interesujące... – rzekł i wstał, otrzepując się z kurzu. – Ma gość jaja, trzeba przyznać.


Kai czuł rosnące podniecenie. Jego piękność wyglądała na nie lada złośnicę, odporną na jego urok, a jej narzeczony okazał się dla niego godnym przeciwnikiem. To wszystko sprawiało, że gra wydawała mu się jeszcze bardziej warta świeczki.


-        Coś czuję, że czekają mnie ekscytujące dni – mruknął do siebie. – Nie mogę się doczekać.


 

Aruell
Nastrój: :)
Kategoria: brak kategorii



Opowiadanie:


Blask Miryonu



Epizod Specjalny


Wielkanoc 2012 rok


 


„Tajemniczy wędrowiec”





7 dzień cuadrilu[1] 8975 roku, Egharia: Arevan - Las Arenar


Ziemia zadrżała. Potężne drzewo rąbnęło w glebę z hukiem, wzniecając w powietrze tumany kurzu. Nagle ledwo słyszalny świst zakłócił chwilę śmiertelnej ciszy. Strzała? Coś zaskwierczało... Podpalona strzała. Ogień buchnął potężnie, zajmując w błyskawicznym tempie zarośla i okoliczne drzewa. Temperatura nieznośnie wzrosła.


-        No! Już po nim. Nie wydostanie się z tej ognistej pułapki – krzyknął ubrany na czarno mężczyzna do towarzysza.


-        Ciężko było... – westchnął tamten i nagle urwał, słysząc jakiś dziwny szmer.


Dwóch wojowników oraz kilku ich kompanów z tyłu spojrzało z lękiem w płomienie przed sobą. Zamarli widząc cień postaci. Wstrzymali oddech, gdy zauważyli parę, wściekłych zielonych oczu.


-        Niby kto nie wydostanie się z tej pułapki? – usłyszeli przeszywający, niski głos.


Zerwał się potężny wiatr. Tak gwałtowny i silny, że zgasił swym podmuchem cały pożar. Mężczyźni zasłonili oczy, by chronić je przed paprochami i popiołem, a gdy znów spojrzeli przed siebie – już jego nie widzieli. Rozglądali się przerażeni, trzymając w pogotowiu drżące miecze i łuki, ale nie mogli go zlokalizować.


-        Co jest? Rozpłynął się w powietrzu?


-        Nie wiem, cholera...


Znów świst powietrza. Jeden po drugim. Po każdym z nich jakiś mężczyzna padał na ziemię bez życia. To były błyskawiczne, śmiercionośne cięcia. Sześciu mężnych wojowników nie zdołało nawet jęknąć przed wyprawą na tamten świat.


-        Głupcy... Kiedy wy się nauczycie? – mruknął pod nosem i skrzywił się na widok trupów, które jednym zaklęciem pogrzebał pod ziemią.


Nastała cisza. Jedynie wiatr zaszumiał nieśmiało dotykając wysokiego mężczyznę, który właśnie czyścił swe ostrze. Wzburzył jego długie, czarne włosy, związane czerwona szarfą i zaszeleścił czarnym ubraniem. Podmuch był delikatny i ostrożny, jakby nawet wiatr bał się gniewu tego człowieka.



***



Egharia: Arevan - Las Arenar (okolice jeziora Anega)



Długowłosy brunet rozpalił ognisko nad jeziorem Anega, na które co chwila zerkał. Zastanawiał się nad dwiema rzeczami – co zjeść na kolację i kiedy zbadać słynne jaskinie pod tą wodą. Po chwili namysłu uznał, że zanurkuje jutro, a apetyt ma na ryby. Już miał zamiar się rozebrać, by je złowić, kiedy nagle wyczuł coś podejrzanego.


Spojrzał w zarośla dzikiej dżungli arevańskiej, wyczulił zmysły i wówczas uspokoił się. Ocenił bowiem, że osoba chowająca się za grubym drzewem, porośniętym lianą nie stanowi dla niego żadnego zagrożenia. Pierwotnie nie chciał reagować, ale po chwili zirytował go fakt, że jest wciąż obserwowany.


-        Hej ty! Jak długo zamierzasz mnie podglądać?


W zaroślach coś się poruszyło. Usłyszał, że ten ktoś ucieka i westchnął. Nie miał zamiaru go ścigać, więc zdjął swoje odzienie, a potem wszedł do jeziora. Woda w nim była lazurowo błękitna, ciepła i niesamowicie czysta. Mężczyzna nie miał najmniejszego problemu z wypatrzeniem ofiar i złowieniem kilku ryb. Gdy się z impetem wynurzył i odgarnął swe długie włosy, swoimi niezwykłymi oczami dostrzegł ruch w okolicy jego obozu.


Potrzebował kilku sekund, by zorientować się, że jakiś smarkacz właśnie kradnie jego sakiewkę. Chłopiec zorientował się, ze został zauważony i czmychnął do lasu.


-        O nie, kolego. Tym razem przegiąłeś – mruknął pod nosem i używając lewitacji wystrzelił z wody, jak z procy, tworząc niewielkie fale.


Dogonił malca w zawrotnym tempie i podciął mu nogi ręką. Nim chłopak spojrzał w gniewne, zielone oczy mężczyzny, sakiewka, która ukradł znów spoczywała w dłoni właściciela. Stał on nad nim, bez odzienia, ociekając wodą i wyraźnie zastanawiał się, jak ukarać złodziejaszka. Wtedy właśnie mały skłonił się czołem do ziemi i zaczął nerwowo przepraszać.


-        Wybacz... Przepraszam pana...


-        Mam gdzieś twoje przeprosiny, smarkaczu – syknął. – Zmiataj, zanim się naprawdę zdenerwuję.


-        Tak jest! – jęknął przeraźliwie i dał dyla w krzaki.


Ledwo mężczyzna zdążył włożyć spodnie, a rozległ się wrzask dziecka. Zamarł w bezruchu i zaklął pod nosem, czując, że ten smarkacz wpakował się w jakieś kłopoty. Naprawdę nie chciał mu pomagać, wszak to młody złodziej, ale... jakiś głos w jego wnętrzu przypomniał mu, jak należy postępować. Owszem. Odrzucił swoje stare życie i filozofię. Przestał się bawić w bohatera i altruistycznego zbawcę kobiet oraz dzieci, ale... Dysonans, który czuł w swoim wnętrzu nie pozwolił mu pozostać biernym, więc... Nim dokończył tę myśl, znalazł się już w miejscu, skąd dobiegał krzyk.


Znalazł dzieciaka na drzewie, trzęsącego się ze strachu. Szybko zrozumiał, skąd to zachowanie. Na dole stał bowiem jeden z najgroźniejszych kotów tych lasów. Zwierzę było wielkości pumy, ubarwione na brązowo. Miało potężne kły i zabójcze, czerwone oczy. Gdy wyczuło mężczyznę, zawarczało na niego groźnie.


-        Spokojnie, kiciuś – rzekł bez cienia strachu. – Nie przestraszysz mnie tym mruczeniem, więc odpuść sobie – dodał i nagle jego oczy zalśniły zielenią.


Kot zadrżał i uciekł w las. Wówczas brunet spojrzał na dzieciaka, na drzewie i westchnął specjalnie głośno.


-        Złaź już, smarkaczu.


Jego słowa obudziły chłopca z transu i niespiesznie zszedł on na ziemię. Popatrzył na mężczyznę zakłopotanym i wdzięcznym wzrokiem, a on skrzyżował ręce na piersi.


-        Dziękuję panu...  – rzekł, ale gdy ujrzał jego zielone spojrzenie, zląkł się. - Już... Już mnie nie ma...


-        Czekaj no – zatrzymał go. – Nigdzie nie pójdziesz, bo znów się w coś wpakujesz, gówniarzu.


-        A-Ale...


-        Jesteś z Vans?


-        Tak, proszę pana...


-        Mów mi Ren – poprawił go. – Ok., zaprowadzę cię tam z rana, bo to blisko. Teraz chodź ze mną.


-        Nie... Nie trzeba...


-        Czy pozwoliłem ci się sprzeciwiać? – warknął, a on zbladł.


Chłopiec zamilkł. Tak naprawdę bał się iść sam przez ten las w nocy. Kiedy wychodził z domu było jeszcze jasno. Nie przewidział, że ściemni się tak szybko. Poszedł więc za Renem do jego obozu i obserwował go w milczeniu.


Alren ponownie rozpalił ogień i zaczął na nim smażyć rybki. Traktował małego brzdąca, jak powietrze, ale on nie miał odwagi zwracać na siebie jego uwagę. Zjedli posiłek w milczeniu, a potem chłopiec zasnął z nadmiaru wrażeń.


Nagle Ren usłyszał świst powietrza. Odruchowo chwycił miecz i zablokował cios, zadany mu od tyłu. Dwa kawałki metalu skrzyżowały się z brzdękiem. Wyczuwał czyjąś obecność, ale jako że nie była to wroga aura, zignorował to. Nic więc dziwnego, że ten atak znienacka go nieco zdziwił. Przenikliwie patrzył w oczy kobiety, która go zaatakowała i dopiero po chwili odepchnął ją z taka siłą, że upadła na ziemię.


Przyglądał się zgrabnej kobiecie w dopasowanym stroju wojowniczki. Miała długie, gęste i faliste włosy w kolorze czekolady oraz duże, brązowe oczy. Była mniej więcej w jego wieku i musiał przyznać, że należała do atrakcyjnych kobiet.


Gdy Ren się wyprostował i spojrzał na nią z góry, dziewczyna nieco się speszyła, ale nie zamierzała się poddać. Szybko stanęła na nogi i przybrała wyuczoną postawę. Ren ocenił, że nie jest ona laikiem szermierki i z pewnością jest odważna, ale miał dość niespodzianek na dziś. Chciał mieć wreszcie spokój.


-        Coś ty za jedna i dlaczego mnie atakujesz? Nie przypominam sobie, by ci zalazł za skórę.


-        Bezczelny! Co zrobiłeś mojemu bratu? Chcesz go porwać? – krzyczała ze złością w głosie.


-        Masz na myśli – spojrzał na śpiącego smarkacza – jego?


-        A widzisz tu kogoś jeszcze? – syknęła.


-        A bierz go sobie. Na co mi złodziej? – prychnął i schował miecz.


-        Nie obrażaj mojego brata! – krzyknęła i zaatakowała go.


Alren wykonał zwinny obrót. Złapał w ruchu jej nadgarstek, chwycił drugą ręką za talię i przyciągnął do siebie. Po chwili stała tyłem do niego, a jej miecz znajdował się przy jej gardle. Zadrżała ze strachu.


-     Trochę grzeczniej paniusiu – syknął jej do ucha. – Ten gnojek chciał mnie okraść. Darowałem mu jednak. Mało tego uratowałem mu skórę przed guarrem. Innymi słowy winna jesteś mi wdzięczność, a nie agresję – dodał i gwałtownie ją odrzucił.


Dziewczyna mało się nie przewróciła. Już chciała coś powiedzieć, gdy nagle usłyszała swego brata.


-        Nie! Przestań!  - krzyczał, a ona opuściła miecz. – On nie zrobił nic złego...


Po chwili chłopiec powiedział całą prawdę, o tym, co zrobił i co się wydarzyło. Skończyło się na tym, że dziewczyna zbeształa brata niemiłosiernie za tak głupie zachowanie, a potem dziękowała po stokroć Alrenowi, że mu mimo wszystko pomógł.


Ren odetchnął z ulgą, gdy oboje odeszli w las, wracając do domu. Wreszcie był sam i mógł spokojnie odpocząć po tym emocjonującym dniu.



***



Godzina później


Alren wyjął ze swej torby butelkę z winem i wypił kilka łyków. Położył się z zamiarem zaśnięcia, ale sen nie przychodził, więc postanowił się napić. Patrzył na Miryon, który świecił błękitnym blaskiem wśród niezliczonej ilości gwiazd, tuż obok swego krewnego – srebrnego księżyca. Westchnął. „Czy kiedykolwiek uda mi się je znaleźć?” – myślał. Wątpił, by na dnie tego jeziora znajdowały się wszystkie odpowiedzi na jego pytania. Miał jednak nadzieję na jakiś trop. Choćby drobny.


-        Nie możesz zasnąć? – usłyszał nagle.


Przez chwilę był zdumiony, że jej nie wyczuł przez to zamyślenie, ale nie dał tego po sobie poznać. Nawet nie spojrzał na nią.


-        Znowu ty? – mruknął z niezadowoleniem. – Czego chcesz?


-        Przyszłam się odwdzięczyć za uratowanie życia mojemu bratu...


-        Nie trzeba. Odejdź.


-        Czemu jesteś taki oschły? – spytała z oburzeniem.


-      Najpierw mnie atakujesz, a teraz chcesz się odwdzięczać. Wybacz, ale jakoś nie budzisz mej sympatii – odparł chłodno.


-       Doprawdy? A więc nawet przez myśl ci nie przeszło, że jestem atrakcyjna? – spytała z przekąsem i dopiero wtedy na nią popatrzył.


Ich spojrzenia się spotkały. Zieleń i czekolada. Zadrżała na widok jego oczu, pełnych złości i tajemnicy. Nie mogła przestać na niego patrzeć i czuła, jak rośnie jej pragnienie, by się do niego zbliżyć.


-        Jestem Tamaya, ale mów mi Aya.


-        Powiedz, czego nie zrozumiałaś w moim komunikacie, byś stąd odeszła?


-        Nie odejdę, dopóki nie spłacę długu – rzekła stanowczo i zbliżyła się do niego.


-        Są inne sposoby okazywania wdzięczności – zakpił.


-      I na pewno bym się do nich dostosowała, gdybyś nie był tak cholernie przystojny – odparła rozbrajająco szczerze. – Wyluzuj i daj się uwieść – mruknęła.


Alren zaśmiał się głośno i spojrzał na nią tak, że serce jej podskoczyło do gardła.


-        Masz tupet, muszę przyznać.


Obrysował dłonią jej twarz i prawie dotknął wargami jej ust. Ciarki przeszły jej po plecach. Zadziwiające, ile emocji wzbudzał jego dotyk, bliskość. Napięcie rosło. Oddychała coraz ciężej. Przesunął dłonią wzdłuż jej pleców i przyciągnął do siebie, trzymając ja za talię. Drżała ze zniecierpliwienia. Zatonęła w jego dzikim, zielonym spojrzeniu. Zamknęła oczy, czując jego usta przy swej szyi. Objęła go mocno. Pragnęła więcej i więcej. Popchnął ją, aż wylądowała na plecach. Zawisł nad nią, upajając się jej pożądaniem, które miała wypisane na twarzy. Kilka razy blefował, że chce ją pocałować, doprowadzając ją tym do szału. Gdy zaś w końcu wpił się  w jej usta, odebrał jej oddech. Namiętna i rozwiązła pieszczota sprawiła, że Aya straciła poczucie rzeczywistości i nagle... nic.


Otworzyła niepewnie oczy i ujrzała Alrena stojącego nad jeziorem, jak gdyby nigdy nic. Coś zagotowało się w jej wnętrzu. „Wzgardził mną? Co za bezczelność!” – pomyślała. Zerwała się w swym gniewie na nogi i podbiegła do niego. Stanęła naprzeciwko i poczekała, aż na nią spojrzy.


-        Co to miało być? – W jej głosie był zawód i złość.


-        Dług spłacony. Możesz wracać do domu – odparł beznamiętnie.


-        Co? Tylko się mną bawiłeś, tak? Jak śmiesz! – Chciała go uderzyć, ale złapał jej rękę i ścisnął tak, że spokorniała.


-      Wybacz, moja droga, ale nie znoszę nachalnych bab – rzekł nieprzyjemnym tonem. – Odejdź więc wreszcie, jeśli łaska.


-        Nie do wiary... – Nie wierzyła własnym uszom. – Jak chcesz! Twoja strata! – fuknęła i pobiegła w las.


Alren westchnął i znów spojrzał w niebo. Wyciszył myśli i poszedł popływać. Woda podziałała odprężająco, więc gdy położył się potem na brzegu, szybko zasnął.



***



Spacerował brzegiem jeziora. Była atramentowa, cicha noc. Padał śnieg, a mróz kąsał skórę jego twarzy. Rozpoznał to miejsce. Był tu już wiele razy w przeszłości. „Jezioro Eloy w Veolii”- pomyślał. Zastanawiał się, co tu robi, gdy nagle otoczyły go malutkie światełka w różnych kolorach, które wirowały wokół niego. Oniemiał z zachwytu.


Nie widział dokładnie, więc nie wiedział, co to takiego, ale było piękne. Zauważył, że latające ogniki tańczą nad powierzchnia wody. Patrzył urzeczony zjawiskiem, kiedy nagle oślepił go błękitny blask. Przez kilka chwil nic nie widział.


-        Zbliż się, ukochany... – usłyszał szept i zadrżał. – Nie bój się...


Nadal był ślepy. Poruszał się niespokojnie, aż zamarł czując dotyk na ramieniu. To musiała być miękka, ciepła i kobieca dłoń. Poczuł, jak prąd przeszywa jego ciało. Przestraszył się tego uczucia.


-        Kim jesteś? – spytał ostrożnie.


-     Twoim snem i pragnieniem – rzekła wdzięcznym głosem i zaraz poczuł jej usta na policzku. – Twoim przeznaczeniem i przyszłością... – mówiła dalej, całując jego drugi policzek.


-        O czym ty... – urwał, bo pocałowała go w usta tak czule i tak delikatnie, że go zamroczyło.


Po chwili odzyskał wzrok. Oniemiał jednak na widok jakiejś kobiety w błękitnej, magicznej sukni i długich , złotych włosach, która tańczyła na powierzchni jeziora. Wokół niej wirowały różnokolorowe istotki, wyglądające, jak duszki. Oświetlał ją „Blask Miryonu”, a wszędzie dookoła odbijał się jej mistyczny śpiew. Zamarł.


Próbował dostrzec szczegóły jej twarzy, ale nie był w stanie. Z jakiegoś powodu jej oblicze było zamazane, niejasne i tajemnicze. Serce mu jednak biło, jak szalone i nie mógł oderwać od niej wzroku i nagle...


Obudził się.


Przez chwilę siedział, sparaliżowany emocjami, których doznał we śnie. Serce wciąż łomotało mu w piersi, oddech był niespokojny, a co najdziwniejsze nadal czuł smak jej ust na swoich wargach. Zajęło mu kilka minut, zanim uświadomił sobie, że to był tylko dziwny sen i uspokoił się.


Wstał i przetarł dłońmi twarz. Spojrzał na jezioro, skapane w świetle porannego Słońca i zaśmiał się z siebie. „Pewnie to miejsce tak na mnie podziałało” – tłumaczył sobie swój sen. Jednak myśl o złotowłosej kobiecie nie dawała mu spokoju.


-        Chyba do reszty mi odbiło. Przecież to nie pierwsza kobieta, która mi się śniła – mruknął do siebie. – Lepiej wezmę się do roboty. Pora sprawdzić, co jest pod wodami tego jeziora...


I tak zrobił. Zajął się swoimi sprawami i zapomniał o niezwykłej marze nocnej. Uznał ją za wytwór swojej bujnej wyobraźni, którym nie warto się przejmować. Nie mógł jeszcze wtedy wiedzieć, jak bardzo się mylił. Nie był to wszak zwykły sen, o czym miał się przekonać już wkrótce.






[1] Cuadril – nazwa miesiąca, odpowiadającego Kwietniowi na Ziemi. (język egharski)


***


Wesołych Świąt!





Aruell
Nastrój: Wesołych Świąt!
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 189

czwartek, 5.kwietnia.2012, 00:00


Rozdział 189


32 dzień ruanu 8976 roku, Elmeron – Eron (Hotel Aisunavoes), wieczór


Alren zdjął tunikę i zasłonił okna satynowymi zasłonami w kolorze ciemnej zieleni. Uruchomił magicznie świecące kamienie w lampach, rozmieszczonych w pokoju, a potem spojrzał na Ellę, która nerwowo czytała księgi od Ulgriffa. Westchnął. Ostatnie dwa dni i dwie noce wyglądały podobnie. Dziewczyna czytała i czytała, a on tylko przynosił jej posiłki i napoje. Czasem zmusił ją, by wyszła na półgodzinny spacer, ale nic ponadto. Nudził się i cieszył, że jutro to się skończy. Jutro zaczną się lekcje praktyczne. W końcu nie wytrzymał, podszedł do niej i zamknął księgę.


-        Hej! Co robisz?


-       Wystarczy tego. Wyglądasz, jak cień – rzekł zdecydowanie, odnosząc księgi i chowając je w szafce. – Musisz odpocząć i wyspać się przed jutrzejszym testem.


-        Ale... ja jeszcze nie doczytałam...


-        Przeczytałaś już wystarczająco dużo – wszedł jej w słowo. – Teraz zjemy kolację.


-        Ale...


-        Zjemy kolację – powtórzył z naciskiem, a ona westchnęła. Wiedziała, że spieranie się z nim nie ma sensu.


Chwilę później skosztowali elfickich, wegetariańskich pyszności i pili wyborną, gorącą herbatę, siedząc na tarasie przy niewielkim stoliku. Alren bez trudu ocenił, że coś trapi jego ukochaną.


-        O co chodzi?


-        Ren... Bo widzisz, nie rozumiem kilku rzeczy... Boję się, że jutro to wyjdzie na teście.


-        Trzeba było pójść do Mistrza i spytać.


-        Nie było kiedy. Chciałam przeczytać, jak najwięcej.


-        Chyba lepiej by było przeczytać mniej ze zrozumieniem, niż więcej bez niego – zaśmiał się.


-        Och, nie nabijaj się – bąknęła.


-        Powiedz, czego nie rozumiesz – rzekł nagle zadziwiająco łagodnie. Spojrzała w jego zielone oczy i zarumieniła się, ponownie mając wrażenie, że wiedzą one wszystko.


-        Na przykład tego całego pochodzenia magii... – westchnęła. – Nie rozumiem Teorii Energii Magicznej.


-       Cóż, dla kogoś z innego świata, w którym nie ma magii, to rzeczywiście może być niezrozumiałe – stwierdził. – Wyjaśnię ci to. W Egharii dzielimy energię na trzy rodzaje: kinetyczną, duchową i magiczną...


-        Tyle to przeczytałam. Energia kinetyczna to ta, która odpowiada za wszelki ruch ciał na świecie. Nie występuje w stanie spoczynku. Energia duchowa ponoć jest we wszystkim, czy to kamieniu czy króliku i nigdy nie zanika, tylko krąży... – mówiła szybko, a Alren się zaśmiał.


-        Po co pytasz, skoro to wiesz?


-        Mam problem z energią magiczną. Ona też jest wszędzie i też nie zanika. Czym więc się różni od duchowej? I dlaczego nie wszyscy mogą używać energii magicznej? – spojrzała na niego zaintrygowana.


-        Energia magiczna jest jakby dzieckiem energii duchowej. Występuje w przyrodzie, zwierzętach i ludziach. Wszystkim, bez wyjątku. Ale tylko część ludzi jest w stanie dostrzec i kontrolować energię magiczną. Dla pozostałych jest to absolutnie niemożliwe. Mają ją w sobie, jak serce czy płuca, ale nie potrafią zrobić z niej użytku. Ci wybrani mogą uczyć się magii, a reszta nie.


-     A jak wyjaśnić, w jak sposób mag wykorzystuje energię magiczną? – spytała nagle. – Owszem, robiłam to wiele razy i nie raz widziałam u ciebie czy innych, ale nie umiem tego wytłumaczyć. To się dzieje tak... samo z siebie.


-        Nie ma czegoś takiego, kotku – zachichotał – jak samo z siebie. Każdy, kto ma zdolności magiczne, czuje swą energię magiczną, jako wewnętrzne ciepło, siłę, jakkolwiek to nazwiesz. Natomiast użycie jej zawsze wiąże się z formuła magiczną, wypowiedzianą lub nie. To zaklęcie przemienia twoją energię w daną rzecz, zjawisko. Energia jest ponadto powiązana z twoimi myślami, więc wie dokładnie, gdzie uderzyć i co ma robić. Słucha poleceń twego umysłu.


-        Jednak każdy ma ograniczoną ilość energii. Jeśli ją przekroczy... słabnie lub umiera.


-        To prawda. Jednak istnieją zaklęcia, które stale zwiększają twoją energię magiczną, zapobiegając jej wyczerpaniu. Są też magiczne kamienie, które uniemożliwiają rzucanie zaklęć, gdy twój poziom energii jest zbyt mały. W ostateczności, można czerpać energię magiczną z otoczenia. W magii ważne jest życie w harmonii z duchami świata żywiołów oraz świadomość, że magia jest pochodzenia boskiego, nie ludzkiego. Czasem lepiej jest poprosić o wsparcie Ducha Wiatru, niż inwazyjne czerpać z niego moc. Przy najpotężniejszych czarach pomoc boska jest wręcz niezbędna.


-        Strasznie to skomplikowane – westchnęła – ale zrozumiałam.


-        Cieszę się – uśmiechnął się do niej. – Jeszcze czegoś nie rozumiesz?


-        Tak... O co chodzi z tymi pentagramami, heksagramami? – spytała. – Wiem, że zwiększają moc magiczną lub ją blokują, ale nie do końca ogarniam, jak to się dzieje.


-      Należy rozgraniczyć pentagramy od heksagramów – zaczął opowiadać – Pentagramy dzielimy na dwa rodzaje – boskie i satanistyczne. Boskie mają główny wierzchołek zwrócony ku górze. Wiążą się z boskością, świętością i są stosowane w Białej Magii. W zależności od zaklęcia zwiększają moc lub blokują, ale nie są w stanie wyrządzić krzywdy. Heksagramy to szczególne symbole boskości i duchowości. Wiążą silniej, niż boskie pentagramy. Umożliwiają komunikację z duchami oraz bogami i są stosowane przy trudniejszych czarach. Źle zastosowane, mogą wyrządzić krzywdę. Mamy też drugi rodzaj pentagramów – satanistyczny. Są przeciwieństwem tamtych. W nich główny wierzchołek jest zwrócony ku dołowi. Znak ten stosowany jest wyłącznie w Czarnej Magii i zawsze wiąże się z bólem lub śmiercią. Potęguje ciemną magię lub blokuje, analogicznie - zależnie od zaklęcia.


-        Rozumiem – spojrzała na niego z podziwem i nagle spuściła wzrok, co zwróciło jego uwagę.


-        Co jest? – zaśmiał się.


-        Nic, tak tylko sobie myślę, że mój narzeczony jest genialny... – mruknęła, a on uśmiechnął się szeroko.


-        Przecież wiesz to od samego początku – rzekł z przekąsem.


-        Ta twoja skromność... – prychnęła.


-        Skoro już przy tym jesteśmy, odpytam cię z teorii magii.


-        Co? Nie... – pokręciła głową.


-        Nie ma „nie”. Zobaczymy czego się nauczyłaś i jutro nie będziesz się bała.


-        Ren...


-        Zaczynamy. Podaj definicję runy magicznej...


***


Cehron – Ehrona (Szklana Wieża), późny wieczór


Xallos drzemał, gdy Sylvia dosłownie wpadła do ich wspólnej komnaty. Obudził się natychmiast, słysząc jej podekscytowany krzyk. Spojrzał na nią pytająco i mruknął, niezadowolony, że go obudziła.


-        O co tyle hałasu?


-       Posłuchaj! Mam świetny plan! Genialny! – krzyczała i położyła na stole małą, grubą księgę, oprawioną w czarną skórę, z odwróconym pentagramem na okładce.


-        Co to jest?


-      Księga Setharoth. Starożytna księga Czarnej Magii, zakazana. Ponoć spalono wszystkie egzemplarze po Wielkiej Wojnie... – była podniecona. – Obok Księgi Mistrus, którą ma Oriana, to najpotężniejszy zbiór zaklęć zakazanych.


-        To skąd ty ją masz?


-        Od Levanasa Veligha...


-        Tego wskrzeszonego Nekromanty Śmierci? – zbladł. – Sylvio, mówiłem, byś się z nimi nie zadawała. Na samą myśl o nich ciarki mnie przechodzą...


-        Uspokój się. Dał mi tylko księgę i podpowiedział, jak załatwić naszych wrogów. Chodź tu, pokażę ci coś...


Sylvia otworzyła księgę w zaznaczonym miejscu, a Xallos przeczytał przepis na wykonanie skomplikowanej procedury magicznej. Zamarł z wrażenia, gdy uświadomił sobie, co Sylvia zamierza zrobić.


-        O cholera...


-        Prawda, że dobre?


-        To może się udać... – Pokiwał głową z aprobatą. – Jeśli by się udało, to nasza misja okazałaby się łatwizną.


-        Owszem, ale to skomplikowana procedura... Musimy być bardzo ostrożni i nie wolno nam się spieszyć.


-        Zgadzam się. – Cmoknął ją w policzek. - To do dzieła. Nie traćmy czasu.


***


Elmeron – Eron (okolice hotelu), noc


Kai siedział na brzegu fontanny i wpatrywał się w taras, na którym jeszcze przed chwilą widział złotowłosą piękność z jej... towarzyszem. Kiedy wczoraj rano zobaczył ją, gdy przechadzała się z tym mężczyzną po mieście, zrozumiał, że nie miał żadnych omamów, tylko widział prawdziwą kobietę. Nie mógł oderwać od niej oczu. Był nią całkowicie oczarowany i miał nieodpartą potrzebę poznania jej lepiej. Pragnął ją dotknąć, usłyszeć jej głos, spojrzeć z bliska w jej oczy... Czy to obsesja? Tak. Sam tego nie rozumiał, ale odkąd ją zobaczył pierwszy raz, nie mógł myśleć o niczym innym. Tylko jedna go rzecz go martwiła... Jego piękność nie była sama.


Gdy zobaczył tego bruneta po raz pierwszy, krew mu zawrzała z zazdrości, że on jest tak blisko niej. Uśmiechała się do niego, przytulała, całowała. I choć bardzo chciał powiedzieć, że dziewczyna nie ma gustu, nie mógł tego przyznać. Mężczyzna istotnie miał w sobie to coś. Z daleka już widział, że to nie byle kto. Nie wyglądał na poetę czy rzemieślnika, raczej na wojownika. Poza tym miał w oczach coś niepokojącego. Heryon... Kai słyszał o tym rzekomo wymarłym ludzie i nie był szczęśliwy, że akurat taki facet kręci się przy jego złotowłosej bogini. Jego? Już nawet zaczął myśleć o niej tak, jakby należała do niego.


Kai uśmiechnął się do siebie, wstając i kierując się w stronę swego lokum. Miał szczery zamiar zdobyć tę kobietę, nawet jeśli wiedział, że nie jest wolna. Był przekonany, że żadna kobieta nie oprze się jego urokowi i że może wygrać nawet z tym jej Heryonem. Nie bał się go. Był pewien swoich umiejętności i gotów zmierzyć się nawet z członkiem tego legendarnego ludu. Traktował zdobycie złotowłosej, jako punkt honoru i spełnienie swoich pragnień, które zbudziła w nim ta kobieta.


-        Czekaj na mnie, moja piękna... – mruknął pod nosem. – Niedługo będziesz moja.


 

Aruell
Nastrój: wciąż chora ;/
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 188

środa, 4.kwietnia.2012, 00:00


Rozdział 188


30 dzień ruanu 8976 roku, Elmeron – Eron (Wieża Isgharon), wieczór


Jak tylko weszli do słynnej Wieży Isgharon, od razu ujrzeli Gorda, opartego o ścianę przed wielkimi, drewnianymi drzwiami do jakiejś komnaty. Alren powitał go ledwie zauważalnym skinieniem głowy. Blondyn odwzajemnił to. Ella nie bawiła się w gesty. Podbiegła do niego i zagadała.


-        Co ty tu robiłeś cały dzień? – spytała wesoło. Nie mógł się do niej nie uśmiechnąć.


-        Leniuchowałem.


-        Że co? – zdziwiła się. – To już lepiej ci było iść do lasu.


-        Nie lubię lasu.


-        Ano tak, zapomniałam. Swoją drogą ciekawi mnie, dlaczego?


-        Może kiedyś ci opowiem – spojrzał na nią ciepło. – Ale teraz powinnaś udać się z Alrenem do Mistrza Ulgriffa. Niecierpliwi się już od paru godzin – powiedział.


-        Ale przecież jesteśmy punktualnie...


-        Chyba po prostu nie może się doczekać, aż cię pozna, Ello – zaśmiał się cicho. – Trudno mu się dziwić.


-        Nie idziesz z nami?


-        Nie ma takiej potrzeby. Wszystko już wiem – uśmiechnął się lekko. – Czeka cię ekscytujące szkolenie, tak sądzę...


-        Ekscytujące? – Otworzyła usta ze zdumienia, ale Gord nic więcej nie powiedział. Zerknął tylko zagadkowo na Alrena.


-        Poczekam tu na was.


Ella skinęła głową i wymieniając z Alrenem zagadkowe spojrzenia, weszła z nim do środka. Mistrz Ulgriff okazał się być wysokim Elfem, o długich, srebrnych włosach i oczach, o głębokim odcieniu zieleni, co świadczyło o tym, że był dużo starszy, niż na to wyglądał. Jego granatowa, długa szata zaszeleściła, kiedy poderwał się z siedzenia, z nie pasującą do Elfów gwałtownością, na ich widok. Podszedł bliżej, nie spuszczając wzroku z Elli, a potem się jej ukłonił. Alrena również powitał po królewsku.


-        Rad jestem, że dożyłem dnia, by spotkać Wasze Wysokości – rzekł dostojnym, przyjemnym głosem i wyprostował się. – Księżniczko Mirello, Królu Alrenie... Jestem Mistrz Ulgriff vey Erlandos, Arcymag z Eronu. Przewodniczę Radzie Czarodziejów w Elmeronie i kieruję niniejszą uczelnią magii. Zaszczyt to dla mnie poprowadzić dalsze szkolenie Jej Wysokości, Księżniczki Mirelli – mówił nazbyt oficjalnie.


-       Proszę, pomińmy te uprzejmości – rzekła nagle Ella. – Jesteśmy w tym kraju incognito. Zależy nam na dyskrecji. Niechaj ci, co wiedzą, kim jesteśmy, milczą, a ci co nie wiedzą - pozostaną w nieświadomości, jak najdłużej.


-        Zgodnie z życzeniem, Pani. Elmeron jest odcięty od świata zewnętrznego, więc niewielu Elfów, wie jak wyglądacie. Powinno się udać utrzymać wasze tożsamości w tajemnicy.


-        Doskonale – ucieszyła się.


-      Rozgośćcie się, proszę. – Wskazał im wygodne siedzenia przy wielkim biurku, zastawionym przez magiczne zwoje, pergaminy i pióra. – Chciałbym omówić z wami szczegóły szkolenia.


Alren i Ella usiedli. Z niecierpliwością czekali, aż Ulgriff powie to, co miał do powiedzenia. Elf przyjrzał im się bacznie, nie kryjąc zachwytu ich osobami, a potem odchrząknął znacząco.


-        Syriana poinformowała mnie, że znasz już, Pani, zaawansowaną Białą Magię, ale na tym koniec.


-        Zgadza się.


-   Zatem powinnaś poznać jeszcze pięć pozostałych rodzin magicznych. Magię Żywiołów, Magię Natury, Magię Iluzji, Magię Przywoływania i Czarną Magię – ze szczególnym naciskiem na podrodziny: Magię Klątw, Nekromancji i Śmierci – rzekł poważnie. – Dzięki mnie poznasz pierwsze cztery rodzaje magii, ale co do Czarnej Magii... – urwał i spojrzał na Alrena znacząco.


-        Co z nią?


-        Myślę że powinien uczyć cię ktoś, kto ma na ten temat największą wiedzę i doświadczenie. Znam Czarną Magię, jednak nie w takim stopniu, jak twój narzeczony, Pani – rzekł z lekkim uśmiechem, a Ella spojrzała na Rena ze zdumieniem.


-        Chwileczkę... Chcesz powiedzieć...


-        Tak. Czarnej Magii powinien uczyć cię Alren. Chyba, że będziesz nalegać, bym to był ja – zażartował, a Ella się zarumieniła.


Wyobraziła sobie siebie i Alrena, jako nauczyciela, i zrobiło jej się gorąco. Przypomniała sobie lekcję pływania. „Jeśli w ten sam sposób będzie ją uczył Czarnej Magii... O nie!” – pomyślała i przełknęła głośno ślinę. Alren stłumił śmiech.


-        Zajmę się tym, Mistrzu – rzekł do Ulgriffa, a on uśmiechnął się znacząco, widząc, jak Ella na zmianę blednie i rumieni się.


-       Doskonale – rzekł zadowolony i spojrzał na Ellę łagodnie. - Wasza Wysokość, powinnaś być zaszczycona. Wielu adeptów magii, także u nas, może tylko pomarzyć o takim nauczycielu, jak Alren. Będziesz pierwszą jego uczennicą.


-        Nie wiedziałem, że jestem taki sławny wśród Elfów – zaśmiał się Alren.


-        Takie są fakty. W tym kraju powszechnie wiadome jest, jakie są twoje umiejętności szermierskie i magiczne. Krążą tu o tobie liczne legendy. Spędziłeś tu w sumie kilka lat, a  Haron... Haron był przyjacielem Elfów. Znałem go osobiście.


-        Naprawdę? – zdziwił się. – Nigdy o tym nie mówił... – Ren zasmucił się, a Ella głowiła się, o czym oni rozmawiają.


-        Tak. To był dobry i mężny człowiek. Nie mogłeś trafić lepiej – uśmiechnął się.


-        Z pewnością, ale wróćmy do szkolenia mojej drogiej narzeczonej... – zmienił temat.


-    Tak... Księżniczko Mirello, dam ci pięć ksiąg, które traktują o tych pięciu rodzajach magii. Przestudiujesz je, a dopiero potem przejdziemy do praktyki. Wyłożę ci elementarną teorię o magii i wyjaśnię, jeśli czegoś nie zrozumiesz – mówił rzeczowo. – Długość szkolenia zależeć będzie od poziomu twego zaangażowania i umiejętności. Skończy się, gdy będziesz w stanie rzucić wszystkie podstawowe zaklęcia z tych pięciu rodzajów magii.


-        Ile mam czasu na przestudiowanie ksiąg?


-        2 dni.


-        Cooo? – Ella zbladła, widząc pięć grubych, jak zaraza, ksiąg, które Ulgriff położył na biurku. – Żartujesz...


-       Nie. To są zaledwie podstawowe podręczniki magii, Pani. Naprawdę niewiele – rzekł poważnie. – Gdybyś była moja uczennicą, na normalnych warunkach, musiałabyś przestudiować to, co mam w całej biblioteczce, piętro niżej, w ciągu roku. A dopiero potem, po egzaminie teoretycznym,  przystąpiłabyś do praktycznych ćwiczeń. Trwałyby one 5 lat. Poza tym miałabyś jeszcze dodatkowo alchemię, zielarstwo, runoznawstwo, historię magii...


-        Dobrze, dobrze... Rozumiem – westchnęła Ella. – Postaram się.


Ulgriff uśmiechnął się. Potem zapewnił, że jest do jej usług, gdyby czegoś nie rozumiała i umówił się z nią na krótki test teoretyczny za dwa dni. Pożegnali się.


Kiedy Ella i Alren opuścili komnatę Ulgriffa, złotowłosa spojrzała na Rena z udawanym obruszeniem, słysząc jego nieustający śmiech. Brunet zupełnie się tym nie przejął. Wprost przeciwnie. Miał ochotę trochę ją podrażnić.


-        Rzeczywiście zapowiada się ekscytująco – rzekł wesoło. – Moja uczennico...


-        Hej! Wiem, co kombinujesz...


-        Tak? – udał zdziwienie.


-        Zamierzasz mnie nauczyć Czarnej Magii ekspresowo, tak, jak pływania...


-        Możliwe – zaśmiał się, a potem spojrzał na nią w taki sposób, że zadrżała.


Zamilkła. Musiała poczekać, aż jej serce wróci do normalnego rytmu. Z jednej strony obawiała się lekcji magii z Renem, a z drugiej nie mogła się tego doczekać. Myśl, że pozna część zaklęć, które on znał, okazała się być dobrą motywacją do nauki. Chciała być jeszcze bliżej niego. Pod każdym względem. Alren puścił jej oczko, widząc jej słodkie rumieńce, a ona przełknęła ślinę. Chwilę później spotkali Gorda tuż przy wyjściu.


-        I jak było? - zagadał blondyn.


-        Dobrze... – odparła, a on uśmiechnął się na widok jej zmieszania. – Miałeś rację. To szkolenie może być ekscytujące...


***


Godzina później, okolice baru „U Kalinyi”


Wysoki i barczysty mężczyzna wyszedł z baru „U Kalinyi”, gdzie jak sama nazwa wskazuje gospodynią była śliczna elfka Kilinya. Jak przed chwilą zauważył, zabawiała teraz zacnych gości, opowiadając im jedną ze swoich słynnych opowieści o legendarnej górze bez szczytu, którą rzekomo widziała, podróżując po Oshelionie. Mężczyzna oparł się o drzewo, przy barze, trzymając w dużej dłoni butelkę wina. Przeczesał swoje długawe, brązowe włosy palcami, gdyż opadając na czoło, zbytnio przysłaniały mu oczy. Potem poluzował pas, trzymający jego ciemnozieloną tunikę, która odsłaniała znaczną część jego umięśnionego torsu. Było mu za gorąco. A może po prostu za dużo wypił? Wyrzucił, nie do końca opróżnioną, butelkę do kosza i zaraz potem usłyszał znajomy głos.


-        Kai, tu się ukryłeś... – rzekła zmysłowo, a on uśmiechnął się lekko, widząc jej spojrzenie, które jasno wyrażało, czego chciała.


Ładna Efka w białej sukience, o jasnozielonych oczach i czarnych włosach podeszła do niego śmiało, zatrzymując się dopiero tuż przed nim. Na tyle blisko, by on mógł poczuć jej kwiatowe perfumy i na tyle daleko, by nie dotykać jego ciała. Nie chciała być aż tak nachalna. Kai spojrzał na nią z ironicznym uśmiechem.


-        Celine, czyżbyś zatęskniła za mężczyzną? Dziwne to. Słyszałem, że nie cierpisz na brak adoratorów...


-       Phi! Nie tęsknię za jakimś tam mężczyzną. Nie brakuje mi takowych, jak dobrze słyszałeś – żachnęła się i śmiało spojrzała mu w jego brązowe, jak czekolada oczy. – Tęskniłam za tobą...


-        Ja też jestem mężczyzną – podpuszczał ją, choć wiedział doskonale, o co jej chodzi.


-        Nie... Ty nie jesteś tylko mężczyzną. Jesteś wyjątkowy i dobrze o tym wiesz – mruknęła, gładząc go po obnażonej części torsu. – Nie daj się dłużej prosić... Wiesz, czego chcę. Ostatni raz widziałam cię pół roku temu.


-        Hmm... Kuszące – rzekł barytonowym głosem i ujął jej podbródek. Poczuł jej delikatne drżenie i ujrzał, jak rozchyliła usta. – Tutaj, czy może w bardziej dyskretnym miejscu? – uśmiechnął się szeroko.


-        U mnie – puściła mu oczko i oddaliła się, kiwając palcem, by poszedł za nią.


Mężczyzna już zamierzał pójść za nią, gdy kątem oka zobaczył coś złotego. Zerknął automatycznie na ulicę i zastygł w bezruchu, dostrzegając kobietę, o złotych włosach i błękitnych oczach. Miała śliczną sukienkę, która opinała idealną figurę oraz niezwykle ciepły uśmiech. Była tak piękna, że zrobiło mu się gorąco od samego patrzenia na nią. Spieszyła się gdzieś. Szła bowiem żwawo. Tymczasem a on odprowadził ją wzrokiem, aż nie zniknęła za zakrętem uliczki. Nawet kiedy już jej nie widział, serce mu waliło, jak szalone. „Kto to był? Zjawa? Nimfa? Wróżka? Kto mógłby być aż tak piękny?” – głowił się. A może to tyko upojona wyobraźnia płatała mu figla? Jeszcze nigdy nie czuł się tak, jak teraz - dziwnie podniecony i zarazem niepewny.


Dopiero słowa Celine wyrwały go z transu, dziwnego oczarowania tym widziadłem sprzed chwili. Spojrzał na nią z zaskoczeniem, przytomniejąc w końcu zupełnie, a ona głowiła się, dlaczego jest taki zszokowany.


-        Co się stało? Wołam cię od pięciu minut! – oburzyła się. – Co cię tak poruszyło? Masz dziwną minę...


-        Nie wiem – odparł zgodnie z prawdą.


-        Idziesz, czy nie? – spytała z wahaniem i nadzieją w głosie, więc uśmiechnął się do niej.


-        Idę...


 

Aruell
Nastrój: wciąż chora ;/
Kategoria: brak kategorii



Witajcie!


Zaczynamy kolejną, siódmą część „Blasku Miryonu”. :)


Jako że wszystkich części jest 12, teoretycznie jesteśmy na półmetku BM. Praktycznie jednak za nami już 2/3 całości, a nie połowa. Pozostałe 6 części są bowiem znacznie krótsze od poprzednich. Innymi słowy pomalutku zbliżamy się do akcji końcowych. I tak jednak publikacja potrwa do końca tego roku, więc to w sumie za wcześnie, by tak o tym mówić.


Ale do rzeczy. Ta część będzie przejściową między tym, co było, a tym co będzie. Od VIII części bowiem stopniowo zrobi się mroczniej i zacznie dominować czysta akcja. Tak, czy inaczej mam nadzieję, że VII część przypadnie Wam do gustu. :)


Życzę miłego czytania i pozdrawiam :)


Aru


***


Blask Miryonu


Tom II




Część VII


„W krainie Elfów”





Rozdział 187


30 dzień ruanu 8976 roku, Elmeron – Eron (Hotel Aisunavoes), poranek


Ella zbudziła się po długim śnie i pomacała łóżko, nie otwierając oczu. Szukała Alrena, ale nie wyczuła go. Otworzyła oczy i potwierdziła, że jest w tym pokoju sama. Westchnęła zrezygnowana i poszła się odświeżyć. Potem narzuciła na siebie śliczną, elficką, jedwabną podomkę w kolorze błękitnym, a następnie wyszła na niewielki taras największego w tym mieście hotelu. Nie poczuła wiatru, jak tego oczekiwała. Zapomniała, że tutaj trudno o jakikolwiek powiew. Cały kraj Elfów mieścił się bowiem w gęstym buszu.


Spoglądała z góry na bajkowe miasto, umieszczone między gigantycznymi drzewami, zwane Eron, które jak słyszała, mieściło się w północno-zachodniej części Elmeronu. Przenieśli się tutaj wczoraj, wczesnym rankiem, za pomocą magicznego kręgu teleportacyjnego w Henvaronie. Ona, Alren, Gord, Soana oraz Calina. Jednak wczoraj z ich piątki została tylko trzyosobowa grupka.


Calina i Soana wyruszyły do Elmarasii – stolicy Elmeronu. Jej była nauczycielka musiała udać się na obowiązkową audiencje u Królowej Miyosere, a przy okazji miała zgłosić powrót Caliny do Elmeronu. Syriana zwolniła ją z obowiązku służby kapłańskiej, którego dziewczyna już nie chciała spełniać, ale Elfka wciąż musiała jeszcze uzyskać zgodę królowej na powrót do domu. Ella zdołała się od niej dowiedzieć, że pragnie ona otworzyć sklep zielarski i z całego serca życzyła jej powodzenia.


W Eronie została więc tylko Ella, Alren i Gord. Mało brakowało, by nie dołączyła do nich Akiya, jednak ktoś wyraźnie zaoponował, aby wyruszyła z nimi. Ella westchnęła. Rozumiała zachowanie Alrena i nawet go poparła, ale z drugiej strony żałowała Aki. Dobrze wiedziała, jak bardzo chciała ona pojechać z nimi. Jednak to było zbyt ryzykowne i niebezpieczne, dlatego musiała zostać. Ella usiadła na tarasie, nie mając póki co nic innego do roboty.


Pijąc gorącą herbatę, którą przyniosła jej pracownica hotelu, przypomniała sobie pożegnanie z Akiyą, Renalią i przyjaciółmi w Norhenie.


 


Dzień wcześniej, poranek



Akiya wpatrywała się w Alrena z żalem. Zdecydowanie nie podobała jej się decyzja, którą podjął wraz z Ellą i Renalią. Czuła ogromny zawód, gdyż miała nadzieję, że w końcu się stąd wyrwie i zobaczy kawałek świata. Od narodzin widziała tylko wyspę Kher. Teraz zaś, jako Księżniczka Norhenu, nie mogła poruszać się swobodnie po tym kraju, no chyba, że z eskortą. Z jednego więzienia w drugie – pomyślała.


-        Akiyo, proszę zrozum. Ta wyprawa jest niebezpieczna – Ella starała się jakoś wytłumaczyć jej ich motywy.


-        Wiem. Ale ja nie jestem dzieckiem i potrafię o siebie zadbać! – zaprotestowała.


-        Och, Aki. Wiek nie ma tu nic do rzeczy. To dla twego bezpieczeństwa – Renalia spojrzała na nią karcąco. – Gdyby Ren mógł, to by cię ze sobą zabrał.


-        Ale...


-     Mówisz, że nie jesteś dzieckiem, a tak się właśnie zachowujesz – warknął Gord, któremu działała już na nerwach ta rozmowa. – Rozkapryszona księżniczka.


-        Gordzie... – Ren spojrzał na niego nieprzyjemnym wzrokiem, a on prychnął.


-      Co? Może nie mam racji? Gdyby to nie była twoja siostra, zgodziłbyś się ze mną – odparł, a Ren westchnął. – Poczekam na was na zewnątrz – dorzucił i wyszedł.


Akiya patrzyła w jego stronę z oburzeniem, ale z drugiej strony zrozumiała przesłanie. Irytowało ją, że Gord miał rację, więc zmieniła postawę.


-        Idźcie już. Rozumiem wszystko – odparła już spokojnie. – Tylko uważajcie na siebie.


-        Oczywiście – uśmiechnęła się do niej Ella.


Złotowłosa pożegnała się z Akiyą i Renalią. Królowa uściskała syna, a potem obie zostawiły Rena i Akiyę samych. Wiedziały, że powinny. Księżniczka zerknęła na niego ukradkiem i zawstydziła się, widząc jego łagodny uśmiech.


-        Aż tak się na mnie gniewasz, że nawet się ze mną nie pożegnasz? – spytał, podchodząc bliżej.


-       Ja tylko chciałam cię lepiej poznać. Zobaczyć coś... – nie dokończyła, bo Alren objął ją od tyłu i pokołysał, jak dziecko. Zarumieniła się nieznacznie.


-      Wiem, Aki – jego głos był ciepły – ale nie chcę, by coś ci się stało. Kiedy już zapanuje pokój, nadrobimy stracony czas – dodał łagodnie i puścił ją. Spojrzała na niego z nadzieją w oczach.


-        Obiecujesz?


-        Tak.


Akiya westchnęła, a potem uwiesiła się na nim, obejmując go wokół szyi. Podniósł ją bez trudu, aż pisnęła zaskoczona, a on się zaśmiał. Postawił ją z powrotem. Uściskała go, cofnęła się i zmieszała, czując jego dłoń na głowie. Pogłaskał ją z pożegnanym uśmiechem na twarzy i wyszedł.


Aki widziała z tarasu, jak Ella, Gord i Alren żegnali się z Theliną, Serabell i innymi przyjaciółmi, przed wyruszeniem do Elmeronu. Było jej smutno. Poza tym miała niedobre przeczucie, że coś może pójść nie tak, że może już nigdy więcej nie ujrzeć swego brata. To ją przerażało. Nie chciałaby tego. Nie znosiła swoich przeczuć, gdyż nazbyt często się sprawdzały.


Nagle złowiła spojrzenie Gorda, który zerkał na nią z dołu z kamienną twarzą. Nie wiedziała, dlaczego zrobiło jej się gorąco i szybko schowała się w komnacie. Potem potrząsnęła głową i wzięła się w garść. Zrzuciła suknię i ubrała męski strój, a później poszła poćwiczyć fechtunek tak, jak zwykła to robić od dzieciństwa na wyspie Kher. Nie zamierzała bowiem „księżniczkować”, tylko zostać wojowniczką. Zupełnie, jak jej brat...


 


Obecnie


Ella przestała rozmyślać o ostatnich wydarzeniach, słysząc wyjątkowo piękną melodię, graną zapewne na lutni i flecie. Spojrzała w dół i na środku placu głównego Eronu, ujrzała dwa piękne elfy. Ona grała na flecie, a on na lutni. Wokół nich zabrała się grupka słuchaczy, oczarowanych muzyką. Przyleciało kilka kolorowych ptaków, które zawtórowały muzykom swoim trelem, latając wokół nich. Nie minęło kilka chwil, a elfy, zgromadzone na placu, zaczęły wesoło tańczyć.


Ella słyszała od Rena, jakie są cechy narodowe Elfów. Zamiłowanie do muzyki, poezji i tańca – zajmowały istotne miejsce wśród nich. Mimo iż zazwyczaj nie okazywały emocji, były opanowane i zrównoważone, to gdy słyszały melodie, zazwyczaj śmiały się i bawiły. Taka to elficka uczuciowość.


Złotowłosa uśmiechnęła się. Nagle zapragnęła zejść na dół i przespacerować się po Eronie. Nie miała jeszcze okazji obejrzeć całego miasta, a Kraina Elfów wyjątkowo jej się spodobała. Natura i magia. Uwielbiała je obie. Już zdecydowała się przebrać i wyjść z hotelu, gdy usłyszała jakże znajomy głos za sobą.


-      Wybierasz się gdzieś? – Jego niski głos, jak zwykle działał na jej zmysły. Zerknęła z uśmiechem na Alrena i nagle zamarła. – Co się stało? – spytał z rozbawieniem, zbliżając się do niej.


Ella wstrzymała oddech na widok Alrena w tym stroju. Czarna, przekładana z przodu tunika z długim rękawem, umocowana szeroką szarfą, służącą za pas. Wąskie spodnie i wysokie, skórzane buty w kolorze hebanu. Ubranie wykonano z magicznego materiału, który choć był lekki, przypominający satynę, miał odporność kolczugi. Na dłoniach Ren miał skórzane, czarne rękawice bez palców, w prawym uchu swój ulubiony kolczyk w kształcie krzyża, a na piersi medalion, ukryty pod tuniką.


-     Ren... – wyksztusiła, rumieniąc się. Jego zielone, magiczne spojrzenie, znaczący uśmiech i ten strój stanowiły dla niej mieszankę wybuchową.


-       Widzę, że podoba ci się moje nowe ubranie – odparł, śmiejąc się. – Jakaś ty słodka, Ello – mruknął, zatrzymując się tuż przed nią.


-       O co ci chodzi? – bąknęła ostrożnie.


-       Po takim długim czasie, nadal rumienisz się na mój widok, jak zakochana nastolatka – rzekł z przekąsem, a ona udała obruszenie.


-       Co w tym dziwnego? – odparła ostro i zaraz potem drgnęła, czując jego gorącą dłoń na policzku. Wpatrywał się w nią tak intensywnie, że puls jej przyspieszył.


Alren nic nie odpowiedział, tylko złożył na jej ustach rozwiązły pocałunek. Ciarki przeszły jej po plecach. Dlaczego? Dlaczego czuła się tak, jakby wciąż zakochiwała się w nim na nowo? Westchnęła. Objęła go mocno, a potem popatrzyła w oczy, rozmarzona i uśmiechnięta.


-   Wyglądasz cudownie – pochwaliła z rumieńcami na twarzy. – Tak męsko, seksownie, niebezpiecznie... – mruczała, jeszcze raz mu się przyglądając.


-        Przyjąłem do wiadomości – Puścił jej oczko. – A teraz powiedz, gdzie chciałaś iść.


-    Na spacer – odpowiedziała. Weszła do komnaty i zrzuciła podomkę, na jego oczach. – Chcę zobaczyć miasto. Pójdziesz ze mną? – zerknęła na niego, sięgając po czystą bieliznę w szafie.


-       Chętnie, ale jeśli nie ubierzesz się w minutę, to nigdzie nie pójdziemy. A przynajmniej nie od razu... – rzekł spokojnie i tak znacząco, że Ella parsknęła śmiechem.


-        Napaleniec.


-        Prowokujesz mnie.


-        Mam cię nie prowokować?  - spytała zalotnym tonem. – Przecież to lubisz...


-        Nie zaprzeczę, ale moja wytrzymałość na twoje wdzięki też ma swoje granice. Chyba, że o to ci właśnie chodzi – rzekł, przyglądając się bezwstydnie, jak zakłada bieliznę na nagie ciało.


Ubrała się szybko, dając mu do zrozumienia, że tylko się z nim droczyła. Jednak i tak nie mógł pozbyć się uśmiechu z twarzy. Z aprobatą przyjrzał się jej błękitnej sukience, jakie zwykły nosić elfickie czarodziejki. Ella wyglądała w niej ślicznie.


Kilka minut później oboje opuścili hotel i udali się na powolny spacer dookoła Eronu. Podziwiali niezwykłe budynki na drzewach lub „przyklejone” do ich pni. Nigdzie indziej w Egharii nie można było zaleźć podobnych domów. W mieście panował półmrok gdyż gęste korony gigantycznych drzew, przysłaniały Słońce. Światło zapewniały ozdobne latarnie ze święcącymi na zielono kryształami, zamiast żarówek czy też ognia. Nadawały temu miejscu niezwykły klimat. Charakterystyczne dla Elmeronu były misterne zdobienia nie tylko na ubraniach, w postaci haftów, ale także w architekturze, płatnerstwie i jubilerstwie. W Eronie przeważał kolor zielony, brązowy i biały. Nie występowały tu ostre barwy. Nawet specjalnie wyselekcjonowane kwiaty w ozdobnych ogródkach, które lubiły półmrok, miały pastelowe kolory. Przez miasto płynął niewielki strumyk, nad którym zbudowano kilka urokliwych mosteczków. Szum wody i liści działał kojąco na wszystkich, którzy tu przebywali. To, co najbardziej zadziwiło Ellę, gdy tylko tu przybyła, to spokój i cisza. Nikt tu nie krzyczał, nie biegał, nie wykonywał gwałtownych ruchów ani nie kłócił się. To była oaza harmonii. Każdy gość miał obowiązek dostosować się do takiej atmosfery, która była charakterystyczna dla Elmeronu.


Elli to odpowiadało, wiec nie miała problemu z asymilacją. Alren, choć miał wybuchowy charakter, potrafił się kontrolować. Pomagał mu fakt, że spędził w tym kraju kilka lat. Z ich trójki najtrudniej przychodziło to Gordowi, który nie był tak spokojny, jak się mogło wydawać na pierwszy rzut oka. Był przyzwyczajony do głośnej komunikacji i wyrazistej gestykulacji, która tu nie była mile widziana. Poza tym, jak Ella zauważyła, nie czuł się za dobrze w lesie. Jak dotąd jednak nie sprawiał żadnych kłopotów.


-        A właśnie... – odezwała się po długim milczeniu. – Gdzie jest Gord?


-        Został w Wieży Isgharon. Zaczeka tam na nas.


-        Zaczeka? – zdumiała się. – Po co? Co to za miejsce?


-        Tam rozpoczniesz drugi etap szkolenia. To siedziba tutejszych magów i najlepsza szkoła magii w Elmeronie. Eron z niej słynie.


-        Aha...


-   Umówiłem nas już na spotkanie z Mistrzem Ulgriffem, kiedy spałaś. Odbędzie się dziś wieczorem – mówił dalej. – To on będzie cię uczył.


-        Eh, znowu to samo... – westchnęła. – Mam nadzieję, że to szkolenie nie będzie tak nerwowe, jak tamto.


-        Ja też, Ello, mam taką nadzieję.


_________________________________________


Na dobry początek VII części - Alren i Ella :) (rysunek jest już trochę stary, ale co tam ;P)


Ren i Ella

Aruell
Nastrój: wciąż chora ;/
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 186

czwartek, 29.marca.2012, 00:00



Rozdział 186



28 dzień ruanu 8976 roku, Norhen – Henvaron (Wielka Sala Balowa), noc


Bal trwał już kilka godzin, a gdy zbliżyła się północ i nadeszła pora na Taniec Ciemności. Jednak nieco inny, niż w Alorii. W Norhenie nieco zmieniono ten zwyczaj. Mianowicie, gdy już zgaszono światła, goście musieli zrobić dziesięć kroków dowolną stronę i zatańczyć z najbliższym sobie partnerem. W ten sposób następowało wymieszanie się ludzi i nikt nie wiedział, z kim tańczy. Nie wolno było się odezwać przez cały taniec. Po zakończeniu utworu, zapalano światła i wtedy przeważnie było najwięcej zabawy. Zdarzało się bowiem, że tańczyli ze sobą przyjaciele i wrogowie, rodzina i zupełnie obcy sobie ludzie. Tym razem, o północy, nie było inaczej.


Alren i Ella chętnie wzięli udział w zabawie. Gdy zrobiło się ciemno, wmieszali się w tłum i połączyli na oślep z przypadkowymi partnerami. Gdy goście dali głośny znak, że każdy ma swoją połówkę, rozbrzmiała wspaniała muzyka i pary zaczęły tańczyć, ostrożnie, by nie zderzać się za bardzo z innymi, choć było to nieuniknione. Zabawa się zaczęła.


Ella starała się ocenić, kim jest jej partner po jego posturze i poruszaniu się. Wiedziała, że to ktoś wysoki, o szerokich ramionach. Jego dłoń była szorstka i dojrzała, zatem był to ktoś straszy od Alrena. Poruszał się jednak żwawo i doskonale prowadził, więc musiał być obeznany w tańcu. Elli zadziwiająco dobrze się z nim tańczyło i nie mogła się doczekać, kiedy zobaczy, z kim ma przyjemność. Nie mogła też jeszcze wtedy wiedzieć, że jej partner bezbłędnie domyślił się, z kim tańczy.


Alren natomiast tańczył z partnerką o wiele niższą od siebie i z pewnością bardzo młodą. Ocenił to po dotyku jej skóry. Wiedział, że jest znacznie drobniejszej budowy, niż Ella i ma długie włosy. W przeciwieństwie do swej narzeczonej jednak, Ren rozpoznał swoją partnerkę. Pamiętał ten zapach i niezdarność w tańcu. Ciekawił się, czy dziewczyna poznała jego tak, jak on ją.


Akiya również trafiła na kogoś wysokiego i silnego, który zdumiewająco dobrze prowadził w tańcu. Jego ruchy były zdecydowane i płynne zarazem. Nie miała pojęcia, kto to jest. Była przekonana, że poznałaby ten przyjemny dotyk, gdyby czuła go już wcześniej. Zdumiewało ją to, że tak dobrze czuje się w tych ramionach. Miała wrażenie, jakby coś ją przyciągało do tego mężczyzny. Serce jej szybciej zabiło i modliła się, by jej partner tego nie słyszał, przy głośnej muzyce. Jednocześnie bardzo chciała go zobaczyć.


Gord wiedział, z kim tańczy. Bardzo dobrze. Pamiętał ten zapach, zniewalający i ostry zarazem. Nie miał pojęcia, czy ona też go rozpoznała, ale chciał wypaść jak najlepiej, jako tancerz, by... Przemawiała przez niego ambicja. Jednocześnie był nieco zaskoczony, że jej skóra jest taka delikatna. Nie spodziewał się, że będzie tak miło trzymać ją w objęciach i już sobie wyobrażał jej minę, gdy zapalą się światła...


Podobne odczucia i myśli miał każdy z gości. Taniec Ciemności zawsze był ekscytujący i zabawny. Nic dziwnego, że cieszył się wielką popularnością na całym świecie i doczekał się licznych wersji. Każdy bal, na którym nie było tej atrakcji, nie zaliczał się do udanych i dobrze ocenianych.


Wreszcie muzyka ucichła. Zgodnie z poleceniem wodzireja, pary stanęły na przeciw siebie, trzymając się za ręce. Nadeszła pora na najlepsze. Zapalono światła i każdy mógł zobaczyć, z kim zatańczył. Od razu rozległy się w sali różne odgłosy. Zdziwienia, śmiechu, złości i żartów.


Ella uśmiechnęła się szeroko do swego partnera, którym okazał się być Ronves. On nie wydawał się być zaskoczony, w przeciwieństwie do złotowłosej, która podziękowała mu za miły taniec.


Alren spoglądał wesoło na zarumienioną Elen, która była zszokowana, gdy go ujrzała. On zaś cieszył się, że ją prawidłowo rozpoznał i zażartował, że wciąż jeszcze nie nauczyła się tańczyć.


Najbardziej zdziwiona ze wszystkich kobiet na tej sali była Akiya, gdy ujrzała przed sobą Gorda. Uśmiechał się do niej kpiąco, dając jej do zrozumienia, że on się domyślił, kim jest jego partnerka. Aki poczerwieniała ze wstydu, przypominając sobie swe myśli, podczas tańca z nim, a potem ogarnęła ją złość i niezbyt grzecznie odsunęła się od blondyna.


-        Nie wierzę – wyksztusiła, wciąż zaskoczona.


-        Niespodzianka – rzekł z przekąsem.


-        Wiedziałeś, że to ja? - zdębiała.


-       Pewnie. Masz dość charakterystyczne perfumy, moja księżniczko – rzekł ironicznie. - Jak się ze mną tańczyło, Aki? – spytał nieco złośliwie.


-        Okropnie – bąknęła i rumieniąc się, powoli odeszła od niego, kierując się w stronę stołu. Musiała się napić.


Tymczasem usatysfakcjonowany jej reakcją Gord, uśmiechnął się nieco ironicznie i poprosił inną damę do tańca, która w przeciwieństwie do Akiyi, była tym wprost zachwycona.


Aki wypiła duszkiem cały kieliszek wina, zupełnie zapominając o manierach i wciąż nerwowo pocierała policzki. Była wściekła na samą siebie za te wszystkie emocje. Aż podskoczyła, słysząc znajomy niski głos tuż za sobą.


-        W porządku, Aki? – spytał Alren, który zainteresował się jej stanem. Jeszcze nigdy nie widział jej tak zarumienionej.


-        Tak... – odparła niepewnie, spoglądając na brata ukradkiem.


-        Z kim tańczyłaś, że jesteś taka czerwona? – zaśmiał się, a ona milczała. - Miło było? – podpuszczał ją.


-        Nie! To było straszne... – syknęła i znów pokraśniała.


-        Aha, widzę właśnie.


-       Niby co? – udała, że nie wie, o co mu chodzi i ukradkiem zerknęła na tańczącego Gorda, czując jak poziom jej irytacji jeszcze bardziej wzrasta.


Alren wychwycił to spojrzenie, choć trwało krótko i popatrzył na znajomego blondyna. Uśmiechnął się szeroko, nie wierząc w to, co się tu dzieje, a potem pogłaskał ją po głowie, jak dziecko.


-        On nie jest taki zły, Aki – powiedział, zaskakując ją całkowicie.


Zbladła, gdy zrozumiała, że Alren domyślił się, z kim tańczyła i nie wiedziała, co ma teraz ze sobą zrobić. Zawstydziła się i w pośpiechu szukała innego tematu.


-        Chodź – rzekł łagodnie, wyciągając ku niej rękę. Zaskoczył ją tym.


-        Co?


-       Jeszcze nie tańczyłaś ze swoim bratem, prawda? – Mrugnął do niej, a ona nie wiedząc, co powiedzieć, po prostu podała mu dłoń.


Niedługo potem odkryła talent swego brata na parkiecie, starając się nie myśleć o incydencie z Gordem. Tymczasem Ella wróciła z toalety i poszukała narzeczonego wzrokiem. Uśmiechnęła się, widząc, z kim tańczy i dosiadła się do Theliny, która pomachała jej, by podeszła.


-        Szczęśliwa co? – spytała Arcykapłanka Veolii, a Ella przytaknęła. – Podoba ci się pierścionek?


-        Tak. Jest wspaniały.


-        Jak ten czas leci... Trudno w to wszystko uwierzyć – Spojrzała z uśmiechem na Alrena, tańczącego z Akiyą.


-        Mam nadzieję, że ten sen nigdy się nie skończy, Thelino – rzekła nagle Ella poważnie. – Choć mam złe przeczucia...


-        Jak to? - zaniepokoiła się.


-        Nieważne. Bawmy się! – Poniechała tego tematu i stuknęła się z Theliną kieliszkami. – Za lepszą przyszłość!


-        Za przyszłość.


***


29 dzień ruanu 8976 roku, Norhen – Henvaron (Wielka Sala Balowa), późna noc


Ella i Alren postanowili zostawić gości i wyjść na taras. Ten, na wyższym, prywatnym piętrze, by mieć chwilę tylko dla siebie. Na korytarzu spotkali jednak Arcykapłankę, która w zamyśleniu wpatrywała się w bukiet kwiatów, stojący pod ścianą, bawiąc się nimi. Chcieli ją wyminąć, ale mieli słuszne przeczucie, że Arcykapłanka ich zaczepi. Zatrzymali się więc przy niej z powagą na twarzach, gdy spojrzała na nich swoimi chłodnymi oczami. Syriana odwróciła się przodem do pary i ukłoniła elegancko.


-        Nie myślcie, że nie życzę wam szczęścia, choć nie dołączyłam do orszaku gratulujących gości – rzekła formalnie. – Chciałam wam pogratulować na  osobności.


-        Dziękujemy – odparła Ella z lekką rezerwą w głosie.


Alren patrzył na Syrianę podejrzliwie. Od początku coś go nurtowało. Syriana wychwyciła jego spojrzenie i uśmiechnęła się do niego lekko.


-        Domyśliłeś się, prawda?


-        Najwyraźniej – odparł z ironicznym uśmiechem.


-        Czego? – Ella spojrzała raz na nią, a raz na niego.


-       Syriana od początku wiedziała, że jestem Księciem Norhenu – rzekł poważnie, a Arcykapłanka ukłoniła się, wyrażając uznanie dla jego spostrzegawczości.


-        Co takiego? – Ella była w szoku. – Więc dlaczego...?


-      Nie mogłam. Znam prawdę, dzięki temu, że jestem Arcykapłanka Egharii i potrafię rozpoznać, jaką kto ma krew. To tajna wiedza, którą mam obowiązek zachować dla siebie – wyjaśniła. – Wiedziałam jednak, że odkryjesz prawdę, Alrenie. Prędzej czy później.


-        Miło się wydawało polecenia królowi, co? – zakpił, nie do końca złośliwie.


-        Cóż, wiedziałam, że kiedyś będziesz miał okazję mi się odpłacić. Teraz nadeszła taka pora – odparła, ale Alren pokręcił głową, uśmiechając się.


-        Nie mam zamiaru wracać do tamtego. Było, minęło. – Zaskoczył ją nieco. - Miłej zabawy, Pani, a teraz wybacz, chcemy pobyć trochę sami – rzekł dostojnie i już mieli odejść, kiedy ona ich jeszcze zatrzymała.


-        Poczekajcie...  – rzekła niepewnie, a potem po prostu uśmiechnęła się tak ładnie, jak jeszcze żadne z nich nie miało okazji oglądać. – Powodzenia.


Skinęli głowami, słysząc szczery ton głosu i dopiero wtedy wkroczyli na schody, by wejść na wyższe piętro.


***


Po chwili, na tarasie


Alren i Ella stali przytuleni do siebie i spoglądali na panoramę miasta, skapanego w niezliczonych, kolorowych światłach oraz na gwieździste niebo. Księżyce nigdy nie świeciły jaśniej, niż tej nocy. A przynajmniej tak im się wtedy zdawało.


Ich nastroje zmieniły się na bardziej poważne i refleksyjne. Dziś się bawili, ale jutro mieli ruszać dalej. Do Elmeronu. Mieli niejasne przeczucie, że to ostatni taki beztroski bal, w którym mają okazję uczestniczyć. Wielkimi krokami zbliżał się bowiem czas, gdy Egharia zacznie odczuwać wyraźnie brak ducha. Czas katastrof, wojen i powolnej degradacji. Wiedzieli, że muszą się spieszyć. Zamknęli pewien etap swej podroży i znajomości. Teraz musieli zacząć kolejny, który zapewne nie poskąpi im niespodzianek i przygód, niekoniecznie miłych. Wtulili się w siebie mocno, jakby chcieli czerpać siłę ze swej bliskości. Siłę, która będzie im potrzebna.


-        Ren... Nie martw się – rzekła wreszcie, tuląc się do jego piersi. – Uda nam się. Razem nam się uda.


-        Mam nadzieję, Kotku.


-        Kochaj mnie, Ren... – mruknęła, patrząc mu w oczy, a on spojrzał na nią zdumiony.


-        Teraz? – spytał wesoło. – Na dole czeka na nas tysiące osób. I tak stoimy tu już pół godziny.


-       Niech sobie czekają – bąknęła, wkładając dłonie po jego tunikę.


Przeszył ją miły dreszcz, gdy dotknęła jego szorstkiej i gorącej skóry. Westchnął.


-        Jakże mógłbym ci odmówić? – zaśmiał się, widząc błysk w jej oczach. Objął ją w talii i gwałtownie przyciągnął do siebie.


-        Ren... – jęknęła i wpiła się w jego usta, stając na palcach.


Pochylił się i odwzajemnił jej pocałunek. Zamknęli oczy i zatracili w sobie. Ella szybko pozbyła się jego tuniki i gładziła go bez opamiętania po umięśnionej piersi. On zaś nawet nie wiedział, kiedy to rozpiął jej sukienkę i zaczął pieścić jej obnażone piersi.


-        Obejmij mnie mocno, Ren. Mocno... Jeszcze... – jęczała, gdy przywarł do niej cały ciałem. Miała wrażenie, że jego skóra ją parzy.


Uniósł ją i posadził na poręczy tarasu. Oplotła go ramionami i rozkoszowała się jego pocałunkami, płonąc z pożądania. Niebawem połączyli się w dzikim stosunku, zapominając o wszystkim. O balu, gościach, jutrzejszej podróży, czy misji... A gdy się uspokoili i trwali wtuleni w siebie, Ren pogładził jej policzek i ucałował słodko jej usta. Zatonął w błękitnym spojrzeniu i szeptał jej do ucha.


-        Masz rację, Kotku. Razem nam się uda...


Ciąg dalszy nastąpi...



Koniec Części VI

Aruell
Nastrój: chora ;/
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 185

środa, 28.marca.2012, 00:00



Rozdział 185



28 dzień ruanu 8976 roku, Norhen – Henvaron (Wielka Sala Balowa), noc


Gdy Ella i Alren pewnie schodzili po stromych schodach w Wielkiej Sali Balowej królewskiego pałacu, towarzyszyły im głośne westchnienia, pełne zachwytu i zazdrości. Uśmiechali się do siebie, słysząc ten znaczący, nieśmiały szum, który zamienił się w grobową ciszę, gdy para stanęła na środku pomieszczenia, dając do zrozumienia, że nastąpi przemówienie, otwierające bal.


Zdenerwowany kelner podszedł do nich z tacą, na którym były dwa kieliszki szampana. Automatycznie po tym, jak Alren i Ella po nie sięgnęli, dziesiątki kelnerów rozdało kieliszki gościom. Tymczasem Alren donośnym, niskim głosem powitał wszystkich swoich gości, tych co znał i tych, co dopiero będzie miał zaszczyt poznać. Podziękował za przybycie na koronację i pożyczył udanej zabawy, otwierając tym samym bal. Na koniec zaś ogłosił, że ma coś ważnego do powiedzenia, za co chciałby wznieść toast i uznał bal za znakomitą ku temu okazję. W sali zapadła śmiertelna cisza, pełna napięcia i ciekawości. Nikt nie wiedział, co Król miał na myśli, nawet jego rodzina i dotychczasowi towarzysze broni. Tym większe było zainteresowanie.


Ella przełknęła ślinę, gdy Alren ujął jej lewą dłoń tak, aby uwidocznić pokaźny pierścionek. Jej ręka drżała. Czuła, że on ma chłodną dłoń, zatem też musiał się denerwować, co podniosło ją na duchu. Jednak mimo nerwów głos mu nie drgnął ani razu, gdy powiedział te słowa:


-        Szanowni goście, przyjaciele pragnę ogłosić, iż wybrałem swą towarzyszkę życia. Wczoraj, o tej samej porze, oświadczyłem się jej, a ona, w swej łaskawości, mnie przyjęła – mówił głośno i spojrzał na Ellę z uczuciem. – Tą osobą jest niezwykła kobieta, która stoi teraz obok mnie - Jej Wysokość, Księżniczka Mirella. Jesteśmy zaręczeni! – dodał jeszcze i ucałował jej dłoń w tak elegancki sposób, że Ella zamrugała oczami z wrażenia.


W sali zapadła chwila ciszy, pełna zaskoczenia, a zaraz potem Alren i Ella usłyszeli pierwsze brawa, które narastały z każdą chwilą, gdy do gości dotarło znaczenie słów Króla. Po kilku sekundach brawa były tak głośne, że ściany pałacu zadrżały. Słysząc wiwaty i oznaki aprobaty ze strony gości, narzeczeni uśmiechnęli się szeroko, a potem publicznie pocałowali. Krótko, ale wystarczająco namiętnie, by nikt nie miał wątpliwości, jak bardzo się kochają. Pocałunek jeszcze bardziej podgrzał wzniosłą atmosferę, panującą w sali.


W końcu Alren pożyczył gościom jeszcze raz miłej zabawy i wskazał ręką orkiestrze, by zagrała słynnego na całym świecie walca. Następnie ukłonił się Elli i szarmancko poprosił ją tańca. Przepełniona szczęściem Ella ochoczo podała mu swą dłoń i zaraz potem zawirowali w efektownym tańcu, otoczeni przez zachwyconych nimi gości. Dla Elli i Alrena świat na chwilę przestał istnieć. Byli tylko oni i muzyka. Przy następnym utworze goście dołączyli do nich i cała sala wypełniła się tańcem.


***


Kilkanaście minut później


Alren i Ella zmęczyli się nieco i postanowili się napić. Jak tylko podano im wino, podeszła do nich Renalia, w pięknej złotej sukni, z Ronvesem i Akiyą. Królowa patrzyła na nich wzruszonym wzrokiem. W oczach miała łzy szczęścia. Wyglądała tak, jakby chciała ich objąć, ale się wahała.


-        Synu... Księżniczko... Słów mi brak. Mnie, królowej, słów brakuje... – wyksztusiła z trudem i w końcu przełamała lęk.


Objęła Alrena, który zarumienił się, czując bijące od matki ciepło. Przytulił ją delikatnie i uśmiechnął się, gdy się odsunęła. Ella nie czekała, aż królowa zdecyduje się ja objąć i sama to zrobiła. Renalia chwyciła jej dłonie, zerknęła na piękny pierścionek i westchnęła.


-        Pani, nawet nie wiesz, jakie szczęście mnie przepełnia... Zaszczycona będę mając cię za synową.


-        To ja będę zaszczycona, mając twego syna za męża – spojrzała na narzeczonego ukradkiem i dostrzegła jego figlarny uśmiech.


-        Och, życzę wam szczęścia, moi kochani – rzekła szczerze i odsunęła się by otrzeć samotne łzy wzruszenia.


Do pary narzeczonych podszedł Ronves, który prezentował się doskonale w czarnym stroju i złotym pasie. Skłonił się przed nimi lekko.


-       Nie znam was jeszcze za dobrze, jednak już teraz widzę, że pasujecie do siebie idealnie. Obyście dożyli szczęśliwych dni – uścisnął im ręce serdecznie i kiwnął głową do Akiyi, że teraz jej kolej.


Oboje uśmiechnęli się na widok ślicznej dziewczyny w czerwonej sukni i rozpuszczonych wyjątkowo włosach. Aki była dość stremowana. Nie przepadała za balami. Lepiej czuła się z mieczem w dłoni, niż w królewskich szatach. Konwenanse i zwyczaje zwyczajnie ją nudziły, często wręcz irytowały. Dziewczyna nawet nie wiedziała, że jej brat ma takie samo zdanie na ten temat, ale jako że był od niej starszy, nauczył się już robić dobrą minę do złej gry. Akiya dygnęła przed nimi.


-        Nie jestem dobra w przemówieniach, więc powiem tylko, że bardzo się cieszę, że jesteście razem. Uważam, że doskonale się uzupełniacie. Rada jestem z waszego szczęścia... – nie dokończyła, bo Ella delikatnie ją objęła. Aki była zaskoczona, ale po chwili zarumieniła się nieznacznie.


-        Dziękujemy – odparła złotowłosa i odsunęła się. Wtedy Aki spojrzała na Alrena niepewnie, gdyż jak zwykle ją onieśmielał.


Zwalczyła jednak w sobie tę barierę i uściskała go. Brunet zachichotał cicho i przytrzymał ją trochę dłużej, szepcząc na ucho.


-        Już myślałem, że mnie nie uściskasz, siostrzyczko... – Aki drgnęła i zawstydziła się. – Pięknie wyglądasz – pochwalił.


-        Dziękuję, choć wolałabym mieć spodnie... – mruknęła zmieszana.


-        Prawdziwa chłopczyca – skomentowała Ella, śmiejąc się radośnie.


-       Nie dajcie się nabrać tej chłopczycy – usłyszeli nagle znajomy głos i ujrzeli Gorda z Soaną, którzy byli następni w kolejce. Akiya spojrzała na blondyna nieprzychylnie. – Dobrze wie, jak używać swoich kobiecych wdzięków, tylko z niewyjaśnionych powodów, w stosunku do was, jest wyjątkowo nieśmiała – dodał z przekąsem, patrząc na Aki z góry.


-        Zamknij się - syknęła cicho i oddaliła się.


Alren i Ella unieśli brwi z zaskoczenia i wymienili porozumiewawcze spojrzenia. Później Ella spojrzała na Gorda, któremu było wyjątkowo do twarzy w czarnym ubraniu i uśmiechnęła się znacząco.


-       Widzę, że już polubiliście się z Aki – rzekła wesoło. – Ale mógłbyś chociaż na balu jej nie dokuczać – skarciła go nieco, a on się ukłonił.


-      Najszczersze przeprosiny – rzekł odruchowo, a Ella spoważniała, przypominając sobie, z kim teraz rozmawia.  – Pozwólcie, że pożyczę wam wszystkiego dobrego z okazji zaręczyn... – powiedział spokojnie, choć jego oczy przez chwilę były bardzo smutne. Alren to zauważył, ale doceniał, że blondyn się maskuje ze swoimi uczuciami.


-      Miło z twej strony, Gordzie – rzekł Alren, podając mu dłoń i ściskając mocno. Gord nie dostrzegł w tych zielonych oczach złośliwości i był za to wdzięczny.


Kiedy Gord poszedł po kieliszek wina, życzenia narzeczonym złożyła Soana, która była tym bardzo przejęta. Alren i Ella musieli uzbroić się w cierpliwość, bowiem jeszcze wiele osób chciało coś powiedzieć. Szczególnie uradowana nowiną o zaręczynach była Serabell, która powtarzała, że wiedziała, iż tak to się skończy. Podobnie Thelina, która wykonała pierścionek oraz Królowa Araya. Mała Księżniczka Erla natomiast nie mogła oderwać od Alrena i Elli oczu.


-        Wiedziałam! Wiedziałam, że jesteś prawdziwym księciem, a ty księżniczką! – rzekła podniecona i dumna, a oni się zaśmiali.


-        Faktycznie. Musisz być jasnowidzem, Erlo – podsumował Ren, pamiętając ich pierwsze spotkanie.


-        Kochanie, gdzie twoje maniery? – zganiła córkę Araya, patrząc na ich przepraszająco.


-        Nic się nie stało – zaśmiała się Ella.


Erla długo jeszcze by tam stała, gdyby jej matka nie zaciągnęła jej siłą do stołu. Następna w kolejce życzeń była Kapłanka Eru, która patrzyła na nich z lekkim niedowierzaniem. Uściskała ich i pogratulowała.


-        Kto by pomyślał, że to się tak potoczy... Pamiętam, jakby to było wczoraj, gdy Verie skuły was kajdankami. Nie byliście wtedy zbyt zachwyceni tym faktem... A teraz... Nie dość, że jesteście królem i księżniczką, to jeszcze się w sobie zakochaliście i zaręczyliście – podsumowała, a oni uśmiechnęli się znacząco.


-        Najwyraźniej tak miało być, Kapłanko – odparła Ella, ściskając mocniej dłoń Alrena.


-        Najwyraźniej.


Kiedy zaś do królewskiej pary podszedł Ben i Elen, zanim w ogóle się odezwali, Alren uściskał ich serdecznie, niezwykle zadowolony, że ich widzi. Ella uśmiechnęła się do nich delikatnie.


-        Och, Re... To znaczy... Wasza Wysokość... – zawahał się Ben.


-        Daj spokój. Jestem Ren, ten sam, co kiedyś – pokręcił głową.


-        Gratulujemy – rzekł, patrząc na nich ciepło. – Miałem przeczucie, że się w sobie zakochacie.


-        Ja też... – dodała nieśmiało Elen, a Alren nieco spoważniał.


-        Jak się trzymasz, Elen?


-        Dobrze. Postanowiłam zostać uzdrowicielką i zielarką.


-        Wspaniale – pochwalił. – Ach, niech się wam przyjrzę... Tęskniłem za wami.


-        My za tobą też. Widzę, że... – zawahał się Ben.


-        Co?


-        Zmieniłeś się. I to bardzo.


-        Naprawdę? – zdziwił się i spojrzał na Ellę pytająco, ale ona tylko się do niego przytuliła.


-        Tak. Złagodniałeś. Masz ciepłe spojrzenie, jesteś rozmowny i często się uśmiechasz – podsumował Ben. – Nie jesteś już tym milczącym, gburowatym wojownikiem o chłodnym spojrzeniu.


-        Wielkie dzięki - zakpił wesoło. – A tak poważnie. Jeśli się zmieniłem, to jest to wyłącznie jej zasługa – przytulił Ellę do swej piersi.


-        Bez wątpienia – Ben schylił głowę przed Ellą. – Opiekuj się nim dobrze, Księżniczko.


-        Taki mam zamiar.


Później Alren i Ella przyjęli kolejne życzenia i zdawało się, że nie będzie temu końca. Na szczęście dwie godziny później narzeczeni byli już wolni. Bal zaczął się rozkręcać. Goście tańczyli, jedli, pili, plotkowali i śmiali się. Alren i Ella rozmawiali o różnych przygodach z przyjaciółmi, a potem zajęli się wyłącznie sobą.


Kiedy oddalili się od gości i znaleźli spokojny kąt na korytarzu, przylgnęli do siebie mocno i pocałowali. Nie mogli przestać, z trudem łapiąc każdy oddech. Zdążyli się za sobą stęsknić po tych wszystkich formalnościach i rozmowach.


-        Och, Ello... Niech ten bal się już skończy... – jęknął jej do ucha.


-     Jeszcze nawet połowa nie minęła – zachichotała. – Nie przyspieszajmy czasu. Uwielbiam z tobą tańczyć. Zatańcz ze mną... – spojrzała mu w oczy i ujrzała w nich zielony błysk.


-        Jak sobie życzysz, Kotku – odparł zmysłowo, ujął ją za rękę i zaprowadził na środek sali, gdzie ponownie zawirowali w magicznym tańcu.


 

Aruell
Nastrój: chora ;/
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 184

wtorek, 27.marca.2012, 00:00



Rozdział 184



28 dzień ruanu 8976 roku, Norhen – Henvaron (Komnata Alrena), świt


Kiedy Ella poczuła pocałunek na policzku, obudziła się. Mruknęła z niezadowoleniem. Była taka śpiąca. Zaraz jednak westchnęła, pod wpływem dotyku ukochanego i otworzyła powoli oczy. Przeciągnęła się w łóżku.


-        Wstawaj, kochanie. Wiem, że ci się nie chce, mnie również, ale musimy – mruczał jej do ucha.


-        Wiem... – odparła chrapliwie i pogładziła jego policzek. Uśmiechnął się.


Przed oczami mignął jej pierścionek, który miała od wczoraj na palcu i dotarło do niej, że to nie był sen. Alren jej się oświadczył. To zaś znaczyło, że kiedyś zostanie jej mężem. Zarumieniła się. Ren zaśmiał się i pocałował ją w usta.


-        Ach, wciąż nie mogę w to uwierzyć... - westchnęła. – Tak długo o tym marzyłam...


-        Wiem, Kotku – szepnął i z wielkim trudem oderwał się od swej narzeczonej. – Chodź. Zjemy coś dobrego, zanim zrobią ze mnie króla – rzekł wesoło.


-        W to też trudno mi uwierzyć – pokręciła głową. – Mój Alren Królem Norhenu...


-        Teraz już wiesz, co czułem, gdy się dowiedziałem, że jesteś księżniczką Miryonu.


Ella uśmiechnęła się i po chwili wygramoliła z łóżka. Zasiedli do stołu, gdzie podano wyborne dania śniadaniowe oraz kawę i herbatę. Siedzieli blisko siebie. Tak blisko, że mogli się wzajemnie pokarmić i przytulać. Cieszyli się spokojem, w wyłącznie swoim towarzystwie, póki jeszcze mogli.


-        Ren. To twoje zniknięcie wczoraj... Chodziło o pierścionek, prawda? – spytała, rumieniąc się.


-        Tak. Wykonała go Thelina. Ja tylko dostarczyłem materiały.


-        Jakie? - zainteresowała się.


-        Złoto i Magiczny Szafir, który Thelina zamieniła w błękitny diament. Dlatego ten pierścionek jest wyjątkowy. To szafir i diament w jednym.


-        Jest cudowny...


-        Mówiłaś już – zachichotał.


-        To ten sam szafir, z którego wykonano te nasze dwa wisiorki?


-        Tak, tylko... – nie zdołał dokończyć, bo go znienacka pocałowała.


Uśmiechnął się, gdy ujrzał jej lśniące oczy, przepełnione szczęściem.


-        Kocham cię – wymruczała mu prosto w twarz,


-        Wiem o tym – puścił jej oczko. – Na balu publicznie ogłoszę nasze zaręczyny. Przygotuj się na to.


-        Nie ma sprawy. Niech wszyscy się dowiedzą!


Alren stłumił śmiech. Wyglądała tak rozkosznie, tak radośnie. Zdawała się unosić  w powietrzu i w kółko zapewniała go o swoich uczuciach. Zrobiło mu się cieplej na sercu, gdy tak na nią patrzył i wtedy naprawdę zrozumiał, jak wielkie ma szczęście.


***


Norhen – Henvaron (Sala Tronowa), około południa


Przed południem w sali tronowej zrobiło się bardzo tłoczno. Na dziedzińcu pałacu i przed nim było jeszcze więcej ludzi. Przybyli wszyscy zaproszeni goście, którzy zajęli pierwsze miejsca oraz szlachta, mieszczaństwo, rzemieślnicy, kupcy i zwykli obywatele z różnych miast Norhenu. Każdy chciał zobaczyć sławnego Alrena, który okazał się być księciem, a teraz miał zostać ich królem. Nie mniejszym zainteresowaniem cieszyła się postać Księżniczki Mirelli, która nie jednego gościa fascynowała. Byli i tacy, którzy chcieli się przekonać, czy to prawda, że Królowa Renalia przeżyła i ma teraz nowego męża oraz córkę. Niezależnie od powodu, wszyscy zebrali się przed południem w pałacu, gdzie miała odbyć się koronacja Alrena.


Dokładnie w południe rozległ się dźwięk trąb, jakby z nieba, a zaraz potem otwarły się ogromne wrota do sali tronowej i do środka najpierw weszła Arcykapłanka Syriana, a potem Alren, eskortowany przez czterech kapłanów – po dwóch z tyłu i przodu. Książę Norhenu wyglądał wspaniale w niezwykle odświętnym stroju królewskim, przeznaczonym tylko na wyjątkowe okazje. W jego skład wchodziły czarne, arabskie spodnie i pozłacane, wysokie buty. Czerwona tunika z jedwabiu, którą zdobiły złote hafty, zawiązana jedwabnym, złotawym pasem, na linii bioder. Na jego piersi widniał niezmiennie Święty Medalion Norhenu, a w uchu dyndał owalny, królewski kolczyk. Na czole lśnił czerwony symbol Norhenu, krwi królewskiej. Alren stąpał pewnie i dość żwawo, patrząc przed siebie z poważną miną i udawał, że nie słyszy westchnień kobiet, które nie mogły oderwać od niego wzroku.


Gdy orszak Rena dotarł aż na koniec sali, znów zadęto w trąby i do sali dumnie wkroczyła Ella, a tuż za nią Królowa Renalia, Ronves i Akiya. Wszyscy byli w odświętnych strojach. Rodzina Alrena, ubrana w barwy złoto-czerwone, wyglądała imponująco. Jednak to Ella wzbudziła największy zachwyt, wdzięcznie krocząc po czerwonym dywanie w stronę Alrena, który nie spuszczał z niej wzroku. Księżniczka Mirella zachwycała swą urodą oraz długą, chabrową suknią, bez rękawów, srebrnym, jedwabnym szalem i szafirową biżuterią. Tym razem to mężczyźni wzdychali, gdy drugi orszak powoli zbliżał się do końca sali.


Kiedy wszyscy byli na swoich miejscach, nadeszła pora na koronację. Ella stała po prawicy Alrena, zwróconego do ludu tyłem i  klęczącego przed tronem oraz Syrianą, Natomiast po lewicy Rena znajdowała się jego matka - Królowa Renalia. Akiya i Ronves zaś zajęli miejsca w pierwszym rzędzie, obok Gorda i Soany. Dalej siedziały inne ważne osobistości i przyjaciele Alrena.


Z Veolii przybyli: Królowa Araya i jej córka Erla, Kapłanka Eru i Arcykapłanka Thelina, Ben i Elen Oghayo. Z Alorii, oprócz Arcykapłanki Syriany, przyjechała Królowa Serabell, Mistrz Lingorus, a nawet Sao, choć ta ostatnia zjawiła się potajemnie i schowała na tyłach sali, w płaszczu. Zadziwiające było, iż na koronację przyjechali nawet Król i Królowa Hevanu oraz kilka osób, które Alren znał niezbyt dobrze. Oprócz nich, zgodnie ze światowym zwyczajem, pojawiły się także delegacje ze wszystkich przyjaznych królestw Egharii: Księżniczka Miyira z Parwanu, Kapłanka Ilviya z Oshelionu, Królewicz Adel z Sherii oraz Królewna Alarashia z Elmeronu.


W sali panowała śmiertelna cisza, kiedy Syriana wygłosiła długą przemowę, a potem odśpiewywała rytualne pieśni i inkantacje. Gdy wzięła do ręki złotą koronę, wysadzaną rubinami i uniosła ją nad głową Alrena, wszyscy wstrzymali oddech.


-        Oto ja, Syriana ven Savillos, Arcykapłanka Egharii, zgodnie z wolą niebios i przeznaczenia, koronuję cię, Alrenie vhe Norenos, na Króla Norhenu! Oby twe rządy przyniosły pokój i pomyślność! – krzyknęła dumnie i włożyła mu na głowę koronę, po czym Alren wstał, a Syriana oddała mu elegancki pokłon. – Niech żyje Król Alren! – dodała i wtedy brunet odwrócił się do ludu.


-        Niech żyje!! - usłyszał w odpowiedzi. Tysiące gości uklękło przed nim, oddając mu hołd. Tylko Ella i Renalia nadal stały.


One dwie nie musiały się kłaniać. Renalia jako jego matka i Ella, która miała większą władzę od niego, jako władczyni Miryonu i zarazem była jego narzeczoną. Alren rozejrzał się po sali wiwatujących gości, spojrzał na każdego z gości w  pierwszy rzędzie, z osobna i pozdrawiał ich skinieniami głowy. Uśmiechnął się do matki i Elli, posyłając zmysłowe spojrzenie. Potem wygłosił niezbyt długą, ale treściwą przemowę i zasiadł na złotym tronie, kończąc rytuał koronacyjny.


***


Kilka godzin później


Jak tylko koronacja dobiegła końca, zaproszono ważnych gości do sal gościnnych, gdzie pijąc herbatę i częstując się słodyczami, oczekiwali na rozpoczęcie słynnego balu.


Służba pałacowa, kucharze i strażnicy pracowali w pocie czoła, by wszystko było gotowe na czas. Sale balowe i ogród były zamknięte, by nikt z gości przedwcześnie nie zobaczył atrakcji, przygotowywanych na tę rzadką okazję. Służące ustawiały kwiaty oraz świece w salach i w ogromnym ogrodzie. Służący przygotowywali stoliki, krzesła, miejsca dla dwa dwóch orkiestr – zarówno w sali, jak i na dworze. Strażnicy spierali się, kto gdzie ma stać i jak długo. Kucharze zaś bez wytchnienia przygotowywali mnóstwo potraw.


Tymczasem Alren i Ella znajdowali się w osobnych komnatach, gdzie odpowiednia do tego służba, przygotowywała ich na bal. Oboje nie spotkali się po koronacji z gośćmi. Zgodnie ze zwyczajem, mogli to zrobić dopiero na balu. Nie narzekali jednak, gdyż chcieli jak najdłużej ukryć fakt, że się zaręczyli, by zrobić wszystkim niespodziankę wieczorem. Inna tradycja głosiła, że na tym niezwykłym balu wszyscy panowie musieli założyć tradycyjny, norheński strój w kolorze czarnym. Były to specjalne spodnie, wysokie buty i zakładana tunika z długim rękawem, przepasana złotym pasem, wyszywanym haftami. Obowiązkowy był charakterystyczny, owalny i srebrny kolczyk w prawym uchu. Król zwykle zakładał czerwoną tunikę i złotą biżuterię, co odróżniało go od pozostałych gości. W przypadku pań natomiast – panowała dowolność kroju i koloru kreacji, z jednym wyjątkiem. Zakazany był złoty i czerwony kolor, zarezerwowany wyłącznie dla rodziny królewskiej Norhenu.


Kiedy zbliżał się zachód Słońca, wzrosło podniecenie wśród gości, których wpuszczono już do sal i ogrodu. Wszyscy chcieli zobaczyć Króla Alrena i Księżniczkę Miryonu, a potem zamienić z nimi wreszcie kilka słów. Tymczasem władca Norhenu szedł prywatnym korytarzem pałacu w towarzystwie dwóch strażników, którzy stąpali za nim dumnie i zmierzał w stronę komnaty Elli. Umówił się bowiem z nią, że zejdą do gości razem.


Król miał na sobie tradycyjne spodnie, buty w czarnym kolorze, a także, zgodnie ze zwyczajem, czerwoną tunikę, złoty pas i kolczyk. Wszystko z lśniącego jedwabiu. Na szyi niezmiennie wisiał Święty Medalion, symbol jego władzy. Jego strój doskonale kontrastował z ciemną karnacją oraz czarnymi włosami. Wyglądał tak niezwykle, że wszystkie służące, które dosłownie biegały tam i z powrotem, wzdychały z zachwytu na widok swego króla. Alren uśmiechnął się i zatrzymał przed drzwiami do komnaty Elli. Wyciągnął prawą dłoń, na której środkowym palcu, widniał jego złoty sygnet królewski. Otworzył drzwi sam, choć strażnicy chcieli zrobić to za niego. Jak tylko wszedł do środka, zobaczył dwie służące, które dygnęły przed nim, w niemym zachwycie.


-        Czy jest już gotowa? – zapytał.


-        Tak, Wasza Wysokość. Księżniczka Mirella czeka na tarasie – odparły onieśmielone i ponownie dygnęły przepuszczając króla.


Alren wyszedł na taras i zaniemówił z wrażenia, gdy ujrzał Ellę, która powoli się od niego odwróciła. Otworzył usta, a oczy zalśniły mu z zachwytu. Ella uśmiechnęła się, zadowolona z efektu i powolutku do niego podeszła. W tym czasie on podziwiał jej długą i szeroką suknię w intensywnym, czerwonym kolorze. Materiał mienił się lustrzanym blaskiem. Kreacja była dopasowana w jej talii i dokładnie opinała jej piersi, unosząc je lekko, aż utworzył się między nimi dołeczek. Na szyi Ella miała owinięty długi, wąski, jedwabny i czarny szal. Jej dekolt, uszy, nadgarstki zdobiła złota biżuteria z rubinami. Złoto-blond włosy zostały podkręcone i lśniły w blasku świec, całkowicie rozpuszczone. Podkreślono jej oczy czarnymi kreskami, a usta – błyszczącą, czerwoną pomadką. Policzki miała naturalnie rumiane, które trochę mocniej pokraśniały, gdy ujrzała ona swego przystojnego narzeczonego, w takim wydaniu.


Minęło trochę czasu, zanim oczarowany Alren był w stanie się odezwać. Patrzyła na niego swoimi szafirowymi oczami i uśmiechała się. W końcu otrząsnął się i ujął jej dłoń, którą sarmacko pocałował.


-        Wyglądasz przepięknie, moja bogini – rzekł szczerze.


-        Ty też niczego sobie – zachichotała.


Uśmiechnął się i wtedy nastawił swoje ramię, które ona ochoczo chwyciła, a następnie opuścili komnatę i skierowali się do sali balowej. Zatrzymali się przed wrotami prowadzącymi na wysokie i szerokie schody, słysząc gwar, dobiegający ze środka. Goście nie mogli się już doczekać ich przybycia. Spojrzeli na siebie z uśmiechem.


-        Gotowa? – spytał.


-        Tak...


-        Otwierać! – wydał polecenie, które natychmiast spełniono.


Gdy drzwi się otworzyły, wyszło dwóch strażników. Mężczyźni głośno zapowiedzieli gościom balu nadejście królewskiej pary.


-        Jego Wysokość, Król Alren! – krzyknął jeden.


-        Jej Wysokość, Księżniczka Mirella! – dodał drugi, a potem zapadła długa cisza, pełna zachwytu i podziwu.



Aruell
Nastrój: chora ;/
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 183

czwartek, 22.marca.2012, 00:00



Witajcie!


Przed Wami bajkowy rozdział, na który być może część z Was czekała. Nie martwcie się jednak, sielanka nie potrwa długo, a na pewno nie wiecznie. ;))


Życzę miłego czytania i pozdrawiam.


Aru


***


Rozdział 183



27 dzień ruanu 8976 roku, Norhen – Henvaron (Komnata Alrena), noc


Kiedy Alren wszedł do swej komnaty, na krótko przed północą, zdziwił się nie lada, widząc niezliczoną ilość świec, poustawianych na szafkach stolikach, czy nawet podłodze. Łagodne i ciepłe światło nadawało ciemnej komnacie niepowtarzalnego uroku. W dodatku unosił się tu piękny zapach wiosennych kwiatów. Ren domyślił się, że wśród tych świec były też te zapachowe. Pomyślał, że złotowłosa przygotowywała się na upojną noc, którą jej zresztą obiecał i stłumił śmiech. Rozejrzał się i w mig ocenił, że Elli nie ma w środku.


Zrobił kilka bezszelestnych kroków i dostrzegł ją na ogromnym tarasie. Lekkie, jedwabne zasłony, koloru czerwonego, trzepotały, zasłaniając mu co chwilę jej obraz. Stała tyłem do niego, oparta o balustradę i wpatrywała się w nocne niebo. Jej złote włosy falowały na wietrze. Podobnie, jak długa do kolan, ozdobna halka w kolorze czarnym, z czerwonymi koronkami, która podkreślała jej wdzięki. Alren przełknął ślinę. „Opanuj się” – powiedział do siebie w myślach i cichutko wyjął zza pleców butelkę wina oraz bukiet intensywnie czerwonych róż, które włożył do wolnego wazonu na stoliku nocnym, tuż przy łożu.


Kwiatów było dokładnie siedem. Jeden z nich różnił się jednak kolorem od pozostałych. Jedna róża miała bowiem tę samą barwę, co oczy Elli i właśnie ją Alren poprawił teraz tak, by znajdowała się w samym środku bukietu. Uśmiechnął się tajemniczo, a potem wyjął jeden, czerwony kwiat i wyszedł bezszelestnie na taras.


Poprawiała właśnie włosy. Odgarnęła je tak, że odsłoniła zupełnie jedno ramię, w które ją pocałował, podchodząc od tyłu. Drgnęła i ocknęła się z zamyślenia. Gdy chciała się odwrócić, poczuła upajający zapach róży, którą przyłożył jej do nosa. Gdy zamknęła oczy, wdychając aromat, przesunął kwiatkiem po jej szyi i ramieniu. Uśmiechnęła się do niego czarująco i zarumieniła, widząc w jego oczach tajemniczy błysk. Nim wypowiedziała coś, by się przywitać, poczuła jego wargi na ustach. Pocałował ją z pasją, czule i namiętnie. Tylko tym rozpalił jej zmysły do czerwoności. Jęknęła i przytuliła się do jego nagiego torsu, obejmując go ramionami.


-        Ren... Myślałam, że już nie przyjdziesz... – wymruczała.


-        Przecież ci obiecałem.


-        Gdzie byłeś tak długo? – uniosła głowę, by spojrzeć w jego zielone oczy i wzięła od niego różę.


Zarumieniła się na myśl, że niezwykle rzadko dostawała od niego kwiaty. Ren zazwyczaj wyrażał swą miłość w bardziej konkretny sposób. Alren pogładził jej policzek z niezwykle ciepłym uśmiechem, a ona zatonęła w jego spojrzeniu. Patrzył na nią z podziwem i niesamowitym pożądaniem. Nie było w tym nic dziwnego. Nie dość, że Ella sama w sobie była piękną kobietą, to jeszcze w takiej haleczce wyglądała...


-        Och, nie męcz mnie już tym wzrokiem – jęknęła. – Chodź tu do mnie... Przytul mnie, kochaj... – zarzuciła mu ręce na szyję, stając na palcach.


-        Ello... – zachichotał, widząc jej błyszczące ze zniecierpliwienia oczy.


Ren poczuł miękkie płatki róży, którą ona wciąż trzymała w dłoni, na plecach i wstrzymał oddech. Jej piersi ocierały się o jego tors. Przez halkę czuł jak szybko bije jej serce. „Spokojnie, jeszcze nie teraz” – jęknął do siebie w duchu. Wciąż musiał sobie powtarzać, by nad sobą panować i nie zepsuć wszystkiego. Delikatnie odsunął się od niej, chwycił jej rękę i ucałował wnętrze dłoni, aż przyjemny dreszcz przeszedł jej po ciele.


-        Ren...


-        Chodź do środka. Przyniosłem dobre wino z królewskiej winnicy – mrugnął do niej i pociągnął za rękę.


-        A co świętujemy? – westchnęła, lekko zawiedziona, że nie odpowiedział na jej zaproszenie do igraszek.


-        Jak to co? Wypijemy za moją jutrzejszą koronację! – zaśmiał się wesoło, a ona pokręciła głową.


-        Egoista – prychnęła żartobliwie, wiedząc, że chodzi o coś innego.


Za dobrze go znała, by w to wierzyć. Władza nigdy go nie interesowała. Odebrała od niego kieliszek wina. Jego smak był wyjątkowy, cierpki, ale intensywny i słodkawy zarazem. Dopiero po chwili dostrzegła piękny bukiet róż na stoliczku.


-        A to co?


-        Cóż, pewien egoista przyniósł ci bukiet róż – odparł z przekąsem, a ona na chwilę pokraśniała i zbliżyła się, by je powąchać.


-        Piękne... Dziękuję – mruknęła i szczególnie długo przyglądała się błękitnej róży. – Ta się bardzo wyróżnia... Niezwykła.


-        Jedna, wyjątkowa róża wśród wielu innych, jest jak ty wśród pozostałych kobiet – rzekł pod nosem, do siebie. Odruchowo.


-        Ren... – spojrzała na niego zszokowana, a on zorientował się, że usłyszała wszystko. – Takie słowa do ciebie nie pasują. Jesteś dziś jakiś dziwny... Najpierw znikasz gdzieś, w jakiejś sekretnej sprawie, a...  A teraz... – zająknęła się, gdy stanął tuż przy niej i zwinnym ruchem wyjął błękitną różę z wazonu.


-      Okłamałem cię, Ello... – rzekł z powagą, zaskakując ją. – Nie świętujemy mojej koronacji, tylko coś innego... – uśmiechnął się, widząc, że przez chwilę zbladła, a teraz znów odetchnęła z ulgą.


-        A co? – niecierpliwiła się już. - Powiedz wreszcie! Oszaleję przez ciebie... –bąknęła, a on stłumił śmiech.


-       Ta róża – spojrzał na kwiat w swej dłoni – jest odpowiedzią na twoje pytanie i zarazem kluczem do nowego etapu w naszym życiu. Wystarczy, że pozwolisz, by padło na nią światło Miryonu, a wszystko zrozumiesz – dodał, widząc jej pytający wzrok.


-       Co ty znów kombinujesz? – zmarszczyła czoło, gdy wręczył jej kwiat do ręki, zagarnął ramieniem i wyprowadził z powrotem na taras. W drugiej dłoni trzymał kieliszek wina.


Ella była sfrustrowana, gdyż zupełnie nie rozumiała zachowania ani słów Alrena. Gdy na niego zerknęła, wyglądał na poważnego i stremowanego. „O co tu chodzi?” – głowiła się. Zerknęła więc na błękitną różę, w świetle Szafirowego Księżyca i nagle zamarła. Pączek płatków powoli zaczął się otwierać, aż w samym środku, w pełni rozwiniętej róży, ujrzała coś lśniącego. Coś, co trudno było pomylić z czymś innym. Otworzyła usta w niemym zachwycie i zaskoczeniu, a serce zaczęło jej walić jak szalone.


-        Wyjdź za mnie – usłyszała jego niski, zmysłowy głos i dopiero wtedy spojrzała na niego zszokowana. Jego oczy błyszczały zielenią.


Z wrażenia odebrało jej mowę. Niby podejrzewała w najskrytszych marzeniach, że to może być to, odkąd się tak tajemniczo ostatnio zachowywał, ale teraz, gdy usłyszała te magiczne słowa, nie mogła uwierzyć. Chwycił jej wolną dłoń, uniósł nieco i wówczas poczuła jego drżenie. Przełknęła ślinę. „Alren drży?” - spytała samą siebie w myślach - „To przecież niemożliwe...”


-        Ello... – jęknął, ściskając jej dłoń nieco mocniej i patrząc jej głęboko w oczy. – Nie każ mi dłużej czekać...


-        Ren... – wyksztusiła wreszcie. – Powtórz to.


-        Co?


-        To, co powiedziałeś na początku...


Czuła się tak, jakby w tej chwili skrzydła jej rosły. Czuła się lekka, jak piórko.


Alren zarumienił się, widząc jej spojrzenie. Nie spodziewał się, że to będzie takie trudne. Przecież był pewny, że się zgodzi. Dlaczego się wiec tak denerwował? Dlaczego ręce mu drżały? Dlaczego miał ściśnięte gardło? Dlaczego, do cholery? Nie spodziewał się po sobie tych emocji. Zebrał się jednak do kupy w kilka sekund i uśmiechnął lekko, panując nad swoim zniecierpliwieniem z trudem.


-        Wyjdź za mnie, Ello. Zostań moją żoną – powiedział lekko drżącym głosem, ale z całą pewnością męskim i zniewalającym. – Bez ciebie nie mogę żyć. Kocham cię, do cholery! – jęknął, nie wiedząc, co zrobić z nadmiarem emocji, które czuł w tej chwili.


Ella zaśmiała się z tego słodkiego przekleństwa na końcu, które tak do niego pasowało. Zadrżała z nadmiaru wrażeń, a z jej oczu popłynęły łzy szczęścia. Tak wielkiego, że nie była w stanie trzymać tego dłużej w sobie. Podskoczyła więc niespodziewanie, zarzuciła mu ręce na szyję i pocałowała tak namiętnie, jak nigdy wcześniej. Mocno przywarła do jego ciała i odebrała mu oddech. Objął ją ciasno i odwzajemnił pocałunek, próbując panować nad swoim sercem. Gdy wreszcie się od siebie oderwali, uśmiechnął się wzruszony i szczęśliwy.


Wyjął z serca róży piękny pierścionek i wsunął go na jej serdeczny palec lewej ręki. Jej policzki zapłonęły. Czuła przyjemne mrowienie na całym ciele. Dłoń Elli wciąż jeszcze drżała z emocji, ale nie przeszkadzało jej to w ocenie podarunku.


-        Prześliczny... – westchnęła.


Pierścionek wykonano ze złota, stopionego z mikroskopijnymi szafirowymi pigmentami. Natomiast klejnot przypominał oszlifowany, przezroczysty diament w kolorze intensywnego błękitu i otoczony był subtelnymi, złotymi listkami. Lśnił w blasku Miryonu i tak bardzo zachwycił Ellę, że długo nie mogła oderwać od niego wzroku. Dopiero znaczące chrząknięcie Alrena, zmusiło ją do spojrzenia na niego.


-        Nie zapomniałaś o czymś? – bąknął uroczo.


-        O czym...? Aaa! – zrozumiała i spąsowiała. – Przecież odpowiedź jest oczywista, Ren... Wyjdę za ciebie... Tak! Oczywiście, że tak! – pisnęła radośnie i pocałowała go ponownie w usta, obejmując mocno. Usłyszała jego westchnięcie.


Przepełniała ją taka radość, że nie wiedziała, co ze sobą zrobić. Miała wrażenia, że zaraz poleci w górę. Alren czuł jej szczęście przez jej skórę, oddech, rytm serca, absolutnie wszystko. Nie miał wątpliwości, że długo o tym marzyła.  Zresztą nie raz poruszała ten temat. Dlatego też teraz, już po słowie, zastanawiał się, skąd wziął się u niego tamten dziwny stres i niepewność. Nie myślał o tym dłużej i uśmiechnął się znacząco, a potem wziął ją na ręce.


-        Skoro mamy to już za sobą...


-        Taaak... Nie ociągaj się – weszła mu w słowo i pogładziła go po policzku. Uniósł znacząco brew.


-        Tak ci spieszno, Kotku? – mruknął wyzywająco. Znów te figlarne błyski w jego oczach.


-       Jeszcze pytasz? Przeciągnąłeś te oświadczyny niemiłosiernie. Nie katuj mnie już więcej w ten sposób... – jęknęła, całując jego szyję. – Pragnę cię tak bardzo, że zaraz oszaleję...


-        Oho... Chyba świece zapachowe tak na ciebie podziałały – zażartował, kładąc ją na wielkim, białym łożu.


-        Świece! To ci dopiero... - zakpiła głośno, a on parsknął śmiechem.


Znów był rozluźniony, nawet lepiej – szczęśliwy, że ma to już za sobą, więc wróciła mu ochota na żarty. Na to Ella czekała z niecierpliwością. Uwielbiała w nim ten humor, sarkazm i ich wspólne gry słowne.


-        Sugerujesz, że coś innego cię tak nakręca? – droczył się dalej, odpinając pas.


-      Nie zgrywaj się...  – oglądała śmiało jego w pełni nagie ciało z podnieceniem. - Wiesz, jak na mnie działasz – mruknęła, zsuwając zmysłowo ramiączko halki, leżąc na łóżku.


Ren znacząco chrząknął i wskoczył do łoża tak gwałtownie, że wystraszyła się, iż ją przygniecie i pisnęła rozkosznie. Nie przygniótł jej, tylko zawisł nad nią z diabelskim uśmiechem na twarzy. Zdążyła jeszcze przełknąć ślinę, zanim ją namiętnie pocałował i całkiem już straciła kontakt z rzeczywistością. Całowali się tak zachłannie, jakby ścigali się, kto pierwszy się udusi.


Zamknęła oczy, gdy pieścił jej szyję, potem piersi i brzuch, zsuwając halkę coraz niżej, aż seksowne ubranko wylądowało na podłodze. Ella nie pozostawała dłużna, całując jego tors i gładząc plecy. Za każdym razem, gdy jego duże, gorące i nieco szorstkie dłonie dotykały jej ciała, mruczała, jak kotka. Delektowała się jego pieszczotami, słuchając przyspieszonego oddechu i rytmu serca. Jej piersi unosiły się nienaturalnie szybko, gdy Alren zwiedzał wszystkie jej czułe punkty, doprowadzając ją na skraj wytrzymałości. Już siebie nie kontrolowali. Już nie zwlekali. Połączyli się w ostrym i szaleńczym, akcie miłości, kochając się coraz szybciej i szybciej. Mocniej. Głębiej. Szybciej! A potem był krzyk...


Dyszeli głośno. Ich spocone i rozpalone ciała trwały w miłosnym spleceniu jeszcze długo, wciąż czując niedosyt siebie nawzajem. Przytuleni do siebie, uśmiechali się. Przepełniało ich szczęście i spełnienie w każdym wymiarze. Nikt nie wie, ile razy kochali się tej nocy, ale nad ranem w końcu położyli się obok siebie, dochodząc do wniosku, że przydałaby się im chociaż godzina snu.


Wtuliła się w jego tors i łasiła, jak kotka, gdy on jedną ręką głaskał ją po głowie i bawił się jej włosami. Ella pomyślała, że mogłaby teraz umrzeć. Nic więcej jej nie było potrzebne do szczęścia. On czuł to samo.


-        Ren...


-        Mhm?


-        Dziś jestem w pełni szczęśliwa...


-        Ja też.



Aruell
Nastrój: nostalgiczny
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 182

środa, 21.marca.2012, 00:00



Rozdział 182



27 dzień ruanu 8976 roku, Norhen – Henvaron (Pałac Królewski), popołudnie


Od walki między Alrenem a Headosem minęły trzy pełne dni. To był trudny czas głównie dla księcia, którego już ogłoszono nowym królem. Koronacja jednak, zgodnie z jego życzeniem, miała odbyć się dopiero po uporządkowaniu wszystkich spraw.


Pierwszego dnia cały kraj dowiedział się o śmierci Headosa oraz o jego mrocznych sekretach i zbrodniach. Wszyscy poznali prawdę o Heryonach, którzy tak naprawdę byli niewinni. Żadnego z kłamstw, rozesłanych przez stowarzyszenie anty-heryonistów, przed ich rzezią, nie potwierdzono. Norheni usłyszeli prawdziwą historię o swoim księciu Alrenie. Począwszy od tego, że nie umarł przy urodzeniu, a skończywszy na niesłusznym oskarżaniu go o morderstwa, przez niemal całe jego życie. Wiadome już było, że Alren jest prawowitym władcą Norhenu, czego dowodziła nie tylko jego krew, ale i medalion na szyi. Obalono mit o rzekomej śmierci Królowej Renalii, która odzyskała koronę, a także poinformowano o istnieniu Ronvesa, Akiyi oraz około stu Heryonów, ocalałych po Wielkiej Rebelii. Norheni mieli na powrót zamieszkać wraz z Heryonami, co nie budziło powszechnego zadowolenia, ale Alren od razu ustanowił kilka roboczych praw, chroniących swoich rodaków. Kary były na tyle imponujące, że nikomu przez myśl nie przeszło się buntować.


Drugiego dnia wyłapano wszystkich przeciwników Heryonów, należących do stowarzyszenia. Wymazano im pamięć i wygnano z Norhenu. Natomiast tych, którzy obawiali się powrotu Heryonów i ich zemsty za krzywdy, Alren próbował uspokoić w najdłuższym przemówieniu, jakie wygłosił w życiu. Nowy władca kładł nacisk na tolerancję, pokój i niepamięć o dawnych krzywdach. Jednocześnie, za pomocą Rady Mędrców, Alren poprawił kulejące prawo, dzięki czemu każdy Norheńczyk mógł ubiegać się o swoje, co bardzo poprawiło morale społeczeństwa. Tego dnia Heryoni mogli opuścić Kher i powoli zacząć żyć od nowa. Gord, Soana, Calina oraz Ronves przeteleportowali się prosto do pałacu, gdzie otrzymali odpowiednie komnaty. Kher opustoszało i stało się tylko symbolem niewoli Heryonów.


Trzeciego dnia lud odczul zmiany, jakie zaszły po obaleniu poprzedniego króla. Wycofano godzinę policyjną, zlikwidowano komisarzy do spraw kontroli narodzonych dzieci pod względem rasy, a po ulicach nie chodziło wojsko, które czepiało się wszystkiego, co wydało im się podejrzane, a tak po prawdzie – gwałciło i biło niewinnych ludzi na ulicach. Zamiast tego chodzili zwykli strażnicy miejscy, którzy pilnowali tylko ogólnego porządku i bezpieczeństwa. A to tylko przykładowe zmiany. Ludzie mniej się bali, więcej uśmiechali i wykazywali coraz większe zainteresowanie nowym władcą oraz jego przyjaciółmi.


Plotka o związku Alrena i Mirelli rozniosła się błyskawicznie i już tworzyły się pierwsze romantyczne ballady na ten temat. Postać Księżniczki Miryonu wszystkim była znana. Nie dziwota więc, że gdy ogłoszono wielki bal po koronacji, na który mogło przyjść tylu ludzi, ilu zmieści się swobodnie na terenie pałacu, bez żadnego kryterium majątkowego, wszyscy zapragnęli się na niego udać i na własne oczy ujrzeć nowego Króla, Mirellę i ich przyjaciół, a także Królową Renalię i jej nową rodzinę. Zadziwiające było to, jak diametralnie, w kilka dni po detronizacji Headosa, zmienił się nastrój w stolicy.


 


Tego dnia, czwartego już, Alren był bardzo zmęczony, więc po obiedzie uciął sobie dłuższą drzemkę. Dopiero dziś miał na to czas. Ostatnimi nocami nie spał zbyt wiele, przeglądając coraz to nowsze projekty ustaw lub rozwiązując jakieś inne problemy. Nie miał zbyt wiele czasu dla Elli, co go irytowało, ale co ona doskonale rozumiała, poświęcając swój wolny czas na zwiedzanie Henvaronu z Gordem i Soaną. Renalia towarzyszyła synowi, wiedząc, że przejmie po nim obowiązki, gdy on wyruszy w dalszą podróż z Mirellą. Natomiast Akiya i Ronves opiekowali się Caliną, która nie znała zupełnie tego kraju i czuła się tu obco.


Ella szukała Alrena dobre kilkadziesiąt minut i w końcu znalazła go w jego prywatnej komnacie, śpiącego na wygodnej sofie. Weszła cichutko do środka i patrzyła przez chwilę na niego, uśmiechając się. Miała w rękach kilka zwojów z listą gości, którym zamierzano wysłać specjalne zaproszenia na koronację i bal. Ren miał ją zweryfikować, ale widząc, że on śpi, Ella odłożyła wszystko na stoliczek obok i chciała wyjść, kiedy usłyszała, jak Alren wymawia przez sen jej imię. Zerknęła na niego lekko zaskoczona i znów się uśmiechnęła, widząc, że nie udaje on snu.


Kucnęła przy nim i westchnęła cichutko. Alren miał na sobie ten sam strój, który kiedyś jej się przyśnił. Te same jedwabne, czerwone spodnie w stylu arabskim, przepasane złotym pasem, które doskonale na nim leżały. Tors Rena był nagi. Jego umięśnioną pierś zdobił tylko Święty Medalion Norhenu – symbol władzy. Oprócz tego na nadgarstkach nosił szerokie, złote bransolety, w prawym uchu ozdobny, owalny kolczyk, który był charakterystyczną ozdobą królewską w Norhenie. Ella nie mogła przestać na niego napatrzeć. W końcu samo patrzenie nie wystarczało i dotknęła delikatnie jego torsu, ramienia, a potem policzka. Drgnęła, gdy niespiesznie chwycił jej dłoń, nie otwierając oczu. Uśmiechnął się.


-        Nareszcie... – wymruczał.


-        Co? – spytała odruchowo, dopiero teraz widząc jego zielone oczy.


-        Stęskniłem się za tobą – rzekł chrapliwie, a ona zarumieniła się z miejsca.


-        Coś ty, przecież śpimy razem... – bąknęła.


-      Daj spokój. Przez ostatnie trzy noce kładłem się obok ciebie i natychmiast zasypiałem. A w ciągu dnia nie widywałem cię prawie wcale...


-        Cóż... Taki los królów – odparła, wtulając policzek w jego dłoń.


-        Jeśli tak wygląda życie króla od kuchni, to zaraz wyrzucę tę cholerną koronę przez okno! – jęknął, a ona zaśmiała się.


-      Ren... Nie gadaj głupstw. Pojutrze wszystko się skończy. Koronację będziesz miał za sobą. Bal też. A potem znów będziesz się martwił potworami w lesie, kiedy dotrzemy już do Elmeronu... – mówiła cicho i zmysłowo. – I zapewne znów będziemy się kochać na trawie, a nie w królewskim łożu – puściła mu oczko, a on się głośno roześmiał.


-        Ello... Szaleję za tobą! – wyznał niespodziewanie, śmiejąc się i przyciągając ją do siebie. Nikt nie potrafił tak mu poprawić humoru, jak ona.


-        Wiem... – uśmiechnęła się diabelsko, kładąc się tuż obok niego na brzuchu.


-        Nie małpuj mnie, Kotku – pstryknął ją w nos. Zachichotała.


Widząc jej promienny uśmiech i słodkie rumieńce na policzkach, przypominało mu się, co miał dziś zrobić. Wstał więc z sofy, ku niezadowoleniu Elli i poprawił ubranie.


-        Wybacz... Muszę jeszcze coś załatwić, Ello...


-        Co takiego? – spytała, również wstając i tuląc się do jego pleców. – Nie możesz posiedzieć ze mną jeszcze kilku minut? – mruknęła, a jemu dreszcz przeszedł wzdłuż kręgosłupa.


-        Nie, Kotku, to bardzo, bardzo ważna sprawa, nie cierpiąca zwłoki – mówił poważnie i uśmiechał się do siebie.


Odwrócił się i ujął jej twarz w dłonie, śmiejąc się z jej zawiedzionej miny, a potem pochylił się i pocałował ją tak zachłannie, że musiała się go złapać, by nie stracić równowagi. Gdy jej usta pulsowały po gorącym pocałunku, on gładził jej policzek kciukiem.


-        Nie martw się. Dzisiejszej nocy wszystko ci wynagrodzę.


-        Będziesz tylko mój? – zatrzepotała wesoło rzęsami. – Obiecujesz?


-        Daję słowo, Kotku – mruknął i poprawił ostatni pocałunek, znów przyprawiając ją o zawrót głowy, a potem skierował się do wyjścia, rzucając tylko okiem na zwoje, leżące na stoliczku. – A to co? – spytał jeszcze.


-        Lista gości... Koronacja jest jutro w południe, a bal zaczyna się po zachodzie Słońca i kończy następnego dnia, o tej samej porze – poinformowała.


-        Już ustalili?


-        Tak. Miałam ci o tym wszystkim powiadomić, ale spałeś...


-        Rozumiem – uśmiechnął się do niej czarująco.


-        Rzuć okiem na listę. Jeśli ktoś ci się nie spodoba, od razu wykreślę.


Alren westchnął i zrobił to, o co poprosiła. Wykorzystała czas, który poświecił na studiowanie listy, by się do niego przytulać, co skutecznie utrudniało mu koncentrację, ale nie protestował. W końcu odłożył zwoje.


-        Powiedz im, że wszystko w porządku i akceptuje listę. Uprzędź tylko, by nie wysyłali zaproszenia Thelinie z Veolii.


-        Dlaczego?


-        Ponieważ zaproszę ją osobiście – uśmiechnął się tajemniczo, przytulił ją na pożegnanie i otworzył drzwi. – Do zobaczenia wieczorem, Ello.


-        Do zobaczenia! – Pomachała mu zarumieniona, mając dziwne przeczucia, które poruszały jej serce, choć nie miała pojęcia, jak to wyjaśnić. – O czym ja myślę... – zaśmiała się z siebie, pokręciła głową i wyszła z komnaty.


***


Veolia – Eolium (Rezydencja Theliny), wczesny wieczór


Thelina właśnie zamykała księgę, którą namiętnie czytała tego dnia i zamierzała zejść na kolację, gdy nagle magiczny krąg w komnacie zahuczał, zalśnił i jej oczom ukazał się Alren w królewskim stroju. Zamarła na chwilę. Dotarły już do niej pogłoski o wydarzeniach w Norhenie, ale trudno jej było w to uwierzyć. Jednak teraz, gdy ujrzała Księcia Alrena, zrozumiała, że to wszystko prawda.


-        Alrenie... – rzekła zaskoczona, gdy uśmiechnął się do niej. – Albo raczej, Wasza Wysokość... – zaśmiała się nieco zakłopotana.


Ten sam człowiek, którego gościła niegdyś w swej rezydencji teraz stał przed nią, jako władca Norhenu.


-        Daj spokój, Thelino. Żadnych formalności, błagam – westchnął, całując jej rękę w geście szacunku, jak dawniej. Thelina uśmiechnęła się.


-       Cóż nie powinnam być tak zaskoczona. Wszak nie raz widziałam w tobie królewską aparycję i snułam różne teorie. Jednak wyobrażać sobie coś, a zobaczyć to na własne oczy, to ogromna różnica – rzekła spokojnie. – Czemu zawdzięczam twą wizytę?


-        Proszę... – Alren wręczył jej czerwoną kopertę z zaproszeniem na koronację oraz bal. Przeczytała szybko.


-        Nie musiałeś tego przynosić osobiście – zmieszała się nieco.


-        Przyniosłem przy okazji. Mam do ciebie pewien mały interes – rzekł i pokazał jej, co trzymał cały czas w drugiej dłoni.


-        To jest... – Thelina zamarła z zachwytu patrząc na nieoszlifowany kawałek Magicznego Szafiru oraz małą bryłkę złota. – Skąd wziąłeś tak piękny fragment Magicznego Szafiru?


-        Znalazłem w Świątyni Miryonu...


-        Co? Przecież zniszczono je wielki temu!


-        Ostatnio wiele się wydarzyło, Thelino – zaśmiał się. – Po prostu uwierz mi na słowo.


Thelina wzięła te dwa przedmioty i przyglądała im się zagadkowo kilka sekund, po czym spojrzała na Alrena z otwartą buzią. Dotarło bowiem do niej, z czym on do niej przybył. Już wiedziała, jaki miał interes i serce jej mocniej zabiło z emocji.


-        Chwileczkę, czy ty... Czy ty chcesz, żebym...


-        Tak. Proszę, zrób to dla mnie – powiedział i spojrzał jej w oczy, a ona uśmiechnęła się promiennie.


-        Z chęcią, Alrenie...



Aruell
Nastrój: nostalgiczny
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 181

wtorek, 20.marca.2012, 00:00



Witajcie!


Przed Wami rozdziały, które będą zawierały kilka ważnych chwil, czy też punktów zwrotnych, w całym opowiadaniu. Mam nadzieję, że się Wam spodobają.


Pozdrawiam ;)


Aru


***


Rozdział 181



23 dzień ruanu 8976 roku, Norhen – Henvaron (dziedziniec Pałacu Królewskiego), popołudnie


Henvaron został wybudowany wysoko w górach, więc normalnością był widok skał dookoła miasta, a także chmur, które często poruszały się na tych wysokościach. Ciśnienie nie było jednak tak dokuczliwe, jak w pozostałej części gór, gdyż miasto chroniła potężna magia czterech wież, usytuowanych w kątach metropolii. Także temperatura była tu przyjemniejsza, pomimo dużej wysokości. Architektura Henvaronu należała do wyjątkowych.


Niezwykle bogate świątynie, zameczki i inne ważne budowle, wybudowane w starożytnym stylu zachwycały każdego, kto odwiedził tę stolicę. W mieście nie brakowało dużych, bujnych ogrodów, pełnych ozdobnych rzeźb, altanek i fontann. Dominował tu kolor czerwony i złoty. Wszędzie można było znaleźć jakieś akcenty architektoniczne w tych barwach.  Nawet domy przeciętnych obywateli wyglądały imponująco. Przypominały stare kamieniczki o ceglastych ścianach, z czarnymi, wymyślnymi dachami, pełnymi wieżyczek. Ulice wyłożone były złotawą, gładką kostką, a gdzieniegdzie marmurem. Zawsze panował na nich gwar. W stolicy nie brakowało kupców, kapłanów, rzemieślników, magów, podróżników i innych, toteż drogi prawie nigdy nie były puste.


Najbardziej imponującą budowlą w Henvaronie był Królewski Pałac, położony najwyżej. Zachwycał marmurowymi ścianami koloru koralowego i orientalnym, bordowym dachem. Nie brakowało w nim złoto-czerwonych ozdób ani bujnego ogrodu dookoła, a także... licznej straży, zauważalnej na każdym kroku, począwszy od wielkiej bramy prowadzącej na pałacowy teren.


Dwaj strażnicy, jak zwykle patrolowali dziedziniec ogromnego pałacu w Henvaronie – stolicy Norhenu. Nie spodziewali się tu żadnych gości. Od wielu lat nikt nieproszony nie odważył się zakradać do posiadłości Króla, znając jego paskudny charakter. Rozejrzeli się jednak rutynowo. Jakież było ich zdumienie, gdy na środku dziedzińca w towarzystwie silnego podmuchu wiatru oraz blasku zielonawego światła, pojawiły się cztery obce osoby. To był taki szok, że przez chwilę nic nie robili.  Dopiero po chwili ogłosili alarm i podbiegli do intruzów.


Nie minęło kilka minut, gdy całą czwórkę otoczyło kilkudziesięciu strażników z wyciągniętymi szablami. Krzyczeli straszliwie, grożąc intruzom śmiercią, jeśli się poruszą. Alren uśmiechnął się do nich nieładnie.


-         Sądząc po ilości straży, dobrze trafiliśmy – skomentował tak, jakby nie miał na szyi kilkunastu ostrzy.


-       Stój pysk! Kim jesteście?! Czy wiecie co grozi za wtargnięcie na teren Pałacu Królewskiego? – krzyknął dowódca, który zjawił się, jako ostatni.


-        Na twoim miejscu, byłbym milszy – warknął, odsłaniając Święty Medalion Norhenu, który zalśnił w promieniach Słońca.


Zarówno dowódca, jak i strażnicy, zdębieli i natychmiast cofnęli się o krok. Na ich twarzach malował się szok i przerażenie.


-        Ten medalion... – wyjąkał dowódca, przedzierając się przez swoich ludzi i podchodząc bliżej Alrena. – To niemożliwe... Kim ty jesteś? Zaraz... Ja cię znam... – przyjrzał mu się w z bliska.


-        Na pewno. Wszak jestem poszukiwany od wielu lat...


Ren znów uśmiechnął się paskudnie i zrobił krok do przodu. O tyle samo dowódca się cofnął.


-        Alren vhe Adhenos!


-        Bingo... Z tym, że moje prawdziwe nazwisko brzmi Norenos – rzekł spokojnie. – Czy to coś ci ono mówi, strażniku?


-        N-Norenos? – wyjąkał, rozszerzając oczy. – To niemożliwe... Nikt z tego rodu nie przeżył!


-        Mylisz się! – Wtrąciła się matka Alrena. – Ja jestem tego dowodem. Jestem Renalia vhe Norenos, Królowa Norhenu, którą uważacie za martwą. Nie zginęłam jednak, żyję i teraz wam powiadam, nadszedł dzień sądu dla Headosa, który bezprawnie objął tron w tym kraju po tym, jak wymordował prawie wszystkich Heryonów, którzy byli zupełnie niewinni! – Renalia mówiła takim tonem, że stary dowódca, który od razu jej nie poznał, teraz zrozumiał, że to naprawdę ona.


-         K-Królowa... Renalia?


Cofnął się o kolejne dwa kroki i jednym ruchem nakazał straży opuścić szable.  Wpatrywał się w Renalię tak, jakby była duchem.


-        Jak to możliwe?


-        Później się tego dowiecie – przerwał Alren. – Zaprowadźcie mnie do waszego nieprawnego Króla.


-        Niby dlaczego mięlibyśmy? Jesteś przestępcą! Królowa to co innego, ale... Ale ty?!


Uniósł w jego stronę szablę.  Zadrżał jednak, widząc ironiczne spojrzenie Alrena.


-      Głupcze, czy nie rozumiesz, że to Heados zrobił ze mnie przestępcę, by się mnie pozbyć? Spójrz na mój medalion. To ja jestem prawowitym władcą Norhenu, nie on. Heados bał się mojego powrotu cały czas i dlatego kazał wam mnie zabić – mówił rzeczowo, a dowódca złapał się za głowę.


-        Nie wierzę... Przecież ty nie możesz być prawowitym władcą! Nie możesz nosić tego nazwiska!


-       Może, a nawet powinien – Królowa zrobiła krok na przód. – To mój syn. Ten, którego śmierć upozorowałam, wraz z mężem, w dniu jego narodzin. To Alren vhe Norenos, syn mój i Algora, a wasz prawdziwy książę.


-        Cooo? – dowódca zbladł w jednej sekundzie. – Pani, cóż żeś opowiadasz... To znaczy, że ten chłopiec... Ten, którego pochowaliśmy...


-        Tak. To nie był mój syn, tylko inne dziecko. Reszty dowiedziecie się później, obiecuję – zapewniła. – Ale teraz, wraz z Renem, mamy zamiar wyrównać rachunki z Headosem. Jakieś sprzeciwy? – huknęła ostro w stronę straży, która zadrżała z wrażenia.


-        Ależ... Pani...


-        Nie radziłabym robić kłopotów – wtrąciła się Ella, która podobnie jak Aki trzymała się, do tej pory, z tyłu.


-        Te oczy... Księżniczka Miryonu? Co tu u diabła robi Mirella? – Dowódca czuł się coraz gorzej.


-        Nie wiesz, żołnierzu, że nie rozstaję się z Alrenem? – spytała z ironią w głosie.


Mężczyzna pobladł. Przypomniał sobie, że słyszał takie pogłoski.


-        Jasna cholera... – wymknęło mu się.


-       Co tu się dzieje?! – usłyszeli nagle niski, nieprzyjemny i władczy głos. Wszyscy żołnierze natychmiast uklękli, mocno pochylając głowy. – Co to za bałagan? – powtórzył mężczyzna o krótkich, czarnych włosach, brązowych oczach i bardzo surowej twarzy, ubrany w królewskie szaty.


-        Nareszcie się spotykamy, wujaszku... – usłyszał w odpowiedzi i zerknął na Alrena.


Mężczyzna otworzył usta z wrażenia,  widząc w jaki sposób Ren na niego patrzył i co miał na szyi. Pobladł, gdy rozpoznał w kobiecie obok niego - Renalię, która mu uciekła tamtej nocy oraz Księżniczkę Miryonu, o której było ostatnio głośno w Egharii. Ostatniej dziewczyny nie rozpoznał, więc kompletnie ją zignorował. Przeżył szok widząc ich wszystkich na dziedzińcu swego pałacu. Zaraz potem jednak poczerwieniał ze złości i warknął na strażników.


-        Jak oni się tu dostali? Co z was za strażnicy? Do lochu z nimi! – wydarł się.


-        A-Ale Panie... – dowódca zawahał się. – Oni... to przecież...


-        Ogłuchłeś? Masz ich natychmiast wtrącić do lochu, bo jak nie...


-        Daruj sobie to przedstawienie – przerwał mu Alren, który wyszedł na środek dziedzińca, dokładnie naprzeciw Headosa, a on zadrżał ponownie. – Strażnicy, w przeciwieństwie do ciebie, wiedzą, gdzie ich miejsce. Nie mieszają się do naszych spraw.


-        Jakich spraw, przeklęty morderco?


-        Morderco? – zakpił głośno. – Nadal utrzymujesz, że to ja zabiłem twego brata i jego żonę, choć byli mi drodzy, niczym rodzice, których prawdziwej tożsamości nie znałem?


-        A niby kogo wtedy widziałem? – uśmiechnął się nieładnie, wyjmując miecz. – Ciebie! Ubabranego w ich krwi, ze sztyletem w ręce i... – urwał, bo poczuł nagle powiew silnego, z pewnością nienaturalnego wiatru.


Ujrzał wtedy w jego oczach nienawiść, tak silną i złowieszczą, że głos mu odebrało na chwilę.


-        Milcz! Dobrze wiesz, że to nie ja ich zabiłem. Myślę nawet, że zrobiłeś to własnoręcznie, gnido! – warknął, a tamten się zawahał. – Przestań zgrywać wielkiego, sprawiedliwego króla i przyznaj, jak było naprawdę!


Heados najpierw poczuł panikę, a potem czując narastającą bezradność, postanowił przestać grać, nie mając nic do stracenia. Przeczuwał, że Alren i tak go zabije. Spojrzał na bruneta z nienawiścią i zaczął się głośno śmiać. Kobiety za Alrenem obserwowały go uważnie, bacząc na każdy jego gest. Akiya miała też na oku strażników, czy nie próbują się do nich zanadto zbliżyć.


-        Cóż, może rzeczywiście zakończymy już ten cyrk... Masz rację, drogi książę. To ja ich zabiłem! – rzekł takim tonem, że wszystkich zmroziło, łącznie ze strażnikami. - Cholerni zdrajcy! Mój rodzony brat ukrywał przede mną, że ta sierota, którą przygarnął, jest Heryonem! To samo jego kochaniutka żonka... Bezczelni!


-        I tylko dlatego ich zabiłeś? – Ren cały się zatrząsł, przytomniejąc powoli po tym, jak usłyszał z ust Headosa potwierdzenie swoich domysłów. – Tylko dlatego? Gadaj, do ciężkiej cholery! – wrzasnął i nagle otoczyła go zielona aura, a jego oczy zapłonęły gniewem.


-        Widzicie? – Król zwrócił się do strażników, którzy bardziej w tej chwili bali się tego obłędu w oczach Headosa i jego słów, niż Alrena. – To właśnie Heryoni. Chodzące bomby z opóźnionym zapłonem. Mogą wam zabrać duszę, jakby to było wasze ubranie czy miecz. Mogą was zabić nie kiwając nawet palcem i co więcej, zniszczyć wasze dusze! W każdej chwili... Nie boicie się? – wrzasnął, ale oni byli zbyt zszokowani, by się odezwać.


-      Zadałem ci pytanie... – głos Rena był niższy niż zazwyczaj. – Czy tylko dlatego ich zabiłeś? – spytał ponownie, w jednej chwili znajdując się przed Headosem i uderzając go w twarz z całej siły.


Król przewrócił się i spojrzał na niego z obrzydzeniem.


-      Tak! Zwłaszcza, że niedługo po tym, jak odkryłem, że krąży w tobie krew Heryonów, dowiedziałem się czegoś jeszcze bardziej szokującego... Prawdy o tym, że norheński książę nie umarł... Jak? Nakryłem parę królewską na zakładaniu soczewek. Potem to już była kwestia czasu... – uśmiechnął się do niego perfidnie. – Ci durnie oddali swe dziecko mojemu bratu i bratowej, by go chronić. Kolejnego potwora, takiego, jak oni...


Spojrzał z pogardą na Renalię, a ona zmierzyła go morderczym wzrokiem. Cała się trzęsła z chęci zemsty za śmierć pierwszego męża, którego Heados osobiście zabił.


-     I dlatego, że twój brat i bratowa zaopiekowali się królewskim potomkiem heryońskiego, przeklętego rodu, postanowiłeś ich wszystkich zabić, łącznie ze zdradziecką parą królewską... A potem mnie, bym nigdy nie zjawił się z roszczeniem sobie prawa do tronu – podsumował zimnym tonem. – Cóż... Prawie ci się udało. Jednak, jak widzisz, Renalia i ja przeżyliśmy.  Powróciłem tu tak, jak się tego słusznie obawiałeś, by wysłać cię tam, gdzie twoje miejsce. Do diabła! Dość już Heryonów zamordowałeś... Dość już terroru Norhenów! – Alren uniósł miecz i był gotów do ataku, a Heados stracił pewność siebie.


-        Na co się tak gapicie! Ruszcie się! Powstrzymajcie go! – krzyczał do strażników, ale oni tylko patrzyli na niego z odrazą.


Król syknął pod nosem i zaczął uciekać, ale ku jego zdumieniu, strażnicy zablokowali mu drogę ucieczki. Alren zaśmiał się głośno i złowieszczo.


-        Cholerny tchórz... – zakpił. – Całe życie chcesz mnie zabić, a gdy masz okazję, uciekasz?


-        Ty gnido... – Dał się sprowokować i zaatakował Alrena. – Jak śmiesz nazywać mnie tchórzem!


-        Taka jest prawda, wujaszku – odparł i uderzył tak mocno, że powalił go na ziemię. Heados jednak szybko wstał. – Jesteś tchórzem. Okrutnym. Bezwzględnym. Zachłannym. Żądnym władzy i bogactwa. A ponad wszystko jesteś mordercą!


Walczyli dalej. Nikt im nie przerywał. Heados miotał się po całym dziedzińcu, a Alren specjalnie przedłużał bitwę. Nagle zdesperowany Heados ruszył na Rena z impetem, z obłędem w oczach, i zatrzymał się zaraz po tym, jak usłyszał krótki świst powietrza. To miecz Alrena właśnie przeciął jego szyję. Opadł na kolana, bezskutecznie tamując swą krew dłońmi i patrzył, do samego końca, w zimne oczy Alrena, który nie odwrócił wzroku ani razu, w przeciwieństwie do Elli i Akiyi, które nie mogły na to patrzeć. Renalia zaś chciała to zobaczyć i ujrzała, że ze sprawiedliwości stała się zadość.


Minęło kilka minut grobowej ciszy. Nikt się nie odezwał ani nie poruszył. Tylko wiatr zaszumiał nieśmiało, zwiastując nadchodzące zmiany. Wielkie zmiany. W końcu Alren odrzucił zakrwawiony miecz, który upadł na marmurową posadzkę z brzdękiem. Zaraz potem wszyscy strażnicy uklękli przed Alrenem, wyciągając przed siebie swoje szable.


-        Umarł Król! Niech żyje Król! – krzyknęli głośno i dumnie, a słowa te odbijały się echem w całym pałacu, jeszcze przez długi czas.



Aruell
Nastrój: nostalgiczny
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 180

czwartek, 15.marca.2012, 00:00



Rozdział 180



22 dzień ruanu 8976 roku, Norhen – Kher (komnata Elli i Rena), noc


Ella i Ren byli po długiej, relaksującej kąpieli. Dziewczyna pomogła Alrenowi zapomnieć o jutrzejszych planach, których, jak zauważyła, trochę się obawiał. Nie dziwiła mu się. Miał przecież zdetronizować swego przybranego wuja i samemu przejąć wadzę. Ella znała Rena wystarczająco długo, by wiedzieć, że władza najmniej go interesuje ze wszystkich rzeczy na świecie. Wiedziała jednak także, że poczucie obowiązku i sprawiedliwości są dla niego równie ważne. Osobiście była przekonana, że Alren bez trudu obali Headosa, ale rozumiała jego obawy. Obawy przed Norhenami, którzy tak długo na niego polowali, a teraz mieli go uznać za nowego króla. Westchnęła.


Gdy tylko wrócili do pokoju, zauważyli, że prawie wszystkie świece się wypaliły. Musieli więc znaleźć nowe.


-        Ren, Akiya mówiła, że świeczki trzyma w górnej szufladzie kredensu. Sprawdź, czy tam są.


-        Akiya?


-        Tak. To jest jej pokój. Odstąpiła nam go.


-      Nie wiedziałem... – rzekł zwyczajnie i otworzył szufladę. Jak tylko spojrzał, co jest w środku, zaniósł się głośnym śmiechem.


-        Co jest? – zdziwiła się Ella, siadając na łóżku.


-        Chodź i sama zobacz – machnął do niej, pokazując, by podeszła.


Zaintrygowana Ella zbliżyła się do kredensu i zerknęła do wnętrza szuflady. Obok paczki świec, leżały... kajdanki. Najzwyklejsze. Na kluczyk. Złotowłosa zamrugała oczami, a potem zaczęła się śmiać. Wspomnienia powróciły, jak bumerang – jej początki z Alrenem, o których nie sposób było zapomnieć.


-        A niech mnie... Po co jej kajdanki? – spytała bezwiednie, opanowując się.


-        Może lepiej jej nie pytaj – rzekł z przekąsem.


-        Ejże, o co ty podejrzewasz swą siostrę? – udała obruszenie.


-        O nic złego – stłumił śmiech, a ona zobaczyła ogniki w jego oczach.


-        Akurat. Swoją droga... – uśmiechnęła się zalotnie. – Jeśli jest twoją  siostrą, to wszystko jest możliwe.


-        Coś sugerujesz? – uniósł znacząco brwi.


-        Dobrze wiesz, co – bąknęła i nagle usłyszała stuknięcie. Chwilę później ujrzała te same kajdanki na swej ręce i spojrzała na Alrena wymownie. – Co ty wyprawiasz? – oburzyła się, gdy przypiął ją do siebie.


-        Mam ochotę powspominać – wyszczerzył zęby i porwał ją na ręce.


-      Żartujesz chyba! Nie chcę do tego wracać! To było takie... Zawstydzające... – szarpała się nieudolnie, gdy położył ją na łóżku.


-     Dlaczego? Gdyby nie kajdanki, pewnie byśmy nie zostali parą – rzekł zmysłowo, rozkoszując się jej intensywnymi rumieńcami.


-        Ren... – bąknęła, zakłopotana. Z jakiegoś powodu czuła się dziwnie, jakby wróciła do początku.


-        Ciiii, Kotku... – powiedział spokojnie, ściągając z jej palca obrączkę, a potem to samo robiąc ze swoją.


Ella zerknęła na niego niespokojnie i ujrzała znajomy blask w jego oczach. Wstrzymała oddech. Wiedziała, co ją czeka. Brak blokady „więzi dusz” plus „te” słynne oczy Alrena. Na sama myśl przeszył ją dreszcz.


Ren pochylił się nad nią i musnął ustami jej ucho. Przymknęła oczy, czując jego gorący oddech i słysząc niski głos.


-       Pamiętasz tę chwilę, gdy się obudziłaś i zauważyłaś kajdanki? – mruknął, a ona zadrżała, gdy przycisnął jej ręce do łóżka, zupełnie tak, jak wtedy.


-        Trudno byłoby zapomnieć... – zerknęła mu śmiało w oczy, powoli akceptując jego dzisiejszą grę.


-        A pierwszy raz w łazience? Poślizgnęłaś się wtedy... – urwał, by pocałować jej szyję. – Wstydziłaś się mnie, jak diabli – zaśmiał się cicho.


-        Drań... Czemu mi to przypominasz? – jęknęła, gdy przygryzł jej sutek. – To było normalne w mojej sytuacji... – tłumaczyła się.


-      Ja się nie wstydziłem... – znów przerwał, by obdarzyć jej miękki brzuch namiętnymi pieszczotami. Jęknęła ponownie.


-        Ty jesteś bezwstydny... – bąknęła. - Od tego zacznijmy.


-       A ty stałaś się taka z czasem – podsumował, całując jej najbardziej intymne miejsce. Krzyknęła i stłumiła to, nie chcąc robić słuchowiska śpiącym za ścianą. – Z moją małą pomocą...


-        Cholera, Ren... Zamilknij!


-     Ani myślę – rzekł z przekąsem. – To cię przecież podnieca, prawda? – spąsowiała w jednej chwili, po czym naburmuszyła się i agresywnie wpiła się w jego usta.


Uwolniła ręce z jego niezbyt mocnego uścisku i oplotła go wokół szyi, całując zachłannie, po czym z satysfakcją usłyszała, jak serce mu przyspieszyło, a oddech stał się głośniejszy. Jego oczy płonęły zielenią. Przyciągnął ją do siebie tak, że dotykali się dokładnie ciałami, a potem się połączyli. Stłumił jej krzyk dłonią, a ona zaściskała mocno pięści na jego włosach. Obdarzali się wzajemnie pieszczotami, aż do niesamowitego drżenia ciał, skąpanych w kulminacyjnej rozkoszy.


Gdy ochłonęli nieco, Ren zdjął kajdanki za pomocą kluczyka i założył swą obrączkę z powrotem na palec. Potem wziął jej krążek i przez chwilę mu się przyglądał z uśmiechem. Ella zerknęła na niego badawczo.


-        O czym tak myślisz?


-        O niczym... – skłamał.


-        Akurat! Ty coś kombinujesz... Znam to spojrzenie.


-        Myślę o pewnym wydarzeniu, które nastąpi już niedługo...


-       Wydarzeniu? – powtórzyła, a potem widząc jego uśmiech i to, jak bawi się jej obrączką, spąsowiała w jednej sekundzie. Wyobraźnia podpowiedziała jej bowiem, o jakie wydarzenie mu chodzi.


-        R-Ren... – zająknęła się, a on ujął jej dłoń i sprytnie wsunął na jej palec obrączkę.


-        Ciii... – szepnął całując ją czule w usta. – Dobranoc.


-        Chyba nie sądzisz, że zasnę po tym, co powiedziałeś! – jęknęła, słysząc jego stłumiony śmiech.


-       Zaśniesz... – zachichotał i przygarnął ją ramieniem, przytulając do siebie. – A jak nie, to ci w tym pomogę – dodał z uśmiechem, a ona westchnęła bezradnie.


***


23 dzień ruanu 8976 roku, Norhen – Kher (plaża), około południa


Za samego rana Alren miał przyjemność poznać obecnego męża Renalii, a  swojego ojczyma – Ronvesa vhe Caronosa, który okazał się być ciepłym, aczkolwiek małomównym człowiekiem. Był wysoki, silny, jak na wojownika przystało. Włosy miał czarne i króciutkie, a oczy oczywiście zielone. Jako że Akiya była jego córką, nosiła też jego nazwisko.


Alren natomiast musiał przyzwyczaić się do myśli, że nie jest Adhenos, a Norenos, jak jego biologiczni rodzice i dawni władcy Norhenu, co wcale było łatwym zadaniem.


Kiedy Heryoni i Ronves poznali plan swego Księcia, przyjęli go z rezerwą. Nie tak wyobrażali sobie powrót do Norhenu, ale mimo wszystko ufali Alrenowi, po tym, co ostatnio widzieli i zgodzili się na jego sposób.


Gdy przygotowania dobiegły końca, Alren, Ella, Akiya i Renalia poszli na plażę. Towarzyszyli im Gord i Soana, a także Ronves z kilkoma Heryonami, którzy chcieli ich pożegnać. Alren odsunął się od reszty i wezwał Aurę Hariosa. Wyszeptał kilka słów i zaczął kreślić ruchami dłoni linie na piasku. Gdy skończył, wypalił je i tak powstał prowizoryczny krąg magiczny, który może nie był długotrwały, ale dla nich musiał wystarczyć. Pomachał ręką swoim dziewczętom, że gotowe i wówczas one stanęły razem z nim na powierzchni kręgu.


-        Spokojnie, Aki – rzekł łagodnie Alren, widząc drżenie jej rąk. – Nigdy jeszcze nie podróżowałaś w ten sposób?


-        Nie...


-        Będzie dobrze – Ella położyła jej rękę na ramieniu i dziewczyna wzięła się  w garść. – Renalio, czy co się stało? – spojrzała na dawną królową.


-        Nie... Nic. To tylko stres.


-       Dobra. Nie traćmy czasu – powiedział stanowczo Ren. – Plan jest taki. Jak będziemy już na miejscu, trzymacie się blisko mnie. Nie chcę by coś się wam stało.


-        Potrafię o siebie zadbać – bąknęła Akiya, trzymając rękę na rękojeści schowanego miecza.


-        Ja również – dodała Ella.


-        A ja się śmierci nie lękam – rzekła Renalia bez wahania.


-       Nikt z was nie umrze. Skoro jednak macie takie postawy, to musi się udać – uśmiechnął się i wyszeptał zaklęcie teleportujące.


Zawiało. Zawirowało. Oślepiło blaskiem kolorowych świateł i po chwili w miejscu kręgu nie było już nikogo. Gord i Soana patrzyli w nie z niepokojem, podobnie jak Ronves, który martwił się o żonę i córkę. W końcu blondyn wzruszył ramionami.


-        To co? Wracamy?


-        Chyba nic innego nam nie pozostaje.


-        Poradzą sobie? – spytał cicho Ronves.


-        Na pewno. Przecież Alren z nimi jest. – uśmiechnęła się Soana. – A jakby jakimś cudem on nie wystarczył, jest z nimi też sama bogini Miryonu. Nic im nie będzie.


-        Obyś miała rację...


***


Cehron – Ehrona (Szklana Wieża), wczesne popołudnie


Xallos i Sylvia mieli za sobą audiencję u Cesarzowej, która nie była zadowolona z tego, że nie przyprowadzili Caliny, ale gdy opowiedzieli jej o wszystkim i zapewnili, że ta dziewka nie wie, gdzie jest jej brat i jego kochanica, Cesarzowa trochę im odpuściła. Oczywiście od razu otrzymali zadanie odszukania tej dwójki i to dość rychło. Niestety oni sami nie mieli pojęcia od czego zacząć i gdzie rozpocząć poszukiwania.


-        Skąd, do cholery, mam wiedzieć, gdzie polazła ta baba? Dokąd poszedł nasz mości Książę, od siedmiu boleści? No, skąd? – westchnął Xallos, siedząc na białym fotelu w swej komnacie, a Sylvia podeszła i usiadła mu na kolanach.


-        Nie wiem, ale nie martw się. Mam pomysł... – pocieszyła go, gładząc jego twarz z uczuciem.


-        Tak?


-       Będziemy śledzić poczynania Mirelli i Alrena. Przecież oni też ich szukają, prawda? Wystarczy, że poczekamy, aż oni ich znajdą i wtedy sprzątniemy im ich sprzed nosa.


-     Czekanie, aż odwalą za nas robotę jest kuszące, ale obawiam się, że tak łatwo nam ich nie oddadzą... – zauważył, krzywiąc się nieco.


-      Owszem. Dlatego, kiedy oni będą szukali naszej ślicznej parki, my znajdziemy sposób, by pokonać Alrena i Mirellę. Dzięki temu upieczemy dwie pieczenie przy jednym ogniu – zaśmiała się szyderczo. – Oni znajdą Siriusa i Arellę, a my im ich odbierzemy, zabijając naszych wrogów. Cesarzowa będzie podwójnie zadowolona.


-        To zbyt proste – pokiwał głową.


-        Od nas zależy, czy to będzie proste, czy nie. Musimy zrobić dobry użytek z naszej inteligencji, przebiegłości i wyobraźni. Nic więcej.


-        Skoro tak twierdzisz...



Aruell
Nastrój: b. dobry ;)
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 179

środa, 14.marca.2012, 00:00



Rozdział 179



22 dzień ruanu 8976 roku, Norhen – Kher, wieczór


W salonie Renalii panowała długa cisza. Calina dawno już wróciła do siebie, a oni wciąż siedzieli w zadumie i oszołomieniu. Historia, jaką usłyszeli była niezwykła. Pierwszy ciszę przerwał Gord, który nie lubił takich zagadkowych sytuacji.


-        Alrenie. Powiesz nam teraz, co z tego zrozumiałeś?


-      Powiem – odparł, widząc, że nawet Ella wwierca w niego pytające spojrzenie. – Zacznijmy od tego, czy znacie treść Przepowiedni Miryonu?


-        Jasne. Każdy chyba już ją zna... – oburzył się Gord. – Jesteśmy tu by zapobiec zagładzie, która zwiastuje ta przepowiednia.


-        A pamiętacie dokładnie jej treść? – wciąż ciągnął ten wątek.


-        No... Mniej więcej – stwierdziła Soana.


-       Zatem przypomnę wam dwa fragmenty tej przepowiedni, a wtedy zrozumiecie, dlaczego o tym wspominam – wyjaśnił. -  Pierwszy kawałek brzmiał: „I nastanie dzień, gdy Dusza Świata Wiecznego na dwa człony rozerwana zostanie... I ciało bez ducha umierać zacznie i nikt temu zaradzić nie będzie w stanie...”


-        Zapowiedź zniknięcia Hariosa... – rzekła automatycznie Ella.


-        Zauważcie, że jest mowa o podziale Duszy Świata - Hariosa na dwie części. Calina mówiła o białej energii, która podzieliła się na pół i wniknęła w ciała Arelli oraz Siriusa – zwrócił uwagę. – W dodatku Oriana krzyknęła „przeklęty Hariosie”. To zaś znaczy, że Calina rzeczywiście widziała zniknięcie Hariosa. Ten biały obłok to był jego duch, który jest teraz w ciałach tamtej dwójki, rozumiecie? – zerknął na nich poważnie, a oni zamarli.


-        Cholera... Masz rację – wyrwało się Gordowi. – Wszystko pasuje.


-        Czy to znaczy, że mamy szukać Hariosa w ciałach Arelli i Siriusa? – spytała bezwiednie Akiya.


-        To chyba już nie ulega wątpliwości, Aki... – westchnął Gord.


-       Nie mów tak do mnie! Jestem Akiya. Tylko mamie, Elli i bratu pozwalam mówić do siebie „Aki” - wybuchła, a blondyn prychnął. – Poza tym chodziło mi o to, że nawet jak ich znajdziemy, to co dalej? Jak wydostaniemy z ich ciał Hariosa i połączymy z powrotem w całość? – spojrzała na Alrena, który pokręcił bezradnie głową.


-       Nie mam pojęcia... Ale przepowiednia mówi wyraźnie, że tylko Ella może tego dokonać – zerknął na ukochaną. - Drugi fragment brzmiał bowiem: „I od woli błękitnej krwi zależeć będzie... Czy Jego dusza powrócić móc będzie...”. Mityczna Mirella ma wskrzesić Miryon, osądzić ten świat i zadecydować, czy Harios tu powróci czy nie. Takie jest główne przesłanie całej przepowiedni. Jak jednak ma tego dokonać... To chyba tylko Ella może to wiedzieć.


-        Szkoda, że jednak nie wiem – westchnęła złotowłosa.


-       Cóż, myślę, że masz jeszcze trochę czasu, by znaleźć odpowiedź na to pytanie. Najpierw musimy bowiem znaleźć Arellę i Siriusa oraz mieć na uwadze to, że Oriana też ich szuka i jeśli znajdzie ich przed nami – będą kłopoty... – zrobił pauzę. -  Z tego co wiem, pragnie ona mocy Hariosa, a jeśli zyska kontrolę nad jego duszą, otrzyma to, czego pragnie. Wtedy zawładnie światem, o ile będzie w stanie powstrzymać jego zagładę, za pomocą duszy Hariosa...


-        Świetnie. To już wiemy, co trzeba zrobić – rzekła entuzjastycznie Akiya.


-        Owszem, ale gdzie mamy zacząć poszukiwania tej dwójki? - spytała Ella. – Co do Siriusa mam pewne przypuszczenia, ale...


-        Zajmijmy się najpierw Arellą. Jeśli Sirius jest bratem Oriany, cesarzowa raczej go tak szybko nie zabije. Co innego w przypadku tej kobiety.


-        Zgadzam się, ale jej też nie wiemy gdzie szukać.


-        Może sny Elli nam pomogą... – Alren spojrzał na złotowłosą, która była teraz zamyślona. – Tymczasem musimy poszukać w Egharii jakiś wskazówek na temat Arelli.


-        To może być trudne... – przyznała Soana.


-        To na pewno będzie trudne – poprawił ją Gord.


Zapadła cisza. Po raz kolejny. Temat się jednak wyczerpał, więc wszyscy układali nowe informacje w głowach i zaczęli myśleć o odpoczynku po ciężkim dniu. Jednak Renalia podjęła jeszcze inny problem, nim ktokolwiek z nich wstał od stołu.


-        Alrenie. Moi... Nasi ludzie pytali mnie dziś, jaki masz plan w sprawie Króla Headosa... Co mam im powiedzieć?


-        Powiedz im, że jutro załatwię tę sprawę raz na zawsze i nie muszą się martwić. – rzekł zdecydowanie.


-        Jak to? – zaniepokoiła się Ella, bo on nic jej nie wspominał o jutrzejszych planach.


-        Spokojnie, kochanie... – uśmiechnął się do niej. – Pójdziemy tam razem. Renalio, Akiyo... Was też chciałbym zabrać.


-        Mów jaśniej, synu... Co planujesz?


-        Przeteleportujemy się we czwórkę prosto do stolicy i spotkamy się z Królem. Zwalimy go z tronu, zajmiemy się wszystkimi, którzy go popierają i zaprowadzimy nowy porządek – mówił szybko. – Gdy zaś wszystko zostanie już opanowane i Norheni uznają mnie za swego władcę, pozostali Heryoni będą mogli opuścić wyspę i zamieszkać normalnie w Norhenie, gdzie tylko zechcą. Trzeba będzie zadbać o prawo ochronne... Przecież Norheni nie przyjmą ich od razu z otwartymi ramionami. Znajdą się jeszcze anty-heryonowi fanatycy... Trzeba to zrobić stopniowo, ale to później...


-        A my? – przerwał mu Gord. – Co mamy w tym czasie robić?


-        Ty i Soana zostaniecie na wyspie do czasu, aż nie zakończymy spraw w stolicy. Potem się tam spotkamy.


-        Alrenie... – Renalia pokiwała głową. – To nie będzie takie proste, jak myślisz...


-        Pewnie nie, ale zamiast się martwić, że coś pójdzie nie tak, wolę działać i rozwiązywać problemy na bieżąco.


-       Dobrze. Niech zatem i tak będzie – westchnęła Renalia. – Przekażę wszystko naszym poddanym z samego rana i poinformuję o tym Ronvesa, bo jutro powinien wrócić...


-        Kogo?


-        Mojego męża...


-        A tak. Przepraszam.


-        Nie masz za co. Jeszcze go nie poznałeś – zmieszała się. – Jak już to zrobię, możemy ruszać do stolicy, ale jest jeszcze jeden, mały kłopot... – zasmuciła się.


-        Jaki? – Ren zmarszczył czoło.


-        Na tej wyspie nie ma magicznego kręgu, który umożliwiłby teleportację do stolicy.


-        Spokojnie. Jeśli nie ma, stworzę go.


-        Co? – Renalia wybałuszyła oczy, a on się uśmiechnął.


-        Wiem, jak stworzyć taki krąg. Zrobię go jutro – zapewnił.


-        No... Skoro tak...


-       To chyba już wszystko, co mieliśmy do omówienia, prawda? – spytała Ella. Nikt nie zaprzeczył. – W takim razie kończymy na dziś. Życzę wam dobrego odpoczynku – uśmiechnęła się do każdego po kolei, po czym wszyscy powoli się rozeszli.


***


Kilkanaście minut później


Akiya wzięła długą kąpiel, owinęła się w zielony, satynowy szlafrok i zamierzała położyć się spać. Jednak po drodze stwierdziła, że jest głodna, więc zaszła jeszcze do kuchni. Ciemno. Zatem mogła nacieszyć się samotnością i cisza, której ostatnio jej brakowało. Zapaliła kilka świec na stole, wzięła z koszyka dwa owoce i nalała sobie szklankę soku. Gdy usiadła wygodnie, popijając pomarańczowy napój, nagle usłyszała męski głos i aż podskoczyła oblewając się nieznacznie sokiem.


-      Podjadasz nocami? Zrobisz się gruba, jak beczka – usłyszała i skierowała swój zielony wzrok w stronę drugiego stołu, po drugiej stronie kuchni, przy którym zauważyła Gorda.


Dzięki heryonowym oczom, widziała go wyraźnie, mimo iż światło świec, na jej stole, prawie tam nie sięgało. Blondyn siedział rozluźniony w samych spodniach i pił piwo. Jej zaskoczona twarz przybrała ponury wyraz. Z jakiegoś powodu ten typ działał jej na nerwach od samego początku, mimo iż w jej opinii był całkiem przystojny.


-        Nie twój interes, czy będę gruba czy chuda – warknęła i skupiła się na jedzeniu owoców, nie patrząc już w jego stronę.


Gord uśmiechnął się ironicznie i znów jej się przyjrzał. Zielony, lśniący materiał krótkiego szlafroku, dokładnie odsłaniał jej długie, opalone nogi, opinał jej wąską talię i podkreślał spory biust. Czarne włosy miała teraz rozpuszczone. Sięgały jej aż do pośladek. Blondyn znów poczuł przypływ pożądania, jak wtedy, gdy ujrzał ją pierwszy raz. Szkoda, że jej charakter zupełnie mu nie odpowiadał.


Była zbyt agresywna, gwałtowna, dumna, zuchwała, obrażalska i... Westchnął. Nie dało się z nią normalnie pogadać, bo zachowywała się jak rozkapryszona księżniczka. A może po prostu go nie lubiła? Zauważył bowiem, że wobec innych zachowywała się inaczej. Nie umiał jej rozgryźć. Irytowała go, zupełnie, jak... Właśnie. Zupełnie, jak Alren, którego również nie darzył sympatią. Może drażniło go jej podobieństwo do niego? „Czort to wie” – pomyślał. Jednak jednego był pewien. Akiya mimo wszystko była piękną kobietą. Nawet jeśli nie reprezentowała akurat jego typu, to i tak trudno było coś zarzucić jej urodzie.


-        Nie gap się tak! – warknęła zielonooka. – Nawet o tym nie myśl.


-        Skąd wiesz o czym myślę?


-        To oczywiste. Wystarczy na ciebie spojrzeć, jak pożerasz wzrokiem moje ciało.


-        Wybacz, że cię zawiodę, Akiyo, ale nie jesteś w moim typie – rzekł beznamiętnie, wstając od stołu. Akiya nieco drgnęła, widząc, że się poruszył. – Możesz być więc spokojna – dodał z uśmiechem.


-       A jaki jest twój typ, twardzielu? Złotowłose i błękitnookie księżniczki? – spytała z przekąsem, a on aż otworzył usta z wrażenia. – Nie myśl sobie, że nie zauważyłam, jak patrzysz na Ellę.


-        Nieźle – opanował się, podszedł do jej stołu i oparł się o niego tak, że ich twarze były teraz bardzo blisko siebie. – Wyjaśnijmy sobie coś. Wiem, że mnie nie lubisz, a ja nie lubię ciebie. To jest jasne. Nie ma więc potrzeby, byśmy rozmawiali i utwierdzali się w tym fakcie, prawda? – spojrzał jej w oczy w taki sposób, że Aki zrobiło się nieprzyjemnie, więc zamilkła.


-        Nie ma.


-        Świetnie. To dobrej nocy, księżniczko – ostatnie słowo powiedział z takim naciskiem, że trudno było nie zauważyć, iż dziewczyna go rozzłościła.


Gord wyszedł z kuchni, wyrzucał sobie, że za bardzo się tym przejmuje. Powinien już definitywnie dać sobie spokój z myślami o Elli i kompleksem na punkcie Alrena. Ostatnio sądził, że rzeczywiście już mu się to udało, ale jak widać – nie do końca była to prawda. Wciąż darzył złotowłosą pewnym uczuciem, skoro Akiya to zauważyła. Tymczasem brunetka zarzucała sobie, że znów powiedziała za dużo, zupełnie niepotrzebnie. Sama nie wiedziała, dlaczego nie potrafi po prostu ignorować tego blondyna, traktować jak powietrze? Westchnęła, odstawiła wszystko, tracąc apetyt na dalsze jedzenie i poszła spać.



Aruell
Nastrój: b. dobry ;)
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 178

wtorek, 13.marca.2012, 00:00



Rozdział 178



22 dzień ruanu 8976 roku, Norhen – Kher, przed południem


Gdy Ella dotarła do końca jaskini, ujrzała przerażoną Elfkę pod ścianą skalną i Xallosa, idącego w jej kierunku od strony lasu, do którego nie pozwolił jej uciec. Krew złotowłosej się zagotowała ze złości. Wyjęła Miecz Miros, który zalśnił błękitną energią, czując determinację swej pani, a następnie w błyskawicznym tempie znalazła się pomiędzy wrogiem, a dziewczyną. Posłała Xallosowi groźne, miryońskie spojrzenie, więc mężczyzna się zatrzymał.


-        Z drogi, Księżniczko. Przeszkadzasz mi.


-        Chyba kpisz. Nie pozwolę ci się do niej zbliżyć! – warknęła i otoczyła ją błękitna aura.


Xallos zaklął. Wiedział, że nie ma z nią szans i myślał teraz, jak ją przechytrzyć, kiedy nagle wyczuł dwie magiczne kule, znienacka wystrzelone przez Alrena i Akiyę, którzy już tu dotarli. Odwrócił się i z przerażeniem patrzył na ogniste pociski, które już prawie go miały, gdy nagle zniknęły. Wyczuł ją. Uspokoił się.


Spojrzał w górę i ujrzał kobietę w krótkich, ściętych na pazia, blond włosach i złotych oczach. Jej czarna zbroja zalśniła w świetle słonecznym. Z niezwykłą gracją wylądowała tuż obok Xallosa i spojrzała z politowaniem na zaskoczonych Alrena i Akiyę, a potem na Ellę, która nie zmieniła swej postawy ani trochę i wciąż zasłaniała Elfkę.


-        Spóźniłaś się, skarbie – rzekł z minimalnym oburzeniem Xallos, a ona zerknęła na niego zalotnie.


-        Wybacz. Miałam coś do załatwienia – odparła. – Chodźmy stąd. Mają nad nami przewagę.


-        Ale jeśli nie... – chciał zaprotestować, ale uciszyła go, przykładając mu palec do ust.


-        Zaufaj mi – rzekła, spojrzała na Calinę i jej oczy przez sekundę błysnęły czerwienią. W odpowiedzi na ubraniu Elfki też coś zamigało. – Idziemy stąd – rzekła, po czym bez pożegnania oboje zniknęli.


Minęła minuta. Ella opuściła broń, zaskoczona ich nagłą ucieczką. Alren i Akiya również byli zdumieni i wymienili się zagadkowymi spojrzeniami.


-        Tak łatwo odpuścili? – spytała z niedowierzaniem.


-        Podejrzane... – stwierdził Alren.


-        Kim była ta kobieta?


-        Chyba kolejnym generałem...


Ella wzruszyła ramionami i schowała miecz. Odwróciła się do zlęknionej Elfki i uśmiechnęła się do niej ciepło.


-        Nie bój się. Już nic ci nie grozi – rzekła łagodnie, ale dziewczyna nie poruszyła się. – Jestem Mirella, Księżniczka Miryonu. A tam stoi prawowity Książę Norhenu - Alren i jego siostra, Akiya. Jesteśmy tu, by ci pomóc.


Elfka nadal nie odezwała się i nie wykonała żadnego ruchu. Ella zmarszczyła czoło, czując narastającą bezradność.


-        Posłuchaj. Nie musisz już uciekać. Zabierzemy cię stąd. Do miejsca, gdzie będziesz bezpieczna – zapewniała. – Zaufaj nam, Calino – dodała, a Elfka drgnęła, słysząc swe imię.


-        Ja... Chcę już do domu... do lasu... – wyjąkała, kucnęła i zaczęła płakać.


Ella odetchnęła z ulgą. Podeszła do niej i objęła ją lekko. Poklepała po głowie uspakajająco, a potem spojrzała jej w oczy.


-        Pójdziesz z nami? – spytała, a ona nieśmiało przytaknęła głową.


***


Cehron – Ehrona (Szklana Wieża), południe


Xallos wraz z towarzyszką wrócili do Szklanej Wieży w Cehronie, która była siedzibą Generałów Harmeyonu. Mężczyzna usiadł na obszernej, białej sofie już bez zbroi. Wyglądał na zasępionego, więc kobieta, o blond włosach podeszła do niego i objęła od tyłu. Zamruczała mu nad uchem, a on na chwilę zamknął oczy.


-        Coś cię martwi, skarbie? - spytała melodyjnie.


-        Oriana mnie zabije...


-        Nie zabije.


-        Przecież nie wykonałem zadania. To oni zabrali Calinę.


-        Mój drogi. To, czego oni się dowiedzą i my wiedzieć będziemy – rzekła tajemniczo, więc spojrzał na nią zagadkowo.


-        Jak to?


-        Zostawiłam na skórze Caliny magiczną pluskwę szpiegowską. Usłyszymy ich rozmowy.


-        Kiedy? – krzyknął z wrażenia.


-        Kiedyś... – uśmiechnęła się diabelsko. – Już jesteś spokojniejszy?


-        Ach, Sylvio... – jęknął, czując jej usta przy szyi. – Jesteś genialna.


-        Wiem, skarbie – szepnęła mu do ucha, a potem uniosła jego podbródek i wpiła się  w jego usta.


***


Norhen – Kher (Kheros), popołudnie


Minęły dwie godziny, odkąd Alren, Ella i Akiya przyprowadzili do Renalii wystraszoną Calinę. Poszukiwania zakończono, a Elfce zapewniono osobny pokoik. Odpoczęła trochę. Potem zjadła porządny obiad z Soaną – swoją rodaczką, która jako jedyna była w stanie w pełni uspokoić Elfkę i wówczas Calina poczuła, że znów żyje. Soana przekonała rodaczkę, by zaufała Elli i opowiedziała jej, co wtedy widziała. W zamian obiecała zabrać ją z powrotem do Elmeronu i umożliwić rozpoczęcie nowego życia.


Kiedy dwie Elfki weszły do salonu w dużym domu Renalii, ujrzały, że najważniejsze osoby właśnie spędzały czas przy stole, pijąc herbatę. Akiya złościła się na Gorda, który drażnił się z nią, że tak bardzo wtedy nalegała, by iść z Alrenem. Ren i Ella jak zwykle byli zajęci sobą i tylko czasami, zwracali się do Renalii, która przez większość czasu obserwowała wszystkich w milczeniu. Jednak kiedy zauważono dwie drobne kobiety z rasy Elfów, zaprzestano rozmów. Renalia wstała i uśmiechnęła się do Caliny.


-        Wejdź. Przyłącz się do nas.


Calina skinęła głową przed nią i usiadła naprzeciwko Elli. Miejsce obok Elfki zajęła Soana, by było jej raźniej. Złotowłosa parzyła na Calinę w skupieniu, oczekując na jej słowa.


-        Soana powiedziała mi wszystko... Obiecała, że jeśli wam to opowiem, zabierze mnie do Elmeronu.


-        Jeśli tego chcesz, osobiście cię odprowadzimy. I tak ostatecznie tam zmierzamy – potwierdziła Ella.


-     Dziękuję... – zarumieniła się. – Myślałam, że zawsze już będę uciekać przed Orianą... Myślałam, że jestem skazana na wieczne wygnanie...


-        Już dobrze, Calino – pogłaskała ją Soana, wiedząc, ile ta dziewczyna przeszła. – Już jest dobrze.


-        Czy opowiesz nam, co widziałaś? – spytał rzeczowo Alren, a ona skinęła głową i wzięła głęboki wdech.


-      To było kilka miesięcy temu... Nie pamiętam dokładnie, ile... Byłam wtedy jeszcze Kapłanką w Santuarium Hariosa w Lorionie – zaczęła opowieść. -  Pamiętam, że szłam do Świętego Ogrodu po kilka ziół leczniczych. Jak być może wiecie, ów ogród znajduje się na rozległej półce skalnej, w górach Alores. Szłam utartą ścieżką, aż mijając wysoką skarpę, ujrzałam na niej dwójkę ludzi. Mężczyznę i kobietę. Wystraszyłam się i chciałam uciec...


-        Dlaczego? – spytała Ella.


-        Bo on... On był Cehronem i to nie byle jakim.


-        Cehronem? – zdumiał się Alren. – Co robił Cehron w tamtym świętym miejscu?


-        Nie wiem, jak się tam dostał... Ale to z pewnością był Książę Sirius, brat Cesarzowej Oriany... Dlatego się przeraziłam.


-        Cooo?! – Ella wstała gwałtownie i wpatrywała się w Elfkę z przerażeniem. Alren zbladł. – Jesteś pewna, że to był Sirius?


-       Tak... Wysoki, silny, długie czarne włosy, złote oczy i królewski, czerwono-złoty strój oraz medalion, przedstawiający splecione węże. To na pewno był on.


-        Nie wierzę, więc Sirius.... – Ella opadła ciężko z powrotem na krzesło. – On jest...


Zapadła długa cisza. Celina nie rozumiała do końca szoku Alrena i Elli, podobnie, jak pozostali, których oni nie wtajemniczyli w sny złotowłosej. W końcu Ella ochłonęła nieco, myśląc, że może do tego wrócić później.


-        Nieważne... Opowiadaj, co było dalej – rzekła drżącym głosem. – Kim była ta kobieta?


-        Znałam ją... – Calina kontynuowała. – To była moja koleżanka, również kapłanka. Miała na imię Arella. Stała tam z nim. Trzymali się za ręce. Nie miałam pojęcia, że ona ma romans, ale od razu wiedziałam, że będą z tego kłopoty. Nie dość, że kapłanki nie mogą nikogo kochać, to jeszcze Arella wybrała sobie Cehrona na oblubieńca.


-        Nie do wiary... – bąknął Gord, który wciąż nie mógł w to uwierzyć.


-        Kontynuuj, proszę – ponaglił Calinę Alren.


-      Cóż... Chciałam ich minąć i udać, że niczego nie widziałam, ale wtedy... Wtedy zobaczyłam, że chcą skoczyć ze skarby i popełnić samobójstwo. Przeraziłam się i krzyknęłam, by tego nie robili. Spojrzeli na mnie najpierw z zaskoczeniem i lękiem, a potem gniewem – opowiadała z przejęciem. – Zawahali się jednak na mój widok i nie skoczyli. Wówczas się zaczęło...


-        Co? Co się zaczęło? – Ella słuchała w napięciu.


-      Nagle coś huknęło, zerwał się porywisty wiatr i nad naszymi głowami pojawiła się jakaś dziwna chmura, białej energii. Była tak potężna, że nie mogliśmy się poruszyć i tylko patrzyliśmy w osłupieniu na to „coś”. Potem ujrzałam, jak chmura dzieli się na dwie części. Każda z nich otoczyła osobno Arellę i Siriusa, wznosząc ich w powietrze... – Głos jej się załamał. – Byłam przerażona. Uklękłam i patrzyłam z lękiem, jak biała energia wnika w ich ciała. Krzyczeli okropnie. Straszliwie. Co to był za wrzask.... Jakby im ktoś dusze rozrywał na części...


W salonie zapanowała grobowa cisza, która aż szumiała w uszach, aż do chwili gdy Calina kontynuowała opowieść.


-      Później Sirius gdzieś zniknął, a Arella upadła na ziemię i z trudem się podniosła. Wyglądała dziwnie. Jej oczy... Jej oczy stały się białe... Białe, jak mleko, a były przecież wcześniej błękitne. Nie wiedziałam, co się stało. Chciałam podbiec i sprawdzić, co z nią, ale wtedy... Usłyszałam głośny wrzask jakiejś kobiety. Krzyczała „Nieee! Przeklęty Hariosie!”. Spojrzałam w tamtą stronę i ujrzałam kobietę, którą musiała być Oriana. Gdy popatrzyła na nas, w jej oczach tlił się niezwykły gniew, zło... Nim zdążyłam cokolwiek zrobić, Arella złapała mnie za rękę i pociągnęła w stronę labiryntu świątynnego, który mieścił się blisko ogrodu. Uciekałyśmy. Ile sił w nogach.


-        Oriana też tam była? Czekaj, czy to nie było wtedy, gdy...


-        Cicho, Ren. Nie przerywaj jej – skarciła go Ella. – Mów dalej, Calino.


-      Po jakimś czasie udało nam się zgubić Orianę. Ona nie znała labiryntu, w przeciwieństwie do nas... Nagle Arella się zatrzymała i zaczęła się dusić. Wyglądała, jakby zaraz miała wyzionąć ducha. Przestraszyłam się. Wówczas złapała mnie za ręce i zaczęła bredzić coś o końcu świata, a potem powiedziała, żebym uciekała najdalej, jak potrafię, bo ona mnie dopadnie. Oriana... Później Arella zniknęła w ten sam sposób, co Sirius i zostałam sama...


-        Niesamowita historia – pokręcił głową Alren.


-        Potem, jak już wiecie, uciekłam z Alorii i schroniłam się tutaj, na Kher...


-        Innymi słowy, nie masz pojęcia, gdzie są teraz Arella i Sirius? – spytał dla formalności brunet.


-        Nie. To Oriana myśli, że skoro uciekłam z Arellą, to wiem, gdzie oni są, ale ja nie wiem... Naprawdę...


-        Rozumiem. Dziękujemy ci, że nam to opowiedziałaś. Teraz wszystko już wiem...


-        Tak? To nas oświeć, bo ja na przykład nic z tego nie rozumiem – Gord był zdezorientowany i zdenerwowany, podobnie jak pozostali.


-        Wyjaśnię wam to, ale później - zapewnił chłodno, bo ton Gorda mu się nie spodobał. – Calino, możesz wrócić do pokoju i odpocząć. Już nic ci nie grozi.


-        Dobrze, dziękuję... – wstała i wówczas Ren zauważył, że coś zalśniło w okolicach jej szyi.


-        Zaczekaj! – krzyknął nagle i podszedł do Elfki, która zarumieniła się, widząc, gdzie on patrzy. – No ładnie... – rzekł, odczepiając od jej skóry małą kropeczkę, wielkości główki szpilki i pokazał wszystkim.


-        Co to jest? – zdziwiła się Soana.


-        Pluskwa, cholera... – warknął Gord.


-        Zgadza się – rzekł Alren, niszcząc ją w tej chwili. – Zdaje się, że wróg wie teraz tyle samo, co my.


-        Niech ich szlag... To dlatego tak szybko zwiali! – stwierdził Gord.


-      Najwyraźniej. Jednak jest jeden plus tej sytuacji... – rzekł Alren, patrząc na Calinę łagodnie. – Teraz wiedzą, że Calina nie ma pojęcia, gdzie są Arella oraz Sirius i powinni dać jej spokój.



Aruell
Nastrój: b. dobry ;)
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 177

czwartek, 8.marca.2012, 13:56

 


Witam ponownie


A co mi tam szkodzi! Chcecie, to macie. ;D


- BONUSIK. ;)


Bawcie się dobrze!


Pozdrawiam


Aru


***


Rozdział 177



21 dzień ruanu 8976 roku, Norhen – Plaża na Kher, wieczór


Ella, Alren i Akiya rozmawiali już dobra godzinę. Aki opowiedziała im o pływaniu, które kocha i o szczęśliwym dzieciństwie na tej wyspie, mimo wszystko. Wspomniała o tym, jak uczyła się u Ghora magii, a przyjacielowi z dzieciństwa – Igosowi zawdzięczała lekcje szermierki. Akiya była traktowana jak księżniczka, gdyż byłaby nią, gdyby Renalia nadal nosiła koronę królowej. Podobnie jej matkę traktowano po królewsku. Akiya w pewnym momencie pozbyła się blokady i mówiła bez przerwy, co cieszyło Rena i Ellę. Gdy w końcu skończyła opowiadać, uświadomiła sobie, że jest już bardzo późno.


-        Ojej, już prawie północ... A ja tylko gadam i gadam – wstała gwałtownie. – Pójdę już.


-        Spokojnie. Możesz jeszcze zostać, jeśli nie jesteś senna. Miło się rozmawia – rzekła Ella.


-        Nie... Jeszcze będą okazje, by porozmawiać, prawda? – spojrzała na Alrena z nadzieją. – Nie zdążyłam was o nic zapytać.


-        Będą jeszcze okazje – potwierdził Alren, wstając od stołu razem z Ellą.


Odprowadzili Akiyę do drzwi i pożegnali się. Ren znów, wesoło pogłaskał ją po głowie, jakby Akiya była dzieckiem, a ona nie protestowała. Lubiła to. Gdy już poszła do swego pokoju, Ella spojrzała na Rena znacząco.


-        Jakie to słodkie... Braciszek Ren – zakpiła.


-        Szukasz zaczepki, Ello? – spojrzał na nią z ukosa.


-        Ja? Skądże! – prychnęła rozbawiona i obróciła się na pięcie, a potem usiadła na łóżku.


Przez chwilę Ren dostrzegł grymas na jej twarzy. Coś ją musiało zaboleć. Natychmiast do niej podszedł i usiadł za nią.


-        Coś cię boli?


-        Mięśnie pleców i ramion... Musiałam je nadwerężyć. Do jutra przejdzie, nie martw się – spojrzała na niego ciepło.


-       Zaraz przestanie boleć – uniósł rękę, by rzucić jakiś delikatny czar z zakresu Białej Magii, ale na niespodziewanie złapała go za rękę i znienacka pocałowała w usta, wyginając ciało do tyłu.


-       Mam lepszy pomysł – mruknęła, wtulając się w jego dłoń policzkiem. – Przecież masz złote rączki, pamiętasz? – zerknęła na niego zalotnie, a on się znacząco uśmiechnął.


-        Odwróć się, czorcico... – zaśmiał się, a Ella usłuchała.


Zsunął podomkę z jej ramion, odsłaniając nagie plecy i poczekał aż dziewczyna położy się na brzuchu. Gdy Ella poczuła jego gorące dłonie na plecach, od razu zamruczała z zadowolenia. „Jakie to przyjemne” – myślała. Ren masował ją bardzo sprawnie, rozmasowując mocno spięte miejsca, a potem wywołując dreszcz przyjemności, delikatnym dotykiem. Ella poczuła się odprężona, a uśmiech nie znikał z jej twarzy.


-        Nie za dobrze ci, kotku? – wyszeptał jej wprost do ucha, pochylony nad nią, a potem ucałował jej bark.


-        Idealnie...


-        Nie boli już?


-        Nie. Teraz ty się kładź – zaskoczyła go.


-        Co? Zamierzasz się odwzajemnić? To coś nowego... – zachichotał.


-       Myślisz, że nie potrafię? – spojrzała na niego zalotnie, a on posłusznie położył się obok niej i jęknął, gdy Ella pocałowała go między łopatkami.


-        Hej! Oszukujesz... – bąknął.


-      Tylko żartowałam – zaśmiała się głośno, a potem zaczęła gładzić jego szerokie plecy, podziwiając wszystkie drobne i mniej drobne blizny, na jego ciele.


Alren zamknął oczy, uśmiechnął się i zamruczał z aprobatą. Pomyślał, że ona również ma złote rączki i mógłby tak leżeć całą noc, gdy nagle poczuł jej wargi tuż nad pośladkami oraz łaskotanie jej włosów, opadających na jego boki i gwałtownie otworzył oczy.


-        Kotku... – rzekł ostrzegawczym głosem, ale ona nic sobie z tego nie robiła.


-        Słucham – mruknęła, całując go wzdłuż linii kręgosłupa, ocierając się przy okazji miękkimi piersiami o jego plecy. Renowi serce przyspieszyło raptownie.


-        Doigrasz się – jęknął, czując przyjemny dreszcz na całym ciele.


-        Wiesz, że to lubię – szepnęła, gdy była już przy jego uchu i przygryzła je delikatnie.


Alren drgnął i jednym sprytnym ruchem, ściągał ją z pleców i przygniótł do łóżka swoim ciałem, patrząc jej prosto w błyszczące oczy. Uśmiechał się diabelsko, a ona oblizała usta, rozśmieszając go tym. Zaraz potem pocałował ją głęboko i rozwiąźle. Oboje zamknęli oczy i przenieśli się w świat niezwykłych doznań, który tylko oni potrafili sobie stworzyć.


***


22 dzień ruanu 8976 roku, Norhen – Kher, poranek


Gdy nastał nowy świt rozpoczęto poszukiwania Caliny. Kilkadziesiąt Heryonów podzieliło się na grupy trzyosobowe i wyruszyło w drogę. Gdy Alren i Ella opuścili swój pokój, od razu spotkali Akiyę, w towarzystwie Gorda, Soany i jeszcze kogoś  mężczyzny z długimi czarnymi włosami, związanymi w kitkę, który wyglądał na wojownika. Okazało się, że był to Igos, przyjaciel Aki. Uzgodnili, że Gord, Soana i Igos pójdą razem, a do Alrena i Elli przyłączy się Akiya, która stanowczo nalegała na taki, a nie inny podział, co rozbawiło nieco złotowłosą. Dobrani w trójki dołączyli do poszukiwań Caliny.


Kiedy szli przez las, Ella opowiadała Akiyi swój sen. Opisała dokładnie tamte góry i jaskinię, aż dziewczynie coś się przypomniało.


-        Wiem, gdzie to jest! – rzekła nagle. – Chyba...


-        Gdzie? – spytał stanowczo Alren.


-        W górach, między skałami jest taka wyrwa z jeziorem i prowadzą tam jaskinie, ale...


-        Co? – dopytywała się Ella.


-     Od jakiegoś czasu ta woda jest zaczarowana... Każdy, kto jej dotknie, zaczyna płonąć, jakby to była lawa. Dwóch Heryonów tam zginęło w ten sposób. Nie wiem, po co jakiego diabła tam poszli, ale od tamtej pory panuje u nas zakaz zbliżania się do tego miejsca.


-        Świetnie. W takim razie koniecznie musimy tam pójść – zaśmiał się Alren. – Założę się, że to tam jest Calina.


Dziewczyna skinęła głową i użyła lewitacji. Ella i Ren zrobili to samo i dolecieli w tamto miejsce w kilka minut. Gdy złotowłosa ujrzała te skały, zrozumiała, że to o tym miejscu śniła. Niewielkie jeziorko, którego woda miała szmaragdowy kolor i szpiczaste głazy skalne, które wystawały ze zbiornika. Skały, porośnięte zielonym mchem. Tak. To musiało być tu.


-        Jesteśmy na miejscu. Dokładnie to widziałam we śnie – powiedziała i wówczas wylądowali na półce skalnej, wysoko nad jeziorem.


-        Dobrze, ale co teraz? Widzicie tu jakąś niewiastę? – spytała Akiya.


Tylko to powiedziała, a oboje usłyszeli plusk i natychmiast spojrzeli na wodę. Jakaś istota stała zanurzona w niej po pas, w samym środku jeziorka, które zaczęło mienić się zielonkawym światłem. Cała trójka patrzyła jednak tylko w jeden punkt – na dziewczynę, która zerkała na nich z lękiem.


Miała jasną karnację i kasztanowe, długie włosy. Jej głowę zdobił wianek z drobnych, białych kwiatków. Uszy były szpiczaste, a oczy zielone. Nosiła przewiewną, białą sukienkę. Musiała być elfem. Musiała być Caliną.


-        Chyba ją znaleźliśmy – odezwała się w końcu Ella. – To o niej śniłam.


-        Świetnie! To chodźmy do niej! – ucieszyła się Akiya.


-        Stój! – Ren złapał ją za rękę, widząc nienaturalny kolor wody, która mieniła się zielenią. – Zapomniałaś, o czym sama nas ostrzegałaś? Nie widzisz? Ta woda rzeczywiście jest zaczarowana. Magią elfów. Lepiej jej nie dotykać...


-        To jak mamy się do niej zbliżyć? Stoi w wodzie!


-        Może to ona ją zaczarowała? – zastanawiała się Ella. – Może w ten sposób odstrasza potencjalnych wrogów?


-        Zgadzam się – odparł Alren. – Musimy do niej zagadać i przekonać, by wyszła z wody...


-        Jak? – Akiya zerknęła na brata bezradnie.


-      Może... – nagle Ren urwał, wyczuwając w pobliżu niepokojąca aurę i natychmiast spojrzał w górę, wyjmując miecz. – Uwaga! Mamy towarzystwo!


Akiya również to wyczuła i podobnie, jak Alren, zerknęła na mężczyznę o długawych włosach, koloru węgla i oczach o barwie złota, w czarnej zbroi. Ella skrzywiła się, domyślając się, kim jest przybysz.


-        Kolejny cehroński generał? – spytała automatycznie.


-        Bingo – warknął Alren. – Czułem, że coś za łatwo szło...


Mężczyzna nad nimi miał obojętna twarz. Patrzył na nich, jak na przeszkadzające robactwo. W końcu westchnął i odezwał się.


-        Bądźcie łaskawi nie przeszkadzać mi w tym zadaniu – powiedział. – Nie chcę mi się z wami walczyć.


-        Co? – Ella była w szoku, widząc prawdziwe zniechęcenie mężczyzny.


-        Zdaje się, że ten pan nie podchodzi do swych misji z entuzjazmem – zakpił Alren. – Ktoś ty? Gadaj! – krzyknął do niego.


-        Jestem Xallos... – rzekł od niechcenia. – Czwarty Generał Harmeyonu. Mam zabrać Calinę do Cesarzowej... Znalazłem ją wczoraj, ale nie zdołałem się zbliżyć. Nie wiecie może, jak ją wyciągnąć z tej wody?


-        Czy on chce, żebyśmy mu ułatwili robotę? – Akiya z niedowierzaniem spojrzała na Ellę, a ona wzruszyła ramionami. – Kpi sobie z nas czy co?


-        A to ci persona – zaśmiał się Alren i wzniósł się w powietrze za pomocą lewitacji. – Słuchaj no, gościu... Jeśli myślisz, że będziemy ci pomagać, to masz nas za idiotów. Zjeżdżaj stąd. Calina jest nasza.


-        Ani mi się śni – odparł obojętnie Xallos. – Cesarzowa wygarbuje mi skórę, jeśli nie przyprowadzę tej elfiej dziewki!


-        No to mamy konflikt interesów – syknął Alren i zaatakował Xallosa.


Akiya ruszyła za nim i przyłączyła się, nacierając na generała z drugiej strony. Tymczasem Ella obserwowała Elfkę uważnie i postanowiła wykorzystać fakt, że Xallos jest zajęty walką, by przekonać Calinę do pójścia z nią.


-        Myślicie, że nie wiem, o co wam chodzi? – spytał obojętnie Xallos, otaczając się wodną bariera, która parowała ciosy Alrena i Akiyi. – Calina jest moja... Skoro już jestem zmuszony do działania, to załatwię to szybko – rzekł beznamiętnie i wyciągnął rękę w stronę jeziorka.


Nagle zielonkawa woda uniosła się w górę, jakby grawitacja przestała działać i Calina stała w suchym korycie zbiornika. Elfka natychmiast rzuciła się do ucieczki. Wskoczyła do jaskini i biegła w stronę lasu. Xallos podążył za nią w tak niesamowitym tempie, że Alren i Akiya nawet nie zdążyli zauważyć, kiedy. Ella kierując się instynktem, podążyła za nimi. Tymczasem woda wzniesiona przez generała w powietrze rozprysła się, parząc mocno Akiyę, która była najbliżej. Natychmiast zaczęła spadać w dół, ale Alren zareagował natychmiast i złapał ją, a potem wylądował na półce skalnej i trzymając ją w ramionach, leczył jej rany.


-        Cholerny drań! Zaskoczył mnie tą nieprawdopodobną prędkością... – klął na Xallosa, a Aki milczała.


Dziewczyna poczuła niesamowite ciepło bijące od brata. Jeszcze nigdy nie była tak blisko niego i nieco się tym speszyła. Ukryła jednak rumieńce. Nie czas na to. Jak tylko Ren ją uleczył, wstała gwałtownie.


-        Dzięki... Ruszajmy! – krzyknęła, a on skinął głową, ciesząc się, że mają podobne podejście do działania, po czym oboje polecieli w stronę jaskini.



Aruell
Nastrój: hmm... hmm... ;)
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 176

czwartek, 8.marca.2012, 00:00



Witajcie!


Drogie Panie, dziś 8 marca i nasze święto. ;)


Mam nadzieję, że miło spędzicie ten dzień i spotkają Was same dobre niespodzianki.


Pozdrawiam serdecznie i zapraszam do czytania. ;)


Aru


***


Rozdział 176



21 dzień ruanu 8976 roku, Norhen – Plaża na Kher, wieczór


Mira zrobiła kilka kroków do przodu, a Imajos dopiero teraz otrząsnął się ze strachu i odzyskał opanowaną postawę. Uśmiechnął się do niej perfidnie, kiedy ona wciąż się do niego zbliżała z kamienną twarzą.


Alren, który już uleczył swe rany, z bijącym sercem obserwował boginię, której złote, faliste włosy sięgały ziemi, a błękitna suknia zdawała się mienić w blasku księżyca i gwiazd. Jej oczy wyrażały odwieczną mądrość i czystość. Poruszała się z królewską gracją. Zdawało mu się, że każdy jej ruch jest elementem tańca. W dodatku otaczała ją niebieska aura, której siła wręcz paraliżowała Alrena. Przełknął ślinę, a potem z trudem oderwał wzrok od tej piękności i podbiegł do Gorda i Soany, by ich uleczyć, wykorzystując fakt, że Imajos jest zajęty konfrontacją z Mirą.


Nekromanta wezwał swą czarną aurę i przywołał niezwykle szybko czar, który zwykle wymagał długiego przywoływania, a to oznaczało, że rzeczywiście był mistrzem mistrzów. Cisnął w Mirę śmiercionośnym zaklęciem, krzycząc:


-        Nie pozwolę się drugi raz zaskoczyć, Miro! Tym razem to ja pokonam ciebie!


-       Cóż za zuchwałość... – odparła, wyciągając dłoń przed siebie, a wtedy zaklęcie Imajosa odbiło się od jej ręki i zmierzało w stronę Nekromanty, który natychmiast anulował czar i syknął pod nosem.


Imajos przyglądał się poważnej, nieugiętej Mirze i kipiał ze złości. Zastanawiał się, jak ją podejść. Zdawał sobie sprawę, że jeszcze nie odzyskał wszystkich sił po wskrzeszeniu i w chwili obecnej Mira miała nad nim przewagę. O tym samym wspomniała bogini, patrząc mu w oczy.


-        Wiesz, jaka jest między nami różnica, Imajosie? – spytała chłodno. – Taka, że ja mam prawdziwe ciało, a ty nie. Jesteś tylko kupą popiołu, zlepioną magicznie w całość.


-        To ciało, choć sztuczne, nie ogranicza mej mocy – syknął.


-        Ale mi ułatwia sprawę... – rzekła tajemniczo i nagle delikatny wiatr wzburzył jej złote fale.


Uniosła rękę z gracją, wyszeptując słowa w starożytnym, świętym języku, a Imajos zadrżał.


-        Nie ośmielisz się! – wrzasnął, rozpoznając inkantacje najświętszej Błękitnej Magii.


W dawnych czasach najpotężniejsze zaklęcia Białej Magii, której byli w stanie używać wyłącznie Miryończycy, nazwano Błękitną i świętą. Czarna Magia nie mogła się z nią równać, więc wymyślono specjalne medaliony, które skutecznie chroniły przed Błękitną Magią. Medaliony te jednak były bardzo trudne do wykonania i drogie, więc tylko garstka Egharczyków je posiadała. Imajos miał jeden, ale przepadł on dawno temu i teraz był bezbronny. Zadrżał, widząc, jak otacza ją błękitno-biała poświata.


-     Oczyszczę twe nienaturalne ciało i znów obróci się w proch. Wtedy twa dusza będzie zmuszona wrócić tam, gdzie jej miejsce... – rzekła i zaatakowała go, ale wtedy Imajos zniknął, uprzednio krzycząc:


-        Nic z tego. Nie jestem głupcem! Jeszcze się spotkamy, Miro...


Mira uspokoiła się i odwróciła do Alrena, który był oszołomiony jej urodą i mocą. Uśmiechnęła się do niego bardzo ciepło, po czym zamknęła oczy, przywracając Ellę, która upadła na piach bez przytomności. Ren natychmiast podbiegł i ocucił ukochaną, a gdy spojrzała na niego ślicznymi, pytającymi oczętami, opowiedział jej wszystko ze szczegółami. Ella próbowała wstać, ale z jakiegoś powodu nie miała sił i chwiała się. Alren uśmiechnął się do niej i wziął ją na ręce. Odruchowo się zarumieniła i wtuliła w jego szeroką pierś.


-        Wracajmy... – wyszeptał, a ona tylko skinęła głową, czując się teraz, jak najprawdziwsza księżniczka.


***


Egharia: Cehron – Ehrona (Pałac Cesarski), wieczór


Oriana chodziła po swej sypialni tam i z powrotem, płonąc z gniewu. Właśnie dotarły do niej wieści o Tiyi i Imajosie. Nie mogła darować swej ulubienicy, że nie posłuchała jej rozkazu i zamiast szukać Caliny, znów próbowała zabić Alrena i Mirellę. Oczywistym było dla niej, że z nimi przegrała.


-        Głupia Tiya! Dlaczego mnie nie posłuchałaś? – syknęła pod nosem i wówczas wyczuła obecność Imajosa. - Czego chcesz?


-        Pani, pragnę coś zaproponować.


-        Słucham – spojrzała na klęczącego, przed nią Nekromantę chłodno.


Była zła na niego, że nie powstrzymał Tiyi ani jej nie pomógł, ale nie była zdziwiona jego zachowaniem. Wszak pochodził z innej epoki i miał zupełnie inny status, niż Tiya.


-        Proponuję stworzyć kilka Medalionów Ovanios...


-        Masz na myśli te, chroniące przed Błękitną Magią? Po co? Nikt z Egharczyków jej nie używa, bo nie jest w stanie.


-        Z wyjątkiem Miry, która żyje w postaci Mirelli... Prawie mnie oczyściła...


-        I tylko z jej powodu mam zgodzić się na takie koszty, związane z produkcją medalionów?


-        Pani, nie doceniasz Miry. Ty jej nigdy nie widziałaś, ale ja ją pamiętam jeszcze z czasów starożytnych, gdy była królową. To ona mnie zabiła – rzekł, patrząc Cesarzowej w oczy. -  Na twoim miejscu, stworzyłbym te medaliony.


-        Eh, no dobrze. Niech będzie. Komu mam powierzyć to zadanie?


-        Zajmę się tym osobiście. Proszę tylko o środki i odpowiednie laboratorium.


-        W porządku. Zapewnię ci wszystko – odparła władzo. – Możesz odejść.


-        Za pozwoleniem... Mam jeszcze jedną informację od Xallosa...


-        Xallosa? – zdziwiła się Oriana. – Jaką?


-        Znalazł on Calinę i jutro ją przyprowadzi. Tak przynajmniej powiedział.


-        Naprawdę? – uniosła brwi w zdumieniu.  – Coś takiego... Nie spodziewałam się po tym kretynie sukcesu, ale powstrzymam się od zachwytu, aż do chwili, gdy zobaczę Calinę w tym pałacu.


-        To zrozumiałe – odparł z perfidnym uśmiechem.


-        Bywaj, Imajosie – rzekła, a Nekromanta skłonił się i zniknął w ten sam sposób, w jaki się pojawił.


Cesarzowa podeszła do okna i spojrzała w nocne niebo, krzywiąc usta na widok dwóch księżyców, po czym odwróciła się do szyby plecami i zamknęła oczy, uśmiechając się przebiegle.


-        Jeszcze trochę cierpliwości. Jeszcze trochę...


***


Dom Renalii, wieczór


Od powrotu Elli i Rena do miasta Heryonów w jaskini minęło kilka godzin. Oboje zyskali sobie podziw i szacunek Heryonów swoimi ostatnimi wyczynami. Później zaplanowano poszukiwania Caliny na kolejny dzień i każdy poszedł do swego domu. Gord i Soana postanowili pójść do baru, nieco zawiedzeni, że na tak niewiele się przydali w ostatnim starciu. Natomiast Alren i Ella otrzymali przestronny pokój z łazienką w dużym domu Renalii i od razu się tam udali. Gdy tylko zamknęli się w nim na klucz, oboje odetchnęli. Nareszcie spokój. Nareszcie sami.


Ella wzięła prysznic i jak zwykle wzbudziła zachwyt w Alrenie, gdy weszła do pokoju z lśniącymi, mokrym włosami, owinięta tylko błękitnym ręcznikiem. Uśmiechnęła się do niego znacząco.


-        Twoja kolej. Aki zaraz przyniesie nam kolację.


-        Mogłem wejść z tobą, zaoszczędziłbym czas – musnął jej zarumieniony policzek.


-        Jeszcze zdążymy, kotku – mrugnęła do niego, a on westchnął i poszedł się umyć.


Tymczasem Ella ubrała jedwabną, niebieską podomkę i otworzyła drzwi od pokoju, gdy ktoś zapukał. Ujrzała wówczas Akiyę z tacą, która zakłopotała się na widok pięknej złotowłosej.


-        Wejdź proszę – uśmiechnęła się do niej. – Może zjesz z nami kolację?


-        Nie, nie chcę przeszkadzać – zmieszała się.


-        Daj spokój. Nie chcesz lepiej poznać swego brata? – nalegała.


-        Ale...


-        Chodź. Zjedz z nami – poleciła i zamknęła drzwi.


Akiya ustawiła wszystko na stole i nieśmiało usiadła obok Elli, która wciąż patrzyła na nią łagodnie. Nie mogła zrozumieć, dlaczego ona, zwykle pewna siebie i wygadana, przy tej dwójce, była taka spięta. On ją onieśmielał, odkąd dowiedziała się, że jest przyrodnim bratem, a ona – od początku wzbudzała w niej podziw. Miała nadzieję, że po jakimś czasie jej to przejdzie i znów będzie sobą.


Kiedy Ella usłyszała, że Alren skończył się myć, kierowana intuicją poszła go uprzedzić, że mają gościa. Znała go a tyle, że wiedziała, iż potrafił wyjść z łazienki zupełnie nagi, co mogłoby zakłopotać Akiyę.


-        Ren! Mamy gościa – krzyknęła za drzwiami.


-        Kogo?


-        Zaprosiłam Akiyę na kolację.


-        Dobra, już idę.


Ella usiadła z powrotem i uśmiechnęła się do dziewczyny. Alren wyszedł z łazienki w samych spodniach, susząc włosy ręcznikiem i od razu posłał brunetce delikatne spojrzenie, a potem się do nich dosiadł. Akiya nie mogła przestać patrzeć na brata. Byli do siebie łudząco podobni. Jedynie tęgość ciał i płeć ich różniła. Aki nie miała też żadnej blizny ani tak surowych rysów, jak on. Dziewczyna była tak zaaferowana obecnością Alrena, że gdy oni kończyli już jeść, Aki nie zjadła jeszcze ani kawałka. Wtedy Ren spojrzał na nią znacząco.


-        Czemu nie jesz? Nie smakuje ci? – spytał zwyczajnie, a ona otrząsnęła się z zamyślenia.


-        Nie...


-        Odchudzasz się? – uniósł jedna brew. – Niby z czego? – spojrzał na jej drobne, zgrabne ciałko.


-        Nie odchudzam się – bąknęła, a Alren wykorzystując fakt, że otworzyła usta, wsunął jej do buzi kluskę, za pomocą widelca. Zaskoczonej dziewczynie pozostało tylko ją zjeść.


-        Dobre? – spytał wesoło, a ona tylko przytaknęła zarumieniona.


Bez słowa pochłonęła swoją porcję, rumieniąc się na widok znaczącego spojrzenia Alrena. Natomiast Ella z całej siły powstrzymywała dziki śmiech, którym miała ochotę wybuchnąć, widząc te dwójkę. Wyglądali razem niezwykle zabawnie i słodko. Po skończonej kolacji, Ella rozlała herbaty do filiżanek z podgrzewanego dzbanka i spojrzała na Aki ciepło.


-        Opowiedz nam coś o sobie, Aki.


-        Na przykład?


-        Co lubisz robić? Kim jesteś w tej społeczności? Jakie miałaś dzieciństwo? Cokolwiek – rzekła spokojnie Ella. - Takie milczenie jest trochę niezręczne. Aby się poznać, musimy rozmawiać.


-        No dobrze... – zerknęła na Rena ukradkiem, który bacznie się jej przyglądał. – Opowiem wam coś o sobie...



Aruell
Nastrój: hmm... ;)
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 175

środa, 7.marca.2012, 00:00



Rozdział 175



21 dzień ruanu 8976 roku, Norhen – Plaża na Kher, popołudnie


Późnym popołudniem, na plaży wyspy Kher, odbyło się wielkie zebranie Heryonów z przybyszami. Większość z nich wiedziała już, kim jest Alren, a pozostali zrozumieli to, widząc Święty Medalion na jego szyi, gdy mężczyzna stał na głazie. Niemal każdy z nich miał strach w oczach, kiedy Renalia opowiadała całą prawdę o swoim synu i okazało się, że Alren, syn Króla Algora, nie umarł i stoi teraz przed nimi, gotów objąć władzę nad Heryonami i Norhenami. Po wysłuchaniu historii wszyscy posłusznie oddali mu pokłon, jednak Alrenowi zależało na czymś innym. Dał więc matce do zrozumienia, że chce coś powiedzieć i zwrócił się do swoich poddanych.


-        Powstańcie! – krzyknął, a oni niepewnie się podnieśli i spojrzeli na Alrena. – Bardziej, niż na waszych pokłonach, zależy mi na tym, byście mi zaufali i uwierzyli, że zrobię wszystko, by wam pomóc. Zrobię, co w mej mocy, byśmy mogli wrócić do normalnego życia w  Norhenie i ukarzę tych, przez których cierpieliśmy i którzy dostali się do władzy kosztem niewinnych. Przywrócę temu krajowi normalność i zaopiekuję się wami – mówił zdecydowanie. – Nie bójcie się mnie. Nie patrzcie tak, jak teraz. Nie jestem wrogiem... Jestem jednym z was! Zaufajcie mi! Czy mogę na to liczyć? – rozejrzał się znacząco.


Nastała chwila ciszy. Zdezorientowani Heryoni spoglądali na siebie nawzajem, niepewni tego, co mają robić i wówczas ujrzeli, jak Alrena otacza aura Heryonów, a jego oczy lśnią zielenią. Energia, którą emanował była tak silna, że widzowie zamarli. Nigdy nie widzieli takiej mocy wśród swoich. Jednocześnie na czole Alrena pojawił się znak królewski. Wszystko to razem robiło niesamowite wrażenie. Nagle obawy zniknęły i w ich miejscu pojawiła się nadzieja.


-        Czy mogę na to liczyć? – powtórzył i wówczas usłyszał jeden wielki okrzyk ze strony ludu, na swoją cześć. Uśmiechnął się.


Alren uspokoił swą moc i pomachał swoim ludziom. Renalia pękała z dumy. Ella była nim zachwycona, a Gord i Soana tylko spojrzeli na siebie znacząco. Już mieli zakończyć zebranie, gdy nagle wszyscy usłyszeli jeden wielki huk, a potem poczuli silny podmuch wiatru.


-        Co się dzieje? – przeraziła się Renalia.


-        Bariera.... – rzekł kapłan Ghar, który rozglądał się nerwowo. – Klątwa Kher została przełamana!


-        Co takiego? – Ella zamarła, słysząc to.


-        Jak to możliwe? – zdziwiła się Renalia.


-        Do jaskini! – usłyszeli nagle głośny krzyk Alrena, który pokazał całemu tłumowi, by się cofnęli, ręką. – Szybko! Co tak stoicie, do cholery!


Zdezorientowani Heryoni zauważyli jakąś kobietę w czarnej zbroi, o złotych oczach, stojącą na brzegu plaży i wtedy zrozumieli. Ruszyli biegiem w stronę lasu i jaskini, w panice. Tylko Renalia i Akiya się wstrzymały, widząc, że Alren nie idzie.


-        Synu! Ukryj się! To cehroński generał.


-    Wiem o tym – uśmiechnął się złośliwie, patrząc w stronę Tiyi, która odwzajemniła ten uśmiech. – Już miałem tę nieprzyjemność poznać Tiyę...


-        Ona jest potężna! Nawet my, Heryoni, wolimy unikać generałów Cehronu!


-       Droga matko, nie miałaś jeszcze okazji poznać mych umiejętności, więc rozumiem twój strach. Zapewniam jednak, że sobie z nią poradzę.


-        Co? – kobieta zbladła i spojrzała wymownie na Ellę, która potwierdziła skinieniem głowy.


-        Ren jest niezwykle potężny. Da sobie radę – uśmiechnęła się złotowłosa.


Renalia zmarszczyła czoło, uspokajając się tylko nieznacznie. Potem zobaczyła, jak Gord i Soana się rozsiadają na piasku, jakby zamierzali oglądać jakieś przedstawienie. Spojrzała na córkę, która obserwowała brata z mieszanką strachu i fascynacji, stojąc tuż obok.


-        Aki, wracaj do jaskini.


-        Nie ma mowy. Muszę to zobaczyć! – oburzyła się, a Renalia znów się zasępiła, ale nie powiedziała już nic więcej.


Dawna królowa również nie zamierzała iść do jaskini. Trudno jej było w to uwierzyć, że jej syn może być, aż tak potężny, więc chciała to zobaczyć na własne oczy. Jak się okazało kilkudziesięciu Heryonów zrobiło to samo, obserwując wszystko z lasu. Oni także byli ciekawi umiejętności swego księcia.


Alren westchnął, widząc, że wszyscy lekceważą sobie zupełnie niebezpieczeństwo i poprzysiągł, że nie dopuści, by włos im z głowy spadł. Podszedł bliżej Tiyi, która już na niego czekała z rękoma skrzyżowanymi na piersi i uśmiechała się ironicznie.


-        Znów się spotykamy, Alrenie – rzekła złowieszczo. – Ostatnim razem mnie zaskoczyłeś, ale tym razem będzie inaczej.


-        To się jeszcze okaże – odparł zdawkowo i od razu zaatakował ją swoim mieczem. Tiya natychmiast teleportowała się gdzie indziej, unikając ciosu, a on się uśmiechnął.


Walka zaczęła się na dobre. Tiya zaatakowała Alrena magicznymi pnączami, które szybko go otoczyły, ale on przywołał ognistą falę, która spaliła je na proch. Odwzajemnił jej się czarem magicznym, używając ognistych kul. Rzucił w jej stronę jedną i czekał.


-        Nie lekceważ mnie! – krzyknęła, odbijając czar i nagle poczuła ból na plecach. Okazało się bowiem, że Ren wypuścił jeszcze drugą kulę od tyłu. Zaklęła pod nosem, niwelując ból zaklęciem.


-        Nie lekceważę – zadrwił.


-        Pożałujesz tego!


Oczy Tiyi zaiskrzyły zielenią i kilka drzew na plaży oderwało się od ziemi. To była ta sama sztuczka, której użyła w Dolinie Shallos, ale tym razem było dwanaście drzewców. Na więcej nie mogła sobie pozwolić, bo zabrakłoby jej czasu na przywołanie. Heryoni byli przerażeni, widząc te potwory, zmierzające w stronę Alrena. Renalia drżała, a Akiya podziwiała niewzruszenie brata.


-        Nie sądzisz chyba, droga Tiyo, że powstrzyma mnie tuzin potworków, skoro pokonałem ostatnio tysiące – zakpił i wezwał nagle potężny wiatr, który poderwał drzewce z ziemi i wrzucił je do morza.


-        Głupcze woda dodaje im sił! – zaśmiała się. – Nawet słona!


-        Zobaczymy... – zadrwił i użył kolejnego zaklęcia, które zamroziło wodę i mokre drzewce na kość.


To był niezwykły widok. Potężny obszar morza został zamrożony, a potwory przypominały teraz posągi. Alren wyszeptał kolejny czar którym skruszył bryły lodu na miliony odłamków. To rozerwało drzewce na cząsteczki. Zaraz później lód zniknął, morze znów falowało, a drzewców... nie było.


-      Szlag by to... – syknęła Tiya i spojrzała na uśmiechniętego Alrena ze złością. – Skoro tak lubisz żywioły, pokażę ci mój ulubiony!


Tiya uwolniła całą swą moc, a potem wezwała swe najsilniejsze zaklęcie – tajfunu. Połączyła potężny wiatr z morzem i zapowiadało się na spore kłopoty, więc nawet Gord i Soana poderwali się z ziemi, w gotowości do walki. Ella była nieco zaniepokojona o Heryonów, których mógł dotknąć ten czar, a Renalia z Akiyą były przerażone. Tymczasem Alren poczekał, aż Tiya zamknie oczy, by dokończyć zaklęcie, a potem używając błyskawicznej teleportacji, pojawił się tuż za nią, z mieczem w ręce i przebił jej pierś na wylot. Tiya gwałtownie otworzyła oczy i jakby w zwolnionym tempie spojrzała na poważnego Alrena. Jednocześnie wszystkie efekty, związane z przywoływaniem czaru, zniknęły.


-        T-To niemożliwe... Jak ty... Tak szybko... – jęczała, dotykając drżącymi rękoma zakrwawionego ostrza, które wystawało jej z piersi.


-      Twój błąd polegał na tym, że takie zaklęcia wymagają długiego przywoływania. Sądziłaś, że będę grzecznie czekał, aż je wypowiesz do końca? – zakpił Ren i gwałtownym ruchem wyjął miecz z jej piersi.


Pokonana Tiya upadła na piach. Obraz unoszącego się nad nią Alrena stawał się coraz mniej ostry i wyraźny, aż w końcu uszło z niej życie. Brunet westchnął i zgodnie z tradycją, za pomogą Magii Ziemi, pochował ją pod powierzchnią w ciągu kilku sekund, a potem skierował się w stronę swoich.


Heryoni, z Renalią i Akiyą na czele, tkwili w bezruchu. Szok i podziw malował się na ich twarzach, gdy Alren do nich podszedł. Widzieli dokładnie, co potrafi ich książę i nie mieli już wątpliwości, że lepiej nie mogli trafić. Nadzieja rosła w siłę w ich sercach. Teraz mieli prawie pewność, że dotrzyma on słów, które niedawno wygłosił.


-        Jak zwykle spektakularny... – skomentował Gord, posyłając Alrenowi znaczący uśmiech.


-        Oczywiście. Nie mógłbym pozwolić, byście się nudzili.


-        Oj, Ren... – zachichotała Ella, gdy nagle poczuła coś, jakby prąd przeszedł po jej ciele. To samo wrażenie mieli Alren, Gord i Soana.


Natychmiast przybrali postawy obronne i z przerażonym wzrokiem rozglądali się dookoła. To zło. Tak silne, że wywołało u nich dreszcze. Moc. Tak nieprawdopodobna, że aż trudno im było normalnie oddychać.


-        Co to jest? – rzekła drżącym głosem Ella. Zapanowała śmiertelna cisza.


-    Tam! – krzyknął Gord, wskazując na przystojnego mężczyznę w czarnej szacie, unoszącego się wysoko nad lądem i spoglądającego na nich z pogardą.


-        T-To niemożliwe... – wyjąkała Soana, rozpoznając te rysy, które oglądała na wielu obrazach.


-        Myślisz o tym samym, co ja? – spytał równie wstrząśnięty Gord.


-        To musi być on – stwierdził Alren, a po jego czole spłynęła kropelka potu. Nie był to częsty widok u bruneta.


-        O co chodzi? – zdenerwowała się Ella, czując powagę sytuacji.


-        To chyba jest Imajos... – rzekła Soana. – Problem w tym, że on powinien być martwy od wieków...


-        Co?! No to jak on...


-        Tego właśnie nie wiemy. – Alren przywołał aurę Shiryena, wiedząc, że Biała Magia jest najlepszą obroną przed czarną.


Heryoni zbledli, jak tylko usłyszeli to starożytne, potężne imię i natychmiast uciekli do jaskini. Na plaży zostały tylko Renalia i Akiya, które choć równie przerażone, nie chciały uciekać. Jednak Alren stanowczo zaprotestował, by tu zostawały. W końcu posłuchały i dołączyły do pozostałych w jaskini.


-        Głupcy... – usłyszeli męski głos. – Sądzicie, że możecie pokonać starożytnego mistrza? – zadrwił i wylądował niedaleko nich, emanując czarną, potężną aurą.


-        Więc ty naprawdę jesteś Imajosem? – wydukała Soana.


-        Zgadza się. Powróciłem do życia, dzięki Orianie, podobnie, jak czterech pozostałych mistrzów.


-        Co takiego?! – Soana zaczęła się cofać, rozumiejąc powoli sens tych słów. – To niemożliwe... To katastrofa!


-        Uspokój się – rzekł do niej Gord. – Nie trać zimnej krwi.


-        No dalej. Czekam. Uciekajcie! Uciekajcie, jak te marne pchły! Przecież nimi jesteście... – szydził z nich, przywołując czarną kulę energii i ciskając nią w blondyna i elfkę.


Rozległ się ich krzyk i upadli daleko, ranni i nieprzytomni. Ella zadrżała i chciała do nich podbiec, ale Imajos znów zaatakował. Alren odbił jednak jego czar Aurą Shiryena. Złotowłosa, stojąc za jego plecami, zastanawiała się, co dalej? Co teraz?


-        Ren... Pokonasz go? – spytała, choć znała odpowiedź.


-    Nie mam szans, Ello – stwierdził z pełną powagą. – To starożytny, legendarny Nekromanta Klątw. Nawet ja nie mam wystarczająco dużej mocy i wiedzy, by go pokonać...


-        O nie... – jęknęła, widząc kolejny atak Imajosa.


Tym razem był tak potężny, że nawet Aura Hariosa nie była w stanie go odbić i Ren został zraniony w obie ręce tak, że nie mógł nimi poruszać. Nadal jednak zasłaniał Ellę.


-        Ren! – krzyknęła.


-       Nie równaj mnie, księżniczko, z tą głupią Tiyą – rzekł nagle do niej Imajos. – Pora umierać! – rzekł złowieszczo i zaatakował znowu.


Zapewne Alren odniósłby znacznie poważniejsze rany przy tym ciosie, gdyby nie osłoniła go nieskazitelnie czysta, błękitna energia. Zaskoczony obejrzał się za siebie i ujrzał Mirę we własnej osobie, spowitą mistycznym blaskiem.


-      Nie znęcaj się nad słabszymi, Imajosie... – powiedziała melodyjnym głosem. – Zmierz się ze swoją pogromczynią – rzekła surowo, patrząc Imajosowi w oczy, a on, pierwszy raz od dawna, zadrżał.


 

Aruell
Nastrój: wesoły ;D
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 174

wtorek, 6.marca.2012, 00:00



Rozdział 174



21 dzień ruanu 8976 roku, Norhen – Kher, poranek


Renalia obserwowała Alrena, gdy powoli spacerował po salonie, ze skupieniem na twarzy i zatrzymał się dopiero przy stole, na którym leżał medalion królewski, który wczoraj tu zostawił.


-        Muszę przyznać że to wszystko bardzo mnie zaskoczyło... – zaczął, dotykając lśniącego wisiora. – Nie tylko odkryłem, że mam matkę, siostrę i ze stu rodaków, ale także to, że jestem księciem Norhenu. Nigdy bym się tego nie spodziewał – mówił szczerze.


-          Alrenie, proszę wybacz mi... – rzekła Renalia, podchodząc do niego i patrząc mu w oczy.  – Wybacz...


-       Nic nie mów – odparł natychmiast, kładąc palce na jej ustach. – To już nieważne. Minęło wiele lat... Rozumiem, że nie mieliście wyjścia, a przynajmniej dobrego wyjścia. Wybraliście mniejsze zło, dzięki któremu przeżyłem...


-        Nie. Ty przeżyłeś tylko dlatego, że byłeś silny i inteligentny. Każdy inny ośmiolatek nie dałby sobie rady. Nawet nie chcę sobie wyobrażać, przez co musiałeś przejść... – W oczach Renalii pojawiły się łzy. – Ścigali cię za morderstwo, którego nie mogłeś popełnić i nadal to robią. Przeżyłeś bez swoich przybranych rodziców, przyjaciół, pieniędzy, domu...


-        Powtarzam, to już nieważne. To przeszłość, która nigdy nie wróci. Nie cofniemy czasu. Ważne jest to, że przeżyłem i że... wy też ocaleliście – zerknął na nią łagodnie. – Nie zamierzam osądzać ani ciebie, ani ojca. Nie zamierzam chować urazy i myśleć o tym, jakby to mogło być, skoro nie było. Jedyne, na co oboje mamy wpływ, to przyszłość. Od nas zależy, co zrobimy dalej.


-        Ren – wzruszyła się. – Więc nie masz do mnie żalu? – Po jej policzkach spłynęły łzy.


-        Nie.


Renalia nie wytrzymała i objęła go mocno, a Alren z trudem panował nad przyspieszonym biciem serca. Choć był opanowany, w środku cały drżał z emocji. To było dla niego przeżycie, mimo wszystko. Obejmował matkę, którą uważał za zmarłą, której nie znał.


-       Tak się cieszę... Proszę pozwól mi traktować cię jak syna. Jeśli nie chcesz, nie musisz do mnie mówić „mamo” ani mnie za nią uważać, ale proszę pozwól mi myśleć o tobie, jak o swym synu.


Alren wzruszył się, ale nie okazał tego. Uśmiechnął się tylko lekko, ocierając jej łzy, a ona drżała, czując jego delikatny dotyk.


-      Nie musisz mnie prosić o pozwolenie. Rób, co uważasz za słuszne – rzekł. – Jeżeli o mnie chodzi, to potrzebuję czasu, by zbudować między nami jakąś więź. Do tego momentu nie spodziewaj się więc z mej strony wylewności i synowskiej miłości.


-        To zrozumiałe. Ja też muszę sobie to wszystko poukładać.


-       W takim razie to by było na tyle, w tej kwestii – powiedział, znów podchodząc do medalionu, który zaraz potem założył na szyję. Tym gestem zaskoczył zarówno Renalię, jak i Ellę, która przysłuchiwała się rozmowie. – Zajmijmy się teraz sprawą mej tożsamości i losem Heryonów.


-        Założyłeś to... Wiesz co to oznacza? – spytała z bijącym sercem.


-        Tak – uśmiechnął się. – Przyjmuję swe przeznaczenie i obowiązki, jako księcia Norhenu i zrobię wszystko, co w mej mocy, by pomóc Heryonom oraz Norhenom.


Medalion błysnął, jakby przyjął jego słowa, jako królewską obietnicę. Renalia nie była w stanie powstrzymać radości, słysząc to. Natomiast Ella patrzyła na niego z dumą.


-        Jesteś pewien?


-        Tak. A wiesz, dlaczego? – spytał Renalię, która pokręciła przecząco głową. – Ponieważ teraz mam podstawy, by sądzić, że miałem słuszne podejrzenia. Myślę, że to Teados zabił Evill i Darona – ludzi, którzy byli mi drodzy, jak prawdziwi rodzice. Potem zaś oskarżył mnie o ich morderstwo, by się mnie pozbyć. Wszak należałem do robactwa, zwanego Heryonami. Nie mogę mu wybaczyć, że prawie doszczętnie wymordował nasz lud, zupełnie bez powodu i zastraszył Norheńczyków. Nie mogę pozwolić, by nadal był królem, zwłaszcza, że nie ma on prawa nim być z wielu powodów. - W głosie Rena dało się słyszeć pewność siebie i złość.


-       Właśnie o to chciałam prosić Księżniczkę... Aby pomogła nam obalić króla i uwolniła nas z tego więzienia, jakim jest ta wyspa – spojrzała na Ellę. – Jednak teraz... Mamy kogoś odpowiedniejszego do tej roli. Jesteś jedyną osobą, która ma prawo osądzić Teadosa i jedynym prawowitym władcą tego kraju – rzekła, patrząc znów na syna.


-        Dopilnuję, by ze sprawiedliwości stała się zadość. Jednak co do władzy...


-        Nie zamierzasz być królem? – Renalia pobladła w jednej chwili. – Kto miałby cię zastąpić?


-      Zrozum, że to nie takie proste... – rzekł poważnie. - Muszę towarzyszyć Elli w jej podróży. To jest ważniejsze nawet od rządzenia Norhenem. Jeśli jej się nie uda, Norhen czeka zagłada tak, jak pozostałe kraje i cały ten świat. Dopiero po wypełnieniu przez nią misji, mogę zająć się Norhenem...


-        Rozumiem. Masz rację. W takim razie, może poczekamy z tym obalaniem króla?


-        Nie – pokręcił głową. – Jeśli zrobimy to teraz, przestaną mnie ścigać Norheni i nie będę musiał ich więcej zabijać. Nawet nie wiesz, ilu z nich mam na sumieniu...


-        Przecież musiałeś – wtrąciła się Ella, widząc w nim poczucie winy.


-        W każdym razie, załatwimy to w najbliższym czasie – zdecydował. – Najpierw jednak musimy znaleźć Calinę. Dopiero potem możemy myśleć, co dalej.


-        Calinę? Aaa... Tę elficką kapłankę... – przypomniała sobie. – Nie ma sprawy. To nieduża wyspa. Znajdziemy ją.


-        Mam nadzieję.


-      Skoro już wszystko omówiliśmy, to czas powiedzieć naszemu ludowi, kim jesteś i jak się sprawy mają – rzekła Renalia. – Pójdę ogłosić zebranie na plaży, bo tylko tam wszyscy naraz się pomieścimy. Po obiedzie?


-        Może być.


-        Dobrze – rzekła i pospiesznie opuściła swój dom. Czuła, że to najważniejszy dzień w jej życiu.


Alren poczekał, aż kobieta zniknie za drzwiami i westchnął głośno. Ella uśmiechnęła się do niego i podeszła bliżej. Bliżej, niż mogłaby sobie pozwolić jakakolwiek inna kobieta. Zamruczała z zadowoleniem, gdy objął ją mocno i musnął wargami jej usta. Nie rozmawiali. Nie mieli takie potrzeby. Już chcieli umilić sobie czas we dwójkę, gdy nagle do salonu weszła Soana z Gordem. Westchnęli więc i odsunęli się nieco od siebie.


-        Słyszeliśmy, że przyszliście do Renalii – rzekła Soana. – O czym rozmawialiście? – spytała, a Gord zauważył medalion na szyi Rena.


-        Ten medalion... – blondyn zaczął i urwał, gdy dotarło do niego, co się stało.


-        Spokojnie. Zaraz wszystko wam opowiem...


***



Wybrzeże Norhenu, kilka minut później


Na jednej z norheńskich plaż, na której nie tak dawno drużyna Elli przekroczyła portal na Kher, stała kobieta w czarnej zbroi, o złotych oczach i z nienawiścią spoglądała na przeklętą wyspę, do której nie mogła się dostać nawet pod postacią rośliny. Irytowało ją to okropnie, bo zamierzała wypełnić swą misję, a nie miała jak. Zaklęła pod nosem, aż wyczuła nagle tak potężną i złowrogą moc, że zadrżała i z lękiem spojrzała w bok.


-        Pozwól, że ci pomogę, Tiyo... – usłyszała.


Trzeci Generał zamarła, widząc przystojnego, dobrze zbudowanego mężczyznę o złotych oczach, ciemnej karnacji i krótkich, czarnych włosach. Miał na sobie święte szaty Nekromanty w kolorze smoły, a na jego czole błyszczał złoty diadem z kwadratowym agatem. Choć miał szlachetne rysy i uwodzicielski głos, Tiya była śmiertelnie przerażona, nie mogąc uwierzyć własnym oczom.


-        Ty...Ty jesteś... To niemożliwe... – przełknęła ślinę i cofnęła się.


-        Dobrze zgadujesz. Jestem Imajos Hashenour – odparł, zadowolony z efektu, jaki wywołał swoim pojawieniem się.


-      Legendarny Nekromanta Klątw? – wyjąkała. - Nie wierzę... Przecież ty nie żyjesz od wieków! Żyłeś w czasach Królestwa Egharii! – zbladła.


-      To prawda. Rzeczywiście tak było i dawno już umarłem, ale... – uśmiechnął się diabelsko. – Zostałem wskrzeszony przez Orianę, minionej nocy.


-        Co takiego?!


-        To, co słyszysz. W dodatku nie tylko ja powróciłem do życia, ale i pozostali.


-        Nie chcesz chyba powiedzieć, że powrócili do życia wszyscy mistrzowie z Wielkiego Czarnego Zamku? – Tiya poczuła, że robi jej się słabo.


-        Dobrze myślisz – rzekł złowrogo i podszedł do przerażonej kobiety.


-        Jak to możliwe, że zostaliście wskrzeszeni?


-      Cesarzowa posiadła Zakazaną Księgę Czarnej Magii – Mistrus i nauczyła się starożytnego zaklęcia wskrzeszania zmarłych. Wystarczyło, że miała nasze podobizny na obrazach i byle jaki przedmiot, który do nas należał. W moim przypadku był to magiczny Pierścień Klątw.


-        A-Ale po co?


-       O? Czyżby nie podobał ci się nasz powrót, Tiyo? – kobieta zadrżała, gdy Nekromanta ujął jej brodę i zmusił, by spojrzała w jego starożytne, złote oczy. – Powinnaś się cieszyć. Teraz nie ma obaw, że jakiś tam Heryon i niedojrzała Mirella pokrzyżują nam plany. Ani ona, ani Alren nie są w stanie nas pokonać. Okazuje się, że wy, generałowie, sobie nie radzicie. Wasze umiejętności znacznie spadły, w porównaniu z Generałami w starożytności...


-        Jak śmiesz! – uniosła się. – Ostatnim razem prawie mi się udało! Teraz gdybym tylko mogła się dostać na tę wyspę...


-        To co? Pokonasz Alrena i Mirellę?


-        Oczywiście!


-        Dobrze więc. Zdejmę, specjalnie dla ciebie, tę lichą klątwę, która otacza Kher... – zerknął z pogardą na wyspę, w oddali.


-        J-Jak?


-        Zapominasz, z kim rozmawiasz... – rzekł z kpiącym uśmieszkiem.


-     No tak... – przyznała i nagle wstrzymała oddech, gdy Imajos zbliżył swą twarz do niej i niespodziewanie pocałował ją drapieżnie w usta.


-        C-Co robisz? – próbowała się bronić, ale po drugim pocałunku przestała się opierać.


-     Wybacz, złotko. Ale nie robiłem tego całe wieki i nie mogłem się powstrzymać, zwłaszcza żeś urodziwa... – mruknął, przesuwając dłonią po jej plecach w dół, zatrzymując się na pośladkach, które ścisnął mocno i agresywnie, przyduszając ją do siebie.


Tiyi zabrakło tchu. Nie wiedziała, dlaczego ten gość tak ją pociągał. Czy to ta starożytna uroda i siła? A może to tylko klątwa? Nieistotne. Cokolwiek było tego przyczyną , oddala mu się bez reszty.


 

Aruell
Nastrój: wesoły ;D
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 173

czwartek, 1.marca.2012, 00:00



Rozdział 173



21 dzień ruanu 8976 roku, Norhen – Kher, poranek


Alren poruszył się nieznacznie i poczuł, że ktoś się do niego mocno przytula. Uniósł niespiesznie powieki i zerknął na śpiącą wciąż Ellę, skuloną przy jego obnażonej piersi. Uśmiechnął się momentalnie, po czym bardzo ostrożnie wyślizgnął się z łóżka, by jej nie zbudzić. Udało się. Złotowłosa wtuliła się w poduszkę i nadal smacznie spała. Poszedł cichutko do łazienki, klnąc w duchu na ból, który rozsadzał jego głowę po wczorajszej popijawie, a gdy wrócił, owinięty tylko białym ręcznikiem wokół pasa, oparł się o komodę niedaleko łóżka i przyglądał się swej bogini.


Ella ukryła pod kołdrą tylko swój brzuch i piersi, więc podziwiał jej długie nogi, delikatne dłonie i twarz, która wyglądała tak, jakby śniło jej się coś miłego. Jej bujne, złoto blond włosy znajdowały się w kompletnymi nieładzie, ale i tak zachwycały. A może własne dlatego? Nie mógł oderwać od niej oczu. „Jak ona piękna...” – mruknął pod nosem, niezmiernie dumny, że ją poznał i zdobył jej serce. Czuł się prawdziwym szczęściarzem i nie zamierzał z nikim się dzielić tym szczęściem. Ona była jego. Tylko jego. Oparł się pokusie i usiadł na brzegu łóżka, by móc jej dotknąć.


Musnął palcami jej twarz, ramię i odsłonięta nogę. Zobaczył, że nieznacznie się poruszyła. Uśmiechnął się i musnął wargami jej czoło, wdychając cudowny zapach włosów i usłyszał ciche mruknięcie. Nie otworzyła oczu, ale wiedział już, że nie śpi. Skubnął jej nos, policzki, aż dotarł do ust, które natychmiast rozchyliła. Poczuł miły dreszczyk. Zaraz potem pokazała mu swe błękitne oczy, ukryte pod grubymi, ciemnymi rzęsami. Zatonął w jej spojrzeniu. Położył dłoń na jej policzku, odwzajemnił uśmiech, jaki mu posłała i znów pocałował jej usta, niespiesznie, dokładnie i namiętnie. Dotknęła jego szyi i przymknęła oczy, czując przyjemne mrowienie na całym ciele. A gdy rozwiązły pocałunek skończył się, Ella odezwała się nieco zaspanym głosem:


-        Dzień dobry, Ren...


-        Cześć, Kotku... – spojrzał na nią w taki sposób, że zarumieniła się z miejsca.


-        Widzę, że z tobą już w porządku – mrugnęła do niego i wstała z łóżka, owijając się cienkim prześcieradłem, na co on zareagował śmiechem. Zrobiła to oczywiście celowo. – Nie śmiej się, diable jeden... – bąknęła i chciała pójść do łazienki, ale nie pozwolił jej.


Chwycił jej rękę i pociągnął tak, że wyładowała na nim. W jego spojrzeniu nie ujrzała już czułości, a psotne ogniki. To był znak, że Ren już się w pełni obudził. Zamruczała ze znaczącym uśmiechem, gładząc jego tors, gdy on trzymał ręce poniżej jej krzyża.


-        Mój niegrzeczny Ren... – rzekła zmysłowo, wiedząc, co mu chodzi po głowie.


-        No co?


-        Nic... – rzekła, czując jego podniecenie przez cienkie prześcieradło. Podniosła się i odrzuciła białe nakrycie na podłogę, pokazując mu wszystkie swoje wdzięki. – Co, zamierzasz się tylko przyglądać?


-        Ani myślę, Ziółko... – mruknął i przeturlał się tak, że był teraz na górze.


Zadrżała, widząc w jego spojrzeniu pożądanie, a zaraz potem poczuła namiętny pocałunek. Rozpalili się w ciągu kilku minut i zjednoczyli w jedno ciało, jeden oddech, jeden rytm serc, w jedną duszę...


Gdy później leżeli przytuleni, gładził jej plecy, a ona obejmowała jego szeroką pierś. Milczeli, wyrażając tym wymowne szczęście, aż zauważyli, że pora śniadaniowa już prawie minęła.


-        Ren... Nie jesteś głodny?


-        Trochę...


-        A ja bardzo.


-        Tak cię zmęczyłem? Moje biedactwo... – zakpił, a ona spojrzała na niego krytycznie.


-        Cicho, bezwstydniku! Idziemy coś zjeść.


-        Jak rozkażesz, Pani... – uśmiechnął się szeroko i ujął jej dłoń, przyciągnął do swej twarzy i pocałował wnętrze. Mruknęła, takie to było przyjemne.


-        Potem pójdziemy do Renalii, prawda? – chciała się upewnić.


-        Tak.


-        I co zrobisz?


-        Zobaczysz... – rzekł tajemniczo, śmiejąc się w duchu z niepewności w jej spojrzeniu.


-        Co ty kombinujesz?


-        Nic, Kotku. Spróbuję tylko sprostać swemu powołaniu...


***


Około południa


Alren i Ella spędzili miły poranek. Przy śniadaniu omówili wszystkie zmiany, jakie zaszły oraz ogólny plan działania. Mieli pozałatwiać sprawy, związane z prawdziwą tożsamością Alrena, pomóc Heryonom, znaleźć Calinę i dowiedzieć się od niej czegoś o zniknięciu Hariosa, a potem wyruszyć do krainy Elfów. Oboje jednak nie mieli złudzeń i wiedzieli, że w praktyce to może nie być takie proste i że sprawy mogą potoczyć się zupełnie inaczej, niż planowali. Niemniej jednak rozmowa z Ellą bardzo pomogła Alrenowi pozbierać myśli.


Kiedy więc szli w stronę domu Renalii, gawędzili już wesoło, zrelaksowani, trzymając się za ręce. Nie trwało to jednak długo, bowiem od razu zauważyli, że wzbudzają ciekawość wielu mieszkańców Kheros, którzy ukradkiem im się przyglądali, przeważnie z ukrycia lub udając, że robią coś innego. Jak tylko ktoś z nich natrafił na spojrzenie Alrena, szybko i panicznie odwracał wzrok. Wyglądali na wystraszonych i zdezorientowanych. Mężczyzna zmarszczył czoło.


-        Boją się mnie...


-        Dlaczego? – spytała Ella, która nie mogła tego zrozumieć. – Przecież jesteś jednym z nich...


-        Chyba wieści rozeszły się szybciej, niż przypuszczamy. Pewnie dowiedzieli się, że jestem synem Algora. Księciem, który przecież umarł w czasie narodzin – zastanawiał się głośno.


-        No dobrze, ale czemu boją się swojego księcia, zamiast się cieszyć, że jednak żyje?


-        Myślę, że są po prostu zagubieni... Rozumiem ich – spojrzał w stronę kilku gapiów smutno i przez chwilę wydawało mu się, że widzi na ich twarzach wstyd.


Alren westchnął i poszedł dalej. Ella natomiast zauważyła jakąś scenkę w jednej z alejek gigantycznej jaskini. Ujrzała Akiyę, zaczepioną przez dwóch pijanych, młodych chłopaków.


-        Spójrz, czy to nie Akiya?


-        Tak, to ona... – stwierdził. – Moja... siostra.


Alren przypomniał sobie, jak przy śniadaniu Ella opowiedziała mu całą historię Akiyi. Wiedział, od rozmowy z Renalią, że Akiya jest jego siostrą, ale nie myślał o tym. Był zbyt zszokowany tym wszystkim, czego się dowiedział w ciągu kilku minut. Teraz przyglądał jej się, gdy krzyczała na tamtych chłopaków, by dali jej spokój. Nietrzeźwi chłopcy podrywali ją bowiem zbyt nachalnie. Miał ochotę podejść i pogonić typów, ale okazało się, że nie musiał. Wraz z Ellą otworzyli oczy szeroko ze zdumienia, gdy Akiya kilkoma zwinnymi ciosami i kopnięciami, powaliła ich na ziemię.


-        A niech mnie licho... – zaśmiała się złotowłosa. – Ona jest do ciebie naprawdę podobna, Ren...


-        Faktycznie, bardzo to śmieszne... – bąknął, widząc jej ubaw, a Ella znów zachichotała.


Oboje zbliżyli się do tamtej trójki. Chłopcy nie chcieli dać za wygraną i ciągle wstawali, ilekroć Akiya ich powaliła, co irytowało ją coraz bardziej.


-        Dajcie mi spokój! – syknęła Akiya. – Jeszcze chwilę i nie będę już tak delikatna.


-        Ach, złotko, jesteś taka śliczna, gdy się złościsz... – jęknął jeden z nich i znów wyciągnął rękę, by spróbować jej dotknąć, kiedy nagle poczuł silny uścisk. Niespiesznie zerknął w górę i zbladł na widok spojrzenia Alrena.


-        Głuchy jesteś? – Ren rzekł niskim, paraliżującym głosem. – Ta dziewczyna ma cię serdecznie dość. Zmiataj! – dodał i odepchnął go tak mocno, że aż się przewrócił.


Drugi chłopak łypnął na niego przerażonym wzrokiem, pomógł tamtemu wstać, po czym oboje szybko uciekli w głąb miasteczka. Alren prychnął i zerknął na Akiyę, która nie mogła oderwać od niego wzroku, odkąd do nich podszedł. Zauważył jej zakłopotanie, grymas bezradności i rumieńce, które chciała koniecznie ukryć.


-        Dzięki, ale poradziłabym sobie sama – bąknęła, poprawiając nerwowo ubranie.


-        Nie wątpię – odparł z uśmiechem, widząc w niej siebie. – To na razie, Aki – dodał łagodnie i poklepał ją delikatnie po głowie.


Potem wraz z Ellą skierowali się w stronę domu Renalii. Złotowłosa posłała Akiyi znaczący uśmiech, ale dziewczyna tego nie zauważyła. Była zbyt przejęta spotkaniem z bratem. Wciąż słyszała, jak pieszczotliwie zdrobnił jej imię, czego nie robił do tej pory nikt inny, oprócz jej mamy, a co bardzo lubiła. Natomiast niewinne poklepanie po jej głowie było przyjemniejsze, niż mogła przypuszczać.


Nie miała pojęcia, jak to wyjaśnić. To było takie ciepłe. Czuła się nieco zagubiona. Dopiero co odkryła, że ma brata. Jednak mimo że był jej obcy i nie znała go, to przed chwilą miała wrażenie, jakby łączyła ich jakaś niewidzialna więź. To było podświadome uczucie, którego nie sposób było zrozumieć.


Po dłuższej chwili otrząsnęła się z zadumy i spojrzała w stronę, w którą poszli, ale już ich nie widziała. Mimo to wiedziała, dokąd się udali i sama mimowolnie skierowała się w tamtym kierunku.


***


Południe, dom Renalii


Renalia właśnie wracała od starszego kapłana – Ghara, którego musiała poinformować o ostatnich wydarzeniach. Nie miała humoru i martwiła się o Rena. Nie wiedziała, co teraz robi i co sadzi o tym wszystkim. Nie wiedziała, co on postanowił. Nie musiał bowiem przyjmować obowiązków księcia. Nie miała zamiaru go do tego zmuszać. Nie znał swej tożsamości, ułożył sobie życie i nie mogłaby tego zniszczyć. Chciała tylko odzyskać syna. Nadrobić czas, który straciła najlepiej, jak to tylko możliwe. To wszystko. Cała reszta była tylko dodatkiem. Niestety obawiała się, że Alren nie uzna jej za matkę i nie mogła go za to winić. Martwiła się.


Kiedy tylko podeszła do drzwi od swego domu, usłyszała śmiech, dobiegający ze środka. Ocknęła się natychmiast i cichutko uchyliła drzwi, a potem zamarła w bezruchu, widząc Alrena siedzącego z Mirellą na kanapie. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że całowali się tak namiętnie, że od samego patrzenia na to, można było się zarumienić. Zszokowana, dawna królowa wyraźnie widziała szczęście w oczach Rena i Mirelli. Nie miała wątpliwości  co do tego, że się kochali, ale i tak to było dla niej niezwykłe odkrycie. „A więc mój syn i Księżniczka Miryonu są parą?” – pytała samą siebie w myślach, nie mogąc w to uwierzyć. Nagle podskoczyła, słysząc jego głos.


-        Wejdź, Pani. Czekamy na ciebie – uśmiechnął się do niej, dając jej do zrozumienia, że wie, iż ona od kilku minut bezwstydnie się im przygląda.


Zmieszana Renalia usiadła na fotelu, naprzeciw nich i patrzyła na nich bez słowa. Alren uśmiechnął się ponowienie, ujął rękę Elli w bardzo dostojny sposób i czule ucałował jej dłoń, zaskakując nieco złotowłosą.


-        Nie bądź taka zdziwiona, Pani... – rzekł zmysłowo do swej matki. – Wiedz, że Ella i ja kochamy się od dawna. Nie ma dla mnie nic droższego, niż ona – dodał jeszcze, a Renalia uśmiechnęła się tylko.


-     To widać... Zaiste, lepiej wybrać chyba nie mogłeś – spojrzała na Ellę znacząco, co ją nieco skrępowało. – Jednak to może poczekać. Muszę cię teraz zapytać o coś innego, co nie daje mi spokoju...


-        Nie musisz. Wiem, co to za pytanie i zaraz ci na nie odpowiem.


 

Aruell
Nastrój: wesoły^^
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 172

środa, 29.lutego.2012, 00:00



Rozdział 172



20 dzień ruanu 8976 roku, Norhen – Kher, noc


Ella spojrzała na Alrena z kpiącym uśmieszkiem, kiedy mężczyzna zamknął za nimi drzwi od pokoju. Oparła się o drzwi plecami, a on spoglądał na nią z góry, z jednoznacznym spojrzeniem.


-        Co? Raptem naszła cię ochota na igraszki? – zadrwiła złotowłosa, ciesząc się w duchu, że jej plan zadziałał.


Alren nie odpowiedział, tylko przygniótł ją do drzwi i przywarł do niej całym swoim ciałem. Ella przełknęła ślinę, widząc jego zamglone alkoholem oczy i słysząc jego przyspieszone bicie serca.


-        Nie igraj ze mną, Kotku... - warknął zmysłowo i przydusił jej ręce do drewna.


-      To ty ze mną nie igraj! – odparła, udając złą i używając odrobiny magii, odepchnęła go mocno, aż się zachwiał. – Myślisz, że możesz mnie bezkarnie ignorować? Już wystarczająco długo musiałam to znosić w Alorii!


-        Chciałem tylko pobyć sam. Nie rozumiesz tego? – syknął i wypił szklankę wody, którą znalazł na stole.


-        Samotność ci nie służy, Kotku... – mruknęła z przebiegłym uśmiechem i usiadła na stole, rozpuszczając swe włosy, które do tej pory miała związane w koński ogon. Ren spojrzał na nią znacząco.


-        Prowokujesz mnie...


-      Jak na to wpadłeś? – zakpiła, opierając się rękami o blat i wyginając swe ciało tak, żeby wyeksponować swój biust. Ren wypił wodę do końca, a potem rozbił szklankę o ścianę. – Co robisz? – zdziwiła się, ale nie zdążyła dodać nic więcej, bo niespodziewanie wyrósł tuż przed nią.


Zerknęła w jego zielone, lśniące z pożądania oczy i przeszył ją dreszcz podniecenia. Szarpnął nią, jednym ruchem ściągając ze stołu i przyciągając ku sobie. Poczuła jego gorący oddech na twarzy i odruchowo rozchyliła usta.


-        Ściągaj ciuchy, Kotku... – rzekł rozkazującym tonem, aż ją zatkało.


-        Sam je sobie ściągnij, draniu! – oburzyła się.


-        Ty to zrób – zadrwił i owiał jej szyję gorącym oddechem, aż zadrżała z emocji. – To ty zaczęłaś tę grę.


-        Nieprawda... – żachnęła się i chciała się odsunąć, z powrotem na stół, ale nie puścił jej.


-      Jak chcesz... – zakpił i jednym szarpnięciem przerwał zapięcie jej gorsetu, a potem wyrzucił ubranie gdzieś obok, natychmiast wpijając się w jej obnażony dekolt.


Pod Ellą ugięły się kolana. Odchyliła głowę, zamknęła oczy i jęknęła, gdy sprawnym ruchem pozbawił ją stanika. Pieścił drapieżnie jej piersi, a po chwili chwycił ją i gwałtownie przydusił do ściany, kąsając jej szyję tak agresywnie, że serce Elli przyspieszyło niesamowicie. Z trudem oddychała, bez opamiętania gładząc jego plecy i tors. Czuła jego rozgrzaną skórę i sama też płonęła ogniem pożądania.


-        Ren... – westchnęła, czując zarazem ból i rozkosz, gdy raz pieścił językiem a raz przygryzał jej skórę.


-        Ciii... – szepnął i wziął ją na ręce, całując jednocześnie wgłębienie jej szyi.


Ella oplotła go nogami i wzdychała mu prosto do ucha, wsadzając palce w jego włosy. Chwilę później wylądowała na łóżku i zaraz potem straciła oddech, gdy wpił się w jej usta, przygniatając ją swym potężnym ciałem. Prawie się dusiła, więc chciała się nieco odsunąć, ale wówczas przygniótł jej ręce do materacu, zakończył pocałunek i patrzył jej głęboko w oczy, kiedy ona łapczywie wciągała powietrze.


W głowie jej się kręciło z wrażenia i myślała sobie, że zaraz oszaleje. Usta jej pulsowały od jego namiętnych pocałunków, serce mało nie wyskakiwało z jej piersi i głos jej odebrało. Dawno już nie widziała, by Alren był aż tak gwałtowny i zwaliła wszystko na alkohol. Przymknęła oczy, gdy dosłownie zerwał z niej pozostałe ubrania i pocałował poniżej pępka, puszczając jej ręce i gładząc z naciskiem całe jej ciało.


-        Pragnę cię... – wyjąkała półprzytomnie.


-        Wiem... – uciszył ją, zasłaniając jej usta całą dłonią, a potem niespodziewanie w nią wszedł i stłumił jej krzyk.


Świat zakręcił się dookoła i nabrał zupełnie innych barw, gdy poczuła w sobie ten żar. Jęknęła głośno, widząc spod przymkniętych powiek jego magiczne, spojrzenie. Znowu to samo. Znów odczuwała tę nieziemską, zdwojoną rozkosz.


Oboje nie myśleli teraz o niczym innym, jak o swoich ciałach i uczuciach. Ich serca biły jednym, szalonym rytmem. Oddychali z trudem, zjednoczeni tak mocno, że bardziej się nie dało. Ella podrapała jego plecy, jak kotka, zupełnie nad sobą nie panując, ale on nie czuł bólu. Czuł jej zmysłowy zapach i jedwabistą skórę, drżącą pod każdym jego dotykiem. Oboje byli na skraju wytrzymałości, aż w końcu osiągnęli punkt krytyczny.


Zamarli w bezruchu, mocno przytuleni, nie panując nad drżeniem swych ciał i czując trudną do opisania, euforyczną ekstazę, czekali, aż odzyskają zmysły i spokojny oddech. W końcu Ren przeturlał się tak, że Ella znalazła się na górze i wtuliła się w jego gorący tors. Wciąż jeszcze drżała, usatysfakcjonowana, gdy objął ją już delikatnie. Uniósł jej głowę, by spojrzeć na jej twarz i uniósł kąciki ust w triumfalnym uśmiechu, gdy ujrzał jej mocne rumieńce i błyszczące oczy.


-        Ello... – rzekł i nie dokończył, nie wiedząc jak wyrazić to, co czuł w tej chwili.


-        Czujesz się już lepiej? – mruknęła, słysząc jego ciepły ton głosu, pełen czułości.


-        Jeszcze pytasz? – zaśmiał się dyskretnie i złożył na jej ustach słodki pocałunek, który o całe mile różnił się od drapieżnej miłości, którą zafundował jej przed chwilą.


-    Martwiłam się... – wyznała, patrząc mu w oczy. – Naprawdę nie wiem, jak możesz się teraz czuć... Po tym, czego się dowiedziałeś...


-        To już nieważne... – szepnął. Gładząc jej policzki palcami, nieustannie wywołując na nich rumieńce. – Zniosę wszystko tak długo, jak ty będziesz przy mnie – rzekł spontanicznie, a jej serce podskoczyło z radości.


-        Nigdzie się nie wybieram - powiedziała, całując go po twarzy – mój książę...


Alren zaśmiał się, słysząc ostatnią uwagę. Pomyślał, że jego życie jest wyjątkowo bogate w niespodzianki i choć kiedyś w przeznaczenie nie wierzył, to teraz był już pewien, że się mylił.


-     Ironia losu, prawda? – mruknął, tuląc ją do siebie. – Najpierw okazało się, że ty jesteś księżniczką, a teraz, że ja jestem księciem... Nie sądzisz, że to zbyt wiele, jak na przypadek?


-        Nie ma przypadków. Wszystko, co się dzieje, ma swoją przyczynę i skutek... – odparła, głaszcząc go po torsie.


-        Może...


-        Ren?


-        Słucham.


-        Wrócisz tam, prawda? Do Renalii i Akiyi... – spojrzała mu w oczy, a on milczał. – Kiedy wyszedłeś, twoja... matka... Rozpłakała się. Jest przekonana, że jej nie wybaczysz tego, że cię oddała państwu Adhenos.


-        Mhm...


-        Nie mam prawa oceniać, czy to było słuszne, czy nie ani niczego ci sugerować, ale... Wydaje mi się, że to rzeczywiście uratowało ci życie. Pewnie było im ciężko...


-        Ello... – przerwał jej, wiedząc, do czego zmierza. - Nie zamierzam chować urazy. To było dawno temu... – odparł, a ona ucieszyła się w duchu, choć podejrzewała, że tak będzie.


Nawet jeśli na to nie wyglądał, Ren miał dobre serce. Wiedziała o tym od bardzo dawna.


-      Jednak nadal nie czuję się z nią związany. Nie znam jej i mimo iż jest moją matką, nie będę raptem kochającym synkiem. To wymaga czasu... Na razie próbuję zaakceptować wszystkie fakty, choć jest to dla mnie trudne...


-        Rozumiem cię, ale... Nie zostawisz ich samych sobie, prawda? – spytała poważnie.


-        Pytasz, czy im pomogę? Jeśli będę w stanie, to oczywiście – rzekł, uśmiechając się do niej lekko. – Ale to ciebie chcieli prosić o pomoc, pamiętasz?


-        Więc pomóżmy im razem – ujęła jego twarz w dłonie i ucałowała słodko, pragnąć obdarzyć go jak największą czułością.


-        Kocham cię... – wyszeptał, gdy tylko oderwała od niego swe usta. – Jesteś dla mnie wszystkim, Ello... – miał ochotę to wyznać i znów namiętnie ją pocałował, gdy tylko westchnęła ze szczęścia.


***


Tymczasem, w innym budynku


Gord i Soana siedzieli przy jednym stole w domu Renalii, która użyczyła im dwuosobowego pokoju gościnnego i pili wino, jedząc przy okazji tutejszy przysmak, przypominający jakieś chrupki. Długo milczeli, ale w końcu Soana spojrzała na niego wymownie.


-        Dziwne, prawda?


-        Co?


-        Przybyliśmy tu, by znaleźć Calinę, ale zamiast niej, spotkaliśmy Akiyę. A potem zamiast rozmawiać o przysłudze dla Heryonów, spotkaliśmy matkę Alrena i odkryliśmy, że on jest... księciem.


-        Mnie tam już nic nie zdziwi... – westchnął blondyn. – Po nich można się spodziewać wszystkiego.


-        Nie da się ukryć... Jak myślisz? Co teraz będzie?


-        Nie mam pojęcia. Liczę jednak na to, że szybko znajdziemy Calinę i opuścimy ten kraj... Nie lubię Norhenu.


-        Może polubisz, kiedy Alren zostanie jego królem? – rzekła z przekąsem, a jemu przeszedł dreszcz po plecach.


-        Nie chcę o tym myśleć... On i bez tego mnie przerasta...


-        Przestań się do niego porównywać. Spróbuj się z nim zaprzyjaźnić – westchnęła Elfka, pijąc łyk wina.


-        Znowu zaczynasz...


-        A z innej beczki... Co sądzisz o Renalii i Akiyi? – spytała poważnie.


-        Sam nie wiem. Renalia wydaje się być nieco stłamszona, wystraszona i ma wypisane na twarzy poczucie winy. Poza tym wygląda, że jest w porządku – analizował na głos. – A Akiya... Za każdym razem, gdy ją widzę, ciarki mnie przechodzą....


-        Dlaczego?


-        Ma w spojrzeniu to samo, co Alren. Budzi mój niepokój...


-        Za bardzo się tym przejmujesz. Wyluzuj – prychnęła. – Nie sądzisz, że jest śliczna?


-        Cóż... – zastanowił się. – Powiedziałbym, że nieziemska...


Gord zamyślił się, przypominając sobie wrażenie, jakie na nim wywarła na samym początku, jak tylko się jej przyjrzał w salonie. Miała piękne, niemałe piersi, wyraźnie zaznaczoną talię i długie, zgrabne nogi. Jej twarz, choć miała surowy wyraz, emanowała dostojnym pięknem. Skórę miała apetycznie śniadą, a włosy, bardzo długie i proste, czarne i zawsze związane w uroczy koński ogon. A oczy... Jej oczy go przerażały, ale chwilami i fascynowały. Miała też melodyjny głos, zmysłowy i typowo kobiecy. Gord nie miał pojęcia, że jego policzki na chwilę się zarumieniły, co Soana od razu zauważyła.


-        Rumienisz się... – uśmiechnęła się.


-        To tylko wino...


-        Niech ci będzie... – zachichotała i wznieśli kolejny toast za powodzenie misji.


 

Aruell
Nastrój: wesoły^^
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 171

wtorek, 28.lutego.2012, 00:00



Witajcie!


Na dobry początek tego tygodnia, chciałabym ciepło powitać dwie kolejne czytelniczki, które dołączyły w minionym tygodniu do grona stałych bywalców  – Usę i Laurie.


Bardzo mi miło, że jesteście. ;)


Pozdrawiam też serdecznie pozostałe czytelniczki i tych, którzy nie dali się poznać. ;)


A teraz już życzę miłego czytania ;)


Aru


***


Rozdział 171



20 dzień ruanu 8976 roku, Norhen – Kher, popołudnie


Renalia długo patrzyła w stronę drzwi, którymi wybiegł Alren. Cisza, jaka zapanowała w pomieszczeniu była nie do zniesienia. Nikt nie śmiał się poruszyć ani odezwać. W końcu była królowa opadła ciężko na fotel, stojący nieopodal i roniąc łzy, ukryła twarz w dłoniach.


-        On mi nie wybaczy... – załkała boleśnie. – Nie wybaczy...


Słowa Renalii obudziły towarzystwo. Gord spojrzał na Soanę znacząco, a ona na niego. Nie wiedzieli, co robić. Aki usiadła, przesunęła się do królowej i wtuliła się  w jej nogi.


-        Mamo, nie mów tak...


-        Ona ma rację – rzekła nagle Ella, która próbowała zachować zimną krew, choć w środku cała się telepała z emocji. – On po prostu jest w szoku – dodała, siadając obok Renalii i kładąc dłoń na jej drżącym ramieniu.


-        Księżniczko... – kobieta spojrzała na złotowłosą niepewnie.


-        Zaufaj mi, Pani... – uśmiechnęła się Ella. – Znam go. Nie odwróci się od ciebie, Aki ani swego ludu...


-        A właśnie... – wtrąciła się Soana. – Aki jest przyrodnią siostrą Rena, tak? Dobrze zrozumiałam?


-        Tak... – skinęła głową dawna królowa. – Sześć lat po ucieczce z pałacu, związałam się z Ronvesem – moim zaufanym strażnikiem, który zawsze mnie wspierał. Zakochaliśmy się w sobie z czasem. On nigdy nie próbował zastąpić Algora. Był po prostu czuły i opiekuńczy. Kochał mnie na swój sposób, a ja odwzajemniłam jego uczucia. Wkrótce po ślubie, jaki wówczas wzięliśmy, zaszłam z nim w ciążę. Tak przyszła na świat Aki... – pogłaskała córkę po twarzy.


-        Zatem Akiya jest sześć lat młodsza od Alrena? – wnioskował Gord. – A Ronves jest jego ojczymem?


-        Zgadza się.


-        Gdzie on teraz jest?


-        Wyruszył na pewną misję. Wróci pojutrze... – wyszeptała była królowa. – Wybaczcie mi... Chcę zostać sama. Muszę pomyśleć – rzekła drżącym głosem, wstała i poszła do swej osobistej komnaty.


Nikt jej nie zatrzymywał. Akiya również skłoniła się subtelnie i w milczeniu opuściła swój dom. Gord westchnął głośno i spojrzał na Ellę oraz Soanę wymownie.


-        Co za historia... Teraz rozumiem, skąd w Alrenie ta dostojna i dumna postawa – Gord pokręcił głową z niedowierzaniem. - Książę Norhenu... Niech mnie licho! Czego jeszcze się o nim dowiem?


-      Mnie też jest trudno w to uwierzyć – przyznała Soana i nagle zauważyła, że Ella wstała i skierowała się do wyjścia. – Dokąd idziesz?


-        Poszukam Rena – rzekła krótko i wyszła, nim zdołali cokolwiek powiedzieć.


Gord zatrzymał Soanę, która chciała iść z nią i pokręcił znacząco głową. Elfka westchnęła i zgodziła się pójść z blondynem na spacer po jaskini Heryonów.


***


Wieczór, w karczmie „U Wesołego”


Alren poprosił o dwa bardzo mocne drinki, które wypił duszkiem, a następnie zamówił szklankę wina, a potem następną i następną. Pił bez opamiętania, siedząc przy barze na wysokim stołku, wpatrzony tępo w blat. Nie chciał myśleć o niczym. Nie chciał dopuścić do świadomości tego, czego się dziś dowiedział. To było zbyt szokujące... Niemożliwe... Przy trzeciej szklance wina, karczmarz odważył się do niego zagadać.


-       W porządku, nieznajomy? – spytał, ale Alren nie odpowiedział, tylko wypił kolejny łyk alkoholu, a mężczyzna pokręcił głową. – Masz mocną głowę, młodzieńcze... Ale jak to możliwe, że nigdy cię tu nie widziałem? Myślałem, że znam każdego mieszkańca Kheros...


-        Dolej, proszę.


-        Eh, musisz mieć poważny problem, skoro tak poważnie pijesz... – zamilkł, gdy ujrzał jego ponure, zielone spojrzenie i bez słowa więcej dolał mu więcej wina.


Kiedy alkohol zaczął na niego działać, zrobiło mu się gorąco. Bez namysłu zdjął wówczas swoją tunikę i odgarnął włosy z twarzy. Nim się obejrzał wokół niego pojawiły się dwie kobiety, które wręcz pożerały go wzrokiem odkąd tu wszedł, a teraz postanowiły podejść. Jedna usiadła po jego lewej stronie, a druga po prawej, ale on nie spojrzał na żadną z nich. Kobiety poczuły się tym urażone i zaczęły go dotykać.


-        Hej, przystojniaku... Może zamienisz wino na którąś nas?


-        Skuś się... Nie pożałujesz... – dodała druga.


Obie z błyszczącymi oczami, liczyły na jego uwagę, oznakę zainteresowania, ale on nadal ochoczo popijał wino, traktując je jak powietrze.


-        Ren... – usłyszał nagle gdzieś za sobą i znieruchomiał na chwilę. Dobrze wiedział, czyj to głos.


Ella stała za nim ze skrzyżowanymi rękoma na piersi i patrzyła na niego z mieszanką współczucia i złości, widząc dwie seksowne kobiety obok niego, które nawiasem mówiąc, spojrzały na nią krzywo.


-        Co się tak gapicie? – warknęła złotowłosa, a one prychnęły. – Zabierajcie łapska od niego!


-        A co ci do tego? – syknęła jedna z nich i wówczas oczy Elli błysnęły błękitem.


-        On jest mój – rzekła, uśmiechając się złośliwie. Te dwie z jakiegoś powodu okropnie ją irytowały.


-        Doprawdy? To dlaczego nawet na ciebie nie spojrzał?


-        Wynocha... – usłyszały nagle jego niski, porażający głos.


-        Co?


-        Głuche jesteście? – posłał im złowrogie spojrzenie, a one zadrżały ze strachu i podniecenia zarazem. Nie znosił, gdy ktoś zwracał się takim tonem do Elli. – Powiedziałem... wynocha! – warknął, uderzając głośno szklanką o blat, aż podskoczyły.


Kobiety parsknęły oburzone i patrząc na Ellę z wyrzutem, poszły gdzie indziej. Ella zaś wzięła głęboki oddech i usiadła obok Rena. Spojrzała na niego z boku i stwierdziła, że nigdy nie widziała go w takim stanie.


-        Co z tobą, Ren? – spytała, ale on nie odpowiedział. W dalszym ciągu na nią nie patrzył.


Alren nie chciał, by Ella go takiego widziała i nie był zadowolony, że tu przyszła. Był wzburzony i już pijany. Złotowłosa, widząc jego zachowanie, westchnęła i zawołała karczmarza.


-        Wino, poproszę.


-        Oczywiście, moja piękna... – karczmarz nie mógł się powstrzymać od tego komentarza, widząc Ellę.


-        Powiedz mi, dobry człowieku... – zawahała się. – Ile on już wypił? – wskazała wzrokiem na Rena.


-        Oj dużo, Pani... Dziwota, że jeszcze nie wącha podłogi – rzekł szczerze, podając Elli wino.


-        Aha...


Jeszcze nigdy nie widziała Alrena pijanego. Owszem na wpół trzeźwego - dość często, ale to był pierwszy raz, kiedy wypił tak dużo, odkąd z nią podróżował. Nie bardzo wiedziała, czego się spodziewać, choć widziała już, że nie jest zbyt rozmowny. Choć go zagadywała, on milczał i starał się na nią nie patrzeć. Nie wiedziała, co ma z nim zrobić, aż nagle ją olśniło. Wpadła na znakomity, jej zdaniem, pomysł. Wstała więc, trzymając wino i odeszła od baru.


-      Jeśli nie chcesz ze mną gadać, poszukam sobie innego rozmówcę – bąknęła Alrenowi do ucha i przysiadła się do pierwszego, lepszego stolika.


Nie musiała długo czekać na chętnych, by dotrzymać jej towarzystwa. Jak na zawołanie, dosiadł się do niej postawny mężczyzna i pożerając ją wzrokiem, próbował jej zaimponować dowcipnymi uwagami. Ella udawała, że interesuje ją to, co on mówi, a on był wniebowzięty.


Gdy zaśmiała się specjalnie za głośno, Alren jakby się ocknął z transu i zerknął pijanym wzrokiem w stronę stolika, przy którym siedziała złotowłosa. Gdy ujrzał ją w towarzystwie podejrzanego typa, odstawił szklankę i obrócił się na stołku tak, by widzieć każdy ich ruch. Jednocześnie myślał sobie, dlaczego ona mu to robi? Czy nie rozumie, że chce być po prostu sam? Zaklął pod nosem.


Tymczasem ów mężczyzna poprosił Ellę do tańca, a ona się zgodziła. Zaraz potem pląsali, w rytm wolnej muzyki, na małym parkiecie. Z każdą chwilą pozwalał sobie na coraz więcej, a Alren śledził każdy jego ruch i czuł narastającą złość w środku. Miał wrażenie, że każdą sekundą trzeźwieje. Sam był zaskoczony, jak szybko odzyskuje zmysły, widząc, jak jakiś drań dobiera się do jego ukochanej.


-     Jakaś ty piękna, złotko... – mruknął ów mężczyzna, zsuwając dłonie na jej pośladki, a ona dyskretnie uniosła jego dłonie z powrotem nieco wyżej. – Ach, nie broń się, skarbie... Jesteś taka seksowna, że tchu mi brak... – wyjąkał, podniecony do reszty.


-        Opanuj się trochę, jeśli ci życie miłe... – zakpiła z uśmiechem.


-        Grozisz mi? – zaśmiał się.


-        Ja nie... Ale on - tak. – Wskazała wzrokiem, na siedzącego przy barze bruneta, który parzył na niego złowrogo.


-        Co za jeden? Nie znam go... – bąknął i nie zaprzestał śmiałego dotykania Elli.


Po kilku minutach mężczyzna poczuł rękę na swoim ramieniu i odwrócił się zdziwiony. Ujrzał półnagiego Alrena, który przeraził go samym spojrzeniem oraz zaciętą miną.


-        Zabieraj od niej łapy – rzekł spokojnie, bardzo niskim głosem.


-      A co ci do tego, gdzie trzymam łapy? – warknął, pokazując, że się go nie boi. Chciał zabłysnąć w oczach Elli.


-       Spadaj! – syknął złowieszczo Ren i wtedy zauważył, że do mężczyzny dołączyło jeszcze dwóch jego kumpli, węsząc w powietrzu bójkę.


-        Dajcie spokój, chłopcy... – przerwała im rozbawiona Ella. – Nie wygracie z nim. Nie macie szans.


-        Odejdź, złotko. Nie podoba mi się jego gębusia i ten ton. Przyda mu się nauczka...


-     Powtarzam po raz ostatni, zjeżdżajcie, śmiecie... Bo zaraz stracę cierpliwość – rzekł Ren, ale wówczas ten, który tańczył z Ellą, zamachnął się, by uderzyć Alrena.


Ren złapał jego cios i nawet przy tym nie drgnął, a mężczyzna zdziwił się, że nie może tej ręki cofnąć, bo jego przeciwnik trzyma go stalowym uchwytem. Alren odepchnął go tak mocno, że upadł na ziemię, wywracając kilka krzeseł. Potem zablokował ciosy pozostałej dwójki. Jednemu przyłożył w twarz tak, że zasyczał z bólu i odsunął się od niego, a drugiemu przywalił kilka razy w brzuch i na koniec kopnął w przyrodzenie. I po walce... Cała trójka podwinęła ogony i opuściła karczmę, jęcząc z bólu. Ren nie zrobił im większej szkody. Kilka siniaków i guzów. Po prostu celował w czułe miejsca i to wystarczyło.


Gdy otrzepał demonstracyjnie dłonie, usłyszał brawa. Najwyraźniej sprzeczka podobała się pozostałym klientom. Zignorował to jednak i spojrzał na Ellę w wyrzutem.


-        Po co to zrobiłaś? – warknął, a ona zadrżała.


-     Ponieważ mnie ignorowałeś – odparła równie ostro i chciała odejść, ale chwycił ją zdecydowanie za nadgarstek i pociągnął w stronę baru.


-        Co robisz? – próbowała się wyszarpać, ale nie puścił jej.


Ren bez słowa wyjął sakiewkę z monetami i wynajął u karczmarza pokój, a potem zaciągnął Ellę na górę, nie pozwalając jej na żadne protesty.



Aruell
Nastrój: wesoły^^
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 170

piątek, 24.lutego.2012, 00:00



Witajcie!


Ponieważ już dwa razy proszono mnie o bonus, to niech będzie. ;)


Przed Wami jeden z najważniejszych rozdziałów w całym opowiadaniu, w którym poznacie już całą prawdę o tożsamości Alrena i innych. (albo raczej potwierdzicie lub odrzucicie swe przypuszczenia ;P)


Dodam ciekawostkę, że Akiya to właśnie ta ważna postać, o której kiedyś wspominałam i będzie nią już do końca opowiadania.


Zatem zapraszam na BONUS i życzę miłego czytania!


Pozdrawiam ;)


Aru


***


Rozdział 170



20 dzień ruanu 8976 roku, Norhen – Kher, południe


Przywódczyni Heryonów w Kheros miała długie, misternie upięte, czarne włosy, ciemną karnację i takie same oczy, jak Akiya oraz Ren. Nie była ani chuda ani gruba, co idealnie podkreślała dobrze skrojona, zielona suknia. Jej dekolt zdobił ładny, szmaragdowy wisior, który mienił się w tutejszym świetle. Mimo dojrzałego wieku, kobieta ta wyglądała bardzo młodo. Z całą pewnością była piękna i emanowała tajemniczą, arystokratyczną aurą.


Gdy tylko wkroczyła do salonu, przyjrzała się swoim gościom. Zatrzymała wzrok na Mirelli, której się grzecznie ukłoniła, z uśmiechem na twarzy.


-        Witaj, Wasza Wysokość w naszych skromnych progach – rzekła dostojnym, przyjemnym głosem, ale kiedy tylko jej spojrzenie natrafiło na oczy Alrena, spoważniała w jednej sekundzie.


Zapomniała o całym świecie. Wpatrywała się w niego zszokowana, z otwartą buzią i podeszła bliżej niego, bardzo powolnym krokiem. Pobladła nieco, a serce zaczęło jej bić, jak szalone.


Uporczywe spojrzenie tej kobiety i aura, którą emanowała sprawiło, że Alren zaczął drżeć, choć nie miał pojęcia, jak to wyjaśnić. Czuł dziwny ucisk w środku, miał problem ze swobodnym oddychaniem i nie mógł wyksztusić ani słowa. Patrząc na tę kobietę czuł coś podobnego, jak wtedy, gdy pierwszy raz ujrzał Akiyę, tylko że to obecne uczucie było znacznie silniejsze.


Atmosfera między tą dwójka była tak napięta, że przyciągała uwagę wszystkich tu obecnych. W końcu kobieta przełknęła ślinę i starała się opanować.


-        Powiedz mi, wojowniku, jak się nazywasz? – spytała niepewnie, patrząc Renowi w oczy, a on przez chwilę się zawahał, ale w końcu zdołał odpowiedzieć.


-        Alren vhe Adhenos, Pani – rzekł niskim głosem, a kobieta drgnęła i aż zachwiała się z wrażenia. – Pani! Co ci... – krzyknął i urwał, podtrzymując ją, by nie upadła.


Kobieta cała dygotała z emocji i uroniła kilka łez, nie przestając patrzeć mu w oczy, co go poruszyło. Intuicyjnie czuł coś dziwnego, będąc tak blisko niej. Kobieta uniosła powoli ręce i ujęła jego twarz w dłonie, oddychając nerwowo, jakby była w silnym szoku.


-       Alren... – wyjąkała zaskakując wszystkich, a najbardziej bruneta. – Ren... Mój synu! – załkała i objęła go tak mocno, że mało nie udusiła, a on zamarł w bezruchu, nie wierząc własnym uszom.


Wszyscy, bez wyjątku, byli zszokowani tą scena i słowami owej kobiety. Najbardziej wstrząśnięty był Alren oraz Akiya, która również znieruchomiała z wrażenia, kompletnie nie rozumiejąc zachowania swej matki. Dlatego też ona pierwsza zdołała się odezwać.


-       Mamo, co ty najlepszego opowiadasz? – krzyknęła z mieszanką wzburzenia i szoku, a kobieta odsunęła się od mężczyzny i otarła łzy, drżąca dłonią, nie mogąc przestać patrzeć na Rena.


-        Kochanie... To Alren, twój przyrodni brat... Mój syn. Mój i Algora...


-        C-Co?! – głos Akiyi się załamał. – To niemożliwe, mamo! On przecież nie żyje! – wyksztusiła po dłuższej chwili milczenia.


-    Nieprawda... Ja wiedziałam... – znów spojrzała na wstrząśniętego i bladego Alrena, który wciąż nie wierzył własnym uszom. – Wiedziałam cały czas. Czułam, że mój synek żyje i że kiedyś los zetknie nasze ścieżki... – Kobieta była szczerze poruszona.


-       Ale przecież on został pochowany! – buntowała się Akiya, choć podświadomie wiedziała, że tylko jej brat mógłby być, aż tak podobny do niej i matki.


-        W tamtej trumnie – urwała kobieta, kręcąc przecząco głową – leżał ktoś inny, Aki. Mój syn wcale nie umarł... Był duży, zdrowy i silny.


-        Cooo?! – Aki aż się zachwiała z wrażenia. – Chcesz powiedzieć, że to było jedno wielkie kłamstwo? Jak to możliwe?!


-        Wybacz, że ci o tym nie powiedziałam... Tak było bezpieczniej...


-      Chwileczkę.... – przerwał im Gord, widząc, że jego pozostali towarzysze nie są zdolni do mówienia. – Może powiesz nam, dlaczego twierdzisz, że Alren jest twoim synem? O ile mi wiadomo, jego rodzice nie żyją... – mówił rzeczowo.


-        Przybrani rodzice, Gordzie... – wtrącił się Alren. – Ale i tak... To niemożliwe, żebyś ty, Pani... – przeszedł się po pomieszczeniu, łapiąc nerwowo za głowę.


-       Alrenie, jestem twoją matką i mogę ci to udowodnić! – krzyknęła kobieta, a Ren ponownie stracił zdolność wypowiadania się i tylko patrzył na nią z mieszanką przerażenia, szoku i... nadziei.


-        Jak? – spytał ostro Gord.


-      Zaczekajcie, proszę, chwilę... – rzekła szybko i zniknęła na moment w innym pomieszczeniu, po czym wróciła z małym kuferkiem, obszytym skórą i zamkniętym na kłódkę.


Akiya, gdy ujrzała przedmiot, aż zadrżała z emocji i nerwów. Nie chciała dopuścić do myśli faktu, że ten mężczyzna jest... Pokręciła szybko głową i podeszła do matki, która otwierała właśnie kłódeczkę starym kluczykiem.


-        Co robisz, matko? Nie możesz...


-        Kochanie – spojrzała na córkę – ten medalion udowodni wszystkim, że mam rację. Tylko syn Algora może go bowiem założyć – rzekła, poczym włożyła białą rękawiczkę i wyjęła z kufra złoty medalion, w kształcie Słońca z podłużnymi rubinami w środku.


Gdy pokazała go zgromadzonym w salonie, Ella aż krzyknęła z wrażenia, co zwróciło uwagę jej towarzyszy.


-        Ten medalion... – wyjąkała. – Alrenie! Widziałam go we śnie... Miałeś go na sobie!


-        Nie pamiętam tego... – wymruczał Alren półprzytomnie, ale wierzył jej na słowo.


-        Naprawdę? – podnieciła się kobieta, podchodząc do niej. – A więc nie mylę się.


-     Co to jest, Pani? – spytał niepewnie Ren, który wciąż zastanawiał się, czy to wszystko nie jest tylko jakimś wyjątkowo długim koszmarem, a kobieta uśmiechnęła się.


-       Tylko mój syn mógłby go nosić, Alrenie. Jeśli założy to ktoś inny... – urwała, dając wisior Gordowi do ręki. – Stanie się to... – wskazała na blondyna, który upuścił natychmiast rzecz, jak oparzony.


-        To jest piekielnie gorące! – warknął Gord. Także Soana, która chciała podnieść ozdobę, szybko odsunęła palce.


-        Zgadza się...


Ella i Ren przyglądali się pięknemu medalionowi, leżącemu na podłodze, z wielkim szokiem.


-        Alrenie, podnieś to i załóż na szyję – poleciła kobieta, mimo protestów Akiyi, która bardzo się bała tego, co zobaczy za chwilę.


Ren wahał się, ale czując delikatny dotyk Elli i widząc jej łagodny uśmiech, na który się wysiliła, kompletnie zdezorientowana i zaskoczona, wziął głęboki oddech i podniósł medalion. Ku jego zdumieniu był zimny, jak każdy metal. Bez problemu więc założył go na szyję i wówczas rubiny w środku zaświeciły czerwonym światłem, które otoczyło całego Alrena. Na jego czole zaś pojawił się, mieniący kolorem krwi, znak. Mężczyzna poczuł w sobie niezwykłą moc, a ciało pulsowało.


Kobieta, widząc to znów uroniła łzy i uklękła przed nim. Na jej twarzy malowało się nieopisane szczęście i wzruszenie. Tymczasem Akiya zasłoniła usta z wrażenia i usiadła na ziemi, czując, że zaraz się przewróci. Tak bardzo drżały jej nogi.


-        To niemożliwe... – wyksztusiła młoda brunetka.


-        A jednak... Alrenie, jesteś moim synem... – rzekła kobieta.


-        Co to za medalion? Co się ze mną dzieje? – Ren tracił już kontakt z rzeczywistością.


-        To Święty Medalion Norhenu. Od zarania dziejów decyduje o tym, kto włada tym krajem. Nosić go bowiem może tylko prawowity król, a następnie jego najstarszy syn i tak dalej...


-        Zaraz, zaraz... Jak to „król”? – głos Renowi się załamał, a pozostali wstrzymali oddech.


Kobieta z trudem wstała i spojrzała  w oczy przerażonemu Alrenowi. Uśmiechnęła się do niego ciepło i chwyciła go za dłonie, czując, jakie są zimne z nerwów.


-      Nazywam się Renalia vhe Norenos. Przed laty byłam Królową tego kraju, jako żona Algora vhe Norenosa – poprzedniego Króla... – mówiła powoli, aby wszyscy wyraźnie usłyszeli. Zamarli z wrażenia.


-        Ty jesteś R-Renalia? – Soana otworzyła oczy szeroko, nie wierząc własnym uszom. – Ta, która zaginęła po śmierci Jego Wysokości?


-        Tak. Udało mi się uciec, razem z garstką innych Heryonów, dzięki poświęceniu mojego męża. To tutaj się schroniliśmy i pozwolimy, by o nas zapomniano...


-        Ale zaraz... Jeśli ty jesteś Królową Renalią... to Ren... – Ella była wstrząśnięta, a Alren oparł się o stół, próbując nie zemdleć z tego wszystkiego.


-        Tak. Alren jest synem moim i Algora, a zatem jest też prawowitym Księciem Norhenu... – rzekła dumnie, ocierając łzy wzruszenia. – Dlatego jako jedyny może nosić ten medalion i jako jedyny ma prawo do tronu w tym kraju, w przeciwieństwie do Teadosa, króla-samozwańca.


-        T-To niemożliwe... – wyjąkał Alren, szukając zaprzeczenia na twarzy kobiety, ale nie doczekał się go. – Ja nie mogę być twoim synem! Nie mogę być księciem! Przecież... gdyby tak było, nie wychowałbym się u przybranych rodziców, jak sierota! – krzyczał, masując skronie. Głowa mu bowiem pękała z bólu.


-        Niestety... To nie takie proste – zasmuciła się Renalia. – Urodziłeś się w bardzo złych czasach, Alrenie. W czasach, kiedy sprawdzano każde nowo narodzone dziecko, czy nie jest Heryonem, nie wyłączając królewskich potomków. Gdy się okazało, że dziecko jest Heryonem, natychmiast je zabijano, bez wyjątku...


-        To straszne... – wymknęło się Elli.


-        Owszem. Ukrywaliśmy z mężem swą tożsamość. Żyliśmy w stresie, bo kilka razy, prawie odkryto naszą tajemnicę. Gdyby po porodzie stwierdzono, że nasz syn jest Heryonem, to nie tylko zostalibyśmy zdemaskowani, zdetronizowani i zabici za zdradę narodu norheńskiego, ale i nasze dziecko straciłoby rychło życie... - Renalia westchnęła, gdyż opowiadanie o tym sprawiało jej ból. – Zaplanowaliśmy więc z mężem, że gdy nasze dziecko się urodzi, upozorujemy jego śmierć i oddamy zaufanym ludziom na wychowanie. Tak też było. Przy porodzie Alrena była tylko jedna osoba – położna, której bezgranicznie ufałam. Ucałowałam mojego chłopczyka i z bólem oddałam go mężowi. Tymczasem moja położna zawinęła w kocyk martwe dziecko innej kobiety, która urodziła w tym samym czasie... Niezły zbieg okoliczności, prawda? – głos jej się załamał i utkwiła wzrok w świeczniku, na stole, by nie patrzeć teraz na Alrena, który z kolei nie wiedział, co ma ze sobą zrobić.


Akiya, która o tym nie wiedziała, kręciła desperacko głową, próbując przekonać samą siebie, że to nie sen. Alren był synem Renalii i Algora, księciem Norhenu, a  zarazem jej przyrodnim bratem. Nie mogła w to uwierzyć... W tym samym czasie Ella, Soana i Gord nie wiedzieli, co o tym wszystkim myśleć, a Alren przeżywał prawdziwe katusze, poznając swą prawdziwą historię i pochodzenie, uświadamiając sobie, że przez całe życie był w błędzie.


-        Algor potajemnie zaniósł Alrena Daronowi i Evill vhe Adhenos, którzy byli od zawsze naszymi wiernymi przyjaciółmi i powierzył im naszego synka. Evill nie mogła mieć dzieci, więc czuła się zaszczycona i szczęśliwa. Ponieważ zaś nikt nie wiedział, że jest u nich niemowlę, nie sprawdzili go. Później ukrywali oni Alrena, aż można było założyć mu soczewki. Oddając naszego ukochanego synka, mieliśmy nadzieję uratować mu życie i zachować swoją tajemnicę. Planowaliśmy ogłosić prawdę, gdy Ren osiągnie pełnoletność, ale niestety los pokrzyżował nam plany...


-        Nie do wiary... – rzekła wstrząśnięta Akiya.


-      To była najtrudniejsza decyzja w naszym życiu, przysięgam... Ciężko było oddać swoje ukochane dziecko innym i udawać, że go nie znamy... Ale kochaliśmy Alrena i przez osiem lat codziennie, potajemnie o niego pytaliśmy, zapewniliśmy pomoc materialną i płaciliśmy za jego kształcenie.  – Renalia spojrzała na Rena. - Zrobiliśmy to dla twego dobra, musisz mi uwierzyć, Alrenie... – tłumaczyła swe postępowanie, gdyż mimo wszystko, od tamtej pory, co dzień czuła się winna, że oddała swego synka.


Podeszła do niego bliżej, a mężczyzna automatycznie się cofnął, zakrył usta dłonią i czuł, że traci nad sobą panowanie. Nie wiedział już czy się śmiać, czy płakać.


-       Alrenie, proszę powiedz, że mi wierzysz... – spojrzała na niego błagalnie, ale on pokręcił nerwowo głową i odsunął się od niej jeszcze bardziej.


-        Nie... Nie mogę...ja... Muszę wyjść! – wyjąkał, jednym ruchem zdjął medalion i rzucił go na stół obok, a następnie nie oglądając się za siebie wybiegł z domu, a później z jaskini.


-        Ren! – krzyknęła Ella i chciała za nim pobiec, ale Gord złapał ją zdecydowanie za rękę i pokręcił głową.


-        Zostaw go. Jest w szoku.


-        Ale...


-        Ello... On musi pobyć sam.


Ella chciała jeszcze coś powiedzieć, ale wiedziała, że to bez sensu, więc odpuściła i tylko modliła się w duchu, by jej ukochany nie zrobił, z tego wszystkiego, czegoś głupiego.


 

Aruell
Nastrój: ;)
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 169

czwartek, 23.lutego.2012, 00:00



Rozdział 169



20 dzień ruanu 8976 roku, Norhen – Kher, przed świtem


Burza powoli słabła, ale deszcze wciąż jeszcze mocno padał, szumiąc głośno. Dało się wyczuć świeże powietrze i wilgoć. Temperatura nadal była przyjemna, ale powoli zaczynała rosnąć, w miarę jak zbliżał się dzień.


Ella wtulała się w Rena, siedząc obok niego i mruczała z zadowoleniem, co na dłuższą metę rozbawiło mężczyznę. Uniósł jej podbródek i spojrzał w mistyczne, błękitne oczy z uśmiechem na twarzy.


-        Co się tak łasisz? – szepnął, by nie zbudzić śpiących towarzyszy, w głębi jaskini.


-        A co? Nie mogę? – mruknęła, ponownie tuląc się do jego obnażonej piersi.


Miał taką gorącą skórę. Uwielbiała go dotykać i słuchać miarowego, zdecydowanego rytmu jego serca. To ją uspokajało i odprężało. Czuła się wtedy bezpieczna. Gdy Alren spojrzał na nią swoimi magnetycznymi, zielonymi oczami, zarumieniła się i rozchyliła nieco usta, a on uśmiechnął się.


-        Odczuwasz niedobór czułości, Kotku? – rzekł z przekąsem, a ona potwierdziła skinieniem głowy, rozbawiając go tym.


-     Lubię twoje ciepło, Ren... Jesteś naprawdę ciepły, pomimo tego, że na pierwszy rzut oka, wcale na takiego nie wyglądasz – zauważyła, gładząc palcami jego tors, wciąż wtulona w jego ciało.


-       Dzięki, skarbie – zaśmiał się. – A tak serio... To ciepło, o którym mówisz, nie jest dla wszystkich, Ello. Tylko dla wybranych. Mało mnie więc obchodzi, na jakiego wyglądam w oczach innych.


-        Eh, zatem mam szczęście, że należę do tych „wybrańców” – zachichotała, a on puścił jej oczko i znacząco się do niej uśmiechnął.


To było takie urocze, że miała ochotę go pocałować. Pocałunek ten był krótki, subtelny i delikatny. Złotowłosa włożyła w niego całą swą miłość do Alrena, nic więc dziwnego, że mężczyzna poczuł przyjemny dreszcz i zamruczał usatysfakcjonowany, obejmując ją ramionami. Odwzajemnił jej pocałunek z taką czułością, że serce jej przyspieszyło, a na całym ciele czuła przyjemne mrowienie. Wplotła palce w jego włosy, pragnąc więcej i więcej... W końcu przytuliła się do niego mocno i pozwoliła, by pieścił jej twarz opuszkami palców oraz bawił się jej złotymi kosmykami.


-        Jestem szczęśliwa – wymruczała, zaskakując go nieco.


-        To dobrze – stwierdził, chichocząc nieco.


-        A ty? – spojrzała nagle na niego, chcąc zobaczyć jego błyszczące oczy. – Jesteś ze mną szczęśliwy?


-        Co to za pytanie, Ello? – zaśmiał się szczerze i musnął jej policzek, wywołując rumieńce.


-        No powiedz... – zamrugała pięknymi oczętami, a on złożył na jej miękkich ustach krótki pocałunek.


-        Tak. Bardziej, niż myślisz...


***


Godzina później


Alren, Ella, Gord i Soana zjedli już wspólne śniadanie i byli gotowi wyruszyć na poszukiwania Caliny. Mieli wyjątkowo dobre nastroje. Ella i Alren byli odprężeni po ostatnich, wspólnych chwilach. Soana opowiadała o swoim rodzinnym lesie, który jej się śnił, nie szczędząc szczegółów. A Gord żartował z migdalenia się Elli Rena, które go obudziło.


Kiedy już opuścili jaskinię i zastanawiali się, w którą stronę gęstego, tropikalnego lasu iść, Alren gwałtownie się poruszył i zatrzymał pozostałych ruchem ręki, patrząc uporczywie w stronę zarośli, w których wyczuł znajomą aurę.


-        Pokaż się. Wiem, że tam jesteś.


-      Nie wątpię... – usłyszeli i wówczas stanęła naprzeciw nich ta sama kobieta, którą widzieli przez chwilę, w pobliżu ołtarza Nimf Wodnych.


-        Znowu ty? – warknął blondyn i niespokojnie się poruszył.


-        Cicho, Gord – rzekł krótko Ren. – Bądź łaskawa wyjaśnić nam, kim jesteś i czego chcesz – powiedział do kobiety, której wzrok budził w nim mieszane uczucia.


Jego serce przyspieszyło niesamowicie, kiedy tylko ujrzał jej twarz, choć nie umiał tego racjonalnie wyjaśnić. Nie okazał tego jednak, chowając swe emocje pod maską niewzruszonego wojownika.


-        Nazywam się Akiya vhe Caronos. Rozumiem waszą nieufność, ale zapewniam, iż nie jestem wrogiem  - odparła rzeczowo, starając się zachować zimna krew.


Ona również czuła się nieswojo, spoglądając na Alrena. Musiała się mocno skoncentrować, by głos jej nie drżał z emocji i modliła się w duchu, by oni nie słyszeli jej nerwowego oddechu. Na jej szczęście, tylko Alren wyczuwał jej zdenerwowanie, mając wyjątkowo wyczulone zmysły, ale nie zważał na to.


-        Śledziłam was, bo taką otrzymałam misję. Miałam odnaleźć Mirellę i jej towarzyszy. Sprawdzić, jacy jesteście, jak bardzo silni i czy można wam zaufać.


-        Dlaczego szukałaś Mirelli? – spytał Ren nieufnie. – Masz do niej jakiś interes?


-        Tak.


-        Mianowicie? – Ren wciąż miał w pogotowiu swój miecz, co nie uszło uwadze dziewczyny.


-       Chodzi o pomoc dla naszego ludu. Mirella jest naszą ostatnią nadzieją na polepszenie bytu. Na powrót do normalności – powiedziała szczerze.


-        Waszego ludu?


-        Tak. Jak się okazuje - twojego też, wojowniku. Ty także jesteś Heryonem tak, jak ja i pozostali mieszkańcy Kheros, naszej osady.


-        Chcesz powiedzieć, że jest was... nas... więcej? – Alren zmienił postawę z wrogiej na zszokowaną.


-        Tak. Nasza wioska liczy sobie około stu ostatnich Heryonów.


-        S-Stu? – głos Alrena zadrżał. – To niemożliwe... Byłem pewien, że...


-        Wszystko wyjaśni moja matka, która dowodzi naszym ludem, jeśli oczywiście zgodzicie się pójść ze mną.


-       To intrygujące, ale mamy pewną misję do wykonania, która nie cierpi zwłoki – rzekł ostro Gord, który jej nie ufał. Z jakiegoś powodu czuł zdenerwowanie, patrząc na nią.


-        Wiem o tym. Słyszałam, że szukacie elfiej kapłanki, która ponoć się tu skryła... – Akiya zaskoczyła wszystkich tymi słowami.


-        Skąd, do licha, o tym wiesz? – spytała zszokowana Ella.


-        Nie doceniasz, Pani, naszego wywiadu. Ponownie cię proszę, Wasza Wysokość... – Akiya urwała i uklękła przed Ellą. – Proszę, zgódź się pójść ze mną i chociaż porozmawiać z moją matką. Jeśli się to uczynisz, przysięgam, że każdy mieszkaniec Kheros przyłączy się do poszukiwań tej kapłanki. Znamy tę wyspę lepiej od was i możemy się przydać.


-        Czyli nie wiecie, gdzie ona jest? – spytał Ren dla formalności.


-       Niestety. Na tej wyspie jest wiele miejsc, których unikamy, a tam gdzie przebywamy, nie widzieliśmy żadnej elfki. – Akiya ponownie spojrzała na Ellę błagalnie. – Uczynisz nam ten zaszczyt, Księżniczko?


Ella czuła na sobie jej intensywne spojrzenie i chwilami miała wrażenie, że widzi Alrena, co budziło jej niepokój, ale i fascynację zarazem. Wiedziała, że Gord jest przeciwny, a Soana ukrywała swe emocje, więc nie mogła zgadnąć, co elfka o tym sądzi. Alrena zaś nie musiała o nic pytać. Miała pewność, że ma on wiele powodów, by chcieć się tam udać. Ona sama zaś nie mogła zrozumieć, dlaczego spojrzenie Akiyi wzbudza jej zaufanie. W tej chwili podjęła więc optymalną decyzję.


-        Dobrze. Pójdziemy.


-       Dziękuję, Pani... – ucieszyła się szczerze, a Ella uśmiechnęła się do niej lekko, czując intuicyjnie, że nie jest ona wrogiem.


-        Prowadź zatem...


-        Oczywiście – dygnęła przed nią i wskazała kierunek drogi.


***


Dwie godziny później


Czwórka bohaterów była zmęczona dwugodzinnym przedzieraniem się przez gęstą dżunglę. Było wybitnie wyczerpujące, pomimo tego, że Akiya wybrała najprzystępniejszą trasę. Klęli i marudzili pod nosem, zwłaszcza, że było bardzo gorąco, wręcz parno. W końcu jednak cała ekipa dotarła do niewysokiej góry, w której była ogromna grota, sprytnie ukryta za magiczną barierą. Tylko Alren i Gord to zobaczyli, Soana i Ella widziały ścianę, bez żadnego otworu i dziwiły się, na co pozostali tak patrzą.


-        Sprytnie... – stwierdził Ren.


-        A jakże. Musimy być bardzo ostrożni w tych czasach...


-        Ale przecież ta wyspa jest przeklęta i nikt tu nie zagłada – zauważył Gord.


-       Zdarzają się wyjątki. Tamta kapłanka i wy jesteście tego najlepszymi przykładami – odparła. – Musimy chronić nasze dzieci, które są naszą przyszłością oraz starszych, którzy posiadają bezcenną wiedzę, a także to, co udało nam się ocalić od zniszczenia. Księgi i artefakty.


-        Rozumiemy – rzekł Ren, analizując w duchu każde jej słowo. – Prowadź nas do swej matki.


-        Oczywiście. Za mną.


Wszyscy weszli do niewidzialnej groty. Nawet Ella, która miała wrażenie, że zaraz uderzy w ścianę i poszła tylko dlatego, że wierzyła na słowo Alrenowi, który zresztą trzymał ją za rękę.


Zaraz potem wstrzymali oddech, gdy ujrzeli ukryte w jaskiniowych komorach miasteczko, pełne czarnowłosych ludzi, o zielonych oczach. Podziwiali, z szokiem wymalowanym na twarzach, niezwykłe domy w mini komórkach skalnych, wysoki sufit oraz gładkie podłoże, które z pewnością wykonano za pomocą magii. Wszędzie unosiły się zielone kule światła, oświetlając pozbawione okien domy oraz nadając temu miejscu niepowtarzalny, magiczny charakter.


Ella nie mogła się napatrzeć na to niezwykle miejsce, a Alren z bijącym sercem przenosił wzrok z jednego Heryona, na drugiego. Miał wrażenie, że znajduje się w mieście duchów. Myślał, że tylko on przeżył zagładę Heryonów, a okazało się, że jest ich około stu! Trudno mu było w to uwierzyć.


W końcu zatrzymali się przed największą komorą, do której wchodziło się przez duże drzwi, wysadzane szmaragdami. Akiya otworzyła je i zaprosiła ich do środka. Odwróciła się od nich w wielkim, nieźle wyposażonym salonie, oświetlonym przez zielone, magiczne światła.


-        To mój dom. Zaczekajcie, pójdę powiedzieć mamie, że już jesteście – rzekła podekscytowana i weszła głębiej.


-        Jak na takie warunki, nieźle się urządzili – stwierdził Gord.


-        Zgadzam się – rzekła Soana.


Tymczasem Ella obserwowała Alrena i próbowała odgadnąć jego myśli oraz uczucia. Miała przeczucie, że to wszystko jest dla niego bardzo trudne i szokujące. Chciała go jakoś wesprzeć, ale nie wiedziała, jak, więc po prostu się do niego przytuliła. Alren okazał wdzięczność, uśmiechając się do niej ciepło.


Chwilę później, w towarzystwie Akiyi, do salonu weszła kobieta, która przewodziła tutejszymi Heryonami i w salonie zapadła śmiertelna cisza, pełna powagi oraz wielkiego zaskoczenia.



Aruell
Nastrój: wesoły xD
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 168

środa, 22.lutego.2012, 00:00



Rozdział 168



19 dzień ruanu 8976 roku, Norhen – Runy Starego Werinas, popołudnie


Ella uśmiechnęła się lekko, widząc rozwścieczonego Alrena, od którego zaczęła buchać czarna aura, mimo iż jego oczy nadal mieniły się morskim światłem. Wiedziała, że teraz pośle tego maga do wszystkich diabłów. Po chwili jęknęła niemiłosiernie z bólu i zerknęła na Gorda, który - podobnie, jak Soana - nie był już przytomny. Ona też czuła, że niewiele brakuje... Starała się jednak jakoś trzymać i choć nie mogła się już poruszać, nie spuszczała wzroku z ukochanego.


Tymczasem Alren skoncentrował w dłoni czarną kulę energii, która wręcz iskrzyła się błyskawicami, o szkarłatnym kolorze. Czarny Mag, który był zaskoczony, że Ren się pozbierał po ostatnim ciosie, teraz drgnął niespokojnie, rozpoznając to zaklęcie, które Ren wypowiadał.


-      Nie zdołasz użyć tak silnego zaklęcia Czarnej Magii! Tylko Nekromanci to potrafią – krzyknął chrapliwym głosem, ale Ren tylko popatrzył na niego nienawistnym wzrokiem.


-        Zaraz się przekonamy, czy nie zdołam – syknął wściekle i cisnął w niego szkarłatną błyskawicą, która przeszyła pierś Czarnego Maga na wylot, zanim zdążył dostrzec jakikolwiek ruch Alrena.


-        T-To... Niemożliwe... – jęknął, zginając się w pół. – K-Kim ty jesteś? – wyjąkał i upadł z impetem na ziemię, a następnie obrócił się w proch.


To był koniec upiora. Alren nie zwlekał ani chwili i natychmiast podbiegł do ledwo przytomnej Elli, która zerknęła na niego z lekkim uśmiechem. Czuł, że dziewczyna kona mu na rękach i cały się zatrząsł ze strachu. Natychmiast użył najsilniejszego zaklęcia Białej Magii, jakie tylko znał i pocałował ją spontanicznie. Ciepło i czysta moc Alrena spowiła obolałe i zakrwawione ciało Elli. Po kilku minutach nieprzerwanej magii, Ella była całkowicie uleczona i nerwowo nabrała powietrza, gdy on oderwał się od jej ust i patrzył na nią zlęknionym wzrokiem.


-        Całe szczęście... Niewiele brakowało – odetchnął z ulgą.


-        Ren... – wyksztusiła zarumieniona, słysząc, jak szaleńczo bije jego serce.


Musiał być naprawdę przerażony.


-      Nie mam już sił... by pomóc tamtej dwójce. Postaraj się ich uratować... – wyjąkał i zemdlał, z powodu utraty zbyt dużej ilości energii.


Ella wstrzymała oddech i uspokoiła się dopiero, gdy upewniła, że on tylko zasłabł. Szybko podbiegła do Gorda i Soany, a potem użyła najlepszych zaklęć Białej Magii, jakie poznała u Syriany. Od razu jednak wiedziała, że na nic się nie zdadzą. Gdy pomyślała, że oni mogą umrzeć, zadrżała i z całej duszy stawiła tej myśli opór.


-        Nie! Nie możecie! – krzyknęła i nagle poczuła w sobie nieprawdopodobną moc.


Jej oczy zalśniły błękitem i po chwili aura Miryonu uleczyła Soanę oraz Gorda, którzy obudzili się i rozejrzeli ze zdumieniem. Ella zasapała się i zachwiała. Zużyła dużo mocy, ale była przeszczęśliwa. Alren i reszta byli zdrowi i bezpieczni. Blondyn szybko do niej podbiegł i podtrzymał ją, by nie upadła, a Soana spojrzała na nieprzytomnego Alrena z lękiem.


-        Co z nim?


-     Spokojnie, nic mu nie jest – odparła blondynka. – Pokonał Czarnego Maga i uratował mi życie. Potem ja uleczyłam was, bo on zemdlał...


-        A więc tak to było – rzekł na wydechu Gord i niewinnie ucałował Ellę w czoło, zaskakując ją. – Dziękuję.


-        Nie ma sprawy – zarumieniła się lekko i czując, że wracają jej siły, podeszła do leżącego Alrena.


W tym samym czasie z nieba zaczął lać ulewny deszcz. Rozpętała się burza i sztorm, na co od dawna się zapowiadało.


-        Co robimy? – spytał Gord i wówczas ujrzeli, jak tuż przed nimi, zmaterializowała się Nimfa Wodna.


-        Musicie udać się na Kher... Ten sztorm zaleje całe wybrzeże – rzekła zdecydowanie.


-        Co robiłaś do tej pory? – syknął Gord z wyrzutem.


-        Czekałam, aż pokonacie Czarnego Maga. Nie mogłam ryzykować, że i mnie opęta, jak wiele moich sióstr.


-        Jasne – prychnął Gord.


-        W podzięce za dobrą walkę, otworzę wam portal na Kher. To najkrótsza, możliwa droga na wyspę. Przejdźcie go bez wahania, a wyjdziecie na wybrzeże Kher – rzekła, a potem nim zdołali cokolwiek odpowiedzieć, nimfa utworzyła przed nimi błękitny, wirujący obłok, rozmiarów wrót pałacowych. – Oto on. Ruszajcie, nim sztorm nabierze sił i utrudni wam teleportację! – krzyknęła.


Gord się zawahał, Soana również na coś czekała i dopiero Ella podjęła decyzję, pokazując Gordowi, by wziął Alrena na plecy.


-        Idziemy! – krzyknęła i jako pierwsza wskoczyła do portalu.


Gord i Soana, widząc to, nie zwlekali i zrobili to samo. Jak tylko cała czwórka przeszła przez magiczne wrota, Nimfa zamknęła przejście i uśmiechnęła się do siebie, po czym rozpłynęła się, niczym mgła, wracając do swego wymiaru.


***


Kher, wieczór


Gdy Alren otworzył oczy, zobaczył skalny sufit i poczuł ciepło ogniska. W głowie mu szumiało niemiłosiernie, ale zignorował to i spojrzał w bok. Ella, Soana i Gord siedzieli wokół ognia i zajadali jakieś duże owoce.


-        Jak dobrze... Nic wam nie jest – mruknął, podnosząc się do pozycji siedzącej.


-        Ren! Obudziłeś się w końcu! – pisnęła radośnie Ella i zarzuciła mu ręce na szyję.


Odruchowo ją przytulił.


-        Dobra robota, Ello – szepnął jej do ucha, a ona zarumieniła się i uśmiechnęła do niego.


Wiedziała, że chodzi mu o uleczenie tamtej dwójki.


-        Wzajemnie.


-        Dość tych umizgów – mruknął Gord, nie patrząc na nich. – Chodź, Ren, zjesz coś.


-        O? Czyżbyś się o mnie martwił, Gordzie? – uśmiechnął się szeroko brunet, siadając obok niego, przy ognisku. – To coś nowego!


-        Hej! Myślisz, że jestem bez serca? – bąknął, podając mu jakiś owoc, a Alren zaśmiał się, widząc jego zmieszanie.


-        Swoją drogą, gdzie jesteśmy? – spytał, stwierdzając, że to jakaś grota.


Sadząc po głośnym szumie, jaki dało się tu usłyszeć, ocenił, że na zewnątrz okropnie leje.


-      Jesteśmy na Kher, Ren – rzekła Ella poważnie. – Nimfa pokazała się, gdy uleczyłam Gorda i Soanę. Otworzyła magiczne wrota, prowadzące na tę wyspę. Wylądowaliśmy na plaży, ale że jest burza, pobiegliśmy do lasu i znaleźliśmy tę jaskinię.


-        Ja rozpaliłam magiczne ognisko, a Gord poświęcił się i w tej ulewie, znalazł dla nas kilka owoców. Tutejsze drzewa są ich pełne – dodała Soana, uśmiechając się do Rena.


-        Cholerna nimfa – syknął Ren. – Nie mogła pojawić się od razu, tylko dopiero po walce?


-        Wydaje mi się, że miała interes w tym, byśmy zabili Czarnego Maga. Wszak wiele nimf ucierpiało z jego powodu.


-        Przebiegła, nie ma co – warknął, ale ostatecznie wzruszył ramionami i zjadł całkiem smaczny owoc.


-        Co teraz? – spytała Soana. – Jesteśmy już na Kher... Jak znajdziemy Calinę?


-        Nie wiem – posmutniała Ella. – Wiem tylko, że jest na tej wyspie...


-        W takim razie, trzeba będzie przeszukać każdy jej zakamarek – stwierdził Gord.


-        Owszem. Jednak dopiero, jak burza ucichnie – rzekł Ren.


-        Słusznie. Powinniśmy się przespać – dodała Ella.


-        Ktoś musi stać na warcie – zauważył Gord.


-        Zrobimy trzy zmiany – zaproponował Ren. – Każdy z nas, oprócz Elli, popilnuje obozu trzy godziny.


-        Rozsądne – uśmiechnął się Gord.


-        A dlaczego oprócz mnie? – zdziwiła się Ella.


-       Bo jesteś księżniczką – rzekł tak, jakby to wyjaśniało wszystko. – Ja zacznę. Śpijcie słodko – rzekł z przekąsem i usiadł od strony wejścia do jaskini.


Pozostali spojrzeli po sobie i z ociąganiem, ułożyli się do snu. Gord zaś czuwał, rozmyślając o wszystkich ostatnich wydarzeniach.


***


Ella znajdowała się w jakiejś jaskini, o zielonkawych ścianach. Gdy dotarła do końca groty ujrzała w dole niewielkie jeziorko, którego woda miała szmaragdowy kolor. Dookoła niego były skały, porośnięte gdzieniegdzie zielonym mchem. Gdy Ella spojrzała w górę, ujrzała czyste niebo. Z wody wystawały szpiczaste głazy skalne, a między nimi, złotowłosa ujrzała jakaś kobietę, wyglądającą przez chwilę, jak piękna wróżka.


Miała jasną karnację i kasztanowe, długie włosy. Jej głowę zdobił wianek z drobnych, białych kwiatków. Uszy były szpiczaste, a oczy zielone. Miała przewiewną, białą sukienkę i chodziła w niej po wodzie, zanurzona do kolan. Dookoła niej latały małe ptaszki, co chwilę siadając na jej ramionach i dłoniach. Uśmiechała się do nich.


Ella zastanawiała się, gdzie się znajduje i kim jest ta dziewczyna, aż nagle baśniowy obrazek zamienił się w piekło. Niespodziewanie zrobiło się ciemno, jak w nocy, woda zaczęła wrzeć, a skały żarzyły się czerwonym ogniem. Dziewczyna z krzykiem wyszła z gorącej wody i rozglądała się nerwowo, podobnie, jak Ella, której jakby ta scena nie dotyczyła. W jej jaskini było nadal spokojnie i bezpiecznie.


Nagle nad jeziorkiem pojawiła się inna postać. Była to kobieta, z pewnością piękna i seksowna, ale z jej złotych oczu biło zło w czystej postaci. Jej czerwona suknia zdawała się płonąć. Patrzyła na zielonooką z nienawiścią, a ona zadrżała i ukryła twarz w dłoniach.


-        Nieee! Odejdź! Daj mi spokój!


-        Dopiero, gdy mi powiesz, gdzie oni są. – Głos kobiety był zmysłowy i groźny zarazem.


-        Ja nic nie wiem! – łkała brązowowłosa.


-        Bzdura! Widziałaś ich... – Podeszła do dziewczyny, budząc jej lęk. – Wiesz, gdzie jest książę i ta przeklęta kapłanka... Mów!


-        Przysięgam, że nic nie wiem... – Dziewczyna drżała.


-        Przestań! – Ella nie wytrzymała i krzyknęła na cały głos.


Kobieta w czerwonej sukni odwróciła powoli głowę i spojrzała na Ellę z nienawiścią. Złotowłosa zadrżała, przypominając sobie słowa Rena - o złotych oczach. Czyżby ona była Cehronką? Nie zdołała się jednak upewnić, bo kobieta posłała w jej stronę kulę ognia, krzycząc:


-        Nie myśl, że się ciebie boję, Księżniczko Miryonu! Zabiję cię tak samo, jak ich!


Zaraz potem złotowłosa otworzyła gwałtownie oczy. Ren ją bowiem zbudził. Alren właśnie miał swoją zmianę i słyszał, jak ukochana się miota i jęczy. Domyślił się, że ma koszmar, więc postanowił ją zbudzić. Złotowłosa najwyraźniej była z tego zadowolona i nie chciała znów się kłaść, jak sugerował Ren. Wolała z nim posiedzieć do świtu i tak też zrobiła. Alren milczał chwilę, po czym zagadał do niej.


-        Kolejny koszmar? – szepnął.


-        Tak... Widziałam jakaś Elfkę w dziwnym miejscu...


-        Może to Calina?


-        Możliwe... – przyznała, zaskoczona, że nie pomyślała o niej we śnie. – Potem pojawiła się inna kobieta. Miała długie, czarne włosy, czerwoną suknię i bardzo złe, złote oczy.


-       Tak najczęściej opisują Orianę – rzekł cicho, zastanawiając się nad tym chwilę. – Nigdy jej nie widziałem, ale ten opis jest mi znany.


-        Dlaczego miałaby mi się przyśnić Oriana? – zaniepokoiła się.


-      Tobie śni się wiele niewyjaśnionych rzeczy. – Uśmiechnął się i przygarnął ją ramieniem do siebie, sprawiając, że zrobiło jej się cieplej na sercu. – Pewnie szykują się kolejne kłopoty, ale co tam... Nie martw się. Razem przezwyciężymy wszystko.



Aruell
Nastrój: wesoły xD
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 167

wtorek, 21.lutego.2012, 00:00



Rozdział 167



19 dzień ruanu 8976 roku, Norhen – Runy Starego Werinas, południe


Nimfa Wodna czekała w milczeniu na to, co powie czwórka ludzi, która ją wezwała, a oni nie wiedzieli, co robić.


-        I co teraz? – spytał pozostałych Gord.


-        Nie mam pojęcia... – rzekł Ren, nie spuszczając z Nimfy wzroku.


Wyczuwał, że ona im nie ufa.


-      Nie macie żadnego szafiru? – spytała Soana, przypominając sobie słowa Iliany. – Gord, może byś się ładnie do niej uśmiechnął? – zażartowała, a on posłał Elfce zabójcze spojrzenie.


-        Szafirów mam pod dostatkiem... Mężczyzn też – zaskoczyła ich Nimfa. – Dowodu czystości dusz oczekuję...


-        Ale jak mamy ci to udowodnić? – spytała Ella.


-        Jeśli nie wiecie, to waszą nieczystość oznacza – rzekła nagle gniewnie. – Zatem niechaj wieczny duch mórz was osądzi! – krzyknęła i cisnęła w nich falą morskiej magii, nim zdołali mrugnąć okiem.


Już myśleli, że jest po nich, kiedy nagle ujrzeli zielony blask. Była to aura Alrena, który osłonił ich swą heryońską mocą i patrzył Nimfie prosto w oczy morderczym wzrokiem. Kiedy tylko Wodna Bogini ujrzała jego spojrzenie i aurę, przyjęła pokojową postawę, a jej twarz złagodniała.


-        Jeśliś Heryonem, czystości dowodzić nie musisz – rzekła nagle, a  zaskoczony Ren uspokoił się i patrzył na nią badawczo, podobnie jak pozostali. – Takowe powitanie raczcie wybaczyć. Zbyt wielu głupców już nas przyzwało...


-        W porządku – rzekł Alren. – Czy teraz już nas wysłuchasz?


-        Tak, Heryonie. Dlaczegoż mnie wezwaliście?


-        Aby dowiedzieć się, jak dostać na wyspę Kher...


-        Dlaczegoż udać się tam chcecie? – spytała zdziwiona.


-       Żeby odnaleźć Elfkę, która może pomóc nam ocalić Egharię przed zagładą. To bardzo ważne. Słyszeliśmy, że możesz wiedzieć, jak tam trafić.


-        Istotnie, drogę znam – rzekła spokojnie. – I chyba, o kim mówicie, również wiem. Niedawno pewna Elfka mnie wezwała i o to samo poprosiła.


-        Prosimy zatem i my, pokaż nam drogę na Kher – rzekł z naciskiem Alren, który rozmawiał z nią, w imieniu swoim i pozostałych.


Nimfa przyjrzała im się i zatrzymała wzrok na Gordzie. Skrzywiła się nieco, a Alren od razu wiedział, dlaczego.


-        Ten tutaj na Kher wejść nie może, chyba że życie niemiłe mu jest. Klątwa każdego Norhena i Aloryjczyka zabije.


-        Chyba, że udzielisz mu błogosławieństwa, Wodna Bogini – odparł Alren ze znaczącym uśmiechem.


-        Czy za niego ręczysz, Heryonie?


-        Tak. Ręczę.


-        Dobrze. Jeśli Heryon za niego ręczy, ochronnego błogosławieństwa mu udzielam i wasze życzenie podróży na Kher spełnię – rzekła poważnie. – Na wybrzeże się udajcie. Tam na was czekać będę – dodała jeszcze i rozpłynęła się w powietrzu.


-        Zaczekaj! – zawołał, ale jej już nie było.


Alren podrapał się w głowę i obrócił twarzą do swoich towarzyszy, którzy wyglądali na zdezorientowanych.


-        Chyba powinniśmy iść nad to morze – stwierdził.


-        Myślisz, że możemy jej zaufać? – spytała Ella.


-        Nie mamy wyjścia...


***


Tymczasem, w innym miejscu


Kobieta o długich, kręconych włosach, misternie upiętych w ozdobny kok chodziła po ciemnej komnacie tam z powrotem. Jej ręce drżały, choć nie potrafiła tego wyjaśnić. W pomieszczeniu panowała głucha cisza, którą przerywał tylko szelest jej zielonej sukni, kiedy się przemieszczała. W końcu zatrzymała się gwałtownie i spojrzała ostro na zielonooką dziewczynę w płaszczu, która stała niedaleko.


-        Jesteś pewna? Wszystko, co powiedziałaś, jest prawdą?


-        Tak.


-        To niemożliwe... O ile mi wiadomo, oprócz nas nikt nie przeżył tej rzezi...


-        Najwyraźniej się myliłaś. Nie mam wątpliwości. On jest Heryonem!


-        Nie do wiary... I jest też strażnikiem Mirelli?


-        Zgadza się.


-        W takim razie, koniecznie musimy z nimi porozmawiać. To dla nas niepowtarzalna szansa.


-        Ale...


-        Wiem – nie dała jej dokończyć. - Ale nie można się nieustannie ukrywać... Zresztą świat i tak zmierza ku zagładzie.


-        Jak chcesz ich tu ściągnąć?


-        Jak to? Przecież twierdziłaś, że idą na Kher. Sami więc tu przyjdą. Jeśli on jest Heryonem, na pewno trafią na tę wyspę...


-        Oni mają inny cel, by tu przybyć. Wcale nie jest powiedziane, że nam pomogą...


-        Przyprowadź ich tutaj, Akiya... Resztą zajmę się osobiście.


-        Jesteś pewna?


-      Tak. Idź, kochana. Tylko uważaj na siebie – poleciła i poszła do innego pomieszczenia, a brunetka z końskim ogonem wzruszyła ramionami i wyszła na zewnątrz, pełna obaw i dziwnego lęku przed nieznanym.


***


Kilka minut później, wybrzeże


Kiedy cała czwórka dotarła na plażę, poczuli silny wiatr, przed którymi do tej pory chroniły ich drzewa i nie mieli już żadnych wątpliwości, że idzie sztorm. Morze było wzburzone, a niebo tak ciemne, że zdawało się zlewać z wodą, zacierając linię horyzontu. Gord, widząc to, zaklął pod nosem.


-        I gdzie ta nimfa?


-        Nie wiem – rzekł Alren i nagle zerwał się, odwrócił w prawą stronę, zwracając tym uwagę pozostałych.


Sekundę później Gord poczuł to samo i spojrzał tam, gdzie brunet. Obaj dobyli mieczy, a dziewczęta zrobiły odruchowo to samo.


-        Co jest? – spytała zaniepokojona Ella.


-        Mamy towarzystwo – warknął Gord.


-        To Norheni – dodał Alren.


Między nimi stały Ella z Mieczem Moris oraz Soana z łukiem, gotowym do wystrzału. Kilka sekund później zobaczyli dziesięciu chłopa i jedenastego, ubranego w czarny płaszcz,  z narysowanym odwróconym pentagramem na czole oraz czerwonymi ślepiami. Przez chwilę wszyscy parzyli tylko na niego.


-        Co to jest do cholery? – syknął Gord.


-        Niherus – rzekł Alren z pełnym przekonaniem.


-        Kto?


-     Czarny Mag z Niheruvionu. Jest to tajny Czarny Klasztor, w którym mnisi czczą Nihe – Boginię Śmierci, która wraz z Bogiem Ciemności – Tavurem, stanowi najpotężniejsze źródło Czarnej Magii. Nauczają tam zakazanych zaklęć i praktyk.


-        Skąd o tym wiesz? – zdumiał się Gord i nagle przypomniał sobie, jak Ren pokonał drzewce w Alorii. – Czekaj... Tylko mi nie mów...


-        Nie, nie należę do tego zakonu. Niemniej jednak faktem jest, że jeden z jego mistrzów uczył mnie Czarnej Magii.


-        Na Hariosa! – głos blondynowi zadrżał. – Jesteś diabłem...


-      Wiem – bąknął obojętnie i wezwał heryońską aurę. – Potem o tym pogadamy. Użyj Aury Shiryena. Zachowajmy szczególną ostrożność. Z tym magiem nie ma żartów. Podejrzewam, że to on opętał Nimfę Leśną, która zaatakowała Ilianę.


-        Rzeczywiście, to możliwe – stwierdziła Soana.


-        Dość gadania! – krzyknął jeden z norheńskich najemników. – Alrenie! Jeśli się poddasz, twoi towarzysze przeżyją!


-       Jaki łaskawy – zadrwił. – Mam inną propozycję. Odejdźcie, to przeżyjecie! – warknął głośno i zdecydowanie, a wojownik splunął na ziemię ze złością.


-        Sam tego chciałeś, Alrenie! – wrzasnął i dał znak do ataku.


Czwórka bohaterów zbiła się w kupę, wykazując pełną gotowość. Alren nie spuszczał wzroku z Czarnego Maga i posłał Gordowi znaczące spojrzenie.


-        Ja zajmę się Czarnym Magiem, a wy najemnikami.


-        Jasna sprawa. – Uśmiechnął się znacząco Gord, a kobiety przytaknęły na taką strategię.


Bitwa się zaczęła. Alren wyruszył, jak z procy, w stronę Czarnego Maga, od razu atakując go czarem, który rani bezpośrednio duszę, zadając niewyobrażalny ból. O dziwo jednak, wróg nie wyglądał, jakby go cokolwiek zabolało. Ren zmarszczył czoło, czując w powietrzu kłopoty.


Tymczasem Gord walczył z czterema najemnikami, od razu zauważając, że są świetnie wyszkoleni. W przeciwnym wypadku nie stawiali by mu oporu. Soana zrezygnowała z łuku i zamieniła go na dwa krótkie sztylety, którymi walczyła z trójką wojowników. Jednocześnie Ella starała się zachować zimną krew, podczas swej pierwszej, poważnej walki, używając Miecza Moris, który mienił się błękitem pod wpływem jej energii. Otaczała ją pozostała trójka mężczyzn i co ciekawe, oni byli najbardziej wystraszeni ze wszystkich, nie mając pojęcia czego się spodziewać po Księżniczce Mirelli, o której wiele słyszeli.


Jak na razie wymiana ciosów miała na celu wybadanie zdolności przeciwników i dopiero później zaczęła się prawdziwa jatka, gdy walczyli na poważnie. Alren również nie próżnował i atakował Czarnego Maga na wszelkie sposoby, dziwiąc się wciąż, czemu moc Heryonów na niego nie działa, aż w końcu sam mag rozwiał jego wątpliwości.


-        Ja nie mam duszy, chłystku. Twoja magia nic mi więc nie zrobi! – wychrypiał.


-        Jesteś upiorem – olśniło go.


-        Zgadza się, robaczku! – zadrwił, po czym uderzył w Rena niezwykle silnym zaklęciem.


Czerwony pentagram zawirował wokół Rena i zadał mu straszliwe cierpienie. Sprawił, że jego żyły popękały, powodując śmiertelne krwotoki wewnątrz ciała. Jego krzyk był tak przeraźliwy, że pozostali zaprzestali walki na kilka sekund i spojrzeli w jego stronę. Ella zadrżała ze strachu, widząc, jak Ren klęczy w centrum czerwonego pentagramu, zalany krwią. Jednak jej przeciwnicy nie pozwolili jej na żadne działanie, atakując ją dalej.


Dziewczyna wściekła się i nagle miecz zapulsował potężną, błękitną energią. Jej oczy zalśniły gniewem i zdecydowaniem, burząc przelotny lęk u jej wrogów.  Zrobiła parę uników i z kocią zwinnością wykonała kilka precyzyjnych ciosów, które powaliły trzech najemników na ziemię. Nie zabiła ich, ale i tak już nie wstali. Stracili przytomność. Gord i Soana zszokowani jej perfekcyjnymi manewrami, szybko się otrząsnęli i poszli w jej ślady. Gord zaczarował miecz aurą Shiryena, odbił wszystkie ciosy, wymierzone w jego stronę i wirując w niesamowitym tempie i powalając swoich wrogów, śmiercionośnymi cięciami. Soana nie pozostała w tyle i również pokonała swoich przeciwników, wykorzystując elfią zwinność i szybkość. Gord dobił jeszcze pokonanych przez Elle wojowników, gwoli przezorności i walka była skończona.


Po chwili, gdy wszyscy najemnicy byli już martwi, cała trójka zwróciła się w stronę maga, który spojrzał na nich kpiąco, po czym uderzył w nich tym samym czarem, co w Alrena. Bez ostrzeżenia. Towarzyszył temu przeraźliwy krzyk bruneta.


Czerwony pentagram objął teren, na którym stała trójka i zaraz potem spotkało ich to samo, co Rena. Zawyli niemiłosiernie z bólu, czując, jak pękają im żyły. Ból był tak straszliwy, że Soana zemdlała, nie wytrzymując tego. Gord jęczał, ale był przytomny, a Ella, która zdawała się cierpieć najbardziej, z całych sił, usiłowała dopełznąć do Alrena, który nie mógł na to patrzeć.


-        El-lo... – syknął, po czym usłyszał chrapliwy śmiech Czarnego Maga.


-        Tacy potężni... I co? Nędzne robaki! – zakpił.


-        Ty... sukin-synu... – rzekł gniewnie Alren, czując, jak ogarnia go szał, nad którym nie był stanie zapanować.


Nagle jego oczy zalśniły błękitem. Otoczyła go energia w kolorze zielono-niebieskim. Wyszeptał kilka słów i otaczająca go magia uleczyła jego ciało, co do joty. Mężczyzna wstał, pełen nowych sił, nie zdając sobie sprawy z tego, że po raz kolejny korzystał z mocy Miryonów.


-       Już nie żyjesz, upiorze! – warknął złowieszczo, koncentrując w dłoni swą energię. – Skoro tak lubisz Czarną Magię, pokażę ci coś specjalnego z jej zakresu...



Aruell
Nastrój: wesoły xD
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 166

czwartek, 16.lutego.2012, 00:00



Rozdział 166


19 dzień ruanu 8976 roku, Norhen – Runy Starego Werinas, poranek


Podczas wspólnego śniadania, nie dało się nie zauważyć, że Alren wstał lewą nogą i tylko Ella wiedziała, jaki jest tego powód. Natomiast Soana i Gord woleli nie poruszać tego tematu, wiedząc doskonale, że gdy Alren jest zły, należy mu schodzić z drogi. Kiedy pozostali jeszcze jedli, Alren postanowił pójść się odświeżyć. Zaraz za nim poszła Ella, a Soana głośno westchnęła.


-    Nie wytrzymam z tą parą...


-    Ciekawe, co tym razem go ugryzło? – zastanawiał się Gord.


-    Nie wiem, ale mam nadzieję, że szybko się pogodzą. Ciarki wędrują mi po plecach, gdy Ren ma takie spojrzenie, jak dziś...


-    Przerażające, nie? Wiem coś o tym.


-   No racja – skinęła głową, przypominając sobie szkolenie Elli w Alorii. – Miałeś nawet przyjemność skosztować jego siły – zakpiła wesoło, a on się skrzywił.


-    Nie przypominaj mi.


Soana i Gord najwyraźniej przypadli sobie do gustu i dyskutowali nadal o mało istotnych rzeczach, kiedy w tym samym czasie Ella dogoniła Rena. Poszedł on do strumienia, w lesie, za ruinami, gdzie zdjął górne odzienie, kucnął i przemywał twarz w krystalicznie czystej wodzie, wypływającej z pobliskich gór.


Złotowłosa stała przy drzewie i patrzyła, jak krople wody, spływające po jego twarzy, mienią się w Słońcu, a potem ujrzała jego błyszczące, zielone oczy, którymi na nią spojrzał i przełknęła ślinę.


-    I co się tak skradasz, Ello?  – spytał raczej z rozbawieniem, mocząc, a następnie odgarniając włosy do tyłu, a ona podeszła do niego.


-   Ren... Jeśli uraziłam cię, nie mówiąc ci o tych snach, to przepraszam – rzekła, patrząc mu w oczy, po czym odwróciła głowę z zakłopotaniem, czując, że Ren pożera ją wzrokiem.


-    Nie jestem już zły – bąknął, myjąc się.


-    Jesteś.


-    No dobrze, może trochę – przyznał. – Dziwnie się poczułem oglądając cię w wielkim łożu, w tamtej haleczce, w towarzystwie tego typa. W dodatku Cehrona...


-    Ren... – westchnęła. – Dlaczego jesteś zazdrosny o Siriusa?


Alren nie odpowiedział, a Ella zmarszczyła czoło i zmusiła go, by na nią spojrzał, stając dokładnie naprzeciw niego.


-    Jak możesz być zazdrosny o kogoś ze snu? – oburzyła się. – Przecież wiesz, że kocham tyko ciebie – rzekła z wyrzutem.


-    To nie do końca tak... Nie podoba mi się, że nigdy o tym nie wspomniałaś, zwłaszcza jeśli to od niego zdobyłaś informacje o Calinie – mówił rzeczowo, nie patrząc na nią, tylko wycierając się dokładnie.


Ella miała już dość tej rozmowy, więc odwróciła ku sobie jego twarz i żarliwie go pocałowała. Ren zadrżał, czując ten intensywny pocałunek, ale zapanował nad sobą i chciał się delikatnie odsunąć. Dziewczyna nie dała jednak za wygraną. Mężczyzna jęknął, czując jej dłonie na swoich nagich plecach i przestał się hamować, odwzajemniając namiętny pocałunek. Potem zaś pociągnął ją ku sobie i zamknął w stalowym uścisku. Ella uśmiechnęła się, czując smak zwycięstwa, a potem poddała mu się całkowicie. Kochali się szybko i intensywnie, a gdy później leżeli w trawie, przy strumieniu, dysząc głośno, zastanawiali się, o czym rozmawiali przed chwilą.


Ella przeturlała się tak, że znalazła się dosłownie na nim i spojrzała mu głęboko w oczy, a on pogładził jej zarumienione policzki. Nie musiała nic mówić, Ren wiedział, o co jej chodzi.


-    Niech ci będzie, Kotku. Przeprosiny przyjęte...


***


Kilka minut później...


Wszyscy zebrali się w pobliżu ołtarza i przymierzali do przywołania Nimfy. Mieli już przygotowany kwiat Ravineria i zastanawiali się, jak to będzie wyglądało. Zanim jednak zaczęli rytuał, Ren spojrzał gwałtownie w bok, niepokojąc pozostałych.


-    Co się stało, Ren? – spytała Ella.


-    Mam już tego dosyć – syknął. – Śledzi nas od Soal i jeszcze się mu nie znudziło. Nie ruszałem go, bo sądziłem, że w końcu się od nas odczepi...


-    Co? O czym ty mówisz? – zdziwił się Gord, nie wyczuwając niczego.


-    O tym, że od dawna mamy ogon, ale nie jest to wróg. Raczej ciekawski jakiś, który nie powinien widzieć tego rytuału – westchnął. – Hej ty! Wyłaź stamtąd, dość już widziałeś! – krzyknął w stronę krzaków, gdzie coś się poruszyło, ale nikt się nie pokazał.


-    Rzeczywiście... Słyszę jakiś szmer... – stwierdziła Elfka, która miała najlepszy słuch z nich wszystkich, ale mimo tego, do tej pory nic nie zauważyła.


Najwyraźniej ten ktoś się maskował, aż do teraz.


-    Głuchy jesteś? – warknął Ren. – Pokaż się, albo sam cię stamtąd wykurzę!


Zaraz potem usłyszeli głośne odgłosy, które cichły z każdą chwilą. Zorientowali się, że ten ktoś próbuje uciec, ale Ren ani myślał na to pozwolić.


Nagle Alrena otoczył magiczny wir wiatru. Machnął raz ręką i po chwili, nad drzewami ujrzeli jakąś zakapturzoną postać, otoczoną przez wir powietrza, wywołany przez Rena. Mężczyzna sprawił, że zaczęła się ona do nich zbliżać i powoli opadać na ziemię.


Niespodziewanie czar Rena został magicznie rozproszony i dziwny człowiek zwinnie wylądował. Ren był w szoku, że ten ktoś złamał jego zaklęcie. Później usłyszeli coś w rodzaju przekleństwa i zamarli, gdy kaptur, zakrywający twarz tej osoby, zsunął się. Ujrzeli wówczas, że była to piękna kobieta o długich, czarnych włosach, związanych w kitkę. Nie to jednak przyciągnęło ich uwagę, tylko te zmysłowe, kocie i zielone oczy oraz twarz, która nasuwała im wszystkim na myśl to samo skojarzenie...


Ich kontakt wzrokowy trwał jednak tylko kilka sekund, gdyż zaraz potem zobaczyli, jak otacza ją zielona aura, która również wydawała im się znajoma, a następnie ujrzeli, że dziewczyna zniknęła, jak duch.


Wszyscy byli w szoku, po tym spotkaniu. Najbardziej jednak Alren, który wyglądał, jakby zobaczył zjawę. Ella musiała przyznać, że nigdy nie widziała, by był aż tak zaskoczony. Gord obserwując jego reakcje, wysunął swe pierwsze przypuszczenia.


-    Czy mi się wydaje, czy to była Heryonka? – spytał wprost, patrząc na Rena, a on dopiero wtedy się ocknął.


-    Tak... Bez wątpienia...


-    Ale czy nie mówiłeś, że ich wytępiono? – zdumiała się Ella.


-    Najwyraźniej, nie jestem jedynym wyjątkiem...


-    Nic dziwnego, że jej nie wyczułem. Tylko Heryon może zlokalizować innego Heryona. Pozostali nie mają szans.


-    Dziwne... Skoro potrafiła zniknąć w taki sposób, dlaczego pozwoliła, byś ją wyczuwał? – zastanawiała się Soana.


-    Nie wiem. Myślę, że robiła to specjalnie... Może chciała nas sprawdzić? Albo nie wiedziała, że jestem Heryonem i sądziła, że jest niewidoczna? – odpowiadał raczej mechanicznie, bo wciąż był pod wrażeniem tego spotkania. – Dziwne uczucie...


-    Spotkać swojego? – spytał automatycznie Gord.


-    Też... Ale nie tylko to mną wstrząsnęło - przyznał. -  Ona... Kiedy na nią patrzyłem – urwał, nie wiedząc, jak to wyrazić.


-   Chyba wiem, o co ci chodzi – rzekła nagle Ella. – Ona wyglądała jak twoja żeńska wersja. Te rysy, oczy, karnacja, włosy. Wypisz, wymaluj – cały ty. Tylko blizny jej brak...


-    Może to twoja siostra? – spytała bezwiednie Soana.


-    Niemożliwe... Nie mogę mieć rodzeństwa – natychmiast odrzucił taką ewentualność. – Jest podobna, bo pochodzimy z tego samego ludu – odparł, choć serce wciąż biło mu niesamowicie szybko.


-    Sam w to nie wierzysz – zakpił Gord, a Ren tym razem tego nie skomentował, gdyż Gord miał trochę racji.


-    Później o tym pomyślimy. Pogoda się psuje. Powinniśmy szybko odprawić rytuał – rzekła zdecydowanie Ella.


-    Masz rację – zgodziła się Soana, po czym wrócili z powrotem do ołtarza.


***


Tymczasem


Kobieta w płaszczu pojawiła się w jakimś lesie, daleko od miejsca, w którym przebywali Ella i pozostali. Przez chwilę stała nieruchomo, opierając się o drzewo i rozglądała nerwowo. Serce wciąż biło jej szybko. Oddychała głośno. Pierwszy raz była tak blisko tego mężczyzny, o zielonych oczach, który bez wątpienia był Heryonem, jak ona.


Dziewczyna obserwowała sytuację w ruinach i omal nie umarła z wrażenia, gdy odkryła, że jeden ze strażników Mirelli jest Heryonem. Wcześniej nosił soczewki i nie wiedziała o tym, ale później nie było już żadnych wątpliwości. Była w takim szoku, że chciała od razu wrócić i powiedzieć wszystkim, że jest ich więcej, niż sądzili. Jednak mężczyzna ten tak ją zafascynował, że postanowiła śledzić ich dalej i dziwiła się tylko, że on jej na to przyzwala. Wiedziała bowiem, że od dawna ją wyczuwał. W końcu nie wytrzymał i omal nie doszło do konfrontacji. Zdołała uciec w ostatniej chwili... Odetchnęła z ulgą. Nie była jeszcze gotowa na spotkanie z nimi, a już na pewno nie miała zamiaru z nimi walczyć. Podejrzewała, że mogłoby do tego dojść, gdyby odmówiła wyjaśnień, w kwestii śledzenia.


Mimo że minęło już kilkanaście minut, wciąż miała przed oczami twarz tego mężczyzny i z jakiegoś powodu nie mogła o niej zapomnieć. „Dlaczego, do jasnej cholery, on jest tak bardzo do mnie podobny?” – pytała samą siebie w kółko. Miała wrażenie, że zaraz oszaleje i doszła do wniosku, że musi przestać o tym myśleć. Postarała się wyciszyć, oddychała głęboko.


W końcu uspokoiła się i spojrzała w niebo, wieszcząc w duchu silną burzę, po mocno zachmurzonym niebie i charakterystycznej duchocie dookoła. Postanowiła zaprzestać śledzenia Mirelli, wrócić do domu i poinformować wszystkich o tym, co odkryła. Tak też uczyniła.


***


W tym samym czasie, w pobliżu Ołtarza Nimf Wodnych


Pogoda popsuła się gwałtownie. Zerwał się silny wiatr, a gruba warstwa ciemnogranatowych chmur przysłoniła Słońce. Wszyscy wiedzieli, że zanosi się na silną burzę, więc musieli się pospieszyć z rytuałem.


Alren wziął kwiat Ravinerii i położył go na ołtarzyku. Zaraz potem na jego płycie zalśnił jakiś napis, mieniący się błękitem, a w miejscu czterech rogów ołtarza zaświeciły szafirowe płomienie. Gord spojrzał na litery i zdumiał się.


-    To chyba starożytne pismo Egharczyków...


-    Zgadza się - odparł Ren.


-    Powiedz jeszcze, że umiesz to przeczytać – rzekł blondyn z wahaniem, a brunet posłał mu ironiczny uśmiech.


-    „O, boginie z wody zrodzone, przyzywam was!” – rzekł głośno Ren i po chwili ziemia na chwilę zadrżała, a wiatr zatoczył koło wokół ołtarza.


Zaraz potem wszyscy ujrzeli niezwykłe zjawisko. Nad płytami zmaterializowała się postać kobiety w niebieskiej sukni, o jasnej skórze i długich, błękitnych włosach. Jej oczy miały prawdziwie morski kolor i to coś, co sprawiło, że wszyscy zaniemówili. Unosiła się w powietrzu, jak zjawa i spoglądała a nich z góry nieufnym wzrokiem.


-    Zdziwionam, żeście mnie przyzwać potrafili. Raczcie mi swe powody wyjawić i o swej czystości zapewnić, albo morska siła was osądzi i pochłonie...


______________________________________________


P.S. Po tym rozdziale prawidłowa odpowiedź na pytanie w sondzie jest już chyba oczywista. ;) Zdecydowana większość z Was dobrze obstawiła. ;) Na deser powiem tylko, że to jeszcze nie koniec niespodzianek, związanych z tożsamością tej dziewczyny. ^^



Aruell
Nastrój: chory ;/
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 165

środa, 15.lutego.2012, 00:00



Rozdział 165


18 dzień ruanu 8976 roku, Norhen – Ruiny Starego Werinas, wieczór i noc


Minęło kilka godzin. Alren i Ella opuścili Świątynię Miryonu, zadbawszy uprzednio, by jej wrota były dobrze zamknięte. Następnie rozbili obóz w pobliżu ołtarza Nimf Wodnych i czekali na swoich kompanów.


-    Coś długo ich nie ma... – westchnęła Ella.


-    Mam nadzieję, że sobie poradzili.


Spojrzał w stronę gór ze sceptycznym wyrazem twarzy. Nie był bowiem tego taki pewien.


-    Na pewno niedługo wrócą.


Uśmiechnęła się lekko, co chwila zerkając na niezwykły miecz Miros, który należał teraz do niej.


-    I tak musimy zaczekać z rytuałem do świtu. Powinniśmy dobrze odpocząć przed spotkaniem z Nimfą.


-    Słusznie. Potem udamy się na Kher i znajdziemy Calinę...


-    O ile rzeczywiście ona tam jest.


-    Jest – rzekła z nadmierną pewnością, co zwróciło uwagę Rena.


-    Skąd ta pewność? – zdziwił się, a ona zmieszała i nie bardzo wiedziała, jak mu to wyjaśnić. – Czy ja o czymś nie wiem? – spytał, jak najbardziej poważnie.


-    Nie... To znaczy tak... – zawahała się, nie wiedząc, jak on na to zareaguje.


-    Ello, co się dzieje? – spytał zaniepokojony, zmuszając ją, by na niego spojrzała.


-    Od jakiegoś czasu... – westchnęła. – Mam dziwne sny.


-    Masz je przecież, odkąd sięgam pamięcią.


-    Owszem, ale od kilku tygodni w moich snach pojawia się dziwna osoba, właściwie to mężczyzna – powiedziała ostrożnie, a brew Rena drgnęła, gdy usłyszał ostatnie słowo.


-    Jaki mężczyzna?


-    Twierdzi, że ma na imię Sirius i pilnuje jakiś wrót w pałacu Miryonu...


-   Pałac Miryonu? Wrota? – słuchał z coraz większym zainteresowaniem i zdziwieniem. – O czym ty mówisz? Twierdzisz, że cały czas śniłaś o Miryonie i nic mi nie powiedziałaś? – był po trosze zszokowany i urażony.


-    Nie patrz tak na mnie... – obruszyła się. – Dopiero, gdy się przebudziłam, byłam w stanie stwierdzić, że to miejsce, które widziałam w snach, to Miryon. Poza tym, to co mi się śni jest tak dziwne, że trudno mi o tym mówić...


-    Wspomniałaś coś o wrotach?


-    Tak. W ich pobliżu zobaczyłam go po raz pierwszy – mówiła coraz ciszej, jakby przeczuwała, że Alren jest zdenerwowany. – Nazwał je chyba Wrotami Przeznaczenia, czy jakoś podobnie... Nie pamiętam już.


-    Nie mam pojęcia o co może chodzić... – Był w szoku. – A ten facet? Sirius, tak? Czemu on ci się śni?


-   Nie wiem, naprawdę... – wyznała, zgodnie z prawdą. – Jest bardzo dziwny i trudno mi go ocenić. Twierdzi, że istnieje naprawdę i rzeczywiście jest na Miryonie, a ja go tylko odwiedzam w czasie snu.


-    To niemożliwe... Cały Miryon jest objęty potężną, starożytną klątwą i nie ma takiej opcji, by ktoś był w stanie tam żyć. On kłamie! – Ren sam nie wiedział, dlaczego czuje gniew na samą myśl o nim.


-    Ja tylko mówię to, co on mi przekazał. I nie wiem, czy możemy sobie pozwolić na lekceważenie jego słów... – urwała.


-    Dlaczego?


-    On dużo wie, Ren. Chyba więcej, niż my razem wzięci.


-    Na przykład?


-  Wiedział od początku, że jestem Księżniczką Miryonu i mówi wiele zagadkowych rzeczy. Wciąż wspomina o jakiejś kobiecie i zachowuje się, jakby był kimś wysoko postawionym – myślała głośno, a Alren słuchał w skupieniu. – Czasami mnie prowokuje, a czasami ignoruje, więc nie wiem, jakie są jego intencje. Jednak to on powiedział mi o Calinie... Okazało się potem, że ona naprawdę istnieje, a ostatniej nocy wyznał, że ona na pewno jest na Kher. O tym też wiedział od początku. Mam wrażenie, że się mną bawi, ale jednocześnie, to dzięki niemu tu teraz jesteśmy...


-    Nie podoba mi się ten typ – burknął. – Tak samo, jak nie podoba mi się to, że ci się śni...


Ella przyglądała mu się uważnie i doszła do wniosku, że jest zły. Podejrzewała, iż to zazdrość, ale czuła, że to nie tylko to. Sama nie wiedziała, jak to nazwać. Wyglądał na odrobinę zawiedzionego i zmartwionego zarazem.


-    Dlaczego nie powiedziałaś mi o tym wcześniej? – Spojrzał jej w oczy z minimalnym wyrzutem, a ona westchnęła.


-   Do niedawna, nie wydawało mi się to na tyle ważne, by o tym mówić. Poza tym, wiedziałam, że będziesz zazdrosny i zły, jak się dowiesz, że śni mi się inny mężczyzna...


-    Nie jestem ani zły ani zazdrosny! – zdziwił się i oburzył zarazem.


-    Akurat... Kogo ty chcesz oszukać, Ren? – zmarszczyła czoło. – Myślisz, że jestem ślepa? Za dobrze cię znam...


-    Masz rację – przyznał szczerze po namyśle. – Nie podoba mi się to wszystko... A jeśli on nas prowadzi na manowce? Jeśli to ktoś o niecnych zamiarach? Coś mi tu śmierdzi... Miryon. Wrota. Calina...


-    Uspokój się.     Myślę, że nawet jeśli on jest podejrzany, to jednak mówił prawdę, odnośnie Caliny.


-    A co mówił?


-    Powiedział, że to, co ona widziała, pomoże nam w znalezieniu Hariosa i że dzięki niej dowiem się, kim on naprawdę jest.


-    Dziwne...


Alren chciał jeszcze pociągnąć ten temat, ale w tej chwili oboje z Ellą ujrzeli Gorda i Soanę, którzy właśnie wrócili. Musieli więc przerwać tę rozmowę. Złotowłosa zdumiała się, widząc, jacy są brudni.


-    Co wam się stało, u licha?


-   Powiedzmy, że mieliśmy małą przeprawę z tą jaskinią... – westchnęła Soana. – Najważniejsze jednak, że zdobyliśmy ten kwiat – rzekła z uśmiechem i pokazała piękną roślinkę, zabezpieczoną elfią magią, by nie zwiędła.


-    A cóż to były za przeszkody, że nawet Shiryen Alorii miał problemy? – ironizował Ren, patrząc na Gorda z kpiącym uśmiechem, a blondyn tylko się skrzywił.


-    Nie dokuczaj mu – rzekła Soana bezradnie. – Góra się zatrzęsła i zasypała grotę jaskini. Musiałam użyć elfiej magii, by znaleźć inne wyjście, które nawiasem mówiąc, też było zasypane. Odkopaliśmy więc wejście używając różnej magii i dlatego tak wyglądamy – opowiedziała.


-    Nieważne. Grunt, że wróciliście i macie roślinę – stwierdziła Ella. – Odpocznijmy, bo już późno. Jutro odprawimy rytuał – zarządziła.


Nikt nie protestował, nawet Alren, który miał ochotę wrócić do tamtej rozmowy. Ostatecznie bowiem wpadł na znacznie lepszy pomysł i tylko czekał, aż Ella zaśnie u jego boku...


***


Kiedy Ella otworzyła oczy, znajdowała się w wielkim, królewskim łożu. Podskoczyła więc niespokojnie, gdy usłyszała znajomy, niski głos.


-    Witaj, Wasza Wysokość...


Spojrzała w bok i ujrzała siedzącego na brzegu łóżka Siriusa, tylko w spodniach. Na jego obnażonym torsie błyszczał dziwny medalion w kształcie koła. W środku ujrzała ozdobny obrazek, który przedstawiał dwa splecione ze sobą węże: czerwony i złoty, które to kierowały w swą stronę otwarte paszcze. Wzdrygnęła się, gdyż ten medalion wywołał w niej nieprzyjemne uczucie.


Dopiero po chwili nerwowo spojrzała na siebie i z lękiem stwierdziła, że ma na sobie tylko błękitną, koronkową halkę z jedwabiu. Szybko przykryła się kołdrą i spojrzała na niego z wyrzutem.


-    Co tu robisz?


-    Przyszedłem, bo wyczułem, że tu się pojawisz – rzekł spokojnie. – Nie sądziłem jednak, że tym razem będziesz miała towarzystwo – dodał tajemniczo, a Ella się zdziwiła.


-    O czym mówisz?


-    O nim – rzekł i pstryknięciem palców, otworzył drzwi do sypialni, za którymi Ella ujrzała Alrena w bardzo dziwnym stroju.


-    R-Ren? – aż krzyknęła z wrażenia.


-    Niespodzianka – rzekł obniżonym głosem. – Wybacz wtargnięcie, Ello, ale musiałem zobaczyć tego typa na własne oczy. Swoją drogą, w ciekawych okolicznościach się spotykacie – dodał, patrząc z wyrzutem na łoże i Ellę w samej halce.


-    To nie tak, jak myślisz!


Zerwała się z łóżka i podbiegła do niego. W jej oczach ujrzał prawdziwy lęk i domyślił się, czego się bała.


-    Później o tym porozmawiamy – rzekł ostro. – Teraz muszę zamienić kilka słów z tym gościem.


Alren, ubrany w czerwone, arabskie spodnie, przepasane złotym, jedwabnym pasem, podszedł do Siriusa, który cały czas uśmiechał się do niego ironicznie. Na nagiej piersi Rena błyszczał złoty medalion w kształcie słońca, wysadzany podłużnymi rubinami. W lewym uchu miał bardzo podobny do wisiora, elipsoidalny kolczyk, a na rękach ozdobne, złote bransolety. Mężczyzna zatrzymał się dopiero tuż przed Siriusem i raczył go wrogim, zielonym spojrzeniem, które chyba jednak nie robiło na nim wrażenia.


Ella nie mogła oderwać oczu od Alrena. Jego obecność tutaj była dla niej zupełną nowością, a to, jak wyglądał w tym stroju, dodatkowo podsycało jej podniecenie i zarazem zdziwienie. Kiedy obaj tak stali, musiała przyznać, że wyglądali zabójczo, jakby byli ulepieni z tej samej gliny i mieli tę samą krew. Emanowali podobną, władczą i zdecydowaną aurą, która działała na jej zmysły.


-    Nie przypuszczałem, że sam Alren zaszczyci mnie kiedyś swoją obecnością – rzekł spokojnie Sirius. – Miło cię wreszcie poznać.


-    Wątpliwa przyjemność – burknął, nie przerywając kontaktu wzrokowego.


-    Skoro tak twierdzisz... Przyszedłeś, bo jesteś zazdrosny? – spytał prowokacyjnie i zaraz potem został przyparty do muru pomieszczenia jednym, szybkim ruchem.


-    W co ty grasz, draniu? – warknął, przyduszając go ramieniem, ale on się tylko głośno zaśmiał.


-    Gwałtowny i nieufny... Najwyraźniej plotki mówiły prawdę – stwierdził sucho i odepchnął go mocno. – Nie pozwalaj sobie jednak na zbyt wiele, bo inaczej...


-    Co? – prychnął. – Wiesz, ilu takich, jak ty, mam na koncie?


-    Zapewne sporo, ale nie martw się... Nie obchodzi mnie ich los i mścić się nie zamierzam.


-    A to ciekawe – syknął. – Zastanawiam się, co Oriana, by na to powiedziała – uśmiechnął się do Siriusa perfidnie.


-    Nie wspominaj o niej w mojej obecności! – wrzasnął Sirius i poruszył się gwałtownie, jakby chciał walczyć z Alrenem, a Ella usiłowała zrozumieć, o co tu chodzi.


-    O? Masz na pieńku z cesarzową? – zakpił.


-    Czego ty chcesz? – spytał ostro, opanowując się.


Sirius już nie miał ochoty na żarty.


-    Chcę wiedzieć, dlaczego śnisz się mojej ukochanej – spytał wolno i zdecydowanie. – Wyjaśnij mi to, Cehronie! – krzyknął i wówczas...


Sen się skończył. Powoli świtało. Alren otworzył oczy i zerknął od razu na Ellę, która obudziła się w tym samym momencie i spojrzała na niego z przerażeniem. Otarła pot z czoła i podniosła się do pozycji siedzącej.


-    Co to miała być? Co robiłeś w moim śnie? – spytała z pretensją w głosie.


-    Chciałem sprawdzić, kto ci się śni i dobrze zrobiłem – rzekł ostro. – Zważywszy na to, kim on jest...


-    Nazwałeś go Cehronem, dlaczego? – spytała nieco przestraszona.


-    Bo on nim jest. Cechą charakterystyczną dla Cehronów są złote oczy. Tylko oni takie mają.


-    Nie wierzę...


-    Ello, to jest jedyna rzecz, której jestem w tej chwili pewien – odparł poważnie. – Sirius pochodzi z Cehronu, kraju naszego najgorszego wroga...



Aruell
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 164

wtorek, 14.lutego.2012, 00:00



Witajcie ;)


Zapraszam na walentynkowy rozdział, choć jego treść za bardzo nie pasuje do klimatu tego dnia. ;P


Życzę miłego czytania.


Pozdrawiam ;)


***


Rozdział 164


18 dzień ruanu 8976 roku, Norhen - Jaskinia Meranou, około południa


Soana uśmiechnęła się do Gorda, który odkąd zaczęli rozmawiać, miał o wiele łagodniejszą twarz. Zupełnie, jakby zaczął przyzwyczajać się do Elfki i darzyć ją sympatią. Nie mieli okazji poznać się lepiej w Alorii i zgodzili się co do tego, że trzeba to nadrobić.


Blondyn wciąż czekał, aż zielonooka zacznie swoją opowieść, a ona zrzuciła swój brązowy warkocz z ramienia na plecy i zaspokoiła jego ciekawość:


-   Pochodzę z dużej osady, o nazwie Eron, położonej nad jeziorem Onoyo. Jestem jedynaczką, ale u elfów to akurat normalne. Nie znajdziesz żadnego Elfa, który miałby rodzeństwo. Moi rodzice są nauczycielami i całe dnie spędzają w Akademii Erońskiej, na nauczaniu młodych pokoleń.


-    Jak trafiłaś do Alorii?


-    Syriana mnie zaprosiła. Jestem łuczniczką w Armii Królewskiej i normalnie spędzam czas pilnując pałacu królowej. Musiałam jednak odpowiedzieć na wezwanie Arcykapłanki Egharii. Po zakończeniu swego zadania, wrócę do swoich obowiązków.


-    Rozumiem... Zatem mamy ze sobą coś wspólnego.


-   To prawda, ale z tą różnicą, że ty możesz nie wykonać rozkazu, a ja nie mam takiej wolności. Muszę być bezwzględnie posłuszna królowej. Na szczęście jest ona dobrą osobą, pomimo hmm... trudnego charakteru.


-    Dobrze wiedzieć – odparł. – Zostawiłaś w Elmeronie jakiegoś bliskiego przyjaciela? – spytał z  uśmiechem, a ona się zaśmiała.


-    Nie. Jestem z natury samotniczką i najlepiej się czuję w swoim towarzystwie.


-    Oho, czyli teraz nie czujesz się najlepiej? – zażartował.


-    Nie mam nic przeciwko towarzystwu twojemu, ani Alrena i Elli. Lubię was. Dobrze wiesz, co miałam na myśli – puściła mu oczko, a on skinął tylko głową.


Nagle jaskinia zatrzęsła się i dwójka bohaterów zatrzymała się gwałtownie. Otoczyli się barierami ochronnymi i zaczęli nagle biec przed siebie, unikając spadających im na głowy odłamków skał.


-    Co jest grane? – krzyknął Gord.


-    Chyba jaskinia się wali!


-    Ale dlaczego?


-    Skąd mam wiedzieć? Może to jakaś magiczna pułapka?


-    Możliwe... Biegnijmy!


***


Tymczasem, Świątynia Miryonu w ruinach Sterego Werinas


Alren i Ella podeszli do wielkich, kamiennych wrót, pokrytych w całości runami. Oboje nie mieli pojęcia, jak je otworzyć, więc Ren skupił się i przeczytał kilka wyróżniających się wersów starożytnego pisma, przypominając tym samym Elli, że zna ten język.


-    „Umiłowany przybyszu. Jeśliś pokojowy i sprawiedliwy, z Jej imieniem na ustach, wejdź do środka i znaj naszą gościnność!”


-    Mam rozumieć, że trzeba powiedzieć jakieś hasło? – zastanowiła się Ella.


-    Na to wygląda. Jej imię? Chyba chodzi o Mirę?


-    Mira! – krzyknęła Ella głośno, ale drzwi ani drgnęły.


-    Wydaje mi się, że trzeba wypowiedzieć całe jej imię w języku starożytnych Miryończyków – rzekł Alren po chwili. - Mira Iyonarios! – krzyknął i nagle wrota poruszyły się.


Alren i Ella wstrzymali oddech, gdy zaraz potem weszli nieśmiało do imponującej świątyni. Chwycili się za ręce. Czuli się bowiem tak przytłoczeni, że aż niepewni. Sufit był tu tak wysoki, że trudno było go w ogóle dostrzec. Wszystkie ściany miały ciemnogranatowy kolor. Wysokie i dość wąskie okna, wypełnione były błękitno-srebrnymi witrażami i wyglądały jak zaczarowane w promieniach Słońca. Przez specjalne otwory w dachu wpadało światło, w postaci wąskich i mistycznych smug. Podłoga wykonana była z ciemnego marmuru i połyskiwała, jakby posypana brokatem. Alren i Ella szli, oszołomieni klimatem tego miejsca, między rzędami srebrnych ławek, aż dotarli do imponującego ołtarza.


Znajdowała się na nim rzeźba, oświetlona smugą światła słonecznego, idealnie oddająca wygląd Miry, która w jednej ręce trzymała Błękitny Księżyc, a w drugiej Srebrny. Ella dziwnie się poczuła oglądając swoją podobiznę, ale nic nie powiedziała. U podnóża rzeźby stał stół, przykryty niebieskim płótnem, na którym leżała gruba księga, wysadzana klejnotami. Wszędzie dookoła można było podziwiać inne, pomniejsze rzeźby i płaskorzeźby różnych postaci oraz zdobione filary, podtrzymujące dach świątyni. Ciarki przechodziły im po plecach, za każdym razem, gdy słyszeli głośne echo własnych kroków, ginące w głuchej, mistycznej ciszy.


Gdy obejrzeli już wszystko, Ella podeszła do ołtarza i wahała się przed dotknięciem księgi. Alren stanął za nią i objął ją, czując tym samym jej delikatne drżenie.


-    W porządku, Kotku?


-   Chyba tak, choć ta świątynia... Czuję, że krew mnie parzy, rozpiera mnie jakaś dziwna energia i co chwilę mam wrażenie, że zaraz stracę przytomność.


-    To dlatego, że jesteś reinkarnacją Miry, którą tu czczono. To miejsce jest wypełnione twoją aurą – rzekł, tuląc się do jej pleców. – Sam czuję się tu nieswojo. Znajdźmy, co mamy znaleźć i wynośmy się stąd.


-    Słusznie – powiedziała i wtedy dotknęła księgi, która natychmiast oślepiła ich błękitnym światłem.


Otworzyła się sama, a oni zdumieli się widząc, że karty są puste. Ella kierując się intuicją, przejechała dłonią po kartkach i wtedy w sposób magiczny zaczęło się na nich coś malować, aż w końcu ujrzeli dwa rzędy starożytnego pisma. Alren przeczytał je i pokręcił głową ze zdumienia.


-    Co tu jest napisane?


-    „Początkiem jestem i końcem. Wiedzą nieograniczoną przez czas. Pytaj, a odpowiedź uzyskasz.”


-     O co tu chodzi? – zdumiała się i cofnęła rękę. Napis natychmiast zniknął.


Kiedy Ren dotknął księgi, nic się nie działo i wówczas zrozumiał, z czym ma do czynienia.


-   Niech mnie licho... To jedna z Ksiąg Wiedzących. Niezwykle cenna, ale zupełnie bezużyteczna dla wszystkich, którzy nie są Miryończykami. Tylko oni bowiem mogą z niej korzystać – był oszołomiony odkryciem. – Czytałem kiedyś, że zniszczono wszystkie takie księgi, po upadku Miryonu, bo nikt w Egharii nie wiedział, co zawierały.


-    Co mam robić?


-    Jesteś Miryonką, ba, Mirą! Zapytaj o coś wiadomego, by sprawdzić, jak to działa.


-    Dobrze...


Ella przesunęła ręką po kartach księgi i spytała ją o imię swej siostry. Księga odpowiedziała natychmiast i oboje ujrzeli napis: „Mary” w starożytnym języku. Spojrzeli na siebie porozumiewawczo.


-    To niepowtarzalna okazja! Zapytaj, gdzie są pozostałe świątynie – rzekł, a Ella wykonała jego polecenie. Zaraz potem Alren zaczął czytać na głos odpowiedź: - „Pięć świątyń, niczym pięć kątów boskiego znaku i szósta, ta co oznacza środek...”


-    Za wiele to nie jest i w dodatku zagadka – westchnęła Ella.


-    Prawda, czytałem o tym, że odpowiedzi tych ksiąg zwykle miały taki charakter, ale czekaj... Pięć świątyń... Pięć kątów boskiego znaku...


-    Co to znaczy? – spytała, a on się zamyślił, aż nagle go olśniło.


-    Pentagram! Boski znak! I ma pięć wierzchołków, więc się zgadza – odparł euforycznie. – Wychodzi na to, że każda ze świątyń leży na wierzchołku olbrzymiego pentagramu. Jakie to musi być wielkie, skoro obejmuje całą Egharię. Nie mogę się nadziwić, że starożytni zdołali coś takiego wybudować! – wyobraźnia mu pracowała.


-    A szósta świątynia jest w środku pentagramu? – wnioskowała.


-    Na to wygląda.


-    Dobrze, ale jak znajdziemy pozostałe wierzchołki, skoro nie znamy rozmiaru pentagramu?


-    To jest dobre pytanie... Poproś o więcej wskazówek – rzekł po chwili i zaraz potem przeczytał odpowiedź: - „Przyjazna temu miejscu, bratnia dusza naprzeciw leżąca, w kraju tańczących gór się mieści, spowita mgłą marznącą.”


-    Rozumiesz coś z tego?


-   Chyba tak... Tańczące góry... Może chodzić o Oshelion, bo tam są takie skały, które unoszą się w powietrzu i wirują wokół innych, nieruchomych szczytów.


-    Brzmi nieprawdopodobnie.


-    To prawda. Sam widziałem takie góry. Tak... Na pewno chodzi o Oshelion. Czyli tam jest świątynia, równoległa do tej.


-    No to już wiemy coś więcej...


-   Dobra, teraz zapytaj o położenie siódmego portalu – polecił szybko i po chwili przeczytał kolejne magiczne słowa: - „Na każdej ścianie zachodniej, świątyń jawnych, część zagadki o ukrytych wrotach znajdziesz”.


-    Zachodnie ściany... – rzeka Ella i spojrzała na zachód. – To tamta, prawda?


-    Tak. Obejrzyjmy ją – rzekł, a Ella zamknęła księgę.


Podeszli do zachodniej ściany świątyni i nie zobaczyli tam nic. Dopiero, gdy Ella jej dotknęła, podświetliły się dwie linijki starożytnego pisma.


-    „Daleko na zachodzie, gdzie Słońce zasypia, strumień mądrości ląd przemierza...”


-    Znowu zagadka...


-    Lepiej, to tylko fragment zagadki. Założę się, że w każdej z sześciu świątyń będzie kolejny wers łamigłówki...


-    Chyba masz rację.


-    Wygląda na to, że to początek. To dobrze. Oznacza to, że w Norhenie znajduje się pierwsza świątynia, a druga jest w Oshelionie. Tam zatem będzie ciąg dalszy.


-    Czy ten kawałek coś ci mówi? – spojrzała na niego pytająco.


-    Trudno mi jest powiedzieć... Muszę się nad tym zastanowić.


-    Dobra. Możemy już stąd iść?


-    Jeszcze nie. Musimy znaleźć artefakt, o którym mówiła Mira i zabrać go stąd.


-    A co to jest?


-    A skąd mam wiedzieć? – westchnął. – Rozejrzyjmy się...


Ella i Alren rozdzielili się i uważnie oglądali świątynię. Nagle złotowłosa przystanęła przed samym ołtarzem i wpatrywała się w rzeźbę Miry. Wtedy usłyszała jej głos w głowie: ”Miecz Miros”.


-    Miecz Miros – powtórzyła, a Alren szybko do niej podszedł.


-    Co powiedziałaś?


-    Usłyszałam to przed chwilą w głowie...


-    Rozumiem – Ren wiedział, że to Mira. – Zatem szukamy miecza...


Tylko to powiedział, a ujrzał na ścianie obraz, przedstawiający piękny miecz. Wskazał na niego Elli, a ona dotknęła go i nagle wspaniałe ostrze wyłoniło się z wnętrza obrazu i zalśniło w jej dłoni. Patrzyli w zdumieniu na jasnobłękitną, wąską klingę ze srebrną rękojeścią, wysadzaną szafirami.


-   To naprawdę jest Miecz Miros... Nie mogę uwierzyć – rzekł spontanicznie Alren. – Wiesz, co trzymasz w dłoni? Święty Miecz Miryonu, który według legendy powstał z odłamka Iryonu – pierwotnego Ducha Miryonu. Miał potężną moc, ale zapieczętował ją Nekromanta Imajos. Podobno stał się wówczas czarny i bezużyteczny, ale teraz... Chyba za twoja sprawą, wrócił do świetności! Nigdy bym nie przypuszczał, że miecz schroni się w obrazie. Nic dziwnego, że nikt go nie znalazł po tym, jak gdzieś zniknął...


-    Mam wrażenie, że mi się to wszystko śni.


-    Nic dziwnego. Ja sam też nie mogę w to wszystko uwierzyć...



Aruell
Nastrój: taki sobie
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 163

czwartek, 9.lutego.2012, 00:00



Rozdział 163


18 dzień ruanu 8976 roku, Norhen – okolice Werinas, świt


Alren oniemiał, widząc swoimi heryońskimi oczami, jak bariera wokół ruin, więżąca dusze przez stulecia, zniknęła. Zaraz potem dało się słyszeć liczne podziękowania od uwolnionych i szczęśliwych dusz. To jednak nie był koniec czarów. Mira zamierzała zrobić coś jeszcze. Tam, gdzie stały ruiny jakiejś świątyni, pojawiła się, za jej sprawą, kompletna budowla, jakby na nowo wybudowana. Zasłonił usta z wrażenia, kiedy ujrzał prawdziwą Świątynię Miryonu, którą do tej pory widział tylko na obrazkach w zakazanych księgach. Wszystkie bowiem zniszczono po upadku Miryonu. Budynek był tak imponujący i piękny, że Ren nie mógł się napatrzeć.


-    Pani.... To jest... – wyjąkał.


-   Tak. Takich świątyń było kiedyś dokładnie sześć w całej Egharii. Czas najwyższy, by powróciły.


-    Czy mam przez to rozumieć, że istniało sześć portali na Miryon? – zastanowił się, analizując poprzednie informacje o tej świątyni i słowa Miry.


-    Zgadza się.


-    Gdzie są pozostałe świątynie?


-    Tego musicie się dowiedzieć sami. W środku tej budowli na pewno znajdziecie wskazówkę, co do ich położenia – powiedziała. – Zanim jednak zniknę, muszę powiedzieć ci coś ważnego o tych świątyniach.


-    Słucham.


-   Jeżeli chcecie kiedykolwiek udać się na Miryon, musicie odnaleźć wszystkie sześć świątyń. W każdej z nich znajduje się część zagadki, której rozwiązanie wskazuje położenie siódmego portalu...


-    Masz na myśli te tajemne wrota?


-   Tak. Jak wiesz, istnieje ukryty portal na Miryon. Ostatni, który nigdy nie został znaleziony przez pierwotnych Egharczyków oraz Cehronów i tylko on jeszcze może umożliwić wam przeniesienie się na Miryon. Nie mogę bowiem odtworzyć pozostałych portali, by nie wpuścić nieproszonych gości do mego królestwa.


-    No tak  – zgodził się z nią. – Ukryty portal... Tego szukał Haron, a potem ja, jeszcze zanim poznałem Ellę.


Siódmy portal wybudowali moi przezorni kapłani, którzy przewidzieli upadek Miryonu. Dobrze ukryli te wrota, więc nie będzie wam łatwo je znaleźć.


-    Pani, jestem przekonany, że wiesz, gdzie to jest – rzekł Ren, patrząc na Mirę znacząco, a ona się uśmiechnęła. – Nie możesz mi po prostu tego powiedzieć?


-    Mogłabym, ale i tak musicie znaleźć te świątynie, a wtedy nie będzie wam już  potrzebna moja wiedza.


-    Czyli jest jeszcze inny powód, dla którego powinniśmy znaleźć te budynki?


-   Owszem. W każdej z sześciu świątyń są cenne artefakty i nie życzę sobie, by znalazł je ktoś inny, niż wy. Mogą okazać się bardzo pomocne w walce z Orianą. Poza tym dużo się dowiecie o Królestwie Miryonu, zwiedzając te budowle.


-    Rozumiem. Wnioskuję po dzisiejszym pokazie, że odbudujesz, Pani, pozostałe pięć świątyń? – spojrzał na nią pytająco.


-    Zgadza się. Wystarczy, że Ella zbliży się do miejsca, w którym stała budowla, a ja ją wskrzeszę.


-    Dobrze. Zrobimy, jak każesz... – ukłonił się lekko Bogini, a ona zaśmiała się zmysłowo i podeszła do Alrena.


Mówiłam ci to już... Nie musisz mi się kłaniać, mój rycerzu – rzekła, gładząc go po policzku i znienacka pocałowała w usta.


Ren zadrżał, kompletnie zaskoczony, czując znajomy żar w piersiach. Gdy zaś oderwał od niej swe usta, w ramionach trzymał już Ellę, a nie Mirę. Odetchnął z ulgą. „Przecież one są jednością” – pomyślał. Czasem jeszcze o tym zapominał. Dziewczyna zamrugała powiekami i spojrzała na Alrena pytająco, a on uśmiechnął się do niej.


-    Zobacz, co uczyniłaś – rzekł łagodnie, pokazując Elli budynek nieopodal.


-    Co to jest?


-    Świątynia Miryonu. Musimy się tam koniecznie udać, jak tylko znajdziemy ołtarz Nimfy – wyjaśnił. – Klątwa zaś została zdjęta. To też twoja zasługa.


-    Ja to wszystko zrobiłam? – zdziwiła się. – No tak, Mira – zrozumiała nagle.


Tymczasem przed dwójką bohaterów pojawił się jeden duch, który reprezentował wszystkie uwolnione dusze i ukłonił się przed Ellą. Dziewczyna go nie widziała, mimo iż słyszała jego głos, ale Alren powiedział jej, co on robi.


-    Dziękujemy, Pani – rzekł duch. – Pokażę wam ten ołtarz, w ramach podziękowania. Za mną, to niedaleko.


Ren chwycił Ellę za rękę i zaprowadził ją tam, gdzie kierował się duch. Kilka minut później znaleźli się pod wielkim drzewem, gdzie ujrzeli zarośnięty ołtarz. Stwierdzili zgodnie, że ciężko byłoby rozpoznać, że to jest to, gdyby nie pomoc tego ducha. Podziękowali więc, a zadowolona dusza ulotniła się, mogąc wreszcie zaznać wiecznego spokoju.


-    Dobra, skoro już wiemy, gdzie jest ołtarz, to czekając na Gorda i Soanę, chodźmy obejrzeć świątynię. Po drodze powiem ci, czego się dowiedziałem od Miry – rzekł spokojnie, a Ella skinęła głową na zgodę.


***


Jaskinia Meranou, około południa


Gord i Soana dotarli do wielkiego wodospadu, kierując się wskazówkami Rena i wkroczyli do ukrytej, za ścianą wody, jaskini. Skały zachwycały, mieniącymi się błękitem, pigmentami. Grota była dość wąska, więc oboje często się o siebie ocierali. Idąc przed siebie, długo milczeli, aż w końcu Elfka postanowiła to zmienić.


-    Powiedz mi coś o sobie. Skąd pochodzisz?


-    Dlaczego pytasz?


-    Chcę tylko zwyczajnie porozmawiać – westchnęła bezradnie, widząc nieufność w jego oczach, a jego twarz natychmiast złagodniała.


-    Wybacz, podejrzliwość chyba wryła mi się już w naturę.


-    Nie ma sprawy...


-    Dobrze, opowiem ci o sobie, jeśli ty zrobisz później to samo.


-    Zgoda.


-   Zatem... Urodziłem się w mieście Ores, w samym sercu gór Alores. Mój ojciec jest strażnikiem miejskim, a matka malarką. Oboje mieszkają w moim rodzinnym mieście i mają się dobrze. Nie mam rodzeństwa – urwał myśląc, co jeszcze mógłby powiedzieć.


-    A jak zostałeś Shiryenem?


-   Zaczęło się od taty, który szkolił mnie od małego oraz posyłał do szermierskich i kapłańskich szkół. Okazało się, że jestem dobry, bo ukończyłem je z wyróżnieniami. Dostałem się do Akademii w Lorionie, ukończyłem ją, a potem wygrałem Igrzyska, zdobywając ten tytuł – opowiedział.


-    Imponujące – stwierdziła Soana i uśmiechnęła się do niego.


Blondyn zmieszał się nieco.


-    A co lubisz robić w wolnym czasie, jeśli takowy masz?


-   Cóż... Ostatnio nie mam go za wiele, ale jeśli już, to wspinam się po górach. Uwielbiam to. Urodziłem się jako góral, więc mam to we krwi. Poza tym lubię odpoczywać na wsi, gdzie panuje błogi spokój.


-    O tak, natura jest zawsze kojąca – zgodziła się Elfka.


-   Dla was, elfów, to pewnie codzienność, prawda? Nigdy nie byłem w Elmeronie, ale zawsze chciałem zobaczyć ten dziki busz, rozciągający się przez cały wasz kraj.


-    Niedługo go zobaczysz. W końcu to tam Ella przejdzie drugą cześć szkolenia.


-    Dobrze, że jesteś z nami. Bez ciebie moglibyśmy się zgubić...


-    Nie sądzę. Słyszałam, że Alren dobrze zna mój kraj – odparła.


-    Taa... Ciekaw jestem, czego ten facet nie zna... On wie wszystko – bąknął, a Soana wybuchła śmiechem.


-    Racja... To dość osobliwa postać.


Elfka była rozbawiona miną Gorda. Blondyn najwyraźniej zazdrościł Alrenowi nie tylko miłości Elli oraz siły, ale i jego wiedzy. Zastanawiała się, czy ci dwaj kiedykolwiek się polubią i doszła do wniosku, że może być z tym różnie.


-    Źle znosisz jego obecność – stwierdziła.


-    Przyzwyczaję się. Chyba...


-    Potrafię zrozumieć, czemu go nie lubisz.


-    Nie – przerwał jej – to nie do końca tak.


-    Jak to? – zdziwiła się.


-    Na początku naprawdę go nie lubiłem, wręcz miałem ochotę go zabić, ale... Potem zrozumiałem, że on co innego robił i mówił, a co innego myślał. Widziałem na własne oczy, jak bardzo kocha Ellę i jestem pewny, że oddałby za nią życie. Najważniejsze dla niego jest jej dobro. Środki zaś się nie liczą. Nie jest to może idealna metoda postępowania, ale godna podziwu. Poza tym... Pomógł mi kilka razy, mimo iż nie darzy mnie sympatią. To oznacza, że nie kieruje się uprzedzeniami i jak trzeba to pomoże nawet komuś, kogo nie lubi – wymieniał w skupieniu, wprawiając Soanę w niezłe zdumienie. – Powiedz mi, Soano. Czy można nie szanować takiego człowieka?


-    Cóż...


-    No właśnie. Mimo że zazdroszczę mu wielu rzeczy i wkurza mnie, że jest ode mnie lepszy. Mimo że nie darzę go uwielbieniem ani większą sympatią, to jednak go szanuję. I tego będę się trzymał w czasie naszej podróży.


Soana przez chwilę patrzyła mu w oczy, a potem się uśmiechnęła do niego ciepło. Mężczyzna nie wytrzymał tego spojrzenia i spytał w końcu:


-    Dlaczego tak na mnie patrzysz?


-    Tak sobie. Myślę tylko...


-    O czym?


-   O tym, że jesteś naprawdę dobrym, bystrym człowiekiem i również zasługujesz na szacunek – wyjaśniła, a on się zarumienił i szybko odwrócił głowę, by to ukryć.


Soana się zaśmiała.


-    Czemu się śmiejesz?


-    Wybacz... Czasami jesteś tak łudząco podobny do Alrena, że to aż zabawne – wypaliła, zbijając go z tropu.


-    Co ty mówisz? Jesteśmy zupełnie inni! – oburzył się.


-    Z pewnością nie jesteście tacy sami, ale wiele was łączy, nawet jeśli oboje nie chcecie tego przyznać – rzekła szczerze. – Obserwuję was bardzo dokładnie, odkąd poznałam i wiem, co mówię. Myślę, że kiedyś zostaniecie przyjaciółmi.


-    Bawisz się w jasnowidza?


-    Czasami – zachichotała, a on tylko się uśmiechnął.


-    No dobrze – rozluźnił się. - Teraz twoja kolej. Opowiedz mi o sobie, Soano...



Aruell
Nastrój: cierpi na brak czasu ;/
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 162

środa, 8.lutego.2012, 00:00



Rozdział 162


Gdy Ella się ocknęła, znajdowała się w wielkiej komnacie z licznymi kolumnadami i basenami różnej wielkości. Stała tylko w błękitnym ręczniku na mini schodkach, prowadzących do niebieskiej i gorącej wody. Wszędzie unosiła się para wodna, która tworzyła swoistą mgiełkę. Ella domyśliła się, że znów ma jakiś dziwny sen i była prawie pewna, że jest w tym samym pałacu, co zawsze. Nie wiedząc, co robić innego, weszła do basenu, zostawiając ręcznik na schodkach i odprężyła się, czując przyjemną temperaturę wody.


-    Miło, prawda? – usłyszała znajomy, niski głos i aż podskoczyła z wrażenia.


Odruchowo zasłoniła piersi i rozejrzała się, szukając właściciela głosu. Zaraz potem ujrzała, jak siedzi niedaleko niej, w tym samym basenie. Przełknęła ślinę, potwierdzając swe przypuszczenie, że to Sirius.


-    Co tu robisz? – spytała gniewnie.


-    Biorę kąpiel, jak widać. To ci przeszkadza, Wasza Wysokość? – zadrwił nieco, a Ella drgnęła, widząc te złote oczy, wpatrujące się w nią bezwstydnie.


-    Owszem... – syknęła i chciała wyjść, ale znalazł się przy niej w mgnieniu oka i chwycił ją za rękę. Serce jej stanęło, gdy był tak blisko, że poczuła ciepło jego ciała i gorący oddech.


-    Nie możesz odejść. Skoro tu jesteś, to znaczy, że mamy porozmawiać – rzekł zwyczajnie.


-    Puść mnie! – wyrwała mu się. – Nie zbliżaj się do mnie! – zagroziła.


-   Spokojnie, tylko jedna kobieta mnie interesuje, a ty Pani, choć jesteś piękna, nie jesteś nią – prychnął. – Zatem nie musisz się mnie obawiać – dodał, zaskakując ją i wyszedł z basenu, pokazując jej w pełni swe muskularne ciało.


Ellę zamurowało. Wcale nie chciała mu się przyglądać, ale nie mogła oderwać wzroku. Musiała przyznać, że było na co popatrzeć. Sirius zaś uśmiechnął się tylko ironicznie i nie okazując nawet cienia wstydu, usiadł pod kolumną, nie ubrawszy się uprzednio. Złotowłosa odwróciła w końcu wzrok, usiłując ukryć rumieńce zawstydzenia.


-    Może byś się tak ubrał? – burknęła.


-    Po co?


-    Eh... – westchnęła, stwierdzając, że on łudząco jej kogoś przypomina, pod tym względem.


Dziewczyna pozostała w basenie i przez jakiś czas patrzyła przed siebie, a nie na niego. Milczeli oboje, aż w końcu Sirius się odezwał.


-    Znalazłaś już Calinę? – zaskoczył ją.


-    Nie... Jednak możliwe, że wiem już, gdzie jest.


-    Na Kher, oczywiście.


-    C-Co powiedziałeś? – podniosła głos. – A więc wiedziałeś od początku, gdzie ona jest?


-    No... tak. Jakiś problem? – uśmiechnął się złośliwie.


-    Dlaczego nie powiedziałeś mi o tym od razu?! – zdenerwowała się.


-   Moja droga, nie mam żadnych zobowiązań wobec ciebie – rzekł nieprzyjemnym tonem głosu. – Nie musiałem ci nic mówić, więc okaż wdzięczność, że w ogóle wspomniałem o Calinie, zamiast zgłaszać pretensje.


Ella zbladła z wrażenia i złości. Nie wiedziała, co powiedzieć. W sumie miał rację. Nawet nie miała pojęcia, kim on był... Westchnęła więc i przez chwilę milczała.


-    Kiedy mi powiesz, kim jesteś? – zerknęła na niego nieufnie. – A może tego też nie musisz robić, mimo iż jesteś w moim śnie...


-    Nie muszę. Poza tym tłumaczyłem ci już kiedyś, że nie jestem w twoim śnie. To ty przenosisz się tutaj, w czasie snu. To ty jesteś moim gościem, Pani. – mówił spokojnie. – Chociaż, jak się zastanowić. To miejsce jest przecież twoim domem, a nie moim... – myślał głośno, a Ella analizowała jego słowa.


-    To jest Miryon, prawda?


-    Po co pytasz, skoro to oczywiste? Wiedziałaś o tym od początku, choćby podświadomie.


-    No dobrze... Ale co ty tu robisz? Czego pilnujesz? Co jest za tamtymi wrotami, przed którymi zobaczyłam cię po raz pierwszy? – spojrzała mu w oczy, a on spoważniał.


-    Gdy nadejdzie czas, sama zobaczysz... – odparł tajemniczo.


-    Mogłam się spodziewać, że nie odpowiesz. Powiedz mi chociaż, kim jesteś? Skąd pochodzisz? Na Miryończyka mi bowiem nie wyglądasz...


-    Słuszna uwaga. Nie jestem Miryończykiem, to na pewno. Pochodzę z Egharii.


-    Skąd dokładnie?


-    Niedługo się dowiesz...


-    Kiedy?


-    Jak tylko spotkasz Calinę i przekonasz ją, by wyznała ci, co widziała, to wtedy wszystko zrozumiesz – rzekł jeszcze, po czym...


Ella zbudziła się. Nie była już przestraszona ani zdziwiona tym snem. Przywykła do tego. Zastanawiała się tylko nad tym, czego się dowiedziała. Teraz miała już pewność, że Calina jest na Kher i co ważniejsze, że od niej może się dowiedzieć, kto jej się śni, kim jest Sirius. Miała przeczucie, że to będzie prawdziwy przełom, choć nie potrafiła tego racjonalnie wyjaśnić.


***


18 dzień ruanu 8976 roku, Norhen – okolice Werinas, świt


Po wspólnym śniadaniu, cała czwórka opuściła latarnię i szła w stronę ruin. W oddali widzieli już las, w którym były ukryte zniszczone budynki i kolumny. Zaraz za nim zaczynały się piękne góry, po stronie zachodniej widzieli morze, a gdzieś na wschód stąd, za drzewami, znajdowało się jezioro Nores. Nawet nie zauważyli, kiedy zatrzymali się tuz przed ruinami, podziwiając po drodze, zapierające dech w piersiach, krajobrazy.


-    Rozdzielny się, to szybciej znajdziemy ten ołtarz – stwierdził Gord.


-    Nie – wtrącił się Ren. – My z Ellą poszukamy ołtarza, a wy udacie się do jaskini Meranou za wodospadem, oby odszukać kwiat Ravineria. Tak będzie szybciej.


-    No tak... – zgodził się blondyn. – Dobra, tylko gdzie ten wodospad?


-    Widzisz tamtą górę, której szczyt przypomina otwarty dziób ptaka?


-    Tak...


-    Wodospad wypływa z jej skał. Wystarczy, że polecicie do tej góry i od razu go zobaczycie. Za nim jest ta jaskinia.


-    Łatwizna – uśmiechnął się ironicznie.


-    Lepiej nie lekceważ norheńskiej przyrody. Potrafi spłatać figla – ostrzegł Ren.


-    Poradzimy sobie. Będę pilnować tego narwańca – rzekła Soana z rozbawieniem, co spotkało się z lekkim oburzeniem Gorda.


-    W porządku. Liczymy na was – powiedziała Ella.


-    Wy też się nie obijajcie – bąknął Gord, nieco niezadowolony, że musi się rozdzielać z Ellą.


-   Niech cię o to głowa nie boli – odparł Alren, po czym wraz ze złotowłosą, popatrzyli, jak dwójka ich towarzyszy, używając lewitacji, poleciała w stronę wysokiej góry.


Gdy stracili ich z oczu, Ren chwycił Ellę za rękę, ku jej wielkiemu zadowoleniu i pociągnął ją w stronę ruin w lesie. Jak tylko znaleźli się w centrum dawnego miasta, Ella zauważyła, że Ren znieruchomiał, a na jego twarzy malowała się powaga. Złotowłosa od razu wiedziała, że coś jest nie tak.


-    Co się dzieje?


-    Zdaje się, że są tu duchy...


-    Co? – w pierwszej chwili stwierdziła, że on żartuje, ale zaraz pojęła, że przecież mieli już do czynienia z duchami. – I co teraz?


-    Powiem im, by się wyniosły albo się z nimi policzę – rzekł z uśmiechem i zdjął soczewki z oczu.


Ella zadrżała na widok jego świecących, zielonych oczu. Alren odsunął się, zatrzymując się na dawnym placu miejskim, zarośniętym przez trawę i kwiaty, przebijające jego kamienne płyty. Emanował teraz tak potężną energią, że Ella zastanawiała się, czy to on stał się silniejszy, czy może to ona, po szkoleniu, była już w stanie to wyczuć. Nie zamierzała mu przeszkadzać.


-    No chłopcy i dziewczynki, pokażcie się! – krzyknął i po chwili swoimi niezwykłymi oczami zauważył jakieś kilkaset dusz.


-    Heryon... – usłyszał.


Nawet Ella, która nie widziała tych duchów, słyszała ich głosy.


-    Dawno tu nie było takiego, jak ty...


-    Czego chcecie? – spytał ostro. – Odejdźcie, albo was zniszczę.


-    Po co ta agresja? Nie jesteśmy przecież groźni...


Alren przez chwilę im się przyglądał i doszedł do wniosku, że rzeczywiście nie emanują złowrogą aurą. Zmienił postawę na bardziej pokojową, ale nadal był w pogotowiu.


-    Macie do nas jakiś interes? – spytał.


-    Tak... Chcemy prosić o przysługę.


-    Przysługę?


-   Nie wiem, czy wiesz, ale to miejsce jest objęte klątwą. Wszyscy, którzy tu umarli, w czasie zagłady miasta, nie mogą opuścić ruin. Błąkamy się po tym więzieniu przez wieki i mamy już tego dość.


-    No tak...


-    Chcemy zaznać spokoju w zaświatach... Jesteś Heryonem, może uda ci się zdjąć tę klątwę i nas uwolnić.


-    Hmm... – Ren myślał chwilę i wtedy podeszła do niego Ella, która słyszała wszystko.


-    Zrób to, co ci szkodzi.


-    Dobrze, ale nie wiem, jakiego rodzaju to jest klątwa... – nadal się zastanawiał. – Kto was przeklął? – spytał w końcu.


-    Imajos Hashenour...


-    Co? – Ren aż drgnął z wrażenia i zamilkł na jakiś czas.


-    O co chodzi? – zmartwiła się Ella.


-    Widzisz, Kotku... O ile mi wiadomo, Imajos był Nekromantą starożytnego Królestwa Egharii i specjalizował się w klątwach...


-    I co z tego?


-    To, że mogę nie być w stanie zdjąć tak potężnej klątwy – rzekł poważnie. – Poza tym dziwi mnie, co taki wielki mag robił w tym miejscu. Czy było tu coś godnego uwagi?


-    To przez tę cholerną świątynię – rzekł nagle jeden z duchów.


-    Mówisz o Świątyni Miryonu?


-    Tak. Ale to nie był zwyczajny kościół, jak myślisz. Dawno temu znajdował się w nim jeden z portali na Miryon...


-    Cooo? – Alren otworzył oczy szeroko ze zdumienia. – Był tu portal?


-    Tak, ale został zniszczony przez Imajosa...


-    No tak... Wszystko jasne. To dlatego tu był i dlatego was przeklął. Mieliście odstraszać zwykłych ludzi, by nie plątali się po tych ruinach.


-    Tak było... Czyli nie możesz nam pomóc? – zmartwił się duch.


-    Spróbuję, ale niczego nie obiecuję – rzekł Alren.


Skupił się i utworzył wokół siebie heksagram, lśniący zielonym światłem, a potem coś wyszeptał. Po jakimś czasie, Alren uspokoił swą aurę i pokręcił bezradnie głową.


-    Przykro mi. Ta klątwa jest zbyt silna...


-    Rozumiemy... – usłyszał i wówczas spojrzał na Ellę.


-    Ja nie mogę tego zrobić, ale ty z pewnością – rzekł do złotowłosej.


-    Ja? – zdziwiła się. – Ale jak? Nawet jeśli jestem Księżniczką  Miryonu, to niewiele jeszcze umiem i... – urwała, bo usłyszała w swej głowie, jakiś głos: „wypuść mnie”.


Zaraz potem straciła przytomność, a następnie w ruinach rozległ się jasny, błękitny blask. Gdy Alren znów spojrzał w jej stronę i ujrzał te migoczące, niebieskie oczy oraz znak podwójnego księżyca na czole, od razu wiedział, z kim ma do czynienia.


-    Mira... – bąknął, nieco oszołomiony mocą, jaką emanowała.


-    Nie martwcie się. Uwolnię was od tej klątwy – rzekła melodyjnym głosem do zmartwionych duchów.


Potem zamknęła oczy, a gdy znów je gwałtownie otworzyła, cały obszar ruin spowił potężny Blask Miryonu.



Aruell
Nastrój: cierpi na brak czasu ;/
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 161

wtorek, 7.lutego.2012, 00:00



Rozdział 161


17 dzień ruanu 8976 roku, Norhen – Werinas, noc


Alren i Ella stali przytuleni na samej górze latarni i razem patrzyli na dwa wspaniałe księżyce. Przez jakiś czas nie rozmawiali, aż w końcu dziewczyna spojrzała na niego ukradkiem, okazując wahanie, co on oczywiście zauważył.


-    Pytaj... Ty możesz zapytać mnie o wszystko.


Pogładził jej policzek, a ona momentalnie się zarumieniła. Wydało jej się to niezwykle romantyczne.


-    Cóż... Chciałabym poznać całą prawdę, ale nie wiem, czy masz ochotę teraz o tym mówić...


Spuściła wzrok, a on chwycił jej podbródek, uniósł i poczekał, aż ich spojrzenia się spotkają.


-    Nie robi mi to różnicy. I tak bym ci kiedyś powiedział, więc może być teraz.


-    To co się właściwe stało tamtego feralnego dnia? – spytała nieśmiało, a on westchnął.


-    Kiedy obudziłem się rano i zszedłem na dół... Zobaczyłem ich... – urwał. – Leżeli na podłodze w kałuży swej krwi. Mieli takie blade twarze. Głowa mamy była skierowana w moją stronę. Oczy miała otwarte, jakby z zaświatów błagała mnie o pomoc... – wyksztusił z trudem, a Ellę aż zmroziło, gdy sobie to wyobraziła.


-    Na litość... – wymknęło jej się, ale słuchała dalej.


-    Byłem przerażony. Teraz taki widok nie zrobiłby na mnie wrażenia, ale wtedy... Miałem tylko osiem lat... Zacząłem krzyczeć i płakać. Podbiegłem do nich i potrząsałem nimi, chcąc ich obudzić, brudząc się ich krwią. Nie odpowiadali, ale nadal ich wołałem, w nadziei, że jednak to tylko jakiś koszmar. – Oczy mu się zeszkliły, na samo wspomnienie tamtej chwili. – Niedaleko ciała znalazłem długi sztylet, którym zapewne ich zamordowano. Nie wiem, czemu wtedy go podniosłem, ale zrobiłem to... Może chciałem się zabić? Naprawdę nie wiem... Wówczas do domu wpadł wuj Teados z trzema strażnikami...


-    No nie... – Ella nie mogła uwierzyć, że Ren przeszedł coś takiego w dzieciństwie.


-   Gdy zobaczyli mnie ubrudzonego krwią i ze sztyletem w ręce, chcieli mnie pojmać. Wuj bowiem natychmiast nazwał mnie mordercą... Przestraszyłem się i zacząłem tłumaczyć, że to nie ja, ale nie słuchał mnie. „Heryoni zawsze kłamią” - usłyszałem, a  potem kazał strażnikom mnie aresztować... – Ren zacisnął pięść. - Instynkt podpowiedział mi, że muszę uciekać, więc zerwałem się i wybiegłem tylnym wejściem na ulicę. Ludzie, którzy mnie widzieli, zamierali w bezruchu. Strażnicy długo mnie gonili. Nie zatrzymałem się ani na chwilę. Biegłem i biegłem. Pewnie byłoby już po mnie, gdyby nie Miya, służąca z naszego domu, która jak tylko mnie zobaczyła w okolicach rynku, pociągnęła za rękę i zaprowadziła w jakiś zakamarek miasta, otworzyła płytę kanalizacyjną i weszła tam ze mną. Dzięki temu zgubiliśmy strażników...


-    Pomogła ci...


-   Tak. Do dziś nie wiem, dlaczego... O nic nie pytałem, tylko biegłem za nią kanałem tak długo, aż dotarliśmy do wyjścia, daleko poza miastem. Zobaczyłem rzekę Nores i jakaś chatkę z drewna, do której Miya mnie zaprowadziła. Mieszkał tam jakiś rybak, który chyba był bratem służącej. Miya coś mu powiedziała, a potem on zabrał mnie do swej łajby i mieliśmy odpłynąć. Pamiętam tylko, że zanim zrobiliśmy, Miya wymusiła na mnie, bym obiecał, że już nigdy nie wrócę do Norhenu, a nawet nie będę o nim rozmawiał. Obiecałem jej to. Potem powiedziała, żebym nie szukał zemsty i wyraziła nadzieję, że gdziekolwiek będę, zaznam spokojnego życia...


-    Miłe.


-    Owszem, ale nie myślałem wtedy o tym. Byłem wciąż w szoku, więc nie do końca do mnie docierało, co się dzieje. Popłynąłem razem z tym rybakiem łodzią rzeką Nores, aż dopłynęliśmy do jeziora. Później podróżując rzeką Goson, na wschód stąd, dotarliśmy do morza. Rybak zaprowadził mnie do portu w mieście Gosur i tam przekazał jakiemuś marynarzowi, który zamknął mnie w jakieś skrzyni i załadował na statek.


-    Co? – Ella otworzyła oczy ze zdumienia.


-   Wiem, jak to brzmi... Ale tak było. Przychodził jednak do mnie, do magazynu statku, by dawać mi jedzenie. Trwało to jakieś dwa dni, a potem wypuścił mnie w innym porcie, w dziwnym miejscu. Powiedział, że tu kończy się jego pomoc i od tej pory muszę sobie radzić sam. Tak też było, ale to już zupełnie inna historia...


-    Co to było za miejsce?


-    Elmeron.


-    Kraj Elfów? – zdziwiła się. – Dlaczego akurat tam?


-    Bo tam tolerowano Heryonów. Poza tym Norheni nie zapuszczali się do Elmeronu. Byłem więc tam bezpieczny.


-  Trudno uwierzyć w taką historię – pokręciła głową. – Wiele wycierpiałeś. Jak to możliwe, że to przetrwałeś? Byłeś przecież tylko dzieckiem...


-  Nadal mnie nie doceniasz, Kotku... – zaśmiał się smutno. – Byłem zaradny i silny, a ponadto miałem dużo szczęścia. Dlatego sobie poradziłem.


-   Aż dziw, że ten chłopiec, który ledwo uszedł z życiem, teraz jest jednym z najpotężniejszych wojowników w Egharii i Shiryenem Alorii... Daleko zaszedłeś. To więcej, niż samo „poradzenie sobie” – uśmiechnęła się do niego, a on się zaśmiał i przytulił ją do siebie mocniej.


Potem zapadło kilkunastominutowe milczenie. Oboje próbowali się zrelaksować. Alren usiłował nie myśleć o minionym dniu i przeszłości, a Ella o tym, co spotkało jej ukochanego. Teraz już wiedziała, dlaczego był taki gburowaty, ostrożny i nieufny, gdy go poznała. Nie dziwiła się już, że taki był, skoro przeżył coś takiego... Jednocześnie pomyślała, że teraz trochę się zmienił. Częściej się uśmiechał i wydawał się milszy, niż na początku.


Podejrzewała, że to jej zasługa. Ofiarowała mu ciepło i miłość. Wiedziała od początku, że w głębi duszy Alren tego potrzebował. Nie wierzył, że może tego doświadczyć i trudno się mu było dziwić. Dopiero ona to zmieniła. Ella obiecała sobie w duchu, że nie dopuści, by Ren kiedykolwiek jeszcze poczuł się samotny i opuszczony. Wtuliła się w niego mocniej, co wywołało jego delikatny uśmiech.


-    Nawet nie wiesz, jak mi przykro, że spotkało cię coś takiego... – rzekła śmiertelnie poważnie, patrząc mu w oczy.


-    To już przeszłość... – Objął ją w talii. – Teraz mam nową rodzinę i nowe życie.


-    Jak to?


-   Nie mów tak, jakbyś nie wiedziała... – Pogładził jej policzek. – Ty jesteś moją nową rodziną. Nic innego się dla mnie nie liczy i zrobię wszystko, by nikt mi cię nie odebrał.


-    Zostanę z tobą tak długo, jak zechcesz – zapewniła Ella, z błyszczącymi oczami, a jemu zrobiło się cieplej na sercu.


-    Nawet na zawsze? – spytał, owiewając jej twarz gorącym oddechem, aż Ellę przeszył miły dreszcz podniecenia.


-    Czyżby to były oświadczyny? – puściła mu oczko.


Chciała poprawić mu nastrój i miała nawet pomysł, jak to zrobić. Alren zaśmiał się głośno i szczerze, a potem bez ostrzeżenia pocałował ją tak namiętnie, że zadrżała. Oplotła go rękami wokół szyi i zamknęła oczy. Zatracili się w rozwiązłych pocałunkach i dopiero po chwili Ella oderwała się od niego, by nabrać więcej powietrza.


-    Oczywiście nie odpowiesz mi na to pytanie, co? – rzekła z przekąsem, a on posłał jej figlarne spojrzenie.


-    Po co mam ci się oświadczać, skoro i bez tego, tak desperacko chcesz zostać moją żoną? – spytał podstępnie, a ona spłonęła rumieńcem.


-   Jesteś bezczelny, wiesz o tym? – bąknęła. – Jestem księżniczką Miryonu! Myślisz, że muszę za ciebie wychodzić? Wcale nie! – burknęła, obrysowując jego wargi palcem wskazującym, aż ujrzała na nich jego złośliwy uśmieszek.


-    Doprawdy? – Spojrzał jej w oczy tak intensywnie, że zatonęła w tej zieleni. – Wyszłabyś za innego? A może jeszcze mam ci znaleźć jakiegoś księcia? – zakpił.


-    Ren!


-    No właśnie... Oczywiście, że nie – zaśmiał się z jej obruszonej miny.


-    Jesteś zbyt pewny siebie! – uśmiechnęła się ironicznie.


-    Mam solidne podstawy, by tak twierdzić, Kotku... – mruknął i znów ją pocałował, a ona aż westchnęła z zadowolenia.


-   Eh... Ciekawe, czy dożyję chwili, gdy mi się oświadczysz... – wymknęło jej się, więc szybko i nerwowo zasłoniła usta, co wywołało jego śmiech.


-    Coś ty taka niecierpliwa? – spytał rozbawiony. – Przecież cały czas jesteśmy razem. Co za różnica czy zaobrączkowani, czy nie...


-    No wiesz... Jesteś zabójczo przystojnym podróżnikiem, który ma cholerne powodzenie... Boje się, że w końcu mi uciekniesz... – droczyła się dalej.


-    Sądzisz, że jakaś kobieta mogłaby cię zastąpić? – zaśmiał się szczerze, ujmując jej podbródek. – Niemożliwe... Jesteś jedyna i absolutnie wyjątkowa...


Ella znów się zarumieniła i poddała się zupełnie jego pocałunkom, a potem zdziwiła się, gdy poczuła, jak wziął ją na ręce. Zaraz później, używając lewitacji, opuścili latarnię i wylądowali na brzegu morza. Spojrzała na niego ze zdumieniem.


-    Co robisz?


-    Mam ochotę na kąpiel, a ty? – spytał z przekąsem i w kilka sekund pozbył się całego ubrania, po czym pobiegł w morze.


-    Oszalałeś?! – krzyknęła zszokowana. – Mogą nas zobaczyć!


-    Coś ty! Jest za ciemno i zbyt późno. Chodź, woda jest cieplutka – kusił.


-    Co za wariat... – mruknęła pod nosem i niechętnie zsunęła ramiączka sukienki.


-    Pospiesz się, bo po ciebie przyjdę.


-    Zamknij się, ty bezwstydniku! – bąknęła, po czym weszła do morza i podpłynęła do niego.


-    Nie denerwuj się tak, skarbie... Powiedz, że nie jest tu przyjemnie... – mówił, specjalnie obniżając głos i jednocześnie przesunął dłońmi, wzdłuż jej pleców w dół.


Byli zanurzeni do pasa. Łagodne fale łagodnie masowały ich rozpalone ciała. Podniósł ją, trzymając poniżej pośladek i pieścił ustami jej dekolt oraz piersi. Ona pochyliła się i całowała go po szyi, gładząc jednocześnie dłońmi po plecach. Później znów złączyli się w rozwiązłym pocałunku. Wplotła dłonie w jego mokre już włosy i oddychała z trudem. Ren przyduszał ją wręcz do siebie, pragnąć cały ciałem czuć jej rozpaloną skórę. Ella powoli odpływała w inny wymiar, zapominając, gdzie jest. Zaraz potem poczuła go w sobie i jęknęła głośno.


-    Ciii, Kotku. Obudzisz wszystkich mieszkańców Werinas...


-    Bardzo śmieszne – wyksztusiła z trudem, zbyt podniecona. – Oh, chyba zaraz oszaleję...


-    I dobrze – wyjąkał, po czym pocałował ją zachłannie. – Lubię, gdy tracisz nad sobą kontrolę.


-    Eh, za dużo gadasz – mruknęła rozgrzana do czerwoności.


Dążyli szaleńczo do finału, a gdy już go osiągnęli, wtulili się w siebie mocno i słuchali swoich rozszalałych serc. Gdy ochłonęli nieco, popływali w morzu, śmiejąc się i przekomarzając, aż dopadło ich zmęczenie.


Wówczas wrócili do latarni i do łóżka. Ella położyła się tuż obok niego i pogłaskała jego nagi tors, a on zamruczał z zadowoleniem.


-    Dobranoc – szepnęła mu na ucho i pocałowała go czule w policzek.


-    Nawzajem, Kotku. Śpij dobrze.



Aruell
Nastrój: cierpi na brak czasu ;/
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 160

czwartek, 2.lutego.2012, 00:00

 


Witajcie!



W tym rozdziale poznacie ważną część historii Alrena, chociaż, jak się pewnie słusznie domyślicie, to jeszcze nie koniec jego sekretów. ;)



Pozdrawiam ;)


P.S. Zapraszam do udziału w nowej sondzie. Miłej zabawy.  ;)


***


Rozdział 160


17 dzień ruanu 8976 roku, Norhen – Werinas, wieczór


Ulrek wziął głęboki wdech, wypił odrobinę wina i rozpoczął swoją opowieść. Wszyscy poza Alrenem byli nią niezwykle zainteresowani.


-    Właściwie to wszystko zaczęło się przeszło sto lat temu, kiedy powstała organizacja anty-heryonowa. Założył ją Gilges, który nienawidził Łowców Dusz. Ugrupowanie to miało tak sprytnie wykreowany system działania i  ideologię, że trafiało to do tych ludzi, którzy się bali Heryonów. Tym sposobem zlęknieni obywatele stawali się wrogami Heryonów. Często byli poddawani rytuałom, które przypominały pranie mózgu, aby widzieli w tym ludzie samo zło. Z czasem społeczność organizacji osiągnęła olbrzymie rozmiary i niemal w każdym mieście Norhenu połowa mieszkańców była przeciwna Heryonom.


-    To mi przypomina sektę – zauważyła Ella.


-   To prawda. Jednak to było coś znacznie gorszego... Oni zatruwali życie zupełnie niewinnym Heryonom, mordowali ich i rzucali fałszywe oskarżenia, co doprowadziło do tego, że Łowcy Dusz wycofali się do nowych osad, gdzie byli tylko oni, by uniknąć szykanowań. Nastąpiła izolacja Heryonów i Norhenów, którzy przez wieki żyli obok siebie, jak bracia i siostry.


-    To straszne – wymknęło się Soanie.


-   Owszem. My kapłani, nigdy tego nie popieraliśmy, ale nasze wpływy były słabsze od wzniosłych kazań Gilgesa. Powstało nowe prawo, wymuszone wręcz na ówczesnym władcy Norhenu, legalizujące organizację. Najgorsze było jednak wtedy, gdy Król umarł... Jego syn był wtedy jeszcze zbyt młody, by rządzić. Gilges wykorzystał to i wywołał powstanie, zwane Pierwszą Rebelią, w którym wymordowano 80 procent ludu Heryonów. Tak po prostu, bez żadnej przyczyny. Zniszczono wszystkie ich osady. Ci, co ocaleli ukryli się w lasach i górach, nie dając znaku życia.


-    Jak można być tak niesprawiedliwie okrutnym? – wzburzył się Gord.


-   To właśnie robi z ludźmi nienawiść. To bardzo niebezpieczne uczucie... Ślepe i zawsze prowadzące do zguby – zasępił się kapłan. – Od tamtego czasu Heryoni zaczęli używać soczewek, by maskować swoją tożsamość. Gdy Gilges umarł, wszystko ucichło. Jego syn nie był już tak fanatycznym przeciwnikiem Heryonów. Kiedy on by szefem ugrupowania, nic się nie wydarzyło. Względny pokój panował przez jakieś 50 lat, aż do czasów panowania kolejnego króla – Algora vhe Norenos oraz Królowej Renalii...


-    Co się wtedy stało? – zapytała Ella.


-    Wówczas zmienił się przywódca organizacji. Został nim hrabia Teados vhe Adhenos...


-   Cooo?! – złotowłosa aż podskoczyła i spojrzała na Alrena w zupełnym szoku. - Czy to nie jest obecny Król Norhenu i wuj Rena?


-    Zgadza się...


-    Ale jak to możliwe? – Gord również był zdumiony.


Nie wiedział, że obecny Król był przywódcą tego stowarzyszenia. Podobnie Soana, która aż otworzyła usta ze zdumienia.


-   Posłuchajcie dalszej historii, to zrozumiecie. Teados cierpiał na przerost ambicji. Chciał zostać Lordem, czyli wyższym hrabią, ale Król, który nie popierał heryonobójstwa, nadał ten tytuł jego bratu – Darenowi vhe Adhenos, który był bardzo pokojowym człowiekiem.


-    Czy to...? – Ella spojrzała na Rena pytająco.


-    Tak, to był mój ojciec – rzekł smutno, a Ella poczuła ukłucie w sercu, widząc ból w oczach ukochanego.


-    Teados nigdy nie lubił Heryonów. Jednak został ich fanatycznym wrogiem dopiero, gdy jego żona i córka zginęły w wypadku, który spowodował jeden Heryon, potrącając ich powozem. Mimo iż świadkowie potwierdzili, że to one były nieuważne i tamten nie miał szans ich zobaczyć, to Teados i tak uznał, że Heryon zamordował mu rodzinę z premedytacją. Od tamtej pory robił wszystko, by im zaszkodzić i nawet został przywódcą organizacji. Powróciły czasy Gilgesa... Prześladowania i mordy Heryonów. Powstała nawet tajna policja, która sprawdzała oczy Norhenów, szukając wśród nich Heryonów. Daren wielokrotnie namawiał brata, by zaprzestał tych okrucieństw, ale bezskutecznie – zrobił przerwę, by napić się wina. – Król Algor i Królowa Renalia byli bezsilni. Borykali się ponadto z osobistą tragedią...


-    Jaką? – spytała Ella, coraz bardziej przejęta tą historią.


-    Królowa urodziła syna, małego księcia, ale niestety okazał się być martwy. To była wielka rozpacz... A ten drań, Teados, wykorzystał pogrzeb księcia, by wtrącić do lochu kolejną, niewinną rodzinę Heryonów. Lud był zastraszony. Wszyscy żyli w wielkim strachu przed Heryonami i ich przeciwnikami.


-    To okropne, ale jak to się stało, że Teados został Królem? – spytał Gord.


Również Alren był tym zainteresowany, gdyż tego nie wiedział.


-    Zaczęło się od głośnej afery rodzinnej Teadosa. Jego brat – Daren oraz Evill mieli adoptowanego syna, który siedzi teraz z nami... – Spojrzał na Alrena z mieszanką współczucia i zrozumienia.


-    A więc... – Ella znów zerknęła na Rena. – Daren i Evill nie byli twoimi biologicznymi rodzicami?


-    Nie. Nigdy nie znałem swoich prawdziwych rodziców, ale zawsze myślałem o Darenie i Evill, jak o mojej jedynej rodzinie – odparł.


-   Nie mogę w to uwierzyć... To takie okrutne – Ella była roztrzęsiona, więc Ren uśmiechnął się do niej lekko i objął ją ramieniem.


Zarumieniła się nieco, a kapłan kontynuował opowieść.


-    Pewnego dnia Teados odkrył, że Alren jest Heryonem, co solidnie ukrywano przed nim i innymi. Wtedy wpadł w szał. Nazwał swojego brata i bratową zdrajcami narodu i swoimi wrogami. Niewiele później doszło do tej, słynnej na cały Norhen, tragedii...


Ella przełknęła nerwowo ślinę, Soana i Gord byli zszokowani, a Alren walczył ze łzami, których nie chciał uronić, choć miał na to wielką ochotę. Wspomnienie tamtych czasów wprowadziło go w gorzej, niż podły, nastrój.


-    Tego dnia w domu Alrena znaleziono dwa ciała - Darena i Evill. Zostali zamordowani...


-    Nie... – jęknęła Ella i zasłoniła usta.


-    Niestety to prawda. Nikt tak naprawdę nie wie, jak do tego doszło, ani kto to zrobił, choć... oficjalnie wszystko jest jasne. Jednak my kapłani i wiele innych mieszkańców Norhenu – nie wierzymy w to. To absurd!


-    A jaka jest oficjalna wersja? – spytała Ella, zaś kapłan spojrzał na Alrena i zawahał się, czy powinien to mówić.


-   Ja im to powiem... – rzekł Ren, zaskakując wszystkich. – Oficjalna wersja jest taka, że w zemście za los Heryonów, ja, adoptowany syn Darena i Evill, zamordowałem ich.


-    C-Co ty mówisz? – Ella aż poderwała się z siedzenia, a Gord i Soana zamarli w bezruchu.


-    Prawdę. Jestem poszukiwany za morderstwo swoich przybranych rodziców. Dlatego mnie ścigają. Oficjalnie... Nieoficjalnie zaś chcą mnie zamordować dlatego, że jestem prawdopodobnie ostatnim Heryonem.


Po tych słowach zapadła długa cisza. Ella, Soana i Gord byli wstrząśnięci tą historią. Nikt nie wiedział, co powiedzieć i dopiero Ella przerwała milczenie po kilkunastu minutach.


-    Co za bzdura! Nigdy nie uwierzę, że zabiłeś sowich rodziców! – powiedziała Renowi prosto w twarz.


Jej wybuch nieco zaskoczył mężczyznę, ale ostatecznie się uśmiechnął.


-    Niestety większość Norhenów nie podziela twego zdania... Zwłaszcza, że Król Teados rozesłał wszędzie listy gończe i wciąż wysyła strażników oraz najemników, by mnie dorwali.


-    Jak oni mogli tak pomyśleć? Ile ty wtedy miałeś lat? – spytała zszokowana Soana.


-    Osiem.


-   Prawdopodobnie Teados, kierowany nienawiścią do Heryonów, specjalnie obwinił Alrena o morderstwo – wywnioskował kapłan. – W każdym razie, niedługo potem Teados odkrył, że Król i Królowa mają heryońską krew... To wywołało istne piekło. Ogłoszono ich zdrajcami i hipokrytami. Wybuchło kolejne powstanie, zwane Drugą Rebelią, w czasie którego wymordowano kolejne setki Heryonów, ukrywających się w miastach. Plotka głosi, że tylko garstka ocalała, uciekając z Norhenu. Ślad po nich zaginął, więc nie wiadomo, czy to prawda. Faktem zaś jest to, że po ataku na pałac zaginęła Królowa Renalia, a  Król Algor został zabity. Wraz z tym aktem zakończyło się powstanie, a Teados sam siebie ogłosił Królem.


-    A wiec to tak było... – Gord pokręcił głową z niedowierzaniem, a Alren zacisnął pięści pod stołem, z trudem powstrzymując gniew.


Teraz już bowiem wiedział, jak jego wuj został królem...


-   Tak... Mieszkańcy byli zbyt przerażeni, by protestować, wiec uznano go za władcę Norhenu. Nie ożenił się ponownie, w czym lud widzi nadzieję dla siebie. Liczą na to, że jak Król umrze, znów zapanuje normalność i pokój. Teados jest znienawidzony przez większość mieszkańców, którzy albo nigdy nie popierali tej rebelii, ale albo zrozumieli później, że to była okrutna, nieludzka głupota. Na tym kończy się moja opowieść – zrobił pauzę. – Więcej możecie dowiedzieć się tylko od Alrena, który wie, co naprawdę wydarzyło się w jego domu. Szczerze mówiąc sam jestem tego ciekaw. – Spojrzał na niego prosząco


-    Wybacz, ale nie zamierzam o tym opowiadać obcym – rzekł zdecydowanie Alren.


-    Jasne, rozumiem... Mam nadzieje, że wkrótce wszyscy poznamy prawdę i ten obłęd się skończy.


-    Niewykluczone – rzekł tylko. – Zrobiło się późno, pójdziemy już. – Zakończył spotkanie, wstając od stołu.


-    Rzeczywiście... – zgodził się Ulrek.


Mimo to ani Ella ani Gird ani Soana nie ruszyli się z miejsca. Byli zbyt wstrząśnięci tym, czego się dowiedzieli. Dopiero gdy Ren położył ręce na ramieniu Elli, poruszyli się.


-    Chodźcie. Musimy znaleźć jakiś nocleg.


-    Jeśli mogę coś zasugerować... Możecie przenocować w opuszczonej latarni morskiej na zachód stąd. Nikt tam nie chodzi, bo panuje fama, że jest nawiedzona. Zapewniam jednak, że to nieprawda.


-    Dziękujemy za wskazówkę – rzekła Ella, która wreszcie się podniosła z krzesła.


-    Uważajcie na siebie – rzekł kapłan i wyszedł z knajpy.


Zaraz za nim poszli Ella i Ren, trzymając się za ręce oraz Gord i Soana. Wszyscy byli zamyśleni i niespokojni. Nawet nie zauważyli, jak dotarli do opuszczonej latarni, w starym porcie, która znajdowała się na skraju miasta, niedaleko ruin w lesie. W środku znaleźli dwa pomieszczenia, więc zajęli je parami.


Gord i Soana milczeli cały czas, rozważając w myślach ostatnie informacje w pokoju na parterze, zaś Ella i Ren zajęli pomieszczenie na piętrze. Alren od razu poszedł na szczyt latarni, która oczywiście się nie paliła i patrzył w gwiazdy, migoczące na nocnym niebie. Poruszył się dopiero wtedy, gdy Ella, która podążyła za nim, objęła go w pasie od tyłu, tuląc się do jego pleców.


-    Ren... – rzekła smutno.


-   Nie martw się, Kotku – odparł ciepłym tonem głosu. – Nic mi nie jest. Co się stało, to się nie odstanie. Nie ma nad czym rozpaczać. Nie zamierzam wracać do przeszłości.


-    Już wróciłeś – rzekła, a on spoważniał.


-    Rzeczywiście – przyznał. - Ale może to i dobrze. Chciałbym już zamknąć ten rozdział, raz na zawsze...



Aruell
Nastrój: ...
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 159

środa, 1.lutego.2012, 00:00



Rozdział 159


17 dzień ruanu 8976 roku, Norhen – Las Resnos, około południa


Arona patrzyła w oczy kolejno wszystkim tu obecnym i z pełną powagą na twarzy, wyjaśniała, jak trafić do jej rodaczek, spod znaku wody.


-   Nimfy Wodne wciąż istnieją, ale ukrywają się głęboko w głębinach oceanu i nie pokazują się nikomu. Nie radzę przeszukiwać dna, to na nic. Nigdy nie znajdziecie ich pod wodą, bo to ich żywioł i dom.


-    Jak zatem mamy się z nimi spotkać?


-   Musicie odszukać starożytny ołtarz Nimf Wodnych, złożyć odpowiednią ofiarę i odczytać na głos zaklęcie przywołujące. Wówczas jedna z nimf powinna się wam ukazać – wyjaśniła. – Nie oznacza to oczywiście, że od razu wam pomoże. To, jak ją przekonacie, by wam zaufała, zależy już tylko od was.


-    Rozumiem. Gdzie możemy znaleźć taki ołtarz?


-    To może być trudniejsze, niż myślicie. Już od wieków nikt nie czci nimf, więc ołtarze zostały zniszczone. Jednak niektóre z nich mogły ocaleć w zapomnianych zakątkach Norhenu – zamyśliła się. – Nie jestem pewna, ale wydaje mi się, że widziałam niedawno jeden taki ołtarzyk. Był wprawdzie zarośnięty przez rośliny i zrujnowany, ale jego trzon się zachował, a zatem powinien zadziałać.


-    Gdzie on jest?


-    Daleko na północy znajduje się wybrzeże, gdzie leży miasto portowe o nazwie Werinas. Zaraz za nim, znajdują się ruiny starego miasta, zarośnięte niemal w całości przez las. Tam znajdował się ten ołtarzyk.


-    Rzeczywiście. Są tam ruiny – stwierdził Ren. – Widziałem je ze statku, którym opuszczałem Norhen.


-    Dobrze. A ofiara? O jaką ofiarę chodzi?


-    Musicie złożyć na ołtarzu pewien kwiat, który będzie waszym medium z nimfami.


-    Kwiat?


-    Tak. To szczególna i obecnie bardzo rzadka roślina. Rośnie wyłącznie w jaskini Meranou, ukrytej za jedynym wodospadem w Norhenie, w górach.


-    Wiem, gdzie to jest. Ten wodospad jest niedaleko od miasta Werinas.


-    Kwiat nazywa się Ravineria, czyli Mistyczna. Ma płatki w kształcie serca, w intensywnym, fioletowym kolorze. Jego środek i koniuszki płatków są błękitne, a liście trójkątne i ciemnozielone. Pachnie niezwykle pięknie, wręcz odurzająco, więc radzę nie wąchać ich z bliska – mówiła Arona.


-    I wystarczy położyć ten kwiat na ołtarzu?


-   Tak. Wystarczy jeden. Potem musicie przeczytać słowa napisane na ołtarzu, które winny się zaświecić na fioletowo, po położeniu rośliny. Natychmiast po tym powinna pokazać się wam Nimfa Wodna. To wszystko, co mogę wam powiedzieć.


-    Dziękujemy – rzekła Ella z uśmiechem.


-    Spłaciłam już swój dług, zatem pozwólcie, że zniknę, nim ktoś jeszcze zauważy mą obecność – rzekła Arona. – Lepiej dla nas, żeby ludzie nie wiedzieli o naszym istnieniu i myśleli, że wyginęłyśmy. Żegnajcie! – rzekła jeszcze i rozpłynęła się w powietrzu, jak duch.


Patrzyli jeszcze przez chwilę w miejsce, w którym przed chwilą widzieli Nimfę, aż w końcu Ren położył rękę na ramieniu Elli i uśmiechnął się.


-    To co? Ruszamy do tych ruin.


-    Na to wygląda – odparła złotowłosa.


-    Zaczekajcie – usłyszeli obcy głos.


Była to tamta staruszka, która dopiero teraz odważyła się do nich podejść i patrzyła na nich zdumionym wzrokiem.


-    Chcę wam podziękować za pomoc oraz za to, że nie zabiliście tej biednej Nimfy...


-    Ta biedna Nimfa omal pani nie zabiła – zauważył Gord, ale zamilkł, widząc karcące spojrzenie Elli, jakie mu posłała.


-    Wiem, że to nie była jej wina i że wy też już to wiecie.


-    Jesteś Iliana, prawda? – spytał Ren.


-    Tak. Mam u was dług wdzięczności, więc pozwólcie, że was ugoszczę u siebie w domu. Nie powinniście podróżować po tym lesie w nocy, a do zmroku nie zostało już wiele czasu.


-    Ma pani rację – zgodził się Ren. – W nocy robi się tu wyjątkowo paskudnie... Jednak zdążymy opuścić ten las jeszcze zanim zapadnie zmrok – zapewnił Alren.


-    A-Ale, jak to? Musielibyście polecieć! To bardzo daleko stąd!


-   Coś wymyślimy, proszę się nie martwić – mówił Ren, a Ella usiłowała wyczytać z jego twarzy, co on planuje. Była tylko pewna, że wie, co robi, więc poparła go.


-    On ma rację. Poradzimy sobie. Niech pani wróci do domu i odpocznie.


-    Ale... Jak mogę się wam odwdzięczyć za uratowanie życia? Głupio mi tak, bez tego.


-    Może... – Ella się zamyśliła. – Wie pani, co lubią Wodne Nimfy?


-    Dlaczego pytasz, Pani?


-    Możliwe, że będziemy musieli do siebie przekonać jedną z nich. Jak to zrobić? Jakie mają słabości?


-   Niech pomyślę... Jeśli dobrze pamiętam, to Nimfy Wodne mają szczególną słabość do błękitnookich blondynów... W dawnych czasach często rzucały uroki na takich mężczyzn i zabierały do podwodnych domów, co zwykle kończyło się dla tych wybrańców tragicznie. - Wszyscy parsknęli śmiechem, słysząc to i mimowolnie spojrzeli na Gorda, na co on zareagował nerwowo.


-    No co? – bąknął, zmieszany ich spojrzeniami. – Cokolwiek głupiego pomyśleliście, wybijcie to sobie z głowy! Nie dam się omamić żadnej Nimfie!


-    Czy przypominasz sobie coś jeszcze, pani Iliano? – spytała, rozbawiona zachowaniem Gorda, Ella.


-    Tak. Lubią szafiry. Jednak tutaj trudno jakikolwiek znaleźć. Może w ruinach na północy coś się zachowało? Była tam kiedyś Szafirowa Świątynia, która czciła Miryon...


-    Dziękujemy. To na pewno nam pomoże – zapewniła Ella.


Zaraz potem pożegnali się, choć Iliana niechętnie przyjęła odmowę odwiedzin, martwiąc się, czy zdążą wyjść z lasu jeszcze za dnia. Tymczasem wszyscy ochoczo szli na północ, nie mogąc się doczekać dotarcia do celu.


Tylko Alren nie okazywał entuzjazmu i wyglądał na zaniepokojonego. Co chwila zerkał gdzieś w bok, jakby wyczuwał, że ktoś, od jakiegoś czasu, wciąż ich śledzi, jednak nic z tym nie robił.


***


Tymczasem, nieopodal


Dziewczyna w długim płaszczu schowała się jeszcze bardziej wśród liści korony drzewa, na którym siedziała, jakby w ten sposób chciała uniknąć zauważenia. Zaniepokoiło ją, że wysoki brunet się rozglądał. Tak, jakby ją wyczuł. Stwierdziła jednak, że skoro nic z tym nie robił, to znaczy, że albo nie uznał jej za zagrożenie albo zauważył coś innego. Miała jednak przeczucie, że powinna być bardziej ostrożna. Z każdą chwilą rozumiała coraz bardziej, z kim ma do czynienia.


Po tym, jak obejrzała starcie z Nimfą, wiedziała już, że ci dwaj mężczyźni byli Shiryenami, a to zaś oznaczało, że są najlepsi w tym kraju. Potwierdziło się też, że złotowłosa dziewczyna jest Mirellą, gdy kobieta ujrzała te lśniące błękitem oczy i aurę, dzięki której Księżniczka ocaliła Nimfę. Dziewczyna była pod wielkim wrażeniem i miała coraz większą ochotę po prostu do nich podejść i porozmawiać z nią, ale uznała, że jeszcze trochę ich poobserwuje.


Chciała więcej się o nich dowiedzieć oraz zobaczyć, czy będą w stanie znaleźć drogę na Kher. Pragnęła ich sprawdzić, nim powierzy im los swój i innych. Użyła więc więcej barier maskujących i podążyła za nimi, w kierunku Werinas.


***


Wieczór, okolica Werinas


Wczesnym wieczorem drużyna bohaterów dotarła do skraju lasu, a zarazem i wybrzeża Oceanu Noryen. W oddali widzieli już duże miasto portowe, tonące w pomarańczowo-złotym blasku zachodzącego Słońca.


-    Werinas... – rzekł Ren.


Wszyscy byli bardzo zmęczeni. Aby opuścić las tak szybko, musieli co jakiś czas używać lewitacji, która pochłaniała wiele energii. Jednak warto było się wysilić, bo dzięki temu udało im się dotrzeć tutaj jeszcze za dnia i uniknąć nocnych niebezpieczeństw w lesie.


Odpoczęli chwilę, po czym poszli do miasta. Ren i Ella ubrali płaszcze z kapturami, by nie rzucać się w oczy, a gdy tylko byli na miejscu, szybko skręcili do niewielkiej karczmy, na przedmieściu. Nie mieli zamiaru iść do centrum, gdzie było najwięcej straży. Usiedli w kącie, zamówili coś do jedzenia i picia. Nie rozmawiali zbyt wiele, czując na sobie ciekawskie spojrzenia mieszkańców. Przesiadywali tu głównie robotnicy, rybacy i biedniejsi rzemieślnicy, więc nie musieli się obawiać, ale i tak nie byłoby dobrze, gdyby ktoś z nich rozpoznał Alrena lub Ellę.


Najbardziej niepokojący był jeden kapłan, który wpatrywał się w nich, siedząc przy barze. Serca im stanęły, gdy on wstał i podszedł do ich stolika z butelką wina. Nie wiedzieli, co robić. Uciekać, czy walczyć? Woleli nie czynić tego drugiego, zwłaszcza w publicznym miejscu. Gdy już mieli podjąć jakieś działanie, usłyszeli:


-   Spokojnie, jestem kapłanem z Soal. Nic wam nie grozi – zauważył ich zdenerwowanie. – Wiem, kim jesteście, ale nie zamierzam nikomu o tym mówić – dodał jeszcze, a  oni odczuli wielką ulgę.


Z chwilą, kiedy kapłan się do nich dosiadł, inni klienci przestali zwracać na nich uwagę, sądząc, że skoro kapłani się z nimi zadają, nie mogą być oni groźni. To również poprawiło samopoczucie drużyny.


-    Czy sprowadza cię do nas coś konkretnego, kapłanie? – spytał Ren, patrząc na niego raczej nieufnie.


-    Słyszałem, że przybyliście jakiś czas temu do Soal. Chciałem was poznać i porozmawiać, to wszystko – zapewnił. – Jeśli nie macie na to ochoty, pójdę sobie.


-    Jak się nazywasz? – spytała Ella.


-   Ulrek... Dziwne imię, wiem, ale nie do mnie zażalenia – odparł, chcąc rozładować nieco napiętą atmosferę. – Czego tu szukacie, jeśli można wiedzieć? – zainteresował się.


-    Wybacz, ale to tylko nasza sprawa – burknął Ren.


Nie lubił ciekawskich typów.


-    Nie dziwi mnie twoją nieufność. Heryoni zawsze tacy byli i całkowicie ich rozumiem – rzekł poważnie. – Spotkała ich wielka niesprawiedliwość.


-    Znasz historię klęski Heryonów? – spytała Ella.


-    Jasne, Zna ją każdy mieszkaniec tego kraju.


-    Możesz nam opowiedzieć?


Ella zauważyła, że Alren poruszył się niespokojnie, ale nic nie powiedział, tylko wykrzywił usta w grymasie. Wiedział, że prędzej, czy później, wszyscy się tego dowiedzą. Gord milczał, a Soana nieustannie obserwowała każdy ruch Ulreka, na wypadek, gdyby próbował czegoś głupiego.


-    Chętnie, ale uprzedzam. To nie jest miła opowieść...



Aruell
Nastrój: ...
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 158

wtorek, 31.stycznia.2012, 00:00



Rozdział 158


17 dzień ruanu 8976 roku, Norhen – Las Resnos, poranek


Alren, Gord, Soana i Ella jeszcze o świcie pożegnali się z Reą i opuścili Soal, nie chcąc tracić więcej czasu. Szli już od godziny przez gęsty i dziki las, szukając domu Iliany. Nie wiedzieli, gdzie jest dokładnie, więc musieli liczyć na ogólne wskazówki myśliwych i leśników, których spotkali w Soal o świcie.


Na wszelki wypadek Alren postanowił nie zdejmować soczewek, na czas pobytu w Norhenie. Nie potrzebowali kolejnych kłopotów. Wystarczyło, że cała straż Norhenu na niego polowała, nie licząc najemników.


Cała czwórka była zmęczona po nieprzespanej nocy, z wyjątkiem Soany. Elfy bowiem nie potrzebowały snu i zwykle tylko medytowały w czasie nocy, jeśli nie miały nic innego do roboty.


-    Powinniście się dobrze wyspać, a nie balować całą noc – stwierdziła Soana, patrząc na nich z lekkim politowaniem. – Wy tańczyliście na zabawie, a Gord się upił do nieprzytomności. Co z wami? Nie jesteśmy na wakacjach!


-    Dobrze już, dobrze... Gdybyśmy żyli tylko misją, to co to by było za życie – odparła Ella. – Zapomnij o tym.


-    Eh, mam tylko nadzieję, że nie będziemy mieli dziś żadnych przygód, bo nie jesteście w formie – westchnęła i wtedy zauważyła, że Gord jest bardzo blady, jakby się czegoś bał. – Co ci jest? Wyglądasz, jakbyś zobaczył ducha...


-    To nic... To tylko ten las. Jestem niespokojny i chciałbym już stąd wyjść.


-    A co ci w nim przeszkadza? – zdziwiła się Elfka, która w każdym lesie czuła się, jak w domu.


-    Nie potrafię tego nazwać... Wyczuwam tu dużo energii magicznej. To nie jest bezpieczne miejsce. Rea miała rację.


-    Widzę, że masz niezłą intuicję, Gordzie – zaśmiał się Ren, posyłając mu znaczące spojrzenie.


-    Ty coś wiesz o tym lesie, prawda? – zgadł. – Może nam łaskawie o tym powiesz, żebyśmy nie byli zaskoczeni – rzekł dość nieprzyjemnie, źle nastrojony przez to miejsce.


-    Zróbmy krótki postój. Napijemy się i odpoczniemy – zaproponowała Ella i nie usłyszała żadnych sprzeciwów. – Przy okazji opowiesz nam o tym lesie – spojrzała na Rena prosząco, a on westchnął bezradnie.


Zatrzymali się i napili wody, obserwując nieufnie gęste zarośla i mocno karbowane pnie drzew. Były one wysokie i miały tak rozłożyste korony, że przepuszczały bardzo niewiele światła. Niemal wszystkie były obrośnięte różnorodnymi grzybami i lianami, a przestrzenie pomiędzy drzewami porastały liczne paprocie, wysokie trawy i bardzo dziwne, liczne kwiaty. O ciszy w tym miejscu nie było mowy. Co chwile słychać było dziwne i niepokojące odgłosy zwierząt, szum liści i inne szmery. Roiło się też od denerwujących owadów. Las był piękny i przypominał prawdziwą dżunglę amazońską, ale z pewnością miał w sobie coś dziwnego, mrocznego.


-    To jest las Resnos, największy i najbardziej niebezpieczny las w tym kraju, mieszczący się w jego zachodniej części, tuż obok lasu Nitenos, który jest na południe stąd. Płynie tędy rzeka – Res. Na terenie tego lasu znajdują się trzy mniejsze miasta. Począwszy od południa: Soal, Reso i Werinas, który jest portem, leżącym na północ stąd. Na wschód od nas jest jedyne i ogromne jezioro, które już widzieliście, o nazwie Nores...


-    Hej, nie obchodzi mnie topografia Norhenu... Chcę wiedzieć, co jest takiego w tym lesie, że mnie to wkurza? – bąknął Gord.


-    Jaki ty niecierpliwy...


-    I kto to mówi? – zakpił, a Ren zignorował to i dopowiedział mu na pytanie.


-    Ten las jest wypełniony po brzegi magią. Pełno tu potworów, magicznych stworzeń, wróżek, nimf...


-    Nimf już nie ma. Rea już o tym mówiła – zauważył.


-   Założysz się? Jestem pewien, że nimfy nadal tu są – rzekł Alren zdecydowanie, dziwiąc tym nieco pozostałych. – Czuję ich obecność...


-    Jak to? – spytała Ella.


-    Jak już wspominałem, nimfy są istotami z pogranicza bogów i ludzi, emanują specyficzną, duchową aurą, którą jestem w stanie wyczuć, ale niestety nie zlokalizować.


-    Uff, przynajmniej wiemy, że nie szukamy Iliany na próżno – stwierdziła Soana. - Pytanie, czy będzie chciała z nami rozmawiać?


-    Przekonamy się.


-   Ren... A ty z jakiej części Norhenu pochodzisz? – spytała nagle Ella, a on nieco się zasępił, nie zamierzał jednak milczeć.


-   Urodziłem się w Henvaronie, stolicy kraju – odparł. – To daleko stąd. Stolica leży w centralnej części Norhenu, wysoko w górach Ryen – wyjaśnił, a Ella nie kryła zainteresowania.


-    Cóż, mam nadzieję, że nie będziemy musieli wkraczać do stolicy – rzekł Gord. – Słyszałem, że norheńscy wojownicy są bardzo potężni, a to miasto jest nie do zdobycia, czy też przekroczenia, dla intruzów.


-    To prawda...


-    Gordzie, nawet jeśli będziemy musieli to zrobić, to nie zapominaj, że Ren zna to miasto. Na pewno wie, jak tam wejść, nie wzbudzając podejrzeń – stwierdziła Ella, a Ren uśmiechnął się do niej ciepło i musnął jej policzek, co wywołało jej rumieńce.


-    Nie wyprzedzajmy faktów – rzekła Soana, widząc narastający niepokój Gorda. – Znajdźmy w końcu ten dom Iliany. Idziemy... – nie zdołała dokończyć, bo Ren nagle zerwał się niespokojnie i kazał im się uciszyć jednym gestem.


-    Co jest? - zaniepokoiła się Ella.


-    Chyba ktoś ma kłopoty... Słyszycie? – szepnął, a oni wówczas usłyszeli jęki jakiejś kobiety.


Nie czekali dłużej i podążyli za tym głosem. Kilka metrów dalej ujrzeli rozsypany koszyk ziół i staruszkę, skuloną pod drzewem, ze strachu. Tuż przed nią znajdowała się dziwna kobieta w zielonej szacie. Miała długie, brązowe włosy i oczy lśniące czarnym blaskiem. Była niezwykle piękna, ale jej ciało spowite było jakąś energią, która nadawała jej mistyczny wygląd. W dłoni trzymała długą laskę z zielonym klejnotem, którą mierzyła w stronę staruszki. Sytuacja nie wyglądała różowo...


-    Co to jest? Co tam się dzieje? – Gord dostał gęsiej skórki na widok tej kobiety.


-    Właśnie widzisz Nimfę Leśną – odparł Ren z tajemniczym uśmiechem na twarzy.


-   Chyba zamierza coś zrobić tej kobiecie, ale dlaczego? – zmartwiła się Soana. – Nimfy to pokojowe istoty, choć kapryśne...


-    Nie zauważyłaś, że jej oczy są czarne? – syknął Ren, a Soana zamarła.


-    Rzeczywiście... Czyżby była kontrolowana?


-    Tak. To robota wyjątkowo paskudnej, czarnej magii – Ren zdawał się nie mieć co do tego wątpliwości. – Założę się, że ta staruszka to Iliana...


-    No to na co jeszcze czekamy? Musimy jej pomóc! – zdenerwowała się Ella.


-    Uspokój się. Z Nimfami trzeba uważać – zatrzymał ją Ren. – Jeśli nas zauważy...


-    Za późno... – rzekł Gord i wtedy wszyscy zobaczyli, że Nimfa leci w ich stronę.


-    No to będzie zabawa... - westchnął Ren. – Przygotujcie się i niech was nie zwiedzie jej urok. To groźna istota!


Cała czwórka przygotowała się do obrony, kiedy Nimfa, ku zdumieniu staruszki, zbliżyła się do nich i spojrzała na nich nieprzyjaźnie.


-    Kolejni wrogowie...


-    Nie, posłuchaj... – Soana próbowała coś tłumaczyć. – Nie jesteśmy wrogami...


-    Wrogowie... – powtórzyła Nimfa.


-    Daj spokój! Jest kontrolowana. Żadne słowa do niej nie trafią! – krzyknął Ren, wyciągając miecz.


Walka się zaczęła. Nimfa okazała się trudnym przeciwnikiem. Dzielnie odparowywała ataki Alrena i Gorda, a strzały Soany odbijały się od niej. Ella próbowała ją oczyścić za pomocą Białej Magii, ale bez skutku. Po kilkunastu minutach, wszyscy zauważyli bezsensowność tej walki.


-   Miecze i strzały nic nie dadzą – stwierdził Ren. – Czas sięgnąć po cięższe środki – rzekł, wzywając aurę Shiryena. Podobnie zrobił Gord i po chwili jednocześnie zaatakowali Nimfę.


Zadziałało. Boska Aura Hariosa skutecznie raniła Nimfę, na co nie mogła patrzeć ani Ella ani Soana. Kiedy Nimfa była już na skraju śmierci, a mężczyźni przymierzali się do zabicia jej, Ella krzyknęła:


-    Nie! Wystarczy! – Alren i Gord zatrzymali się i spojrzeli na nią ze zdumieniem. – Ja to załatwię...


Wówczas ujrzeli, że Ella stoi za nimi i koncentruje się z zamkniętymi oczami. Gdy zaś je otworzyła, ujrzeli, jak mienią się błękitem. Całe ciało Elli otoczyła aura koloru Miryonu, więc mężczyźni cofnęli się, wręcz porażeni mocą, jaką w niej wyczuwali. Nimfa również się jej wystraszyła i zaczęła ratować się ucieczką. Tymczasem Ella wyciągnęła rękę i zatrzymała ją siłą woli. Leśna istota nie mogła się poruszyć, bo straciła kontrolę nad swoim ciałem.


-    Nie bój się... – glos Elli zabrzmiał wręcz mistycznie. – Pomogę ci – dodała i używając błękitnej energii oczyściła Nimfę.


Krzyczała niemiłosiernie głośno, ale gdy upadła na ziemię nie było w niej już ani krzty złego uroku. Wszyscy patrzyli w osłupieniu, jak Nimfa podnosi się i spogląda na nich zielonymi, pełnymi zaskoczenia i ciepła, oczami. Wtedy odetchnęli. Magiczna istota, jak tylko ujrzała Ellę, natychmiast się jej pokłoniła.


-    Pani... – rzekła nieśmiało. – Dziękuję za ocalenie mej duszy.


-    Nie ma sprawy – rzekła Ella, która wróciła do normalnego stanu i lekko się zachwiała. Ren natychmiast podszedł, by ją podtrzymać i uśmiechnął się do niej ciepło.


-    Moja księżniczka – mówił z dumą, a ona się zarumieniła.


-   Przepraszam za kłopot, jaki wam sprawiłam – usłyszeli Nimfę. – Ostatnie co pamiętam, to, jak znalazł mnie w lesie czarny mag z jakiegoś królestwa. Rzucił na mnie urok i nie mogłam się bronić...


-    Nic się nie stało. Jak się nazywasz? – spytała Ella.


-    Arona... – odparła. - Jak mogłabym się wam odwdzięczyć?


-    Skoro pytasz... Jestem pewna, że wiesz coś, co może się nam przydać.


-    W takim razie słucham. Co chcecie wiedzieć?


-    Powiedz nam, gdzie możemy znaleźć Nimfy Wodne, jeśli nadal jeszcze istnieją – rzekła władczo Ella, a Arona drgnęła, słysząc to.


-    Dlaczego akurat o to pytasz, Pani? – zmieszała się. – Nie wolno mi tego zdradzić...


-    Jak to?


-    My, nimfy tego świata, zawarłyśmy pakt milczenia. Nie zdradzamy swej obecności ani naszych tajemnic. Spotkaliście mnie tylko dlatego, że byłam pod złym urokiem i ujawniłam się...


-   Rozumiem. Jednak to dla nas bardzo ważne. Musimy spotkać choć jedną Nimfę Wodną z tego kraju. Chodzi o przyszłość tego świata! – przekonywała Ella, a Nimfa widząc szczerość w jej oczach, westchnęła.


-    Dobrze. Ponieważ jesteś, kim jesteś i ocaliłaś mi ponadto życie, zdradzę wam, jak dotrzeć do Nimf Wodnych. Jednak musicie obiecać, że nikomu nie przekażecie tych informacji.


-    Obiecujemy – rzekła złotowłosa, a inni skinęli twierdząco głową.


-    Zatem posłuchajcie mnie uważnie...



Aruell
Nastrój: ...
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 157

czwartek, 26.stycznia.2012, 00:00



Rozdział 157


16 dzień ruanu 8976 roku, Norhen - Soal (wybrzeże jeziora Nores), noc


Ta noc była niezwykle gorąca i piękna. Wokół wielkiego ogniska, nad ogromnym jeziorem, od kilku godzin rozbrzmiewała egzotyczna muzyka, śpiew i śmiech bawiących się ludzi. Impreza się rozkręciła, gdy każdy zaspokoił już głód, jedząc pyszne potrawy i zaczęły się tańce. Wino, którego nie brakowało, rozluźniło towarzystwo, więc nikt nie czuł się skrępowany bliskością innych ludzi ani ich spojrzeniami.


Alren i Ella siedzieli teraz przy stole i pili wyborne wino. Złotowłosej wyraźnie szumiało już w głowie, a Alren wciąż wyglądał na trzeźwego, choć miał mniejsze opory przed publicznym pieszczeniem Elli, niż normalnie. Na przykład w tej chwili włożył dłoń pod jej spódnicę i przesunął tak, że prawie odsłonił jej majtki. Jednocześnie drugą ręką ją obejmował i muskał wargami jej policzek. Dziewczyna zamruczała z zadowoleniem, jednak jednym ruchem ręki poprawiła spódnice, dając mu do zrozumienia, że nic z tego.


-    Czyżbyś się wstydziła? – wyszeptał zmysłowo, a jej puls podskoczył.


-    Opanuj się. Nie jesteśmy tu sami – pocałowała go krótko w usta.


-    Chyba za mało jeszcze wypiłaś...


-    Bardzo zabawne – zaśmiała się i wypiła kolejnych parę łyków.


-  Wydajesz się być w swoim żywiole. Dlaczego? - zainteresował się tym, bo ona nieustannie się uśmiechała i podrygiwała do muzyki.


Jeszcze nigdzie nie była tak rozluźniona, jak tutaj i nie chodziło tylko o alkohol.


-    Bo tak jest. Kocham taką muzykę. Przypomina mi tę latynoamerykańską na Ziemi, gdy tak jej słucham. Zmysłowa, rytmiczna, gorąca, pełna pasji i życia – mówiła szczerze. – Nawet to, jak tu tańczą, przypomina mi ziemską Kubę czy Brazylię. Interesowałam się takim tańcem.


-    O? Naprawdę? – spojrzał jej zalotnie w oczy. – Może to zaprezentujesz? Chętnie cię zobaczę w takim wydaniu.


-    Nie wątpię – zaśmiała się. – Jednak chyba jestem zbyt trzeźwa, by nie mieć oporów przed tymi wszystkimi ludźmi.


-    To napij się jeszcze – odparł wesoło i nalał jej kolejny kieliszek.


-    Miałam tyle nie pić. Sam ostatnio na mnie krzyczałeś – zwróciła mu uwagę i przejechała palcem po jego policzku.


-    Dziś ci pozwalam – mrugnął do niej. – Jestem z tobą. Nic ci się przy mnie nie stanie.


-    No dobrze – odparła i jednym haustem wypiła kolejną porcje wina. – Zrobię to na twoją odpowiedzialność.


-    Już się boję – zakpił z rozbawieniem.


Świat wydał jej się bardziej kolorowy niż jest, a muzyka stała się głośniejsza i zdawała się grać w jej duszy. Posłała Renowi zalotne spojrzenie, po czym wstała i podeszła do ogniska, od strony jeziora. Dała się ponieść zmysłowemu rytmowi i zaczęła tańczyć.


Alren podparł głowę ręką i podziwiał jej ciało, gdy się tak zmysłowo poruszała. Miała na sobie krótką, szeroką i czerwoną spódnicę oraz dopasowany top w tym samym kolorze, który odsłaniał jej piękny brzuch. Dekolt w kształcie litery „V” obnażał znacznie jej kształtny biust, a buty na obcasie podkreślały jej nogi. Na rękach miała liczne bransolety, które dzwoniły z każdym jej ruchem w jego uszach, choć dźwięki te tak naprawdę ginęły w głośnej muzyce. Włosy Ella miała związane wysoko w kitkę i co chwilę opadały na jej odsłonięte plecy i dekolt. Alren czuł, że z każdą sekundą pragnie jej coraz bardziej. Była taka piękna... Musiał aż wypić trochę wina, bo zaschło mu w gardle od samego patrzenia na nią.


Chwilę po tym, Ella puściła mu oczko, po czym zaczęła tańczyć wyłącznie dla niego, co on nie mógł nie zauważyć. Uśmiechnął się do niej, gdy zmysłowo poruszała biodrami, wystukując rytm nogami. Ręce prowadziła wzdłuż swego ciała, przesuwając od bioder, po bokach, aż po piersi. Co chwila zamierała w jakiejś pozycji lub dotykała włosów, reagując na akcenty w muzyce. Raz patrzyła prosto w oczy Rena z zalotnym uśmiechem, a raz udawała, że go nie widzi i tańczyła z mężczyznami, których przyciągała jak magnes, odkąd zaczęła tańczyć.


Gdy jeden z nich na zbyt wiele sobie pozwolił, Alren nie wytrzymał. Wypił kolejny kieliszek wina, ściągnął tunikę i tyko w czarnych spodniach podszedł do ukochanej, która zaczęła tańczyć dookoła niego, śmiejąc się bez przerwy, aż do chwili, gdy Ren chwycił ją za rękę i jednym, gwałtownym ruchem, przyciągnął do siebie. Gdy napotkała jego pożądliwe spojrzenie, zmiękły jej kolana. Oprzytomniała jednak i zaczęła z pasją gładzić go po obnażonych plecach, wciąż wijąc się w rytm muzyki.


Zdziwiła się, gdy Alren podążył za nią. Świat zawirował, gdy ją objął i poprowadził do wspólnego tańca. Dotykali się biodrami i nie odrywając od siebie, poruszali się w tym rytmie, pożerając się nawzajem wzrokiem. W końcu ich taniec przekształcił się w grę gwałtownych ruchów i namiętnych spojrzeń. Zapomnieli o  całej reszcie, która, na marginesie mówiąc, nie spuszczała z nich oczu. Nie byli świadomi tego jak bardzo zwracają na siebie uwagę. Byli pochłonięci wyłącznie sobą.


-    Nie wiedziałam, że umiesz tak tańczyć – wymruczała, nie kryjąc podziwu dla swego partnera.


-    Sadziłaś, że potrafię tylko tańczyć walca i fokstrota? – zakpił nieco.


-    Podejrzewałam. Ale teraz już wiem, że masz w sobie gorącą krew, także w tym znaczeniu.


-   Kotku, ja się urodziłem w tym kraju. To mój dom, czy mi się to podoba, czy nie – odparł szybko. – Nic więc dziwnego, że czuję te rytmy w swoim ciele.


-    No tak. Ta twoja skromność – zarumieniła się, widząc, jak on na nią patrzy. – Trudno ci się oprzeć, gdy tak tańczysz – rzekła gładząc jego tors, między kolejnymi obrotami w tańcu.


-  Wzajemnie. Choć urodziłaś się w zimnym klimacie, to też czujesz ten gorący rytm – przyznał, przyciągając ją gwałtownie do siebie. – Plus dla ciebie.


Nim zdołała coś odpowiedzieć, już ją pocałował. Zatraciła się w tym rozwiązłym pocałunku. Alren pieścił ją z niezwykłą pasją i dopiero głośne brawa, dobiegające z ich otoczenia, obudziły ich oboje z transu. Zorientowali się, że ludzie dali wyraz uznania dla ich tańca i widocznej miłości. Uśmiechnęli się, po czym wrócili do zabawy, razem z pozostałymi.


***


Około trzeciej w nocy, w krzakach


Ładna brunetka w czarnym płaszczu, z kapturem na głowie, obserwowała zabawę przy ognisku zza drzew i krzewów. Zachowywała się bardzo cicho, żeby nikt jej nie zauważył. Użyła nawet specjalnego czaru maskującego, by nie wyczuli jej kapłani. Normalnie nie zwróciłaby uwagi na taka zabawę, ale zauważyła wśród tych ludzi piękną, złotowłosą kobietę o błękitnych oczach i od razu ją rozpoznała.


-   Nareszcie cię znalazłam, Mirello – pomyślała, nie spuszczając z niej wzroku. – Jak mam się do ciebie zbliżyć? – zastanawiała się.


Dziewczyna wiedziała, że powinna poczekać na okazję, kiedy Mirella będzie sama i wtedy zrobić, co trzeba, ale obawiała się, że taka chwila się nie nadarzy. Z tego, co słyszała, miała ona dwóch potężnych strażników. Jednak brunetka nie wiedziała, jak oni wyglądają, więc nie mogła stwierdzić, czy są wśród tych ludzi. Musiała jednak założyć, że tak jest, bo na pewno nie zostawiliby Księżniczki Miryonu samej. Westchnęła więc, stwierdzając, że dziś w nocy nic nie załatwi.


Już chciała się wycofać i iść do miasta, kiedy nagle w pobliżu wyczuła pięciu mężczyzn o wrogiej aurze. Szybko wskoczyła na drzewo i zlokalizowała ich wśród krzewów. Nie potrzebowała nawet minuty, by określić, że byli to norheńscy najemnicy.


-    Czego oni tu chcą? – zdziwiła się i zaniepokoiła zarazem.


Natychmiast okryła się czarem niewidzialności, by jej nie zauważyli i obserwowała co się dzieje.


Pięciu wojowników nagle wkroczyło na teren zabawy z mieczami, wywołując panikę. Ludzie zaczęli uciekać i po kilku sekundach w pobliżu ogniska została tylko jedna para, która nie miała zamiaru nigdzie iść. Rozpoznała w tej kobiecie Mirellę, natomiast jego - nie znała. Mimo to nie mogła oderwać od niego wzroku.


***


Tymczasem


Alren zasłonił Ellę swoim ciałem i nakazał jej by trzymała się blisko niego. Jednocześnie patrzył nieprzyjaźnie na pięciu najemników. Nie musiał pytać, po co przyszli. Oni też nie mieli zamiaru się odzywać i od razu zaatakowali go, ignorując Ellę. Ani Ren ani Ella nie mieli przy sobie mieczy, więc Ren użył magii, by odparować ich ciosy. Wówczas tamci upadli na ziemię, odrzuceni falą powietrza.


-   Nie potrafisz jeszcze używać magii ofensywnej, więc pozwól, że ja to zrobię – rzekł do Elli, która miała wielką ochotę włączyć się do walki, choć nie wiedziała do końca, jak.


-    No dobrze – wzruszyła ramionami.


Alren uśmiechnął się do niej i zrobił kilka kroków w stronę wrogów, którzy już podnieśli się z ziemi.


-    Zjeżdżajcie stąd, jeśli życie wam miłe – syknął do nich, ale oni nie zamierzali zrezygnować.


-    Nic z tego! Król dobrze nam zapłaci, jeśli cię zabijemy! – krzyknął jeden z nich.


-  Nie dostaniecie pieniędzy, durnie, tyko stracicie życie. Tego chcecie? – Ren nie znosił chciwości i pogoni za pieniędzmi.


-    Milcz, morderco! Masz tupet tu wracać po tym, co zrobiłeś!


-   To wy się zamknijcie! – warknął Alren, kumulując już energię w swoim ciele. – Nic o mnie nie wiecie! Nie maicie prawa mnie osądzać! – krzyknął, po czym tamci znów go zaatakowali z każdej strony, używając mieczy.


Alren zamachnął się i zakręcił wokół własnej osi, wywołując tak silny wiatr, że pięciu najemników poleciało w niebo, na dużą wysokość, w ciągu zaledwie kilku sekund. Później Alren odsunął się, poprawiając włosy, które rozwiał mu wiatr i wtedy tamci spadli na ziemię, zabijając się. Ella aż się wzdrygnęła, widząc ich ciała.  Potem ujrzała, jak Ren użył magii ziemi, by w ciągu kilku kolejnych sekund pogrzebać ich pod ziemią.


-    Musiałeś ich zabić w taki sposób? – odezwała się wreszcie, kiedy szok minął.


-    Wołałabyś, żebym ich spalił czy pozbawił dusz? – burknął niezadowolony, że zwraca mu na to uwagę.


Najchętniej w ogóle by ich nie zabijał.


-    Nie mam przecież miecza...


-    Nieważne... – rzekła po chwili i wtuliła się w niego, by się uspokoić.


Nie protestował, bowiem ona też działała na niego kojąco.


***


Ponownie w krzakach


Brunetka wciąż nie mogła uwierzyć w to, co zobaczyła. Ta walka, która nie trwała nawet dwóch minut, aż ją zmroziła. Nie mogła zrozumieć, dlaczego ma wrażenie, że zna tego mężczyznę, choć mogłaby przysiąc, że widzi go pierwszy raz w życiu. Poza tym zaniepokoiła się słowami najemników. To król osobiście wysłał ich, by zabili tego człowieka? Dlaczego mu tak zależało na jego śmierci? Kim jest ten mężczyzna? Wówczas przypomniała sobie o wieloletnim już liście gończym za Alrenem vhe Adhenos - bratankiem Króla.


-    Czy to możliwe, że to on? – głowiła się, stwierdzając, że wygląda zupełnie inaczej, niż człowiek z tamtego zdjęcia.


Jednaka minęło wiele lat, więc mógł się zmienić.


-    Ale jeśli to on.... To skąd zna Mirellę? Dlaczego jest tu z nią?


Ostatecznie stwierdziła, że to niemożliwe, żeby to był ten sam mężczyzna i wydedukowała, że prawdopodobnie jest jednym ze strażników Księżniczki, skoro tylko on nie uciekł na widok tych najemników. Westchnęła i po cichu się wycofała, mrucząc pod nosem to, co w tej chwili myślała:


-    Dziwny człowiek...



Aruell
Nastrój: Doba jest za krótka ;/
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 156

środa, 25.stycznia.2012, 00:00



Rozdział 156


16 dzień ruanu 8976 roku, Norhen - Soal (Świątynia Renivarios), przed południem


Czwórka podróżników dotarła do Norhenu jeszcze przed południem. Majestatyczne gryfy wylądowały w pobliżu wielkiej świątyni w jakimś niewielkim mieście, ukrytym w lesie, nad ogromnym jeziorem. Gdy zaś pasażerowie zsiedli z nietypowych, latających rumaków, gryfy same wróciły z powrotem do Airos. Znały doskonale drogę.


Rozglądali się z zaniepokojeniem, aż ze świątyni wyszła ładna kapłanka, o śniadej cerze, długich, czarnych włosach i brązowych oczach. Miała na sobie szatę świątynną, w kolorze czerwonym oraz opaskę o tej samej barwie. Spojrzeli na nią niepewnie.


-   Witajcie w Soal, mieście norheńskich kapłanów. Jestem Rea i jeśli pozwolicie zaopiekuję się wami, póki tu będziecie – rzekła dostojnie i ukłoniła się Elli, jak tylko ja zobaczyła. – Zaszczyt to wielki cię poznać, Wasza Wysokość – dodała, nie mając odwagi spojrzeć blondynce w oczy.


-    Spójrz na mnie – poprosiła Ella, a dziewczyna zrobiła to z wahaniem i zarumieniła się na widok tych mistycznych oczu, koloru Miryonu. - Czy to Syriana poinformowała cię o naszym przybyciu?


-    Tak. Poprosiła, bym pomogła się wam odnaleźć w tym kraju – wyjaśniła. – Nie przypadkowo przybyliście akurat do tego miasta. To jedyna oaza spokoju w Norhenie. Reszta kraju jest zdominowana przez rządy Króla.


-    Rozumiem.


Rea spojrzała na Alrena, który trzymał się raczej na uboczu, jakby nie chciał się rzucać w oczy. Uśmiechnęła się do niego.


-    Nie martw się. Nie wierzę w te brednie, które o tobie krążą w Norhenie, Alrenie. Nie zgadzam się z rozkazami Króla, podobnie jak reszta kapłaństwa w tym mieście, więc możesz być o siebie spokojny. Nie wydamy cię straży – rzekła zaskakując go nieco.


Pozostali mimowolnie spojrzeli na Rena, który jednak zignorował to i posłał Rei miły uśmiech.


-    Dziękuję.


-    Nie ma za co. Chodźcie. Zaprowadzę was do waszych pokoi – powiedziała, po czym wszyscy weszli z nią  do świątyni.


Kiedy już zostawili swe podręczne bagaże, przebrali się i rozgościli, poszli na umówiony obiad z Reą do największej restauracji w Soal, która zarezerwowano tylko dla nich. Usiedli wygodnie, zamówili dobre jedzenie i wino, a potem zaczęli rozmawiać.


-    Macie już jakieś plany na dalszą podróż?


-    Nie... Nie wiemy, od czego zacząć – westchnęła Ella. – Szukamy jakiś wskazówek na temat wyspy Kher. Interesuje nas wszystko. Legenda o jej nawiedzeniu i tajemnicza droga na Kher, o ile takowa istnieje. Gdzie szukać takich wiadomości? – spytała złotowłosa Reę, a ona się zamyśliła.


-   To rzeczywiście trudne zadanie. Norheni nie lubią tego tematu i nie będą skorzy do zwierzeń, nawet jeśli mają jakąś wiedzę na ten temat. Ja niestety jestem tyko szeregową kapłanką i też niewiele o tym wiem, poza tym, że to przeklęte miejsce, którego należy unikać, więc nie pomogę wam w tym przypadku.


-    Co robić? – głowiła się Ella i spojrzała na swoich towarzyszy.


Najwyraźniej jednak nikt nie miał żadnego pomysłu.


-    Popytam ludzi. Nie zaszkodzi spróbować, nawet jeśli poślą mnie do wszystkich diabłów – zasugerował Gord.


-    Pomogę ci – dodała Soana. – Mirella i Alren nie powinni tego robić, bo mogą zostać rozpoznani.


-    Słusznie – zgodził się z nią.


Ella westchnęła, zezwalając na ten pomysł, bo nic lepszego zrobić nie mogła. Miała nadzieję, że ta dwójka znajdzie jakiś trop, którym będą mogli podążyć. Nie tracili czasu, gdyż zaraz po posiłku, blondyn i elfka poszli na spacer po mieście. Ella i Ren zostali z Reą i milczeli długi czas. W końcu brunet spojrzał na Reę i odezwał się.


-    Czy niejaka Iliana mieszka w okolicy? – spytał, zbijając ją z tropu.


-    Z-Znasz ją? – zdumiała się kapłanka.


-    Nie. Tylko o niej słyszałem, kiedy byłem jeszcze dzieckiem – wyjaśnił.


-    Kto to jest? – spytała Ella, która zainteresowała się jego słowami.


-    Z tego co mi opowiadano, Iliana była wróżką i specjalistką od nimf.


-    Nimf? – Ella aż otworzyła oczy ze zdumienia.


-    Tak – zaśmiał się z jej miny. – Reo, czy ona naprawdę istnieje, czy to tylko bajka?


-    Tak się składa, że to prawdziwa postać i rzeczywiście mieszka w tej okolicy, ale jest uważana przez nas za szaloną i lepiej o niej nie wspominać w Soal. Nie ufamy jej.


-    Interesujące – stwierdził. – Wiesz, gdzie dokładnie mieszka?


-    Tak. W tym lesie, na północ od Soal. Jednak nie polecałabym zapuszczania się w ten las.


-    Tak, wiem. Słyszałem, że Las Resnos jest niebezpieczny, ale myślę, że warto się udać do tej Iliany.


-    Ale po co? Wyjaśnij mi to. – Rea próbowała zrozumieć jego intencje.


-    Zastanawiam się nad nimfami. Może mogłyby nam pomóc? A chyba tylko Iliana może wiedzieć, gdzie ich szukać.


-    Przecież nie widziano żadnej nimfy od wieków! Istnieją już tylko w dawnych legendach.


-    Być może. Ale możliwe też, że nadal istnieją, tylko się ukrywają.


-   No dobrze, ale nawet jeśli byś spotkał jakąś nimfę... Jak mogłyby wam pomóc? – Rea była wyraźnie sceptyczna wobec tego pomysłu.


-    Pomyślałem, że jeśli istnieje jakaś starożytna droga na Kher, to nimfy - istoty z pogranicza świata ludzi i bogów, które już wtedy istniały, mogą coś o niej wiedzieć.


-    Rzeczywiście, to możliwe, ale...


-    Poszukamy Iliany. I tak nie mamy innej wskazówki.


-    Skoro się upierasz, w porządku. Jednak radzę wam o tym nie rozmawiać z mieszkańcami Soal.


-    Nie ma problemu – odparł i spojrzał na Ellę pytająco. – Zgadzasz się?


Ella, która do tej pory przysłuchiwała się rozmowie w milczeniu, spojrzała na Rena z lekkim uśmiechem. Podobało jej się to, że spytał ją o zdanie, choć to nie było w  jego stylu.


-    Zrobimy, jak mówisz. Jednak może jutro. Uważam, że dziś powinniśmy odpocząć po podróży i uzupełnić zapasy na dalszą podróż.


-    Słusznie. – Musnął jej policzek, a ona przez chwilę się zarumieniła.


-    Skoro zostaniecie tu na noc, to może weźmiecie udział w naszym święcie? – Rea zmieniła temat.


-    A co to za święto? – zainteresowała się Ella.


-   Amhorenis, święto Renis - Bogini Miłości – powiedziała z uśmiechem, a Alren i Ella spojrzeli na siebie znacząco i uśmiechnęli się. – Z tej okazji rozpalamy nad jeziorem wielkie ognisko, gramy, śpiewamy i tańczymy przez całą noc. Zawsze jest dużo dobrego jedzenia i wina – zachęcała.


-    Chętnie pójdziemy... – odparła Ella, w imieniu ich obojga, a Rea tylko się uśmiechnęła z aprobatą.


***


Norhen - Soal (wybrzeże jeziora Nores), wieczór


Kiedy Soana i Gord wrócili, niczego się nie dowiedziawszy, Ren i Ella opowiedzieli im o planach na jutro. Chcąc nie chcąc, musieli się na to zgodzić, bo po pierwsze nie oni decydowali o przebiegu tej misji, a po drugie – nie mieli innego pomysłu.


-    Pójdziecie z nami na zabawę? – spytała Ella, patrząc na Gorda i Soanę.


-    Ja podziękuję – odparł blondyn. – Nie mam ochoty na podobne imprezy. Jeżeli więc to nie rozkaz, to wolę spędzić tę noc w barze.


-    Oczywiście, że to nie rozkaz – Ella zasępiła się.


Wiedziała, że to przez nią.


-    Nie przejmuj się mną, Ello – uśmiechnął się, widząc, że się tym martwi. – Baw się dobrze z Alrenem. Zobaczymy się jutro – rzekł i poszedł w stronę tamtego baru, do którego chciał zajrzeć.


Ella odprowadziła go smutnym wzrokiem, a potem spojrzała na Soanę, która bez trudu wyczuła nastrój księżniczki.


-    Pójdę z nim. Dotrzymam mu towarzystwa i dopilnuję, by nie robił głupstw – zadeklarowała, a Ella uśmiechnęła się, bo na to liczyła.


Elfka pożyczyła im udanej zabawy i dogoniła Gorda. Alren nie mógł patrzeć na smutek Elli i objął ją delikatnie od tyłu. Przymknęła na chwilę oczy.


-    Nie chciałam go skrzywdzić. Naprawdę. Wiem, że wtedy, gdy obiecał mi przyjaźń, mówił szczerze, ale na pewno jest mu ciężko.


-    Ja też nie chciałem skrzywdzić Sao, ale stało się. Tak to czasem bywa – mówił spokojnie, wciąż ją do siebie tuląc. – Wszystko się ułoży, zobaczysz.


-    Eh, nie mówmy już o tym.


Ella odwróciła się do niego przodem i wtuliła w jego szeroką pierś. Chciała poczuć jego ciepło i zapomnieć o wszystkich problemach. Po dłuższej chwili milczenia, spojrzała na zamyślonego Alrena pytająco.


-    O czym tak myślisz?


-    O tobie, oczywiście. O tym, kim dla mnie jesteś.


-    A kim jestem? – uśmiechnęła się zalotnie.


-    Przecież wiesz – zaśmiał się.


-    Powiedz... Proszę. – Zatrzepotała rzęsami, a on gwałtownie ją do siebie przyciągnął i objął mocno.


-    Lubisz tego słuchać, co? – mruknął jej zmysłowo do ucha, a ona zachichotała cicho.


-    Pewnie. Zwłaszcza, że nie mówisz tego za często.


-   Dobrze, powiem ci to po raz wtóry. Jesteś moją miłością, uzależnieniem, obsesją. Jesteś dla mnie wszystkim i oddałbym za ciebie wszystko. Nie tylko życie, ale nawet duszę. Myślę o tobie bez przerwy i dosłownie nie przeżyłbym, gdyby coś ci się stało – wyznał, a ona spłonęła rumieńcem, słysząc to w jego objęciach.


-     Ren... – westchnęła, czując, jak policzki ją palą. – Nie przesadzaj.


-    Nie musisz mi wierzyć, ale tak właśnie jest – dodał, po czym złożył namiętny pocałunek na jej ustach. – Nie myśl jednak, że będę ci to mówił codziennie. Dziś jest święto miłości i dlatego cię tak rozpieszczam.


-    Co to by było, jakbyś nie był choć przez chwilę draniem? – zaśmiała się i odwzajemniła pocałunek.


-    Koniec świata, Kotku – odparł z rozbawieniem.


Potem poszli się przebrać na zabawę. Gdy byli gotowi i zamierzali opuścić świątynię, zatrzymała ich Rea, podając coś Renowi.


-    Zanim wyjdziesz, załóż to. – Ren z odrazą spojrzał na dwie małe, brązowe soczewki do oczu, choć wiedział, że musi je założyć.


-    A już myślałem, że nigdy więcej nie będę musiał ukrywać swych oczu – westchnął i bardzo niechętnie zmienił kolor swych tęczówek na brązowe, dziwiąc przy tym Ellę.


-    Po co ci to? – spytała złotowłosa.


-   Alren musi je nosić, aby nikt z mieszkańców Soal nie wiedział, że jest Heryonem. Kapłani nic mu nie zrobią, ale zwykli ludzie nadal panicznie się boją Heryonów. Dlatego to konieczne – odpowiedziała za niego Rea.


-    Rozumiem. – Spojrzała na Rena i usiłowała przyzwyczaić się do tego, jak wygląda z soczewkami.


-    Cóż, przez jakiś czas nie będziesz mogła podziwiać moich prawdziwych oczu, Kotku, ale chyba jakoś to zniesiesz? – mrugnął do niej, a ona się zaśmiała. – Chodźmy, pora się zabawić.



Aruell
Nastrój: Doba jest za krótka ;/
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 155

wtorek, 24.stycznia.2012, 00:00



Rozdział 155


15 dzień ruanu 8976 roku, Shall (komnata Elli), noc


Kiedy Ella wróciła z łazienki do swej sypialni, została tam zamyślonego Alrena, na wielkim łożu. Miał na sobie tylko białe spodnie, więc uśmiechnęła się automatycznie na widok jego torsu. Kiedy Ren ją zauważył, odwzajemnił uśmiech i wyciągnął do niej rękę. Dziewczyna podała mu dłoń, odpowiadając na zaproszenie i aż wstrzymała oddech, gdy gwałtownie ją ku sobie pociągnął tak, że wylądowała dokładnie na nim. Od razu poczuła jego gorący oddech na swej twarzy, którą od jego ust dzieliło teraz tylko kilka centymetrów. Przełknęła ślinę, widząc ten błysk w jego oczach.


-    Zawsze musisz być taki gwałtowny? – spytała, udając irytację.


-    Przecież to lubisz... – mruknął zmysłowo, ona zaśmiała się i złożyła na jego ustach długi, namiętny pocałunek.


Po chwili Ella jęknęła, gdy włożył swe gorące dłonie pod jej halkę i przesunął ku górze.


-    Zdejmij to, Kotku – szepnął jej do ucha.


-    Niby dlaczego miałabym to zrobić? – Uniosła jedną brew, a on wyszczerzył zęby w zabójczym uśmiechu.


Potrafiła się już z nim droczyć.


-    Ponieważ, moja droga, mimo iż ta haleczka jest śliczna, to jednak to, co jest pod nią, bardziej mnie interesuje – rzekł obniżając głos. – Nie każ mi dłużej czekać.


-   Mój niepoprawny Ren – odparła i na złość mu, wstała i sięgnęła po sweter, po czym założyła go na siebie, co wywołało jego niepohamowany śmiech.


-    Jest gorąco. Po co ci ten sweter? – zakpił. – Zresztą to i tak mnie nie powstrzyma. – Spojrzał na nią w taki sposób, że zadrżała, ale nie podała mu dłoni tak, jak ostatnio, choć znów wyciągnął rękę.


-    Masz nieprzyzwoite myśli. Przyjdę, jak ochłoniesz. – Przez chwilę pokazała mu język i wyszła na taras.


Zamknęła na chwilę oczy i pozwoliła ciepłemu wiatrowi rozwiać jej włosy. Ta noc była parna i gwieździsta. Nie musiała długo czekać na Rena, bo już po kilku minutach usłyszała jego kroki za sobą. Nim zdążyła się do niego odwrócić, przylgnął do jej pleców i przyłożył swe usta do ucha, oplatając ją silnymi ramionami.


-    Odkąd to nie interesują cię moje nieprzyzwoite myśli? – mruknął zmysłowo. – Nie uciekniesz mi – dodał szeptem, a jej natychmiast puls przyspieszył.


-    Gorąco mi. Puść mnie – westchnęła, próbując okiełznać swe pożądanie.


-   Nic dziwnego, skoro się tak ubrałaś – zachichotał jej do ucha. – Pozwól, że cię od tego uwolnię - powiedział i jednym szarpnięciem ściągnął jej rozpinany sweter.


Było to tak gwałtowne, że ramiączka jej koronkowej halki zsunęły się z jej ramion. Zaraz potem poczuła pocałunek na swoim karku, szyi, a potem skubniecie ucha. Jego ręce gładziły jej brzuch i piersi przez halkę, a ona odchyliła głowę i oparła o jego pierś, kiedy on wciąż stał za nią i całował jej szyję. Zamknęła oczy, delektując się jego rozkosznym dotykiem.


-    Kochaj się ze mną – wyszeptała zniecierpliwiona.


-    Na pewno tego chcesz? – mruknął, pieszcząc dalej jej piersi przez ubranie.


-    Przestań się wygłupiać, bo oszaleję przez ciebie.


-    No to szalej – zakpił i wtedy odsunął się od niej.


Poszedł na drugi koniec tarasu, gdzie oparł się o balustradę, jak gdyby nigdy nic. Ella była zdziwiona jego zachowaniem, ale widząc jego figlarny uśmiech wiedziała, że wciąż ciągnął tamtą grę. Podeszła do niego bliżej, skrzyżowała ręce na piersi i spojrzała na niego krytycznie.


-    Ładnie to tak rozpalać moje zmysły, a potem sobie pójść? – spytała z lekką irytacją w głosie, a on udał, że nie wie, o czym ona mówi.


-  Najpierw chcesz, żebym ochłonął, a potem mnie kusisz – posłał jej czarujący uśmiech, a ona z miejsca się zarumieniła. – Ładnie to tak? – powtórzył jej słowa.


-    Ren... – rzekła powoli, zbliżając się, ujęła jego twarz w dłonie i siłą przyciągnęła do siebie.


Nie pocałowała go jednak, tylko zajrzała głęboko w oczy.


-    Nie igraj ze mną – dodała groźnie.


-    Bo co? Ukarzesz mnie? – zakpił. – Wierz mi, wtedy to był pierwszy i ostatni raz, jak z tobą przegrałem – odparł, aż nazbyt pewny siebie.


-    Cóż za próżność...


-   Ja tylko mówię prawdę, Kotku. – Łapczywie ją pocałował, dosłownie kąsając jej usta, więc straciła grunt pod nogami.


Musiała się o niego oprzeć, by nie stracić równowagi, ale nie miała zamiaru go wypuszczać z objęć.


-    Chodźmy do sypialni.


-    Po co? – szepnął w przerwach miedzy pocałunkami. – Tu też jest dobrze.


-    A-Ale to taras. – zbuntowała się. – Ktoś może nas zobaczyć.


-    I co z tego. Niech patrzą! Jutro i tak już nas tu nie będzie – rzekł, po czym zsunął nieco swoje spodnie i posadził ją na sobie.


Świat zawirował, gdy się zjednoczyli. Od tej pory już nie rozmawiali. Nie mieli takiej potrzeby.


***


Gdzieś w Egharii, przed świtem


Wysoki i barczysty mężczyzna, o czarnych, długich włosach, związanych w kitkę, zagrodził drogę pewnej brunetce i spojrzał na nią krytycznym wzrokiem.


-    Nie podoba mi się ten pomysł...


-    A czy ja cię pytałam o zdanie? – burknęła. – Zrobię to, co musi być zrobione. Koniec dyskusji.


-    Przemyśl to, proszę. To bardzo niebezpieczne! Nawet nie wiesz, co cię tam czeka.


-    Nie przesadzaj. To nie pierwszy raz, gdy tam idę.


-    Co? Ale jak to? – mężczyzna zbladł, a ona posłała mu figlarny uśmiech. – Złamałaś zakaz? – spytał zdumiony.


-    Żeby raz – puściła mu oczko.


-    Niezła jesteś. – Pokręcił głową, krytycznie. – Nie miałem pojęcia.


-   Jeszcze wielu rzeczy o mnie nie wiesz – zaśmiała się. – A teraz już przepuść mnie. Mam robotę. I tym razem nie łamię zakazu.


-    Wiem, ale... Ruszasz już dziś?


-    Tak. Podobno przed południem tu przybędą.


-    Co chcesz zrobić? Pozwól mi iść z tobą.


-    Nie. Ty musisz zostać tutaj.


-    Ale – urwał, widząc, że jego protesty na nic się nie zdadzą. – Uważaj na siebie, proszę. Nie jesteś niepokonana...


-    Jeszcze z nikim nie przegrałam, więc na razie jestem. Nie martw się. Poradzę sobie – spojrzała mu zalotnie          w oczy. – Jestem już dużą dziewczynką – bąknęła, wprawiając go w zmieszanie i wyszła na zewnątrz.


***


16 dzień ruanu 8976 roku, Shall (komnata Elli), świt


Gdy Ela się obudziła, znajdowała się w objęciach Alrena, więc mruknęła z zadowoleniem, wtulając się jego gorące ciało. Wcale nie miała ochoty wstawać, choć wiedziała, że czas ich goni.


-    Wiem, że nie śpisz. Nie oszukuj – mruknął i pogładził ją po policzku.


Zadarła głowę i napotkała jego zielone spojrzenie.


-    Dobrze mi tak...


-   Nie wątpię – uśmiechnął się szczerze. – Ale musimy wstać. Po śniadaniu ruszany do Airos, a potem do Norhenu. – Ostatnie słowo wypowiedział już z powagą  w głosie.


-    Denerwujesz się? – podparła się rękoma i wciąż patrzyła mu w oczy.


-    Trochę...


-    To prawdziwa rzadkość widzieć w twoich oczach strach, nieustraszony Alrenie – zakpiła Ella, podpuszczając go.


-    Diablica – skomentował z uśmiechem i szczypnął ją w bok ciała.


-    Hej! – bąknęła i trzepnęła go w rękę, która zaraz potem przyciągnęła ją do siebie.


-    Sama jesteś sobie winna – rzekł, znów gładząc jej twarz.


Ella spoważniała, widząc, że on naprawdę obawia się tej podróży.


-    Dlaczego się tak boisz?


-    Gdybyś wiedziała... – zawiesił głos. – Ale nie czas na to.


-    To ma związek z tym sekretem, który obiecałeś mi kiedyś wyjawić, prawda?


-    Tak – uśmiechnął się smutno i pocałował ją delikatnie. - Już niedługo ci opowiem. Póki co, muszę ci powiedzieć coś innego.


-    To znaczy? – zainteresowała się.


-   W czasie twego szkolenia, odkryłem coś, co mną wstrząsnęło. Nie myślałam jednak wtedy o tym zbyt wiele, bo martwiłem się bardziej tobą – wyznał, co ona uznała za urocze.


-    Co to takiego?


-   Wiem już, kim jest obecny Król Norhenu. Do tej pory unikałem tego tematu, więc nawet nie wiedziałem, jak nazywa się nowy władca mej ojczyzny. Aż wstyd się przyznać – skrzywił się. – Jednak, kiedy odkryłem, kim on jest, przestałem się dziwić, że tak zawzięcie chce mojej śmierci.


-    Nie przeciągaj, proszę. Co chcesz mi powiedzieć?


-    Zaraz zrozumiesz. Obecny Król Norhenu to Teados vhe Adhenos – rzekł, a Ella zamarła.


-    Adhenos? Chcesz powiedzieć, że to ktoś z twojej rodziny? Ale mówiłeś, że...


-   Nie chcę go znać. Nie mogę uwierzyć, że został królem! Przecież był tylko podrzędnym, niedowartościowanym szlachcicem. Cholerny sukinsyn! – zacisnął pięści, a Ella uznała, że Ren musi mieć do niego poważny uraz, bo nigdy nie widziała u niego takiego wyrazu twarzy.


-    Kim on dla ciebie jest? Powiedz wreszcie! – Ujęła jego twarz w dłonie, martwiąc się o niego coraz bardziej.


-    To mój wuj, Ello – rzekł w końcu. – Brat mojego zmarłego ojca.


-    To niemożliwe. Więc to on chce cię zabić? On rozkazuje najemnikom i strażnikom cię zamordować?


-    Tak.


-    Ale dlaczego, do diabła? Nie rozumiem tego!


-    On nigdy nie uważał mnie za swego bratanka. Nienawidził od zawsze.


-    Czemu? – W oczach Elli zobaczył prawdziwy szok i żal, więc uśmiechnął się do niej.


-    Opowiem ci innym razem, dobrze? Nie mamy już czasu.


-    No dobrze, ale nie odpuszczę ci tego. Nie łudź się nawet!


-    Dobrze, już dobrze.


Zaśmiał się i przytulił ją delikatnie do siebie, czując jak jej ciepło neutralizuje jego negatywne emocje. Była jego eliksirem na wszelkie zło.


Niedługo potem Alren i Ella zjedli śniadanie w towarzystwie pozostałych, zabrali co trzeba i udali się do komnaty magicznej, gdzie mieli skorzystać z teleportu do Airos. Ren, Ella, Soana i Gord pożegnali się z Serabell, Syrianą i Lingorusem, którzy życzyli im powodzenia, a następnie przenieśli się do Airos.


Na miejscu odnaleźli Donitra, który już na nich czekał z dwoma wspaniałymi gryfami. Szczególnie zachwycił się nimi Gord, zafascynowany tymi zwierzętami oraz Ella, która nie mogła uwierzyć, że widzi te fantastyczne istoty, które na Ziemi istniały tylko w książkach. Później Alren i Ella wsiedli na jednego z nich, a Soana z Gordem – na drugiego. Wznieśli się w powietrze i polecieli w stronę sąsiedniej, dużej wyspy. Do Norhenu.



Aruell
Nastrój: Doba jest za krótka ;/
Kategoria: brak kategorii



Witajcie!


Zaczynamy kolejną - VI część opowiadania "Blask Miryonu". Tym samym jesteśmy dokładnie w połowie całej opowieści. ;) Mam nadzieję, że się Wam spodoba. Powiem jeszcze tylko tyle, że to ostatnia część w klimacie sielankowo-bajkowym w całej historii, choć nie zabraknie w niej niebezpiecznych przygód i tajemnic.


W tej części poznacie największe sekrety, krążące wokół Alrena, jak sama nazwa wskazuje. Mam nadzieję, że jesteście ciekawi? ;) Domyślam się, że większość z Was przypuszcza, kim może być Alren i co to za tajemnice, ale i tak mam andzieję, że kilka razy się zdziwicie i jestem ciekawa, jak spodoba się Wam jego historia. ;) 


Miłego czytania i czekam na wrażenia!


***


Blask Miryonu




Tom II




Część VI – „Tożsamość Alrena”


***




Rozdział 154


15 dzień ruanu 8976 roku, Shall, popołudnie


Ren patrzył zupełnie sparaliżowany na Ellę, której serce przestało bić i desperacko leczył ją różnymi zaklęciami. Nie przynosiło to jednak żadnego efektu. Wtedy wkroczyła Syriana, która wreszcie się ocknęła z szoku.


-    Odsuń się! Ja się tym zajmę!


-    Nie! Ello...


Nie myślał racjonalnie i Gord aż musiał go siłą odciągnąć od leżącej złotowłosej.


-   Uspokój się! Jeśli ktoś może jej teraz pomóc, to tylko Syriana! – wrzasnął blondyn, z całej siły trzymając szarpiącego się Alrena.


W końcu brunet opanował się, widząc, jak Arcykapłanka spowiła Ellę potężnym, białym światłem. Wówczas Alren zerknął w bok i dostrzegł uciekającego już strzelca, który wypuścił tę strzałę. Używał lewitacji, ale nie mógł być magiem, gdyż leciał bardzo powoli – co świadczyło o braku umiejętności kontroli energii magicznej. W oczach Rena zapłonął zielony, gniewny płomień.


-    Puszczaj! – syknął do Gorda i uwolnił się jednym ruchem od jego rąk, a następnie stanął na balustradzie tarasu i wyciągnął rękę w stronę uciekiniera.


-    Zostaw! – krzyknął Gord, widząc, co ona zamierza. – Jest za daleko. Żadna magia ani strzała go już nie dosięgnie!


-    A żebyś się nie zdziwił! – warknął.


Alrena otoczyła aura Heryona, która przyprawiła wszystkich i ciarki na plecach. Po chwili zaś, z jego dłoni wystrzeliły niezwykle szybkie promienie zielonej energii, które w ułamku sekundy dosięgły uciekającego wroga, mimo iż był już poza zasięgiem zwykłej magii i strzał. Zaraz potem Gord ujrzał, jak dusza tego człowieka opuszcza jego ciało, ściskana przez zieloną magię Rena. Zwłoki mężczyzny natychmiast spadły w dół, tymczasem Ren zaciskał pieści i tym samym jego moc ciaśniej oplątała tę duszę.


Gord i Soana byli zbyt wstrząśnięci, by jakoś zareagować i dopiero Lingorus odważył się interweniować. Zdecydowanie podszedł od rozwścieczonego Alrena.


-   Wystarczy! Już go zabiłeś! Nie musisz niszczyć jego duszy! – krzyczał zrozpaczony. – Chłopcze, proszę, opanuj się. Nie nadużywaj swej mocy!


Dopiero te słowa trafiły do Rena, który jakby obudził się z transu i opuścił rękę. Dusza zmarłego rozproszyła się, udając się do zaświatów, a Alren uspokoił swoją aurę i spojrzał nieco zmieszany na swego mistrza, który uśmiechnął się do niego. Lingorus cieszył się, że go powstrzymał. Wiedział, że używanie takiej magii jest zakazane i wielce nieetyczne, a niszczenie dusz to najgorsza z możliwych zbrodni. Nie chciał więc, by Alren miał kłopoty. W tym samym momencie światło Syriany zniknęło, a Arcykapłanka opadła z sił. Soana szybko podtrzymała jej ciało, kiedy ta dyszała ciężko.


-    Zrobiłam wszystko, co mogłam. – wyksztusiła. – Chyba się udało.


Tylko to powiedziała, a Alren podbiegł szybko do Elli i wziął ją w ramiona. Ucieszył się, czując ciepło jej ciała i słysząc bijące serce.


-    Ello... Ello! Obudź się... – w jego głosie było słychać rozpacz.


Wszyscy pozostali również czekali w napięciu, aż w końcu złotowłosa uniosła powieki.


-    Ren? – szepnęła i uśmiechnęła się. – Dlaczego drżysz? – Czuła to wyraźnie.


-    Kotku... – wyjąkał i przytulił ją do siebie, roniąc łzy i zdumiewając tym absolutnie wszystkich. – Dzięki niebiosom.


Nikt jeszcze nie widział go w takim stanie. Najpierw furia, a potem łzy ulgi i szczęścia. Nie było wątpliwości, że Ella była dla niego wszystkim i woleli nie myśleć, co by było, gdyby dziewczyna rzeczywiście umarła. Odetchnęli z ulgą. Mirella żyła, a więc wraz z nią - nadzieja.


Ella objęła ukochanego delikatnie, po czym ucałowała jego usta tak słodko, jak tylko potrafiła i otarła jego łzy, ze wzruszeniem patrząc w jego wciąż przerażone, zielone oczy.


-    Już dobrze. Nic mi nie jest – mówiła spokojnie. – Nie umarłam. Uspokój się już – rzekła, całując go znowu.


-    Całe szczęście, że to się dobrze skończyło... – westchnęła Syriana, która odzyskała już część sił i mogła wstać.


-    Dziękuję... – usłyszała Arcykapłanka i spojrzała na niego, zaskoczona tak ciepłym tonem jego głosu, a potem uśmiechnęła się lekko.


-    Nie ma za co – odparła cichutko. – Zostawmy ich samych – zwróciła się do pozostałych, a oni posłuchali i razem z nią opuścili taras.


***


Pół godziny później, komnata Syriany


Gord, który nie mógł się uspokoić po ostatnich wydarzeniach, poszedł do Arcykapłanki, w nadziei, że rozmowa z nią przyniesie mu ulgę. Syriana wiedziała, w jakim celu przyszedł blondyn, więc o nic nie pytała, tylko delikatnie się do niego uśmiechnęła i zaprosiła go do stołu, na herbatę.


-    Wiem, co cię martwi, ale wierz mi, niesłusznie.


-   Ależ Pani! Nie miałem pojęcia, że on jest zdolny do czegoś takiego... Słyszałem trochę o Heryonach, ale żeby potrafili bez żadnego wysiłku wydzierać z ciał dusze i nawet je niszczyć?


-    Na pewno to też wiedziałeś, ale nie chciałeś w to wierzyć.


-   Może i tak... W każdym razie, jak pomyślę, że on mógłby nas wszystkich pozabijać jednym ruchem ręki, a nawet zniszczyć nasze dusze i zarazem całkowicie unicestwić nasze istnienie, ciarki mi przechodzą po plecach – wyznał szczerze.


-    Boisz się go? – spytała, patrząc mu w oczy, a on nieco zbladł.


-    Już wcześniej się go obawiałem, bo jest znacznie silniejszy, niż ja, ale mimo to, był to bardziej respekt i szacunek, niż strach. Teraz jednak jestem naprawdę przerażony!


-   To naturalne. Właśnie z tego powodu ród Heryonów wytępiono niemal całkowicie. Podejrzewam, że ocalało tylko kilka osób, które ukrywają się teraz gdzieś w Egharii, lękając się śmierci.


-    Nie mogę powiedzieć, że jestem zdziwiony, że są znienawidzeni. Posiadają nieludzki dar. Mogą się bawić w bogów.


-   Gordzie – przerwała mu Syriana i zmusiła, by spojrzał jej w oczy. – Rozumiem twoje obawy, ale musisz spróbować zaufać Alrenowi. Mimo że posiada taką moc, nie jest złym człowiekiem. Tym razem rozgniewał się na tyle, że użył swej mocy w zakazany sposób. Potrafię go zrozumieć. Wystraszył się, że Mirella umrze i chciał ukarać winowajcę tej zbrodni.


-    Ale jeśli raz nie potrafił się kontrolować, to wystarczy, że Ella znajdzie się w niebezpieczeństwie lub coś innego wyprowadzi go z równowagi i to się powtórzy. Wybacz, Arcykapłanko, ale jak mam czuć się bezpiecznie przy kimś takim?


-    Cóż, będziesz musiał znaleźć z nim wspólny język, bo będziesz podróżował razem z nim – rzekła bardziej zdecydowanie. – Być może, za jakiś czas poznasz go lepiej i przestaniesz się go bać. Poza tym, jeśli tak bardzo martwi cię, że będzie nadużywał swej mocy, będąc przy nim, możesz go powstrzymać i nie wolno ci się wtedy wahać.


-    Masz rację – przyznał, że to było logiczne. – I tak nie mam wyboru – zaśmiał się smutno, czując, że to będzie najtrudniejsza podróż w jego życiu.


Nie dość, że będzie musiał znosić bliskość Alrena i Elli, której pożądał równie mocno, jak brunet, to jeszcze miał świadomość, jak nieludzko potężny jest główny Shiryen Alorii. Syriana zdawała się znać jego myśli, bo położyła rękę na jego ramieniu.


-    Nie martw się. Będzie dobrze. Nie zostałeś Shiryenem przez przypadek. Jesteś silny i inteligentny, zatem dasz sobie radę i nawet nie myśl, że jesteś zbędny w tej misji. Pamiętaj, że od waszej trójki, zależeć będą losy tego świata. To duża odpowiedzialność, ale i powód do dumy – mówiła rzeczowo, zaskakując nieco Gorda, który uśmiechnął się, czując się już o wiele lepiej.


-    Dziękuję za te słowa otuchy, Pani – ukłonił jej się. – Przyznaję, że mimo iż nie podobał mi się twój plan szkolenia Elli, to nadal cię szanuję – zapewnił, zdumiewając ją.


-    Cieszę się – odparła ciszej. – Idź teraz i przygotuj wszystko do wyjazdu. Jutro wyruszycie do Airos, skąd polecicie do Norhenu. Nie ma co zwlekać, skoro Norheni wiedzą, że Alren tu jest.


-    Airos? Myślałem, że popłyniemy statkiem.


-    Nie. To zbyt niebezpieczne. Wody wokół wyspy są bardzo zdradzieckie. Użyjecie gryfów.


-    Ależ to przecież bardzo drogi transport!


-    Nie zapominaj, mój drogi, że Mirella jest Księżniczką Miryonu. Jeśli wszystko się uda, stanie się najpotężniejszą i najbogatszą kobietą na świecie. Co więc znaczą gryfy w obliczu tej perspektywy? – zaśmiała się, a Gord wciąż w to nie wierzył. – Poinformowałam już Donira z Airos, że przybędziecie. Gryfy będą więc na was czekały. A teraz idź już.


-    Tak jest.


***


Tymczasem, w innej części pałacu


Alren już się uspokoił, ale nie wypuszczał Elli z objęć. Był też bardzo milczący, gdy oboje szli w stronę jej komnaty. Natomiast Ella dziwiła się, widząc przerażenie w oczach każdego napotkanego służącego czy służącej, nie mówiąc już o straży pałacowej, jak tylko widzieli Alrena. Było to na tyle zauważalne, że poczuła się dziwnie.


-    Ren... Czy mi się wydaje, czy oni wszyscy się ciebie boją? - Spojrzała na ukochanego ze zdumieniem. – Dlaczego?


-    To moja wina – odezwał się wreszcie. – Użyłem zakazanej magii Heryonów, więc nic dziwnego, że są przerażeni.


-    To znaczy jakiej?


Alren westchnął i opowiedział, co się stało po tym, jak trafiła ja strzała. Dziewczyna słuchała tego wszystkiego z niesamowitym zdziwieniem. Z jednej strony dziwiło ją, że Rena aż tak poniosło i że użył tej magii, o której tylko jej do tej pory opowiadał, a z drugiej – zastanawiała się, czemu wszyscy, aż tak się go boją. Przecież wiadome było, że Ren nie zrobiłby czegoś takiego ani służbie ani strażnikom, nikomu, kto był niewinny i nie zasługiwał na śmierć.


Po dłuższym zastanowieniu jednak doszła do wniosku, że może gdyby go nie znała i nie kochała, myślałaby podobnie, jak oni? Zresztą na samym początku ich znajomości ona też się go bała. Nagle przypomniała sobie, jak Ren kilka razy kiedyś pytał, czy ona się go boi i coś ścisnęło ją w środku. W tej chwili pojęła, co on teraz czuje.


Na pewno wyrzucał sobie, że go poniosło i czuje się okropnie, widząc strach w oczach wszystkich. Zapewne znów myślał o sobie, jak o potworze, zdolnym do wszystkiego i wyklętym przez społeczeństwo tego świata. Pewnie przypomniał sobie o swoim rodzie, który wytępiono z tego powodu.


Nagle Ella zatrzymała się gwałtownie, zaskakując Rena, który obudził się z transu i spojrzał na nią pytająco.


-    Coś się stało? Już prawie jesteśmy – rzekł bezwiednie.


-    Ren... Nie jesteś zły! – krzyknęła mu prosto w twarz, zaskakując go. – Nie jesteś zły ani straszny. Proszę nie przejmuj się tym! – Chwyciła go za dłonie, a on poczuł ukłucie w sercu.


Nie wiedział, jak nazwać to ciepłe uczucie, które zalewało jego ciało na widok jej pięknych, ufnych oczu.


-    Ello... – pogładził czule jej policzek, szukając odpowiednich słów, by wyrazić to, co czuł w tej chwili.


Jak to możliwe, że ona potrafiła trafić w jego najczulszy punkt i pocieszyć go jednym spojrzeniem?


-   Co się stało, to się nie odstanie! Straciłeś nad sobą panowanie, ale nie jesteś zły! Nie skrzywdziłbyś niewinnych ludzi ani bliskich ci osób, więc nawet tak nie myśl! – ujęła jego twarz w dłonie. – Nie jesteś straszny, zimny ani okrutny. W głębi duszy jesteś cudownym, ciepłym i dobrym mężczyzną. Zapomnij więc o tym, co się stało. Jestem pewna, że z czasem inni przekonają się, jaki jesteś naprawdę, tak, jak ja.


-   Jak ty to robisz, Ello? Skąd wiesz, o czym myślałem? – Był szczerze wzruszony i chwycił jej dłonie, które od razu ucałował delikatnie. – Dlaczego jesteś dla mnie taka dobra? – Słowa Alrena zaskoczyły Ellę, więc zarumieniła się lekko.


-    Bo cię kocham – odparła, a on łapczywie ją pocałował.


__________________________________________________


I jeszcze na dobry początek części (przedstawiać chyba nie trzeba? ;P):


Alren i Ella
Aruell
Nastrój: dziwny ; x
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 153

środa, 18.stycznia.2012, 00:00



Witajcie!


Zapraszam na ostatni już rozdział części V BM.


Miłego czytania!


Pozdrawiam ;)


***


Rozdział 153


15 dzień ruanu 8976 roku, Shall, około południa


Gord prowadził Alrena i Ellę na wielki taras, w innej części pałacu, gdzie mieli spotkać się z Królową Serabell, Syrianą, Soaną i Lingorusem. Musiał po nich iść, bo Księżniczka Miryonu zbyt długo zwlekała z opuszczeniem swych komnat, gdzie nadrabiała stracony czas ze swoim ukochanym.


Kiedy szedł obok nich, prawie w ogóle nie zerkał w ich stronę. Starał się być poważny i uprzejmy. Unikał też kontaktu wzrokowego z Alrenem. Dziwnie się czuł, widząc ich szczęście. Gdy kilka minut temu zbliżył się do komnat prywatnych Mirelli, od razu usłyszał śmiech i przekomarzanki, które słychać było przez ściany i drzwi. Coś ukłuło go wtedy w sercu i szczerze pozazdrościł Alrenowi, że to on jest jej wybrankiem. Mimo iż obiecał Elli przyjaźń, na chwilę obecną, nie był pewny, czy może dotrzymać danego słowa. Każde jej spojrzenie w stronę Alrena, uśmiech, gest – sprawiał mu mimowolnie przykrość.


Nie miał o to żalu ani do niej ani do niego, bo to było naturalne, skoro oboje się kochali. Po prostu po cichu im zazdrościł i starał się nie pokazywać im swego żalu. Oni zaś udawali, że nie widzą jego zachowania, bo cóż innego mogli zrobić? Oczywiście Ella bardziej się tym przejmowała, niż Ren, ale uznała, że wszyscy troje muszą się przyzwyczaić do innych relacji między nimi, jeśli mieli ze sobą dalej podróżować.


Gdy dotarli na miejsce, wszyscy czekali już na tarasie, przy stole z herbatą i słodyczami. Był stąd nieziemski widok na dolinę, a pogoda dziś dopisywała. Alren, Gord i Ella dosiedli się i poczęstowali. Zaraz potem Serabell uśmiechnęła się serdecznie do złotowłosej.


-    Jestem pełna podziwu dla ciebie, Mirello. Pokonałaś Alrena w pięknym stylu! To niesamowite, zwłaszcza, że jeśli mnie pamięć nie myli, to ten pan, jeszcze nigdy z nikim nie przegrał – posłała Renowi znaczące spojrzenie, a on się zmieszał. Ella zaś zaśmiała się z jego miny.


-    Prawda jest taka, że gdyby on walczył na poważnie, to nie miałabym szans – odparła skromnie.


-    Zwyciężyłaś nie siłą, lecz inteligencją, Księżniczko – zwróciła uwagę Soana, która również była pod wrażeniem.


-    Ona ma rację – zawtórował Lingorus i puścił jej oczko.


-    Ten podstęp udał się tylko dlatego, że Alren nie chciał mnie skrzywdzić. Gdyby to był prawdziwy wróg, to bym zginęła – odparła złotowłosa.


-    Ello, na litość...  – westchnął Ren. – Przestań się już tłumaczyć. Jak chwalą, to ładnie podziękuj i tyle. Zasłużyłaś na te pochwały – rzekł, zaskakując wszystkich, a Ellę najbardziej. Ren nigdy nie był skory do komplementowania.


Złotowłosa spojrzała na Alrena z zakłopotaniem na twarzy, a on tylko się do niej uśmiechnął. Gord wciąż był zmieszany, siedząc obok nich, ale w duchu zgadzał się z Alrenem, więc po chwili i on się odezwał.


-    On ma rację, Ello. – rzekł, a dziewczyna zaśmiała się subtelnie, patrząc raz na Rena, a raz na Gorda. To, że byli w czymś zgodni było dla niej niebywałą nowością.


-    Dajcie już spokój...


Po chwili wzrok Elli mimowolnie natrafił na milczącą Syrianę, siedzącą naprzeciwko niej. Popatrzyła na nią nieprzychylnie, zła o to, co ona wymyśliła w ramach jej szkolenia oraz o to, że tak sprytnie unikała z nią kontaktu, od pojedynku, że nie miała kiedy jej powiedzieć, co o niej myśli. Arcykapłanka widziała to wszystko w jej błękitnych oczach i odwróciła wzrok, świadoma tego, że nie zostanie zrozumiana i teraz otrzyma zapłatę za stosowanie niekonwencjonalnych metod szkolenia.


Napięcie, jakie stało się wyczuwalne w powietrzu, rozładowała nieco Serabell, która ponownie zagadnęła Ellę.


-    Powiedz mi, co teraz? Udasz się od razu do Elmeronu z Soaną, na drugi etap szkolenia?


-    Raczej tak... No chyba, że o czymś nie wiem... – znów posłała Syrianie chłodne spojrzenie, ale tym razem Arcykapłanka włączyła się do rozmowy.


-    Owszem jest coś, co musisz zrobić, zanim będziesz kontynuowała szkolenie – rzekła, co zaskoczyło wszystkich oprócz Rena, który domyślił się już, o co jej chodzi. – Alren i Soana ci w tym pomogą.


-    Chcesz, żebyśmy zwiedzili po drodze Kher, prawda? – uśmiechnął się ironicznie. – To raczej zły pomysł, Arcykapłanko... Mogę sprawdzić tę wyspę sam - dodał, a Syriana przełknęła ślinę, widząc to jego ostre spojrzenie. Nie mogła jednak dać się stłamsić.


-    Nie. Tylko Mirella może być w stanie odnaleźć Calinę. Musicie iść we dwójkę. Zabierzcie tez Soanę. Im was więcej, tym lepiej – odparła ostro, a Ren się skrzywił. Gord również nie był zadowolony, słysząc to, zwłaszcza, że wiedział, że nie będzie mógł iść z nimi.


-    Chwileczkę! – krzyknęła Ella. – Możecie mi wreszcie powiedzieć, o czym mówicie? – irytowało ją to, że nic z tej rozmowy nie rozumiała.


-    Wybacz, Pani... Już wyjaśniam – Syriana ściszyła głos, a Ella uważnie jej słuchała. – Pamiętasz, jak opowiadałaś mi o swoim śnie? O Calinie?


-    Tak. Co z nią?


-    Alren dowiedział się od Lingorusa, że... – spojrzała na starca, który był teraz wyjątkowo poważny. – Calina była kiedyś kapłanką Hariosa. Prawdopodobnie widziała ona, co się stało z Hariosem tamtego feralnego dnia i bojąc się o swe życie uciekła z Alorii. Dlatego tak ważne jest, by ją znaleźć. Niestety, jak do tej pory nikomu się to nie udało. Lingorusie, wyjaśnij proszę Księżniczce, co podejrzewasz w tej sprawie.


-    Oczywiście. Znałem Calinę osobiście i sądzę, że jest bardzo prawdopodobne, iż ukryła się na wyspie Kher... Myślę, że tam powinniście jej poszukać.


-    Dlaczego nikt jej tam jeszcze nie szukał, aż do tej pory>? – Ella wyczuwała, że jest w tym jeszcze jakiś haczyk. Milczenie, które po chwili zapadło, potwierdziło jej przypuszczenie.


-    Z wyspą Kher jest pewien problem... – odezwał się nagle Gord, który był zaskoczony tymi informacjami. – Ta wyspa jest przeklęta od wieków. Klątwa zabije każdego nieproszonego gościa z Alorii i Norhenu, który się tam zbliży. Tylko dzięki błogosławieństwu wodnych duchów osoby z tych ludów mogą tam przebywać. Ponadto nie można tam dotrzeć ani droga morską ani powietrzną. Właściwie to oficjalnie w ogóle nie można się tam dostać – wyjaśnił, a Ella się bardzo zdziwiła.


-    To jak Calina tam się dostała? Poza tym przecież by zginęła...


-    Nie. Jeśli udało jej się tam trafić, to z pewnością przeżyła – wtrąciła się Soana. – Calina jest Elfką, a zatem klątwa jej nie dotyczy. Pytanie tylko, czy i jak się dostała na wyspę?


Znów zapadło dłuższe milczenie. Nikt nie miał żadnego pomysłu, jak rozwiązać tę zagadkę. Dopiero po chwili odezwał się Alren.


-    Mam przeczucie,  że Calina naprawdę tam jest. Myślę, że istnieje inna, tajna droga na Kher... i ona ją znalazła.


-    Cóż, to możliwe... – przyznała Syriana. – Ale jak znaleźć tę drogę?


-    Sądzę, że najlepiej poszukać odpowiedzi w Norhenie – zaproponował Lingorus. – Należałoby popytać ludzi o Kher, może ktoś będzie coś wiedział?


-    Dlaczego akurat tam? – zdziwiła się Ella.


-    Ponieważ Kher należy do tego kraju, Wasza Wysokość – odparł, a Ella się zamyśliła.


-    Ale chwileczkę... Czy nie wspominałeś, Gordzie, że Aloryjczycy i Norheni nie mogą tam wejść? – intensywnie myślała.


-    Zgadza się...


-    To przecież znaczy, że ani ty ani Ren nie możecie tam pójść! – zdenerwowała się tym wnioskiem.


-    Gord rzeczywiście nie może, chyba że otrzyma błogosławieństwo od strażników Kher, ale ja mogę, Ello... – sprostował Alren, zaskakując ją i blondyna.


-    Jak to? – Ella patrzyła na niego z niedowierzaniem.


-    On ma rację, Księżniczko – odparł Lingorus. – Alren jest Heryonem, a więc jest Norhenem tylko w połowie. Druga, miryońska połowa ochroni go przed klątwą. Co więcej, według legendy, to właśnie Heryoni nałożyli na Kher tę klątwę, dzięki pomocy strażników wód...


-    Coo?! – aż podskoczyła z wrażenia. - Ale dlaczego?


-    To długa historia...


-    Tak, czy inaczej... – wtrąciła się Syriana – Zmierzając do Elmeronu, na wschód, udacie się od Norhenu i spróbujecie odnaleźć drogę na Kher. Jeśli się wam uda, to musicie sprawdzić, czy nie ma tam Caliny. A jeśli rzeczywiście ją tam znajdziecie, spróbujcie dowiedzieć się od niej, co się stało z Hariosem... – podsumowała rzeczowo. Nie było żadnych sprzeciwów, bo nikt nie miał lepszego planu.


-    W takim razie ustalone... – Serabell uśmiechnęła się do całej trójki, by rozładować ciężką atmosferę przy stole. Wszyscy byli bowiem zamyśleni. – Jutro wyruszycie do Norhenu...


-    Norhen... – rzekła bezmyślnie Ella, po czym spojrzała znacząco na Alrena.


Pamiętała jego zatargi z Norhenami i tę tajemnicę, której do dziś jej nie wyjawił. Ponownie zaczęła się zastanawiać, co to takiego i jak będzie wyglądała ta podróż. Przecież nie dość, że Alren unikał tego kraju jak ognia, to jeszcze Norheni polowali na jego życie. Ta podróż mogła okazać się wejściem do paszczy lwa. Martwiła się tym tak bardzo, że mimowolnie chwyciła Rena pod stołem za rękę, co zwróciło na nią jego uwagę.


-    W porządku? – mężczyzna ujrzał w jej oczach szczera troskę i uśmiechnął się delikatnie.


-    Tak... Nie można wiecznie uciekać. Nadeszła chyba dobra pora na rozprawienie się z przeszłością – odparł, ale wszyscy wyczuli w jego głosie zwątpienie i lęk.


Nikt oprócz Gorda i Soany nie był tym zdziwiony. Syriana, Serabell i Lingorus znali jego relacje z Norhenem, więc po cichu trochę się obawiali o tę podróż. Zaskoczeni byli więc tylko Soana i Gord, którzy nie mieli o tym pojęcia i mogli się tylko domyślać, o co chodzi.


Po chwili postanowiono zakończyć spotkanie. Alren, Gord, Ella i Soana musieli przygotować się do podróży i poukładać sobie wszystko głowie, a Serabell i Syriana planowały wspólny spacer, by omówić sprawy Alorii. Arcykapłanka miała spore zaległości służbowe, w związku z dwutygodniową przerwa na szkolenie Elli. Lingorus natomiast zamierzał wrócić do domu. Nie miał tu już nic do roboty. Wszyscy wstali wiec od stołu, by zrealizować swe zamierzenia, kiedy nagle Ellę przeszył zimny dreszcz. Zrobiła taką minę, że nie umknęło to uwadze pozostałych.


-    Co się stało, Ello? – spytała Serabell.


-    Nie wiem... Czuję coś dziwnego... Jakby...


Ella nie zdołała jednak dokończyć, bo w tej chwili wszyscy, łącznie z nią, wyczuli w pobliżu obecność kogoś obcego. Nim jednak spojrzeli w tamtą stronę, usłyszeli charakterystyczny odgłos wystrzelonej strzały. Dostrzegli ją, ale było już za późno... Nie było czasu na żadną reakcję i kiedy zdawało się, że śmiercionośna broń lada chwila przebije tors Alrena, w który została wycelowana, Ella instynktownie, nie analizując niczego i kierując się wyłącznie przeczuciem, zasłoniła go. Ułamek sekundy później, strzała przeszyła jej pierś na wylot, a na zszokowanego Alrena trysnęła tylko jej krew...


Niczym w zwolnionym tempie widzieli, jak dziewczyna upada na podłogę, ocierając się o ciało mężczyzny, którego zasłoniła. Dopiero wtedy zszokowani świadkowie zdarzenia dostrzegli mężczyznę, lewitującego pięćdziesiąt metrów od tarasu, na którym stali. Byli jednak zbyt sparaliżowani tym, co się stało, by coś z nim zrobić i wpatrywali się tępo w zakrwawioną Ellę u stóp Alrena.


Brunet zamarł w bezruchu. Wciąż do niego nie docierało, co się stało i dopiero po kilku sekundach, opadł na kolana i mechanicznie uniósł ją nieco. Cały drżał, nie mógł oddychać ani wyksztusić słowa. Wpatrywał się z przerażeniem w jej twarz i przełknął tylko ślinę, słysząc jej cichy szept.


-    Ren... – spojrzała na niego przez chwilę, po czym zamknęła oczy, a jej ciało bezwładnie opadło na jego ręce.


-    E-Ello... Nie... Ello!!!


Ciąg dalszy nastąpi...


Koniec Części V



Aruell
Nastrój: wesoły ;)
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 152

wtorek, 17.stycznia.2012, 00:00

Witajcie!


Zapraszam na przedostatni rozdział części V BM, która chyba okaże się najdłuższa w całym opowiadaniu. ;)


Pozdrawiam ;)


***


Rozdział 152


14 dzień ruanu 8976 roku (14 dzień szkolenia), Dolina Shallos, noc


Ren położył już całkowicie obnażoną Ellę na miękkiej trawie, po czym trzymając tamten sztylet w zębach, zaczął rozpinać pasek od spodni. Złotowłosa aż otworzyła usta z wrażenia, bo wyglądało to tak... Nawet nie była w stanie tego określić. Niebezpiecznie? Drapieżnie? Seksownie? Uznała, że wszystko naraz. Zaraz jednak przestała myśleć, bo ujrzała, że jego oczy zaświeciły na zielono i automatycznie zadrżała. Wiedziała, co to oznacza...


Patrzyła, jak siada obok niej, na pobliskim głazie i zachwycała się jego wspaniałym ciałem, które widziała teraz w całej okazałości. Posłał jej jedno magiczne spojrzenie i zaraz po tym mocno pociągnął ją za rękę. Posadził Ellę na swoich kolanach i od razu wpił się w jej usta, jednocześnie przesuwając zimnym sztyletem po jej plecach, uważając, by jej nie zranić. Ella zadrżała, po czym chwyciła ostrze i odrzuciła na bok, co zaowocowało znaczącym uśmieszkiem na jego twarzy. Nie protestował jednak i zaraz potem zatracili się w głębokich, i rozwiązłych pocałunkach. Ren nie silił się już na delikatność. Oderwał się od jej ust jednym szarpnięciem, po czym przywarł wargami do jej szyi, trzymając jedną rękę na jej karku. Pochłaniał drapieżnie jej skórę, gładząc ją jednocześnie drugą ręką, wzdłuż kręgosłupa – w górę i w dół.


Ella miała zamknięte oczy i powoli odpływała w świat rozkoszy, opierając się o ramiona Rena. Kręciło jej się w głowie, gdy zalewały ją kolejne fale namiętności. Gdy Ren pieścił jej piersi, wplotła dłonie w jego bujne włosy, czując jakie są miękkie i miłe w dotyku. Oddychała ciężko i głośno, a na jej skórze pojawiały się pierwsze kropelki potu. Żar rozpalał ją od środka, aż chwilami miała wrażenie, że się ugotuje. Zebrała w sobie siły i spojrzała na niego, gdy chciwie całował jej brzuch i łaskotał ją językiem po bokach, trzymając ją za ręce, aby mu nie uciekała. Wtedy zobaczyła, że doszedł już do jej podbrzusza, a w jego oczach tańczą psotne iskierki i domyśliła się, co szykuje.


Gdy zaczął ją pieścić właśnie tam, otworzyła szeroko buzię, bo oddychanie stawało się coraz trudniejsze. Jej piersi unosiły się coraz szybciej i powiększały od nadmiaru podniecenia. Tymczasem Ren konsekwentnie szukał jej najczulszego punktu. Po chwili jej ciało zaczęło poruszać się wbrew jej woli. Spazmy, które nią wstrząsały, z każdym ruchem Rena, sprawiały, że traciła kontakt z rzeczywistością. Czuła, że się zbliża... Pociemniało jej przed oczami, a poziom ekstazy osiągał kulminacyjny poziom. Jeszcze sekundę wytrzymała, po czym poczuła rozkosz, jakiej nie miała przez bardzo długi czas. Gdy opadła z sił, wtuliła się w niego mocno i oplotła ramionami, jakby chciała dotykać go całą powierzchnią ciała.


Kilka minut później wciąż uspokajała oddech, słysząc również jego przyspieszone bicie serca i uśmiechając się do siebie samej. Czuła się tak błogo... W końcu odsunęła się nieco i zerknęła na jego twarz. Ujrzała jego szelmowski uśmiech oraz błyszczące, zielone oczy. Widziała, że jest zadowolony z tego, jak ją podnieca.


-    Co, masz już dość, Kotku? – szepnął zmysłowo. – To dopiero początek... – mruknął jej do ucha i czule pocałował jej usta.


-    Ja chyba... – westchnęła. – Nie dam rady więcej... – wiedziała, że to przez to jego spojrzenie, każdy gest odczuwała dwa razy mocniej, niż wtedy gdy nie używał tej magii.


-    Udowodnię ci, że wytrzymasz – zaśmiał się i wziął ją na ręce, po czym położył na miękkiej trawie, obok głazu.


Ziemia była lodowato zimna, w przeciwieństwie do rozpalonego Rena, który przywarł do niej swoim ciałem i spojrzał pożądliwie w oczy. Nim się obejrzała, wszedł w nią gwałtownie, co poskutkowało jej niekontrolowanym spazmem. Zaraz potem rozpoczęli dziki taniec namiętności, tracąc kontakt z rzeczywistością. Słyszeli swoje wzajemne jęki i głośne westchnięcia. Dążyli szaleńczo do spełnienia, a gdy je osiągnęli, opadli na trawę bez sił i ciężko dyszeli, patrząc w rozgwieżdżone niebo.


Po chwili oboje leżeli obok siebie, przytuleni. Ren obejmował ją mocno swoimi silnymi ramionami, całując czule jej policzek, a ona zachwycała się jego ciepłem. W końcu obróciła się do niego przodem i zarzuciła mu jedną rękę na szyję, a drugą delikatnie gładziła jego twarz. Jej oczy lśniły szafirowym blaskiem, w świetle błękitnego Księżyca i wyrażały wielkie szczęście. On zaś się łagodnie uśmiechał i wciąż do siebie tulił.


-    I jak po tym wszystkim, mam za tobą nie szaleć? – westchnęła usatysfakcjonowana.


-    Nie mam bladego pojęcia – zachichotał. – Może jestem tak dobry, że to po prostu niemożliwe? – uniósł jedną brew i musnął wargami jej usta.


-    Jak zwykle skromny... – uśmiechnęła się szczerze i zarumieniła, słysząc jego przyspieszone bicie serca. - Ale ja chyba też jestem dobra? – spojrzała mu zalotnie w oczy, a on odgarnął zagubione kosmyki włosów z jej twarzy.


-    Oczywiście, w końcu to ja byłem twoim nauczycielem – zakpił wesoło, a ona pokręciła głową ze zdumienia.


-    Jesteś niemożliwy...


***


Egharia: Cehron – Ehrona (Pałac Cesarski), noc


Tiya, która niedawno odniosła dotkliwą ranę w walce z Alrenem, wciąż jeszcze nie doszła do siebie, pomimo tego, że dzięki magii była już zdrowa. Dokuczało jej coś innego – urażona duma i wściekłość, że dała się tak podejść. Wróciła do Cehronu, by nabrać sił i wymyślić nową strategię walki. Nie miała odwagi pokazać się Cesarzowej, jednak w końcu spotkanie z nią było nieuniknione.


Weszła do sali tronowej Oriany z lękiem i wstydem, wymalowanym na twarzy i ukłoniła się swej władczyni. Spodziewała się surowej reprymendy. Tymczasem Cesarzowa ją zaskoczyła.


-    Nie martw się, nie zamierzam cię karać. Dzielnie walczyłaś.


-    Wasza Wysokość... – Tiya była naprawdę zdziwiona przychylnością Oriany i odważyła się na nią spojrzeć.


Nieziemsko piękna brunetka, o długich włosach i złotych oczach, siedziała na tronie w krwistoczerwonej sukni i obracała w dłoni pusty Klejnot Hariosa, jakby się w nim przeglądała. Chwilę później spojrzała na Tiyę z uśmiechem.


-    Widziałam w magicznym zwierciadle twoje wyczyny. Byłaś bardzo blisko... Nie to, co ten idiota - Thar.


-    Dziękuję za te słowa, Pani. Obiecuję, że następnym razem ich zabiję.


-    Wierzę ci. Jednak to może poczekać. Teraz mam dla ciebie ważniejsze zadanie...


-    Jakie?


-    Odszukasz Calinę, elfią kapłankę, która prawdopodobnie wie, gdzie ukrywa się Arella...


-    Calinę?


-    Tak. Xallos dowiedział się, że widziała ona moment, kiedy Harios wniknął w Arellę i księcia, nad tamtą przepaścią... Ponoć zaraz potem uciekła z Alorii. – mówiła powoli. – Podobno Calina ukrywa się na wyspie Kher. Udaj się tam i znajdź ją, zanim zrobią to Alren i Mirella, bo wtedy będziemy mieli poważny problem...


-    Ależ Wasza Wysokość, miałam przecież...


-    Zapomnij o nich. Są zbyt potężni, byś mogła ich pokonać. Kiedy zaś ja znajdę Hariosa, osobiście się z nimi policzę. Czas ucieka i teraz priorytetem jest odnaleźć tę dwójkę i wykurzyć z ich ciał Hariosa. Uwiężę go w tym krysztale i posiądę całą jego moc. Wtedy stanę się niepokonaną, legendarną Władczynią Egharii!


-    A co z Xallosem? Czy to nie było jego zadanie?


-    To nadal jest jego zadanie, ale obawiam się, że ten głupiec nie ma szans wypełnić tej misji. Dlatego posyłam też ciebie. Uprzedziłam go już, że powierzyłam ci tę samą misję, co jemu. Nie był zbyt zadowolony, ale to już jego problem...


-    Dziękuję za zaufanie, Pani. Przysięgam, że odnajdę Calinę i dowiem się, gdzie jest Arella i książę... – ukłoniła się Cesarzowej.


-    Nie wątpię, moja droga... A teraz ruszaj!


-    Tak jest.


***


15 dzień ruanu 8976 roku, Shall (komnaty prywatne Mirelli), poranek


Poranne promienie Słońca obudziły Ellę, która mruknęła z zadowoleniem, przeciągając się w łóżku. Spojrzała w bok i zarumieniła się, widząc śpiącego obok niej Alrena. Leżał na boku, twarzą do niej. Uśmiechnęła się lekko. Tak dawno już nie budziła się w ten sposób, że zapomniała, jakie to przyjemne.


Przesunęła opuszkami palców po jego twarzy. Miał niezwykle gorącą skórę. Nie oparła się pokusie i skubnęła wargami jego pełne usta, zamykając oczy i delektując się każdą sekundą. Zaraz potem poczuła jego gorące dłonie na obnażonych plecach. Ren gwałtownie przewrócił ją tak, że znalazła się pod nim, nie przerywając pocałunku, który przemienił się w namiętną pieszczotę. Ella zadrżała i nabrała szybko powietrza, gdy się odsunął, a potem uśmiechnęła się zarumieniona, na widok jego zielonego spojrzenia.


-    Dzień dobry... – wymruczała szczęśliwa.


-    Cześć, Kotku... – pocałował ją jeszcze raz, ale już krótko i delikatnie, a potem zszedł z niej.


-    Dokąd idziesz? – wybełkotała z ociąganiem. – Wracaj tu...


-    Moja droga, pora na śniadanie. Nie mów mi, że po ostatniej nocy jeszcze ci mało – posłał jej figlarne spojrzenie, ubierając spodnie.


-    Ren... – oburzyła się nieco, narzucając na siebie jedwabną podomkę i rzuciła poduszką w jego twarz, co wywołało u niego atak śmiechu.


Wprowadzony przez nią w dobry nastrój, porwał ją jednym ruchem z łóżka i przewiesił sobie przez ramię, bez najmniejszego wysiłku, jakby nic nie ważyła. Potem zaś zaniósł ją do jadalni obok. Ella nie wierzyła własnym oczom.


-    Puszczaj mnie, ty jaskiniowcu! – pisnęła, ale nie zareagował i posadził ją dopiero na krześle w jadalni.


-    Co to miało być? – bąknęła, udając złość, ale on tylko puścił jej zalotnie oczko i usiadł obok, przy stole z przygotowanym już śniadaniem i herbatą.


-    Powiedz, że ci się nie podobało... – podpuścił ją, a ona spłonęła rumieńcem.


-    Jesteś bezwstydny! – podsumowała. – Jak zwykle zresztą... – dodała, popijając łyk herbaty.


-    Odezwała się ta, co nie jest – skomentował.


W ten sposób, co chwila się przekomarzając, Ella i Ren zjedli śniadanie i rozmawiali o byle czym, aż do momentu, kiedy dziewczyna zaczęła rozmyślać nad tym, co teraz? Ukończyła pierwszy etap szkolenia, ale został jeszcze drugi, który miał odbyć się w krainie Elfów. W duchu modliła się, by tam nie musiała się już rozstawać z Alrenem. Poprzysięgła sobie, że do tego nie dopuści. Alren najwyraźniej domyślił się, co zaprząta myśli jego ukochanej, bo uśmiechnął się do niej.


-    Nie martw się. To się już więcej nie powtórzy... – zaskoczył ją nieco, ale zaraz potem uśmiechnęła się do niego ciepło i pogładziła jego policzek.


-    Mam nadzieję, Kotku.



Aruell
Nastrój: dobry ;)
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 151

czwartek, 12.stycznia.2012, 00:00



Rozdział 151


14 dzień ruanu 8976 roku (14 dzień szkolenia), Wieża Szermierzy, późny wieczór


Kiedy Ella zadała Alrenowi publicznie pytanie, które nurtowało ją od dłuższego czasu, Syriana ulotniła się, jakby unikała konfrontacji, a Królowa Serabell dała znak pozostałym, by się rozeszli. Tak też się stało. Ella poczekała, aż na dachu Wieży Szermierzy zostaną tylko we dwoje z Alrenem, a potem ponowiła pytanie.


-    Mów, dlaczego to zrobiłeś?


-    Ponieważ Syriana postawiła mi ultimatum – odparł, siadając na najbliższym murku.


-    Ultimatum?


-    Jeśli bym się nie zgodził na izolację od ciebie, wysłałaby cię na wyspę Vhar, gdzie pozostawiona sama sobie, musiałabyś przetrwać dwa tygodnie, ucząc się wyłącznie ze zwojów, bez nauczycieli, metodą prób i błędów. Nie możesz o tym wiedzieć, ale ta wyspa to piekło. Wulkany wybuchają tam kilka razy w tygodniu, pogoda jest bardzo niestabilna, a lasy pełne potworów i magicznych pułapek. Nie wyobrażam sobie, byś miała być tam sama i uczyć się tylko na swoich błędach... Sam przeszedłem tam trening i nie było mi łatwo, a byłem silniejszy i bardziej doświadczony od ciebie. Przy okazji, to tam nabawiłem się rany pod okiem, po której do dziś mam bliznę... – westchnął, widząc irytację na twarzy Elli. Wiedział, co usłyszy.


-    Naprawdę sądzisz, że Syriana wysłałaby mnie - amatora i najważniejszą osobę w tym świecie, która ma go ocalić, na pewną śmierć? Nie wierzę, że tak założyłeś... – Miała mętlik w głowie. Spodziewała się czegoś innego....


-    Syriana jest nieprzewidywalna. Z nią nic nie wiadomo. Nie chciałem ryzykować. Nie przeżyłbym, gdyby coś ci się tam stało i gdybym nie mógł cię osobiście chronić – wyznał szczerze, patrząc jej w oczy, więc nieco złagodniała.


-    Czy to wszystko?


-    Nie. Arcykapłanka podała jeszcze drugi argument. Zagroziła, że jeśli nie zgodzę się na jej plan twego szkolenia, odwróci naszą „więź dusz”, co spowoduje, że się nawzajem znienawidzimy...


-    Cooo?! – Ella nie wierzyła własnym uszom. – To w ogóle jest możliwe? Jak mogłabym cię znienawidzić? – Alren uśmiechnął się, widząc jej szok.


-    Niestety jest takie zaklęcie, któremu nie można się przeciwstawić. Ten argument mnie przekonał. Nie chciałbym tego... Gdybyś nie mogła znieść mego widoku, chyba bym tego nie przeżył... – zacisnął pięści i tym razem to Ella się zarumieniła na chwilę, widząc, jakie to dla niego ważne.


-    Znów nie wierzę, że Syriana by to zrobiła... Dlaczego ty w to uwierzyłeś? Dlaczego? – Podeszła bliżej i patrzyła mu w oczy ze szczerym żalem, a jemu serce się krajało.


-    Tu akurat dałem się nabrać. Od Lingorusa dowiedziałem się bowiem, że Syriana mnie okłamała. Na obecnym poziomie naszej więzi, ten czar nie mógłby zadziałać. Arcykapłanka wykorzystała to jednak, wiedząc, że mnie tym przekona, bo za bardzo cię kocham, by zaryzykować... – zganił siebie w duchu.


-    Kiedy się o tym dowiedziałeś?


-    Tydzień temu...


-    To dlaczego, do jasnej cholery, nie przerwałeś wtedy tej farsy? – nie mogła zrozumieć.


-    Było już za późno, by się z tego wycofać... Poza tym wciąż pozostawał pierwszy argument. Teraz jednak tego żałuję... Mogłem chociaż wtedy dać sobie z tym spokój. Mogłem w ogóle rozegrać to inaczej, ale... – spojrzał jej w oczy i musnął czule jej policzek. – Za bardzo się o ciebie bałem... Pomyślałem, że lepiej będzie, jeśli przez dwa tygodnie poudaję, że cię nie kocham i będę mógł cię chronić, niż ryzować, że Syriana popełni jakieś głupstwo... – dodał, a ona się zarumieniła.


Ella nie wiedziała, jak na to zareagować. Z jednej strony rozumiała, że bardzo się o nią troszczył i zrobił to wszystko dla niej, ale z drugiej, nie mogła uwierzyć, że poszedł na coś takiego z takich powodów. Zawsze był bystry, inteligentny i ponad wszystko – robił tylko to, co chciał i nigdy nie słuchał innych. Imponował jej tym, a teraz? Dlaczego aż tak się tym przejął i uległ Syrianie?


Alren widział po jej minie, że nie przekonują ją argumenty jego i Syriany, a zaraz potem poczuł pchnięcie. Ella przewróciła go na ziemię, trzymając za ubranie. Jej oczy lśniły ze złości i żalu, a policzki płonęły z emocji zupełnie przeciwnych. Ren był nieco zaskoczony tą gwałtowną reakcją, ale nie poruszył się. Zaraz potem usłyszał pod swym adresem same krytyczne uwagi.


-    Byłeś głupcem! Jak mogłeś być taki głupi... – syczała, patrząc mu w oczy. – Pomyśleć, że martwiłam się z tak banalnych powodów... Pierwszy raz w życiu zawiodłam się na tobie! Nawet jeśli to było dla mojego dobra, to nie musiałeś tego robić! Mogłeś mi o tym powiedzieć... Wybiłabym Syrianie z głowy ten durny plan! Dlaczego tego nie zrobiłeś? Ren... Dlaczego musiałam słuchać, że mnie nie kochasz i znosić to, jak mnie odtrącasz? Czemu służyła ta farsa? Co Syriana sobie myślała, do diabła? – Nie mogła się opanować i co chwilę uderzała w twardą pierś Rena, a on poczuł się okropnie.


-    Przepraszam, Ello... – ujął jej twarz w dłonie, a ona znieruchomiała. – Wybacz mi proszę...


Ella zadrżała, widząc w jego oczach tyle uczucia i miłości oraz czując podświadomie jego żal. To było rozczulające. Poza tym tak bardzo za nim tęskniła... W końcu nie wytrzymała i gwałtownie pocałowała go w usta. Ten drapieżny pocałunek, pełen tęsknoty i namiętności, rozpalił ich oboje i po chwili tarzali się po podłodze, całując się szaleńczo i zapominając o całym świecie.


***


Aloria – Dolina Shallos, noc


Ella i Ren wyjaśnili sobie wszystko i udali się na długi spacer po dolinie, aż dotarli do nie odwiedzanego zakątku lasu na wzgórzu, z którego, w świetle dwóch księżyców, widać było piękne jezioro, góry i trzy wodospady. Niebo było czyste i gwieździste, a noc parna.


Tutaj Ella zatrzymała się i patrzyła na rozciągający się przed nią krajobraz z prawdziwym zachwytem. Ocknęła się dopiero, gdy poczuła, jak Alren obejmuje ją od tyłu. Westchnęła wtedy szczęśliwa. Nareszcie było tak, jak dawniej! Wprost rozpływała się w jego ramionach, ciesząc się, że ukończyła ten etap szkolenia i między nimi wszystko wróciło do normy.


-    Podoba ci się to miejsce? – spytał dla formalności, stojąc za nią i trzymając ją w pasie.


-    Żartujesz? To wszystko wygląda, jak sen...


-    To dobrze. Tu będziemy sami i nikt nam nie będzie przeszkadzał, Wasza Wysokość – uśmiechnął się szelmowsko. – Wszak mamy wiele do nadrobienia, prawda? – spojrzał jej zalotnie w oczy, a ona się zarumieniła.


-    Ren... – stanęła naprzeciw niego i chwyciła go za tunikę. – Obiecaj, że nie zrobisz mi drugi raz czegoś takiego – rzekła prosząco, a on spoważniał i przysunął ją do siebie.


-    Nie mogę ci tego obiecać, Ello – pogładził jej policzek. – Jeśli zajdzie taka potrzeba, zrobię wszystko, by cię chronić. Nawet jeśli będę musiał, dla twojego dobra, cię opuścić... – pocałował ją w czoło.


-    Nie chcę takiej ochrony! – burknęła niezadowolona. – Bez ciebie nic nie jest dobrze... – spuściła wzrok i utkwiła go w jego medalionie, aż nagle poczuła jego gorącą dłoń na swoich plecach.


-    Kocham cię... – szepnął jej na ucho, przesuwając swą dłoń niżej, aż do pośladków. Drgnęła nieco. – Dla ciebie jestem zdolny do wszystkiego. Jestem w stanie wyrzec się swoich pragnień, jeśli tylko zapewni ci to bezpieczeństwo.


-    Ale mi nic nie grozi! Poradzę sobie... – bąknęła, znów patrząc mu w oczy. – Chcę byś był przy mnie. Zrobię wszystko, by tak było.


-    Zatem oboje jesteśmy równie zdesperowani, Kotku – pocałował ją za uchem tak delikatnie, że zaszumiało jej w głowie.


-    Gdybyś wiedział, jak za tobą szaleję... – westchnęła, obejmując go w pasie i przyciskając do swego ciała. – Pragnę cię. Pożądam każdej cząstki twego ciała... – mruknęła, wkładając swoje dłonie pod jego tunikę. Poczuła przyjemne mrowienie na całym ciele, dotykając jego gorącej i napiętej skóry.


-    Wiem o tym – zakpił wesoło, co poskutkowało gromem z jej oczu, ale tym razem odpuściła. Podniosła do góry jego tunikę, którą on szybko zdjął, i po chwili gładziła jego nagi tors.


-    Uwielbiam twoje usta i ramiona... – mówiła przyciszonym głosem, obrysowując palcami jego wargi, a następnie głaszcząc szerokie barki. -  Podnieca mnie twoja siła i impulsywność, absolutnie wszystko. Już sam twój oddech wystarcza, bym zaczęła drzeć, a głos wywołuje we mnie dreszcz emocji. Potrzebuję twej obecności i bliskości. Jesteś mi równie potrzebny do życia, jak powietrze... – mruczała, a on stał nieruchomo i tylko się diabelsko uśmiechał.


-    To też wiem, Kotku – odparł wyjątkowo niskim tonem.


-    Mógłbyś czasem powiedzieć coś więcej, draniu! – bąknęła,


-    Jesteś pewna, że chcesz to usłyszeć? – mruknął zmysłowo, idąc w jej stronę. – Mam powiedzieć, co myślę, gdy na ciebie patrzę?


Widząc jego figlarny uśmiech, Ella cofała się tak długo, aż oparła się plecami o drzewo. Przywarł do niej całym ciałem i patrzył jej prosto w oczy, śmiałym i pożądliwym wzrokiem. Poczuła dreszcz podniecenia. To nieprzeniknione, zielone spojrzenie, działało na jej zmysły, odkąd spadła na niego z nieba. Niemal czuła, jak powietrze między nimi się elektryzuje. Oparła dłonie o drzewo za sobą i mimowolnie rozchyliła usta. W jej oczach Ren dostrzegł błysk pożądania.


-    Jeszcze pytasz? – wyksztusiła ze zdumieniem. – Powiedz mi to.


-    Jak sobie życzysz, moja Księżniczko... – uśmiechnął się tajemniczo. – Jesteś moim narkotykiem. Jeśli cię nie zażyję, ogarnia mnie szaleństwo tak wielkie, że mogłoby mnie zabić... – mówił powoli, wyjmując sztylet zza pasa. Przełknęła ślinę.


Wsadził ostrożnie ostrze pod jej sukienkę i rozciął jednym ruchem. Chciała zaprotestować, że niszczy jej ubrania, ale przypomniała sobie, że potem można je magicznie naprawić. Wstrzymała oddech, gdy poczuła chłodny metal na swej rozgrzanej skórze. Ren uważał, by jej nie skaleczyć, ale mimo wszystko poziom jej adrenaliny wzrósł.


-    Uwielbiam twoją skórę, miękką i gładką, niczym jedwab... – głaskał jej ramiona i brzuch, owiewając gorącym oddechem. – Każdy centymetr twego ciała jest dla mnie równie podniecający – pieścił ją dłońmi coraz śmielej, a ona aż zacisnęła dłonie na korze drzewa, czując jak rozsadza ją zniecierpliwienie.


-    Ren... – wyksztusiła, gdy rozcinał jej stanik i majtki tym samym sztyletem, co wcześniej.


Robił to nieznośnie powoli, patrząc śmiało na jej biust. Zamknęła oczy, by nieco zapanować nad pożądaniem.


-    Chciałbym się z tobą kochać cały czas. Nieustannie słyszeć twoje rozkoszne jęki i przyspieszony oddech... – mruknął owiewając gorącym oddechem jej szyję. – Uwielbiam, jak w kółko wymawiasz moje imię, drżąc w moich ramionach – dodał jeszcze, a jej gwałtownie puls podskoczył.


-    Na litość... – oddychała coraz szybciej i aż bała się otworzyć oczy, by nie zemdleć z emocji.


-    Uwielbiam twoje słodkie rumieńce i zniecierpliwienie. Lubię się pastwić nad tobą tak długo, aż skończy ci się cierpliwość – mówił z przekąsem, a ona zerknęła na niego z oburzeniem. – To dla mnie przyjemność budzić w tobie to zwierzę, które kieruje się wyłącznie popędem. Kiedy jesteś dominująca i agresywna, pragnę cię jeszcze bardziej... Lubię twoją złość, więc nieustannie cię wkurzam.


-    Drań – bąknęła.


-    Kocham każdą twoją cechę, każdy uśmiech i grymas... – ujął jej podbródek i spojrzał w oczy. – Kocham w tobie absolutnie wszystko, Ello i nie umiałbym już bez ciebie żyć... – mruknął, całując ją tak namiętnie, że zadrżała.


Przesunął dłońmi wzdłuż jej boków i zatrzymał się na pośladkach, które ścisnął tak gwałtownie, że wstrzymała oddech. Nie pozostała mu dłużna i nie przestając go całować, zaczęła pieścić okolice jego przyrodzenia, czując jak jest już podniecony.


-    Chyba wystarczy tego gadania, co kochanie? – szepnął jej na ucho, po czym jednym, zwinnym ruchem, wziął ją na ręce.


-    Już myślałam, że poprzestaniesz na słowach... – zażartowała, całując go w szyję.


-    Czy ja wyglądam na gawędziarza? – bąknął – Jestem człowiekiem czynu, skarbie...


_________________


Ren (stary rysunek, o którym zapomniałam, więc wrzucam go teraz ^^')


Ren

Aruell
Nastrój: Zakręcony >.<
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 150

środa, 11.stycznia.2012, 00:00



Rozdział 150


14 dzień ruanu 8976 roku (14 dzień szkolenia), Aloria – Shall (Ogród Królewski), popołudnie


Ella była bardzo zdenerwowana od samego rana. Dziś wieczorem czekał ją pojedynek z Alrenem. Chciała z nim porozmawiać, by się jakoś przygotować, ale mężczyzna gdzieś zniknął i nigdzie mogła go znaleźć. Zamiast tego spotykała innych, którzy życzyli jej powodzenia i mieli ewentualne rady.


Na przykład Soana podpowiadała, jak zwiększyć swoją zwinność w czasie walki, Syriana przypomniała o przydatnych zaklęciach Białej Magii, a Gord poćwiczył z nią w ogrodzie dwie godziny, by się rozgrzała i nabrała pewności siebie.


Gdy jednak chciał zostawić ją na chwile samą, ona zatrzymała go, łapiąc go za nadgarstek.


-    Poczekaj, chciałabym z tobą porozmawiać – uśmiechnęła się od niego ciepło, co przyspieszyło jego serce.


-    O czym?


-    O nas... – spuściła wzrok, a on drgnął.


Usiedli jednak na ławce, tej co zawsze i spoglądali na siebie. Ona patrzył na nią z lekkim zakłopotaniem, ona na niego – z lekkim uśmiechem.


-    Unikasz mnie, prawda? – spytała w końcu.


-    Nie, dlaczego tak sądzisz? Przecież teraz rozmawiamy...


-   Nie o to mi chodzi. Ograniczasz się wyłącznie do spraw służbowych. Nie zaprzeczaj. Wiem, że uznałeś, że nie masz u mnie szans i postanowiłeś się wycofać... Czy to dlatego, że „wtedy” nas widziałeś?


-    Nie... – Postanowił jej powiedzieć prawdę. – Zabiegałem o ciebie tylko dlatego, że zaobserwowałem, jak Alren cię okropnie traktuje, jak cię odtrącił, choć go kochałaś. Nie mogłem na to patrzeć i postanowiłem cię odbić i uszczęśliwić. Gdybym widział, że tak się kochacie, nie odważyłbym się wyznać ci, że się w tobie zakochałem – rzekł szczerze, a Ella odruchowo się zarumieniła.


-    Gordzie...


-    Jednak niedawno odkryłem, że byłem w błędzie. On wcale cię nie rzucił, nie przestał kochać, wręcz przeciwnie. Poświęcił swe uczucia, dla twojego dobra... Zrozumiałem, co was łączy i że byłem głupcem, sądząc, że coś może was rozdzielić, że miałbym jakąś szansę u ciebie...


-    Ty znasz prawdę, prawda? – wywnioskowała ze zdumieniem. – Wiesz, dlaczego Ren to robi...


-    Tak... Niedawno Syriana mi to wyjaśniła, ale nie mogę ci tego powiedzieć


-    Przeklęta kobieta – syknęła Ella pod nosem.


-    Źle postąpiła, ale w dobrej wierze... Być może ty kiedyś jej wybaczysz... Ja bym chyba nie potrafił. To, co zrobiła było... Nieważne – zdenerwował się, a Ella milczała. - Wracając do tematu, kiedy to zrozumiałem, potrzebowałem izolacji. Musiałem się zdystansować do swoich uczuć. Musiałem sobie poukładać w głowie, że niesłusznie mieszałem Alrena z błotem i że nie mogę być z tobą. To dlatego cię unikałem... Przepraszam, jeśli to cię zmartwiło – delikatnie pogładził jej policzek, jednym ruchem dłoni.


-    Przepraszam...


-    Za co? – zdziwił się.


-    Przepraszam, że nie mogę ci dać tego, czego oczekujesz. Jesteś wspaniałym mężczyzną i zasługujesz na szczęście... – oczy jej się zeszkliły.


-    To nie twoja wina... Po prostu zakochałem się w nieodpowiedniej osobie – odparł z uśmiechem. – Mam nadzieję, że kiedyś się zaprzyjaźnimy...


-    Byłabym naprawdę szczęśliwa.


Gord uśmiechnął się do niej i przytulił na chwilę delikatnie, a potem wyciągnął ku niej dłoń.


-     Nic prostszego. Przyjaciele? – zaskoczył ją.


-     Przyjaciele – odpowiedziała, ściskając jego dłoń.


-     Widzisz, jakie to proste... – zaśmiał się trochę sztucznie, po czym wstał i popatrzył na nią z góry. – Jako twój przyjaciel, radzę ci się już zbierać. Niedługo pojedynek...


-    Już? – Ella aż podskoczyła, że już tak późno. – Co robić... – Naprawdę się denerwowała.


-    Spokojnie. Pokonasz go. Wierzę w ciebie.


-    Łatwo powiedzieć... Nawet ty z nim przegrałeś, a co dopiero ja...


-    Błąd. Ja nie miałem z nim szans, ale ty masz wiele atutów, które pozwolą ci wygrać – puścił jej oczko i zagarnął ją ramieniem. W ten sposób skierowali się do Wieży Szermierzy, gdzie miał odbyć się pojedynek.


***


Arena w Wieży Szermierzy, wieczór


Ella ubrana była w magiczna i super-lekką, srebrną zbroję, spod której wystawała krótka, błękitna sukienka. Miała też niebieską opaskę na czole, szeroki pas w tym samym kolorze oraz drobne, złote ozdoby, które nie mogły przeszkadzać w walce.


Stała teraz wewnątrz Wieży i wyglądała przez okno na arenę. Miała okropną tremę, gdy ujrzała zapełnioną widownię, na której oprócz straży pałacowej, siedzieli Syriana, Lingorus, Gord, Soana, a nawet, ku jej wielkiemu zdumieniu, Królowa Serabell, która przyjechała specjalnie po to, by zobaczyć ten pojedynek. Czuła, że miękną jej nogi, a ciało drży. Z każdą sekundą traciła pewność siebie i odwagę, aż usłyszała ten głos.


-    Boisz się? – Dosłownie podskoczyła i gwałtownie zwróciła się w stronę Alrena.


Zamarła, widząc, jak jej mężczyzna jest ubrany. Nosił czarną tunikę, która odsłaniała jego tors, na którym lśnił medalion Shiryena, niebieskie spodnie, pas oraz opaskę na czole. Nie miał na sobie żadnej zbroi, co było niezwykle wymowne. Zauważyła błysk w jego zielonych oczach i znaczący uśmieszek. Nieco ją to irytowało, bo domyślała się, co sobie teraz myślał.


-    Nie – odparła zdecydowanie, a on parsknął śmiechem.


-    To dlaczego jeszcze nie wyszłaś na arenę? A może znów mam ci w tym pomóc? – uniósł jedną brew. W rzeczywistości był szczęśliwy, bo za chwilę skończy się jego koszmar, który trwał już równo dwa tygodnie.


-    Nie drażnij mnie! – warknęła i dumnie wkroczyła na arenę. Miała ochotę utrzeć mu nosa i po raz kolejny obiecała sobie w duchu dać z siebie wszystko.


Alren nic więcej nie powiedział, tylko stanął naprzeciw niej, na środku areny. Powitały ich brawa widowni, która nie mogła się już doczekać tej walki. Wszyscy byli ciekawi, jak to będzie. Brunet o zielonych oczach wpatrywał się w Ellę z uśmiechem, widząc zarówno jej strach, jak i złość na jej ślicznej twarzy. Złotowłosa zaś próbowała panować nad drżeniem rąk oraz nie patrzeć za wiele w jego oczy, które skutecznie ją rozpraszały. Aby sobie pomóc przypominała sobie wszystkie momenty, kiedy była na niego zła.


Myślała więc o sytuacji, gdy ją rzucił, tej pod drzewem, wszystkie złośliwości i odpychające zachowanie. Usiłowała wyzwolić w sobie maksimum złości i gniewu, by w ogóle być w stanie go zaatakować. Alren zaś patrzył na nią tak, jakby czytał w jej myślach.


Oboje przybrali postawy bojowe i zaraz potem usłyszeli zasady pojedynku. Dozwolone były wszelkie techniki szermierskie oraz wyłącznie Biała Magia. Użycie czegokolwiek innego, dyskwalifikowało zawodnika. Aby wygrać, należało powalić przeciwnika na ziemię, rozbroić i przyłożyć ostrze do gardła. Nie wolno było też wykroczyć poza arenę. Gdy wszystko było już jasne, Alren i Ella usłyszeli gong, dający znak do początku pojedynku. Wraz z tym na widowni zapanowała śmiertelna cisza i skupienie.


-    Gotowa? – spytał z uśmiechem, a ona zacisnęła pięści na rękojeści, szykując się na jego atak.


Nim się obejrzała, Ren wymierzył pierwszy cios. Zrobiła unik, odchylając się do tyłu i od razu ustawiła miecz za plecami. Wiedziała, że zawsze wykorzystywał silę rozmachu, by uderzyć od tyłu. Nie pomyliła się i zablokowała jego cios. Ren mruknął z zainteresowaniem, a ona uśmiechnęła się do niego znacząco i używając czaru zwiększonej szybkości, błyskawicznie się odsunęła, i zaczęła go atakować wszystkimi, znanymi technikami w takim tempie, że widzowie nie widzieli ruchów jej miecza. Alren zablokował jednak wszystkie ciosy i zaatakował, gdy jej czar się skończył - tym samym. Ella, nieco osłabiona użyciem magii, odparowywała jego ataki z mniejsza gracją, niż do tej pory, ale również nie dała się trafić. Nagle oboje zaatakowali ta sama techniką i ich miecze skrzyżowały się, na wysokości ich twarzy. Przez chwilę byli bardzo blisko siebie i patrzyli sobie w oczy. Alren uśmiechnął się na widok tego błękitu, a Ella wystraszyła się, że znów ją rozprasza ta magnetyczna zieleń. Przez chwilę odpuściła i wówczas, Alren wytrącił jej miecz z ręki i wymierzył cios. Widownia wstrzymała oddech.


Ella zrobiła unik i szybko rzuciła okiem w jakiej odległości znajduje się jej broń oraz myślała, jak się do niej dostać. Błyskawicznie podjęła decyzje i rzuciła czar światła, celując w jego oczy. Zrobiła to tak niespodziewanie, że Alrena na chwilę oślepiło. W tym czasie, dziewczyna podskoczyła do miecza i ponownie wzięła go do ręki. Widzowie odetchnęli z ulgą.


Ren szybko uleczył efekt oślepienia i spojrzał na nią ze znaczącym uśmiechem. Zaraz potem on ustawił miecz w ten sposób, że Ella zadrżała. Znała tę postawę. Czyżby zamierzał walczyć na poważnie? – pomyślała. Oddychała coraz szybciej. Głowa jej pękała z tego skupienia i nerwów, ale nie mogła się teraz poddać, skoro szło jej całkiem nieźle.


-    Dobra, koniec zabawy... Walczmy na poważnie – rzekł tak zmysłowo, że przełknęła ślinę.


-    Jak sobie życzysz... – rzekła, otaczając się błękitną, miryońską aurą.


Była to specjalna Biała Magia Miryonów, zwana Błękitną, więc Alren spoważniał. Wiedział, że z tym nie ma żartów i sam otoczył się podobną aurą, tylko że zieloną. Dzięki temu oboje zwiększyli swoją silę, zręczność i szybkość reagowania. Obserwatorzy nie mogli oderwać od nich oczu. Wyglądali wprost nieziemsko.


Po chwili starli się w dość wyrównanym pojedynku. Po zachowaniu Elli było widać, że przewiduje, gdzie Alren uderzy. To, że go znała i obserwowała jego wcześniejsze walki, bardzo jej pomagało w tym pojedynku. Oczywiście mężczyzna zauważył to i w duchu ją za to podziwiał. Wkrótce Ella zapomniała z kim walczy i tak się wciągnęła w tę bitwę, że atakowała bez opamiętania. Kiedy zaś Alren zaczął ją atakować na poważnie i nie bagatelizował jej ciosów, uznała że nadeszła idealna pora, by zrealizować ten plan...


Sprowokowała Alrena do ataku frontalnego, co on uczynił i gdy cios już zmierzał jej stronę, gwałtownie odsunęła miecz na bok, wystawiając swą pierś na jego atak. Alren błyskawicznie zauważył ten manewr i panicznie wyhamował swoje ostrze, co wymagało nie lada refleksu i koncentracji. Miecz zatrzymał się zaledwie kilka centymetrów przed jej piersią...  Zaraz potem popatrzył na nią ze szczerym lękiem w oczach. Wówczas ujrzał jej uśmiech, a zaraz potem ona wytrąciła mu broń z ręki, następnie użyła czaru zwiększonej siły i popchnęła go na ziemię, wykorzystując element zaskoczenia, a później przyłożyła mu miecz do gardła. Wszystko to trwało zaledwie kilka sekund, więc jeszcze do niego nie docierało, co się właściwie stało.


Dopiero po chwili, leżąc na ziemi i patrząc na jej ostrze, skierowane w jego stronę oraz słysząc głośne wiwaty widowni, która zareagowała entuzjastycznie na jej zwycięstwo, uświadomił sobie, że właśnie pierwszy raz w życiu... przegrał.


Wciąż w to nie wierzył. Widziała to w jego zaskoczonych oczach.


Gdy zaś Syriana ogłosiła, że Mirella pokonała Alrena i ukończyła ten etap szkolenia, dotarło do niej, że udało jej się... Tak bardzo się cieszyła, że nie wiedziała, czy skakać z radości czy płakać. Naprawdę jej się udało! Pokonała niepokonanego Alrena! Cofnęła swój miecz, pozwoliła mu opaść na ziemię i patrzyła na leżącego Rena z niedowierzaniem.


Tymczasem Alren otrząsnął się już z szoku i powoli wstał, otrzepując się z pyłu. Spojrzał na nią ciepło i wyciągnął ku niej dłoń.


-    Gratuluję, Wasza Wysokość – rzekł szczerze, z podziwem w głosie. – Pokonałaś mnie.


Ella podała mu dłoń i ścisnęła ją mocno, z ironicznym uśmiechem na twarzy. Wiedział już po jej minie, co zaraz usłyszy.


-    Teraz wyjaśnij mi, dlaczego mnie rzuciłeś...


Ella vs. Ren
Aruell
Nastrój: ...
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 149

wtorek, 10.stycznia.2012, 00:00


Rozdział 149


13 dzień ruanu 8976 roku (13 dzień szkolenia), Aloria – Shall (Ogród Królewski), wieczór


Odkąd Ella zdała pierwszy test, minęły już prawie dwa dni. Wczorajszy dzień był podobny do poprzedniego, a dzisiejszy do wczorajszego. Cały dzień przygotowywała się do egzaminu, który potem przeszła.


Minionego dnia zdała test z łucznictwa, mierząc się z Soaną w punktowym strzelaniu do tarcz. Martwiła się, że Alren wywinie jej podobny numer do tego na arenie, ale tym razem tylko znacząco na nią patrzył. Wygrała trzema punktami i otrzymała kolejne gratulacje.


Dzisiejszego dnia natomiast przeszła egzamin u Syriany. Bardzo się go bała, nie wiedząc czego się spodziewać, ale skorzystała z rady Alrena, który dyskretnie dał jej do zrozumienia, że jeśli się nie przyłoży, to zrani się tak, jak to zrobił u Króla Hevanu. Ella kategorycznie zabroniła mu się okaleczać i ponieważ myślała o tym cały czas, uwolniła swą miryońską moc, która znacznie przewyższyła możliwości Białej Magii Syriany.


Test polegał na uzdrowieniu rannego, starego królika. Kiedy magia Syriany uleczyła jego ciało i zdrowy królik pokuśtykał do lasu, to moc Elli nie tylko go uzdrowiła, ale i zamieniła w młodego króliczka, a zatem odmłodziła zwierzaka. Coś takiego było niemożliwe za pomocą tradycyjnej Białej Magii. Ella przeszła ten test i została dopuszczona do egzaminu końcowego – pojedynku z Alrenem.


W zasadzie dziewczyna nie wiedziała, czy się cieszyć, czy płakać. Z jednej strony pragnęła się z nim zmierzyć, pokonać i odzyskać, a z drugiej martwiła się, czy jej podstęp się uda i co zrobi, jeśli nie? Nawet jej przez myśl nie przeszło, że mogłaby go pokonać w uczciwej walce. Musiała więc polegać na znajomości jego słabego punktu i własnej pomysłowości.


Teraz, kiedy siedziała na ławce w ogrodzie, starała się o tym nie myśleć, choć było to trudne. A gdy już jej się udało, nawiedziły ją wspomnienia, związane z tym miejscem i Gordem. Ostatnio niewiele rozmawiali, a ich stosunki stały się niezwykle neutralne. Ella zastanawiała się, kiedy dokładnie Gord zmienił wobec niej postawę i uświadomiła sobie, że chyba zaczęło się to tego dnia, gdy uległa urokowi Alrena w deszczu... Od tamtej pory coś się w Gordzie zmieniło.


Przeczuwała, że blondyn dał sobie z nią spokój. Nie dotykał jej, nie zbliżał się tak, jak wcześniej i przede wszystkim zwracał się do niej bardziej formalnie, a do Rena – mniej agresywnie. Potem wszystko działo się tak szybko, że nawet nie miała kiedy z nim o tym porozmawiać. Cieszyła się, że nie starał się już o jej względy i miłość, a z drugiej strony – było jej go żal, bo miała świadomość, że w jakiś sposób go zawiodła i zraniła. Bardzo go polubiła, więc tym bardziej nie chciała, by był smutny z jej powodu. Niestety nie mogła na to nic poradzić.


Po chwili znów wróciła myślami do Syriany. Ku jej wielkiej radości, Arcykapłanka przestała się wtrącać w jej relacje z Alrenem. Mimo iż Ren zachowywał w stosunku do Elli dystans, to jednak nie zgrywał obojętnego drania, jak tego chciała Syriana. Wszystko to dzięki Lingorusowi, który dał jej jasno do zrozumienia, że po pierwsze przesadziła z tym planem, a po drugie – na tym etapie, nie miał on już sensu. Zarówno Ella, jak i Ren byli wdzięczni Lingorusowi za jego przychylność i pomoc. Mieli to szczęście, że miał on takie doświadczenie i pozycję, że nawet Syriana się z nim liczyła.


Kiedy tak rozmyślała, nagle usłyszała głos poczciwego starca, którego polubiła od pierwszego wejrzenia. Od razu się uśmiechnęła i zrobiła mu miejsce obok siebie, na ławce.


-    O czym tak myślisz, Wasza Wysokość? – spytał zwyczajnie.


-    O wszystkim i o niczym...


-    To znaczy?


-    O egzaminach, Gordzie, Alrenie... – odparła z wahaniem.


-    Martwisz się jutrzejszym pojedynkiem? – uśmiechnął się szeroko, widząc jej rumieńce.


-    Szczerze mówiąc, nawet bardzo...  – spuściła wzrok i utkwiła go w kamieniu na ścieżce ogrodowej. – Kto by się nie bał na moim miejscu?


-    Jestem pewien, że włos ci z głowy nie spadnie, w czasie tej walki.


-    Tak, wiem, że on nic mi nie zrobi, ale... Jak mam go pokonać?


-    Myślałem, że masz jakiś plan... – Lingorus nie był taki głupi, by się tego nie domyślić.


-    Tak, ale ma jedną poważną wadę...


-    Powiedz mi na ucho, jeśli boisz się, że drzewa mają uszy – zachichotał. – Może coś ci podpowiem?


Ella zaśmiała się serdecznie i rzeczywiście wyszeptała Mistrzowi na ucho, co zamierza zrobić. Lingorus słuchał z zainteresowaniem i na koniec uśmiechnął się.


-    Dobry plan. Bardzo przebiegły, ale...


-    No właśnie... Jeśli on się nie zatrzyma...


-    Zatrzyma się.


-    Tylko czy to wystarczy?


-    Możesz sobie pomóc światłem... – puścił jej oczko.


-    Mam go oślepić? Czy to nie zbyt proste?


-    Proste rozwiązania są najlepsze. Musisz to jednak zrobić w odpowiednim momencie, wykorzystując element zaskoczenia, bo inaczej Ren sobie z tym poradzi – stwierdził ze spokojem. – Masz do dyspozycji proste techniki i zaklęcia, więc twoją siłą musi być strategia. Ale nie martw się. Na pewno dasz sobie radę...


-    Mam nadzieję...


-    Swoją drogą, nie miałaś ostatnio żadnych zaników pamięci?


-    Dlaczego pytasz? - zdziwiła się. – Rzeczywiście to brzmi znajomo...


-    Tak myślałem – westchnął Lingorus.


-    Ale o co chodzi, Mistrzu?


-    Nieważne. Dam ci prezent. Dzięki niemu wszystko zrozumiesz – rzekł tajemniczo, po czym wyjął z kieszeni mini zwój, z dwoma zaklęciami i podał go jej. – Weź to. Jestem pewien, że to ci się przyda. Warto nauczyć się tych zaklęć.


-    A co to za czary? – spytała zainteresowana.


-    Pierwszy z nich usuwa z celu wszelkie uroki magiczne, zaś drugi przed nimi chroni. Możesz stosować te zaklęcia na sobie i innych – wyjaśnił. – W twojej dalszej podróży, te dwa czary mogą okazać się nieocenione. Potraktuj ten zwój, jako nagrodę za zdanie wszystkich trzech testów. To zaklęcia z najwyższej, magicznej półki, więc bardzo niewiele osób je zna.


-    Dziękuję... – ucieszyła się z daru. – Przy okazji... Czy Alren zna te zaklęcia? – spojrzała na Lingorusa pytająco, a on westchnął.


-    Niestety tak, moje dziecko – zaśmiał się.


-    Wiedziałam... – zachichotała, a Lingorus powoli wstał z ławki, posyłając jej ciepłe spojrzenie..


-    Miło się rozmawiało, ale będę się zbierał. Ty też powinnaś się przespać... – puścił jej oczko. – Inaczej Alren pokona cię, zanim się zorientujesz, że zaczął się już pojedynek.


-    Bardzo zabawne – bąknęła wesoło. – Dobranoc, Lingorusie.


-    Dobranoc, Księżniczko...


***


Dwie godziny później...


Ella była w szoku. Przez dłuższy czas trenowała dwa zaklęcia, które dostała od Lingorusa i w końcu jej się udało je opanować. Jednak, gdy użyła czaru zdejmującego uroki na sobie, zaskoczyła ją fala wspomnień, o których najwyraźniej zapomniała.


Najbardziej zdumiało ją to, że przypomniała sobie, jak naprawdę skończył się ostatni bal, na którym rzekomo się upiła... Zrobiło jej się gorąco, gdy powróciły wspomnienia o upojnej nocy, jaką spędziła z Renem. Długo myślała, jak to możliwe, że o tym zapomniała i dlaczego akurat teraz to wróciło, aż w końcu złapała się za głowę.


-    No jasne... Jak mogłam być taka głupia! – krzyknęła do samej siebie. – On rzucił na mnie urok niepamięci. W końcu nawet Lingorus mówił, że Ren zna te zaklęcia...


Westchnęła i nie wiedziała, co ma teraz z sobą zrobić. Rozsadzała ją energia i miała ochotę pobiec do Alrena, i ukarać go za to, że usunął jej „takie” wspomnienia. Mimo iż była na niego wściekła, to fakt, że on pomimo tej farsy, kilka razy nie wytrzymał i uległ jej urokowi, nieco ją podbudował psychicznie. Nie był taki silny i obojętny, na jakiego wyglądał... Uśmiechnęła się do siebie i w tej chwili podjęła decyzję, że pójdzie z nim porozmawiać, mimo iż była już noc. Wybiegła więc z komnaty, zapytała strażnika, gdzie jest Alren, a potem udała się we wskazane miejsce, używając lewitacji. Chciała go jak najszybciej zobaczyć...


Chwilę później, Arena na Wieży Szermierzy...


Kiedy Ella wylądowała na dachu Wieży Szermierzy, ujrzała tam ćwiczącego Alrena, który jak tylko ją zauważył, zaniechał treningu i schował miecz. Przez chwilę dziewczyna stała na krawędzi budynku i patrzyła na niego z zachwytem. W blasku księżyców, Alren prezentował się nieziemsko dobrze. Te lśniące, zielone oczęta...


Dopiero po kilku minutach uświadomiła sobie, że odkąd tu przybyła, tylko się mu przygląda w milczeniu. Odchrząknęła i zeskoczyła na środek areny, stając nieopodal Alrena, który obserwował ją z uśmiechem na twarzy.


-    Po co trenujesz?


-    Jak to po co? – zakpił. – Żeby nie zostać pokonanym przez laika – odparł, posyłając jej znaczące spojrzenie.


-    Nie mów, że się mnie boisz... – podjęła tę grę słowną.


-    Przecież nic takiego nie powiedziałem – prychnął.


-    Próbujesz mnie zdenerwować? Po co zgrywasz się, że zależy ci na tym zwycięstwie? – podeszła do niego bliżej, ale on milczał. Ella przełknęła ślinę, widząc ten tajemniczy uśmiech na jego twarzy.


-    Powiedz mi, Księżniczko... – zmienił temat. – Co tu robisz o tej porze?


-    Pomyślmy... – usiadła na krawędzi dachu, przyspieszając tym puls Alrena. Już by ją stamtąd ściągnął, gdyby nie fakt, że dziewczyna znała już zaklęcie lewitacji. – Może dlatego, że przypomniałam sobie o paru rzeczach... Na przykład o tym, jak zakończył się ostatni bal u Serabell – rzekła powoli, akcentując każde słowo, a Alren znieruchomiał z wrażenia.


-    Czekaj... Nie mów, że... – był w szoku.


-    Tak, mój drogi. Pamiętam już nasz Taniec Ciemności oraz to, jak kochaliśmy się potem w twej komnacie – spojrzała na niego zmysłowo. – Użyłeś na mnie uroku niepamięci, prawda?


Alren jeszcze chwilę nie wierzył w to, co usłyszał, aż nagle go olśniło i zaczął się śmiać, kręcąc znacząco głową.


-    Lingorus... Mogłem się od razu domyślić... – Ren wiedział, że to jego robota. – Nauczył cię, jak zdejmować uroki, co?


-    Bingo! I jak się teraz wytłumaczysz, żołnierzu?


-    Nie zamierzam się z niczego tłumaczyć. Zrobiłem, co uznałem za słuszne...


-    Taa... Nie mogłeś mi się oprzeć, więc musiałeś zatrzeć po tym ślad w mej pamięci. Okrutny, jak zwykle... – skomentowała, a on nieco się zmieszał. Rozgryzła go.


-    Jestem pod wrażeniem – przyznał, że go zaskoczyła.


-    Ja również. Nie wiedziałam, że jesteś aż tak dobrym aktorem. Naprawdę chwilami miałam wątpliwości, czy grasz, czy nie. Zadziwiająco dobrze udawałeś obojętnego, zimnego drania – obniżyła głos – jak na kogoś, kto za mną szaleje. – Posłała mu figlarny uśmiech i zaczęła spacerować po krawędzi dachu, wiedząc, że to go zdenerwuje.


-    Nie musiałem udawać drania. Jestem nim – odparł z przekąsem, a ona pokręciła głową z niedowierzaniem. Prawie nigdy nie opuszczał gardy.


Nagle Alren wyrósł tuż przed nią, na tej krawędzi, Zrobił to tak niespodziewanie, że prawie straciła równowagę, zatrzymując się na jego torsie. Gdy zaś spojrzała na jego twarz krytycznym wzrokiem, przełknęła ślinę, widząc te zielone oczy, które zawsze ją dosłownie zniewalały.


-    Ty draniu... Próbujesz ukoić mój gniew swoim urokiem osobistym? – rzekła z przekąsem, nie przerywając kontaktu wzrokowego i z trudem panując nad swoim pożądaniem. – Nie uda ci się. Zapłacisz mi za tamto, przysięgam – dodała zdecydowanie.


-    Pożyjemy, zobaczymy... – zaśmiał się zmysłowo.


Ella musiała się odsunąć, by nie rzucić się na niego, ale gdy zrobiła krok do tyłu, zachwiała się i byłaby poleciała w przepaść, gdyby nie silne ramiona Alrena. Oddychała szybko, a serce waliło jej w piersi, gdy byli tak blisko siebie. Ren wykorzystał sytuację i pocałował jej usta najdrapieżniej, jak tylko potrafił, aż cała zadrżała z emocji. Dlaczego nie była w stanie się mu oprzeć?


-    Podobno mój urok osobisty na ciebie nie działa? – rzekł z błyskiem w oku, obserwując jej reakcje, a ona syknęła cicho.


-    Cholerny drań... – wydusiła z siebie i odtrąciła go gwałtownie, a potem uratowała się dzięki lewitacji i uniosła wysoko nad głową Alrena, który wciąż się tajemniczo do niej uśmiechał.


-    Widzimy się jutro na tej arenie, Księżniczko... – rzekł z przekąsem. – Nie mogę się już tego doczekać – dodał, po czym rozpłynął się w powietrzu.


Ella wciąż nie mogła zrozumieć, jak on to robił, ale w tej chwili nie myślała o tym. Patrzyła teraz na pustą arenę i ponownie zaczęła się martwić, jak to będzie wyglądało.


-    To już jutro... – szepnęła do siebie, po czym poleciała z powrotem do pałacu.



Aruell
Nastrój: kiepski
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 148

czwartek, 5.stycznia.2012, 00:01



Rozdział 148


11 dzień ruanu 8976 roku (11 dzień szkolenia), Aloria – Dolina Shallos, popołudnie


Alren i Lingorus analizowali poziom energii cehrońskiej w dolinie, ale nie mogli znaleźć głównego jej źródła. Wciąż mieli wrażenie, że jest ona wszędzie, w każdej roślinie i żadne z zaklęć mistrza nie zmieniło tego stanu rzeczy. W końcu zrobili sobie przerwę i usiedli na zwalonym drzewie w lesie. Brunet nie musiał odpoczywać, bo nie był zmęczony, ale jego mistrz nie był już młodzieńcem.


-        Oj, zestarzałem się już... Gdy byłem w twoim wieku, mogłem przebiec ten las tam i z powrotem, w ciągu kilku godzin i się nie zmęczyć, a teraz...


-        Może i nie jesteś już tak wydolny, jak kiedyś, ale za to wiedzę masz niezrównaną – pocieszał go Ren.


-        Co mi po tej wiedzy, skoro nie mogę rozwiązać tej zagadki? Zaczynam wątpić, czy ten Cehron rzeczywiście używa iluzji.


-        Nie jestem ekspertem w tej dziedzinie, więc trudno mi coś powiedzieć na ten temat.


-        W takim razie porozmawiajmy przez chwilę o czymś innym. Może gdy nasze umysły odpoczną, to potem coś wymyślimy – zasugerował.


-        Dobrze już, pytaj, o co chcesz. Wiem, co cię teraz najbardziej interesuje i wcale ci się nie dziwię... – zaśmiał się, na myśl, że to normalne, że śliczna Ella zwróciła na siebie uwagę Lingorusa.


-        Nie zamierzam cię o nią wypytywać – obruszył się. – Chcę ci tylko pogratulować doskonałego gustu – spojrzał na niego znacząco.


-        No tak...


-        Nigdy wcześniej nie widziałem w swoim życiu kogoś tak pięknego, a żyję już nieprzyzwoicie długo. W dodatku ta aura... Taka ciepła i delikatna...


-        Delikatna? – Ren nagle parsknął niepohamowanym śmiechem, przypominając sobie jej drugie oblicze.


-        Tak... Zdaję sobie sprawę, że ty zapewne zdołałeś poznać jej mniej grzeczne oblicze. Nie myśl, że jestem aż tak naiwny... – klepnął Rena lekko, a on się mimowolnie zarumienił. – Jednak mówiłem ogólnie... Ma takie miłe usposobienie, trudno się do niej nie uśmiechać.


-        Wiem, tylko żartowałem. Ona jest cudowna w każdym calu... – spojrzał w niebo i rozmarzył się, a Lingorus uśmiechnął się do niego ciepło.


Dopiero po chwili Ren zorientował się, że odpłynął myślami i zmieszał się. Dziwił się sobie, że tak często mu się to ostatnio zdarza. Odchrząknął więc znacząco i wstał.


-        Chyba pora wracać do pracy...  – rzekł i wówczas zauważył, że Lingurus intensywnie nad czymś rozmyśla. – Co jest?


-        Chyba wiem, o co chodzi z tymi roślinami...


-        Co? – zaskoczył go nieco tym nagłym entuzjazmem.


-        Jakie to proste! Dziwne, że wcześniej o tym nie pomyślałem!


-        Wyjaśnij mi to w końcu... – niecierpliwił się Ren.


-        Słuchaj. Ten Cehron rzeczywiście używa iluzji. Po to, by utrudnić nam jego prawdziwe zlokalizowanie. Ta cehrońska aura w roślinach jest fałszywa. To tylko kamuflaż. Wróg nie znajduje się we wszystkich roślinach naraz. Ukrywa się gdzieś i z daleka je kontroluje. Myślę, że potrafi też zamienić się w dowolną roślinę, którą kieruje, by na przykład błyskawicznie zmienić lokalizację lub wykonać precyzyjny manewr. To już magia przemiany. Skubany miesza dwa rodzaje magii...


-        Chcesz powiedzieć, że nie tylko kontroluje, ale i przemienia się w konkretne rośliny?


-        Tak. Rośliny umożliwiają mu nieograniczoną teleportację w dowolne miejsce, gdzie znajduje się choćby źdźbło trawy.


-        To ma sens... Jeśli potrafi zmienić się w roślinę, to bez trudu pokonał barierę Alorii, która nie działa na florę i faunę... – analizował ten pomysł.


-        To sprawa wyjaśniona... – ucieszył się Lingorus.


-        Dobrze, ale jak go teraz dorwiemy?


-        To proste... – uśmiechnął się tajemniczo. – Znam zaklęcie, które uniemożliwia stosowanie magii iluzji na dużym obszarze przez kilka minut. W tym czasie będziesz musiał znaleźć prawdziwe położenie wroga...


-       Nie mogłeś zrobić tak od razu? – zirytował się nieco.


-       Spokojnie, chłopcze. Musiałem najpierw to rozgryźć. Ten czar pochłania dużo energii. Nie chciałem jej marnować.


-       Dobra, dość gadania... Mam ochotę policzyć się z tym Cehronem – warknął, czując przyjemny przypływ adrenaliny. Lubił to uczucie.


Lingorus pokręcił głową, że nadal zostało w Renie coś z tamtego narwanego chłopca, który nie mógł usiedzieć w jednym miejscu dłużej, niż chwilę. Potem skupił się i użył silnego zaklęcia, które objęło całą dolinę. Na czas jego trwania, aura cehrońska kumulowała się tylko w jednym miejscu, całkiem niedaleko stąd. Alren od razu namierzył jego położenie.


-        Tam jest... – uśmiechnął się przebiegle.


Szybko dotarł do polany, gdzie pod drzewem ujrzał kobietę w czarnej zbroi, o złotych oczach. Natychmiast wyjął oba miecze. Od razu wiedział, że to Cehronka. Ona zaś zdawała się być zaskoczona, że ją znalazł i zerwała się na równe nogi.


-        Tu cię mamy... – rzekł Ren, podchodząc do niej bliżej, a ona zaklęła pod nosem, widząc z kim ma do czynienia.


-        Alren... Jak mnie znalazłeś?


-        Twoja iluzja już nie działa.


-        Co? - zaskoczył ją. – To niemożliwe...


-        Nie zdążysz się dowiedzieć, jak to się stało, bo za chwilę wyśle cię do zaświatów – warknął, atakując ją otwarcie dwoma mieczami, ale ona zablokowała oba ciosy szpadą. – Dość już narobiłaś nam problemów! – użył więcej siły i kobieta musiała zrobić unik, aby nie dostać.


-        Nie doceniasz mnie...


Poruszała się niczym kocica i unikała ciosów Rena w zaskakująco zręczny sposób. Alren uśmiechnął się do siebie, nie spuszczając z niej oczu. Badał jej umiejętności i już wiedział swoje.


-        Jesteś jednym z generałów cehrońskiego Harmeyonu, prawda? – raczej stwierdził, niż spytał,


a ona odwzajemniła uśmiech.


-       Spostrzegawczy jesteś, Alrenie. Masz rację. Jestem Tiya, Trzeci Generał Harmeyonu i mam rozkaz zabić ciebie oraz księżniczkę.


-       Życzę powodzenia... – zakpił i jednocześnie zaatakował ją magią, która uderzyła ją od tyłu oraz mieczem z przodu.


Zaskoczona Tiya, o ile zablokowała jego miecz, o tyle nie była w stanie ochronić się przed magią, z drugiej strony i oberwała. Syknęła z bólu, po czym zaczęła ją otaczać jakaś ciemna aura.


-      Cholera! Dobry jesteś, muszę przyznać – warknęła. – Ale to jeszcze nie koniec.. Następnym razem cię pokonam. Jeszcze się zobaczymy! – dodała, po czym zniknęła jak duch.


Gdy potem Alren zrobił rozeznanie w terenie, stwierdził, że aura cehrońska na dobre opuściła dolinę. To oznaczało, że kobieta się wycofała i chwilowo, to miejsce było bezpieczne. Wrócił do Lingorusa trochę niezadowolony, że wróg mu uciekł i wyprzedził jego pytanie.


-        Uciekła...


-        Ona?


-        Tak. To była Tiya, Trzeci Generał... – wyjaśnił. – Zraniłem ją dość mocno, ale raczej od tego nie umrze.


-        Czyli jeszcze się spotkacie...


-        Na pewno. Póki co, sprawa roślin została rozwiązana i chwilowo dolina jest bezpieczna. Możemy więc wracać – stwierdził, a Lingorus tylko skinął głową na zgodę, po czym razem poszli z powrotem do pałacu.


***


Arena ćwiczebna na dachu Wieży Szermierzy, wieczór


Do wieczora panował spokój. Wszystkim ulżyło na wieść, że dolina jest już bezpieczna, a tożsamość wroga – znana. Panowało ogólne podniecenie, jako że zbliżał się nieuchronnie pierwszy test Księżniczki Miryonu. Tylko ona sama nie przejawiała entuzjazmu...


Zostało zaledwie pół godziny do pojedynku i wszyscy zainteresowani: Syriana, Lingorus, Soana, Alren i straż pałacowa z dowódcami, byli już na miejscu. Tu, na starożytnej arenie, umieszczonej na dachu Wieży Szermierzy, miał odbyć się pojedynek.


W centrum stał już kapitan i dziesięciu mężów, którzy mieli za zadanie być przeciwnikami Elli. Nie wyglądali na zbyt zachwyconych, że muszą atakować swoją księżniczkę i nie wolno im blefować ani się poddać bez walki. Zwłaszcza że na widowni siedział Shiryen, który miał na jej punkcie obsesję, o czym dobrze wiedzieli. Nie mówiąc już o tym, że drugi Shiryen, trener Mirelli, również gotów był zabić każdego, kto by ją skrzywdził. Nie mieli jednak wyboru. Strażnicy nie wiedzieli, że Ella jest równie, jak nie bardziej, zdenerwowana.


Wciąż znajdowała się w środku wieży i walczyła z tremą oraz strachem przed porażką. Z jednej strony mówiła, że sobie poradzi i przed niczym się nie cofnie, ale z drugiej... wciąż miała wątpliwości. Był przy niej Gord, który starał się ją uspokoić i obudzić w niej wolę walki.


-        Będzie dobrze. Jesteś Księżniczką Miryonu. Ci strażnicy nie mają z tobą szans – poklepał ją delikatnie po głowie.


-        Nie gadaj... Walczą znacznie dłużej, niż ja...


-        Nie chcesz pokazać temu draniowi, że nie jesteś już bezbronnym dzieciątkiem? – podpuszczał ją.


-        Gordzie... – Na samą myśl o Alrenie zaczęła się denerwować jeszcze bardziej, co blondyn bez trudu zauważył.


-        Spokojnie, przecież nie idziesz walczyć z nim...


-        Ale za 3 dni, to on będzie moim przeciwnikiem.


-        Jeśli nie pokonasz tych panów, o pojedynku z Alrenem możesz zapomnieć.


-        Wiem... – westchnęła.


-        Za bardzo się z nią cackasz, Gordzie – usłyszeli nagle głos Alrena, który postanowił na chwilę tu zajrzeć,


by sprawdzić, czemu Ella jeszcze nie wychodzi.


-        Co tu robisz? Powinieneś być na widowni... – stwierdził sucho Gord.


-        Wyluzuj. Przyszedłem tylko zmobilizować naszą księżniczkę do walki, dlatego bądź łaskaw zostawić nas na chwilę samych – dodał z ironicznym uśmiechem, a Gord bezradnie westchnął, pokazał Elli, że trzyma za nią kciuki i poszedł na widownię.


-        Przyszedłeś mnie wkurzyć? – spojrzała na Alrena krytycznie, a on się roześmiał.


-        Nie... Tylko wykurzyć – rzekł z tajemniczym spojrzeniem i machnął ręką przed jej nosem.


Natychmiast po tym geście Alrena, Ellę odepchnął potężny podmuch wiatru i wylądowała na arenie, szokując tym wszystkich tam obecnych – zarówno wojowników na placu, jak i widownię. Poczerwieniała ze wstydu, a następnie zerwała się na równe nogi i zapłonęła z gniewu. Spojrzała w stronę drzwi do wnętrza wieży i ujrzała Alrena, opierającego się o framugę, z zabójczym uśmiechem, który pomachał jej tylko ręką.


-         Ty draniu! Nie musiałeś tego robić! – wrzasnęła w jego stronę i wtedy wszyscy zrozumieli, co się przed chwilą stało. Gord ponownie westchnął, zastanawiając się, czy kiedykolwiek zrozumie tę parę.


-        Wściekła?


-        Jeszcze pytasz? – Miała ochotę go rozszarpać, że postawił ją w tak wstydliwej sytuacji. Nie znosiła robić z siebie błazna, a tak to wyglądało.


-        To dobrze... – usłyszała jeszcze, a potem do jej uszu dotarł dźwięk gongu.


Gdy zwróciła się w stronę wojowników, którzy byli gotowi do walki, zamarli oni z wrażenia, widząc jej zdecydowanie na twarzy i gniew w oczach. Najwyraźniej chciała się na nich wyładować. Z jakiegoś powodu poczuli się niepewnie, choć jeszcze chwilę temu martwili się, jak z nią walczyć, by nie zrobić jej krzywdy. Tymczasem Alren usiadł już koło Lingorusa, który popatrzył na niego znacząco i pokręcił głowa.


-        Musiałeś posuwać się tak daleko?


-        Kiedy Ella jest wkurzona, to lepiej nie wchodzić jej w drogę – zaśmiał się. – Sam zresztą zaraz to zobaczysz.


-        Skoro tak twierdzisz... – westchnął, słysząc kolejny gong, który był sygnałem do walki.


Zaraz potem zaczął się pojedynek. Na początku Ella miała problemy z unikaniem ataków dziesięciu wojowników naraz i kapitana, który nimi dowodził, ale po chwili jej wzrok przypadkowo natrafił na oczy Alrena i wówczas coś w niej pękło. Choć trwało to tylko kilka sekund, zobaczyła w jego spojrzeniu wiarę i wtedy zrozumiała... Musiała sobie poradzić. Nie było innej opcji.


W jednej chwili otoczyła ją błękitna aura, która dała jej niesamowitą silę i szybkość. Dzięki temu w kilka minut pokonała wszystkich żołnierzy łącznie z kapitanem, zaś kolejny gong oznajmił koniec pojedynku. Nikt nie miał wątpliwości, że Ella zdała ten test i publicznie to ogłoszono.


Dopiero po chwili do zszokowanej Elli dotarło, że wygrała i zdumiała się słysząc oklaski na widowni. Pokonani strażnicy uklękli przed nią, oddając jej hołd, a Gord niemal skakał z radości, że jej się udało. Syriana była zadowolona z pojedynku, a Lingorus – wprost oniemiał z wrażenia. Nie pomylił się. Dała prawdziwy pokaz. Alren też się zresztą nie pomylił...


Ella cieszyła się, słysząc pochwały i widząc uśmiechy na twarzach wszystkich, wciąż nie wierząc, jak jej się to udało. Jednocześnie szukała wzrokiem tę jedną osobę, którą chciała koniecznie teraz ujrzeć, aż w końcu znalazła go. Stał na uboczu i uśmiechał się do niej. Zdjął obrączkę tak, by ona to widziała, a zaraz potem usłyszała jego myśli i zarumieniła się.


-        Gratuluję, moja wojowniczko... – powiedział jej w myślach, po czym założył obrączkę z powrotem, a ona uśmiechnęła się do niego ciepło. Na te słowa czekała.



Aruell
Nastrój: taneczny ^^
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 147

środa, 4.stycznia.2012, 00:00



Rozdział 147


10 dzień ruanu 8976 roku (10 dzień szkolenia), Aloria – Shall (Łazienka Królewska), noc


Alren i Ella po cichutku dostali się do królewskiej łazienki, która była tylko do dyspozycji Elli. W pomieszczeniu było ciemno, więc mężczyzna jednym pstryknięciem palcami zapalił wszystkie świeczniki. Wtedy zauważyli, że basen jest pusty, więc napuścili do niego wody i zadbali by była odpowiednio gorąca. Ella pozamykała wszystkie drzwi od wewnątrz i poszukała Rena wzrokiem w tej dużej sali.


Znalazła go przy ścianie z lustrami, w których odbijała się jego łagodna twarz, oświetlona ciepłym światłem świec. Zastanawiała się, czy to jeden z jej słodkich snów, czy on naprawdę tu jest i ocknęła się dopiero wtedy, gdy spojrzał na nią z uśmiechem.


-      Zamierzasz tam stać cały czas? – zachichotał. – Myślałem, że okres wstydu mamy już za sobą – zakpił, a ona się zmieszała. Droczył się? Zapomniała już, jak to jest...


-     Wiesz, że nie o to chodzi – bąknęła, podchodząc do niego bliżej. – Wciąż się głowię, czy nie jesteś tylko wytworem mojej wyobraźni, zjawą, która zniknie w porannej mgle...


Ren nic nie odpowiedział, tylko posłał jej smutne spojrzenie, po czym zdjął swoją tunikę i medalion, a potem przeczesał włosy palcami. Widząc jej zachwyt, niespodziewanie przyciągnął ją do siebie i zamknął w stalowym uścisku. Dziewczyna rozpłynęła się w jego ramionach i gładziła jego plecy, wzdłuż linii kręgosłupa, począwszy od dołu, aż po łopatki. Ren cicho westchnął. Ella wiedziała, że lubił być tak dotykany.


Nie pozostał jej dłużny i odchylił delikatnie jej głowę, a potem zaczął pieścić jej szyję w kierunku ucha, które na koniec lekko przygryzł. Ella pisnęła cichutko, ledwo panując nad swoim sercem, które waliło w jej piersi jak szalone. On też znał jej upodobania...


Nagle Ella zapragnęła się z nim podroczyć. Dla zabawy udawała, że chce go pocałować, ale ostatecznie cofała się, gdy tylko on zbliżał się do jej warg. Po kilku nieudanych próbach, Ren spojrzał na nią krytycznie, ponownie przyciągnął ją do siebie gwałtownym ruchem i dopiął swego. Kolana się pod nią ugięły, gdy poczuła ten ognisty pocałunek.


-        Szaleję za tobą... – jęknął, czując przypływ pożądania, a ona cicho się zaśmiała i spojrzała mu w oczy.


-        Powiedz to...


-        Co? – Był zbyt podniecony, by myśleć.


-        Powiedz, że mnie kochasz... – wyszeptała. – Chcę to znów usłyszeć... - dodała, a on posłał jej figlarny uśmiech.


Złotowłosa westchnęła widząc, że się tego nie doczeka i zrezygnowana odsunęła się od niego. Ściągnęła swoje ubranie, które odłożyła na bok, a Alren uśmiechnął się na widok jej słodkiego zawodu. Gdy Ella była już w samej bieliźnie, poczuła jak Ren obejmuje ją od tyłu. Puls jej podskoczył, gdy ujrzała w lustrze ich odbicie.


-     Kocham cię najbardziej na świecie, Ello... – wyszeptał jej wprost do ucha, a  ona spłonęła rumieńcem i uroniła kilka łez wzruszenia. Jednak to powiedział...


Zaraz potem zamknęła oczy, czując rozkoszne pocałunki na swoim karku. Ren przesunął swoje dłonie z jej łopatek do zapięcia stanika, z którym szybko się uporał, a potem skubnął gumkę od jej majtek, którym Ella pomogła opaść na podłogę. Zauważyła, że Ren był już całkiem nagi, choć nie miała pojęcia, kiedy dokładnie się całkowicie rozebrał. Chwilę później była już na jego rękach i dopiero teraz poczuła się, jak prawdziwa księżniczka.


Ren zaniósł ją do basenu i niedługo potem zanurzyli się w gorącej wodzie, czując, jak opuszczają ich resztki napięcia.


-        Ren... – mruknęła z podniecenia, gdy pod wodą musnął dłonią jej piersi.


-        Ciii... – zamknął jej usta pocałunkiem. – Wiem.


Jak tylko to wypowiedział, świat przestał dla nich istnieć. Kochali się namiętnie, próbując zaspokoić swoje tęsknoty. Istnieli tylko oni i ich uczucia. Nic więcej...


Gdy krótko przed świtem Alren zaniósł Ellę z powrotem do łóżka i położył się przy niej, dziewczyna nie chciała zamknąć oczu. Zamiast tego wolała wpatrywać się w jego nieziemskie oczy.


-        Prześpij się trochę, Ello... Dziś będziesz miała egzamin z szermierki, więc musisz mieć siłę do walki – szeptał jej do ucha, głaszcząc ją po głowie.


-        Nie obchodzi mnie to... Nie chcę, by ten sen się skończył...


-        Śpij, albo zaraz ci w tym pomogę...


-        Nie, proszę... Nie rób tego... – spontanicznie go objęła, a on się cicho zaśmiał.


-        Śpij już... – wyszeptał i użył zaklęcia snu, wiedząc, że inaczej nic z tego nie będzie.


Alren przykrył ją nieco i popatrzył na nią smutno, na myśl, że gdy się obudzi, znów będzie musiał grać obojętnego. Pogładził jeszcze raz jej policzek i ucałował czoło, a potem cichutko opuścił jej komnatę. Jako że spał dość długo po rytuale, nie był senny, ale postanowił się zrelaksować przed kolejnym dniem, czytając książkę, którą niedawno znalazł w tutejszej bibliotece...


***


11 dzień ruanu 8976 roku (11 dzień szkolenia), Aloria – Shall (sala tronowa), świt


Gdy Ella się obudziła, nie była w dobrym nastroju. Wiedziała, że Alren znów będzie wobec niej obojętny, pomimo tego, co robili w nocy. Uprzedzał o tym. Z jakiegoś powodu nie podobała jej się ta sytuacja. Zasmakowała jego ciepła i czułości, więc wyjątkowo ciężko było jej teraz wrócić do tej farsowej rzeczywistości. Pocieszała się zatem, że to tylko na trzy dni... Potem go pokona, a on jej wszystko wyjaśni i będzie tak, jak dawniej.


Oprócz tego na jej zły nastrój miała wpływ świadomość, iż dzisiaj czekał ją test z szermierki. Miała zmierzyć się z dziesięcioma strażnikami i jednym kapitanem jednocześnie. Trochę ją przerażała ta wizja, więc jak najszybciej chciała iść do Gorda, by potrenować z nim ostatni raz, przed wieczornym egzaminem.


Po wszystkich porannych rytuałach była gotowa do wyjścia, jednak kiedy już chciała opuścić pałac, zatrzymał ją głos Gorda. Zdziwiła się, że wiąż jest w tym budynku.


-        Gord? Czemu wciąż tu jesteś?


-        Mamy gościa, Wasza Wysokość – odparł blondyn. – Zanim pójdziemy na trening, musisz się z nim spotkać.


-        Gościa? Kto to?


-        Mistrz Lingorus... Nie pytaj mnie jednak, o co chodzi, bo jeszcze tego nie wiem. Proszę za mną, Księżniczko... – uśmiechnął się do niej ciepło.


Przez całą drogę do sali tronowej, Ella zastanawiała się, kim jest Lingorus i po co przybył. Gdy zaś dotarła na miejsce starzec zaskoczył ją zupełnie swoją postawą. Ujrzała w jego oczach podziw, a na jego ustach malował się szczery uśmiech. Ukłonił jej się, podszedł do niej i uścisnął jej dłonie.


-       Wielki to zaszczyt poznać cię osobiście, Pani – rzekł zaszczycony, co wprawiło Ellę w zakłopotanie.


-       Wzajemnie...


W tej chwili do sali wszedł Alren i na widok swego mistrza stanął jak wryty. Całkowicie się tego nie spodziewał, ale oczywiście automatycznie się z nim przywitał. Lingorus uśmiechnął się do niego serdecznie i puścił mu oczko. Alren w jednej chwili się zorientował, że chodzi mu o Ellę i modlił się, by Gord i Syriana nie zauważyli tego niewinnego gestu. Elli zaś wystarczyło jedno spojrzenie, by się zorientować, że obaj z Renem dobrze się znają, co ją zaciekawiło.


Arcykapłanka poczekała, aż wszyscy ochłoną i odchrząknęła znacząco. Zamierzała teraz wyjaśnić obecność Mistrza Lingurusa w Shall.


-       Księżniczko, to jest Lingorus, mistrz Magii Iluzji, teoretyk magii i wykładowca historii w największej Akademii Magii w Alorii – rzekła do Elli. – Gord i Alren już mieli zaszczyt go poznać, dlatego zwracam się do ciebie.


Ella skinęła głową i uśmiechnęła się przyjaźnie do Lingorusa. Już sam fakt, że Alren go szanował i znał, sprawiał, że była skora mu zaufać w ciemno. Mistrz jakby intuicyjnie to wyczuwał, bo patrzył na dziewczynę bardzo ciepłym wzrokiem.


-        Pewnie się zastanawiacie, co Mistrz tu robi. Już wyjaśniam. Przybył, by pomóc nam w rozwiązaniu problemu tych roślin. Innymi słowy – zlokalizować naszego głównego wroga.


-       Ale jak? - zainteresował się Gord.


-        Przypominam, że Lingorus jest Mistrzem Magii Iluzji i dlatego jego pomoc może okazać się nieoceniona. Podejrzewam, że nasz wróg używa jakiegoś specjalnego rodzaju tej magii, by maskować swoją obecność lub utożsamiać się z roślinami i kontrolować je.


-       To ma sens... – stwierdził Alren. – Za każdym razem miałem wrażenie, że ten Cehron jest w każdej z roślin, która nas atakowała...


-       Właśnie... – Syriana  ucieszyła się, że Alren od razu zaczął kojarzyć fakty. – Mistrz zacznie śledztwo od zaraz, ale oczywiście nie omieszka przyjść na egzamin naszej Księżniczki wieczorem... – spojrzała na Ellę znacząco, a ona od razu się zdenerwowała.


Lingorus zmierzył Syrianę nieprzychylnym, ironicznym wzrokiem, na własne oczy widząc to, o czym opowiadał mu Alren, podczas ostatniej wizyty. Podszedł więc do Elli i ponownie wziął ją za ręce.


-        Jestem pewien, że dasz wspaniały pokaz umiejętności, Księżniczko – uśmiechnął się serdecznie, a jej zrobiło się miło. Poczuła się też pewniej.


Alren stłumił uśmiech, który zagościł na jego twarzy, gdy dostrzegł niezadowoloną Syrianę i Lingorusa, który w przeciwieństwie do niej, dodawał Elli otuchy. Miał przeczucie, że obecność jego mistrza w tym pałacu przyniesie wiele korzyści. Poza tym był spokojniejszy, wiedząc, że w pobliżu znajduje się mistrz Magii Iluzji. To znacznie poprawiało obronę tego pałacu.


-        Jeśli masz dać taki pokaz, Wasza Wysokość, powinnaś jak najszybciej udać się na ostatni trening – rzekła Syriana, nieco ironicznym tonem.


-        Faktycznie... – odparła Ella bez entuzjazmu, posyłając Arcykapłance chłodne spojrzenie.


Pożegnała się z Lingorusem i poszła z Gordem do Wieży Szermierzy. Arcykapłanka wróciła do swej komnaty, mówiąc, że ma coś do załatwienia, a Alren zamierzał zrobić obchód, jak zawsze, ale Lingorus miał inne plany, wobec niego.


-        Poczekaj, chłopcze. Pójdziesz ze mną – uśmiechnął się do niego.


-        Ale...


-        Razem szybciej rozwiążemy problem tych roślin – rzekł z uśmiechem na twarzy, a Ren się zmieszał. – W końcu nie wiadomo, kto z nas jest mądrzejszy... – zaśmiał się szczerze i skierował się do drzwi, pokazując mu, by poszedł za nim.


-        Mistrzu... To nie jest śmieszne.


-        Daj spokój. Skromność do ciebie nie pasuje – przygadał mu, a Ren musiał parsknąć śmiechem. – Chodź... Rozwiążemy tę zagadkę, a przy okazji porozmawiamy...


-        O czym? – zainteresował się.


-        Jak to, o czym. O twej księżniczce, oczywiście... – klepnął Rena w plecy, a on się zarumienił i westchnął.


-        Mogłem się domyślić...



Aruell
Nastrój: wesoły ;)
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 146

wtorek, 3.stycznia.2012, 00:00



Rozdział 146


10 dzień ruanu 8976 roku (10 dzień szkolenia), Aloria – Shall (komnata Elli), noc


Minęło kilka nienaturalnie długich godzin. Była już noc w pełni, a na czarnym niebie lśniły dwa Księżyce, jakby chciały swym blaskiem pocieszyć smutną Ellę, która cały czas czekała, aż Ren się obudzi i z każdą godziną martwiła się coraz bardziej...


Siedziała na brzegu łóżka i wpatrywała się z nadzieją w jego twarz. Przy okazji gładziła jego obnażony tors, jakby myślała, że to pomoże mu się obudzić. Potem zaczęła bawić się jego prawą dłonią. Oglądała ją z każdej strony i zarumieniła się na wspomnienie, ile razy i gdzie dotykała ją ta ręka, ile razy uratowała jej życie, ile razy zapewniała jej bezpieczeństwo i ciepło. A teraz... Posmutniała nagle, a oczy jej zwilgotniały. Uniosła jego dłoń i wtuliła się policzkiem w jej zagłębienie.


-       Ren... – szepnęła. – Obudź się już... Odtrącaj mnie i rań, ile chcesz, ale zbudź się, proszę... – powoli się rozklejała.


Otarła łzy, które spłynęły jej po policzkach i nie mogąc się oprzeć pokusie, delikatnie musnęła jego usta wargami, w nadziei, że jej śpiący królewicz się obudzi, ale niestety Ren nadal spał. Uśmiechnęła się smutno i zaczęła gładzić jego twarz. Poczuła przyjemne mrowienie na skórze, gdy dotykała jego gorących policzków i ust. Nagle zapragnęła się do niego przytulić, więc położyła się na jego piersi. Chciała poczuć jego ciepło, przypomnieć sobie te wszystkie wspaniałe chwile, jakie z nim spędziła. Kiedy zaś usłyszała bicie jego serca, ogarnęło ją jakieś błogie uczucie. Jego rytm zawsze działał na nią kojąco. Kolejne łzy spłynęły po jej policzkach i zmoczyły jego tors.


-      Ren... No już... Nie drażnij się ze mną... – wyksztusiła i potrząsnęła lekko jego ciałem, ale nie było żadnego odzewu.


Minęła kolejna potwornie długa godzina. Ella przechadzała się po komnacie, tam i z powrotem, nie wiedząc, co ze sobą zrobić i nagle zorientowała się, że nie ma na palcu obrączki. Sprawdziła jego dłoń – on też nie jej nie miał. Zdziwiła się i zaczęła za nimi rozglądać. Znalazła je obie na małej szafce pod oknem. Podeszła tam powoli i patrzyła na dwa pierścienie, jak na największy skarb tego świata. Przez chwilę czuła pokusę, by gdzieś ukryć jego obrączkę, dzięki czemu mogłaby wejrzeć w myśli Rena i odkryć sekret jego ostatniego zachowania, gdy tylko ten się obudzi, ale zaraz zganiła siebie za taki pomysł. To nie byłoby fair. Ostrożnie więc wzięła magiczną biżuterię do ręki i wróciła do łoża.


Chwyciła jego lewą dłoń i powolutku wsunęła jego obrączkę na serdeczny palec. Swoją zaś zostawiła na razie na szafce obok. Przez chwilę patrzyła na jego ozdobę z rumieńcami na twarzy, wyobrażając sobie po raz kolejny ślub z tym mężczyzną. Automatycznie pomyślała o swoim ostatnim śnie, w którym się jej oświadczył i rozmarzyła się. Zaraz jednak wróciła do rzeczywistości i westchnęła. Już miała sięgnąć po swoją obrączkę, by ją założyć, kiedy kątem oka dostrzegła jakiś ruch. Natychmiast spojrzała na twarz Rena.


Serce zaczęło jej bić szybciej, gdy ujrzała, jak jego powieki powoli się unoszą, odsłaniając te magiczne, zielone oczy. Spojrzał na nią sennie i widząc jej łzy, uniósł dłoń i otarł je.


-      Żyjesz... Co za szczęście... – mruknął półprzytomnie, powoli podnosząc się do pozycji siedzącej. – Nie płacz... Nic mi nie jest... – rzekł nieco chrapliwym głosem i uśmiechnął się do niej ciepło.


-      Ren! – krzyknęła i nie mogąc już zapanować nad uczuciem wszechogarniającej radości, rzuciła mu się na szyję. – Obudziłeś się! Nareszcie... Tak się bałam!


Ściskała go tak mocno, że z trudem mógł oddychać, ale nie zważał na to i sam ją mocno objął. Powoli wszystko do niego docierało i poczuł prawdziwą ulgę, że rytuał się powiódł, a Ella jest zdrowa. Tymczasem dziewczyna szlochała ze szczęścia, że Alren nie zapadł w śpiączkę i nawet nie chciała się zastanawiać nad tym, dlaczego on tak otwarcie, bez żadnego oporu, ją do siebie tulił.


-        Dlaczego mnie tak straszysz? – wyksztusiła, odsuwając się od niego w końcu.


-        Ja? To ty omal nie umarłaś...


-        Ty też – spojrzała na niego krytycznie. – Gdybyś umarł, ratując mnie... Nie przeżyłabym tego.


-       Czyli zmarnowałabyś moje poświecenie... – zakpił, a ona syknęła ze złości i przyciągnęła go do siebie, szarpiąc gwałtownie za jego ubranie.


-      Nie denerwuj mnie! Zabraniam ci się poświęcać dla mnie! Jasne? – spojrzała mu prosto w oczy i wtedy natychmiast złagodniała, widząc w nich mnóstwo ciepła i uczucia.


Zakłopotała się i odsunęła z powrotem. Jej urocza mina rozbawiła go nieco, ale stłumił uśmiech. Wtedy zorientował się, że mimo iż jego ukochana milczy, on wie dokładnie, o czym dziewczyna myśli. Wtedy przypomniał sobie, że przecież zdjął ich obrączki przed tamtym rytuałem. Jednak zaraz potem zobaczył, że on swoją ma na palcu. To zaś mogło oznaczać tylko jedno...


-         Dlaczego tylko mi założyłaś obrączkę? Gdzie jest twoja? – spytał, zaskakując ją.


-     Ach! Faktycznie... – zmieszała się. – Miałam ją właśnie założyć, ale wtedy się obudziłeś i... zapomniałam o niej... – tłumaczyła nerwowo.


-        Rozumiem... Czekałaś, aż ja ci ją założę – zażartował, a ona stanęła w pąsach.


-        Nie! Nie...to znaczy... to nie tak... – zmieszała się.


Serce zaczęło jej walić i zupełnie nie wiedziała, dlaczego jest tak zakłopotana. Tymczasem on się cichutko zaśmiał z jej rumieńców i kątem oka zobaczył, że jej błyskotka leży na szafce. Sięgnął po nią.


-        Podaj mi swoją dłoń... – rzekł zwyczajnie i widząc, że zmieszana dziewczyna nie reaguje, sam ją chwycił.


Ella zarumieniła się, gdy mężczyzna jednym, zdecydowanym ruchem wsunął jej srebrną obrączkę na palec, a potem spojrzała na niego pytająco.


-        Nie będziesz złośliwy? Nie powiesz mi, że mnie nie kochasz i że to wszystko mi się tylko śni? – pytała, świdrując go wzrokiem. – Przestałeś już udawać? – Ren zaśmiał się krótko i nieco panicznie.


Wiedział, że Ella od początku nie wierzyła w tę farsę, a teraz to już w ogóle. Nie widział więc sensu, by dalej grać... Chociaż nie mógł jej niczego wyjaśnić. Jeszcze nie teraz...


-       Prawdę mówiąc – spoważniał - to powinienem tak zrobić... – urwał, bo w tym momencie Ella zamknęła jego usta swoimi wargami.


-      W takim razie zrobisz to rano... – zaskoczyła go zupełnie. – Ale tej nocy bądź, proszę, sobą. Chociaż przez te najbliższe godziny... Zostań ze mną, Ren... – dodała, co go poruszyło.


-       Ello...


Jej pocałunki były tak przyjemne, że nie miał najmniejszej ochoty wstawać i opuszczać jej komnaty. Wiedział, że jeśli z nią zostanie, Syriana będzie wściekła, ale z drugiej strony... Przecież była noc i nikt poza Ellą nie wiedział, że on się obudził. Złotowłosa widząc jego wahanie, ujęła jego twarz w dłonie i zmusiła go, by spojrzał jej w oczy.


-    Kocham cię... – szepnęła zarumieniona, a on się wzruszył. – Cokolwiek powiesz, cokolwiek zrobisz.... To się nigdy nie zmieni. – Pocałowała go czule w usta, wplatając jednocześnie swe palce w jego bujne czarne włosy.


Alren nie wiedział, co ze sobą zrobić. Czuł się okropnie sam ze sobą. Nawet po tym wszystkim co jej zrobił, ona wciąż okazywała mu ciepło i miłość. Nawet jeśli chciała poznać prawdę, to nie żądała ponownie wyjaśnień, tylko poprosiła by z nią został. Jak miał jej odmówić? Przecież niczego innego nie pragnął...


Walczył ze sobą jeszcze chwilę, ale dotyk i pieszczoty Elli były zbyt przyjemne, by mógł się dłużej opierać. Poddał się więc. Omal jej nie stracił i chciał nacieszyć się jej obecnością. Odwzajemnił więc jej czuły pocałunek, co sprawiło, że jej serce niemal podskoczyło z radości. Czekała na to... Zadrżała, gdy objął ją mocno tymi silnymi, gorącymi ramionami. Zatracili się w tej pieszczocie zupełnie i dopiero po kilkunastu minutach oderwali się od siebie.


Policzki Elli płonęły. Zdążyła już zapomnieć, jak czuły potrafił być Alren, gdy tylko oczywiście chciał. Słyszała jego przyspieszone bicie serca i nie chcąc zatonąć w zieleni jego oczu, wtuliła się w jego pierś, obejmując go mocno. Zaraz potem poczuła jego gorące dłonie na plecach i ogarnęło ją uczucie szczęścia.


-      Tęskniłam za tobą... – wymknęło jej się, a Ren przytulił ją do siebie mocniej.


-      Ello... Ja...


-     Nic nie mów... – zasłoniła mu usta dłonią i spojrzała w jego zaskoczone oczy. – Wiem, co powiesz. Poczekam te kilka dni... Wyjaśnisz mi wszystko, jak już cię pokonam – dodała, rumieniąc się, a on zaczął się śmiać, choć niezłośliwie.


-       Naprawdę sądzisz, że uda ci się mnie pokonać? – drgnęła widząc w jego oczach znajomy, figlarny ognik. Za tym też tęskniła.


-       Musi mi się udać. A wiesz dlaczego? – uśmiechnęła się przebiegle.


-       Nie, ale pewnie mi powiesz...


-      Nigdy byś mnie nie skrzywdził, a zatem nie mogę przegrać tej walki... – Ella od jakiegoś czasu miała już pomysł, jak go pokonać, ale oczywiście nie zamierzała mu tego zdradzić.


-        Mogę cię pokonać, nie robiąc ci krzywdy – zaskoczył ją nieco.


-      Faktycznie, ale i tak coś wymyślę... Zwłaszcza, że nie zależy ci na zwycięstwie. Wszak i ty masz dość tego okresu szkolenia, prawda? – Puściła mu oczko, a on się uśmiechnął serdecznie i musnął dłonią jej policzek.


Złotowłosa ponownie się zarumieniła, a on nie mógł oderwać od niej wzroku. Z każdą chwilą robiła się coraz bardziej niezwykła. Przynajmniej w jego oczach. Mimo płonących policzków i nieśmiałego jeszcze czasem spojrzenia, czuł, że to już nie jest ta sama Ella, która spadła na niego z nieba. Co jakiś czas obserwował wyraźne zmiany i to go cieszyło.


Ella zdawała się być zmieszana jego długim milczeniem i intensywnym spojrzeniem, więc wlepiła wzrok w medalion, który miał na szyi. Nie śmiała powiedzieć mu, czego teraz pragnęła, bo zważywszy na ich obecną sytuację, mógł się nie zgodzić, a odmowy by nie zniosła. Drgnęła nagle, gdy ujął jej podbródek i przybliżył do niej swą twarz. Od razu rozchyliła usta i umierała ze zniecierpliwienia. Ciekawiło ją, co on zrobi. Jak daleko się posunie?


Tymczasem Alren obdarował ją czułym, niezwykłym pocałunkiem, w którym była jakaś obietnica... A następnie wstał z łóżka, czując, że odzyskał już siły i kątem oka zauważył, jak na jej twarzy maluje się zawód. Z trudem powstrzymał się od śmiechu, a potem podszedł do drzwi i tuż przed nimi, odwrócił się do Elli.


-        Idę wziąć kąpiel... – rzekł zmysłowo i parsknął, widząc, jak Ella się zaczerwieniła. – Przyłączysz się? – spytał po nieznośnie długiej chwili, a ona aż podskoczyła z wrażenia.


Już myślała, że on zwyczajnie odejdzie, ale jednak nie... Patrzyła w lekkim oszołomieniu na Rena, który uśmiechał się do niej znacząco i wyciągał ku niej dłoń. Niewiele myśląc podeszła do niego i podała mu rękę. Wtedy on pochylił się do jej ucha i wyszeptał:


-        Musimy być cicho, jeśli mamy nie obudzić nikogo...  – Ellę przeszył dreszcz, gdy usłyszała te słowa, ale skinęła twierdząco głową.


Alren w odpowiedzi posłał jej jeden ze swoich najszerszych uśmiechów i dziewczyna wiedziała, że miał ubaw z jej zachowania, ale zignorowała to. Nie posiadała się ze szczęścia, że po tak długim czasie, nareszcie czuła się tak, jak dawniej...



Aruell
Nastrój: Leniwy...
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 145

czwartek, 29.grudnia.2011, 00:04



Witajcie!


Dziś ostatnia notka na tym blogu w tym roku. ;)


Dlatego też życzę Wam udanego Sylwestra i Szczęśliwego Nowego Roku!


Do następnego razu, w Nowym Roku! ;)


Pozdrawiam ;)


***


Rozdział 145


 


10 dzień ruanu 8976 roku (10 dzień szkolenia), Aloria – Shall (komnata Elli), popołudnie


Alren i Gord niemal jednocześnie dotarli do pałacu i pobiegli w to samo miejsce. Kiedy dosłownie wpadli do komnaty Elli, zastali tam ciężką atmosferę i grobową ciszę. Zamarli, widząc Ellę leżącą w łóżku, przy którym siedziały zrozpaczona Syriana oraz Soana. Natychmiast podeszli bliżej, zasapani i zszokowani.


-        Co się stało? – Głos Renowi się załamał, gdy wyczuł, że Ella jest ledwo żywa.


-        Alrenie, tak mi przykro... – załkała Syriana, którą jeszcze nigdy nie widział w takim stanie. – Ale naprawdę nie wiem... Wiem tylko tyle, że ona umiera i nie można jej w żaden sposób wyleczyć – dodała z trudem.


-        Co? – Gord nie wierzył własnym uszom. – Przecież masz całą Białą Magię w małym palcu! Jak to nie można jej wyleczyć? Kto, ja kto, ale ty powinnaś to potrafić! – zdenerwował się, a Syriana tylko pokręciła głową i rozpłakała się. Nienawidziła bezsilności, do której nie była zresztą przyzwyczajona.


-        Syriana próbowała wszystkiego, ale nie zadziałało. Ella została otruta jakaś nieznaną jej substancją...  – Soana podjęła się wyjaśnienia im sytuacji, widząc, że Syriana nie jest w stanie. - Jak doszło do zatrucia też nie wiadomo. Kapitan gdzieś przepadł, obwiniając się o jej stan. Posłaliśmy też już po najlepszego specjalistę od trucizn do Lorionu, ale obawiam się, że nie zdąży...


-        Nie może być... Nie zgadzam się! – huknął Gord. – Musi być jakieś wyjście... Ona nie może umrzeć! – Głos mu zadrżał, gdy na nią spojrzał. Była taka blada...


-        Odsuńcie się... – usłyszeli nagle głos Alrena, który zapanował już nad paniką, która go trawiła, odkąd ujrzał ją w tym stanie. Nikt jednak się nie ruszył. – Ogłuchliście? Wynocha! – warknął gniewnie, aż podskoczyli z wrażenia.


-        Alrenie, rozumiem twój gniew, ale... – Syriana urwała, gdy ujrzała w jego oczach coś tajemniczego. – Chwila... Co ty kombinujesz? – spytała rzeczowo.


-        Nie będę tracił czasu na robienie wam wykładu. Dowiem się, co jej jest  uleczę ją! Odsuniecie się, do cholery, czy nie? – tracił już cierpliwość, a oni wreszcie go posłuchali i stanęli pod oknem, nie spuszczając wzroku z bruneta, stojącego teraz dokładnie przed łóżkiem Elli.


Wszyscy chcieli wiedzieć, co Alren zamierza i nagle ze zdumieniem zauważyli, jak ściągnął swoją obrączkę, a potem także - jej. Syriana zachodziła w głowę, po co to robi, ale nie miała odwagi spytać, widząc w jakim mężczyzna jest stanie.


Tymczasem Alrena otoczyła nagle zielona aura, a jego oczy zalśniły. Każdy z obserwatorów automatycznie poczuł strach na ten widok. Jednak nikt nie wiedział, po co używa on mocy Heryonów. Jak za pomocą magii dusz miałby jej pomóc? Tymczasem Alren prześwietlił swoim heryonowskim wzrokiem ciało Elli i zasępił się.


-        Nic dziwnego, że Biała Magia i alchemia zawiodły... – rzekł po chwili, zaskakując ich. – To nie jej ciało zostało zatrute, a dusza... Trucizna niszczy jej duszę, nie naruszając ciała.


-        Co? To przecież – Syriana zbladła – niemożliwe...


-        Wydaje mi się, że słyszałem o starożytnej miksturze, która zatruwała duszę... – myślał głośno, głowiąc się co dalej.


-        Rzeczywiście... – również Syrianie zaczęło coś świtać. – Ale ta receptura chyba przepadła jeszcze w starożytności! – Zadrżała, ubolewając nad losem księżniczki, jeśli to rzeczywiście była właśnie ta trucizna...


Alren wytężał umysł, by przypomnieć sobie, czy nie znał kiedyś zaklęcia, które leczyło coś takiego, ale pamięć go zawodziła. Być może przez stres... A może nie znał żadnego takiego zaklęcia? W końcu bezradnie walnął pięścią w ścianę, a z jego oczu popłynęły łzy rozpaczy, które poruszyły wszystkich obserwatorów, zwłaszcza Gorda. Widział on teraz na własne oczy, jak silne uczucie żywi do Elli Ren.


Nagle Alren usłyszał w swej głowie jakiś głos i spojrzał na ciało Elli z zaskoczeniem. „Alrenie...” – stwierdził, że to nie był głos Elli, tylko... – „Alrenie, przypomnij sobie... o Vear Gharze...” – Zaraz potem głos ucichł, a Rena olśniło.


-        Vear Ghar... No jasne! – wyksztusił i podszedł do łoża Elli. Na jego twarzy malowała się teraz determinacja, ale także strach.


-        C-Co ty powiedziałeś? – Syriana mało nie zemdlała z wrażenia. Nie miała pojęcia, skąd on o tym wie, chociaż... Zważywszy na jego pochodzenie...


-        Nie przeszkadzaj mi – skarcił ją.


Gdy Ren skupiał swoją moc, Gord nie wytrzymał i zagadnął do Syriany, która zdawała się być myślami w innym świecie.


-        Co to jest Vear Ghar, do cholery? O czym on bredzi?


-        To... Starożytny rytuał, który odprawić potrafili tylko pierwsi Heryoni, którzy mieli w sobie jeszcze dużo, miryońskiej krwi. Dosłownie te słowa oznaczają „uzdrowiciel dusz”. Dzięki temu rytuałowi leczono, w dawnych czasach, wszelkie zatrucia i opętania dusz. Polegał on na tym, że – przełknęła ślinę na myśl, że Ren właśnie to zamierza zrobić – oddzielało się duszę danej osoby od ciała, a następnie niszczyło to, co jej szkodziło. Po uleczeniu, duszę zwracano z powrotem... Zdarzały się jednak nieudane rytuały, które skazywały owe dusze na wieczne błądzenie po świecie żywych...


-        Co? To w ogóle jest wykonalne? – zląkł się Gord.


-        W starożytności było to możliwe, ale teraz... Krew Heryonów jest zbyt ludzka, by byli w stanie zapanować nad tak skomplikowaną magią. Co oznacza, że Alren nie mógłby... – urwała jednak, gdy usłyszała słowa, które wypowiadał teraz Ren. Nie wierzyła własnym uszom. – Starożytny język Egharii? Czy on mówi w tym języku? – szczęka jej dosłownie opadła z wrażenia.


Zaraz potem ujrzeli, jak Ren rysuje w powietrzu heksagram, który po chwili pojawił się na podłodze, pod łóżkiem Elli i zaświecił na biało. Z jego rogów pionowo w górę, wystrzeliwały strużki, błękitnego światła i zdawały się podążać ku niebu, przenikając sufit pałacu. To był nieziemski widok... Dlatego dopiero po chwili wszyscy spojrzeli na Alrena, który miał zamknięte oczy i stale wypowiadał jakieś starożytne inkantacje. W pomieszczeniu zerwał się słaby wiatr, który wywoływała moc Łowcy Dusz.


-        Stój! Nie możesz tego zrobić... – Syriana w końcu doszła od siebie. – Ten rytuał nie może ci się powieść! Skażesz jej duszę na wieczną tułaczkę i sam umrzesz przez utratę zbyt dużej ilości energii!


-        Nie mogę się temu bezczynnie przyglądać! Co mi szkodzi spróbować... – Jego twarz była poważna, a gdy otworzył oczy...


-        Na Hariosa... Jego oczy! – Gord aż krzyknął z wrażenia.


-        Są niebieskie... – dokończyła za niego Soana.


-        Ty... Potrafisz korzystać z miryonskiej części swej krwi? – Syriana czuła, że to dla niej zbyt wiele, by mogła to zrozumieć.


-        Zawdzięczam to jej... – spojrzał na Ellę z uczuciem. – A teraz zamilczcie. Jeśli się pomylę, wszystko będzie stracone!


Sprzeciwów nie było. Soana, Gord i Syriana z niemym zachwytem podziwiali rozgrywającą się przed nimi scenę. Alren otoczony zieloną aurą z błękitnymi, miryońskimi oczami, uniósł rękę nad ciałem Elli i wypowiedział końcowe słowa rytuału, które rozumiała tylko Syriana.


-        Duszo, w tym ciele zaklęta, swe niedoskonałe naczynie opuść i mej woli się poddaj... Pokaż mi, co spokój twego istnienia zakłóca, a zaklinam, że jakem Vear Ghar, od bólu tego cię uwolnię!


Gdy Ren wypowiedział już wszystko, co trzeba, poczuł, jak szybko opuszcza go energia. Już  wtedy wiedział, że nie wytrzyma długo. Musiał jak najszybciej uleczyć duszę Elli, zanim skończy mu się moc. Zacisnął więc pieść, którą trzymał nad Ellą i pociągnął, jakby chciał coś wyjąć z niewidzialnego worka. W tej chwili z ciała Elli „wyszła” jej dusza, która dzięki magii Rena, była widoczna. Przypominała rozmazany kontur jej ciała, w kolorze błękitnym. Nagle sześć strumieni światła, które wydobywały się z rogów heksagramu, połączyło się z duszą Elli, jakby chciały ją przymocować, by nie odleciała w siną dal. Obserwatorzy nie wierzyli własnym oczom. Ren, który utracił już połowę swej mocy, szybko dostrzegł dzięki swoim oczom, czarny obszar w duszy Elli i drugą ręką przywołał zaklęcie uzdrawiające. Zielona kula energii naprawiła szkody wyrządzone przez truciznę Tiyi, usuwając ją co do kropli z duszy Elli. Następnie Alren ostrożnie połączył jej ducha z ciałem i wypowiedział kilka kończących inkantacji. Zaraz potem upadł na podłogę. Jednocześnie heksagram zniknął i wszystko wróciło do normy.


Soana, Gord i Syriana przez chwilę nie ruszali się, wciąż oszołomieni tym, co zobaczyli i dopiero, gdy się ocknęli, wszyscy podbiegli do Alrena.


-        Żyje... – stwierdziła Soana.


-        To cud... Jeszcze kilka sekund i byłoby po nim... – uznała Arcykapłanka, sprawdziwszy jego stan. – Utracił bardzo dużo życiowej energii. Tak szybko się nie obudzi... Ale nie może spać dłużej, niż dobę. Jeśli tak się stanie, będzie to oznaczało, że zapadł na wieczną śpiączkę.


Zaraz potem Syriana podbiegła do Elli zaczęła ją badać. Z każdą sekundą była w coraz większym szoku. W końcu odezwała się, widząc pytające spojrzenia Gorda i Soany.


-        Nie do wiary... – Syriana ze zdumieniem stwierdziła, że Ella oddycha normalnie, a jej puls wrócił do normy. – Ona jest zdrowa...


-        Co za szczęście... – Gord odetchnął z ulgą.


-        Uratował ją – stwierdziła Soana, uśmiechając się do śpiącego Rena. – Jestem pod wrażeniem jego odwagi i siły. Po raz kolejny już...


-        Tak... – przyznała Syriana. – To z pewnością niesamowity człowiek.


Wtedy cala trójka usłyszała jęknięcie Elli i natychmiast wlepiła wzrok w jej twarz. Po kilku sekundach dziewczyna otworzyła ostrożnie oczy, zatrzepotała kilka razy rzęsami i spojrzała na ich uradowane twarze.


-        Co się dzieje? – podniosła się do pozycji siedzącej i wtedy ujrzała Alrena, leżącego wciąż na podłodze. – Ach! Ren! – zerwała się, ale Syriana złapała ją za rękę.


-        Spokojnie, jesteś jeszcze słaba...


-        Ale Ren, co mu jest? – spojrzała na nią z przerażeniem.


-        Śpi. Uratował ci właśnie życie... – odpowiedział jej Gord, a ona się zdziwiła.


-        Życie?


-        Tak. O mały włos sam przez to nie zginął – dodała Soana, z podziwem w głosie.


Potem Syriana opowiedziała Elli wszystko do początku. Od zatrucia, aż po rytuał, który odprawił Alren. Złotowłosa nie mogła się nadziwić, że była o krok od śmierci i że on tyle zaryzykował, by ją uratować. Nie robił tego pierwszy raz, ale w tych okolicznościach... Potrząsnęła nagle głową. Nie chciała dłużej o tym myśleć, tylko szybko podeszła do niego i zaczęła się modlić, by szybko się obudził, by nie zapadł w śpiączkę.


-        Zaniosę go do jego komnaty – zaproponował Gord.


-        Nie. On zostanie tutaj – rzekła stanowczo Ella. – Połóż go proszę na moim łóżku.


-        Ależ Księżniczko! – oburzyła się Syriana, ale zaraz poczuła rękę Soany na swoim ramieniu i spojrzała na nią. Elfka znacząco pokiwała głową, dając jej do zrozumienia, że powinna dać im spokój. – Dobrze, ale służba nie da ci spać. Ktoś przecież musi go doglądać.


-        Ja zajmę się wszystkim, Syriano – odparła Ella, patrząc jej twardo w oczy. – Zaopiekuję się nim osobiście i nawet nie próbuj mi tego zabraniać. Czy to jasne? – Jej ton był tak władczy, że zaskoczył wszystkich. Nikt nie zaprotestował, nawet Arcykapłanka.


Chwilę później Gord położył Rena na łożu Elli, a służka przyniosła miskę z wodą i szmatką, sprawdzoną herbatę oraz coś do zjedzenia – tym razem bez roślin ozdobnych, które Syriana kazała usunąć z pałacu, zaraz po ostatnim incydencie. Arcykapłanka niechętnie pożegnała się i wyszła z Soaną, która tylko uśmiechnęła się do Elli znacząco, a Gord pożyczył jej dobrej nocy i szybkiego powrotu Rena, i również opuścił komnatę.


Ella została sama ze śpiącym Renem i prosiła go szeptem nieustannie, by się obudził...



Aruell
Nastrój: Szczęśliwego Nowego Roku!
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 144

środa, 28.grudnia.2011, 00:00



Rozdział 144


 


10 dzień ruanu 8976 roku (10 dzień szkolenia), Aloria – Góry Alores, świt


Jeszcze zanim nastał świt, Gord i Alren byli gotowi do realizacji dzisiejszego planu działania. Każdy z nich opuścił Dolinę Shallos i udał się w inną stronę Gór Alores, korzystając z lewitacji. Gord był tym, który poleciał na wschód. Szukając tej właściwej jaskini, rozmyślał o tym, o czym nie miał czasu pomyśleć poprzedniego dnia.


Wciąż nie wierzył w to, co usłyszał od Syriany, kiedy wczoraj do niej poszedł, by spytać o Alrena i Ellę. Arcykapłanka nie była skora do zwierzeń, ale był na tyle stanowczy i uparty, że w końcu wyjaśniła mu swój plan szkolenia księżniczki. Kiedy Gord dowiedział się, do czego Syriana zmusiła Alrena i jakie przedstawiła mu argumenty, był przekonany, że się przesłyszał. Przecież to było okrutne! Nie mógł zrozumieć, jak Arcykapłanka Egharii mogła posunąć się tak daleko i stwierdził, że wcale jej dobrze nie znał, sądząc, że jest wzorem cnót i kapłaństwa.


W jednej chwili zrozumiał zachowanie Alrena i ku swej frustracji, uznał, że przez cały ten czas źle go oceniał. Jednocześnie zaczął współczuć zarówno jemu, jak i Elli, którą postrzegał jako główną ofiarę planu Syriany. Poza tym nie wiedział, że oni są połączeni „więzią dusz”... Teraz już rozumiał, że nie ma żadnych szans u Elli. Przestał się łudzić, że zostawi ona dla niego kogoś, kto ją kocha i z kim jest połączona duszą. To był dla niego przykry wniosek, ale niestety prawdziwy...


Po wysłuchaniu Syriany, Gord  wściekł się na nią i otwarcie skrytykował jej plan. Zdenerwował się, gdy Arcykapłanka nakazała mu milczenie, ale ostatecznie się zgodził. Wszak za cztery dni Ella i tak miała poznać całą prawdę. Krótko po tej rozmowie, zauważono problem z tymi jaskiniami i nie miał nawet kiedy poukładać sobie tego wszystkiego w głowie.


Gord czuł się dziwnie. Nie bardzo wiedział, co ma teraz ze sobą zrobić. Musiał zmienić swoje relacje zarówno z Ellą, jak i z Renem. Nie czuł się przygotowany na takie zmiany, więc chwilowo postanowił o tym nie myśleć. W tej samej chwili dotarł na miejsce i z przerażeniem stwierdził, że rzeczywiście jest tu za dużo roślin.


Wypełzały one z groty dość wolno, ale jednak. Emanowały niezwykle złowrogą energią i z pewnością nie wyglądały normalnie. Gord wylądował przed samą grotą i niezbyt chętnie skierował się do jej wnętrza, wyjmując miecz. Musiał bowiem wyciąć sobie przejście, które niemal całkowicie zarosło.


-        Co to za cholerstwo? Dlaczego to wciąż rośliny sprawiają nam kłopoty? – Zadawał sobie te pytania od dawna. – Czas to zakończyć...


***


Tymczasem, w zachodnich Górach Alores...


Alren zbliżał się do swojej jaskini i nieustannie martwił się o Ellę. Miał złe przeczucia i chciał jak najszybciej załatwić sprawę roślin. Dopiero, gdy osobiście będzie pilnował Elli, poczuje się pewniej. Nie żeby wątpił w moc Syriany, ale obawiał się, że może ona nie wystarczyć. Nie wiedział, czego się spodziewać po tym tajemniczym generale Cehronu, którego obwiniał za wszystkie przeboje roślinne, w ostatnim czasie i to go niepokoiło. Poza tym martwił się o Gorda. Zastanawiał się, czy sobie poradzi. Niby był Shiryenem tak, jak on sam, ale jednak mimo wszystko różnica między nimi była ogromna. Nie żywił do blondyna jakiś ciepłych uczuć, ale jego śmierć byłaby mu nie na rękę. Westchnął ze zrezygnowaniem i wtedy zobaczył swój cel.


Wylądował przed tą jaskinią i ocenił sytuację jednym spojrzeniem. Automatycznie otoczył swe ciało silną barierą – taką, jaką zaskoczył kiedyś Thara, który nie mógł jej przebić sztyletem. Następnie wyjął miecz i wyciął sobie wejście do groty. Natomiast gdy tylko wszedł do środka, od razu odurzył go specyficzny smród.


-        Trucizna? – spytał samego siebie, analizując przykry zapach i dziwną ciecz, która pokrywała te zmutowane rośliny.


Ucieszył się wówczas, że przed wejściem otoczył się barierą, ale kiedy zrobił kolejny krok do przodu, wyczuł silny impuls magiczny i gwałtownie się odwrócił. Ku swemu przerażeniu zobaczył wtedy, jak wejście do groty znika, zamykając go w jaskini bez wyjścia...


***


Południe, komnata Elii...


Syriana i Ella zrobiły sobie przerwę w zajęciach, które tego dnia wyjątkowo odbywały się w pałacu, a nie w Wieży Magów. Cały Shall otoczony był potężna barierą, a wszędzie dokoła roiło się od strażników pałacowych. Mimo to Ella wcale nie była spokojniejsza.


Najpewniej by się czuła, mając przy sobie Alrena, a tymczasem okazało się, że jego i Gorda nie ma, bo wyruszyli oczyścić jakieś jaskinie. Była na nich zła, że nie powiedzieli jej wczoraj o tym zagrożeniu i nawet się nie pożegnali.


Dzisiejsze zajęcia były mało owocne, bo nieustannie się o nich martwiła, zwłaszcza o Rena. Co chwila zerkała przez okno, by zobaczyć, czy już wracają i nie mogła się skupić na zaklęciach ani księgach, które dawała jej Syriana.


-        Wasza Wysokość, podano herbatę – usłyszała głos kapitana straży, który pilnował jej cały czas. – Sprawdziłem. Nie jest zatruta, więc możesz śmiało się napić, Księżniczko – dodał jeszcze, kładąc tacę, z imbrykiem wypełnionym herbatą, filiżanką i małym wazonikiem kwiatów, na stole.


-        Nie przesadzacie trochę z tą ostrożnością? – zaśmiała się serdecznie.


-        Ani trochę.


-        Gdzie Syriana?


-        Jaśnie Pani wzmacnia barierę. Za chwilę wróci.


-        Rozumiem... – Ella spojrzała w stronę gór i znów się zasępiła.


-        Nie martw się, Wasza Wysokość. Na pewno wrócą cali i zdrowi. – Kapitan odgadł jej myśli.


-        Mam nadzieję...


-        Napij się herbaty, Pani. Póki jest gorąca.


-        Chętnie... I tak nie mogę się na niczym innym skupić – odparła i sięgnęła po filiżankę.


Wypiła kilka łyków herbaty i równocześnie usłyszała w swej głowie krzyk: „Nie pij tego!”, ale było już za późno. Złotowłosa kilka sekund później ujrzała ciemność przed oczami i niespodziewanie osunęła się na podłogę...


Kapitan w pierwszej chwili trwał w bezruchu. Był w szoku. Zaraz jednak podbiegł do niej szybko i zaczął nią potrząsać, z przerażeniem w oczach. Głos mu drżał, tak samo jak dłonie.


-        Księżniczko! Księżniczko!! Ocknij się... – Jednak ona nie odpowiedziała.


Ledwo wyczuwał jej puls, a oddech był minimalny. Nie mógł w to uwierzyć. Wówczas Kapitan spojrzał na filiżankę Elli, która rozbiła się o posadzkę oraz na rozlana resztkę herbaty i złapał się za głowę, domyślając się, co się stało.


-        To niemożliwe... Przecież piłem tę herbatę... – krzyknął roztrzęsiony, a potem natychmiast pobiegł po Syrianę, alarmując po drodze cały personel, że Księżniczka Mirella umiera...


***


Tymczasem, w pobliżu pałacu...


Tiya była  w doskonałym humorze. Osiągnęła swój cel. Shiryeni znaleźli się  w potrzasku, a Mirella wypiła truciznę. Idealnie. Wprost nie mogła uwierzyć, że poszło tak bezproblemowo.


-        Co za durnie... Otoczyli cały pałac barierą, a do głowy im nie przyszło, by usunąć wszystkie rośliny z pałacu! – drwiła z nich na głos. – Kto by podejrzewał, że jeden kwiatuszek w wazoniku, na tacy z herbatą, jest niebezpieczny...


Była z siebie dumna. Znacznie wcześniej umieściła truciznę w każdym wazonie z kwiatami w pałacu. Potem wystarczyło, że służąca, zgodnie ze zwyczajem, postawiła taki wazonik na tacy z imbrykiem i sprawa była załatwiona. Tiya kontrolowała zatrute kwiaty. Gdy więc tylko herbata przeszłą kontrolę kapitana, przechyliła ona magicznie kielich kwiatowy w stronę filiżanki. Kiedy kapitan i księżniczka byli zajęci rozmową, kilka kropel kapnęło do herbaty i po sprawie! Zaśmiała się szyderczo.


-        To było dziecinnie proste... Teraz tylko muszę poczekać na jej pogrzeb, a następnie zaniosę wspaniałą nowinę o jej śmierci Cesarzowej... – powiedziała do siebie i czekała na efekty swojej pracy.


***


W tym samym czasie, w górach...


Alren już od kilku godzin błądził w jaskini, szukając źródła zła. Dzięki barierze, rośliny nie mogły mu nic zrobić, ale i tak miał już dość tej sytuacji. W międzyczasie zdążył się zorientować, że zwykła magia, a nawet moc Shiryenów, tu nie działa. To było dość niepokojące odkrycie. Jednak miał jeszcze w zanadrzu coś specjalnego i tyko czekał, aż znajdzie ten czarny punkt jaskini.


Nagle przeszył go zimny dreszcz, a potem poczuł silny, fizyczny ból w klatce piersiowej - zupełnie niespodziewanie. Zamarł w bezruchu. Serce zaczęło mu walić, jak szalone, gdy zrozumiał, że coś się stało Elli... Nie umiał tego wyjaśnić, ale zawsze wiedział, kiedy chodzi właśnie o nią.


-        Ello... – wyksztusił z trudem.


Przez chwilę ogarnęły go paniczne myśli, co mogło się jej przytrafić, ale szybko wziął się w garść i stwierdził, że nie będzie się dłużej bawił z tym zielskiem. Musiał jak najszybciej wrócić do pałacu.


Nie czekał ani chwili dłużej, tylko wezwał swą moc Herynów. Jego oczy zapłonęły zielonym blaskiem, następnie wyszeptał kilka słów i całą jaskinię zalało zielone światło, które pochłonęło dusze roślin i zniszczyło je. W jednej chwili wszystkie mutanty zniknęły, a Ren wyczuł źródło zła, którym był zaczarowany kamień nieopodal niego. Zniszczył go błyskawicznie i od razu aura zła się rozproszyła, a tuż przed nim, na powrót pojawiła się grota wyjściowa. Zganił siebie w duchu, że trzeba było zrobić tak od razu i szybko wybiegł z jaskini. Już chciał polecieć do pałacu, gdy będąc na zewnątrz, wyczuł malejącą aurę Gorda.


-        Cholera, co on wyprawia? - syknął pod nosem, nie wiedząc co robić.


Wiedział, że Gord ma poważne kłopoty i może umrzeć, jeśli mu nie pomoże. Z drugiej strony miał przeczucie, że z Ellą jest jeszcze gorzej... Wahał się jeszcze kilka sekund, po czym podjął jedyną, słuszną decyzję. Ocali ich oboje!


Za pomocą lewitacji, błyskawicznie dotarł do jaskini Gorda i na miejscu odkrył ze zdumieniem, że rośliny zniknęły, a źródło zła w tej grocie zostało zniszczone. W takim razie, gdzie on się podziewa? – głowił się. Szybko wbiegł do środka i znalazł ledwo przytomnego blondyna pod ścianą.


-        Ty...? – wybełkotał Gord, zły na siebie, że był tak nieostrożny. Było mu wstyd w obliczu Alrena, który najwyraźniej nie dał się otruć.


-        Słyszałeś kiedyś o barierach ochronnych? – zakpił ze złością Ren, natychmiast biorąc się za leczenie blondyna. Wiedział już, że to trucizna tych roślin powoli go trawi.


-        Ach zamknij się...


-        Trochę wdzięczności byś chociaż okazał – syknął, kończąc leczenie i natychmiast wybiegł z jaskini, a następnie poleciał w stronę pałacu w zawrotnym tempie, ignorując krzyki Gorda, który nie rozumiał jego nagłego wyjścia.


Uzdrowiony szybko poleciał za brunetem, głowiąc się, dlaczego on się tak spieszy. Wówczas przyszło mu do głowy, że Ella może mieć kłopoty. Przeraził się, bo to wyjaśniałoby zachowanie Alrena. Wtedy również on przyspieszył, by sprawdzić, czy księżniczce nic się nie stało...



Aruell
Nastrój: śpiewający (wiadomo po czym) ;P
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 143

wtorek, 27.grudnia.2011, 00:06



Rozdział 143


 


9 dzień ruanu 8976 roku (9 dzień szkolenia), Aloria – Shall (Komnata Alrena), późne popołudnie


Ren od kilku godzin był zaniepokojony. Miał dziwne przeczucie, że coś się święci. Tak, jak ostatnio nie wyczuwał w pobliżu ani krzty cehrońskiej aury, to teraz znów wyczuwał ją bardzo wyraźnie. Irytowało go nieustannie, że nie jest w stanie zlokalizować źródła tej złowrogiej aury, ale nic nie mógł na to poradzić. Gdy tak rozmyślał, wyczuł obecność Sao w pobliżu, więc odwrócił się do niej. Była smutna i wyglądała tak, jakby chciała powiedzieć coś dla niej trudnego.


-        O co chodzi, Sao? – spytał ostrożnie, czując, że to delikatna sprawa.


-        Przyszłam się pożegnać... – rzekła i zaraz potem ujrzała szok w jego oczach. Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu.


-        Wyjeżdżasz?


-        Tak...


-        To przeze mnie, prawda? – odpowiedziało mu milczenie. – Ale przecież jesteś Strażniczką Shall...


-        Owszem, ale dopóki wy tu jesteście, Shall nic nie grozi. Wrócę tu, jak tylko opuścicie to miejsce – wyjaśniła. – Tymczasem udam się do stolicy. Odwiedzę rodzinę...


-        Rozumiem... – czuł się jakoś dziwnie. – Czyli to ostateczne pożegnanie?


-        Tak... – wyksztusiła, ledwo panując na sobą. – Wspaniale było cię poznać i znów spotkać, po tylu latach. Na pewno nigdy cię nie zapomnę, Alrenie... – w końcu się rozkleiła.


Ren drgnął, widząc jej łzy i słysząc te słowa. Wyciągnął rękę, by ją jakoś pocieszyć, ale ona odsunęła się gwałtownie.


-        Nie, proszę... Bo będzie mi jeszcze trudniej... – załkała. – Wiedz, że z całego serca życzę ci szczęścia, naprawdę. Mam nadzieje, że Księżniczka doceni twoją miłość... – Zaczęła iść tyłem, nie przestając patrzeć mu w oczy, jakby chciała zapamiętać jego spojrzenie.


-        Sao... – rzekł z uczuciem w głosie.


-        Żegnaj... Ren – powiedziała jeszcze, po czym prędko opuściła tamto miejsce.


Alren długo jeszcze patrzył w stronę, w którą odeszła. Było mu ciężko na duszy. Sao była dla niego ważna, mimo iż jej nie kochał taki, jak on aby tego chciała. Wiedział jednak, że nie może nic na to poradzić i rozumiał jej decyzję. Westchnął więc tylko i wrócił do patrolowania okolicy.


***


Komnata Syriany, wieczór


Kiedy Ella powoli kończyła zajęcia, Syriana zwołała naradę w swej komnacie. Zawołała zarówno Gorda, jak i Alrena oraz kapitana straży pałacowej, co nie wróżyło niczego dobrego.


Kiedy wszyscy się stawili, pokrótce wyjaśniła im powód tego zebrania. Nikogo on nie ucieszył, co odzwierciedlała długa cisza. W końcu Alren podjął próbę analizy sytuacji.


-        Zatem mamy dwie jaskinie, w których nieustająco kumuluje się złowroga energia. Nie zaprzeczę temu, gdyż sam wyczuwam tę niepokojąca aurę. Ponoć strażnicy widzieli godzinę temu, jak wypełzają z nich rośliny... Trzeba więc się tam udać i zniszczyć źródło zła, nim zrobi się tak niebezpiecznie, jak w przypadku drzewców.


-        Zgadza się – przytaknęła Syriana. – Jednak ponieważ są to jaskinie oddalone od siebie o kilometry i poziom wrogiej energii jest w nich równie groźny, uważam, że należy wysłać tam dwie, osobne grupy.


-        To logiczne, jednak to na pewno pułapka – zauważył Gord.


-        Słuszna uwaga – zgodził się Alren. – Sądzę, że nie przypadkowo są to dwa miejsca, w których jednocześnie coś się dzieje... Shiryenów też jest dwóch...


-        Sądzisz, że ktoś chce obu was tam ściągnąć? – Syriana musiała przyznać, że to bardzo możliwe.


-        To tylko przeczucie, ale tak właśnie myślę... – odparł Ren.


-        Jak dotąd każde z twoich przeczuć okazało się słuszne, więc nie powinniśmy tego lekceważyć – uśmiechnęła się znacząco do bruneta. – Zakładając jednak taką sytuację, co powinniśmy zrobić? Jeśli wyślę was obu, w te dwa miejsca, które z pewnością są pułapkami, to wróg osiągnie swój cel i wywabi was stąd. Jeśli zaś nie, te rośliny znów narobią sporego problemu...


-        Bardziej mnie martwi, po co wróg chce się nas stąd pozbyć... – oznajmił Alren. – Myślę, że jego prawdziwym, ostatecznym celem jest Mirella. Jeśli nas tu nie będzie, ona pozostanie bez ochrony, nie licząc ciebie, Syriano.


-        Cholera, to brzmi sensownie... – przeraził się Gord na myśl, że Elli mogłoby się coś stać.


-        Owszem. Co więcej, myślę, że Alren rozgryzł zamiary wroga. Jednak w takim razie, czy nie lepiej by było was tam nie posyłać? Życie Mirelli jest najważniejsze, a skoro wróg nie przejmuje się moją obecnością, to znaczy, że nie uważa mnie za zagrożenie...


-        Nie, Pani. Musimy rozwiązać problem tych jaskiń... Nie wiadomo, co z tego się rozwinie, jeśli tego nie zatrzymamy – mówił się Ren. – Zajmiemy się tym z Gordem. Tymczasem ty, Arcykapłanko, otoczysz pałac najpotężniejszą z barier i będziesz strzegła Mirellę. Kapitan i straż pałacowa też zostaną na miejscu, by ci w tym pomóc.


-        Zaraz... Chyba nie chcecie iść tam sami?! – zdumiał się kapitan.


-        Owszem, tak zrobimy. Wszak jesteśmy Shiryenami.... Postaramy się wrócić, jak najszybciej.


-        Mógłbyś to chociaż ze mną uzgodnić... – oburzył się Gord, że zdecydował za niego, co ma robić.


-        Masz lepszy pomysł? A może się boisz iść tam sam? – zerknął na niego z ironicznym uśmiechem, co go zawsze irytowało.


-        Oczywiście, że się nie boję!


-        W takim razie ustalone...


-        Ależ Alrenie, nie sadzę, by to był dobry pomysł, mimo wszystko – wtrąciła się Syriana. – Co jeśli sobie nie poradzicie sami? To znaczy... o ciebie się nie martwię, ale... – spojrzała na Gorda, który poczuł się urażony, że nawet ona wątpi w jego umiejętności.


-        Poradzimy sobie – zapewnił Alren. – A jeśli pan blondyn nawali, będę musiał po nim poprawić...


-        Bezczelny... – syknął obruszony Gord, a Syriana mimowolnie się uśmiechnęła.


-        Dobrze. Zrobimy tak, jak zaproponował Alren – zadecydowała Syriana. – Alren i Gord wyruszą o świcie. Te rośliny są aktywne w nocy, więc w dzień będzie łatwiej je unieszkodliwić. Dlatego też wzmocnimy straż na tę noc. Jutro zaś ja i straż będziemy pilnować Mirelli, jak oka w głowie. Wszystko jasne?


-        Tak jest! – krzyknęli chórem.


-        Zatem możecie się rozejść...


***


Ogród Królewski, późny wieczór


Ella była niesamowicie zmęczona. Soana dała jej dziś wycisk na zajęciach. Nie było w tym nic dziwnego, gdyż egzamin z łucznictwa zbliżał się wielkimi krokami. Teraz marzyła tylko o tym, by jak najszybciej się położyć i spać.


Kiedy minęła karczmę, ujrzała Sao z małą walizeczką, którą przymocowała właśnie do konia. Zastanowiło ją to, więc zatrzymała się przed nią. Dziewczyna spochmurniała na jej widok, ale nie zapomniała o pokłonie i rytualnym powitaniu. W przeciwieństwie do Rena, Gorda i Syriany, nie mogła się spoufalać z Księżniczką, mówić jej po imieniu ani nie okazywać szacunku.


-        Wyjeżdżasz o tej porze? – spytała Ella.


-        Tak, Wasza Wysokość – odparła. – Jadę do rodziny w Lorionie.


-        A nie lepiej skorzystać z teleportacji?


-        Zapewne, jednak ja nie lubię magii. Wolę pojechać konno – starała się być grzeczna.


-        Czy Alren o tym wie? – to pytanie zaskoczyło Sao.


-        Tak. Pożegnałam się już z nim – rzekła ciszej. – Zapewniam, że nie musisz się mną przejmować, Pani. Nieważne, jak bardzo go kocham, on nigdy nie będzie mój. Ta świadomość sprawia, że ciężko mi przebywać tam, gdzie on. Dlatego też mam nadzieję, że więcej się nie spotkamy...


-        Ale przecież...  – Ella była w szoku. - Czy nie byliście kiedyś przyjaciółmi? Parą?


-        Dziwnie się czuję, rozmawiając o tym akurat z tobą, Księżniczko – westchnęła. – Po prostu zrozumiałam, że o ile udało mi się kiedyś zdobyć jego zaufanie, szacunek i ciało, to nigdy nie zdobędę tego, czego najbardziej pragnę -jego serca... Skradł je już ktoś inny – spojrzała na Ellę znacząco i wsiadła na konia.


Ella wpatrywała się w nią z mieszanką zaskoczenia, zrozumienia i jakiegoś szacunku. Natomiast Sao uśmiechnęła się do niej na chwilę.


-        Dbaj o niego, Wasza Wysokość... – rzekła jeszcze, po czym odjechała w ciemną noc.


Złotowłosa nie bardzo wiedziała, co ze sobą teraz zrobić. Słowa i decyzja Sao tylko potwierdzały jej teorię, iż Alren nie przestał jej kochać. Ten wniosek zaś jak zwykle potęgował jej frustrację, że mimo tego nadal nie chce jej niczego wyjaśnić. Westchnęła i nagle podskoczyła ze strachu, słysząc męski głos tuż za sobą.


-        Co ty tu robisz o tej porze?


Przez chwilę patrzyła, z przerażeniem w oczach, na wysokiego bruneta i dopiero po kilku sekundach odetchnęła z ulgą. Była tak zamyślona, że nawet nie usłyszała, jak do niej podszedł. W dodatku zrobiło się już ciemno.


-        Nic takiego... – rzekła, siląc się na chłodny ton głosu i unikała jego wzroku.


-        Odprowadzę cię do komnaty.


-        Dobrze... – ucieszyła się, że odpowiadał tak krótko i rzeczowo. To sprawiało, że czuła się pewniej.


Kiedy jednak szli jedną z alejek ogrodowych, gdzie było naprawdę ciemno, Ella co chwila się o coś potykała. A to kamień, a to jakiś korzeń. Westchnęła ciężko. Jakże zazdrościła kotom w takich sytuacjach. Ponieważ niewiele widziała, nawet nie zauważyła, kiedy Ren się zatrzymał i wówczas delikatnie odbiła się od jego pleców. Drgnęła niespokojnie, czując przy sobie jego ciało.


-        Dlaczego się tak nagle zatrzymałeś? – spytała niepewnie, a on bez słowa chwycił ją za rękę i pociągnął dalej.


-        Jak tak dalej pójdzie, zrobisz sobie krzywdę – rzekł w odpowiedzi, a ona zarumieniła się z miejsca i cieszyła się, że w tych ciemnościach, on nie mógł tego zobaczyć. Teoretycznie...


Przez kilka minut szli w ten sposób, a Ella starała się nad sobą panować. Jednak mimo wszystko wciąż myślała o jego dużej, gorącej dłoni i ukradkiem zerkała w lśniące, zielone oczy, które aktualnie lekko świeciły. Pamiętała, że dzięki temu Alren widział w nocy niemal tak, jak w dzień. Natomiast on udawał, że nie widzi jej reakcji i ukradkowych spojrzeń. Musiał się kontrolować...


Gdy dotarli na miejsce. Ella dość niechętnie puściła jego dłoń. Weszła do komnaty, ale zanim zamknęła za sobą drzwi, usłyszała jeszcze:


-        Dobranoc.


Zerknęła na niego z lekkim zaskoczeniem, ale on zwyczajnie wtedy odszedł. Długo jednak myślała o tonie głosu, z jakim to powiedział. Taki ciepły i spokojny, że aż poruszający. Teraz była pewna, że coś się zmieniło...


Gdy położyła się już spać, rozmyślała z utęsknieniem o chwili, w której znów będą razem. Przeczuwała,  że to nastąpi i z tego też powodu, miała tej nocy słodkie sny.


 

Aruell
Nastrój: ;)
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 142

poniedziałek, 26.grudnia.2011, 00:02



Witajcie!


Drugi świąteczny bonus ;)


Wesołych Świąt!



***


Rozdział 142


 


8 dzień ruanu 8976 roku (8 dzień szkolenia), Aloria – Shall (Komnata Alrena), późna noc


Alren nawet nie próbował zasnąć. Wiedział, że to bezcelowe. Gdy tylko zamykał oczy, widział obraz Elli i słyszał jej głos. Raz miał przed oczami jej pełne bólu spojrzenie, a raz słyszał jej jęki rozkoszy. Nie mógł tego znieść. Wyszedł więc na taras i oparł się o poręcz. Niebo już było rozpogodzone, bo bez trudu mógł ujrzeć dwa księżyce, które tylko od czasu do czasu przysłaniały pojedyncze obłoki. Po chwili jego wzrok bezwiednie padł na lśniącą obrączkę, którą wciąż nosił na serdecznym palcu, lewej ręki. Uśmiechnął się smutno i obrócił ją kilka razy, nie zdejmując jej.


Przypomniała mu się chwila, gdy założył Elli taką samą. Pamiętał, jak rozkosznie się wtedy zarumieniła. Nie miał wątpliwości, że myślała wówczas o ślubie i ochoczo się z nią z tego powodu przekomarzał. Tak... Wtedy nie traktował tego poważnie. Jednak teraz... Teraz nie miałby nic przeciwko zawarciu z nią małżeństwa. Zaśmiał się z siebie. Jakie to głupie, że akurat teraz o tym myślał. Rychło w porę...


Ślub? Jaki ślub, skoro przez ostatni tydzień traktował ją najgorzej, jak tylko potrafił. Mimo iż miał konkretny powód, to wcale nie uważał tego za dobre usprawiedliwienie. A już szczytem bezczelności było usuwanie jej wspomnień wtedy po balu i ten dzisiejszy incydent pod drzewem... Wiedział o tym i czuł się z tym podle. To wszystko się wydarzyło, bo nie potrafił panować nad swoimi uczuciami, a ona musiała przez to podwójnie cierpieć. Zacisnął pięści ze złości. Był na siebie wściekły.


Przetarł twarz dłonią i rozpiął swoją koszulę, gdyż zrobiło mu się gorąco. Wszystko przez to, że mimowolnie przypomniał sobie jej skórę - tak aksamitną i rozgrzaną. Jej oczy – wypełnione po brzegi miłością i bólem. Jej usta, nabrzmiałe od pocałunków. A ponad wszystko szalone bicie serca i przyspieszony oddech. Sama myśl o tym rozpalała jego zmysły na nowo. Westchnął ciężko...


-        Cholera! – syknął pod nosem. – Chyba oszaleję...


Odpędził te wspomnienia i wrócił do przykrej części tej sytuacji, jak odszedł bez słowa wyjaśnienia. Jak ona się wtedy czuła? Nawet nie chciał sobie tego wyobrażać. I bez tego czuł się winny jej cierpienia. Żałował, że do tego doszło, mimo iż w przez kilka minut był szczęśliwy, stanowiąc z nią jedność...


Dostrzegał jednak pozytywny aspekt dzisiejszej sytuacji – fakt, że przekonał się na własnej skórze, że ona nadal go kocha. Nadal go pragnie. Mimo tego, jak on się zachowuje i tego, co mówiła, zanim mu uległa pod drzewem. Niby o tym wiedział, nawet zgrywał pewniaka, ale w głębi duszy skrywał pewne wątpliwości. Gdyby był na jej miejscu i miał przy swoim boku kogoś takiego, jak Gord... Potrząsnął nagle głową. Uznał, że lepiej sobie nie wyobrażać pewnych rzeczy. Chciał trzymać się tego, że pomimo tego wszystkiego, jej uczucie do niego nie wygasło. Nie osłabło. Nie ukrywał, że ten stan rzeczy go cieszył i czuł prawdziwą ulgę.


Jednak po tym, co się dziś stało, nie wyobrażał sobie być takim, jak do tej pory. Przeczuwał, że będzie mu jeszcze ciężej udawać obojętnego i zaczął modlić się w duchu, by to szkolenie wreszcie się skończyło. Minął bowiem dopiero tydzień rozłąki, a on już wychodził z siebie. Nie zdarzyło mu się myśleć o czymś innym, niż o niej, a dziś kiedy znów jej zasmakował, miał wrażenie, że więcej nie wytrzyma. Wszędzie ją widział i słyszał, mimo iż był sam, na co mógł tylko bezradnie pokręcić głową. Czy to już szaleństwo? Być może...


Tymczasem na dole, pod budynkiem, stał Gord i uważnie obserwował Alrena. Był w lekkim szoku, widząc jego zatroskaną twarz, tak pełną uczucia i tęsknoty. Zawsze był chłodny i wyrachowany. Nie okazywał emocji, pomijając złośliwość i gniew. Dlatego takie ciepłe oblicze bruneta, wstrząsnęło Gordem. Głównie z tego powodu, iż zaczął on rozumieć, że Ren tylko grał, przez cały ten czas. Domyślał się powoli, że on nadal ją kochał. I mimo iż krew w nim się gotowała ze złości i zazdrości, to jednak wciąż zadawał sobie to samo pytanie – dlaczego?


Czemu robi to wszystko, skoro tak ją kocha? W końcu przyszło mu do głowy, że Syriana może wiedzieć coś więcej na ten temat i obiecał sobie, że z nią porozmawia już jutro. Nie zamierzał robić tego dla Rena, tylko dla własnego spokoju i dla... Elli. To postawiwszy, zerknął jeszcze raz na zamyślonego Alrena i odszedł.


***


Tymczasem, komnata Elli...


Gdy Ella się ocknęła, znajdowała się na krześle, w jakiejś bogato zdobionej komnacie, mając na sobie tylko seksowną czarno-czerwoną halkę. Dziewczyna zastanawiała się przez chwilę, skąd zna to miejsce, aż nagle ją olśniło. Przecież to była jej sypialnia w rezydencji Theliny. Rozejrzała się ze zdumieniem, aż jej wzrok natrafił na postać mężczyzny, stojącego przy oknie.


Mimo iż był on odwrócony do niej tyłem, a w pomieszczeniu panował nocny półmrok, doskonale wiedziała, kim jest. Serce zabiło jej mocniej, widząc, że ma na sobie tylko jedwabny, czarny szlafrok. Mimo iż do końca nie wiedziała, czy powinna, podeszła do niego i spojrzała z boku na jego twarz. Zdziwiła się, widząc powagę i zamyślenie. Czekała, aż się odezwie, ale on tylko popatrzył jej głęboko w oczy i uśmiechnął się lekko. Obrócił się tak, by być naprzeciwko niej i niespodziewanie uniósł jej dłonie, a potem przyłożył je do swoich policzków. Wtulił się w jej ręce i zamknął oczy. Nadal nic nie powiedział, a ona przełknęła ślinę i patrzyła na niego zszokowana.


Jego dotyk był taki czuły i delikatny. W dodatku ten wyraz twarzy i smutne, szmaragdowe spojrzenie – poruszyło ją to. Mimowolnie rozchyliła usta i przesunęła dłońmi w dół,  po jego twarzy, aż zeszła do klatki piersiowej. Gapiła się na swe ręce, gdyż jego oczy przyprawiały ją o zawrót głowy. Zaraz jednak poczuła jego dłonie na swej talii. Przyciągnął ją bliżej siebie, aż jego ciepło promieniało na jej ciało. Gdy odważyła się na niego spojrzeć, znów poraziło ją jego spojrzenie.


-        Re... – urwała, bo wtedy poczuła jego wargi na swych ustach i kolana się pod nią ugięły.


Całował ją najpierw tak subtelnie i delikatnie, że musiała się go kurczowo trzymać, by się nie przewrócić. Świat bowiem zawirował. Później pocałunek przemienił się w ognisty i rozwiązły, który odebrał jej resztki powietrza. W dodatku jego ręce powędrowały wyżej, okalając jej kształtne ciało i budząc jej pożądanie. Gdy ich usta oderwały się od siebie, znów chciała coś powiedzieć, o coś zapytać, ale on bez słowa przytulił ją do siebie mocno. Czując jego oddech na szyi i gorące ciało, zaniechała rozmowy. Postanowiła cieszyć się chwilą...


Zaraz potem przenieśli się na łóżko. Ren siedział, oparty o poduszkę, a  Ella położyła głowę na jego kolanach i odpływała, gdy on bawił się jej włosami i głaskał ją po twarzy. To było takie przyjemne i takie inne od tego, czego doświadczyła dziś pod drzewem, że nie mogła się nadziwić, że to wciąż ten sam Alren. Jednak myśl o tamtej sytuacji znów skłoniła ją do rozmowy, więc podniosła się i przybliżyła do niego. Zanim jednak zdołała coś powiedzieć, obrysował palcami jej usta i spojrzał na nią tak ciepło. Zarumieniła się i zapomniała, o co miała spytać. Po chwili Ren uniósł jej lewą dłoń i pocałował, a następnie spojrzał na jej obrączkę i uśmiechnął się do niej. Wówczas po raz pierwszy usłyszała jego zmysłowy głos.


-        Ello... Wyjdź za mnie...



Zerwała się ze snu i przez chwilę nie wiedziała, gdzie jest. Jej policzki płonęły, a serce waliło jak szalone. Oplotła się ramionami i próbowała uspokoić, że to był tylko kolejny sen. Nie dało się jednak ukryć, że był on piękny... Zaś na wspomnienie ostatnich słów, które padły z ust Rena, oczy jej zwilgotniały. Jakże by chciała je usłyszeć na jawie...


***


9 dzień ruanu 8976 roku (9 dzień szkolenia), Aloria – Shall (Ogród Królewski), przed południem


Wszystkim pozwolono pospać dłużej, gdyż zarwali prawie całą noc. Warunkiem było, że zajęcia zostaną nieco przedłużone i potrwają do późnego wieczora, kolejnego dnia. Było więc krótko przed południem, kiedy Ella szła po ogrodzie, kierując się w stronę Wieży Łuczników. Dziś miała mieć kolejne lekcje z Soaną. Odkąd się obudziła, czuła się dziwnie.


Z jednej strony była zła na Alrena, że tak ją wczoraj potraktował, a z drugiej – marzyła, by znów się do niego zbliżyć. Raz chciała go ukarać, udając obojętność, a raz rumieniła się na wspomnienie swego snu. Każde spojrzenie na obrączkę kończyło się podobnie. Potrząsnęła głową, by odpędzić te wszystkie rozpraszające myśli i wtedy zauważyła Alrena, który najwyraźniej zmierzał w stronę jeziora.


Ren zauważył ją, a ona się zatrzymała. Gdy zaś natknęła się na jego zielone spojrzenie, mimowolnie zarumieniła się. Ujrzała przez chwilę zaskoczenie na jego twarzy i kiedy po chwili myślała, że zaraz powie jej coś niemiłego lub zrobi tę swoją, „chłodną minę”, on podszedł do niej i stanął tuż przed nią. Przełknęła ślinę, gdy był tak blisko. Skłonił się nieco, wprawiając ją w zdumienie.


-        Dzień dobry, Wasza Wysokość – rzekł zwyczajnym głosem i podał jej chusteczkę. Spojrzała na niego pytająco. – Wytrzyj się. Masz trochę dżemu na brodzie – pokazał na sobie, a ona się speszyła.


Zaczęła nerwowo się wycierać, ale zupełnie niespecjalnie, skutecznie omijała to zabrudzenie. W końcu więc Ren westchnął i wytarł to kciukiem. Głupi gest, a sprawił, że poczuła przyjemne mrowienie na skórze. Znów się zarumieniła i spojrzała w bok.


-        Dziękuję... – rzekła i nagle przypomniała sobie, że miała być wobec niego obojętna. Odchrząknęła więc sztucznie. – Wybacz, muszę już iść – odparła, udając chłodny ton głosu, ale Ren nie zamierzał tego komentować.


-        Oczywiście. Miłego dnia – dodał jeszcze i szybko poszedł dalej.


Ella zaś udała się na zajęcia, w nieskończoność rozpamiętując swój sen i sytuację sprzed chwili. Analizowała jego zachowanie i widziała wyraźną zmianę w jego postawie, w stosunku do tego, jaki był w minionym tygodniu. Zastanawiała się, co jest tego przyczyną. Czyżby ich wczorajsze zbliżenie? A może wyrzuty sumienia? Możliwy był też inny czynnik. Nie chciała jednak spekulować. Miała tylko nadzieję, że nastąpił jakiś przełom i od teraz wszystko zacznie zmierzać w lepszym kierunku. Ta myśl dodała jej energii, która przydała się na zajęciach z łucznictwa...


***


Tymczasem, gdzieś w lesie...


Złotooka kobieta patrzyła na pałac z daleka i uśmiechała się do siebie, obracając w dłoni malutki flakonik, wypełniony ciemnofioletowym płynem.


-        Już niedługo... – mówiła do siebie. – Wkrótce umrzesz, Księżniczko Miryonu. Nikt nie oparłby się tej truciźnie, nawet sama bogini Mira...


Zaśmiała się szyderczo, zadowolona z efektu swojej pracy. Długo szukała przepisu na tę zakazaną miksturę, potem składników, aż w końcu wypróbowała napój na jakiś biedaku w Lorionie. Udało się jej stworzyć idealny, śmiercionośny wywar i już planowała, jak i gdzie poda go Mirelli.


-        Jednak zanim to, muszę najpierw pozbyć się Shiryenów... – myślała na głos. – Jeśli tu będą, może mi się nie udać. Jakby tu ich odciągnąć od pałacu? A! Już wiem...


Tiya przypomniała sobie o istnieniu dużej sieci jaskiń w tych górach, w których rosły niezwykle rzadkie rośliny. Uznała, że to idealne miejsce na pułapkę. Teraz musiała tylko ich tam sprowadzić...


 

Aruell
Nastrój: ...
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 141

niedziela, 25.grudnia.2011, 00:00

 


Witajcie!


Pierwszy świąteczny bonus ;)


Wesołych Świąt!



***


Rozdział 141


 


8 dzień ruanu 8976 roku (8 dzień szkolenia), Aloria – Shall (wybrzeże jeziora), noc


Gdy uczucie ekstazy minęło, Ren odsunął się od niej, poprawił spodnie i zapiął pasek. Popatrzył na nią, jak podpierała się o drzewo, pozbawiona wszelkich sił i cieszył się, że zszokowana Ella nie patrzy mu w oczy. Wiedział bowiem, że nie potrafią one kłamać...


Widział, że nie odzyskała jeszcze spokojnego oddechu, a tymczasem on już za nią tęsknił... Jednak nie mógł zrobić tego, czego najbardziej w tej chwili chciał... Głowił się, co ma z tym teraz zrobić, by całą farsę szlag nie trafił. Wiedział, że powinien tak zagrać, by wyszło, że ją wykorzystał lub po prostu zaspokoił potrzebę, która widział w jej oczach - tak czysto służbowo, ale... nie czuł się na siłach.


I tak zbyt wiele razy ją zranił. Nie chciał robić tego znowu, choć to była jego wina, że dał się ponieść emocjom i do tego doszło. Mimo że za żadne skarby nie oddałby tych paru minut, które dopiero co minęły, to miał poczucie winy. Opanował się jednak i kiedy Ella w końcu na niego spojrzała, jakby oczekiwała jakiś wyjaśnień, czegokolwiek, on po prostu odszedł bez słowa.


-        Ren! Stój! – krzyknęła, gdy otrząsnęła się z szoku, ale on się nie zatrzymał. – Reeen!! – w jej głosie było słychać ból, gorycz i coś jeszcze... Tak, to była tęsknota.


Jednak mężczyzna ponownie nie zareagował, tylko zniknął jej oczu. Dziewczyna usiadła na mokrej, błotnistej ziemi, nie zważając na wciąż padający deszcz i rozpłakała się. Nie mogła wiedzieć, że nie ona jedna. Po policzkach Rena bowiem również spłynęły łzy, ginące w ulewie...


***


Tymczasem, nieopodal...


Gord stał nieruchomo. Wciąż był wstrząśnięty tym, co zobaczył... Właśnie wracał od Syriany, która potwierdziła słowa Alrena i wyjaśniła, w jaki sposób może utracić tytuł, aż nagle usłyszał krzyk Elli. Zaniepokoił się, a gdy ją znalazł, ujrzał ją drżącą pod drzewem. Nie była sama. Co więcej, on wciąż był w niej...


Sytuacja była jednoznaczna, ale i tak nie mógł uwierzyć własnym oczom. Po chwili ten sam mężczyzna zwyczajnie się od niej odsunął, doprowadził się do porządku i odszedł bez słowa. Na ten widok Gorda przeszył nieprzyjemny dreszcz. Gdy zaś Ella, poszarpana, brudna i poobijana nawoływała go bez końca, a ten kretyn nawet się nie odwrócił, Gord wpadł w furię. Nie mógł tego dłużej znieść... Jak on może być aż tak okrutny?


Zerwał się z miejsca i wbrew rozsądkowi, który nakazywał uspokoić Ellę i odprowadzić ją do jej komnaty, pobiegł w stronę, w którą poszedł Alren. Miał w tej chwili w nosie nawet to, co usłyszał od Syriany. Nie dbał o to. Zamierzał skopać temu draniowi tyłek, choćby musiał wszystko stracić. Nie znosił go. Nie cierpiał. A ponad wszystko zazdrościł mu, że pomimo tego wszystkiego, ona nadal go tak kocha! Nie mógł tego zrozumieć...


W tej chwili dogonił Alrena i gdy ten, wyczuwszy jego obecność, odwrócił się do niego, Gord zatrzymał się i wyjął swój miecz. Jego błękitne oczy płonęły od gniewu i żalu.


-        Nie jestem w nastroju na potyczki – warknął Alren, nim ten zdążył coś powiedzieć.


-        Mam gdzieś twój nastrój! Stawaj do walki! – krzyknął i wówczas otoczyła go białą aura Shiryena, co zdziwiło nieco Rena.


-        Zdajesz sobie sprawę z tego, co robisz? - zakpił. – Wiesz co cię czeka w razie porażki?


-        Wiem! – Zaskoczył go tym, więc brunet mruknął z zainteresowaniem.


-        Ciekawe... I mimo to nadal chcesz e mną walczyć? – zadrwił.


-        Powiedziałem już – syknął. – Masz czelność prawić mi morały, a sam co robisz? Niby w czym jesteś lepszy? Ty draniu! Jak mogłeś ją tak potraktować! – wrzasnął i zaatakował go, ale jego miecz przeszył tylko powietrze, gdyż Ren nagle zniknął i sekundę później Gord usłyszał go za sobą.


-        Tu jestem, idioto – prychnął Alren. – Gniew przysłonił ci oczy. Nawet mnie nie widzisz... – drażnił go. Gord zamachnął się i odpędził go od siebie.


-        Zamknij się i walcz ze mną! Skopię ci ten arogancki tyłek!


-        Widziałeś, co przed chwilą zaszło... – Wniosek ten był dla niego oczywisty. – Jednak nie licz, że będę ci się tłumaczył.


-        Nie musisz nic mówić... Nic cię nie usprawiedliwia! Sądzisz, że skoro jesteś silny, to wszystko ci wolno? Bezczelność! Dlatego ktoś musi ci dać nauczkę...


-        I tym kimś masz być ty? – zadrwił. – Nie rozśmieszaj mnie, Gordzie. Daję ci ostatnią szansę. Wycofaj się! – warknął.


-        Nie mam mowy!


Ren widział w jego oczach zdecydowanie i niepohamowana żądzę walki. Wiedział, że on nie ustąpi, więc przestał się hamować i również wezwał aurę Shiryena oraz wyjął swój miecz.


-        Skoro tak bardzo tego chcesz, głupcze... – Uśmiechnął się ironicznie. – To niech ci będzie... Walczmy!


***


W tym samym czasie, w pałacu...


Soana wbiegła z impetem do komnaty Syriany, co zaskoczyło Arcykapłankę, która właśnie zamierzała się położyć do łóżka. Wszak była już późna noc.


-        Pani! Alren i Gord toczą pojedynek nad jeziorem!


-        Co takiego? – Syrianie od razu odechciało się spać. – Co za głupiec... – pomyślała o Gordzie i natychmiast wybiegła z pałacu.


W drodze na miejsce Syriana i Soana natknęły się na Ellę, siedzącą samotnie pod altanką. Była w opłakanym stanie.


-        Na Hariosa, co ci się stało? – głos Soany się załamał, a Ella pożałowała, że nie poszła od razu do komnaty i dała się taką przyłapać.


-        Nieważne... Nic mi nie jest. To tylko błoto i woda...


Mimo iż Ella tak mówiła, stan jej ubrania świadczył o czymś więcej, ale mimo to, nie maiły czasu na pogawędki.


-        Idziemy powstrzymać tych głupców. Idziesz z nami albo wracasz w tej chwili do pałacu. Wybieraj! – Syriana mówiła szybko.


-        Głupców?


-        Oni się biją... – wyjaśniła Soana.


-        Jak to?


W głowie Elli momentalnie pojawił się możliwy scenariusz zdarzeń i zerwała się, jak szalona w stronę jeziora. Syriana i Soana wymieniły się znaczącymi spojrzeniami i pobiegły za nią.


***


Nad jeziorem...


Kiedy dziewczyny dotarły na miejsce, pojedynek zaczął się już na dobre. Gord był zasapany, Alren - nie, ale mimo to otoczyli w miarę równą walkę. Widać jednak było wyraźnie, że Gord daje z siebie wszystko, tymczasem Alren nie wykorzystywał nawet większości swej mocy i umiejętności.


Ella nie mogła oderwać wzroku od walczących mężczyzn. Na widok Alrena momentalnie się zarumieniła. Wciąż czuła ten żar w sobie, który on po sobie zostawił. Natomiast obraz Gorda wzbudzał w niej żal. Było jej go szkoda z wielu powodów. Zaimponował jej jednak, że odważył się rzucić wyzwanie Renowi.


Soana biernie obserwowała walkę i Ellę na zmianę, jakby szukała związku, czekała na jakieś reakcje, cokolwiek. Tymczasem Syriana wypowiedziała pod nosem jakieś zaklęcie i otoczyła obszar, w promieniu pięciuset metrów, jakąś barierą, co zwróciło uwagę wszystkich, nawet walczących, którzy spojrzeli w jej stronę.


-        Co to jest? – zaniepokoiła się Ella.


-        Bariera niewidzialności. Nikt, kto znajduje się poza nią, nie zobaczy tego, co tu się dzieje - wyjaśniła głośno. – Powinieneś mi podziękować, Gordzie. A najlepiej od razu się poddaj! – dodała z naciskiem, zwracając się bezpośrednio do blondyna, a on się zmieszał. Gdy jednak ujrzał Ellę, ponownie ogarnął go szał.


-        Nie! Dopóki nie padnę, nie poddam się!


Zaatakował Alrena, który bez trudu odparował cios. Natomiast Ella próbowała zrozumieć sens słów Syriany.


-        Wyjaśnij mi to... – niemal rozkazała.


-        Sprawa jest prosta. Oni obaj o tym wiedzą – powiedziała spokojnie. – Jeśli Ren pokona Gorda, bezpowrotnie straci on tytuł Shiryena, gdyż Alren ma najwyższą rangę. Odwrotnej sytuacji sobie nie wyobrażam. Gord nie ma szans go pokonać...


-        Chcesz powiedzieć, że jeśli się nie podda i przegra, to wszystko straci?


-        Tak. Wszystko... Pozycję, reputację, pracę. Będzie nikim i bez niczego – wyznała Syriana.


-        Ale czy to nie jest stały tytuł? – zdziwiła się.


-        Generalnie jest. Utrata tytułu jest możliwa tylko w przypadku Shiryena niższej rangi, jeśli zostanie pokonany przez głównego Shiryena. A ponieważ bardzo, bardzo rzadko w jednym kraju jest dwóch Shiryenów, utrata tytułu jest niemalże niemożliwa i niespotykana. Jednak starożytne prawo przewidziało nawet takie wyjątki...


-        Głupie zasady! – zirytowała się Ella.


-        Być może... Jednak to stare, tajne prawo nadal obowiązuje. Dlatego otoczyłam nas barierą. – Uśmiechnęła się tajemniczo. – Jeśli Gord przegra i Alren zgodzi się tego nie ujawniać, nikt się o tej walce nie dowie i Gord zachowa tytuł.


-        Rozumiem... - Olśniło ją.


-        Ale i tak porażka to porażka. Już nie będzie się czuł tak, jak kiedyś – zauważyła Soana.


-        To jego decyzja – stwierdziła. – Chciałam ich powstrzymać, ale widzę, że Gord nie chce przestać. Niech więc tak będzie. Może w końcu zrozumie, gdzie jego miejsce – westchnął bezradnie.


Tymczasem walka znudziła już Alrena. Zwiększył swoją shiryenowską moc i uniósł miecz, a wyczerpany Gord gotował się na specjalny atak, który Ren najwyraźniej szykował.


-        Mam już dość tej zabawy – stwierdził sucho Alren. – Kończymy...


-        To się okaże...


-        Z pewnością...  - westchnął i otoczył swój miecz aurą Shiryena, a następnie jego oczy zaświeciły na biało.


Gord zadrżał. To była oznaka pełnej kontroli aury Hariosa. On sam jeszcze nie opanował tej sztuki, więc przełknął nerwowo ślinę, nie wiedząc, czego się spodziewać. Nagle Alren zniknął mu z oczu. Poruszał się tak szybko, że nie mógł go zobaczyć. Przez myśl mu przeszło, że to tajne techniki poruszania się, o których kiedyś czytał, a następnie poczuł potężne uderzenie z przodu. Ren zjawił się przed nim w zawrotnym tempie i jednym ciosem pozbawił go miecza oraz powalił na ziemię. Następnie stojąc nad nim uniósł rękę i krzyknął:


-        Shavionos!


Pod Gordem pojawił się lśniący na biało pentagram, który go unieruchomił, a następnie pochłaniał jego życiową energię. Alren przytrzymał to tak długo, aż Gord był bliski zemdlenia, a wtedy zaprzestał i zwyczajnie przyłożył mu miecz do gardła, gdy ten dyszał ciężko przestraszony i pozbawiony energii.


-        Przegrałeś – rzekł spokojnie Alren, patrząc na niego z góry. W tej chwili aura Shiryena zniknęła.


-        To niemożliwe... Mamy porównywalna moc Shiryena, więc dlaczego ty...


-        Ponieważ ja umiem ją w pełni wykorzystać. Ty zaś jesteś Shiryenem zbyt krótko, by posługiwać się takimi zaklęciami i technikami – skomentował, chowając miecz.


-        To nie fair... – czuł okropny wstyd, że Ren tak łatwo go pokonał. Sądził, że pójdzie mu lepiej.


-        Nie fair by było, gdybym użył też innych umiejętności, niż te, które posiadają Shiryeni... – odparł, a on zamilkł.


-        Masz rację... – niechętnie to przyznał. – Zasługujesz na swój tytuł, w przeciwieństwie do mnie, ale to i tak już nieaktualne... – westchnął, podnosząc się od pozycji siedzącej.


-        Niekoniecznie... – usłyszał nagle głos Syriany, która podeszła do nich bliżej. – Dzięki mojej barierze nikt nie widział tej walki. Zatem tylko od Alrena zależy, czy utracisz tytuł, czy nie.


-        Ale... – chciał zaprotestować, gdyż nie lubił litości.


-        Alrenie, czy zgadzasz się zachować tej pojedynek w sekrecie oraz na to, by Gord nadal był Shiryenem? – spytała bruneta, a on spojrzał na blondyna.


Gord czuł się fatalnie w tej sytuacji, Był przekonany, że Alren wykorzysta szansę, by się go pozbyć i właśnie przygotowywał się psychicznie na taki obrót sprawy. Nie spodziewał się, że mężczyzna go zaskoczy...


-        Gord nie zasłużył na utratę tytułu – rzekł poważnie, a blondyn zamarł z wrażenia.


-        C-Co? – wyksztusił zszokowany, a Syriana się uśmiechnęła. Wiedziała, że tak będzie.


-        To co słyszałeś – burknął Alren podając Gordowi dłoń. – Nikomu nie powiem o tej walce – dodał jeszcze, ze zrezygnowaniem.


Gord nie wierzył własnym uszom. Kompletnie się tego nie spodziewał. Szok sprawił, że wciąż jeszcze nie podał Renowi dłoni, jakby miał ciało z kamienia.


-        Podasz mi tę cholerną rękę? – warknął i dopiero to otrzeźwiło Gorda. Automatycznie wyciągnął ku brunetowi dłoń.


Alren pomógł mu wstać, a Gord patrzył brunetowi w oczy, jakby szukał w nich odpowiedzi na pytania, od których zaroiło się w jego głowie. Zaraz potem Alren zerknął jeszcze w stronę Elli, która była zszokowana sceną, która ujrzała przed chwilą, a następnie odszedł, bez słowa pożegnania.


Mimo iż trwało to tylko kilka sekund, Gord dostrzegł w spojrzeniu Rena coś niesamowitego – wielki ból i tęsknotę. Może nawet poczucie winy? Nie wiedział, jak to określić, ale widok ten zrobił na nim wrażenie. Zaczął się zastanawiać, czy nie był ślepcem, który przeoczył coś ważnego...


Chwilę później wszyscy się rozeszli, wracając do swoich komnat. Nikt się nie odezwał, gdyż każdy był pod wrażeniem ostatniej sytuacji. Zwłaszcza Gord i Ella zdawali się nad czymś intensywnie rozmyślać.



Aruell
Nastrój: ^^
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 140

czwartek, 22.grudnia.2011, 00:00



Witajcie!


Przed Wami przełomowy i zarazem mój ulubiony rozdział tej części. Mam nadzieję, że i Wam się spodoba. ;)
Pozdrawiam ;)


***


Rozdział 140


 


8 dzień ruanu 8976 roku (8 dzień szkolenia), Aloria – Shall (wybrzeże jeziora), późny wieczór


Krople deszczu spływały po ich ciałach, kiedy przez kilka sekund stali naprzeciw siebie w milczeniu, posyłając sobie znaczące spojrzenia. Po tym krótkim czasie on pierwszy się odezwał.


-        Czyżbyś znów mnie szukała, Pani? – rzekł chłodnym i wyrachowanym tonem głosu.


-        Mam już tego dość, słyszysz? – z jej oczu poleciały iskry. – Dość!! – uniosła miecz tak, że ostrze było teraz skierowane w jego pierś, on zaś się ironicznie zaśmiał.


-        Chcesz ze mną walczyć? – zakpił. – Jest na to o tydzień za wcześnie, chociaż w sumie... Nie sądzę byś kiedykolwiek była na to gotowa, Księżniczko – syknął, nic sobie robiąc z jej miecza oraz walecznej postawy.


-        Ja nie żartuję! – syknęła wściekle, więc spojrzał na nią ponownie, by przekonać się, czy naprawdę chce z nim walczyć. Uśmiechnął się, widząc płomień w jej oczach. – Dziś mi wszystko wyjaśnisz!


-        Niby co jest do wyjaśniania? – udawał, że nie rozumie.


-        Dobrze wiesz, co – prychnęła. – Chcę wiedzieć, o co ci chodzi. Jaki rozkaz otrzymałeś i dlaczego się na niego zgodziłeś. Irytuje mnie, że mnie odtrącasz i traktujesz w ten sposób...


-        Nic nowego... – zadrwił.


-        Owszem, ale tym razem moja cierpliwość się skończyła!


-        Tym razem? A co to się tym razem stało? – jego oczy również zaczęły wyrażać złość, jak tylko pomyślał o Gordzie.


-        Jeszcze pytasz? – Wszystko się w niej gotowało. – Szlag mnie trafia, jak widzę, to twoje sprzeczne zachowanie! Niby mnie rzuciłeś, ale nie możesz znieść widoku, kiedy jestem z Gordem i pilnujesz mnie na każdym kroku. Z jakiej racji? Nie jesteśmy już razem, więc jakim prawem się wtrącasz? Masz czelność, w obecnej sytuacji, uważać się za mojego pana i rościć sobie prawo do wyłączności?! – syknęła i uderzyła w niego mieczem z całej siły. Ren w ostatniej chwili zablokował cios, jakby sprawdzał, czy nie blefuje.


-        Nie przypominam sobie, bym kiedykolwiek coś takiego mówił – warknął i odepchnął ją jednym ruchem tak, że zachwiała się i cofnęła o kilka kroków.


-        Kpisz sobie? Jesteś wobec mnie podły, ale jednocześnie zazdrosny o Gorda! Niby jak mam to rozumieć? – zakpiła głośno. – Dla mnie oznacza to, że nadal mnie kochasz, tylko wciąż utrzymujesz, że jest odwrotnie! Wyjaśnij mi to w tej chwili, albo... – zagroziła i zadała kolejny cios. Ich miecze się spotkały.


Deszcz zaczął padać mocniej, jakby reagował na rosnące między nimi napięcie. Alren patrzył jej prosto w oczy, z coraz większą złością, co ona bez trudu zauważała.


-        Albo co? – zadrwił. – Zabijesz mnie? Nie rozśmieszaj mnie! – prychnął z rozbawieniem i zadał taki cios, że mimo iż dziewczyna go zablokowała, siła uderzenia odrzuciła ją na jakiś metr dalej. Syknęła z bólu.


-        Ty cholerny draniu... – wycedziła przez żeby, szybko wstając na nogi.


-        Skoro jestem takim draniem, to po marnujesz tu czas? – warknął. – Wracaj do Gorda! Skoro tak przez mnie cierpisz, to powinnaś mnie unikać!


-        Jak możesz? - zadrżała ze złości i niedowierzania. Zacisnęła też mocniej pieść na rękojeści miecza.


-        Twierdzisz, że tak za mną tęsknisz i żyć beze mnie nie możesz? Nie żartuj sobie! Bardzo szybko znalazłaś sobie pocieszenie u Gorda. Mimo że ledwo co go znasz, to całowałaś się z nim wielokrotnie, a gdyby nie moja interwencja, on przespałby się z tobą, pomimo tego, że byłaś pijana!  - krzyczał. - A może źle zrobiłem? Może tego chciałaś, co? Może on ci się naprawdę podoba? Ale w takim razie, czego chcesz ode mnie, do cholery?! – drwił, a ona poczuła się dotknięta. Sposób, w jakim o tym mówił, był okropny.


-        Przestań! Nie masz prawa tak mówić! – natarła na niego, używając całej siły. Znów skrzyżowali miecze i wściekłe spojrzenia. – Śmiesz mi to wyrzucać, po tym jak mnie bezlitośnie rzuciłeś, zapewniłeś, że już mnie nie kochasz, a potem romansowałeś z Sao? – Wokół Elli pojawiła się błękitna aura, co on od razu zauważył.


Wraz z tym, dziewczyna zyskała nadnaturalną siłę, co było wyraźnie odczuwalne. Jednak to nie wystarczyło. Alren bez problemu ją odepchnął. Gdy dziewczyna znów upadła i ubrudziła się w błocie, przyjął postawę bojową, a jego oczy zalśniły zielenią.


-        Skoro używasz magii, nie widzę powodu, dla którego ja miałbym się ograniczać – syknął, a ona zadrżała na widok tego spojrzenia.


Te oczy... Przyciągały ją do niego, jak diabli! Jak miała teraz z nim walczyć? Pozbierała się jednak, wciąż otoczona błękitną aurą i przyjęła podobną postawę do niego.


-        Rozumiem, że nie zamierzasz mi nic wyjaśnić i obecna sytuacja ci odpowiada? – ledwo jej to przeszło przez gardło. Czuła się naprawdę zraniona.


-        Tak. Dlatego poddaj się i wracaj do komnaty – odparł chłodno. – Nie masz szans mnie pokonać. Jeśli sądzisz, że jest inaczej, to mnie obrażasz – dodał, co jeszcze bardziej ją rozjuszyło.


-        W porządku! Skoro tego właśnie chcesz, niech tak się stanie! – wrzasnęła. – Tym razem to ja zrywam z tobą! – zaskoczyła go taką odpowiedzią.


-        Chyba się przesłyszałem... – zaśmiał się głośno, jakby usłyszał dobry kawał.


-        Mówię poważnie! Skoro tego chcesz, nie musisz mi nic wyjaśniać. Od dziś nie będę się za tobą uganiać i przestanę cię kochać. Nie chcę mieć z tobą nic wspólnego! Nie chcę być dłużej odtrącana i raniona! – Sama była pod wrażeniem, że zdołała powiedzieć coś takiego, a Ren był w szoku. Tego to już się kompletnie nie spodziewał.


-        To tylko słowa – otrząsnął się. – Za bardzo mnie kochasz, by zdobyć się na coś takiego... – zadrwił z ironicznym uśmiechem, a ona nie wiedziała, czy płakać czy mu przywalić.


-        Jesteś bezczelny!


-        Wiem – schował miecz, dając jej do zrozumienia że walka skończona.


-        Mylisz się! Zobaczysz, że tak będzie! – syknęła wściekle. – Może Gord będzie lepszym partnerem od ciebie. Ty nie jesteś już sobą. Jesteś okrutny i bez serca! Nie zasługujesz już na moją miłość. Z nami koniec! – odparła ze złością i opuściła miecz, zamierzając odejść, ale sekundę później poczuła silny uścisk na ręce, w której trzymała broń. Zaraz potem znalazła się ona w dłoni Rena.


-        Oszaleję przez ciebie... - wymknęło mu się, a ona zrobiła oczy wielkie, jak talerze.


Zaraz potem Alren szarpnął nią mocno i z nadmierną siłą przyparł do pobliskiego drzewa, gdzie deszcz nie padał już na nich tak mocno. Jedną ręką ściskał ją, aż od bólu, a drugą przyłożył miecz pod jej gardło. Był blisko, nawet bardzo. Czuła jego oddech na twarzy i tę magiczną silę przyciągania, którą tak dobrze znała. Zimna stal na jej gorącej skórze w połączeniu z płonącym spojrzeniem Alrena, zadziałały na jej zmysły. Oboje oddychali głośno, ledwo panując nad pożądaniem. Wstrzymała oddech i przez kilka pierwszych sekund trwała w bezruchu. Dopiero po chwili Ella otrząsnęła się z szoku i próbowała się mu wyrwać, ale bezskutecznie. Trzymał ją zbyt mocno.


-        Puszczaj! Nie dam się na to znów nabrać... Nie pozwolę, byś wykorzystał moją ... – Szarpała się, więc dla jej bezpieczeństwa odrzucił miecz na bok i złapał jej drugą rękę, którą ona go okładała, by się uwolnić.


-        Bzdura. Kochasz mnie... Pragniesz... – mówił powoli, specjalnie obniżając głos, z ironicznym uśmiechem na twarzy. W efekcie była jednocześnie wściekła i podniecona.


-        Nie! To koniec! – wrzasnęła i znów poczuła szarpnięcie.


Alren przycisnął jej nadgarstki do pnia drzewa, na wysokości jej szyi. Nie była w stanie się uwolnić, bo był zbyt silny. Mimo iż starała się wyswobodzić z jego uścisku, jej ręce nawet nie drgnęły. Spróbowała więc nogami, ale znów zamknął je między swoimi udami, uniemożliwiając jej jakikolwiek manewr. Jednym słowem znalazła się w potrzasku. Zerknęła mu w oczy ze złością, widząc jego uśmieszek.


-        Wypuść mnie, ty cholerny brutalu! – krzyknęła, ale zignorował to.


-        Krzycz, ile chcesz. Wiem, że tak naprawdę wcale nie chcesz się ode mnie odsunąć – jego niski głos znów ją poraził – prawda? – Zbliżył swoją twarz jeszcze bardziej. Brakowało tylko kilka centymetrów, by ich usta się spotkały.


Ella wciąż się szarpała, ale czuła, że jej wola słabnie. Zbyt wielką miała do niego słabość, pomijając już fakt, że ”te oczy” dodatkowo na nią działały. Niemal czuła rosnące między nimi napięcie i nawet niewinne krople deszczu, spływające po jej ciele, zaczęły sprawiać przyjemność, łaskocząc jej skórę. Wszystko dlatego, że była już bardzo podniecona. Jak miała więc z nim teraz walczyć? Jak miała się odsunąć? Skoro wiedziała, że... Alren ma rację. Wcale nie chciała odejść...


-        Dlaczego się nade mną znęcasz? – wyksztusiła z bólem w głosie, poruszając się nerwowo. – Nie chcę, słyszysz? Puść! Zostaw mnie, bła... – urwała, bo wtedy poczuła jego gorące wargi na swych ustach, a zaraz potem ognisty pocałunek.


Żar zalał całe jej ciało. Zabrakło jej tchu, więc gdy oderwał swe usta, dyszała głośno, a jej ciało drżało z emocji. Z jej oczu popłynęły pojedyncze łzy. Już nie miała sił... Już nie mogła się bronić. Chciała być szczera ze swoimi uczuciami... Pragnęła go. Tak bardzo, że nie była w stanie myśleć o niczym innym. Przestała się więc bronić i zamknęła oczy, pozwalając łzom płynąć.


-        Cholerny drań... – wybełkotała, a on poczuł smak zwycięstwa.


Jednak nie tylko Ella biła się z myślami. Również Alren starał się nad sobą panować, co było trudne, zwłaszcza, że był tak blisko niej. Czuł jej zapach, ciepło, drżenie z podniecenia. Słyszał jej rozszalałe serce i przyspieszony oddech. Widział, że ona też ze sobą walczy i... sam miał przeczucie, że tym razem się nie powstrzyma. Tak bardzo za nią tęsknił. Tak bardzo ją kochał i pragnął. Wiedział, że nie powinien... Wiedział, że to znów będzie dwuznaczne, ale... Tym razem poszedł za głosem serca.


Kiedy otworzyła oczy, by zobaczyć, dlaczego on nic nie robi, ujrzała jego pożądliwe, zielone spojrzenie i zmiękły je kolana. Czemu on jest tak diabelnie przystojny? – pomyślała sobie wtedy. Umierała ze zniecierpliwienia. Wówczas znów poczuła jego pocałunek, który odwzajemniła. Poddała się mu wreszcie i zapomniała o całym świecie...


Alren całował ją namiętnie i drapieżnie, odbierając jej oddech. Puścił jej dłonie. Wiedział, że to już niepotrzebne i nie pomylił się. Oplotła go bowiem ramionami wokół szyi i jęczała z rozkoszy, gdy pieścił jej dekolt, przygryzając co chwila. Wstrzymała oddech, gdy szarpnął jej gorset i zsunął tak, że biust był zupełnie odsłonięty. Świat zawirował, gdy jego język natrafił na jej, obrzmiałe z podniecenia, piersi. Zaraz potem wrócił do jej ust. Całowali się tak zawzięcie, że kaleczyli swoje wargi. Przywarł do niej gwałtownie, ale nawet nie zauważyła bólu uderzenia o drzewo, tylko bez opamiętania gładziła jego ramiona i plecy. Drgnęła niespokojnie, gdy poczuła, jak sięga pod jej spódnicę i ściąga jej majtki. Jednak nim zdołała jakoś zareagować, uniósł jej biodra i gwałtownie w nią wszedł. Musiała krzyknąć – tak intensywne było to doznanie.


Oddychali szybko. Nie wiedzieli, gdzie są. Nie myśleli o niczym. Po prostu kochali się dziko, doprowadzając się wzajemnie do szału. Łączyli ból z rozkoszą, gwałtowność z odrobiną czułości. Byli zadziorni i nienasyceni, łaknąc siebie nawzajem, jak narkotyku. Pieścili swoje najwrażliwsze miejsca niemal odruchowo, przekraczając wszelkie granice wytrzymałości, aż w końcu osiągnęli szczyt. Fala niesamowitego gorąca wstrząsnęła ich ciałami i nawet wciąż padający deszcz nie był w stanie ostudzić tego żaru.


Przez chwilę się nie ruszali. Nic nie mówili, zbyt rozpaleni, próbując zapanować nad drżeniem swych ciał. Dopiero po chwili Alren zrozumiał, jak wielki błąd popełnił i gorączkowo myślał, jak go naprawić. Tylko jedno mu przyszło do głowy, choć...


-        Cholera – pomyślał Ren – że też znów mnie poniosło...


***


Link do obrazka - Alren i Ella razem (scalone obrazy):


http://graphic.g.mylog.pl/graphics/12703



Aruell
Nastrój: ;)
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 139

środa, 21.grudnia.2011, 00:04



Rozdział 139


 


7 dzień ruanu 8976 roku (7 dzień szkolenia), Aloria – Shall (Ogród Królewski, sypialnia Elli), wczesna noc


Ren nie mógł dłużej znieść tego widoku, więc chciał odejść, ignorując rozkaz Syriany. Jednak wtedy zauważył leżące na ziemi dwie, opróżnione butelki mocnego wina i nagle go olśniło. Zerknął jeszcze raz na Ellę i od razu zauważył, że jest ledwo przytomna i wciąż ma zamknięte oczy. Spojrzał na jej usta, gdy Gord pieścił jej dekolt i wyczytał z nich, jak wzywa jego imię, a nie Gorda...


Wszystko zrozumiał i nagle ogarnęła go furia, że ten drań wykorzystuje jej nastrój i upojenie dla własnej przyjemności. Wszystko się w nim zagotowało, więc nie czekał już ani chwili dłużej.


Podszedł do ławki zdecydowanym krokiem i rozdzielił ich jednym, gwałtownym szarpnięciem. Kiedy tylko Gord spojrzał na Rena ze zdumieniem i lekkim zdezorientowaniem, brunet przyłożył mu z całej siły w twarz. Uderzenie było tak silne, że Gord zsunął się z ławki i upadł na ziemię. Gdy ponownie podniósł głowę, ujrzał gniewne, żarzące się, zielone spojrzenie Alrena, który zaciskał pięści ze złości i cały się trząsł.


-        Ty sukinsynu! Wstydu nie masz! – syknął wściekle, co otrzeźwiło nieco blondyna, który dopiero teraz zdał sobie sprawę, z tego, co zrobił.


-        Ja... – nie wiedział, co powiedzieć.


-        Nie będę z tobą rozmawiał, kiedy jesteś pijany – warknął, chwytając go za tunikę i szarpnął nim nieco, patrząc mu prosto w oczy. – Jutro się z tobą policzę – dodał złowieszczo.


Tymczasem Ella chwiejnie patrzyła od jednego do drugiego mężczyzny. Obraz był zamazany i podwójny, więc zdawało jej się, że widzi dwóch brunetów.


-        Dwłóch Renóów? – wybełkotała. – Któjy jeest prawdywy?


-        Ten – syknął Alren, biorąc ją jednym ruchem na ręce.


Ren totalnie zignorował Gorda, który próbował go jeszcze zatrzymać i zaniósł Ellę do jej komnaty, gdzie położył ją na łóżku. Jednocześnie się na nią złościł i było mu jej szkoda. Kiedy dziewczyna trzymała go za ubranie i nie chciała puścić, westchnął bezradnie i wyszeptał zaklęcie snu, które uśpiło ją w kilka sekund. Potem stał nad nią i przyglądał jej się chwilę. Pokręcił głową.


-        A mówiłem, byś nie piła w towarzystwie innych mężczyzn... – rzekł bezwiednie, po czym wyszedł z jej komnaty.


Musiał jeszcze poinformować Syrianę, że Ella jest niedysponowana, więc powinna zaczekać z rozmową do jutra.


***


8 dzień ruanu 8976 roku (8 dzień szkolenia), Aloria – Shall (Ogród Królewski), przed świtem


Gdy Gord się obudził, czuł się fatalnie i to nie tylko dlatego, że dokuczał mu kac, ale także dlatego, że doskonale pamiętał, jak dobierał się do Elli, w czym na szczęście przeszkodził mu Alren. Miał wyrzuty sumienia, że posunął się aż tak daleko, by wykorzystać pijaną Księżniczkę. Nic go nie usprawiedliwiało. Ani to, że był pijany ani to, że zakochany. Wiedział, że na trzeźwo nie zrobiłby nic podobnego. Co najwyżej by ją  pocałował... Jednak wczoraj... Gdyby Alren nie wkroczył... Był przekonany, że kochałby się z nią na tej ławce. Jakiż był słaby! Westchnął i nawet rześkie powietrze nie przynosiło mu ulgi.


W końcu potrząsnął głową i stwierdził, że pójdzie do Wieży Szermierzy, by przygotować się do dzisiejszych zajęć. Miał też zamiar przeprosić Ellę za wczorajsze zachowanie, nawet jeśli dziewczyna nic z tego nie będzie pamiętała. Czuł, że jeśli tego nie zrobi, nie będzie mógł spojrzeć w oczy ani jej, ani... Alrenowi.


Wszak jako Shiryen zachował się karygodnie i złamał najważniejszą z zasad. Zirytował się na myśl, że przez swoją słabość znów okazał się gorszy, niż Alren. Gdy skierował się już w stronę wieży, wyczuł silną, znajomą aurę. Odwrócił się gwałtownie i zobaczył Alrena we własnej osobie.


Opierał się o drzewo i patrzył na niego morderczym wzrokiem. Ciarki przeszły mu po plecach. Zadziwiające, że ten facet potrafił przerażać samym spojrzeniem, nawet jeśli nie używał ”tych” oczu.


-        Dzień dobry, Gordzie. Dobrze się spało? – jego ton był wyraźnie ironiczny.


-        O co chodzi? – spytał niepewnie. – Nie mam czasu na pogawędki. Zaraz zaczynam zajęcia...


-        Uciekasz? – zadrwił z niego i uśmiechnął się złośliwie. – Jakbyś nie wiedział, to do początku zajęć zostały jeszcze dwie godziny. Znajdziesz więc pięć minut dla mnie – rzekł tonem nie znoszącym sprzeciwu, więc Gord przełknął ślinę.


-        Przyszedłeś się ze mną policzyć, jak wczoraj obiecałeś? – zgadł bez trudu, ale mimo iż zgrywał twardziela, wiedział, że tym razem racja jest po stronie Rena.


-        Bingo! – klasnął teatralnie w dłonie i zbliżył się do niego. – Skoro więc nie muszę wyjaśniać oczywistego, przejdę od razu do rzeczy.


-        To znaczy? – Gord nie zamierzał okazywać strachu, co nie znaczy, że trochę się go nie obawiał. – Pobijesz mnie? Zabijesz?


-        Heh, widzę, że wciąż uważasz mnie za brutalnego barbarzyńcę. Cóż, nie obchodzi mnie, co o mnie myślisz – zaśmiał się ironicznie. – Nie mam interesu w tym, by cię zabijać, więc oczywiście tego nie zrobię. Musisz jednak coś wiedzieć... – spoważniał i podszedł tak blisko, że Gord poczuł jego oddech na swej twarzy.


-        Chyba wiem, co powiesz...


-        Świetnie, w takim razie tylko utwierdzę cię w przekonaniu – syknął i gwałtownie złapał Gorda za ubranie, tuż pod szyją. – Jeśli jeszcze raz zbliżysz się do Elli bardziej, niż zezwalają na to konwenanse... Jeśli jeszcze raz ją pocałujesz lub dotkniesz tak, jak wczoraj... To nie ręczę za siebie!


-        Grozisz mi?


-        Tak. To jest groźba! – odparł z naciskiem. – Jeśli jeszcze raz to zrobisz... Pozbawię cię tytułu Shiryena i okryję dożywotnią hańbą! A tego byś chyba nie chciał, co? – dodał z wyraźną kpiną, a jego na chwilę zamurowało.


-        Ciekawe, jak? – prychnął, gdy pierwszy szok minął. -  Przecież ten tytuł jest niezbywalny!


-        Wyobraź sobie, że się mylisz! Istnieje jeden, jedyny i tajny sposób  – zaskoczył go. - Jakbyś poczytał Tajemne Zasady Alorii do poduszki, to byś o tym wiedział. Jeśli mi nie wierzysz, to zapytaj Syrianę. Potwierdzi ona me słowa – drwił z Gorda.


-        Jak mogłeś to czytać? Przecież to jest... tajne! – nie mógł się nadziwić.


-        Najwyraźniej nie jestem tak praworządny, jak ty, ale za to mądrzejszy – rzekł odwracając się od Gorda.


Blondyn przez chwilę nie wiedział, co powiedzieć. Stracił już ochotę na dyskusję z nim. Zwłaszcza, że intrygowało go teraz, co to za sposób i zamierzał niezwłocznie porozmawiać o tym z Syrianą. Tymczasem Ren już skończył, gdyż powiedział wszystko, co chciał.


-        Zapamiętaj sobie dobrze moje słowa – rzekł groźnie. – Nie będę się bowiem powtarzał – dodał i odszedł, zostawiając osłupionego Gorda samego.


***


Wieża Szermierzy, wieczór


Ella obudziła się z wielkim bólem głowy i równie dużą dziurą w pamięci. Zdawała sobie sprawę, że się upiła i denerwowało ją, że znów nie pamięta, co robiła w czasie minionego wieczoru. Jakby tego było mało, gdy zapytała o to Gorda, zmieszał się i powiedział, że porozmawiają o tym dopiero po zajęciach, by się nie dekoncentrować. Nie naciskała, zwłaszcza, że miała nieodparte wrażenie, że blondyn jest dziś nie w humorze, nawet jakby trochę przestraszony. Głowiła się tylko, co jest tego powodem.


Zajęcia przebiegły bezproblemowo. Gord walczył z Ellą osobiście, w celach treningowych, jako że na koniec następnych zajęć będzie miała już egzamin z szermierki i będzie musiała pokonać dziesięciu strażników w jednoczesnej walce. Ella starała się o tym nie myśleć i skupić się wyłącznie na doskonaleniu techniki. Była coraz lepsza, ale i tak dobrze wiedziała, że daleko jej do umiejętności Gorda, o Alrenie nawet nie wspominając. To ją trochę martwiło, jako że aby ukończyć ten etap szkolenia, miała go pokonać. Wciąż jeszcze nie wiedziała, jak tego dokonać. Jej stres narastał więc z każdym dniem.


Gdy nastał wieczór i zajęcia się skończyły, Ella mogła wreszcie przejść do rozmowy z Gordem, na którą tak czekała, by dowiedzieć się, co się wczoraj działo oraz dlaczego jest taki małomówny.


-        Gordzie – zaczęła – powiesz mi w końcu, co się stało? Nic nie pamiętam z poprzedniego wieczoru... – zarumieniła się ze wstydu.


-        Ello... – zawahał się. – Muszę cię przeprosić i mam nadzieję, że mi wybaczysz... – nie miał odwagi spojrzeć jej w oczy.


-        Nie strasz mnie tak... Co się stało?


Gord westchnął ciężko i ze szczegółami opowiedział jej poprzedni wieczór. Począwszy od wspólnego picia, poprzez ich pocałunki, tego, jak posunął się za daleko, a skończywszy na wkroczeniu Alrena, który uratował sytuację.


Ella wysłuchała tego wszystkiego w milczeniu, nieco zaskoczona zachowaniem Gorda i jeszcze bardziej zszokowana postawą Rena. Czuła wstyd, że się tak upiła, że dopuściła do takiej sytuacji, ale jednocześnie i złość... Chyba po prostu było tego za wiele...


Gord czekał, aż ona pierwsza się odezwie, ale nie mógł dłużej znieść tej niepewności, więc sam zagadnął.


-        Wybacz mi... – dopiero teraz Ella się ocknęła.


-        Wybaczam – odparła obojętnie. – Jednak liczę, że to się nie powtórzy – dodała ostrzej.


-        Oczywiście. Dziękuję... – ulżyło mu.


-        Dobrze, a teraz wybacz... Muszę z kimś niezwłocznie pomówić...


Ella pożegnała się i pobiegła gdzieś, a Gord zastanawiał się, gdzie tak nagle biegnie i co planuje. Nie mógł rozgryźć jej emocji po tej rozmowie. Chciał wyczytać z jej twarzy, czy jest na niego zła, zawiedziona, cokolwiek... Jednak miał nieodparte wrażenie, że myślała o czymś zupełnie innym, niż on. Czuł, że to ma związek z Renem, ale postanowił tego nie roztrząsać. Planował teraz udać się do Syriany i porozmawiać o tym, co powiedział mu rano Alren. Wreszcie miał na to czas.


Tymczasem złotowłosa biegła, ile sił w nogach, do miejsca, w którym Alren prawie zawsze trenował. Nie rozumiała do końca swoich emocji. Po prostu miała tego wszystkiego dość. Skończyła się jej cierpliwość i zapragnęła zakończyć tę chorą sytuację, choć nie wiedziała do końca, jak to zrobić...


Alren... Odtrącił ją i wciąż mówi, że jej już nie kocha i nawet nie raczy niczego wyjaśnić. Poza tym zachowuje się, jak ostatni drań lub ją ignoruje. Jednocześnie jednak pilnuje jej na każdym kroku, jakby była jego własnością. Sprawia wrażenie zazdrosnego o Gorda i nie pozwala na ich zbliżenie, jak wczoraj. Przecież to przeczyło jego postawie i słowom! Skoro jej nie kocha, skoro ją rzucił, to co go, do cholery, obchodzi, z kim ona się spotyka czy całuje? Nie szkodzi, że nie uważała Gorda za swojego przyszłego partnera, chodzi tylko o samą zasadę. Logicznym wydawało jej się, że Alren nadal ją kocha, a przynajmniej coś czuje, skoro się tak zachowuje. Jego sprzeczne postępowanie oraz brak wyjaśnień doprowadzały ją do szału i właśnie dziś czuła, że miarka się przebrała i obiecała sobie wyciągnąć z niego prawdę.


Gdy zatrzymała się na łące, nad jeziorem i ujrzała ćwiczącego tam Rena, zacisnęła pięści, wyjęła swój miecz i z zaciętą miną podeszła do niego bliżej. Gdy Alren ją zaważył, znieruchomiał i czekał, aż ona podejdzie. Ich spojrzenia się spotkały – chłód z gniewem – zwiastując jakieś starcie lub co najmniej kłótnię.


W tym samym czasie z nieba zaczął padać deszcz. Najwyraźniej nawet niebo nie wytrzymało tego napięcia między nimi...


Link do obrazka - Alren:


http://graphic.g.mylog.pl/graphics/12700



Aruell
Nastrój: ^^
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 138

wtorek, 20.grudnia.2011, 00:02



Kochani Czytelnicy!


Dzisiejszy dzień jest wyjątkowy, więc pozwólcie, że powiem kilka słów, zanim zaproszę Was na kolejną porcję opowiadania.


Dokładnie rok temu, 20 grudnia, napisałam i opublikowałam prolog „Blasku Miryonu”. Ukazał się na moim pierwotnym blogu, na Onecie, którego już nie ma. Dziś jest więc pierwsza rocznica tego opowiadania. ;)


Od tamtego czasu opublikowałam już 138 rozdziałów BM, a napisałam znacznie, znacznie więcej. Sama się sobie czasem dziwię, że stworzyłam coś tak długiego... Traktuję BM, jako materiał do nauki pisania. Wciąż coś zmieniam, eksperymentuję, walczę z szeregiem błędów, by potem pisać lepiej. ;)


Często martwię się o jakość BM, właśnie z powodu sagowej długości, ale mam nadzieję, że nie znudzicie się tym „opowiadaniem”, aż do jego końca.


Trudno mi jest powiedzieć, kiedy on nastąpi. Przewiduję, że jesienią następnego roku lub nawet za rok, przy aktualnej częstotliwości publikacji. Jednak gdy już skończę pisać wszystkie części, będę publikowała rozdziały przez cały tydzień, co może wszystko przyspieszyć. Na razie jednak przez kilka miesięcy nic się w tym zakresie nie zmieni. ;)


Przy tej okazji powiem Wam, że bardzo się przywiązałam do tej historii i bohaterów. To niesamowite, ale zarazem naturalne, skoro są ze mną już rok czasu.


Na koniec jeszcze podziękowania. Dziękuję Neptune, która „wprowadziła” mnie w świat blogowiczów i przez długi czas zachęcała do dalszych publikacji BM. ;)


Dziękuję, z całego serca, Dulci za wszystko, co zrobiła dla mnie i tego opowiadania. Wierzcie mi, bez jej ingerencji nie publikowałabym tak często i nie tylko to. Dziękuję za... A co będę wymieniać. Brzydulka wie, za co. ;*


Dziękuję też moim wiernym Czytelniczkom, za to, że wciąż są ze mną. Mam na myśli osoby, które może i nie zawsze komentują, ale z pewnością czytają. Ina, Yuuko, Fanko ;*


Na koniec zaś dziękuję wszystkim tym, którzy czytają, ale nie dali się poznać. W tym -zupełnie nowym osobom, które zajrzały tu dopiero niedawno. Wy też się dla mnie liczycie. ;)


To wszystko, co chciałam powiedzieć. Mam nadzieję, że zostaniecie ze mną, by wspólnie poznawać dalsze losy Elli i Rena oraz świat Egharii. ;)


Pozdrawiam serdecznie i ściskam każdego z Was po kolei. ;)


A teraz już życzę miłego czytania i jednocześnie powiem od razu, że jeszcze w tym tygodniu zobaczycie przełom w sytuacji Elli oraz Rena, więc obecny stan rzeczy nie potrwa już długo.


Trzymajcie się! ;*


P.S. Przy okazji rocznicy i 3 kolejnych rozdziałów dodam 3 rysunki, jako że dawno tego nie robiłam. Może się Wam spodobają. ;)


***


Rozdział 138


 


7 dzień ruanu 8976 roku (7 dzień szkolenia), Aloria – Shall (Ogród Królewski), południe


Ella spała dziś do późna. Wreszcie siódmego dnia miała wolne i mogła odpocząć. Szczęśliwie nie śniło jej się minionej nocy właściwie nic, ale i tak wstała w nienajlepszym humorze.


Wciąż myślała o Renie i o tym, jak się wczoraj wobec niej zachował. Jego słowa ją zabolały. Wciąż widziała oczami wyobraźni jego zimne, puste spojrzenie i drżała za każdym razem. Wyszła na taras i spojrzała w dal, na piękną, górską dolinę. To był bardzo gorący dzień, wręcz upalny. Westchnęła. Nie miała pojęcia, co robić tego dnia...


Wówczas dostrzegła na dole, w ogrodzie postać Alrena i serce jej przyspieszyło. Był sam i zdawał się patrzeć w jezioro. Siłą rzeczy przypomniała sobie, jak nad innym jeziorem Verie skuły ją z nim kajdankami. Poczuła ukłucie smutku, że teraz się coś między nimi popsuło. Nie mogła oderwać od niego wzroku ani powstrzymać łez tęsknoty. Długo walczyła sama ze sobą – iść do niego, czy nie - aż w końcu otarła łzy, zerwała się i jednym ruchem ubrała krótką, błękitną sukienkę, następnie niemalże pobiegła w miejsce, gdzie przebywał Ren.


Na miejscu, przez chwilę, podziwiała jego muskularne plecy, gdyż siedział półnagi nad brzegiem jeziora, a potem podeszła do niego szybko i bez słowa objęła go mocno od tyłu. Alren, który wprawdzie wiedział, że dziewczyna jest w pobliżu, zupełnie nie spodziewał się takiego gestu z jej strony. Przez chwilę więc trwał w bezruchu, próbując panować nad swoim sercem, które niebezpiecznie mu przyspieszyło.


-        Co robisz, Pani? – ocknął się wreszcie i próbował odciągnąć od siebie jej dłonie, ale ściskała go bardzo mocno. – Puść mnie...


-        Nie! – wtuliła swój policzek w jego plecy. Poczuł jej łzy i przełknął ślinę. – Nie puszczę, dopóki nie wyjaśnisz mi w końcu swego zachowania. Dlaczego taki się stałeś? Dlaczego mnie odtrącasz? Tak bardzo tęsknię, do cholery... – mówiła rozżalona, a on w końcu się pozbierał.


-        Nie dotykaj mnie... – odciągał jej ręce siłą i odsunął się, stając naprzeciw niej, z chłodnym wyrazem twarzy.


-        Ale... Dlaczego? – Kilka łez kapnęło na piasek.


-        Po co szukasz u mnie pocieszenia, skoro to przeze mnie tak się mażesz? – syknął nieprzyjemnym tonem. – Idź do Gorda! On cię przytuli, pocieszy i pocałuje! Seksem pewnie też nie pogardzi... – warknął i odwrócił się do niej tyłem, a ona zamarła. W tej jednej chwili Ella zrozumiała, że jej obawy się potwierdziły.


-        Czy ty – przełknęła ślinę – czy ty widziałeś, jak my...


Nie dokończyła pytania, bo Ren spojrzał na nią lodowato, a następnie zwyczajnie odszedł, zostawiając ją w zupełnym szoku. Ella się załamała. Teraz wiedziała, że on widział jej pocałunek z Gordem i podejrzewała, że był zazdrosny, jak diabli. Z jednej strony ją to cieszyło, bo oznaczało, że nadal ją kocha, ale z drugiej – przeraziła się, że Ren źle interpretuje jej relację z Gordem. Fakt, iż blondyn był w niej zakochany, tylko komplikował sprawę.


Oparła się ciężko o pobliskie drzewo i zaczęła się głowić, jak ma to wyjaśnić Renowi, skoro on nawet nie chce z nią rozmawiać. To był kiepski początek dnia...


***


Kilka minut później, w innej części ogrodu...


Alren zamierzał zrobić sobie długi spacer po dolinie, aby się wyciszyć i uspokoić. Niestety, gdy jeszcze był w ogrodzie, zawołała go Sao. Na początku chciał ją zignorować, jak to robił ostatnio, ale stwierdził, że tym samym nie jest wobec niej fair. Wszak kiedyś bardzo się przyjaźnili. Należała jej się rozmowa. Nie odszedł więc, tylko zwrócił się do niej, kiedy już go dogoniła. Odezwał się do niej pierwszy, jeszcze nim zdążyła coś powiedzieć.


-        Chodź ze mną. Porozmawiamy – rzekł zwyczajnie, zaskakując ją nieco.


Nie protestowała, gdy zaprowadził ją w urokliwe miejsce, gdzie kończył się piękny ogród i zaczynał las, tuż nad jeziorem. Można było zobaczyć stąd odległe, trzy wodospady, które zdawały się wypływać z nieba, a  nie z wysokich gór. Gdy Ren się zatrzymał, spojrzała na niego pytająco, a on lekko się uśmiechnął.


-        Przepraszam, że cię ostatnio ignorowałem – powiedział szczerze. – To dlatego, że nie radzę sobie z tą całą sytuacją... – jego oczy pociemniały.


-        Nie ma sprawy... – zarumieniła się, że ją przeprosił za coś takiego. – Odnośnie tej sytuacji...


-        Wybacz. Nie mogę ci tego wyjaśnić. Jednak powinienem, a nawet muszę ci powiedzieć, że nigdy nie zrezygnuję z Elli – drgnęła, słysząc to zdrobnienie – zatem nigdy nie odwzajemnię twej miłości, Sao – w końcu padły te okrutne, choć oczywiste słowa.


-        Tak... Wiedziałam o tym... – uśmiechnęła się smutno. – Wiedziałam, odkąd pokonałeś drzewce – zaskoczyła go, ale nie skomentował


-        W takim razie, proszę, zapomnij o mnie... – rzekł delikatnie. – Nie chcę cię znów zranić, bo mimo wszystko nadal jesteś dla mnie ważna. Zależy mi, byś była szczęśliwa, tylko że ja sam nie jestem w stanie ci tego zapewnić... - uśmiechnął się, a ona mimowolnie uroniła łzy wzruszenia.


-        Rozumiem... – rzekła smutno. – Obiecuję, że nie będę ci się już więcej narzucała. – Mimo iż o to mu chodziło, poczuł przykre ukłucie w sercu, gdyż jej ton głosu był przepełniony bólem.


-        Sao... – urwał, widząc, że ociera łzy i się uśmiecha.


-        Czy mogę cię objąć? – głos jej się załamał. – Tylko na chwilkę, ostatni raz...


Ren drgnął. Poczuł się zakłopotany ilością uczucia, jaką widział w jej oczach i jej ogólnym zdenerwowaniem. Wahał się jeszcze przez chwilę, po czym rozłożył ręce, ku jej radości. Sao wtuliła się w niego mocno, a on ją delikatnie objął. Dziewczyna najpierw odczuła wielką ulgę czując jego ciepło, a potem rozkleiła się zupełnie. Alren czuł się bardzo dziwnie i był zasmucony tym, że znów ją rani. Westchnął ciężko i poczekał, aż dziewczyna przestanie płakać.


Brunet nie wiedział, że od niedawna obserwowała ich Ella. Był zbyt przejęty Sao, by ją wyczuć, więc nie mógł widzieć łez złotowłosej, widzącej tę scenę. Z jej perspektywy, wyglądało to na czułe przytulanie się zakochanych. Poczuła się urażona, że on ma czelność być zazdrosnym i tak ją traktować, kiedy sam obściskuje się z inną. Wszak to nie pierwszy raz, gdy widziała coś podobnego. Postała jeszcze chwilę, po czym poszła w stronę karczmy, nie mogąc na to dłużej patrzeć.


Tymczasem Sao uspokoiła się i odsunęła od Rena. Spojrzała na niego niepewnie, po czym spróbowała się uśmiechnąć.


-        To był ostatni raz, przysięgam... – powycierała łzy i pokazała mu zdecydowana twarz. – A teraz wybacz... Muszę się przejść – dodała jeszcze i bez słowa więcej poszła w stronę lasu.


Alrenowi było trochę przykro, że dziewczyna tak się do niego wtedy przywiązała, że nawet po tylu latach, jej uczucie nie wygasło... Gdyby w międzyczasie nie poznał Elli, kto wie, może i coś by z tego wyszło? Jednak stało się inaczej i obecnie nie wyobrażał sobie życia z kimś innym, niż Ella...


***


Wieczór, Ogród Królewski



Ella przez cały dzień nie mogła sobie znaleźć miejsca. Błąkała się bez celu po ogrodzie i czytała Księgę Białej Magii, którą Syriana dała jej jako obowiązkową lekturę. Nie mogła się skupić na dłużej na żadnym zajęciu. W końcu zrezygnowana postanowiła jeszcze raz się przejść po terenie pałacu.


Kiedy mijała karczmę w osobnym budynku, z ciekawości podeszła do okna, by zobaczyć, co się dzieje w środku. Poczuła ukłucie zazdrości, widząc wesołych strażników, pijących wino w towarzystwie ładnych kelnerek. Podrywali urocze panny i nieustannie żartowali. Beztroska. Tak, za tym tęskniła najbardziej...


Za czasami, gdy jedynym jej zmartwieniem były zakupy i studia. Czy Mary wróci na kolację, czy też znów zostanie po godzinach. Pierwszy raz, odkąd tu była, zatęskniła za Ziemią i spokojnym życiem zwykłej dziewczyny.


Wtedy pomyślała o tym, dlaczego tak pokochała Egharię. Odpowiedź była jednoznaczna – przez Alrena. Pewnie nic by się nie zmieniło, gdyby nadal mogła z nim być, ale teraz ten świat wydawał jej się zupełnie obcy i taki pusty. Oczywiście Ren był w pobliżu, więc nie zniknął całkowicie, ale to nie był ten sam mężczyzna, którego pokochała. Zaśmiała się gorzko na myśl, że to Alren jest całym jej światem i bez niego oraz jego miłości, odczuwa po prostu pustkę. Już chciała odejść od okna, gdy usłyszała znajomy głos.


-        Proszę , proszę... Jej Wysokość Księżniczka Miryonu zakrada się do karczmy dla personelu – usłyszała i speszyła się. Odetchnęła jednak, rozpoznając mężczyznę.


-        Gordzie, to nie tak... – zawstydziła się. - Ja po prostu tęsknię do takiej normalności. Bądź co bądź jestem Księżniczką zaledwie tydzień i jak na razie niezbyt mi odpowiada takie życie, pomimo wszystkich luksusów – wyjaśniła.


-        Napijesz się ze mną, Ello? – uśmiechnął się łagodnie, ignorując jej ostatnie słowa. Zaskoczył ją bezpośredniością i zwyczajnością w głosie.


W tej chwili pomyślała, że to może być całkiem niezły pomysł – upić się i zapomnieć o tych wszystkich problemach i zawodach, o wiszącej w powietrzu zagładzie i odtrąceniu przez Rena. Spojrzała mu więc w oczy, odrzuciła niebezpieczne myśli o ich ostatnich, ciepłych relacjach i uśmiechnęła się lekko.


-        Chętnie.


-        W takim razie idź na tamtą ławeczkę, na której ostatnio rozmawiałyśmy, a ja przyniosę wino – powiedział zwyczajnie. – Nie możesz wejść do karczmy. To nie byłoby dobrze widziane – dodał, gwoli ścisłości.


-        Jasne... – westchnęła i zrobiła, jak zaproponował.


Kilka minut później, Gord zjawił się z dwoma butelkami wysokoprocentowego wina i nim zaproponował przyniesienie kieliszków lub kubków, Ella wzięła jedną butelkę, odkorkowała i napiła się bezpośrednio z niej, dając mu do zrozumienia, że naczynie są niepotrzebne. Gord skwitował jej zachowanie lekkim uśmieszkiem, po czym usiadł obok niej.


-        Nie pij tak łapczywie, bo się upijesz – skomentował jej ochocze popijanie wina.


-        I dobrze. Chcę się upić.


-        Ale po co? To nie rozwiąże problemów...


-        Ale być może pozwoli zapomnieć, choć na chwilę.


Gord zaśmiał się, po czym postanowił nie odbiegać od niej i wypił porównywalną ilość alkoholu. Przez kolejną godzinę, Ella wyrzucała z siebie wszystkie lęki i problemy, gdyż wino skutecznie rozwiązało jej język i pozbawiło bariery konwenansowej.


Gord wysłuchiwał tego w milczeniu, ukrywając narastającą złość do Alrena, że ta kobieta, tak przez niego cierpi. Jednocześnie i on stał się śmielszy, gdy procenty zaczęły na niego już działać. Bez oporu patrzył w jej odsłonięty dekolt, podziwiał jej czerwone usta i śledził strumyczki wina, które spływały po jej brodzie, nim je wytarła lub oblizała. Była taka piękna, seksowna i zdawała się być nieświadomą swych walorów. Taka ufna, bezbronna... Teraz, kiedy nie był już trzeźwy, trudno mu było panować nad pożądaniem, które i bez alkoholu było silne.


W końcu doszli do etapu, w którym Ella była już naprawdę pijana i półprzytomna. On zaś mimo iż był nieźle wstawiony, zachował jeszcze pion i jako takie myślenie. Jednak, kiedy dziewczyna oparła się o jego pierś, z zamkniętymi oczami i wciąż bełkotała coś o Renie, nie wytrzymał...


Uniósł jej brodę i pocałował namiętnie. Tymczasem pijana Ella nie opierała się, zwłaszcza, że w jej wyobraźni całowała Alrena, nie Gorda. Nie otwierając oczu, tylko się w tym utwierdzała. Gord nie pozostał obojętny, wobec odwzajemnionego pocałunku, więc przez kilka minut całowali się namiętnie i rozwiąźle. Blondyn przestał już się hamować i zupełnie zapomniał o tym, kim jest i kim jest ona oraz o tym, że ta dziewczyna kochała innego. Teraz kierował się tylko popędem.


W tym samym czasie Ren szukał Elli, gdyż Syriana kazała ją do siebie przyprowadzić. Nie mógł jej znaleźć w pałacu, więc poszedł do ogrodu. Gdy w końcu ją znalazł, znieruchomiał z wrażenia. Ella intensywnie całowała się z Gordem. Przez chwilę patrzył w oszołomieniu, jak blondyn dotyka jej piersi i zaczyna całować szyję. Jego ręce powędrowały w dół i dopiero wtedy Ren odwrócił wzrok z odrazą. Zrobiło mu się niedobrze na myśl, że jego wczorajszy koszmar staje się rzeczywistością...


Link do obrazka - Ella:


http://graphic.g.mylog.pl/graphics/12699





Aruell
Nastrój: ^^
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 137

czwartek, 15.grudnia.2011, 00:00



Rozdział 137


 


6 dzień ruanu 8976 roku (6 dzień szkolenia), Aloria – Shall (Ogród Królewski), poranek


Alren już nieco ochłonął po rozmowie z Syrianą i teraz postanowił się przejść. Zamierzał na spokojnie przemyśleć obecną sytuację. Kiedy jednak wkroczył na teren królewskiego ogrodu, od razu wyczuł dwie znajome aury.


Zbliżył się, maskując swą obecność, mając przeczucie, że powinien tak zrobić. Stanął za drzewem i przyglądał się rozmowie Elli oraz Gorda. Szybko zorientował się, że Gord jest zbyt zaaferowany Ellą, by zauważyć cień jego obecności.


Złotowłosa była spięta i jakby wystraszona, a on wyraźnie czymś przejęty. Nie spodobało mu się, że stoją tak blisko siebie. Co prawda, nie dotykali się wzajemnie, ale i tak uznał, że Gord naruszył jej osobistą przestrzeń. Zignorował to jednak i skupił się na ich rozmowie.


-        Co chciałeś mi powiedzieć, Gordzie? – spytała zrezygnowana.


-        Spójrz na mnie... – poprosił, co z oporem uczyniła. – Chciałbym, byś wiedziała, że się w tobie zakochałem... – wyznał, a ją zamurowało. Co prawda, domyślała się tego, ale usłyszeć to wprost, to było co innego.


-        C-Co ty mówisz? - zawahała się i cofnęła o krok. – Gordzie mówiłam ci już... – nie zdołała dokończyć, bo przyłożył palec do jej ust.


-        Wiem, co chcesz powiedzieć – odparł. W jego oczach dostrzegła szczerość. – Jednak mimo to wciąż mam nadzieję. Zależy mi na tym, byś wiedziała, co czuję i że ten pocałunek wiele dla mnie znaczył... – urwał, a ona drgnęła.


Alren, który podsłuchiwał rozmowę, w tej chwili zamarł. Odruchowo zasłonił usta dłonią, by nie krzyknąć ze złości. Jednak zaraz potem miał wrażenie, jakby wszystkie siły go opuściły. Był wstrząśnięty, wręcz załamany.


Całowali się? Ella i Gord? – pytał samego siebie. Nie myślał racjonalnie. Nie dociekał okoliczności. Skupił się tylko na tym jednym fakcie. Jego ciało drżało, a serce waliło, jak szalone. Niemożliwe – powtarzał sobie w kółko. Mężczyzna był w takim szoku, że nie docierały do niego dalsze szczegóły tej rozmowy. Czuł, że nie ma sił, by przyjąć jeszcze choćby jedno słowo, więc szybko się stamtąd ulotnił.


-        Nie wspominajmy o tym – zmieszała się Ella i odsunęła od niego.


-        Nie żałuję, Księżniczko. – Odważnie ujął jej dłonie.


-        Przestań, błagam... – Z jej oczu popłynęły łzy.


-        Nie poddam się, chyba że pokażesz mi, że jesteś z nim szczęśliwa... – Zaskoczył ją, więc zrobiła oczy szerokie, jak talerze. – Proszę, nie płacz. Chcę, byś się uśmiechała... – Otarł czule jej łzy, a potem ucałował jej dłoń.


Ellę przez chwilę zamroczyło. Połączenie tych słów i delikatnych gestów, sprawiło, że się zarumieniła. Jednak szybko to ukryła.


-        Jesteś dobrym człowiekiem, Gordzie. Nie chcę cię zranić. – Spojrzała na niego. – Dlatego proszę, nie angażuj się. – Ujrzał w jej oczach szczerą troskę.


-        Za późno.


-        Gordzie, ja...


-        Nie poddam się, cokolwiek powiesz – zaśmiał się. – Powinnaś już chyba iść na zajęcia. Inaczej Syriana będzie zła – rzekł zwyczajnie, ucinając tamten temat.


-        Masz rację... – odparła, modląc się w duchu, by znaleźć się już daleko od tego kłopotliwego mężczyzny.


***


Wieża Magów; Plac treningowy, wieczór


Nim Ella się obejrzała, nastał wieczór. Dzień ten minął jej wyjątkowo szybko. Dzisiejsze zajęcia z Białej Magii przebiegły raczej zadziwiająco spokojnie. Teraz, kiedy już skończyły, Ella zastanawiała się, co się stało Syrianie.


Obserwowała ją z boku, gdy zbierała swoje rzeczy i wciąż nie mogła oprzeć się wrażeniu, że coś się wydarzyło. Coś, co sprawiło, że Arcykapłanka była przygaszona i zamyślona. Przez całe zajęcia uciekała gdzieś myślami, oszczędzała jej złośliwych uwag i zachowywała się ogólnie, jak nie ona.


Choć Ellę bardzo to intrygowało, nie miała zamiaru o nic pytać. Była wręcz zadowolona, że nie musiała się z nią użerać. Kiedy już machnęła na to ręką i chciała opuścić wieżę, pojawiła się tam wystraszona Sao.


-        Arcykapłanko, Księżniczko... Musicie coś  z tym zrobić! – krzyczała, dysząc ciężko.


-        Co się dzieje? – spytała zaniepokojona Syriana.


-        Alren... – urwała, posyłając Elli dziwne spojrzenie – trenuje straż pałacową  od pięciu godzin. Mają już dość, ale on nie chce przestać! Wpadł w jakąś furię i chyba rozładowuje na nich swą złość – mówiła szybko, zadziwiając je obie.


-        A co go tak wkurzyło? – zdumiała się Syriana, choć miała swe podejrzenia.


-        Nie wiem, pani, ale trzeba to przerwać.


-        Gdzie jest Gord? Czy on nie może tego zrobić?


-        Wspominał coś o wizycie u rodziców, więc chwilowo go nie ma – wyjaśniła.


-        Dobrze – stwierdziła Syriana. – Zaraz się tym zajmę – zapewniła i wskazała Elli, by poszła za nią.


Kiedy dotarły już na miejsce, ujrzały na placu treningowym zdumiewający widok.


Alren stał na środku z dwoma mieczami, a kilkudziesięciu członków straży siedziało lub leżało dookoła niego. Nie byli ranni, lecz brudni oraz totalnie wykończeni fizycznie. Dyszeli ciężko, jakby przebiegli sto kilometrów. Nie mieli już sił walczyć, kiedy Ren wciąż ponaglał, by stawali do pojedynku z nim.


-        Dość tego! – krzyknęła Syriana, podchodząc bliżej. – Koniec treningu. Nie widzisz, że mają już dość? Zmęczeni nie obronią pałacu! – posłała mu krytyczne spojrzenie.


Alren nic nie odpowiedział, tylko spojrzał na nią lodowatym wzrokiem, co sprawiło, że Arcykapłanka drgnęła. Zwłaszcza, że przypomniała sobie ich poranną rozmowę. Ella obserwowała sytuację z lękiem w oczach. Głowiła się, dlaczego Alren tak się okropnie zachowuje. Martwiła się, że to ma związek z nią.


-        Jeśli nie będą poważnie trenować, nawet wypoczęci, nie ochronią pałacu przed generałem Cehronu, który się tu bez wątpienia kręci – stwierdził i schował oba miecze na miejsce.


-        Nie wiemy, czy on tu jest.


-        Błąd, Arcykapłanko. Nie wiemy, jak go zlokalizować, co nie znaczy, że go tu nie ma. Jego obecność jest pewna – prychnął, martwiąc tym Syrianę. Czuła, że to on miał rację, w tej kwestii.


-        Ale...


-        Koniec na dziś – rzekł obojętnie.


Zaraz potem opuścił plac, ignorując nieprzychylne spojrzenia i grymasy strażników, którzy mieli już dość jego humorów i arogancji. Ren pewnie odszedłby bez słowa, gdyby nie zatrzymała go Ella.


-        Alrenie... – drgnął, słysząc jej głos. Ostatnio rzadko rozmawiali. – Dlaczego to robisz? Przecież nie jesteś taki... – mówiła głośno, nie zważając na zdziwione i zaciekawione spojrzenia straży.


-        Z całym szacunkiem, Wasza Wysokość – przerwał jej - niewiele jeszcze o mnie wiesz. – Posłał jej chodne spojrzenie i odszedł. Ellę przeszył zimny dreszcz.


Nie mogła uwierzyć, że to był ten sam Ren, z którym przeżyła tyle przygód i uniesień. Patrzyła długo w stronę, w którą on poszedł, aż po jej policzkach spłynęły łzy. Strażnicy byli zaszokowani tym widokiem i zaczęli szeptać między sobą. Ona zaś zacisnęła pięści i zupełnie ignorując Syrianę oraz pozostałych, odeszła w przeciwna stronę, niż Ren, kierując się do pałacu.


***


Las, noc


Zaniepokojona, ostatnim zachowaniem Rena, Sao szybko zorientowała się, że nie ma go na terenie pałacu ani ogrodu, mimo iż była już noc. Postanowiła go poszukać, by upewnić się, że wszystko jest w porządku. Przemierzyła cześć lasu, aż usłyszała dziwne szmery, w urokliwym zakątku doliny, gdzie widać było wodospady, jezioro, góry i las. Gdy zobaczyła tam Alrena uspokoiła się, że nic mu nie jest, ale zaraz potem zamarła, widząc, w jakim jest stanie.


Mężczyzna siedział pod drzewem i opierał głowę o konar. Na jego policzkach, w świetle księżyca, lśniły łzy. Jego oczy wyrażały niewyobrażalny ból i tęsknotę. Zatrzęsła się z wrażenia, nie mogąc uwierzyć własnym oczom.


-        Nie chowaj się. Wiem, że tam jesteś, Sao – usłyszała nagle i zdenerwowała się, że chyba niedobrze się stało, że widziała go takiego.


Pokonała jednak obawy i podeszła do niego. Zatrzymała się dokładnie przed nim, ale mimo to on nie spojrzał na nią ani razu. Jego wzrok był nieobecny. Sao nie wiedziała, co powiedzieć.


-        Aż tak ją kochasz? – spytała zszokowana, ale nie odpowiedział. – Skoro tak, to dlaczego ty...? Czemu się tak zachowujesz? Dlaczego ranisz siebie i ją? – nie mogła tego zrozumieć. Wówczas Alren wstał i spojrzał na nią obojętnie.


-        Nie pytaj... – wyksztusił i odszedł bez słowa pożegnania.


Sao drżała z emocji. Walczyła sama ze sobą. Z jednej strony pragnęła go całym sercem i miała ochotę wyrwać go z tej męczarni, a z drugiej strony wiedziała doskonale, że z nią ma szans. Widziała na własne oczy, że jego serce bezkonkurencyjnie należy do Mirelli. Chciała się jeszcze oszukiwać, że ma jakąś szansę, ale powoli zdawała sobie sprawę z tego, jakie to jest głupie.


***


Komnata Rena, noc


Ren znajdował się w królewskim ogrodzie, choć nie wiedział dlaczego. Nagle usłyszał znajome głosy i poszukał źródła dźwięku. Jakież było jego zdumienie, gdy ujrzał Ellę i Gorda, pijących alkohol z butelki. Oboje byli już nieźle wstawieni, ale o ile Gord jeszcze się trzymał, to Ella była ledwo przytomna.


Westchnął. Po co się tak upijać? – pytał ją w myślach. Już chciał tam iść i odebrać jej alkohol, kiedy Ella zarzuciła Gordowi ręce na szyję, a następnie musnęła wargami jego usta. Ren znieruchomiał. Blondyn żarliwie odwzajemnił pocałunek i przyciągnął ją do siebie. Włożył dłonie pod jej bluzkę i zaczął pieścić jej piersi, liżąc namiętnie jej szyję.


Alren nie mógł na to patrzeć. Tyle razy, ile jego usta dotknęły ciała Elli, tyle razy on czuł ukłucie w sercu. Najgorsze, że wciąż nie mógł się ruszyć. Zupełnie, jakby stracił kontrolę nad ciałem. Miał ochotę tam pójść i mu przywalić, ale nie mógł nawet krzyknąć.


Gdy na jego oczach Gord i Ella połączyli się w akcie seksualnym, łzy bezradności i bólu spłynęły mu po twarzy. Kiedy usłyszał jej okrzyk rozkoszy, zamknął oczy i...


-        Ello!! – krzyknął, budząc się jednocześnie.


Sapał głośno, spocony i zmęczony tym koszmarem, a gdy w pełni do niego dotarło, że to był tylko sen, ponownie opadł na poduszkę i utkwił wzrok w suficie swej komnaty.


-        Nie zniosę tego dłużej... – jęknął, pocierając twarz dłonią. – Nie zniosę...


Ren zdawał sobie sprawę, że szkolenie będzie trwało jeszcze co najmniej tydzień czasu i westchnął ciężko na samą tę myśl.


-        Ello... – mruknął sam do siebie. – Nie znienawidź mnie, proszę... – dodał i zrezygnowany wstał z łóżka.


 

Aruell
Nastrój: taki sobie
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 136

środa, 14.grudnia.2011, 00:09



Rozdział 136


 


6 dzień ruanu 8976 roku (6 dzień szkolenia), Aloria – Shall (Komnata Serilli), świt


Alren źle spał tej nocy. Gdy wstał, miał więc paskudny nastrój. Bezradność, niepewność, wściekłość i zazdrość – te emocje rozsadzały go od środka. Wiedział, że jeśli czegoś nie zrobi, to wybuchnie. Musiał jakoś rozładować napięcie i tak się złożyło, że miał ku temu dobrą okazję – rozmowę z Syrianą.


Nie zamierzał jej odpuścić tego, co zrobiła. Nie obchodziło go, jaki miała ku temu powód ani to, kim była. Postąpiła źle i miał szczery zamiar dać jej do zrozumienia, że już o tym wie.


Kiedy wszedł do komnaty Syriany, stała przy oknie, otulona szalem. Patrzyła przed siebie i odwróciła się dopiero, gdy Alren zamknął za sobą drzwi. Spojrzała na niego z lekką niepewnością, więc powstrzymał się z ciekawości i poczekał, aż ona pierwsza się odezwie.


-        Dzień dobry, Alrenie – powiedziała, siląc się na uśmiech. – Powinnam ci chyba podziękować – wyksztusiła to wreszcie, a on uniósł kąciki ust w ironicznym uśmiechu.


-        Ciekawe za co – udał, że nie rozumie.


-        Pomogłeś mi wczoraj – odwróciła wzrok. – Soana o wszystkim mi opowiedziała. Dziękuję – powiedziała, patrząc mu w oczy, a on bez słowa do niej podszedł.


Stanął tak blisko niej, że mogła zobaczyć jego gniew, w tych zielonych oczach. Poczuła się niepewnie, bo podszedł bliżej, niż pozwalała na to przyzwoitość. Oparła się o ścianę i nieco zaskoczona, usiłowała dać mu od zrozumienia, by się odsunął, ale on nie zważał na jej gesty. Wtedy zrozumiała, że coś się stało, tylko jeszcze nie wiedziała, co...


-        Czego chcesz? – spytała w końcu, nie wytrzymując napięcia.


-        Czekam na dobre przeprosiny, Arcykapłanko – rzekł chłodnym, niskim głosem, patrząc jej ze złością w oczy.


-        Przeprosiny? – zdziwiła się. – Za co miałabym przepraszać?


-        O, czyżbyś nie wiedziała, Pani? – ironizował, a ona powoli traciła pewność siebie. Głowiła się, o co mu chodzi, aż nagle coś przyszło jej do głowy, ale uznała, że to chyba niemożliwe...


-        Czego się dowiedziałeś? – spytała wreszcie.


-        Powiem ci, jeśli jeszcze na to nie wpadłaś – zadrwił. – Odkryłem, że osoba, która powinna być wzorem czystości, prawdomówności, harmonii i dobra, okazała się doskonałą aktorką i kłamczuchą – syknął, zaglądając jej tak głęboko w oczy, że zadrżała. Musiała przyznać, że miał w sobie niezwykłą siłę, która wywoływała lęk, nawet w niej.


-        Nie wiem, o czym mówisz. – Grała na zwlokę, myśląc intensywnie, co teraz ma zrobić. Domyśliła się już, czego się dowiedział.


-        Zachowaj odrobinę godności i przynajmniej się przyznaj, Syriano! – wrzasnął teraz tak głośno, że aż podskoczyła.


-        Nie zastraszysz mnie! Nie zapominaj, do kogo mówisz! – oburzyła się.


-        Nie wyskakuj mi tu z autorytetem – zaśmiał się ironicznie. – Okłamałaś mnie i to z premedytacją! Wykorzystałaś mój słaby punkt, by osiągnąć swój cel. Brawo! Udało ci się! Powinnaś być z siebie dumna – drwił z niej, a jego słowa przesiąknięte były jadem.


-        Musiałam – przestała się zgrywać. – Inaczej byś się nie zgodził!


-        Skąd wiesz? – syknął, odchodząc od niej, co przyniosło jej ulgę. – Przecież podałaś jeszcze inny argument! Zapewne i tak bym się zgodził, bo nie wyobrażam sobie Elli w tamtym miejscu! – krzyczał, podnosząc ze stolika jakiś posążek.


-        Ale...


-        Po co dołączyłaś do tego złamanie naszej „więzi dusz”? – syknął wściekle. – Po co to zrobiłaś, wiedząc, że ten czar nie może już nas rozdzielić? Po co kłamałaś, do cholery! – walnął tym posążkiem o stół, a Syriana, aż drgnęła przez ten huk.


-        To było zabezpieczenie. Na wszelki wypadek, gdyby pierwszy argument nie wystarczył, by cię przekonać – tłumaczyła.


-        Nie chcę tego słuchać... Po co w ogóle wymyśliłaś ten chory plan? – warknął, a z jego oczu poleciały iskry. – Naprawdę uważasz, że bez niego Ella niczego by się nie nauczyła? – uderzył wprost w najsłabszy punkt jej planu, ale musiała pozostać przy swoim.


-        Mów, co chcesz. Nie zamierzam za to przepraszać – syknęła ostro. - Zrobiłam to dla jej dobra i nie żałuję tego. Nie twierdzę, że bez tego by się nie nauczyła, ale trwałoby to znacznie dłużej, a my nie mamy czasu, Alrenie! A tak? Spójrz, jak szybko wzięła się w garść. Uczy się w błyskawicznym tempie! – próbowała uzasadnić swój czyn.


-        Według ciebie to jest dobre? – zadrwił, znów do niej podchodząc, a ona ponownie poczuła się niepewnie. – Codziennie widzę, jak płacze. Codziennie stara się być lepsza, choć na pewno zdaje sobie sprawę, że egzamin końcowy, jaki dla nie wymyśliłaś, przekracza jej możliwości! Codziennie patrzy na mnie z bólem, prosząc samym wzrokiem, o jakiekolwiek wyjaśnienia, a ja nie mogę jej pocieszyć! Co noc zaś ma koszmary... – urwał na chwilę. – Ze mną jest tak samo. Nieustannie walczę ze sobą i okłamuję jedyną osobę na świecie, którą naprawdę kocham! Jak myślisz, jak ja się z tym czuję? To ma być dobre? Wystawiasz na próbę naszą miłość, zamiast pomóc Elli, jak najszybciej, ukończyć szkolenie! – wrzasnął, a ona przełknęła ślinę.


-        Złość się, ile chcesz, ale nie waż się zmieniać naszego planu – zagroziła. – Drugi argument nie jest blefem. Jeśli zauważę, że coś kombinujesz, naprawdę wyślę ją samą na wyspę Siris!


-        Bawi cię to, co? – spojrzał na nią tak lodowatym wzrokiem, że znów przełknęła ślinę. – Powiem ci, co myślę o tym twoim genialnym planie pedagogicznym. Doświadczyłaś bolesnego odrzucenia, a teraz nie możesz już nikogo kochać, więc lubisz patrzeć, jak inni cierpią tak samo, jak ty wtedy! – wiedział, że nie powinien tego mówić, zwłaszcza iż to na pewno nie było przyczyną jej działania, ale miał to gdzieś. Chciał ją zwyczajnie zdenerwować.


-        C-co? – zbladła. – Skąd ty... to...? – straciła grunt pod nogami.


-        Nie bądź taka zdziwiona. Historyjka twej miłości do Orlesa jest doskonale znana wśród straży świątynnej, z którą, jak wiesz, miałem do czynienia – uśmiechał się złośliwie. – To w istocie musiało być przykre, Syriano...Taki cios... – świadomie przekraczał linię.


-        Jak śmiesz – jej oczy zwilgotniały – mi o tym przypominać!


Alren specjalnie milczał chwilę, a potem zmusił ją, by na niego spojrzała. W jej oczach zobaczył ból i emocje, które zazwyczaj ukrywała, pod maską wyrachowania, stanowczości i obojętności. Z jakiegoś powodu zrobiło mu się jej żal, ale było już za późno, by się wycofać.


-        Boli co? - spytał już spokojniej. - Teraz rozumiesz, co ja czuję – dodał jeszcze, odwrócił się i skierował się do drzwi.


-        Czekaj. Jeszcze nie skończyliśmy rozmawiać... – zatrzymała go, zbierając resztki sił. Alren trafił bowiem w jej czuły punkt.


-        Skończyliśmy. Nie mam ci nic więcej do powiedzenia. Nie będę już wracał do tego tematu – odparł sucho. - A jeśli chodzi o Calinę, powiem ci, co odkryłem, innym razem. Dziś nie mam na to nastroju – burknął.


-        Czy ty...?


-        Wiem, o co chcesz zapytać – spojrzał na nią chłodno. – Twój plan jest aktualny. Nie zamieram mącić Elli w głowie ani narażać na zesłanie, na wyspę Siris. Znam wszak twoją nieprzewidywalność i wolę nie ryzykować, Arcykapłanko... – rzekł jeszcze i wyszedł, zostawiając Syrianę w kompletnym oszołomieniu i poczuciu winy.


***


Aloria – Dolina Shallos, poranek


Tiya opierała się o jedno z drzew, w lesie i rozmyślała. Wiedziała już, że Alren wrócił i nie zamierzała na razie atakować. Musiała poczekać na kolejną okazję, co mogło potrwać nawet kilka dni. A co do nowego planu...


Przypadek Syriany podsunął jej nowy, intrygujący pomysł. Skoro nawet Arcykapłanka nie wyczuła podstępu w wazonie zatrutych kwiatów i pomysł uśpienia jej zadziałał, istniała szansa, że podobny zabieg również miałby szansę powodzenia.


Oczywiście nie mógłby to być znów wazon kwiatów ani esencja wywołująca śpiączkę, bo szybko by się zorientowali, ale coś innego. Innymi słowy, Tiya zamierzała otruć Mirellę. Musiała tylko dobrze zaplanować czas i okoliczności.


Po pierwsze trzeba było trochę odczekać, bo teraz na pewno będą sprawdzać absolutnie wszystko w pałacu. Otrucie Syriany było zbyt świeżym incydentem.


Po drugie, musiała zorganizować zajęcie zarówno dla Gorda, Syriany, jak i Alrena, w czasie ataku na Mirellę. Wydedukowała, że powinno to być coś bardzo absorbującego, by nie zdążyli jej pomóc.


Po trzecie, należało znaleźć oryginalny sposób na dostarczenie Mirelli trucizny, a także odpowiednio mocną esencję, którą nie można zneutralizować inną miksturą lub zaklęciem. Właśnie tą ostatnią kwestią postanowiła się teraz zająć.


Po chwili zniknęła, planując wizytę w największej bibliotece Alorii, w celu znalezienia składu odpowiedniej trucizny. Była zadowolona z kolejnego planu, jaki opracowała. Tym razem jednak nie zamierzała się spieszyć, aby dopracować każdy jego szczegół.


***


Aloria – Dolina Shallos (Ogród Królewski), poranek


Tymczasem Gord stał w ogrodzie i czekał na Ellę. Wiedział bowiem, że będzie tędy szła na zajęcia. Minionej nocy nie mógł spać...


Sen z powiek spędzał mu wyraz twarzy złotowłosej po pocałunku. Czuł się okropnie na samą myśl, że zrobił to impulsywnie, bez jej zgody i najwyraźniej to ją dotknęło. Może ją nawet uraził lub zranił? Nie wybaczyłby sobie tego i dlatego musiał koniecznie z nią porozmawiać, jeszcze zanim Ella pójdzie na lekcję Białej Magii.


Z drugiej strony nie mógł zapomnieć smaku jej miękkich ust, rozkosznego drżenia rąk i szybko bijącego serca. Ta krótka chwila dała mu, zapewne złudną, nadzieję, że może miałby u niej szansę. Ponadto zapragnął więcej, odkąd skosztował jej ust. Czuł, że mógłby ją całować bez przerwy i nie tylko to...


Potrząsnął głową, odpędzając te natarczywe myśli i marzenia, związane ze złotowłosą pięknością. Wówczas zauważył obiekt swoich westchnień, kierujący się w jego stronę. Od razu zauważył jej podpuchnięte oczy i posępną twarz. Serce mu się ścisnęło z bólu.


-        Księżniczko... – rzekł, gdy prawie go minęła, nie zauważając go.


-        Gord... – odskoczyła, jak oparzona, gdy zbliżył się o krok i zmieszała. – Co tu robisz?


-        Czekam na ciebie, Pani. Musimy koniecznie porozmawiać... – ukłonił jej się szybko.


-        Nie mamy, o czym... – zrobiła kilka szybkich kroków naprzód. – Proszę, daj mi spokój! – chciała uciec, ale zagrodził jej drogę i zmusił, by na niego spojrzała. Ujrzał wtedy strach w jej oczach i jakiś nieopisany ból.


-        Proszę... Tylko kilka minut - nalegał bez końca, aż w końcu westchnęła i skinęła głowa, że się zgadza.



Aruell
Nastrój: upojony ;P
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 135

wtorek, 13.grudnia.2011, 00:00



Rozdział 135


 


5 dzień ruanu 8976 roku (5 dzień szkolenia), Aloria – Shall (Ogród Królewski; Komnata Elli), noc


Przez kilka sekund Ella była w takim szoku, że nie mogła się poruszyć. Czuła w piersi płomień od tego gorącego pocałunku, co ją zupełnie zaskoczyło. Jednak w końcu ocknęła się i gwałtownie go od siebie odsunęła. Zaraz potem dotknęła drżącymi palcami swoich ust i spojrzała z przerażeniem na Gorda, który w tym momencie poczuł się okropnie, że dał się ponieść emocjom.


-        To nie powinno się wydarzyć... – wyksztusiła z trudem i nerwowo wstała z ławki. – Nie powinno... – Oczy jej zwilgotniały. Była roztrzęsiona.


-        Ello... – próbował coś powiedzieć, wyjaśnić, cokolwiek, ale ona zerwała się do ucieczki, nim zdążył ją złapać.


Biegła, ile sil w nogach, prosto do pałacu, a następnie do swej sypialni, gdzie zamknęła drzwi na zamek. Oparła się potem o nie, oddychając szybko i usiłowała się uspokoić. Wiedziała, że wciąż drży. Tylko dlaczego?


Czy to dlatego, że pocałunek był tak rozkoszny i namiętny, że sprawił jej przyjemność, na co nie była przygotowana? Czy może dlatego, że traktowała ten pocałunek, jako fizyczną zdradę Rena? Czy też podświadomie bała się tego, co zrobi Alren, gdy się o tym dowie? Czy obawiała się, że wtedy naprawdę ją rzuci?


Ella nie potrafiła jednoznacznie odpowiedzieć, bo miała wrażenie, że każda odpowiedź jest po części prawdziwa. Wszystko dlatego, że cały czas zakładała, że Alren tylko udaje tę izolację i nadal ją kocha, ale z jakiegoś powodu to ukrywa. Kiedy teraz sobie wyobraziła, że naprawdę mógłby ją zostawić, chociażby z powodu ślepej zazdrości o Gorda, łzy spłynęły jej po twarzy. Wiedziała, że Ren jest niesamowicie zazdrosny i nie panuje wtedy nad sobą...


Kucnęła i ukryła buzię w dłoniach. Zaczęła modlić się, by Ren się nie dowiedział o tym drobnym incydencie. Nic ją bowiem tak nie przerażało, jak myśl, że ta rozłąka z Renem, mogłaby trwać wiecznie.


Oczywiście, wiedziała, że przesadza. Gdyby Alrenowi wszystko wyjaśniła, na pewno by zrozumiał. Nie był, aż tak zły i zaślepiony, ale i tak nie mogła pozbyć się pewnego lęku, odrobiny niepewności...


Po chwili zdała sobie sprawę, że to głupie. Wszak oficjalnie nie byli teraz parą, więc teoretycznie mogła się całować, z kim chce i Ren nie mógłby mieć pretensji, jeśli w ogóle. Ale i tak czuła się z tym pocałunkiem źle. Zwłaszcza, że nie odtrąciła go od razu, tylko dopiero po paru sekundach.


Znów zaczęła się głowić, ile tak naprawdę trwał ten pocałunek, aż w końcu potrząsnęła głową i położyła się na łóżko, modląc się o szybkie zaśnięcie. Jednak, choć bardzo tego chciała, sen długo nie przychodził.


***


Aloria – Shall (Komnata Syriany), noc


Tymczasem Alren teleportował się z powrotem do Pałacu Shall. Pożegnał się już z mistrzem, obiecując, że jeszcze go odwiedzi. Nie było bowiem potrzeby zostawać dłużej w Elish. Wiedział, gdzie szukać Caliny, a ponadto, że Syriana go okłamała. Z tego właśnie powodu postanowił najpierw zajrzeć do niej, a dopiero potem sprawdzić, co u Elli.


Kiedy jednak wszedł do Komnaty Syriany, zastał ją śpiącą w łóżku, przy którym siedziała Soana. Zdziwił się nie lada, więc podszedł bliżej.


-        Alren! Wróciłeś już? – spytała nieco zaskoczona Elfka.


-        Co tu się dzieje? – spytał bez pardonu. – Dlaczego Arcykapłanka już śpi? Jest jeszcze wczesna noc...


-        Kiedy cię nie było, mieliśmy tu małe kłopoty. Mirella została zaatakowana przez roślinne pnącza, a Syriana, nie wiadomo dlaczego, zasnęła około siedemnastej i od tamtej pory nie można jej obudzić – wyjaśniła i zobaczyła wówczas lęk w jego oczach. – Nie martw się, Mirelli nic nie jest. Gord ją uratował. Teraz jest już w swej sypialni i zapewne odpoczywa – dodała, by go uspokoić. Dobrze wiedziała, co go wystraszyło.


-        Rozumiem... – odetchnął z ulgą, mimo iż nie był zachwycony, że akurat Gord ją uratował, a nie ktoś inny. Najważniejsze jednak, że Ella była bezpieczna.


-        Co do Syriany, niestety nadal nie wiemy, jak ją obudzić... – zmieszała się.


-        Czy Księżniczka wie o jej stanie? – zaciekawił się.


-        Nie i niech na razie tak zostanie. I tak miała ciężki dzień – westchnęła. - Gord natomiast wyruszył do Lorionu po uzdrowiciela.


-        Nie ma już takiej potrzeby – stwierdził Ren i po chwili uważnie rozejrzał się po komnacie Syriany.


Odkąd tu wszedł, wyczuwał obecność złowrogiej aury i po chwili zlokalizował źródło. Był to wazon pięknych kwiatów. Soana patrzyła ze zdumieniem, jak Alren podchodzi do wazonu i wyciąga do niego rękę. Zaraz potem naczynie spłonęło w ogniu, wraz z kwiatami.


-        Co robisz? – zdziwiła się Elfka.


-        Te kwiaty były skropione zatrutym olejkiem zapachowym – wyjaśnił. – Wystarczyło je powąchać z bliska, by zadziałało.


-        Zatrute?


-        Tak. To chyba była esencja, wywołująca śpiączkę – stwierdził, znów podchodząc od łóżka Syriany. – To dziwne, że ktoś taki, jak ona, dał się na to nabrać – skrytykował ją otwarcie.


-        Pewnie zadziałało, zanim zdążyła się zorientować. – Próbowała ją tłumaczyć. – Możesz jej pomóc?


-        Jasne. To nic trudnego – uśmiechnął się tajemniczo. – Choć kusi mnie, by tego nie robić.


-        Co? – wystraszyła się. Wiedziała, iż on nie przepadał za Syrianą, delikatnie mówiąc.


-        Żartowałem – zaśmiał się z jej miny, a ona odetchnęła z ulgą.


Chwilę później użył świętej mocy Hariosa, by oczyścić jej ciało z tej esencji. Gdy skończył, Arcykapłanka nadal spała.


-        Nie pomogło? – zmartwiła się Soana.


-        Pomogło. Nie jest już w śpiączce, tylko zwyczajnie śpi – rzekł spokojnie. - Jutro się obudzi – dodał jeszcze i skierował się do drzwi.


-        Dokąd idziesz?


-        Muszę coś sprawdzić... – odparł, a ona domyśliła się, o czym mówił. – Gdy Gord wróci, przekaż mu, że z Syrianą wszystko jest już w porządku.


-        Oczywiście. – Uśmiechnęła się lekko, widząc na własne oczy, że Ren nie jest taki straszny, jak mówią.


Alren wyszedł z komnaty Syriany, nieco zawiedziony, że zamiast dać Syrianie nauczkę, że go okłamała, musiał ją uzdrawiać. Jednak pomyślał, że co się odwlecze, to nie „uciecze”, więc zrobi to później. Teraz musiał koniecznie zobaczyć, czy z Ellą rzeczywiście wszystko w porządku...


***


Aloria – Shall (Komnata Elli), noc


Alren po cichutku wszedł do sypialni Elli, używając, jak zwykle czaru niewidzialności, na wszelki wypadek. Szybko się zorientował, że Ella już głęboko śpi. Stanął więc nad jej łóżkiem i zaczął jej się przyglądać.


Odetchnął z ulgą, widząc, że jest cala i zdrowa. Jednak zaniepokoił się, zauważając, że miota się w tym łóżku, jakby miała najgorszy, z możliwych, koszmar. Niewiele myśląc, za pomocą magii, wejrzał w jej sen. Gdy zaś zobaczył, co śniło się złotowłosej, zamarł w bezruchu, nie wierząc własnym oczom...


 


Ella cofała się tak długo, aż oparła o mur pałacu. Uciekała przed Gordem, który kroczył w jej stronę z uśmiechem na twarzy. Jego oczy były takie ciepłe i pełne uczuć. Jakby tego było mało wciąż słyszała to samo zdanie.


-        Kocham cię, Ello – powiedział, po raz wtóry. – Nie uciekaj przed mną, proszę... – szepnął, podchodząc już tak blisko, że czuła jego oddech na twarzy.


-        Nie, Gordzie. Nie... – w jej oczach tlił się strach, z dodatkiem podniecenia. To drugie martwiło ją najbardziej.


-        Zapomnij o nim... – mruknął, składając na jej ustach namiętny pocałunek. – Zapomnij... – powtórzył, pogłębiając pieszczotę.


-        Nie mogę... – wyksztusiła.


-        Pomyśl tylko, rzucił cię i jest wobec ciebie gruboskórny... A do tego uważa się, za lepszego od ciebie... – mówił w przerwach między pocałunkami. - Czy tak zachowuje się ktoś, kto kocha? Co ważniejsze, czy ktoś taki zasługuje na twoją miłość?


Gdy oderwał się od jej ust, nabrała szybko powietrza i pozwoliła łzom płynąć, ale jednocześnie nie odsunęła się od Gorda. Nie miała na to sił. Zupełnie, jakby ktoś kontrolował jej ciało. W dodatku jego słowa mąciły jej w głowie.


Tymczasem przystojny blondyn zaczął pieścić jej piersi, a każdy jego dotyk, przyprawiał ją o dreszcze.


-        To nie może się dziać naprawdę... – wybełkotała. – To sen... To tylko sen, prawda? – jej ciało drżało.


-        Tak, skarbie... To sen – mruknął jej do ucha, przyciskając ją do siebie. – Jednak w każdej chwili może stać się jawą – dodał z tajemniczym uśmiechem i chwycił jej rozdygotane dłonie. Przyłożył je do swej rozgrzanej piersi i przydusił.


-        Nie... – Czuła się taka bezsilna. Chciała odzyskać kontrolę nad swoim ciałem, ale nie wiedziała, jak.


-        Czujesz, jak bije mi serce? – mówił zmysłowym głosem. – Pragnę cię, Ello... Pragnę... – mruknął i wówczas poczuła go w sobie. Krzyknęła z rozkoszy i zarazem z rozpaczy.



Alren przerwał czar i „wyszedł” ze snu Elli. Był cały spocony z wrażenia. Patrzył na śpiącą ukochaną, z mieszanką niedowierzania, szoku i strachu. Dlaczego nie ujrzał siebie, tylko Gorda? Dlaczego ten drań ją dotykał, całował, a nawet... kochał się z nią, a ona się nie broniła?


Złapał się za głowę i cofnął o kilka kroków do tyłu, aż napotkał framugę drzwi, prowadzących na taras. Nie wiedzieć czemu, jego dłonie drżały, a oczy zwilgotniały. Serce mu waliło w piersi. W końcu potrząsnął głową.


-        Nie, to niemożliwe... – pomyślał po chwili. – To tylko jej sen. Przecież często śnią jej się dziwne rzeczy, prawda? - tłumaczył sobie, jednak nie mógł pozbyć się tego dziwnego lęku i przeczucia, że coś się wydarzyło pod jego nieobecność...


Znów pokręcił głową. Nie wierzył, że Ella by go zdradziła, nawet jeśli oficjalnie ją rzucił i był taki nieznośny wobec niej. Sam nie wyobrażał sobie jej zdradzać i ją też o to nie podejrzewał, ale... Może stało się coś innego? Wtedy przypomniał sobie o swoim dziwnym dreszczu, kiedy był jeszcze w Elish...


Ostatecznie uznał, że musi odpocząć. Nie mógł dać się ponieść emocjom. Nie mógł uwierzyć w jakiś tam sen Elli. Nie mógł, ale... Łzy i tak spłynęły mu po twarzy, gdy wyobraził sobie, że naprawdę mógłby ją stracić.


Pierwszy raz pomyślał, o możliwych, nieprzyjemnych konsekwencjach jego obecnego zachowania. Pierwszy raz zwątpił, że wszystko pójdzie gładko, kiedy to szkolenie już się skończy.


Zdezorientowany, zszokowany snem Elli i pełen obaw o przyszłość, bezszelestnie opuścił jej komnatę.



Ella oddychała ciężko, kiedy Gord się z nią intensywnie kochał, a ona nie mogła nic zrobić. Najgorsze, że czuła autentyczną rozkosz...


-        To niemożliwe! Nie! Nieee... – Zamknęła oczy, brzydząc się własnej zdrady.


Jednak w końcu otworzyła je z powrotem i wtedy ujrzała za plecami Gorda -Alrena, o zimnym spojrzeniu. Po jego policzkach płynęły łzy, a w dłoni drżała jego szpada. Zamarła. Gord wówczas się cofnął, po czym zniknął nagle, jakby był duchem. Została tylko ona - splamiona zdradą i Alren.


-        Ren... – nie wiedziała, co powiedzieć. W tej chwili chciała umrzeć.


Jednak on nie użył szpady, jak się spodziewała, by ją zabić, tylko upuścił ją na podłogę. Brzęk metalu jeszcze nigdy nie wydał jej się tak okropny. Ren odwrócił wzrok, z odrazą i niesmakiem na twarzy, a ona czuła się tak strasznie, jak jeszcze nigdy wcześniej.


-        W-Wybacz mi... – wyksztusiła i wówczas...


-        Zostaw mnie – usłyszała w odpowiedzi. – Nie chcę cię znać... – dodał i zniknął, a Ella wydala z siebie głośny krzyk rozpaczy i...



Zbudziła się ze snu, a zaraz potem się rozpłakała. Dlaczego śniło jej się coś takiego? Kolejna noc z rzędu i kolejny sen, którego nie mogła zrozumieć. Powróciły wątpliwości, dotyczące jej podświadomości. Czy w głębi duszy była zdolna do zdrady? Czy mogłaby pokochać innego, na przykład Gorda?


Potrząsnęła głową. Nie! Nigdy by nie zdradziła Alrena. On był całym jej światem. Tylko jego pragnęła i tylko jego kochała. Nie miała, co do tego, wątpliwości.


-        Ten sen... To się nigdy nie wydarzy! – krzyknęła do siebie. – Dlaczego więc... Dlaczego czuję się tak okropnie? – załkała i ukryła twarz w dłoniach.


 

Aruell
Nastrój: dziwny jest ten świat
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 134

czwartek, 8.grudnia.2011, 00:01



Witajcie!


Dziś dowiecie się, jaka jest prawidłowa odpowiedź na pytanie, postawione w sondzie. ;)


Miłego czytania!


Pozdrawiam ;*


***


Rozdział 134


 


5 dzień ruanu 8976 roku (5 dzień szkolenia), Aloria – Shall (Ogród Królewski), wieczór



Ella była zmęczona dzisiejszym treningiem, ale i zadowolona. Całkiem nieźle szło jej już strzelanie z łuku, poza tym coraz lepiej jej się rozmawiało z Soaną. Odkryła w tej opanowanej Elfce przyjazną duszę, której można było zaufać. To wiele dla niej znaczyło, zwłaszcza teraz, kiedy nie mogła dzielić swoich radości i smutków z Alrenem.


Miała ochotę pójść do łóżka i poleżeć, ale naszła ją ochota, by posiedzieć sobie w ogrodzie, w otoczeniu przyrody. Tak więc uczyniła. Usiadła na jednej z wielu ławek i wsłuchiwała się w śpiew ptaków, podziwiając wielobarwne kwiaty, rosnące dookoła.


-        Jak tu pięknie i spokojnie... – westchnęła odprężona i wtedy przypomniała sobie o Alrenie. – Ren... Co porabiasz? Kiedy wrócisz? – rozmyślała.


Tymczasem Gord, który od dłuższego czasu jej szukał, trafił w to samo miejsce i ujrzał ją, siedząca na tamtej ławce. W pierwszej chwili chciał podbiec i skrytykować ją za oddalenie się bez ochrony, ale odpuścił, widząc jej smutną twarz.


Przez chwilę wpatrywał się w nią, jak w obrazek. Była taka piękna. Prawdziwa księżniczka... Zamierzał tak stać i się jej przyglądać, ale wtedy zauważył, że krzewy, rosnące za ławką, zaczęły się poruszać i zerwał się gwałtownie.


-        Księżniczko, uciekaj! – krzyknął, ale zanim do zaskoczonej i wystraszonej Elli dotarły jego słowa, krzewy zamieniły się w ruchome pnącza i zaczęły ją oplatać.


-        Co się dzieje? – krzyczała przerażona. – Co to jest? – wyksztusiła i krzyknęła z bólu, gdyż rośliny zaczęły ją ściskać.


-        Spokojnie, będzie dobrze... – podbiegł do niej Gord, ale wówczas i jego dosięgły śmiercionośne pnącza, które szybko go obezwładniły.


Kątem oka widział, że Ella zaczyna się dusić, jęcząc przeraźliwie i nie mógł na to patrzeć. Ogarnął go szał i wówczas otoczył się Aurą Hariosa.


-        Płomień oczyszczenia! – krzyknął i wtedy jego ciało zajęło się płomieniami, które spaliły pnącza na proch.


Zaraz potem to samo zrobił na Elli. Święty płomień działał bowiem tylko na zło. Dzięki niemu pnącza, wokół Elli spłonęły, a jej ciało na tym nie ucierpiało. Kiedy już mogła swobodnie oddychać, z podziwem spojrzała na Gorda, otoczonego białą aurą. Widząc, że wciąż jest w pozycji bojowej, wywnioskowała, że to jeszcze nie koniec.


-        Co to było? – spytała, nieco zdezorientowana, widząc, że rośliny wokół niej dziwnie się poruszają.


-        Coś kontroluje nieszkodliwe rośliny tak, by zabijały – powiedział krótko. – Daj mi chwilę, Muszę znaleźć źródło tej złej energii – dodał jeszcze i zamknął oczy.


Używając swej wiedzy i magii, wyczuł miejsce, w którym kumulowała się zła moc. Gdy tam spojrzał, ujrzał czarny kwiat, wśród setek innych, kolorowych.


-        Mam cię – uśmiechnął się do siebie i wystrzelił z ręki ognistą strzałę, która doszczętnie spaliła ów roślinę.


W tej chwili usłyszeli coś, jakby krzyk demona, a potem wszystko wróciło do normy. Drzewa i kwiaty znów były tylko pięknymi ozdobami ogrodu.


-        Już po wszystkim. Teraz jest tu bezpiecznie – stwierdził i usłyszał, jak odetchnęła z ulgą.


Mężczyzna uspokoił się i spojrzał na Ellę. Miała lekko poranione ciało od szorstkich pnączy, podobnie, jak i on. Wskazał jej więc ręką, by usiadła na ławce, a zaraz potem uleczył jej ciało. Ella zarumieniła się, czując jego ciepłą energię. Była ona troszkę inna, niż ta, którą miał Alren, jakby łagodniejsza. Zakłopotała się, bo dotyk jego dłoni, sprawił jej autentyczną przyjemność. Gdy mężczyzna skończył i uśmiechnął się do niej, spojrzała mu niepewnie w oczy.


-        Dziękuję. Uratowałeś mnie – powiedziała wdzięcznym głosem, a on najpierw się zarumienił, a potem potrząsnął głową, że to nic takiego.


-        Pozwól więc... – dodała i zanim się zorientował, o czym mówiła, zaczęła leczyć jego rany.


Gord znieruchomiał z wrażenia i z trudem panował nad swoim pożądaniem. Dotyk jej delikatnych dłoni był nieziemsko przyjemny. W dodatku znów czuł zapach jej włosów. Była tak blisko, że mógł zobaczyć swoje odbicie w jej błękitnych oczach. Zakręciło mu się  w głowie i gdy skończyła go leczyć, z trudem powrócił do rzeczywistości.


-        Gotowe – uśmiechnęła się.


-        Dziękuję – wyksztusił, ale gdy ona chciała się odsunąć, instynktownie chwycił ją za rękę i przytrzymał.


-        C-Co robisz? – zmieszała się, ale nim zdążyła powiedzieć coś jeszcze, on, kierując się impulsem, przybliżył swą twarz i pocałował ją w usta, z takim uczuciem i namiętnością, że zadrżała.


***


Aloria – Elish (Dom Mistrza Lingorusa), wieczór


Tymczasem w Elish, Lingorus i Alren pili już trzecią z rzędu herbatę i rozmawiali o dawnych czasach. Dużo wspominali i co chwila się śmiali.


Nagle Alrena przeszył silny i nieprzyjemny dreszcz. Poczuł coś dziwnego, jakiś nie-fizyczny ból, który jednak trwał tylko chwilę. Od razu pomyślał o Elli i zastanawiał się, czy coś się nie stało... Zmartwił się, ale widząc pytającą minę Lingorusa, odpędził te niepokojące myśli.


Mistrz w istocie zauważył, że coś wyraźnie trapi jego ulubionego ucznia i postanowił dowiedzieć się, co dokładnie.


-        Powiedz mi, chłopcze. Spotkałeś już tę jedyną? - spytał podstępnie i uśmiechnął się, widząc rumieniec na twarzy Alrena.


-        Mistrzu... – zawahał się, czy powinien odpowiadać, zważywszy na to, kim jest jego wybranka.


-        Spotkałeś – stwierdził i zaśmiał się. – Nic dziwnego. W końcu kobiety zawsze cię uwielbiały. To było nieuniknione. Nie krępuj się więc i powiedz staremu Lingorusowi, co to za jedna.


-        Dobrze – odpowiedział, po długim namyśle. – Jednak musisz mi obiecać, Mistrzu, że zachowasz to dla siebie.


-        Hoho, ciekawe kim jest ta kobieta, skoro tak mówisz – zainteresował się. – Ale oczywiście masz moje słowo. Ta rozmowa pozostanie między nami.


-        Dziękuję... – Ren nerwowo przeczesał włosy palcami.


-        Kim ona jest? – starzec był naprawdę zaintrygowany.


-        To Mirella. Księżniczka Miryonu... – odpowiedział ostrożnie, a starzec był w szoku.


-        Żartujesz? – zrobił oczy jak talerze. – Nie za wysokie progi? Rozumiem, dlaczego ci się podoba. Nawet ja słyszałem o jej urodzie, ale... Jak planujesz się do niej zbliżyć? Wiem, że jesteś jej strażnikiem, ale...


-        Mistrzu, nie rozumiesz... – zmieszał się. – Poznałem ją jeszcze wtedy, gdy nikt nie wiedział, że ona jest Księżniczką Miryonu... Przemierzyłem z nią całą Veolię i Hevan, zanim tu trafiła – opowiadał, a Lingorus nie mógł wyjść z szoku.


Alren streścił mu całą swoją podróż z Ellą. Wszystkie kłopoty i przygody, kończąc na tym, jak połączył ich płomienny romans. Później wyjaśnił mu ich obecną sytuację. Lingorus nie wierzył własnym uszom. Dawno nie słyszał tak zdumiewającej historii.


-        Na Hariosa... Co za historia! – pokiwał głową. – Nic dziwnego, że Ona zdobyła twoje serce... Nawet taki Casanova, jak ty, nie mógłby oprzeć się urokowi Księżniczki Miryonu.


-        Mistrzu... – uśmiechnął się znacząco. – Nie rób ze mnie od razu Casanovy...


-        Nie zgrywaj się. Złamałeś serca wielu kobiet i dobrze o tym wiesz... – podpuszczał go. – Ale tym razem wpadłeś, z tego co opowiadasz. Kto by pomyślał, że mój uczeń będzie kiedyś... – zaśmiał się wesoło, wyobrażając sobie ciąg dalszy tej historii.


-        Pamiętaj, że teraz nasze sprawy się skomplikowały – przypomniał, nieco zmieszany.


-        Jeśli naprawdę tak się kochacie, żadna przeszkoda was nie rozdzieli. Nie mówiąc już o tym, że... – zrobił znacząca pauzę. – Jesteście połączeni „więzią dusz”.


-        „Więź dusz”... – zasmucił się Ren. – Skoro już przy tym jesteśmy... Mistrzu, chciałbym o coś zapytać.


-        Pytaj. - Starzec spoważniał, widząc, że to go trapi.


-        Czy tę więź można przerwać? W jakikolwiek sposób? – spytał całkiem serio.


-        Dlaczego o to pytasz? – zaniepokoił się.


-        Odpowiedz, proszę.


-        Nie. Nie można.


-        A starożytny czar „odwrócenia więzi”? – zaskoczył starca, że w ogóle o tym wie.


-        Jakim cudem znasz to zaklęcie? – Lingorus był w szoku. – Nie używano go od wielu stuleci...


-        Syriana mi o nim powiedziała – odparł krótko. – Zatem, czy gdyby Syriana użyła na nas tego czaru, mógłby zadziałać?


-        Ależ chłopcze! Gdyby tak się stało, znienawidzilibyście się na zawsze. Nie moglibyście na siebie nawet patrzeć. To bardzo potężny czar... – westchnął. – Stosowano go na zdesperowane pary, które żałowały „więzi dusz”.


-        Ale czy „więź dusz” nie zbliża ludzi? Dlaczego potem żałowali?


-        Ponieważ niektórzy nie byli na to gotowi, nie mówiąc o nieplanowanych połączeniach, jak w waszym przypadku – wyjaśnił, a Ren przypomniał sobie, że na początku, on sam też bardzo chciał złamania więzi. – „Wieź dusz” zbliża tylko tych, którzy naprawdę się kochają lub jeszcze nie wiedzą o tym, że są sobie przeznaczeni. W przypadku niedobrania, tylko utrudnia życie, zmuszając daną parę do bycia razem.


-        Rozumiem... – zmusił się do uśmiechu, bo nadal martwił się, że taki czar rzeczywiście mógłby im zaszkodzić.


-        Skoro cię to dotyczy, dam ci starożytny zwój, traktujący o „więzi dusz” i Veriach. Mam go w swoich ukrytych zbiorach. Tobie chyba się bardziej przyda – powiedział łagodnie.


-        Dziękuję.


-        Powiedz mi jednak, dlaczego w ogóle wspomniałeś o tym czarze? – wciąż go to niepokoiło.


-        To był jeden z argumentów Syriany... – wyznał po namyśle. – Zagroziła, że jeśli nie zgodzę się na jej plan, rzuci na nas ten czar, bez naszej wiedzy... Wyjaśniła mi, na czym polega to zaklęcie, a ponieważ ja nic o nim nie wiedziałem, to nie mogłem założyć, że kłamie. Wolałem nie ryzykować. Głównie dlatego się zgodziłem na tę całą farsę, choć podała jeszcze inny irytujący argument... – zacisnął pięści na samo wspomnienie o Arcykapłance.


-        Coś takiego?! Ona tak powiedziała? – zdziwił się. – Widzę, że zdecydowanie przesadziła. Nie powinna ci tym grozić – skrytykował ją.


Alren nic nie odpowiedział, tylko wlepił wzrok w filiżankę i myślał, co by było, gdyby ona tak zrobiła. Nie wyobrażał sobie, że miałby znienawidzić Ellę, a ona jego.


-        Rozumiem cię – westchnął. – Pozwól jednak, że coś sprawdzę, chłopcze – powiedział po chwili Lingorus, zaskakując go.


Zaraz potem użył jakiegoś zaklęcia i przyjrzał się Alrenowi. Gdy wiedział już to, co chciał, uśmiechnął się do zdumionego Rena.


-        Co to było, Mistrzu?


-        Sprawdziłem poziom waszej więzi – powiedział spokojnie. – Nie masz się czego obawiać.


-        Jak to? – był w szoku.


-        Osiągnęliście już drugi poziom więzi, a zatem jesteście bezpieczni. Musisz bowiem wiedzieć, że czar „odwrócenia więzi:” działa tylko na więzi pierwszego poziomu.


-        Chcesz powiedzieć, że... – Alren nerwowo przełknął ślinę.


-        Tak. Nawet, gdyby Syriana rzuciła ten czar, z całą pewnością nie zadziałałby – uśmiechnął się.


-        Czy w takim razie... – Ren usiłował ochłonąć. – Czy Syriana też wie, że ten czar jest skuteczny tylko na pierwszym poziomie?


-        Jestem o tym przekonany, bo sam ją tego nauczyłem. Sądzę też, iż doskonale wie, że wy jesteście już na wyższym poziomie – rzekł rzeczowo. – Innymi słowy, ten argument to zwyczajny blef – tylko to powiedział, a Ren mocno walnął pięścią w stół, ze złości.


-        A to podstępna lisica! Okłamała mnie – syknął wściekle. – Zapłacisz mi za to, Syriano...



Aruell
Nastrój: jakoś leci, kabarecik
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 133

środa, 7.grudnia.2011, 00:00



Rozdział 133


 


4/5 dzień ruanu 8976 roku, Aloria – Shall (Sypialnia Elli), noc i świt


Złotowłosa ocknęła się w ciemnym i mrocznym lesie. Gdyby nie brak śniegu, stwierdziłaby, że to Las Sverse. Jednak tu było gorąco, więc musiało to być inne miejsce. Była sama i tak przerażona, że nie śmiała nawet zawołać kogokolwiek. Zastanawiała się, co też znowu jej się śni...


Wówczas ujrzała Alrena na końcu ścieżki, ledwo widocznego w tych ciemnościach. Stał odwrócony do niej tyłem. Zaczęła go nawoływać i gonić, ale mimo iż biegła, jak szalona, nie mogła go dosięgnąć. Nagle on zniknął i pojawił się znienacka tuż przed nią.


Zamarła, widząc jego oczy. Były czarne z ciemnofioletowym połyskiem, pozbawione jakichkolwiek uczuć. Jego śmiertelnie poważna twarz wręcz ją poraziła.


-        Ren... Nic ci nie jest? – spytała niepewnie, ale on zamiast odpowiedzi wyjął swój miecz i zaatakował ją.


Ella zrobiła unik, ale zadrżała, widząc sporą wyrwę w ziemi po jego ciosie. Nie żartował. Spociła się z emocji i szybko wyjęła swój miecz. W ostatniej chwili, zablokowała jego kolejny cios, jednak siła uderzenia odrzuciła ją i upadła nieco dalej.


-        Co robisz? Chcesz mnie zabić? – głos jej się załamał, kiedy zauważyła ten złowrogi uśmiech na jego twarzy.


Zaczęła uciekać, ile sił w nogach, ale za chwilę, znów niczym duch pojawił się przed nią i uderzył kolejny raz. Uchyliła się, ale mocno zranił ją w brzuch. Rana krwawiła niemiłosiernie, a on uniósł miecz i zlizał część czerwonej mazi ze swego ostrza. Ella wiedziała już, że on nie jest sobą i tym bardziej się przeraziła.


Głowiła się, co się z nim stało. Czy to jego ciemne oblicze? A może to cały czas przed nią ukrywa? Jednak szybko potrząsnęła głową. Ktoś musiał nim sterować, kontrolować go, ale w takim razie ona nie miała żadnych szans. Chwilę po tym miała okazję przekonać się o tym na własnej skórze.


-        Księżniczko Miryonu, dzisiaj umrzesz! – syknął złowieszczym, niskim głosem, a ona zamarła.


Ren szybko podbiegł do niej i przebił ją mieczem na wylot. Krew trysnęła z jej ust, ale nie czuła fizycznego bólu, tylko rozpacz... Nieprzeniknioną i pogrążającą. Odruchowo dotknęła jego policzków. Były takie zimne i nieprzyjemne. Łzy spłynęły jej po twarzy, a nim śmiercionośna ciemność stanęła jej przed oczami, ujrzała jeszcze jego drugą dłoń, przed swoją twarzą, a potem ognistą kulę. Nie wierzyła, że to zrobi, ale tak się stało. Zaraz potem ogień zaczął bowiem trawić jej ciało. Krzyknęła przeraźliwie głośno i wówczas...


Obudziła się. Ella dawno już nie była tak mokra i przerażona po przebudzeniu. Oddychała ciężko, a z jej oczu płynęły łzy. Roztrzęsiona, objęła się ramionami i łkała cichutko.


-        Ren... – wyksztusiła. – Już dłużej nie mogę... – ukryła twarz w dłoniach.


Nie miała pojęcia, dlaczego jej się coś takiego przyśniło. Powiadają, że w koszmarach widzi się swoje największe lęki i obawy. Pojawia się to, o czym nie chcemy myśleć świadomie. Czy zatem podświadomie bała się Alrena? Czy naprawdę sądziła, że byłby w stanie ją zabić? Nie mogła w to uwierzyć...


Nieważne jak bardzo była na niego zła, że zachowuje się w ten, a nie inny sposób. Nieistotne, że wciąż nie wyjaśnił jej, dlaczego z nią zerwał i utrzymuje, że jej już nie kocha. Nie pomyślała nawet przez chwilę, że mógłby jej zrobić coś takiego... Kiedy więc wyobraziła sobie, że jednak podświadomie się go boi, obawia, iż on będzie kiedyś jej wrogiem, znów zalała się łzami.


-        Ren... Chcę byś mnie przytulił... – łkała. – Chcę byś znów był przy mnie. Tak bardzo cię kocham. Tak bardzo za tobą tęsknię... – ocierała łzy i w końcu postanowiła zapomnieć o tym niedorzecznym koszmarze i wziąć się w garść.


Pamiętała, co mu obiecała i co sobie postanowiła. Nie zamierzała tego porzucać na rzecz chwilowej słabości.


-        Nie! Nie będę już płakać... Muszę być silna... – powiedziała do siebie.


Zaraz potem wstała i wyszła na taras, gdzie wiatr wysuszył jej łzy oraz dodał nowej siły do walki. Do walki o lepszą przyszłość...


***


5 dzień ruanu 8976 roku (5 dzień szkolenia), Aloria – Elish (Dom Mistrza Lingorusa), poranek


Alren znajdował się już w Elish od wczoraj. Teleportacja za pomocą kręgu magicznego nie zajęła mu zbyt wiele czasu, ale nie chciał odwiedzać swego dawnego nauczyciela wieczorem. Poczekał więc do rana, dzięki czemu miał więcej czasu na zanalizowanie sytuacji w dolinie oraz nowych faktów, jak ta tajemnicza Calina.


Gdy zaś teraz stał przed domem Lingorusa, poczuł lekkie zdenerwowanie. Nie miał pojęcia, jak on na niego zareaguje i jak będzie przebiegała rozmowa. Nie wiedział też, czy uda mu się czegoś dowiedzieć o Calinie. Same niewiadome. W końcu jednak skupił się i zapukał.


Gdy niewysoki starzec z długą, białą brodą i fiołkowymi oczami otworzył drzwi, Alren zmieszał się, a jego były mistrz uśmiechnął się i bez ostrzeżenia go objął. Ren był zaskoczony i z trudem nad sobą panował. Ogarnęło go bowiem wielkie wzruszenie, a oczy mu zwilgotniały. Lingorus wiele dla niego znaczył. Gdyby nie on, nie byłby dziś tym, kim jest. Ostatecznie objął starca delikatnie.


-        Ren, mój drogi chłopcze – rzekł Lingorus, po czym otarł łezkę wzruszenia i zaprosił go do swego domu.


Chwilę później jego gosposia przyniosła im herbaty i świeżo upieczone ciasto. Alren siedział w salonie, nieco spięty i walczył z setkami wspomnień, jakie wiązały się z tym domem. Natomiast Lingorus patrzył na niego z satysfakcją.


-        Wyrosłeś na silnego i przystojnego mężczyznę – rzekł, po wstępnym obejrzeniu Alrena. – Sądząc po twoim talencie, zapewne osiągnąłeś już taki poziom magiczny, że nawet ja nie miałbym szans – zaśmiał się starzec.


-        Mistrzu... – siłą rzeczy się zarumienił.


-        Dobrze, już dobrze. Przejdźmy do rzeczy – wypił kilka łyków herbaty. – Kiedy już omówimy sprawę Caliny, porozmawiamy na spokojnie o starych i nowych czasach – uśmiechnął się.


-        No tak. Syriana mówiła, że już cię uprzedziła – wiedział, czemu Mistrz nie był zaskoczony jego wizytą.


-        Tak. Calina... Zagadkowa dziewczyna – powiedział raczej do siebie.


-        Co o niej wiesz, Mistrzu?


-        Była moją podopieczną. Uczyłem ją historii starożytnej i dziejów magii. Elfka, ale bardzo specyficzna.


-        To znaczy?


-        Wszystkiego się bała. Była bardzo zamknięta w sobie i milcząca. Łatwo było ją wystraszyć. To co różniło ją od innych Elfów, to fakt, iż była bardzo emocjonalna. Okazywała niemal wszystkie emocje, co utrudniało jej życie – opowiadał. – W końcu została Kapłanką Hariosa, ale nie była zbyt zdolna magicznie. Miała jednak dużą wiedzę teoretyczną i dlatego pozwolono jej pracować w Sanktuarium Hariosa. Przez większość czasu zajmowała się świątynnym ogrodem i zielarstwem. Kochała bowiem rośliny i miała zmysł estetyczny.


-        To z pewnością interesujące, jednak... Dlaczego zniknęła? Dlaczego akurat wtedy? – spytał, a Mistrz się zaśmiał.


-        Widzę, że nadal jesteś niecierpliwy – skomentował, a Ren poczuł się zakłopotany. – Nie wiem, co się z nią stało, ale jestem pewny, że to, iż zniknęła akurat wtedy, gdy zaginął Harios, nie jest przypadkowe.


-        Też tak sądzę. Jakie proponujesz wyjaśnienie? – pytał rzeczowo.


-        Myślę, że Calina zobaczyła coś, co ją śmiertelnie przeraziło. Zniknęła, bo uznała, że tak będzie dla niej lepiej. Może sądziła, że po tym, co widziała, grozi jej niebezpieczeństwo? To musiało być coś bardzo szokującego i ważnego... – myślał na głos.


-        Sądzisz, że mogła zobaczyć, jak lub gdzie zniknął Harios? Była świadkiem włamania Oriany?


-        To bardzo możliwe... Nie podejrzewałbym jej o współudział, jak Syriana. Była na to zbyt tchórzliwa i dobroduszna – stwierdził zdecydowanie.


-        Rozumiem... Czyli nadal niewiele wiadomo...


-        Tak. Ale chyba miałbym dla ciebie wskazówkę. To tylko poszlaka, ale może z niej skorzystasz – powiedział po dłuższym zastanowieniu.


-        Co masz na myśli?


-        Calina często powtarzała, że marzy o mieszkaniu na wyspie Kher, gdzie jest pięknie i mogłaby cieszyć się samotnością... – Alrena zamurowało, gdy usłyszał tę nazwę. – Może tam należałoby zacząć jej poszukiwania?


-        Kher? – przełknął ślinę. – Czy to nie jest przypadkiem ta przeklęta wyspa, należąca do Norhenu?


-        Zgadza się. Wiem, że Aloryjczycy i Norheni unikają tej wyspy, jak ognia, ale po pierwsze ona nie należała do żadnego z tych narodów, jako Elf, a więc nie bała się tego miejsca. Zaś po drugie, to przekleństwo mogło być dla niej doskonałą ochroną. Być może dlatego do tej pory jej nie znaleziono? Nikt jej tam nie szukał...


-        Rozumiem, ale skoro podejrzewałeś, że ona może tam być, to dlaczego nie powiedziałeś o tym wcześniej tym, którzy jej szukali? – spytał poważnie.


-        Mówiłem, jednak nikt nie wiedział, jak dotrzeć na tę wyspę. Nikt nie odważył się tam pojechać... – zrobił dłuższą pauzę. -  Wiesz czemu, prawda?


-        Tak... – zmieszał się.


-        Potem zaprzestano jej poszukiwań, aż do teraz – uśmiechnął się. – To wszystko, co wiem na jej temat. Moim zdaniem, powinniście znaleźć drogę na Kher i tam jej poszukać. Może to dobry trop – powiedział łagodnie, a Ren skłonił głowę.


-        Dziękuję, Mistrzu. Dostarczyłeś mi cennej wskazówki...


***


Aloria – Dolina Shallos (Wieża Szermierzy), południe


Ella i Soana zrobiły sobie przerwę obiadową, w czasie zajęć z łucznictwa. Elfka zaproponowała jej typowo elficki posiłek, na co zaciekawiona Ella się zgodziła.


Jakież było jej zdumienie, gdy na stole znalazły się: zapiekanka ziemniaczana, zupa serowa, pierogi z warzywami i mnóstwo różnych surówek. W jednej chwili zrozumiała, że Elfy są wegetarianami i przypomniała sobie, że w wielu ziemskich książkach fantasy, tak to właśnie wyglądało. Westchnęła, jako że ona sama wegetarianką nie była.


-        Smacznego! – powiedziała Soana i ze smakiem zabrała się za zupę serową.


Ella uśmiechnęła się lekko i skosztowała tego z pewną dozą nieufności. Po chwili jednak odkryła, że jedzenie jest całkiem smaczne i zjadła wszystko.


Po posiłku, Soana spojrzała na Ellę z powagą. Czuła intuicyjnie, że dziewczyna ma dziś wyjątkowo zły nastrój i ostatecznie postanowiła ją o to zapytać.


-        Czy coś się stało?


-        Nie, dlaczego pytasz? – ocknęła się Ella.


-        Jesteś dziś bardzo przybita... – stwierdzała poważnie. – Jeśli nie chcesz, nie musisz mi tego mówić, ale chętnie cię wysłucham. Może nawet coś pomogę? – powiedziała łagodnie, a Ella posłała jej wdzięczne spojrzenie.


-        Dziękuję, ale to nic takiego. To tylko koszmar... – westchnęła.


-        Opowiesz mi o nim?


Ella przez chwilę się wahała, ale potem stwierdziła, że dobrze będzie wyrzucić to z siebie. Przedstawiła Soanie swój koszmar i zauważyła szczere zdumienie na jej twarzy, co było interesujące, jako że Soana zazwyczaj nie okazywała mimicznie emocji.


-        Rzeczywiście nieprzyjemny i dość dziwny ten sen... – stwierdziła po chwili. – Jednak to tylko mara nocna. Mimo iż go nie znam, to jestem przekonana, że Alren nie zrobiłby czegoś takiego. Nie powinnaś się tym przejmować.


-        Wiem, ale martwię się. Odkąd tu przybyłam, dzieją się dziwne rzeczy... Dlaczego się ode mnie odwrócił? Nic złego nie zrobiłam... – oczy jej zwilgotniały.


-        Też mnie to ciekawi, ale myślę, że tu chodzi o coś więcej... Zapewne jest coś, o czym nie wiemy – odparła. – Podejrzewam jednak, że niedługo wszystko się wyjaśni.


 

Aruell
Nastrój: leniwy
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 132

wtorek, 6.grudnia.2011, 00:00



Rozdział 132


 


4 dzień ruanu 8976 roku (4 dzień szkolenia), Aloria – Dolina Shallos, południe


Tego dnia nikt nie budził Księżniczki o świcie. Pozwolono jej pospać do późna. Zmęczona i tak by się za wiele nie nauczyła. Dopiero w południe spotkała się z Gordem na kolejnej lekcji szermierki, na której skupiła się całkowicie, by nie myśleć za dużo o Alrenie.


Tymczasem zielonooki przystojniak postanowił poćwiczyć fechtunek, dla zabicia czasu, gdyż nie miał teraz nic do roboty. Poszedł na niewielką łąkę, nad brzegiem jeziora i zaczął wymachiwać dwoma mieczami, korzystając ze wszystkich znanych sobie technik, na zmianę. W pewnym momencie wyczuł znajomą aurę i tym razem jej nie zignorował.


-        Może zamiast mi się przyglądać, Sao, zmierzysz się ze mną? – powiedział nawet nie odwracając się do niej. Zaraz po tym usłyszał jej śmiech.


-        Czemu nie... – odparła i wyjęła swój miecz, a on dopiero wtedy na nią spojrzał z uśmiechem. – Tylko mnie nie zabij – dodała, ustawiając się naprzeciw niego.


-        Zastanowię się... – odparł z przekąsem, odrzucając jeden miecz, by było sprawiedliwiej.


Sao nie czekała na zaproszenie i od razu rzuciła się do ataku. Na sam początek zablefowała, że chce go uderzyć z przodu, by potem znienacka zaatakować go od tyłu. Była przy tym niezwykle szybka. Gdy Alren skrzyżował z nią miecze za swoimi plecami, uśmiechnął się do niej znacząco.


-        Jak zwykle podstępna... – skomentował i odrzucił ją jednym ruchem, aż się zachwiała.


-        Jak zwykle silny... – odpowiedziała mu tym samym.


Potem pojedynek zaczął się na dobre. Oboje atakowali się w najbardziej wredny sposób, ale tak, by nie zrobić sobie krzywdy. Co chwila Ren zatrzymywał przed nią ostrze, a ona próbowała choć troszkę go zmęczyć szybkimi ciosami. Dookoła unosił się tylko kurz i rozlegał odgłos brzęczącego metalu. W końcu zakończyli pojedynek. Alren z uśmiechem schował oba swe miecze, a Sao usiadła na ziemi, dysząc ze zmęczenia, ale również się uśmiechała.


-        Rany, rany... – pokręciła głową. -  Gdybyś nie zatrzymywał swego miecza, umarłabym już, aż pięćdziesiąt siedem razy! Dołujący wynik... – zaśmiała się z własnych słów.


-        Ale i tak jesteś lepsza, niż wtedy, gdy walczyliśmy ostatnim razem – pochwalił, pomagając jej wstać. Przez chwilę się zarumieniła, ale szybko odwróciła wzrok.


-        Cóż, w ustach takiego wojownika jak ty, to prawdziwy komplement – zażartowała, a potem westchnęła bezradnie. - Jak ty to robisz, że w ogóle się nie męczysz? – spojrzała na niego z podziwem.


-        Życie mnie nauczyło – odparł z uśmiechem.


Sao przez chwilę milczała. Wahała się, czy podejmować temat jej wątpliwości i podejrzeń, czy nie... Gdy w końcu zebrała w sobie siły, by zadać to pytanie, oboje usłyszeli głos jakiegoś strażnika pałacowego.


-        Przepraszam, że przeszkadzam – zawahał się, widząc chłodne spojrzenie Alrena.


-        O co chodzi? – spytała Sao.


-        Pani Syriana wzywa Mistrza do siebie.


-        Rozumiem – zaśmiał się, słysząc ten grzecznościowy zwrot. – Już idę – dodał, a strażnik szybko się wycofał.


-        Wygląda na to, że skończyło się twoje wolne, Mistrzu – zakpiła wesoło, a on zmierzył ją znaczącym spojrzeniem.


-        A zatem i nasza rozmowa musi poczekać – powiedział spokojnie, a potem poszedł w stronę pałacu. Sao nie miała więc innego wyjścia, jak tylko poczekać, na kolejną okazję.


***


Komnata Syriany, popołudnie...


Kiedy Alren wkroczył do komnaty Syriany, był śmiertelnie poważny. Zastanawiał się, co Arcykapłanka tym razem kombinuje. Gdy jednak ujrzał ją, siedzącą przy biurku z całym stosem ksiąg i zwojów, uznał, że to coś ważnego.


-        Wzywałaś mnie, Pani?


-        Tak, Alrenie. Jako że Gird jest teraz zajęty, to zadanie przypada tobie. Poza tym On zawsze cię lubił, z tego co mi doniesiono...


-        On? – zdziwił się.


-        Lingorus – uśmiechnęła się do Rena, a ten był w szoku.


-        Niby prawda, ale... – zawahał się. – Dlaczego wspominasz o Mistrzu Lingorusie?


-        Ponieważ musisz się do niego udać. Wyruszysz jeszcze dziś.


-        A powiesz mi chociaż, po co? – ponaglał ją.


-        Już tłumaczę – westchnęła Syriana, Jak zwykle był niecierpliwy. – Ostatnio Mirella powiedziała mi, że Calina może nam pomóc w znalezieniu Hariosa. To imię jej się przyśniło i co ważniejsze, tak się składa, że słyszałam o takiej jednej.


-        Co to za Calina? – zainteresował się.


-        Była Kapłanką Hariosa w Lorionie kilka miesięcy temu – rzekła szczerze. – Sprawdziłam kilka zapisów i wiem już o niej prawie wszystko.


-        To znaczy?


-        Calina pochodziła z rasy Elfów. Co ciekawe, pełniła swoją funkcję, w Sanktuarium Hariosa, w tym samym czasie, kiedy Harios zniknął. Natomiast po tym okropnym wydarzeniu, zniknęła bez śladu. Nikt jej potem nie widział i nie wiadomo do dziś, co się z nią stało – mówiła poważnie. – Jest więc wysoce prawdopodobne, że była świadkiem zniknięcia Hariosa lub nawet przyczyniła się do tego. A to znaczy, że trzeba ją koniecznie znaleźć, gdyż może nam dostarczyć niezwykle istotnych informacji.


-        Zgadzam się – przytaknął po namyśle. – Jednak, jak ją znajdziemy, skoro ślad po niej zaginął?


-        Nie mam pojęcia i właśnie dlatego musisz odwiedzić Lingorusa. Był jej nauczycielem i podobno utrzymywał z nią bliższy kontakt.


-        Sugerujesz, że on wie coś więcej na temat jej zniknięcia?


-        Możliwe... Poza tym jest wybitnym znawcą Elfów, co również może okazać się pomocne – stwierdziła. – Uprzedziłam go już o twej wizycie, więc możesz wyruszyć nawet teraz. Sądze, że ucieszy go widok jego ulubionego ucznia – uśmiechnęła się do Alrena znacząco.


-        Widzę, że już wszystko zaplanowałaś – westchnął i odwzajemnił ironiczny uśmiech.


-        Nie martw się o Mirellę. Nie spuszczę jej z oka – zapewniła.


-        Nie będę się sprzeczał – wiedział, że i tak nic nie wskóra. Domyślał się, że jest jej na rękę, że jego nie będzie, ze względu na Ellę, ale musiał to przełknąć.


-        Skorzystaj z pałacowego teleportu – poleciła. - A zanim wyjedziesz, pożegnaj się z Mirellą. Tak nakazuje grzeczność – ostatnie zdania zaskoczyły Alrena, ale nie miał zamiaru o to pytać.


-        Jak sobie życzysz – odparł beznamiętnie, pokłonił jej się i opuścił komnatę.


***


Aloria – Dolina Shallos (Wieża Szermierzy), późne popołudnie


Ella właśnie ćwiczyła atakowanie na manekinie, w czasie zajęć z szermierki. Był on coraz bardziej zniszczony, co świadczyło o jej postępach, jednak nadal nie potrafiła go przepołowić jednym ciosem. Mimo to Gord był pod wrażeniem, że tak szybko się uczyła. Wiedział, że w połowie jest to zasługa magii, ale drugą połowę z pewnością stanowił talent. Nigdy by nie podejrzewał tej łagodnej i wrażliwej dziewczyny o dar oraz zacięcie do fechtunku.


-        Nieźle, jak na amatora, Wasza Wysokość – usłyszeli nagle znajomy głos.


Ella od razu go rozpoznała i przerwała trening, patrząc z zaskoczeniem na, materializującego się tuż przed nią, Alrena.


-        Jednakże w tym tempie, nigdy nie ukończysz tego szkolenia... – dodał po chwili, ze złośliwym uśmieszkiem, co ją zirytowało.


-        Dlaczego jesteś taki złośliwy? Nie zasłużyłam sobie na to! – zacisnęła pięść na rękojeści i patrzyła na niego z wyrzutem.


-        Bez urazy, Księżniczko. Ja tylko mówię prawdę – puścił jej oczko, a ją szlag trafił i wymierzyła  w niego cios, który on zablokował, łapiąc ostrze w dłoń.


-        C-co robisz? – przeraziła się widząc, jak jej miecz kaleczy jego skórę dłoni, a on jednym ruchem wyrwał jej broń z ręki i odrzucił na bok. Uniósł swą dłoń, która otoczyła się białym światłem i po chwili nie było na niej śladu zadrapania.


-        Przyszedłem się pożegnać – odparł najzwyczajniej w świecie, kiedy ona wciąż drżała z emocji.


-        Pożegnać? – spytał Gord, który był zaskoczony jego wizytą.


-        Tak. Udaję się na południe, do Elish. Nie będzie mnie dzień lub dwa – wyjaśnił krótko. – Arcykapłanka poleciła mi się pożegnać, więc jestem – zerknął na Gorda kpiąco.


-        Po co tam jedziesz? – spytała zaniepokojona Ella.


-        W sprawie Caliny, Księżniczko – spojrzał na nią w taki sposób, że przełknęła ślinę. Głowiła się, dlaczego jest tak cholernie pociągający i wkurzający zarazem?


-        To się żegnaj i zjeżdżaj. Przerywasz nam zajęcia – syknął Gord, którego drażniło jego zachowanie.


-        Więcej szacunku, Gordzie – uśmiechnął się od niego znacząco. – Pamiętaj, kto tu jest szefem – dodał jeszcze, doprowadzając Gorda do szału. Mimo to blondyn opanował się.


-        Ach, wybacz mą zuchwałość... Szerokiej drogi, szefie – odparł ironicznie, akcentując ostatni wyraz, a Ren popatrzył przez chwilę na zmieszaną Ellę.


-        Do widzenia, Wasza Wysokość – rzekł poważnie, niskim głosem. – Bądź grzeczna i... ucz się pilnie – dodał jeszcze ironicznie, irytując tym Ellę. Zniknął równie szybko i tajemniczo, jak się pojawił.


***


Tymczasem, nieopodal...


Tiya, która dzięki wszechobecnym tu roślinom słyszała każde słowo w tej dolinie, uśmiechnęła się do siebie i założyła nogę na nogę, siedząc na gałęzi jednego z drzew.


-        A więc pan Alren będzie nieobecny przez jakiś czas – mruknęła z zadowoleniem. – Doskonale się składa... - poprawiła włosy i spojrzała na zachodzące już Słońce.


Pani Trzeci Generał czekała tylko na taką chwilę. Wiedziała doskonale, że to Alren jest tu najpotężniejszym ochroniarzem Mirelli. Jeśli go nie będzie, logicznym było, że nadarzy się okazja, by ją zabić.


Tiya obawiała się jeszcze trochę Syriany. Miała ona porównywalną do niej moc, tylko że przeciwną. Jednak postanowiła, że wystarczy zająć ją, w tym czasie, czymś innym. Soaną się nie przejmowała, nie mówiąc już nawet o Sao. Te panie nie miały z nią szans, więc nie zawracała sobie nimi głowy. Tylko Gord wciąż był dla niej zagadką. Niby był bardzo silny, ale nie pokazał swoich możliwości, jak do tej pory. Postanowiła więc zachować wobec niego ostrożność.


Tak, czy siak obmyśliła już nowy plan zabicia Księżniczki Miryonu. Musiała tylko poczekać, aż Alren opuści Dolinę Shallos.


-        Przygotuj się, Mirello... – mruknęła do siebie. – Twój czas dobiega już końca...



Aruell
Nastrój: mikołajkowy
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 131

czwartek, 1.grudnia.2011, 00:00



Rozdział 131


 


3 dzień ruanu 8976 roku (3 dzień szkolenia), Aloria – Dolina Shallos, noc


Gord pomógł Elli przenieść Alrena na brzeg, gdzie Syriana dokładnie go zbadała i stwierdziła, że poza tym, że stracił przytomność, przez utratę nadmiaru magicznej mocy, nic mu nie jest. Uleczyła też jego powierzchowne rany. Wszyscy patrzyli na niego z mieszanką podziwu i strachu. Tylko Ella, ku zdumieniu Sao, klęczała przy nim tak długo, aż się ocknął. Nie trwało to długo.


Gdy otworzył oczy i ujrzał jej błękitne, przerażone oczęta, uśmiechnął się lekko, po czym wstał, jak gdyby nigdy nic. Sao znów poczuła chłód na plecach. To spojrzenie, jakim obdarował Mirellę...


-        Doprawdy, Alrenie – rzekła Syriana – jesteś przerażający.


-        Już to kiedyś słyszałem – zaśmiał się odruchowo. - Potraktuję to jako komplement, Pani – dodał jeszcze lekko kpiącym głosem i spojrzał znacząco na Gorda, który był naprawdę zmieszany.


Tej nocy bowiem odkrył, że nie może się porównywać do Alrena, mimo iż mają podobną pozycję społeczną w Alorii. On też był Shiryenem, ale nie znał się na Czarnej Magii, która nawiasem mówiąc, była przecież zakazana w Alorii. Poczuł się z tym dziwnie, bo musiał uznać jego wyższość. Jego duma po raz kolejny została urażona, ale wiedział, że w tej sytuacji, musi się z tym pogodzić.


-        Gdzie się nauczyłeś tego zaklęcia? – spytała ostrzej Syriana. – Zdajesz sobie sprawę, co grozi za używanie zakazanej magii?


-        Oczywiście, jednak sama przyznasz, Pani, że wymagała tego sytuacja. Prawda? – odparł, używając jej ulubionego argumentu, więc westchnęła bezradnie.


-        Tylko dlatego, nie zostaniesz za to ukarany. Nikt się nie dowie, że rzuciłeś to zaklęcie... – zapewniła. – Choć trudno będzie wyjaśnić, jakim cudem, w  ciągu jednej mocy, ta piękna dolina przerodziła się w pustkowie... – rozejrzała się ze smutkiem.


-        To było nieuniknione, ale również żałuję tego lasu... – przyznał szczerze.


Ella, która przez dłuższy czas przyglądała się Alrenowi i wciąż była pod wrażeniem ostatniego widowiska, popatrzyła teraz ze smutkiem na okolicę. To było takie piękne miejsce... Jej oczy zwilgotniały i zapragnęła, by to wszystko okazało się tylko złym snem. Wówczas poczuła się dziwnie, jakby traciła świadomość i upadła na kolana.


-        Pani! Co ci jest? – wszyscy się rzucili, by to sprawdzić i wówczas oślepiło ich błękitne światło.


Gdy z przerażeniem otworzyli ponownie oczy, ujrzeli przed sobą kobietę w błękitnej sukni, o złotych włosach, aż do ziemi. Na jej czole widniał znak podwójnego Księżyca, a oczy mieniły się szafirowym blaskiem. Zamurowało ich.


-        Ty jesteś... – zaczął Alren niepewnie – Mira!


-        Zgadza się, mój rycerzu – odpowiedziała mu, a pozostali natychmiast przed nią uklękli, drżąc przed jej energią. Byli w szoku, widząc na własne oczy starożytną boginię, wygnaną z Egharii na wiele stuleci.


-        Ale jak to możliwe? – Ren głowił się dalej.


-        Od ceremonii Mira i Ella stanowią jedność – mówiła szybko Syriana. – Dlatego możemy się spodziewać chwilowych przebudzeń Miry w jej ciele. Dopiero, gdy zjednoczą się całkowicie, to przestanie być możliwe...


-        Pojawiłam się, by spełnić życzenie Elli i swoje, jako że jesteśmy jednością... – mówiła Bogini Miryonu – a ona nie jest jeszcze w stanie wykorzystywać swej mocy.


-        Nie do wiary... – Rena przeszył dreszcz i dopiero wtedy zorientował się, że tylko on nie klęczy.


Już chciał to zrobić, gdy poczuł dłoń bogini na swoim policzku i zastygł w bezruchu. Pozostali patrzyli na tę scenę zszokowani.


-        Mój drogi, ty nie musisz przede mną klęczeć... – powiedziała łagodnie, a Ren przełknął ślinę. – Odkąd stanowię jedność z Mirellą, podzielam nie tylko jej wspomnienia, myśli, lęki, ale i tęsknoty, uczucia.


-        T-to znaczy... – zająknął się, z wrażenia.


-        Ciii... Sam najlepiej wiesz, o czym mówię – szepnęła. – A teraz wybaczcie...


Bogini uniosła się w powietrze i zawisła nad doliną, oglądając ją z poważną miną, a pozostali wpatrywali się w nią w niemym zachwycie. Wszyscy z wyjątkiem Sao, która właśnie zrozumiała, że Księżniczka Mirella kocha Alrena...


Domyśliła się, o kim mógł mówić Alren i to nią wstrząsnęło. Świadomość, kim jest jej rywalka, przytłoczyła ją, ale postanowiła wrócić do tego później. Nie miała dowodów. Tłumaczyła sobie, że to tylko przeczucia i domysły, że może się mylić... Teraz zaś podziwiała kolejne widowisko.


Mira zamknęła oczy i w tym momencie chmury, tuż nad nią zniknęły i oświetliło ją silne światło Miryonu. To był niesamowity widok dla widzów. Potem spojrzała ponownie na dolinę.


-        „Na potęgę wszechmocnego Miryonu, co zniszczone zostało, niechaj powróci...” – powiedziała głośno i wtedy jasny, błękitny blask spowił cały zniszczony obszar.


Gdy światło zniknęło, dolina wyglądała tak, jak przedtem. Znów porastał ją bujny las, pełen kwiatów i traw. Wszystkim mowę odjęło z wrażenia. Wiedzieli, że tylko boska magia może dokonywać czegoś takiego.


-        Chyba nie jestem już dłużej potrzebna... – stwierdziła Mira, zadowolona z efektu i wówczas Ella odzyskała świadomość.


Natychmiast zaczęła spadać, aż złapał ją Alren, którego refleks jak zwykle był niezawodny. Gdy wylądowała w jego ramionach i ujrzała ciepły uśmiech, automatycznie się zarumieniła. Dopiero potem zauważyła, że w dolina wygląda, jak wcześniej i zamurowało ją.


-        J-jak to się stało?! – aż krzyknęła z wrażenia.


-        Dzięki tobie, Pani – ukłonił jej się Gord.


-        A konkretnie dzięki Mirze, która jest w tobie – uśmiechnęła się Syriana.


-        Niemożliwe... – rozglądała się zszokowana. – Ja to zrobiłam?


Wszyscy, łącznie z Alrenem, uklękli przed Ellą, co wywołało jej zakłopotanie, ale ostatecznie spojrzała na Miryon i poczuła coś ciepłego w sercu, na jego widok. W tej chwili Alren łagodnie się uśmiechał, patrząc prosto na nią z wielkim podziwem. Sao zaś znów poczuła ukłucie w sercu, gdyż jej podejrzenia, z każdą chwilą, wydawały się bardziej słuszne. Jednocześnie zauważała beznadziejność swego położenia. Gord wpatrywał się w Ellę z zachwytem i szybko bijącym sercem, ale za każdym razem, gdy napotykał wzrok Alrena, mimowolnie drżał ze strachu. Soana natomiast cieszyła się, że przyroda wróciła do pierwotnego stanu, jak przystało na Elfkę. Syriana zaś patrzyła raz na Ellę, a raz na Alrena i uśmiechnęła się do siebie.


-        Ta para... Alren - Mistrz Czarnej Magii i Mirella - Bogini Miryonu, a zarazem Pani Białej Magii... – mówiła do siebie w myślach. – Razem stanowią niepokonany duet.


Syriana wiedziała, że gdy Ella nauczy się wykorzystywać swą moc oraz całkowicie połączy się z Mirą, będzie niezwyciężona. Alren stanowił jej magiczne przeciwieństwo, więc razem uzupełniali swoje wady. Ta myśl napawała optymizmem i Syriana, po raz pierwszy od dawna, poczuła, że zapobieżenie apokalipsie Egharii i pokonanie Oriany, nie jest niemożliwe.


***


Tymczasem, gdzieś nad pałacem...


Tiya patrzyła na piękną dolinę z wielkim zaskoczeniem. Widziała całą bitwę z góry i nadal nie wierzyła w to, co zobaczyła. Najpierw Alren, który okazał się być mistrzem Czarnej Magii, zniszczył wszystkie drzewce jednym, zakazanym zaklęciem, a potem Bogini Mira we własnej osobie przywróciła dolinę do poprzedniego stanu. To wyglądało jak sen, a raczej koszmar, w jej przypadku.


-        Cholera... – syknęła Tiya. – To będzie trudniejsze, niż sądziłam.


Jako Trzeci Generał Harmeyonu w Cehronie nie miałaby szans w starciu z Boginią Mirą. Dobrze o tym wiedziała. Wniosek był więc prosty.


Musiała pozbyć się Mirelli, zanim ta nauczy się korzystać ze swej mocy lub co gorsza, ostatecznie zjednoczy się z Mirą. Wtedy to nawet Cesarzowa Oriana miałaby poważny problem z pokonaniem jej. Chyba, że... Chyba, że przedtem zdobyłaby choć część mocy Hariosa... Wtedy sytuacja mogłaby się zmienić, ale jak na razie, nikt nie wiedział, gdzie podział się Duch Egharii.


Analizowała sposoby, jakimi mogłaby wypełnić zadanie. Doszła do wniosku, że przydałoby się odizolować księżniczkę od tego potwora, Alrena, który mógłby poważnie utrudnić jej jak najszybsze unicestwienie Mirelli. Wprawdzie jego też miała zabić, ale  na razie jeszcze nie miała pomysłu, jak. Widziała próbkę jego możliwości i podejrzewała, że będzie musiała uciec się do podstępu, by go pokonać.


Tak czy siak, była wściekła, bo jej znakomity plan z drzewcami nie wypalił. A już myślała, że będzie miała spokój... Westchnęła bezradnie i zniknęła.


***



3/4 dzień ruanu 8976 roku, Aloria – Shall (Ogród Królewski), noc


Alren nie mógł spać, choć wiedział, że do świtu niedaleko i potem nie będzie już okazji. Jednak nie mógł wyrzucić z pamięci obrazu Elli i Gorda na ławce, tuż przed atakiem drzewców oraz Bogini Miry, której iluzję miał okazję ujrzeć wcześniej, tylko w innym wymiarze, kiedy pomogła mu dostać się na Ziemię.


Czuł się zakłopotany. Było mu naprawdę ciężko unikać Elli - tej piękności, której dawno już oddał serce. Nie potrafił też kontrolować swej złości, za każdym razem, gdy widział ją z Gordem.


Westchnął i siedząc na brzegu fontanny, w centrum Ogrodu Królewskiego, patrzył nieustannie w okna sypialni Elli. Wiedział, że ktoś go obserwuje zza pobliskiego drzewa, ale wiedząc, kto to, nie reagował.


Sao za to zachowywała się tak, jakby wierzyła, że jest dla niego niewidoczna. Oczywiście podejrzewała, że ją zauważył, ale nie chciała wyjść z ukrycia. Wolała patrzeć na niego z boku. Wiedziała, że jeśli wda się z nim w rozmowę i zada mu nurtujące ją pytanie, to usłyszy odpowiedź, która jej się nie spodoba. Z jakiegoś powodu wolała się oszukiwać, choćby jeden dzień lub dwa... Nie nacieszyła się jeszcze jego powrotem, by już odchodzić.


Patrząc na niego teraz, widziała, że myśli o Księżniczce Mirelli. Nie trzeba było być geniuszem, by zgadnąć i to ją zasmucało. W końcu nie wytrzymała tego i cichcem wycofała się stamtąd, do swej komnaty.


W tym samym czasie, w innej części ogrodu, Gord wpatrywał się w jezioro, siedząc na tej samej ławce, na której ostatnio obejmował Mirellę. Wciąż pamiętał jej aksamitną i gorącą skórę, zapach jej włosów, które mógł wtedy poczuć. Nieustannie słyszał w umyśle jej melodyjny głos i bicie swego serca, gdy zapłakana dziewczyna, wtulała się w jego pierś. Nawet jeśli to trwało niecałą minutę, wyolbrzymiał te chwilę do wielu godzin. Najbardziej niezwykłe były jej duże oczy o głębokim, błękitnym kolorze. Gdy w nie patrzył, miał wrażenie, że spogląda na mityczny Miryon, lśniący na nocnym niebie. Można było w nich zatonąć, jak w bezkresnym oceanie... Rozmarzył się i westchnął.


Gord był zafascynowany urodą Księżniczki Miryonu, już w chwili, gdy spotkał ją pierwszy raz, ale teraz... Teraz miał wrażenie, że z każdą chwilą, zadurza się w niej coraz bardziej. Była bowiem nie tylko nieziemsko piękna, ale i dobra, szczera i empatyczna. Miała silną osobowość i wiele ukrytych talentów. Trudno było jej nie podziwiać.


Dlatego zupełnie nie rozumiał, dlaczego Alren się od niej odwrócił, po przybyciu do Lorionu. Osobiście uważał, że albo Ren jest skończonym idiotą, albo dzieje się tu coś, o czym on sam nie ma bladego pojęcia. Co gorsza, z jego obserwacji wynikało, że Mirella też nie. To był powód jego frustracji, nawet większy niż to, że Alren był od niego znacznie silniejszy. Nie mógł bowiem patrzeć na cierpienie Mirelli.


Za każdym razem gdy ją widział, miała smutną twarz i podpuchnięte oczy, a potem brała się w garść i udawała, że wszystko jest w porządku. Miał wówczas ochotę ją przytulić, jak wtedy... Jednak obawiał się, że niedługo, nie będzie w stanie się tak hamować i zapragnie zbliżyć się do niej jeszcze bardziej. Mimo iż wiedział doskonale, że jej serce, choć tamten w jego opinii na to nie zasłużył, należało do Alrena...

Aruell
Nastrój: może być
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 130

środa, 30.listopada.2011, 00:00



Rozdział 130


 


3 dzień ruanu 8976 roku (3 dzień szkolenia), Aloria – Dolina Shallos, późny wieczór


Nie minęła nawet minuta od tamtego okropnego hałasu, kiedy ziemia zaczęła drżeć. Ella była zdezorientowana i nie wiedziała, co się dzieje, Gord natychmiast wyjął swój miecz i zaczął się nerwowo rozglądać, zaś Alren w ułamku sekundy znalazł się przed Ellą i również wyjął swoje dwa miecze, które nosił na plecach.


-        Czy to jest to, co myślę? – spytała Ella Rena, pamiętając rozmowę w Wieży Magów.


-        Tak. Zaczęło się.


-        Czym do diaska jest nasz wróg? – spytał ze złością w głosie Gord, słysząc różne, głośne i dziwne odgłosy, dobiegające z lasu.


-        To drzewa... – usłyszeli wszyscy i wtedy ujrzeli Syrianę, która znienacka pojawiła się tuż obok nich.


-        Drzewa? – zdziwił się Gord.


-        Alren ci nie mówił, że aura cehrońska kryje się w drzewach?


-        Mówił, ale... – zawahał się. – Co przez to rozumiesz, Pani, że mamy walczyć z drzewami?


-        Patrz i nie gadaj tyle! – huknął na niego Ren.


Gord wtedy zauważył, że w ich stronę kierują się drzewa, poruszające się na swoich korzeniach, uformowanych w pseudo-kończyny dolne oraz wymachujące gałęziami, które służyły za ich „ręce”. Jakby tego było mało, te drzewne bestie były ogromne i... niezwykle liczne. Wyglądało to tak, jakby cały las oderwał się od ziemi i teraz otaczał ich, tworząc wokół nich śmiercionośny krąg ożywionych roślin.


W tym czasie z zachmurzonego i ciemnego nieba zaczął padać niewielki deszcz, który zdawał się jeszcze dodatkowo dodawać sił tym drzewcom-potworom. Widok był tak niesamowity i szokujący, że Alren, Gord, Ella i Syriana patrzyli na to wszystko w osłupieniu.


-        Co to za potężna magia poruszyła cały las, zwracając go przeciw nam? – głowiła się Syriana, która już skupiała swoją energię.


-        Założę się, że to robota jednego z generałów Cehronu – syknął Alren. – Pani, bądź łaskawa ochraniać księżniczkę, a my zajmiemy się tymi bestiami. – posłał Gordowi porozumiewawcze spojrzenie, a blondyn przytaknął. To nie był dobry moment na urazy i dąsy. Teraz musieli współpracować.


-        Nie dacie sobie rady sami! – krzyknęła Syriana, gdy już otoczyła siebie i Ellę potężną barierą ochronną, uniemożliwiającą jej angażowanie się w walkę.


-        Nie będą sami! – usłyszeli kolejne głosy.


Na miejsce przybyła Sao ze strażą pałacową oraz Soana. Ich widok ucieszył wszystkich, ale Syriana nadal wyczuwała, że to o wiele za mało, by pokonać całą armię drzewców.


-        To wciąż za mało – rzekła Arcykapłanka. – Jak myślicie, ile drzew rośnie w tym lesie?


-        Myślę, że jakieś kilkanaście tysięcy albo i więcej... – stwierdziła Sao.


-        No właśnie. Dokładnie tylu ich jest! – powiedziała. – Uwaga! Atakują! – tylko to krzyknęła, a bestie ich zaatakowały, nie tylko wymachując potężnymi gałęziami i koronami, ale i magią naturalną.


Bitwa się zaczęła. Soana stała blisko bariery Syriany i strzelała z łuku zaczarowanymi strzałami, które niszczyły całe drzewce. Zawdzięczała to mocy Elfów – mistrzów magii natury. Gord i Sao atakowali te potwory mieczami, ścinając ich jednego po drugim, zaś Alren zajął się neutralizacją czarów drzewców oraz odbijaniem ich, dzięki mocy Shiryena, co zabijało całe rzędy potworów. Potem się zmieniali. To Gord używając mocy Shiryena odbijał ataki, a  Alren atakował całe połacie drzewców ogniem i lodem. Wszyscy dawali z siebie tyle, ile byli w stanie.


Jednak pomimo dobrej organizacji i godzinnej walki, drzewców wcale nie ubywało. Nadchodziły następne i następne. Nie było temu końca. Strażnicy poginęli i ocaleli tylko ich dowódcy. Ella nie mogła na to patrzeć i bardzo się martwiła. Natomiast Syriana postanowiła zmienić strategię, która i tak nie przynosiła skutku.


-        To na nic – stwierdziła ostro Syriana. – Wejdźcie do wnętrza bariery, musicie odpocząć! Ja spróbuję je powstrzymać.


-        Co zamierzasz, Pani? – zdziwił się Ren.


-        Użyję „Gniewu Natury”. To powinno ich załatwić...


-        Nie zgadzam się! – zaprotestował Alren, kiedy wszyscy już weszli do bariery i bezradnie patrzyli, jak drzewce uderzają w nią, próbując przebić. – Jeśli użyjesz tego czaru, Pani, to sprowadzisz na dolinę wszystkie możliwe kataklizmy naturalne. Owszem to je zniszczy, ale przy okazji także nas, zabytkowe wieże i pałac! Tego czaru nie można kontrolować po jego rzuceniu! – spojrzał Syrianie w oczy.


-        Masz rację, ale w takim razie, co mamy...


-        Nie rób tego, skoro to tak niebezpieczne – wtrąciła się Ella, zaskakując ich wszystkich. – Myślę, że jest inne wyjście... – rzekła zdecydowanie, patrząc znacząco na Rena. Wiedziała, że przynajmniej jedna, obecna tu osoba, nie wykorzystała jeszcze nawet połowy swych możliwości.


-        Co sugerujesz, Księżniczko? – zdziwiła się Syriana i gdy ujrzała, na kogo ona patrzy, zrozumiała. – Wiem, że Alren jest potężny, ale chyba nawet on nie poradzi sobie sam z całą armią drzewców... – stwierdziła niepewnie, również patrząc na bruneta, który z powagą obserwował wrogów, jakby nad czymś myślał.


-        Widzę, że nawet ty go nie doceniasz – stwierdziła z ironią w głosie. – Milczy od jakiegoś czasu. To znaczy, że ma już jakiś plan... – uśmiechnęła się przebiegle.


Wszyscy we wnętrzu bariery byli zdumieni pewnością siebie Elli i odruchowo spojrzeli na Alrena, który z kolei zerknął na Ellę, z błyskiem w oku. Uniósł kąciki ust.


-        Masz rację, Wasza Wysokość – stwierdził z tajemniczym uśmiechem. – Zajmę się tymi drzewcami, ale uprzedzam, że dolina nie będzie już tak piękna, jak dawniej...


-        Co chcesz zrobić? – zdziwił się Gord.


-        Zapewniam jednak, że ta bariera, pałac i wieże pozostaną nietknięte. Pominę te obszary, rzucając czar... – mówił dalej, ignorując pytanie Gorda.


-        Alrenie... – zawahała się Syriana, czując, że planuje coś „dużego”.


-        Nawet nie pytaj, Arcykapłanko, Pani Białej Magii...  A najlepiej zapomnij o tym, co za chwilę zobaczysz... – rzekł tak poważnie i złowieszczo, że zadrżeli. - Zaufajcie mi... – uśmiechnął się.


Posłał jeszcze jedno znaczące spojrzenie w stronę Elli, która natychmiast się zarumieniła, a potem jego oczy zalśniły zielenią, co zaniepokoiło wszystkich z wyjątkiem jego ukochanej.


-        Uważaj na siebie... – usłyszał jeszcze głos Elli, po czym opuścił barierę, używając lewitacji i poleciał na sam środek jeziora, wokół którego roiło się od wrogich drzew.


Sao, Gord, Soana, Syriana i Ella z niepokojem i niepewnością, patrzyli na unoszącego się nad wodą Alrena, którego oczy świeciły zielonym blaskiem, aż nagle zamarli z wrażenia, gdy otoczyła go aura, o tym samym kolorze. Skupiał swoją moc, co spowodowało, że woda pod nim zaczęła falować, a wiatr wirował wokół niego. To był imponujący widok, jednak obserwatorzy nie wiedzieli, że to dopiero początek widowiska...


Nagle bowiem Alren zranił się w ręce tak, że jego krew zaczęła kapać do jeziora, a potem rozłożył je na boki. Zszokowani tym widzowie, usłyszeli wtedy słowa, które wypowiadał głośno, swoim niskim głosem, przyprawiając ich o zimne dreszcze.


-        „Panie, który władasz ciemnością, powołuje się na twe imię, ofiarując ci krew moją. Bądź łaskaw użyczyć swemu słudze cząstkę swego mroku, który śmierć niesie od zarania dziejów...” – jego głos odbijał się echem, a nad jego zakrwawionymi dłońmi pojawiły się dwie, czarne kule energii, którymi wymachiwał tak długo, aż narysował na pofalowanej tafli jeziora, odwrócony pentagram.


Gdy go skończył, zalśnił on rażącym, czerwonym kolorem. Taka też barwę przybrały oczy Alrena. Wyglądał teraz tak demonicznie, że samo patrzenie na niego, mogło spowodować zawał serca. Ella jednak, jako jedyna, wciąż widziała w nim swego Rena i martwiła się o niego.


-        Szaleńcze! Nie rób tego! – krzyknęła przerażona Syriana, która wreszcie przypomniała sobie, skąd zna to zaklęcie, denerwując przy tym pozostałych.


-        Co się dzieje? Co ten idiota wyprawia? – zadrżał Gord.


-        To jedno z zakazanych, niezwykle potężnych i starożytnych zaklęć Czarnej Magii... – Syriana przełknęła ślinę, zdając sobie sprawę, że musiałaby użyć absolutnie całej swej mocy, by go teraz pokonać. – Nie mam pojęcia, skąd on zna to zaklęcie, nie mówiąc już o tym, że wie, jak go użyć... – była autentycznie zszokowana.


-        Co? – Sao zatkało, nie miała bowiem pojęcia, że Alren włada też czarną magią. – Nie może być... – głos jej się załamał.


-        Mirello, zrób coś! Tylko ty masz na niego jakiś wpływ! – krzyknęła Soana, rozumiejąc powagę sytuacji. – Jeśli dobrze pamiętam, wystarczy malutki błąd, by przypłacić rzucenie takiego czaru życiem... – słowa Elfki przeraziły Ellę, jednak wiedziała ona, że i tak go już nie powstrzyma.


-        Też jestem przerażona, ale obawiam się, że nie możemy już nic zrobić... – westchnęła. – Musimy wierzyć, że da sobie radę...


-        Ale to zaklęcie... – Syriana miała strach w oczach. – Jeśli uda mu się to kontrolować, żaden drzewiec tego nie przeżyje...


-        To chyba akurat dobrze... – zauważył Gord.


-        Tylko jakim kosztem? – martwiła się o niego.


Tymczasem, Alren dalej skupiał swoją moc, unosząc się w powietrzu, pośrodku pentagramu. Wyglądał teraz przerażająco, zupełnie jak ten, na którego moc się powoływał. Zaraz potem usłyszeli końcowe słowa zaklęcia.


-        „Użycz mi swej śmiercionośnej siły, by zgładzić wszystkich moich wrogów!” – wykrzyczał i wówczas obserwatorzy ujrzeli spektakl życia.


Alren złączył swe dłonie i jednocześnie dwie czarne kule energii, a potem cisnął nimi w dół. Czerwony pentagram uniósł się w górę i zaczął wirować wokół Alrena, kumulując czarną energię magiczną w osobie maga. Gdy Alren gwałtownie rozłożył ręce, pentagram rozszerzył się do rozmiarów całej doliny, niszcząc po drodze wszystkie drzewce i przy okazji wszystko inne, co było żywe w tym obszarze. Ocalała tylko bariera Syriany, wieże i pałac, które Ren specjalnie pominął. Całą resztę pochłonęła ciemność. Świadkowie tego niecodziennego czaru otworzyli usta ze zdumienia, nie mogąc uwierzyć własnym oczom.


Drzewce zniknęły, co do jednego, a niegdyś piękna dolina przypominała teraz ogromne pustkowie, bez chociażby źdźbła trawy. Innymi słowy, wyglądała okropnie... Zaraz jednak powrócili wzrokiem do Alrena, który dyszał ciężko ze zmęczenia, cały poraniony. Zaklęcie to podziałało też na niego, ale ponieważ był potężnym i doświadczonym magiem, nie dał się zabić. Mimo to był lekko ranny i wyczerpany.


Nikt nie śmiał się poruszyć, a ich gardła nie chciały wydać z siebie ani jednego dźwięku. Dopiero, gdy na ich oczach Alren stracił przytomność i wpadł do jeziora, ocknęli się.


-        Ren!! – krzyknęła rozpaczliwie Ella.


-        Topi się! – krzyknął Gord i już chciał po niego lecieć, kiedy wszyscy ujrzeli, jak Ella używając, ledwo co poznanej lewitacji, poleciała do niego i wyłowiła go na powierzchnię.


-        To niemożliwe... – wybełkotała wstrząśnięta Syriana. – Przecież ledwo co poznała słowa tego zaklęcia! Jeszcze nie ćwiczyłyśmy, więc jak ona...?


-        Wygląda na to, że jej też nie doceniamy... – skomentowała z uśmiechem Soana.


 

Aruell
Nastrój: ;)
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 129

wtorek, 29.listopada.2011, 00:00



Rozdział 129


 


3 dzień ruanu 8976 roku (3 dzień szkolenia), Aloria – Dolina Shallos, wieczór


Jej czarna zbroja połyskiwała, odbijając zachodzące Słońce. Na twarzy malował się złowieszczy uśmiech, a złote oczy zwiastowały kłopoty wszystkim pozostałym.


Tiya stała na szczycie pałacu, niezauważalna dla straży i nikogo innego. Była bowiem mistrzynią kamuflażu, a ponadto panią wiatru, którym tuszowała dodatkowo swą obecność. Najbardziej niebezpieczna jednak była jej umiejętność kontroli roślin. Stanowiła z nimi jedność, co czyniło z niej straszliwego przeciwnika.


-        Głupcy... – zakpiła cicho. – Nie macie pojęcia, co was czeka...


Założyła kosmyk włosów za ucho i spojrzała z politowaniem na tę piękną dolinę, a z jeszcze większą pogardą, na wszędzie stojącą straż, która nie miała szans jej dostrzec.


-        Nawet święta bariera Syriany nie zatrzymuje niewinnych roślin i zwierząt, zatem nie miałam problemu z dostaniem się tutaj... – mówiła do siebie. – Niepotrzebnie się tym martwiłam. Ale dość już tej zabawy...


Uniosła ręce w górę i wyszeptała zaklęcie w nieznanym języku, po czym otoczyła ją złowroga, czarna aura wiatru, którego powiew objął całą dolinę, nie pomijając żadnego drzewa. Straż poczuła tylko silniejszy podmuch i nie była niczego świadoma. Nie wiedziała, że Tiya właśnie rzuciła śmiercionośne zaklęcie - bombę z opóźnionym zapłonem.


-        Doskonale... – zaśmiała się złowieszczo. –Ta dolina będzie waszym grobem. Dziś w nocy wypełni się wola Jej Wysokości...


***


Aloria – Shall (Ogród Królewski), wieczór


Kiedy Ella kończyła już powoli dzisiejszą lekcję u Syriany, Alren powiadomił już wszystkich, łącznie z Gordem, o zbliżającym się niebezpieczeństwie. Wzmocniono straż w pałacu i posterunki na terenie doliny.


Teraz, kiedy nie miał już nic do roboty, Ren postanowił uciąć sobie drzemkę, czując, że w nocy może nie być okazji na odpoczynek. Poza tym wiedział, że Ella jest bezpieczna tak długo, jak przebywa z Arcykapłanką Egharii, więc nie musiał jej pilnować. Usiadł zatem pod drzewem, w pałacowym ogrodzie i zrelaksował się.


Kiedy już drzemał, zauważyła go Sao, która tamtędy przechodziła. Podeszła do niego i przykucnęła, wlepiając swój wzrok w przystojną twarz Rena. Ogarnęła ją pokusa, by go dotknąć, więc delikatnie przesunęła palcem po jego twarzy. Poczuła przyjemne mrowienie i przełknęła ślinę.


Tak bardzo za nim tęskniła przez te kilka ostatnich lat. Już w chwili, gdy go zobaczyła pierwszy raz  w życiu, jej serce oszalało na jego punkcie. Pamiętała ten dzień do dzisiaj...


Przyszła na kolejne z rzędu zajęcia szermierki w najlepszej, loriońskiej szkole, spodziewając się kolejnych nudnych lekcji i pojedynków, aż tu nagle okazało się, że do ich grupy dołączył nowy uczeń. Podobno przeniesiony z innej szkoły. Miał nieprzeniknioną, poważną twarz i magnetyczne, zielone spojrzenie. Był małomówny i niezwykle tajemniczy. Już od pierwszej chwili wiedziała, że jest niezwykły. Nie to, co jej koledzy...


Inni członkowie grupy bowiem, swoim zwyczajem, postanowili zorganizować pojedynek, po zajęciach, aby ustalić pozycję nowego. Zachowywali się, jak stado zwierząt, które wybierało, kto jest przywódcą. Alren powiedział wtedy, że go to nie interesuje i że są dziecinni, a oni ze złości nazwali go tchórzem. Gdy zaś doczesny przywódca zaatakował go znienacka, Ren postanowił jednak stanąć do walki. Do dziś pamiętała ten pojedynek... W ciągu zaledwie kilku minut, Alren bez trudu pokonał całą grupę i jak na ironię, choć był tym najmniej zainteresowany, został nowym przywódcą. Od tamtej pory wszyscy słuchali go, jak wyroczni i nikt nie śmiał go obrażać. A przecież... To był dopiero pierwszy dzień Alrena w tej szkole.


Zawsze głowiła się, u kogo uczył się wcześniej, że jest tak dobry oraz co to będzie, jak już ukończy naukę w tej szkole? Tak, jak się spodziewała, mężczyzna ten awansował na wyższe stopnie w zawrotnym tempie, bijąc na głowę niejednego nauczyciela, by ostatecznie zostać Shiryenem Alorii. Nazywano go po prostu geniuszem, gdyż nigdy wcześniej, nikt nie osiągnął tak wiele, w tak krótkim czasie.


A ona? Cóż... Była na drugiej pozycji, pod względem umiejętności, zaraz za przywódcą tamtej pierwszej grupy. Alrena poznała osobiście w czasie lekcyjnego pojedynku i wówczas pierwszy raz od dawna - przegrała. Nie zapomniała jednak tego, jak potem Ren podał jej rękę, pomógł wstać i pochwalił jej umiejętności. Wtedy straciła dla niego głowę...


Jako że nie należała do kobiet słabych i cichych, szybko znalazła sposób, by się z nim zaprzyjaźnić. O dziwo, rozmawiało im się wyjątkowo dobrze i nie jeden członek grupy był zazdrosny.


Jedni o to, że ona zwraca uwagę tylko na Alrena, a inni, że to Alren poświęca jej więcej czasu, niż im. Zafascynowani swoim liderem, liczyli bowiem na jego przyjaźń, a tymczasem on wolał porozmawiać z Sao. Zawsze był wobec niej milszy i traktował ją z szacunkiem, gdyż była jedyną kobietą w tamtej ekipie i nie uległa męskiej presji. Dorównywała im siłą i umiejętnościami, a często też przewyższała ich sprytem. Najwyraźniej Alren to w niej docenił i tym samym zdobył jej zaufanie.


Dziewczyna nagle zarumieniła się, gdyż przypomniała sobie tamtą pamiętną noc, kiedy poznała smak prawdziwej rozkoszy, dzięki Alrenowi. Miała wtedy parszywy dzień. Na zajęciach nic jej nie szło, została podwójnie ukarana przez nauczycieli i raz wyśmiana przez członków grupy, a przecież każdy może mieć czasem zły dzień... Poza tym pogoda była okropna, gdyż lało cały czas. Jakby tego jeszcze było mało dzień wcześniej Ren powiedział jej, jaki ma stosunek do miłości, co solidnie ją zawiodło, gdyż już wtedy była w nim mocno zakochana. Przytłoczona nadmiarem złych wrażeń, poszła w ich sekretne miejsce, do starego, opuszczonego domku nad jeziorem i płakała cały wieczór. Wtedy on do niej przyszedł. Znalazł ją i pocieszył, a potem ku jej wielkiemu zdumieniu, przytulił ją i pocałował. Tej nocy nigdy już nie zapomniała. Mimo iż, nie rozumiała dlaczego to zrobił, to i tak była szczęśliwa.


Mimo iż Sao wiedziała, że od tamtej pory byli tylko przyjaciółmi-kochankami i Alren jej nie kochał tak, jak ona jego, to zawsze miała nadzieje, że kiedyś to się zmieni. Czekała cierpliwe, ciesząc się każdą, spędzoną z nim, chwilą Dziś mogła z czystym sumieniem powiedzieć, że to był najwspanialszy okres w jej życiu. Jednak tamtego dnia, wszystko się zmieniło...


Sao zasmuciła się, przypominając sobie pewien poranek, kiedy Alren przyszedł do niej się pożegnać, nie mówiąc jej dokąd ani dlaczego wyjeżdża. Musiała mu nawet obiecać, że nie będzie go szukała. Ostrzegł ją, by nie czekała na jego powrót, bo to może nigdy nie nastąpić. Potem zniknął, tak po prostu, a ona była w rozsypce.


Po roku czasu pozbierała się jednak i poświęciła całkowicie swej pracy. Szybko awansowała i wkrótce została Strażniczką Shall, co było sporym wyróżnieniem wśród straży królewskiej. Mimo iż oszukiwała siebie wiele razy, że już o nim zapomniała, to w głębi duszy wciąż miała nadzieję, przeczucie, że jeszcze go zobaczy, że on jeszcze wróci...


Teraz, gdy patrzyła na śpiącego pod drzewem Alrena, miała wrażenie, że intuicja jej nie zawiodła, chociaż podświadomie czuła też, że to nie jest już ten sam człowiek, którego wtedy znała. Nie tylko zachowywał się inaczej, ale miał inne spojrzenie, a jego serce ponoć nie było już wolne. Mimo to nie traciła jeszcze nadziei. Znów delikatnie dotknęła jego policzka, a potem pochyliła się, kierując się impulsem...


W tej chwili Ella wracała z zajęć i przechodziła obok tamtego drzewa. Zamarła, widząc plecy Sao, pochylającej się nad Alrenem. Z jej perspektywy wyglądało to tak, jakby ona go całowała, a on się nie opierał. W tym ułamku sekundy bolesne łzy spłynęły Elli po policzkach. Zasłoniła drżące usta, by nie krzyknąć ze złości i szybko się odwróciła. Nie mogła znieść tego widoku, więc pobiegła w ustronne miejsce, by się uspokoić.


Tymczasem, nim Sao w ogóle dotknęła warg Alrena, ujrzała jego zielone spojrzenie i poczuła dłonie na swoich ramionach, które natychmiast ją odsunęły. Zadrżała zakłopotana i zarumieniona, a on patrzył na nią raczej surowo. Cały czas wiedział, że ona jest blisko niego, ale nie reagował, ciekawy, jak daleko ona się posunie. Teraz, kiedy już wiedział, nie był zadowolony z jej próby pocałunku, ale też i nie był zbyt zaskoczony. Rozumiał, dlaczego chciała to zrobić i nie winił jej za to.


-        Nie możesz tego zrobić, Sao... – powiedział spokojnie, zbijając ją z tropu. – Więcej tego nie próbuj, dobrze? – Zawiedziona dziewczyna spuściła wzrok. Nie mogła mu tego obiecać, bo wiedziała, że przy najbliższej okazji, pokusa i tak będzie od niej silniejsza.


-        Przykro mi, jeśli cię tym zawiodę... – znów spojrzała mu w oczy. – Jednak nie zamierzam z ciebie zrezygnować... Za bardzo cię kocham i za długo na ciebie czekałam, by poddać się tylko dlatego, że miałeś jakąś dziewczynę, którą pokochałeś.


-        Sao...  Ty nic nie rozumiesz... - był lekko zaskoczony jej słowami i pewnością w głosie. – Proszę nie rób tego. Nie chcę cię znów zranić... – rzekł szczerze, dotykając jej policzka.


-        Wybacz, ale nie mogę... – zarumieniła się, a potem wstała i wysiliła się na uśmiech. – Pójdę się rozejrzeć. Ty chyba też powinieneś, skoro coś śmierdzącego wisi w powietrzu... – urwała tamten trudny temat.


-        Racja... – odparł niepewnie, jakby chciał jeszcze coś powiedzieć, ale jej już nie było.


Alren nie czuł się komfortowo po tej sytuacji i po słowach Sao, ale zignorował to, bo co innego go teraz niepokoiło.


Po pierwsze, przed chwilą wyraźnie czuł obecność Elli, a to oznaczało, że istnieje prawdopodobieństwo, że widziała ona coś, co mogła źle zinterpretować. Mimo iż coś takiego wzmocniłoby izolację między nimi, a zarazem ucieszyło Syrianę, to on sam nie chciał, by Ella myślała, że jego i Sao łączy coś więcej, niż przyjaźń. Wiedział, że jego zachowanie jest sprzeczne, ale to było silniejsze od niego. Westchnął i postanowił ją znaleźć. Sam nie wiedział, po co. Chciał się upewnić, że nią wszystko w porządku.


Po drugie, martwiła go cehrońska aura. W ciągu kilkunastu minut wroga energia osiągnęła niebezpieczny poziom. Czuł niepokój i z nieufnością patrzył w las, który porastał całą dolinę. Znów pomyślał o Elli. Wolał być blisko niej, by móc w razie czego ją chronić.


Alren nie musiał długo jej szukać. Wszędzie by znalazł tę ciepłą aurę. Jednak kiedy zbliżył się do ławeczki nad jeziorem, mieszczącej się w Ogrodzie Królewskim i zobaczył tamtą scenę, przeżył szok. Ujrzał bowiem Gorda obejmującego Ellę i mówiącego jej coś do ucha. Cały się zatrząsł ze złości. Nie mógł jednak wyksztusić słowa z wrażenia i tylko patrzył na nich, stojąc od tej ławki zaledwie kilka metrów dalej.


Parę minut później Ella odsunęła się gwałtownie od Gorda i mimowolnie spojrzała w bok, jakby chciała uniknąć jego spojrzenia, a wtedy.... Wówczas ujrzała Alrena, patrzącego prosto w jej oczy. Zamarła. Zaraz potem nerwowo zerwała się z ławki, jakby popełniła przestępstwo, co sprawiło, że i Gord go zauważył.


-        Ren... – zdołała wyksztusić, nie mogąc oderwać wzroku od jego pustego spojrzenia i wtedy rozległ się okropny dźwięk, przypominający stado ryczących potworów. Był tak głośny, że wszyscy troje musieli zatkać uszy.


-        Co to jest, do diabła? – krzyknął Gord, gdy dźwięk ustał.


-        Kłopoty – stwierdził Ren, który wyraźnie wyczuwał ruch w dolinie. – I to duże...



Aruell
Nastrój: melancholijny
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 128

czwartek, 24.listopada.2011, 00:00



Rozdział 128


 


3 dzień ruanu 8976 roku (3 dzień szkolenia), Aloria – Dolina Shallos (Wieża Magów), około południa


Do południa Ella słuchała długiego wykładu o początkach magii, o tym, że tylko ci, którzy urodzili się z darem, mogą jej używać oraz o historii Białej Magii, najszlachetniejszej i najczystszej ze wszystkich.


Dziewczyna dowiedziała się, że wszystko z zakresu tego działu magii służy do uzdrawiania chorób i leczenia ran. Oprócz tego dochodziły techniki obrony siebie i innych przed atakami fizycznymi, truciznami, klątwami, chorobami itd. Do Białej Magii wliczały się też podstawowe i nieinwazyjne zaklęcia, ułatwiające życie, jak światło, sen, lewitacja  czy telekineza, oraz umiejętności takie, jak jasnowidzenie i interpretacja snów.


Ella wykazywała szczególne zainteresowanie tym wykładem, gdyż magia zawsze ją interesowała i odkąd tylko przybyła do Egharii, zapragnęła umieć się nią posługiwać. Wreszcie przyszła pora na naukę konkretnych zaklęć, więc Ella wzięła głęboki oddech i skupiła się na słowach nauczycielki.


-        Zaczniemy od najważniejszego zaklęcia, które, jak słyszałam, potrafisz już rzucić... – powiedziała, uśmiechając się do niej ironicznie. – Jednak tylko wtedy, gdy ktoś ci bliski jest ranny.


-        Tak, to prawda... – zmieszała się. – Nie umiem rzucać tego czaru na zawołanie.


-        Zaraz to zmienimy... – usiadła naprzeciw niej. – Zacznijmy od tego, że aby rzucić czar, potrzebne jest zaklęcie. Na pewno jednak zauważyłaś, że np. Alren nie wypowiada słów wszystkich zaklęć?


-        Zgadza się.


-        Jest tak dlatego, że zaklęcia, które mamy dobrze opanowane lub te podstawowe nie wymagają mówienia treści tych czarów na głos. Wystarczy je wypowiedzieć w myślach – wyjaśniła cierpliwie. – Natomiast czary z wyższej półki oraz te bardzo skomplikowane, należy przywoływać głośno. Ponieważ jednak jesteś dopiero adeptem magii musisz mówić wszystkie zaklęcia głośno. Dopiero bowiem, gdy je dobrze opanujesz, możesz z tego zrezygnować. Pamiętaj, że tylko doświadczeni magowie się na to decydują, a i tak mówienie zaklęć na głos nie jest żadną ujmą na honorze.


-        Rozumiem. Ale w takim razie, jak byłam w stanie leczyć? Przecież nie mówiłam zaklęć ani nie myślałam... – zastanowiła się.


-        Nie wiesz jeszcze, że masz podwójną duszę. To znaczy miałaś, bo w trakcie ceremonii dokonało się zjednoczenie...  -  dodała na wszelki wypadek. – Jednak wtedy jeszcze miałaś dwie i to druga dusza umożliwiała ci używanie magii. To ona wypowiadała zaklęcia i rozmawiała z tobą w snach. To ostatnie jest możliwe nawet teraz, po zjednoczeniu.


-        Chyba się pogubiłam... – westchnęła. – Co to za druga dusza? Księżniczki Miryonu, tak?


-        Nie do końca, Wasza Wysokość. Jesteś księżniczką, ponieważ masz w sobie duszę Miry...


-        Miry? Mówisz o Bogini i Duszy Miryonu? – Ella była w szoku. – Tej, która została wygnana do innego wymiaru po upadku Królestwa Miryonu?


-        Tak. Mira powróciła do Egharii wraz z tobą, ponieważ jesteś jej fizyczną oraz duchową reinkarnacją. To dlatego Miryon lśni pełnym blaskiem, od twego przebudzenia. Tak na marginesie, jeśli mnie pamięć nie myli, wyglądasz zupełnie jak ona – uśmiechnęła się na chwilę do oszołomionej Elli.


-        Jak to możliwe? - nie mogła uwierzyć.


-        Wiem, że to skomplikowane... – westchnęła. – Mira była uwięziona w tamtym wymiarze, na skutek czarów Garvina, aż do momentu twoich narodzin. Natomiast gdy się urodziłaś, przeniknęła do twego ciała i pozostawała w pozornym uśpieniu, aż do twojego przebudzenia tutaj.


-        Pozornym?


-        Tak. Oznacza to, że nie kolidowała z istnieniem twej oryginalnej duszy, mimo iż przebywała w twoim ciele. Poza tym, aż do rytuału przebudzenia, miała możliwość samodzielnego istnienia, jako bogini, lecz tylko przez krótki czas.


-        Chyba tego nie zrozumiem... – Elli w głowie się zakręciło.


-        W chwili Ceremonii Pierwotnego Przebudzenia, twoja dusza i dusza Miry połączyły się, więc teraz ty jesteś nią, a ona tobą. Obecnie Mira nie może już opuszczać twego ciała i istnieje tylko, jako twe drugie sumienie czy świadomość, aż do Ostatecznego Przebudzenia, kiedy zjednoczycie się całkowicie – wyjaśniła. – Myślę, że kiedyś wszystko zrozumiesz.  Na razie jest na to jeszcze za wcześnie...


-        Skąd o tym wszystkim wiesz? – zdziwiła się.


-        Dowiedziałam się o tym całkiem niedawno, czytając prastarą i jedyną ocalałą księgę Miryonu, opisującą historię miryońskich rodów królewskich oraz starożytne przepowiednie. Zainteresowałam się tym, po twoim przybyciu – zdradziła. – Nie wszystko jest dla mnie jeszcze jasne, ale powoli zaczynam odkrywać historię Miryonu, królestwa, o którym można otwarcie rozmawiać tylko w wyzwolonej Alorii i neutralnej Veolii.


-        Jeszcze coś mnie intryguje... Skoro jestem reinkarnacją Miry, to znaczy, że musiała ona żyć kiedyś w przeszłości jako nie-bogini, racja?


-        Dobrze myślisz, Mirello. Mira była pierwszą Królową Miryonu. Po śmierci stała się Boginią, gdyż zaakceptował ją Iryon - pierwotna dusza i serce Miryonu. Mira zjednoczyła się z Iryonem i dlatego jest obecnie nazywana Duchem Szafirowego Księżyca. Po tym wydarzeniu, Miryończycy zyskali dar długowieczności, gdyż ich rodaczka zjednoczyła się z istotą boską. Dar długowieczności to jednak nie jest nieśmiertelność. Oznacza on tylko, że jeśli nikt cię nie zabije, będziesz żyć wiecznie, gdyż nigdy się nie zestarzejesz.


-        Nie mogę w to uwierzyć... - Ella była w szoku.


-        Lepiej uwierz. Wszystkie starożytne legendy mówią o powrocie pierwszej królowej, czyli o tobie. Najciekawsze jednak jest to, że kiedyś i ty zostaniesz boginią, jak Mira. Zwłaszcza, że stanowisz z nią jedność – posłała jej znaczące spojrzenie, a ją zatkało.


-        Muszę ochłonąć... To zbyt zagmatwane i niesamowite... – pokiwała głową z wrażenia.


-        Dobrze, zróbmy kilka minut przerwy. Rzeczywiście ta rozmowa była mecząca. Właściwie to nie powinno jej być. Tylko niepotrzebnie cię rozkojarzyłam – westchnęła.


-        Jak to? – nie zrozumiała, zbyt pochłonięta analizą nowych informacji.


-        Księżniczko, mieliśmy przecież zająć się nauką Białej Magii, a nie historią Miry.


-        Rzeczywiście... – zmieszała się. Zupełnie z tego wszystkiego zapomniała o zajęciach.


-        Nieważne. Teraz chwilkę odpoczniemy, a potem nauczysz się rzucać czar uzdrawiania...


***


Popołudnie...



Alren właśnie wracał ze swej dzisiejszej misji i teraz kierował się do Wieży Magów, by przedstawić Syrianie raport ze swych badań. Był naprawdę zaniepokojony.


Przejrzał każdy zakamarek doliny, w poszukiwaniu Cehronów i niestety odkrył, że Gord się pomylił. Nie była to jednak jego wina. Sam Ren był w stanie to dostrzec, tylko dzięki swym niezwykłym oczom. Okazało się, że to Syriana  miała rację...


Na własne oczy zobaczył to, co ona nie umiała opisać. Używając swych heryońskich oczu, Ren odkrył, że każde drzewo w tej dolinie jest skażone cehrońską aurą. Nie miał pojęcia, w jaki dokładnie sposób mogło to zagrażać Shall, ale z całą pewnością nie można było powiedzieć, że w dolinie jest bezpiecznie. Zwłaszcza, że siła tej aury systematycznie rosła.


Co jeszcze bardziej niepokojące, Alren nie zauważył w dolinie ani jednego zwierzęcia, czy chociażby muchy. Doszedł więc do wniosku, że mieszkańcy tej okolicy uciekli, czując zbliżające się niebezpieczeństwo.


Ren miał złe przeczucia, więc nie zamierzał czekać, aż Ella skończy lekcje, aby poinformować Syrianę o swoich odkryciu. Musiał to zrobić natychmiast.


Gdy dotarł do Wieży Magów, Ella miała akurat przerwę obiadową. Zdziwiła się, widząc go w tym miejscu.


-        Czy coś się stało? – spytała automatycznie.


-        Witaj, Wasza Wysokość – ukłonił się oficjalnie. – Przybywam do Syriany, w ważnej sprawie. Sądzę, że również ty powinnaś tego posłuchać – dodał.


-        Skoro tak twierdzisz... – zawiodła się, że znów był taki chłodny i nieodstępny, a w dodatku nie przyszedł do niej. – Syriana jest na najwyższym piętrze.


-        W takim razie chodźmy do niej – przepuścił ja pierwszą i po chwili zaczęli wchodzić po starożytnych, krętych schodach, na szczyt wieży.


Ella zasmuciła się, że nie może z nim porozmawiać, jak dawniej. Była pewna, że to, czego się dziś o sobie dowiedziała, zainteresowałoby go. Wszak interesował się Miryonem. Teraz jednak wiedziała, że taka rozmowa nie byłaby tak przyjemna, jak kiedyś. Jakże chciałaby z nim o tym wszystkim podyskutować...


Westchnęła i wtedy źle postawiła stopę na schodku i poleciała do tyłu. Zaraz potem, z bijącym sercem, odkryła, że Alren, który szedł za nią, złapał ją w ostatniej chwili. Wstrzymała oddech, czując jego gorące dłonie na swoich ramionach i oddech tuż przy szyi.


-        Powinnaś być ostrożniejsza, Księżniczko – rzekł jej wprost do ucha, z wyraźną ironią, a następnie odsunął ją od siebie.


-        Dziękuję – syknęła ze złością, że nadal jest taki okropny, po czym poszła po schodach szybciej. Alren zaś uśmiechnął się do siebie pamiętając, jak głośno i szybko, przed chwilą, biło jej serce.


Na szczycie wieży, spotkali zamyśloną i wpatrzoną  w las Syrianę, którą najwyraźniej ucieszył widok Alrena.


-        Miałam rację, prawda? – spytała, uprzedzając jego słowa.


-        Tak, Pani. Coś niedobrego dzieje się w tym lesie. Nawet zwierzęta uciekły – mówił rzeczowo, co zainteresowało, niczego nieświadoma, Ellę.


-        Co widziałeś, dzięki heryońskim oczom?


-        Aura cehrońska jest obecna w każdym drzewie tego lasu, a jej siła stale rośnie. Coś się zbliża... tylko nie wiem, co.


-        Zgadzam się – stwierdziła – Poinformuj o tym Gorda i straż. Musimy się mieć na baczności.


-        Tak jest – odparł i natychmiast się ulotnił, niczym duch.


-        Co się dzieje? – spytała po chwili Ella.


-        Nie wiem, ale to z pewnością nic dobrego – odparła Syriana. – Na razie jednak jest spokój, więc kontynuujmy zajęcia – uśmiechnęła się do niej na silę, a Ella wiedziała, że nic więcej od niej nie wyciągnie.



Aruell
Nastrój: lepszy ;)
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 127

środa, 23.listopada.2011, 00:00



Rozdział 127


 


2 dzień ruanu 8976 roku (2 dzień szkolenia), Aloria – Shall (Sypialnia Elli), noc


Ella właśnie weszła do swej sypialni, po odprężającej kąpieli i wybornej kolacji. Była kompletnie wykończona i marzyła tylko o tym, by się położyć. Szybko więc tak zrobiła i zapadła w głęboki sen.


Kilkanaście minut później, ktoś pojawił się na jej tarasie, pod osłona czaru niewidzialności. To Ren postanowił przyjść popatrzeć na śpiącą Ellę. Stęsknił się już za jej widokiem, bo odkąd się rozstali rano, nie widział jej ani razu. Ćwiczyła bowiem ciężko posługiwanie się łukiem i kuszą, pod okiem Soany. Alren nie ukrywał, że nagła determinacja jego ukochanej, mu zaimponowała. Toteż, gdy ujrzał ją teraz śpiącą, uśmiechnął się do siebie.


Dopiero po dłuższej chwili, zauważył, że Ella miota się i przewraca, jakby śnił jej się jakiś koszmar. Zmartwił się tym, więc użył czaru, który dał mu wgląd  w jej sen. Patrzył na to kilka minut z szokiem wymalowanym na twarzy. Z każdą sekundą był coraz bardziej zaskoczony i smutny zarazem. W końcu przerwał zaklęcie i westchnął.


Mógł się tego spodziewać, choć i tak widok ten go zaskoczył. Ujrzał bowiem siebie, jak namiętnie kocha się z Sao na oczach Elli oraz rozpacz złotowłosej, szlochającej, by ten koszmar się już skończył. Coś go ukłuło w sercu. Rozumiał, dlaczego jej się to śni, choć nigdy by jej nie zdradził. Dla niego Ella była absolutnym ideałem, którego żadna inna kobieta nie mogła zastąpić. Zastanawiał się, co może zrobić, by jej ulżyć i wtedy wymyślił.


Podszedł do niej, wyszeptał proste zaklęcie, rysując na jej czole lśniący zielenią znak, a potem zrobił to samo na sobie. Symbole szybko zniknęły, a Ren uśmiechnął się do niej smutno.


-        Za chwilę się spotkamy – pomyślał – we śnie.


Alren, czując silną pokusę, nachylił się nad nią i złożył na jej ustach słodki pocałunek. Zaraz potem zniknął z jej komnaty. W tej samej chwili Ella zbudziła się gwałtownie i nerwowo rozejrzała. Mogłaby przysiąc, że czuła pocałunek. Nawet jej wargi nadal pulsowały. Szybko więc wyszła na taras i szukała... Niestety nikogo nie było, więc po dłuższym namyśle, stwierdziła, że pewnie znowu ma zwidy i z ciężkim sercem wróciła do łóżka. Dotknęła swoich ust i marzyła, by to nie były tylko jej omamy. Westchnęła lekko i po chwili ponownie zasnęła.


***


Ocknęła się w ciemnej jaskini, która wyglądała podejrzanie znajomo. To wrażenie nasilała wszechobecna, gorąca para. Nawet miała na sobie ten sam strój veolski, co wtedy... Wówczas ją olśniło.


Zrozumiała, że jest w jaskini Ersloy. W tej samej, w której po raz pierwszy pocałowała Alrena... Nigdy nie zapomniała tej niezwykle kłopotliwej i niezwykłej zarazem chwili. Pamiętała też doskonale jego szok...


Kiedy tak wracała myślami, do tamtego wydarzenia, nagle poczuła na ramionach czyjeś dłonie, a zaraz potem oddech na karku. Wystraszyła się. Ktoś do niej podszedł od tyłu...


Chciała się odwrócić i zobaczyć, kto, ale ten ktoś jej nie pozwolił. Zamiast tego namiętnie pocałował jej szyję, a następnie gwałtownie przygryzł ucho. Jednocześnie przesunął dłońmi po jej piersiach i schodził w dół, powodując jej rozkoszne drżenie. Wstrzymała oddech, wiedząc już doskonale, z kim ma do czynienia. Tylko jedna osoba potrafiła tak szybko rozpalić jej zmysły do czerwoności.


-        Ren... – wyksztusiła na wpół przytomna.


-        Wejdź do wody – usłyszała w odpowiedzi i dopiero to ją otrzeźwiło.


Odwróciła się do Rena przodem i spojrzała mu gniewnie w oczy. Jednak jej spojrzenie automatycznie złagodniało na widok jego obnażonego ciała, za którym tak tęskniła. Przełknęła ślinę, ale opanowała się i odsunęła od niego.


-        Co to ma znaczyć? Najpierw mnie odtrącasz, a teraz masz ochotę na miłosne uniesienia? – nawet we śnie pamiętała ich obecną sytuację. – Nie masz mi nic do powiedzenia?


-        Myślę, że słowa są zbędne, Ello – drgnęła, słysząc swe imię i widząc, że się do niej zbliża pewnym krokiem, wbrew jej oczekiwaniom. Nic sobie nie robił z jej udawanego opanowania. – Nadal mnie pragniesz... Nadal  mnie kochasz... Czyż nie? – jego zielone oczy błyszczały, a Elli mimowolnie zrobiło się gorąco.


-        Jaki ty jesteś okrutny... – wybełkotała, gdy on podszedł już tak blisko, że czuła jego oddech na twarzy. – I niesprawiedliwy...


Nim się obejrzała, była już na jego rękach, a zaraz potem w wodzie, w tym sentymentalnym miejscu. Jak tylko ją puścił, chciała się znowu odsunąć, ale przycisnął ją mocno do brzegu oczka wodnego i pocałował tak namiętnie, że prawie się udusiła. A gdy zaczerpnęła nerwowo powietrza, poczuła, jak jego silne ręce przyciskają ją do niego. Zaczęła drżeć z podniecenia, gdy kilkoma szarpnięciami zdjął z niej poszczególne części mokrej garderoby. Nie miała dokąd uciekać ani sil, by się bronić.


-        Cholera... – zaklęła. – Jestem na ciebie taka wściekła... – urwała, czując jego usta na swoich piersiach.


-        Wiem – odparł, zbijając ją z tropu. – Nie jestem tym zdziwiony...


-        Puszczaj... – jęknęła. – Nie zasłużyłeś sobie.. Nie chcę.... – wyksztusiła, odpływając, pod wpływem jego pieszczot.


-        Nie brzmi to przekonująco, Kotku... – mruknął zmysłowo, a jej w głowie się zakręciło z emocji. – Wiesz o tym?


Syknęła na wpół ze złości i rozkoszy. Zacisnęła pięści na jego włosach i gwałtownie odciągnęła jego głowę do tyłu tak, że mogła głęboko spojrzeć w jego zielone oczy. Zauważyła figlarny uśmiech na jego twarzy, prychnęła, a następnie pocałowała go tak namiętnie, jak tylko potrafiła. Od razu wyczuła, że serce mu przyspieszyło i uśmiechnęła się z satysfakcją, gdy zaraz potem on też zaczerpnął nerwowo powietrza.


-        Cóż, zrobiłaś małe postępy od tamtego czasu... – rzekł znacząco, a ona mimowolnie się zarumieniła.


-        Małe? – uniosła brew z poirytowaniem.


-        Bardzo małe, wręcz malutkie... – droczył się z nią, wpijając się w jej usta, z taką niecierpliwością i pożądaniem, że nie miała wątpliwości, jak bardzo Ren jej pragnie.


-        Ty cholerny...


Chciała coś jeszcze powiedzieć, ale uniósł jej nogi i rozsunął na boki. Nim do niej dotarło, co za chwilę nastąpi, już był w niej. Otworzyła szeroko oczy i usta, czując ich zjednoczenie, a potem odchyliła się nieco i zamknęła oczy, poddając mu się zupełnie. Alren nie krył zadowolenia z jej uległości i niczym narkoman, który dostał swój narkotyk, robił z jej ciałem co chciał, doprowadzając ją, i siebie przy okazji, do granic wytrzymałości,  aż zalała ich gorąca fala spełnienia.


Ella, ciężko dysząc i wciąż jeszcze drżąc, objęła Alren mocno wokół szyi i z trudem szeptała mu do ucha.


-        Nie zostawiaj mnie... Słyszysz? – wybełkotała. – Niech ten sen się nie kończy...


-        Ten sen nigdy się nie skończy, Kotku... – odparł tym swoim niskim głosem. – Tak długo, jak żyjemy, to się nigdy nie skończy... – dodał jeszcze i przygryzł gwałtownie jej szyję. Ella krzyknęła i...


Wtedy zerwała się ze snu i odkryła, że jest cała mokra. Długo uspokajała oddech, opadłszy bezwładnie z powrotem na poduszkę. Wciąż jeszcze miała go przed oczami i wciąż czuła tę rozkosz, mimo iż już nie spała... Jego ostatnie słowa jeszcze długo odbijały się, w jej głowie, echem i poruszały jej serce. Jakże chciała, by tak rzeczywiście było...


Ella westchnęła i wyszła na taras, tylko w jedwabnej, czarnej podomce, by zaczerpnąć świeżego powietrza. Gwałtowny wiatr rozwiał jej złociste włosy. Spojrzała w niebo. Stwierdziła, że jest zachmurzone, więc można było spodziewać się deszczu lub burzy. Wiedziała, że dziś ją czeka nauka u Syriany i nie była z tego powodu zachwycona. Wiedziała jednak, że to konieczne. Poza tym miała okazję opowiedzieć jej wreszcie o Calinie, o której wspomniał jej Sirius we śnie. Zamknęła oczy. Naprawdę bowiem nie miała ochoty iść na dzisiejsze lekcje.


Ella nie wiedziała, że ktoś ją obserwuje z dachu budynku. Alren uśmiechnął się widząc jej rumieńce, które jeszcze widniały na jej policzkach, po minionym śnie, w którym i on uczestniczył. Jemu również serce biło mocniej, na wspomnienie minionej nocy i na widok Elli w tej seksownej podomce. Kiedy więc dziewczyna w końcu zdecydowała się iść na śniadanie, westchnął zawiedziony i postanowił zająć się swoim dzisiejszym zadaniem. Miał wszak sprawdzić tę dolinę, pod kątem obecności ewentualnych wrogów. Po chwili więc zniknął, niczym duch.


Tymczasem Ella zjadła śniadanie, ubrała swój szkoleniowy strój i udała się do Wieży Magów, gdzie miała spotkać się z Syrianą na pierwszej lekcji Białej Magii.


***



3 dzień ruanu 8976 roku (3 dzień szkolenia), Aloria – Dolina Shallos (Wieża Magów), świt


Kiedy Ella dotarła do Wieży Magów, Syriana już na nią czekała i od razu chciała przejść do lekcji, ale złotowłosa jej przerwała.


-        Zanim zaczniemy, muszę ci coś powiedzieć.


-        Czy to nie może poczekać do końca zajęć?


-        Wolałabym nie. Miałam ci o tym powiedzieć wczoraj, ale... – urwała, próbując panować nad niechęcią do Arcykapłanki. – Ktoś mnie wytrącił z równowagi... – Syriana zrozumiała aluzję i nie skomentowała jej.


-        Co to za ważna sprawa? – spytała rzeczowo, widząc, że Ella nie żartuje.


-        Chodzi o pewne imię, które usłyszałam w swoim śnie od mężczyzny, który śni mi się regularnie. Nie wiem, czy ta osoba istnieje naprawdę, czy nie, ale mam przeczucie, że powinnaś o tym wiedzieć.


-        Rozumiem – Arcykapłanka nie zamierzała kwestionować treści snów Księżniczki Miryonu. – Co to za imię?


-        Calina – odparła, a Syriane zatkało, bowiem już kiedyś słyszała to imię i to stosunkowo niedawno. – Ten mężczyzna mówił, że ona może bardzo pomóc w znalezieniu Hariosa. Dlatego uznałam to za ważne.


-        Calina istnieje naprawdę – powiedziała poważnie. – Nie sądziłam jednak, że mogłaby w jakiś sposób pomóc. Niemniej jednak zbadam to. Bardzo dobrze zrobiłaś, informując mnie o tym – wyraziła uznanie, a Ella nieco się zmieszała.


-        Kim ona jest?


-        Jeśli mnie pamięć nie myli – zawahała się – była Kapłanką Hariosa kilka miesięcy temu i stacjonowała w jednej z loriońskich świątyń. Nie znałam jej jednak osobiście, a tylko słyszałam, o niej co nieco. Więcej powiem ci, jak to sprawdzę – zapewniła, a Ella ucieszyła się, że informacja okazała się istotna i że ma to już z głowy.


Syriana jeszcze przez dłuższą chwilę trwała w zamyśleniu, ale szybko pozbierała myśli i spojrzała na Ellę poważnie.


-        Nie traćmy czasu, Pani – powiedziała szybko. – Zaczynamy zajęcia z Białej Magii. Niedługo może ci się to przydać bardziej, niż miecz czy łuk...



Aruell
Nastrój: zirytowany
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 126

wtorek, 22.listopada.2011, 13:23



Witajcie!


Wybaczcie, że dziś wrzucam rozdział później, ale wczoraj miałam paskudny dzień i zapomniałam o tym, że dziś jest wtorek. XD Dzięki fanko, że się upomniałaś. ;)


Nadrabiam szybciutko. ;)


Miłego czytania!



***


Rozdział 126


2 dzień ruanu 8976 roku (2 dzień szkolenia), Aloria – Dolina Shallos (Wieża Szermierzy), około 10:00


Ren teleportował się na dach Wieży Szermierzy, gdzie nie spodziewał się nikogo zastać. Gdy tylko stanął na kamieniach, które pamiętały starożytne czasy, zasłonił mocno zarumienioną twarz dłonią tak, jakby chciał ją ukryć przed całym światem. Jego serce wciąż waliło mu w piersi, a usta paliły go od ostatniego pocałunku Elli.


-        Cholera, jak ja to zniosę? – zaklął pod nosem i próbował się uspokoić. – Ello... – wyszeptał, patrząc na bajeczny krajobraz doliny i pozwalając, by wiatr wysuszył łzy na jego policzkach, które wyrażały ogromną tęsknotę.


Westchnął. Ella, w jego oczach, z każdym dniem stawała się jeszcze bardziej niezwykła i pociągająca. Nie wiedział, czy to rozłąka sprawiała, że ją idealizował, czy też po prostu zmiany, jakie w niej zachodziły, nie uchodziły jego uwadze. Podejrzewał, że jedno i drugie ma w tym swój udział. Jednak nie to było najważniejsze...


Alren poważnie zastanawiał się, ile jeszcze wytrzyma. Zawsze uważał się za twardego, ale doszedł do wniosku, że jedna osoba potrafi skutecznie przełamać każdy mur, jaki on wokół siebie zbuduje. Gdyby był taki, jak dawniej, dzisiejsza sytuacja nie miałaby miejsca i nie zawróciłaby mu w głowie. Jednak z jakiegoś powodu obecna Ella miała na niego silniejszy wpływ, niż do tej pory. Ledwo był w stanie się jej opierać. Pokręcił bezradnie głowa i zaśmiał się do siebie.


-        Kto by pomyślał, Kotku... – mruknął. – Kto by pomyślał, że ja, nieugięty i wyrachowany wojownik, okażę się taki słaby wobec twej szczerej i bezwzględnej miłości? Jak ja mam ci się opierać? – jego oczy błysnęły, gdy wyobraził sobie jej twarz, sprzed chwili, a potem znów posmutniał.


Zrozumiał, że mimo iż za nią szaleje, na razie musi się powstrzymać przed okazywaniem jej uczuć. Westchnął ponownie. Uznał, że pokonanie całej armii Cehronów byłoby łatwiejsze, niż ta męcząca sytuacja, w której musiał udawać, że nie kocha kogoś, za kogo bez wahania oddałby życie. Nigdy nie musiał grać, a  teraz miał jedyny w swoim rodzaju test z aktorstwa.


Spojrzał w dół i obejrzał Wieżę Szermierzy, łącznie z herbem wojowników, widniejącym na powierzchni jej dachu. Zaśmiał się cicho, przypominając sobie deklarację Elli, że go pokona. Był wściekły na Syrianę za wymyślenie takiego egzaminu i zmuszenie go do walki z ukochana osobą, ale jednocześnie pewność siebie Elli zaintrygowała go. Wiedział, że dziewczyna nie jest w stanie go pokonać, toteż tym bardziej ciekawiło go, co ona zamierzała zrobić. Spodziewał się, że wykorzysta fakt, iż dobrze się znają. Może posunie się do jakiegoś podstępu? A może on wciąż o czymś nie wie? Pokiwał głową, śmiejąc się ze swoich myśli. Tak naprawdę, to nie miał pojęcia, co przyniosą najbliższe dni i ich finałowy pojedynek. Przygotowywał się jednak psychicznie na to, że Ella go czymś zaskoczy, jak to już nie raz zrobiła. Zrozumiał w tej chwili, że nie może się doczekać tego starcia, choć jeszcze rano był zdegustowany tym pomysłem.


Znów się zarumienił i wyjął z kieszeni wisiorek z szafirem, którego nie mógł, co prawda, nosić w widocznym miejscu, ale i tak się z nim nie rozstawał.


-        Moje kochane Ziółko... – powiedział do siebie, po czym schował wisior z powrotem.


Gdy odpędził nękające go myśli o Elli, przypomniał sobie o rozmowie Gorda z Syrianą. Zastanowił się, o czym to konwersowali. Obawiał się, że Arcykapłanka znów coś knuje... Istniała jednak jeszcze inna możliwość - ktoś niepożądany się tu kręcił.


Automatycznie się zmartwił, że znów może chodzić o Norhenów. Temat ich króla stale odsuwał w myślach, tłumacząc sobie, że nie ma teraz czasu na rozmyślania o swej przeszłości. Starał się więc nie zajmować swych myśli Norhenami.


Mimo to Alren był zaciekawiony, o czym Syriana chciała porozmawiać z Gordem oraz dlaczego nie zawołała także jego samego, więc postanowił to sprawdzić.


***


Aloria – Dolina Shall (Komnata Syriany), popołudnie


Gord właśnie wrócił do Syriany, po wypełnieniu jej poleceń. Był nieco zmartwiony, gdyż wbrew temu, co mówiła Arcykapłanka, nie znalazł niczego podejrzanego. Zastanawiał się, czy Syriana go sprawdza, czy też on coś przeoczył. Jednak, zgodnie z prawdą, zamierzał powiedzieć Arcykapłance, że wszystko jest w porządku.


Gdy wszedł do jej komnaty, od razu spojrzała na niego pytająco, a Gord lekko się jej ukłonił.


-        Pani, dolina jest bezpieczna – powiedział zdecydowanie. – Nie wyczułem ani nie zauważyłem niczego podejrzanego.


-        Jesteś pewien? – spytała głośno. – Nie chce mi się wierzyć, że moje zmysły na tyle się stępiły, że mnie zwodzą.


-        Zapewniam, że nie natknąłem się w dolinie na aurę Cehrona – powtórzył z  przekonaniem.


-        Dziwne to... – stwierdziła. – Pozostańmy czujni. Mam przeczucie, że wydarzy się tu coś niedobrego...


-        Oczywiście, Pani.


-        Ciebie też to dotyczy, Alrenie... – rzekła nagle, spoglądając na drzwi, a Gord niemal podskoczył z wrażenia, kiedy się otworzyły.


-        Wybacz, Pani to małe szpiegostwo. Interesowało mnie, co się takiego dzieje, że nie raczono mnie o tym powiadomić, mimo iż to ja jestem głównym odpowiedzialnym za to miejsce – rzekł z nutką złośliwości w głosie.


-        Nie martw się, Alrenie – uśmiechnęła się od niego Syriana. – Zamierzałam cię o tym poinformować, gdyby moje podejrzenia się sprawdziły. Gord też jest Shiryenem, więc będę wam przydzielać zadania na zmianę – wyjaśniła.


-        Pomińmy te głupoty – Ren spoważniał. – Co dokładnie cię zaniepokoiło, Pani? – spytał konkretnie, a ona ponownie się uśmiechnęła. Jak zwykle był bardzo rzeczowy.


-        Wczoraj wyczułam w dolinie cehrońską aurę. Bardzo silną, ale co ciekawe, nie mającą konkretnej lokalizacji. Najprościej mówiąc, miałam wrażenie, że ta aura jest wszędzie, a to przecież niemożliwe – zamyśliła się. – Można by było to wytłumaczyć, gdyby otoczyła nas liczna armia Cehronów, ale to nie może być to. Dlatego jestem zaniepokojona...


-        Sugerujesz, że to jakaś cehrońska sztuczka? – myślał głośno Ren. – Może mamy do czynienia z kolejnym generałem, który jest sprytniejszy od Thara...


-        Znasz Piątego Generała? – zdziwił się Gord.


-        Oczywiście – prychnął Ren. – Osobiście go zabiłem – odpowiedział mu z wielką satysfakcją, a Gord był w szoku. Nie został o tym poinformowany.


-        Wracając do meritum sprawy... – przerwała im Syriana. – Możliwe, że maczał w tym palce kolejny generał cehrońskiego Harmeyonu, ale nie jestem pewna. To jest bardzo dziwne... – powiedziała szczerze.


-        Jutro się rozejrzę, Pani – obiecał Ren, a Gord poczuł się urażony, że jego kompetencje zostały zignorowane, co Alren zauwazył. – Nie obruszaj się, Gordzie. Nikt nie kwestionuje twoich zdolności.


-        Co? – Gord był pod wrażeniem jego spostrzegawczości. – Ale przecież...


-        Zrozum tylko, że posiadam większe umiejętności od ciebie, więc dla naszego wspólnego bezpieczeństwa będzie lepiej, kiedy sprawdzę dolinę jeszcze raz – dodał z ironicznym uśmiechem, ukłonił się Syrianie i wyszedł z jej komnaty, zostawiając tam zszokowanego i poirytowanego Gorda.


-        Cholerny drań... – syknął blondyn, a zaraz potem usłyszał śmiech Arcykapłanki, co nie było częstym wydarzeniem.


-        Może i drań, ale wie, co mówi – skomentowała, po czym udała się do sali medytacyjnej.


Zdegustowany Gord ostatecznie machnął na to ręką i postanowił pójść coś zjeść. Miał dość wrażeń, jak na jeden dzień. Potrzebował więc chwili spokoju, by uporządkować wszystkie sprawy.


***


Aloria – Dolina Shallos (Wieża Łuczników), wieczór


Odkąd Ella i Soana się spotkały, żadna z nich nie wspomniała o zaistniałej sytuacji z Alrenem. Soana o nic nie zapytała ani niczego nie wyjaśniła. Bez słowa udały się do Wieży Łuczników, gdzie Ella uważnie słuchała nauk swej nauczycielki.


Złotowłosa dawała z siebie wszystko i za pomocą zaklęcia, którego nauczył ją Gord, szybciej się uczyła. W ciągu całodniowego treningu, dowiedziała się, jak poprawnie trzymać łuk i kuszę oraz jak obchodzić się ze strzałami i bełtami, by nie zrobić sobie krzywdy. Najwięcej problemów miała z naciąganiem cięciwy oraz ze strzelaniem do celu. Na szczęście Soana była bardzo opanowaną i cierpliwą nauczycielką i nie tylko tłumaczyła jej wszystko kilkakrotnie, ale i umiała ją zmobilizować do dalszych prób.


Kiedy wieczorem Elfka uznała, że na dziś już wystarczy. Ella usiadła pod drzewem i westchnęła ze zmęczenia. Soana na początku chciała po prostu dać jej spokój, ale stwierdziła, że powinna coś wyjaśnić, odnośnie poranku.


-        Wasza Wysokość? – spytała oficjalnie.


-        Mów mi Ella, proszę – powiedziała. – O co chodzi? – spojrzała na zielonooką, która najwyraźniej była zakłopotana jej prośbą.


-        Chciałabym wyjaśnić moją obecność w tamtych krzakach... – mówiła spokojnie, a Ella zrozumiała, co trapiło Elfkę cały dzień. – Czekałam na ciebie, Pani, ponad godzinę, aż w końcu postanowiłam cię poszukać i wtedy... Zobaczyłam cię z Shiryenem... To był przypadek, przysięgam, choć przyznaję, że nie powinnam była się tam ukrywać, tylko wycofać. Wybacz mi mą ciekawość – skłoniła się, a Ella była ciut zdziwiona, że ona tak się tym przejęła.


-        Spokojnie, Soano. Nie robię tajemnicy z tego, że go kocham – wzrok Elli stał się smutny. – W przeciwieństwie do niego...


Soana milczała. Powróciła myślami do słów Syriany, gdy z nią rozmawiała po przybyciu do Shall. Arcykapłanka miała do niej nietypową prośbę, która jej się nie spodobała, więc zamiast się zgodzić lub odmówić, po prostu milczała. Nie rozumiała motywów Syriany, więc jej nie oceniała, ale mimo to jej „prośba” wydała jej się zaskakująca i dziwna. W tej chwili Soana postanowiła, że nie będzie niczego ukrywać przed Księżniczką.


-        Pani... Nie powinnam ci tego mówić, ale chcę być z tobą szczera – zaczęła poważnie, co przykuło uwagę Elli.


-        O co chodzi?


-        Arcykapłanka prosiła mnie, bym was obserwowała i wspomniała jej, gdybyście się – urwała na chwilę i odchrząknęła znacząco – za bardzo do siebie zbliżyli.


-        Ach, rozumiem! – zakpiła. – Miałaś być jej szpiegiem... – rzekła z bólem w glosie.


-        Tak, Pani – Elfka doskonale widziała żal w oczach Elli.


-        Możesz powiedzieć o porannym wydarzeniu, Arcykapłance. Nie obchodzi mnie to – odparła szybko. – Może mnie od niego izolować, ile chce. To nie zmieni moich uczuć. Nigdy...


-        Nie mam takiego zamiaru – powiedziała Soana stanowczo i spojrzała Elli w oczy. – Nie wiem, co tu się dzieje, ale nie zamierzam być niczyim szpiegiem. Możecie robić, co chcecie. Ja nic nie powiem. Nie będę się wtrącać w nie swoje sprawy. – W jej oczach Ella ujrzała szczerość.


-        Soano... – złotowłosa była zaskoczona jej postawą.


-        Chcę przez to powiedzieć, że nie musisz się mnie obawiać i jeśli tylko zechcesz obdarzyć mnie zaufaniem, będę zaszczycona – uśmiechnęła się do niej lekko, a Ella uniosła brwi ze zdumienia, po czym odwzajemniła uśmiech i chwyciła Elfkę za ręce.


-        Dziękuję. Miło to słyszeć.



Aruell
Nastrój: ; /
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 125

piątek, 18.listopada.2011, 00:13

 


Witajcie!


Przed Wami BONUS!


Jest to jeden z moich ulubionych rozdziałów tej części. Mam nadzieję, że i Wam przypadnie do gustu. ;)


Pozdrawiam serdecznie wszystkich moich czytelników! ^^



***


Rozdział 125


2 dzień ruanu 8976 roku (2 dzień szkolenia), Aloria – Dolina Shallos (wybrzeże jeziora), około 9:00


Serce Elli łomotało w piersi, policzki płonęły, a to wszystko dlatego, że była teraz na rękach Alrena. Czuła jego gorące ciało przy sobie i marzyła, by ta chwila trwała wiecznie. Wbrew rozsądkowi, wtuliła się w jego tors i dziwiła się, że on nie protestuje. Co chwila zerkała ukradkiem na jego poważną twarz i te magiczne, zielone oczy, które urzekły ją od pierwszego wejrzenia. Ella była tak zajęta egzaltacją tej chwili, że zupełnie nie zastanawiała się, dlaczego lewitują nad wodą. Wkrótce jednak zrozumiała, co on zamierzał.


Alren postawił ja na małej wysepce, położonej na środku wielkiego jeziora i uśmiechnął się do niej nieco złośliwie, gdy spojrzała na niego pytająco.


-        Widzisz tamten brzeg, Księżniczko? – spytał zwyczajnie, a ona przytaknęła automatycznie, nieco zagubiona. – Będę tam na ciebie czekał i mam nadzieję, że nie będzie to trwało wiecznie – zakpił,  a ją zatkało.


-        Innymi słowy... – przełknęła ślinę. – Mam tam dopłynąć? – zrobiła oczy szerokie, jak talerze.


-        Widzę, że się zrozumieliśmy – rzucił krótko, a ona nadal nie wierzyła własnym uszom.


-        Chyba żartujesz! – aż krzyknęła z wrażenia. – Przecież ja nie umiem pływać. Miałeś mnie tego nauczyć, a nie sprawdzać! – oburzyła się, ale on był niewzruszony.


-        Wasza Wysokość wie już o pływaniu wszystko, co trzeba – powiedział z ironicznym uśmiechem. – Pora tylko wykorzystać tę wiedzę w praktyce. Tylko nie czekaj, by ktoś cię stąd zabrał. Osobiście dopilnuję, by tak się nie stało – rzekł sucho, a ona poczerwieniała ze złości.


-        Ty cholerny draniu! Chcesz mnie tu zostawić? – huknęła, a on prychnął nieco rozbawiony.


-        Nigdy nie byłem grzecznym chłopcem – wypalił dwuznacznie, a jej odebrało mowę. – Przestań się dąsać, Księżniczko i pokaż, co potrafisz – rzekł ironicznie i wskoczył do wody.


Zszokowana Ella nie spuszczała go z oczu, aż nie dopłynął do brzegu. Mimowolnie przełknęła ślinę, widząc w oddali, jak się wynurza i nawet nie spogląda w jej stronę. Kiedy ocknęła się z szoku, że zrobił coś takiego oraz rozejrzała dookoła i z przerażeniem stwierdziła, że wszędzie jest głęboka woda. Gorączkowo myślała, co ma teraz zrobić.


Trwało to kilkadziesiąt minut. W końcu jej bezradność przerodziła się w złość. Miała wrażenie, iż za chwilę ukatrupi Rena gołymi rękoma. Była zbulwersowana i zła na niego, że ją tu zostawił oraz ogólnie za wszystko, co przez niego ostatnio przeżywała.


-        Wracaj tu! – krzyczała wściekła, w stronę brzegu, kiedy on spokojnie rozpalał sobie ognisko i wesoło pogwizdywał, co dodatkowo wytrącało ją z równowagi. – Ty okrutny, wstrętny i bezduszny draniu! Jak możesz mi to robić! - kipiała ze złości, wymyślając coraz to soczystsze wyzwiska.


-        Obrażając mnie, tylko marnujesz czas, Księżniczko – usłyszała w odpowiedzi tę złośliwą uwagę i zacisnęła wściekle usta. Miała szczerą ochotę mu przyłożyć.


Tymczasem Ren złowił kilka rybek i zaczął je smażyć na ognisku i w ogóle nie przejmował się tym, że już od ponad pół godziny, Ella się na niego drze z tamtej wyspy. Był nawet nieźle rozbawiony, ale zgrywał obojętnego. Zastanawiał się, kiedy w końcu wejdzie do wody. Wyczuwał nawet tutaj, że jej wściekłość osiągnęła już kulminacyjny moment i tylko czekał, aż złość pokona jej lęk.


-        No dalej, Wasza Wysokość. Długo jeszcze? – usłyszała jego głos i zapłonęła z emocji. – Zdążysz w ogóle do kolacji? – drażnił ją.


-        Ty... – syknęła, posyłając mu iskrzące spojrzenie.


-        Skoro tak się boisz wody, to co będzie, ja spotkasz Cehronów? – zakpił. – Zsikasz się ze strachu? A może schowasz się za plecami Gorda, jak taka mała, przestraszona dziewczynka? – wiedział, że przekracza linię, ale podejrzewał, że taka prowokacja ją przełamie.


Ella myślała, że zaraz oszaleje. Nie miała już sił w gardle, by krzyczeć, za to czuła w sobie nadmiar negatywnej energii. Miotała się na tej małej wyspie i wyobrażała sobie w duchu, co mu zrobi, jak już go dopadnie. W końcu nie wytrzymała.


-        Zapłacisz mi za to! – krzyknęła po raz kolejny i zapominając kompletnie o strachu, wskoczyła do wody. W tej właśnie chwili Ren uśmiechnął się do siebie, śledząc kątem oka, każdy jej ruch.


Ella, kierowana chęcią zemszczenia się na Renie, za zostawienie jej na środku jeziora, nie myślała o pływaniu ani lęku, tylko po prostu płynęła. Nawet nie zauważyła, kiedy zbliżyła się do brzegu tak bardzo, że widziała stojącego tam Rena, ze wszystkimi szczegółami jego wyglądu. Tymczasem on czekał na nią u celu, z tajemniczym uśmiechem na twarzy.


Pech jednak chciał, że dziewczyna zaplątała się o długie, dziwnie wyglądające rośliny, rosnące pod wodą, niedaleko brzegu. Wówczas uświadomiła sobie, gdzie jest i ogarnęła ją panika. Natychmiast poszła pod wodę. Zaraz jednak poczuła silny uścisk Rena, który chwycił ją za rękę i wyłowił. Potem wyniósł ją z wody, a Ella milczała, wciąż jeszcze w szoku, że dopłynęłaby do brzegu, gdyby nie podwodna przeszkoda. Na suchym lądzie, Ren spojrzał na nią znacząco.


-        Widzisz, a jednak umiesz pływać, Księżniczko...


Po chwili Alren postawił Ellę na ziemi i najzwyczajniej w świecie usiadł blisko ogniska. Zerknął na nią ze zdumieniem, że nadal stoi w tym samym miejscu i gapi się na niego, z zacięta miną.


-        Jeśli masz ochotę, zostawiłem ci jedną rybkę, Wasza Wysokość – rzekł zwyczajnie. – Powinnaś ją zjeść, by odzyskać siły przed dalszym treningiem – stwierdził, a ona nie mogła uwierzyć, że zachowuje się tak, jakby nic się nie wydarzyło.


-        Jeśli myślisz, że ujdzie ci to na sucho... – zaczęła groźnym tonem i zacisnęła pięści. – To się grubo mylisz! – krzyknęła, podchodząc do niego i chwytając go za ubranie.


Zrobiła to tak gwałtownie, że przewróciła Rena na plecy. Spojrzał na nią, zszokowany jej siłą i dostrzegł płonące z gniewu oczy. Potem zaczęła coś do niego krzyczeć i uderzać pięściami w jego klatkę piersiową. Nie były to ciosy, które mogły mu wyrządzić krzywdę, więc nawet nie podjął trudu, by je blokować. Po prostu leżał biernie i czekał, aż ona się na nim wyładuje.


Mimo tej niezbyt ciekawej sytuacji, serce biło mu mocniej. Była tak blisko, że czuł jej zapach, a jej rozgniewana twarz wyglądała jeszcze bardziej podniecająco, niż normalnie. Ledwo nad sobą panował, z całych sił udając obojętność. Nie przeszkadzało mu, że go wyzywała i okładała. I tak miał ochotę ją posiąść tu i teraz. Doprawdy nie wiedział, jakim cudem wciąż ma siły, by się powstrzymywać.


-        Jak śmiałeś mnie tam zostawić, co? – syczała. – Dobrze się bawiłeś?


-        Całkiem nieźle – odparł z rozbawieniem, a ona chwyciła jego łańcuch na szyi i mocno pociągnęła tak, by jego twarz była jeszcze bliżej, niż przedtem.


-        Nie igraj ze mną, Ren! – huknęła. – Wystarczy, że mnie tak okrutnie rzuciłeś, bez słowa wyjaśnienia i zachujesz się, jak ostatni drań! Już nie wspomnę o randkowaniu z jakąś laską na moich oczach! – Alrena zatkało, gdyż nie spodziewał się teraz akurat tych słów. Rozumiał jednak jej gniew i dlatego jej nie przerywał ani się nie bronił.


-        Twoje zachowanie odbiega od norm królewskich, Wasza Wysokość – odparł w końcu ironicznie, a ona syknęła ze złości.


-        Śmiesz jeszcze wspominać o konwenansach? A co ja mam o tobie powiedzieć? Obecnie nawet szacunku mi nie okazujesz... – spojrzała na niego smutno. Ujrzał w jej oczach ból, tak niewyobrażalny i przejmujący, że serce mu się ścisnęło. – Dlaczego? Dlaczego tak jest? Co się z nami stało, Ren? – głos jej się załamał, a z jej oczu popłynęły łzy.


Alren wyczuł drżenie jej rąk. Najwyraźniej Ella opadła już z sił, a złość powoli jej przechodziła, przeradzając się na powrót w bezradność. Kiedy myślał, że teraz z niego zejdzie i zacznie ponownie wypytywać go o jego zachowanie, ona uniosła dumnie głowę, jednym ruchem otarła łzy i pokazała mu twarz pełną determinacji. To go mocno zaskoczyło. Zaraz potem znów nim szarpnęła.


-        Pokonam cię. – W pierwszej chwili nie zrozumiał. – Pokonam cię i dowiem się, co się stało! – krzyknęła mu w twarz.


-        O czym ty mówisz?


-        O egzaminacyjnym pojedynku. Syriana jeszcze ci nie mówiła? – rzekła ostro, wciąż siedząc na nim okrakiem i trzymając go za ubranie. – Zrobię to, choćbym miała paść ze zmęczenia... Pokonam cię!


Ren zrobił oczy szerokie, jak talerze, ze zdziwienia, widząc taką pewność siebie w jej oczach. Głowił się, czy naprawdę była o tym przekonana, czy to tylko desperacka deklaracja?


-        Ciekawe, jak masz zamiar to zrobić, Wasza Wysokość... – zakpił.


-        Zrobię wszystko, co będzie w mej mocy. Muszę cię pokonać... – ściszyła głos. – Będę walczyć o ciebie i twoją miłość... A przy okazji dla dobra Egharii – zadeklarowała zdecydowanie, ponownie go zaskakując, a potem znienacka dotknęła wargami jego ust, nim zdążył się cofnąć.


Pocałowała go bez wahania i tak namiętnie, że dech mu zaparło z wrażenia. Poczuł gorący płomień w piersi i dosłownie pociemniało mu w oczach. Już miał się na nią dosłownie rzucić, kiedy uświadomił sobie, co się właśnie stało i odsunął ją gwałtownie od siebie, mając nadzieję, że Ella nie słyszy jego rozszalałego serca. Spojrzał na nią tak obojętnie, jak tylko potrafił w tej chwili i wstał, nie przerywając kontaktu wzrokowego.


-        Opanuj się, Księżniczko. Powściągnij emocje – rzekł obojętnie. – Nie jesteśmy już razem, pamiętasz? – Ellę coś ukłuło w sercu, widząc to chłodne spojrzenie. W dodatku znów to powiedział.


Miała ochotę się rozpłakać i krzyczeć na cały świat, że to niesprawiedliwe. Dawna Ella tak właśnie by zrobiła, ale obecna - powstrzymała łzy. Wstała i spojrzała mu zdecydowanie w oczy.


-        Będę robić to, na co mam ochotę – rzekła ostro. – Przysięgam, że cię pokonam, czy w to wierzysz, czy nie. – Alren udał, że tego nie słyszy i spojrzał nagle w pobliskie krzaki.


-        Najpierw naucz się wykrywać przypadkowych świadków, a potem może o tym porozmawiamy...


-        Co?  - nie zrozumiała. – O czym ty mówisz?


-        Od ponad piętnastu minut, nie jesteśmy tu sami – rzekł obojętnie, odwracając się do Elli plecami. – Twoja nauczycielka najwyraźniej nie może się już ciebie doczekać. – Gdy to powiedział, z krzaków wyłoniła się zakłopotana nieco Soana i dygnęła wdzięcznie przed Ellą, nie bardzo wiedząc, jak wyjaśnić swą obecność w tym miejscu.


Złotowłosa westchnęła. Właśnie dotarło do niej, co powiedziała Alrenowi, pod wpływem emocji. Nie pomyślała przy tym, jak wielka przepaść dzieli ją od Alrena. To musiało brzmieć śmiesznie w jego uszach. Taka amatorka grozi Shiryenowi i Heryonowi w jednej osobie, że go pokona... Znów westchnęła.


Gdy spojrzała ponownie w stronę Rena, jego tam już nie było. Zniknął niczym duch, zostawiając Ellę samą z Soaną. Nie pozostało jej więc nic innego, jak porozmawiać z nauczycielką i zacząć kolejne zajęcia, tym razem z łucznictwa.


 

Aruell
Nastrój: Kiepski
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 124

czwartek, 17.listopada.2011, 00:01



Rozdział 124


2 dzień ruanu 8976 roku (2 dzień szkolenia), Aloria – Dolina Shallos (wybrzeże jeziora), wczesny poranek


Ella spotkała się z Gordem na wybrzeżu jeziora. Mężczyzna od razu wyczuł jej podły nastrój, ale o nic nie pytał, wiedząc, że i tak mu nic nie odpowie. Udał więc, że wszystko jest w porządku i uśmiechnął się do niej.


-        Zaczynamy? – spytał zwyczajnie, a ona ocknęła się z zamyślenia i przytaknęła.


Zaraz potem wstrzymała oddech, gdy na jej oczach, Gord zdjął tunikę. Choć nie chciała tego przyznać sama przed sobą, półnagi Gord wyglądał pociągająco. Przez chwilę nie odrywała wzroku od jego pięknego, wyrzeźbionego ciała, aż natknęła się na jego znaczący uśmiech. Zarumieniła się i spuściła wzrok, nerwowo przebierając rękoma. Gord, zadowolony z jej reakcji, nie skomentował tego, tylko ponaglił ją, by również się rozebrała.


Dziewczyna z lekkim wahaniem zdjęła ubrania i weszła do wody w błękitnym, jednoczęściowym stroju kąpielowym, który mocno podziałał na wyobraźnię Gorda. Jednak robił wszystko, by nie było tego po nim widać. Musiał przyznać, że Księżniczka Miryonu ma piękne ciało i tylko głupiec pogardziłby tak seksowną kobietą. W tej chwili właśnie pomyślał o pewnym zielonookim głupku... Zaraz jednak skupił się na nauce pływania.


Ella zapomniała o problemach z Alrenem i Syrianą, a skupiła się na tym, by nie myśleć o atrakcyjnym nauczycielu, co było trudne. Gord pokazał jej, jak ma poruszać kończynami oraz, jak należy operować ciałem. Potem zaś pilnował jej, gdy próbowała zastosować jego porady w praktyce.


Po dwóch godzinach lekcji, Ella wciąż nie potrafiła przepłynąć więcej, niż kilka metrów. Za bardzo bała się wody. Oddychała nerwowo i szybko, co utrudniało sprawę. Raz nawet, kiedy Ella zachłysnęła się wodą i spanikowała, na większej głębokości, Gord musiał ją wyławiać. Elli serce waliło wtedy, jak wściekłe. Po trosze ze strachu, a po trosze dlatego, że dotyk Gorda był przyjemniejszy, niż sądziła.


Gdy znów byli na płyciźnie, Ella gwałtownie się od niego odsunęła, zakłopotana swoimi odczuciami, ku jego zdumieniu. Szybko jednak zrozumiała, że zachowuje się dziecinnie. Zupełnie tak, jak wtedy, gdy poznała Alrena...


-        Dziękuję za pomoc... – odezwała się w końcu. – Wybacz... Nie idzie mi to. Mimo że tak się starasz, ja wciąż jeszcze nie nauczyłam się pływać.


-        Nie, Pani – pokiwał przecząco głową. – Twoim problemem jest strach przed wodą, a nie brak umiejętności pływania. Kiedy pokonasz ten lęk, okaże się, że już to potrafisz. No już, spróbuj jeszcze raz i nie myśl o wodzie, jak o swoim wrogu... – rzekł cierpliwe, a ona westchnęła i ponownie się zanurzyła.


***


Aloria – Shall (Komnata Syriany), poranek


Alren dosłownie wpadł do komnaty, w której przebywała Syriana i spojrzał na nią nieufnym wzrokiem, gdy ona zwróciła się w jego stronę. Akurat piła poranną kawę i była zaskoczona jego nagłą wizytą.


-        Wybacz najście, Pani... – zorientował się, że jego zachowanie jest ciut niestosowne, więc wysilił się na odrobinę uprzejmości. – Mam jednak pytanie, nie cierpiące zwłoki.


-        Zapewne przyszedłeś zapytać o Mirellę – nie musiała myśleć, by wiedzieć, o co mu chodzi.


-        W istocie – rzekł chłodno. – Możesz mi wyjaśnić, co jej powiedziałaś, że rozpłakała się na mój widok dziś rano? – podszedł bliżej Arcykapłanki.


-        Przedstawiłam jej warunek ukończenia tej części szkolenia, ale nie sądzę, by to było powodem do płaczu. Może więc za bardzo przejęła się Sao?


-        Słucham? – podniósł głos, czując, do czego ona zmierza. – Coś ty jej powiedziała?


-        Uspokój się, Alrenie. Ostatnio za dużo sobie pozwalasz, w stosunku do mojej osoby – przypomniała mu o swej pozycji. – Nieważne, czy mnie lubisz czy nie, żądam szacunku.


-        Wybacz, Pani... – odparł zdawkowo i nieprzekonująco. – Niezmiernie mnie intryguje, o czym rozmawiałaś z Ellą. Może zechcesz mi to zdradzić? –spytał grzeczniej.


Syriana uśmiechnęła się od niego ironicznie, po czym opowiedziała mu o rozmowie z Ellą. Ren dowiedział się, że Ella wie już, kim jest Sao i że widziała ich razem, wczoraj wieczorem. Domyślił się, że złotowłosa martwiła się o ich relacje, a Syriana zapewne nie omieszkała tego wykorzystać. Przełknął to jakoś... Gdy jednak usłyszał o egzaminie końcowym Elli, w którym ma ona pokonać jego samego, nie wytrzymał.


-        Co takiego?! To chyba jakiś kiepski żart! – W tej jednej chwili zupełnie już zapomniał o konwenansach. – Nie będę z nią walczył! Nie mam mowy!


-        Będziesz, chyba, że koniecznie chcesz przedłużyć jej szkolenie.


-        Ależ Pani! Jakże ktoś, po zaledwie dwóch tygodniach nauki, miałby mnie pokonać? To jest niesprawiedliwe wobec niej – mówił rzeczowo i bardzo głośno, pod wpływem emocji. – Wychodzi na to, że albo przeceniasz ją, albo nie doceniasz mnie! – nie mógł uwierzyć, że wymyśliła coś takiego.


-        Zapominasz, że to władczyni Miryonu, Alrenie... – mówiła spokojnie. – Czy nie udowodniła wcześniej, jak wielką moc posiada? – spojrzała na niego znacząco, a Ren zamilkł na chwilę.


Pamiętał wciąż przygodę w Lesie Sverse, gdy Ella oczyściła Hurów, a także to, jak uzdrowiła małą Księżniczkę Ernę z nieuleczalnej choroby. Wiedział też, że Ella ma naturalny dar Białej Magii. Jednak to wciąż było za mało, by pokonać tak doświadczonych wojowników, jak on czy Gord. Nawet jeśli miała potencjał, to potrzebowała długiej nauki i praktyki, by go wykorzystać. A Syriana, tak po prostu, postanowiła rzucić ją na głęboką wodę i każe jej dokonać rzeczy praktycznie niemożliwej. Nie mógł się z tym pogodzić.


-        Nie zgadzam się. Nie podniosę na nią ręki, więc musisz wymyślić dla niej inny egzamin.


-        Już postanowiłam i powiadomiłam Ellę o swej decyzji, a ty się do niej dostosujesz. Czy tego chcesz, czy nie! – podniosła głos. – Pomyśl, że potem ten etap szkolenia się skończy i będziesz mógł do niej wrócić. Nie chcesz tego?


-        Naprawdę sądzisz, że ona mnie pokona? – nie dowierzał. – Obrażasz mnie, Pani...


-        To ty obrażasz ją, Alrenie. Nie doceniasz jej – mówiła spokojnie. – Zobaczysz, że jeśli tylko zechce, zda ten egzamin.


Ren nadal nie był przekonany. Czuł się rozdarty między swoją dumą wojownika, a troską o Ellę.


-        Nie zgadzam się – powtórzył. – Nie wyobrażam sobie, bym miał z nią walczyć. Jakże bym mógł? – spojrzał na nią z bólem w oczach. – Jak mógłbym ją skrzywdzić?


-        Jeśli się nie zgodzisz, to zerwiemy naszą umowę – powiedziała spokojnie, a krew Rena znów zawrzała. Mimo to milczał. – Uznaję twe milczenie za zgodę. Skoro więc to ustaliliśmy, to bądź tak dobry i powiadom Gorda, że ma się u mnie stawić. Powinien być teraz z Mirellą... – mówiła rzeczowo, a Ren posłał jej mordercze spojrzenie i wściekły na nią, wyszedł z komnaty.


Syriana natomiast uśmiechnęła się do siebie i wypiła kolejny łyk herbaty. Na każdym kroku widziała, jak bardzo Alren kochał Ellę. Nie dość, że zgodził się na jej umowę, to nawet zapominał o wszelkich normach obyczajowych, gdy tylko chodziło o nią, a przecież kiedyś, gdy był strażnikiem pałacowym, słynął z niesamowitego opanowania i kultury. Nie miała mu jednak tego za złe, zwłaszcza że wiedziała, kim on jest naprawdę...


***


Aloria – Dolina Shallos (wybrzeże jeziora), poranek


Kiedy tylko Alren opuścił komnatę Syriany, natychmiast udał się w stronę jeziora. Miał szczery zamiar porozmawiać z Ellą, choć tak naprawdę to nie wiedział, jak. Najchętniej by jej powiedział, że coś wymyślą odnośnie tego egzaminu, przekonałby ją, że nie musi się martwić Sao i rzuciłby się na nią, mówiąc, jak bardzo ją kocha, ale... Wiedział, że nie może zrobić żadnej z tych rzeczy. Mimo to pomyślał, że jeśli nie zamieni z nią choćby słowa, to oszaleje.


W tej chwili dotarł do jeziora i ujrzał, jak Gord podtrzymuje Ellę w wodzie. Zacisnął pięści. Czuł, jak ogarnia go szał, widząc, gdzie on ją trzyma i że w ogóle śmie jej dotykać! Syknął pod nosem, przybrał raczej nieprzyjemną postawę i podszedł do brzegu jeziora. Gdy oni go zauważyli, natychmiast przerwali zajęcia. Gord poczuł złość na jego widok, a Ella – zakłopotanie.


-        Jak widzę, drogi Gordzie... – zwrócił się do niego. – Mimo iż jesteś, jak słyszałem, doskonałym nauczycielem szermierki, to pływania jej nauczyć nie możesz – rzekł ze złośliwym uśmiechem.


-        Nie przeszkadzaj nam. Do zajęć Elli zostało jeszcze trochę czasu.


-        Niestety nie możesz kontynuować tej lekcji, mimo iż bardzo tego chcesz... – rzekł z naciskiem. – Syriana pilnie cię do siebie wzywa.


-        Doprawdy? – westchnął i spojrzał z żalem na zmieszaną Ellę. – Cóż, w takim razie nie mam wyjścia. Muszę iść, Księżniczko. Jednak nie martw się. Jutro znów poćwiczymy i... – nie zdołał dokończyć, bo Alren mu przerwał.


-        To nie będzie konieczne... – rzekł, posyłając Gordowi lodowate spojrzenie. Sposób, w jaki zwracał się do Elli, nie podobał mu się. – Księżniczka jeszcze dziś opanuje sztukę pływania. Osobiście tego dopilnuję – posłał jej ironiczny uśmiech, a ona odwróciła wzrok, nie wiedząc czemu czuje się tak dziwnie.


-        O? Jesteś aż tak pewny siebie? - zakpił Gord ze złością, wychodząc wody.


-        Oczywiście. Nauczę ją pływać zacznie szybciej, niż ty – skrzyżował ręce na piersi. - Jeśli mi nie wierzysz, to może się ze mną założysz? – prowokował go.


Gord nic odpowiedział. Nie miał odwagi się z nim o nic zakładać. Wiedział, że ten facet jest nieprzewidywalny, więc wolał nie ryzykować, że ośmieszy się przed Księżniczką. Ubrał się więc i posyłając Alrenowi nieprzychylne spojrzenie oraz kłaniając się Elli, poszedł do Syriany.


Ren poczekał, aż Gord zniknie z pola widzenia, a potem spojrzał na Ellę z nieprzeniknioną twarzą, co niemal ją zmroziło. Nie chciała go teraz oglądać ani myśleć o nim, ale wyszło inaczej... Teraz miała być na niego skazana, przynajmniej przez najbliższy czas. Mimo iż czuła żal i strach, to fakt, że teraz będzie ją uczył sam Ren, sprawił, że jej serce niebezpiecznie przyspieszyło. Gdy ponownie podniosła wzrok, zauważyła, że on idzie w jej stronę.


Patrzyła, niczym zahipnotyzowana, jak przystojny brunet, o zielonych oczach, zbliżał się do niej coraz bardziej. Od razu przypomniała sobie, dlaczego zakochała się akurat w nim, a nie w kimś innym. Gord, choć przystojny i miły, silny i bystry, nie mógł równać się z tym zielonym spojrzeniem, niebezpiecznym i pociągającym zarazem i tym „czymś”, co wręcz przyciągało ją do Alrena.


Kiedy Ren się zatrzymał tuż przed nią, przełknęła ślinę. Nieustannie działał na nią, jak magnez i czuła się wobec tego bezsilna. Tylko ostatnia sytuacja powstrzymywała ją, przed rzuceniem się na niego. Tymczasem Alren był zmieszany strachem w jej oczach i swoim nagłym, silnym impulsem zazdrości wobec Gorda. W dodatku musiał wyglądać na niewzruszonego, co było dla niego cholernie trudne. Zauważył, że Ella czeka, aż on pierwszy się odezwie i nie patrzy mu w oczy, jakby chciała coś ukryć.


Ren nie czekał już ani chwili dłużej. Podszedł do niej jeszcze bliżej i jednym ruchem wziął ją na ręce. Ten niespodziewany ruch zupełnie zaskoczył Ellę, więc spojrzała na niego pytająco i wstrzymała oddech, widząc jego figlarny wzrok.


-        Czas nauczyć się pływać, Księżniczko – rzekł ironicznie i wzbił się w powietrze, nim zdążyła o cokolwiek zapytać.


 

Aruell
Nastrój: 2 dni do weekendu, eh...
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 123

środa, 16.listopada.2011, 00:01



Rozdział 123


 


2 dzień ruanu 8976 roku (2 dzień szkolenia), Aloria – Shall (Jadalnia Królewska), przed świtem


Elli znudziło się leżenie i rozmyślanie. Odświeżyła się więc i poprosiła służbę o przyniesienie śniadania. Za oknem było szaro i buro, gdyż Słońce jeszcze nie wstało, co nie było dla niej częstym widokiem. Zwykle lubiła spać znacznie dłużej, ale pamiętała, że przed zajęciami z Soaną, miała mieć jeszcze te nieszczęsne lekcje pływania. Dlatego i tak musiałaby wstać wcześniej, nawet gdyby nie miała tego koszmaru.


Kiedy myślała, że przynajmniej podczas posiłku rannego będzie miała spokój, tę cichą nadzieję udaremniła niespodziewana wizyta Syriany, w jej komnacie. Arcykapłanka ukłoniła jej się i dosiadła do jej stołu. Natomiast Ella natychmiast straciła apetyt na dalszy posiłek.


-        Czemu zawdzięczam twą wizytę, Syriano? – spytała Ella chłodno.


-        Skąd ta niechęć? – zadrwiła. – Przyszłam tylko spytać, jak idzie ci szkolenie,


-        Po prostu świetnie! Jestem przeszczęśliwa, że szermierka mi nie idzie i mam na to tak mało czasu, a jeszcze bardziej dlatego, że widzę mojego Alrena, który mnie unika, z inną! – mówiła ironicznie, z żalem w głosie. – Żyć, nie umierać! Ale ty przecież o tym wiesz, bo mnie obserwujesz cały czas, więc po co w ogóle pytasz? – w jej oczach Syriana ujrzała prawdziwy gniew i wiedziała, że księżniczka wyładowuje na niej całą negatywną energię.


-        Gdybyś część tej gniewnej energii przeznaczyła na walkę mieczem, nauka poszłaby ci szybciej – odparła spokojnie, zbijając ją z tropu. – A odnośnie Sao, strażniczki tego pałacu... Alren jest wolnym człowiekiem, więc może robić, co chce. Przestań sobie zawracać nim głowę. Rzucił cię po tym wszystkim, co razem przeszliście, pamiętasz? – prowokowała ją.


-        Jak śmiesz! Przecież to twoja wina, że on się tak zachowuje.


-        Masz jakiś dowód? – Syriana nie traciła zimnej krwi.


-        Nie... ale... – Ella zwątpiła. – Wiem, że to twoja robota.


-        A nie pomyślałaś kiedyś, że Alren – Syriana wstała i zaczęła okrążać Ellę – nie jest człowiekiem, który ulega wpływom? Chyba wiesz, jaki jest uparty i silny?


-        Ale... – nie bardzo wiedziała, do czego tamta zmierza.


-        Zatem, skoro znasz te jego charakterystyczne cechy, to nadal utrzymujesz, że dla mnie uczynił wyjątek? – mówiła przebiegle. – Sądzisz, że ja mogłabym go zmusić do posłuszeństwa? Zastanów się, czy posłuchałby mnie, gdybym kazała mu się od ciebie odsunąć... – Ella zamarła, analizując ten problem.


-        Nie powinno tak być, jednak sadzę, że... – próbowała się bronić.


-        Wniosek jest prosty – przerwała jej ponownie.  - Alren z własnej woli się od ciebie odsunął – powiedziała to tak dobitnie, że Elli momentalnie zrobiło się zimno. To nie było przyjemne uczucie.


-        Nie uwierzę w to! Na pewno miałaś jakiś mocny argument, który jednak go przekonał! – nie dawała za wygraną, co podobało się Syrianie, bo był to dobry znak jej powolnej, wewnętrznej przemiany.


-        A co powiesz na jego relacje z Sao? Sądzisz, że Alren udaje, że miło spędza z nią czas?


-        Nie znam jej, więc nie mogę nic na ten temat powiedzieć – stwierdziła. – To pewnie jakaś jego dobra znajoma z dawnych czasów.


-        Więcej, niż znajoma, moja droga. Sao to przyjaciółka Alrena i jego była kochanka. Znają się jeszcze z czasów, kiedy razem uczyli się szermierki w Alorii i wierz mi, ta dziewczyna jest bardzo bliska Alrenowi.


-        To niesprawiedliwe... – Ella zacisnęła pięści i spojrzała na Syriane tak lodowatym wzrokiem, że tamta zadrżała. – Dlaczego robisz wszystko, by mnie z nim poróżnić? Dlaczego każesz mi o nim zapomnieć i uwierzyć, że mnie zostawił dla dawnej przyjaciółki? Dlaczego zmuszasz go do takiego zachowania? Dlaczego, do jasnej cholery, skoro jestem twoja władczynią?! – wybuchła, a Syrianę zatkało. Nie spodziewała się, że jej krew będzie się budzić tak szybko.


-        Pani...


-        Nie powinnaś mnie wspierać? Dawać wskazówki? – mówiła dalej, wciąż ogarnięta furią. – Wolisz zamiast tego mnie gnębić? Gdybym tylko wiedziała, jak to przerwać... Jak zakończyć tę chorą sytuację...


-        Powiem ci to, jeśli chcesz wiedzieć, już teraz – Syriana odzyskała równowagę – co musisz zrobić, by dowiedzieć się, co was poróżniło z Alrenem.


-        Co? – zainteresowała się.


-        Musisz go pokonać w walce – odparła krótko, a dziewczyna była pewna, że się przesłyszała.


-        Chyba żartujesz.... – przełknęła ślinę. Jej złość przerodziła się w strach. – Ja miałabym pokonać Rena? Przecież to absolutnie niemożliwe!


-        Nie ma rzeczy niemożliwych, zwłaszcza dla władcy Miryonu – stwierdziła z ironicznym uśmiechem, zbliżając się od drzwi. – W chwili, gdy tego dokonasz, ukończysz pierwszą i najważniejszą część szkolenia. Taki ustanawiam dla ciebie egzamin końcowy – dodała, a Ellę przeszyły dreszcze.


W tej chwili przed oczami mignęły jej wszystkie walki z udziałem Alrena, które widziała. Począwszy od potyczki z Shenami, poprzez walki z Cehronami i Norhenami, a skończywszy na bitwie z generałem Tharem. Elli nigdy nawet przez myśl nie przeszło, że mogłaby go pokonać, mimo że jest księżniczką Miryonu. Nie mieściło jej się w głowie, jak miałaby tego dokonać.


-        Chyba nie wiesz co mówisz, Syriano... – rzekła z wyrzutem. – Jego nie można pokonać.


-        Błąd! – krzyknęła. – Nikt nie jest niepokonany. Każdy ma słaby punkt. Nawet tak potężny i dumny wojownik, jak Alren. – powiedziała stanowczo, a Ella musiała usiąść z nadmiaru emocji. W jej oczach nadal widoczny był strach.


-        To niewykonalne. Jeśli taki jest egzamin końcowy, to nigdy nie ukończę tego etapu szkolenia – zakpiła, nie zaszczycając Arcykapłanki nawet jednym spojrzeniem.


-        Cóż, masz jeszcze dwa tygodnie na zmianę postawy, Księżniczko – rzekła zwyczajnie. – Pamiętaj, że jeśli pokonasz Alrena, będziesz miała z tego podwójną korzyść. Ukończysz ten etap i dowiesz się, dlaczego Alren się od ciebie odsunął – dodała, a następnie wyszła z jej komnaty.


Ella ukryła twarz w dłoniach. Nie wyobrażała sobie, jak to będzie dalej. Wiele by dała, by dowiedzieć się, co ich rozdzieliło i żeby było, jak dawniej, ale... pokonać Alrena? Jak miała uwierzyć, że dokona rzeczy niemożliwej? Ta wizja egzaminu ją zdołowała na tyle, że nie miała sił iść na lekcje pływania. Cała determinacja i złość gdzieś uleciały. Zostały tylko łzy i strach.


Pozbierała się jednak, bo umówiła się z Gordem na szóstą i nie chciała się spóźnić. Pomyślała, że może to nie taki zły pomysł iść się uczyć. Wszystko było lepsze od myślenia o Alrenie i egzaminie. Miała nadzieję, że wysiłek umysłowy i fizyczny odwiedzie ją od okropnego uczucia bezradności.


Kiedy jednak dotarła do wrót wyjściowych ujrzała tam Alrena i mimowolnie zwolniła. Zauważył ją i ukłonił się.


-        Dzień dobry, Wasza Wysokość – powiedział zwyczajnie, a jej oczy zwilgotniały. Tęskniła za jego głosem tak bardzo, że tych kilka słów brzmiały dla niej, jak muzyka. – Dokąd wybierasz się o tak wczesnej porze? – spytał oficjalnym tonem.


-        Na lekcje pływania – odwróciła głowę, a on uniósł brwi ze zdumienia, ale nie skomentował.


-        W takim razie, życzę owocnej nauki – rzekł, tłumiąc ironiczny uśmiech.


-        Dziękuję... – glos jej się załamał, co zwróciło jego uwagę.


Alren zamarł, widząc, jak po jej policzkach płyną łzy. Jej twarz była taka smutna, że miał ochotę podejść i ją przytulić. Wiedział jednak, że nie może. Zastanawiał więc, co tak gwałtownie pogorszyło jej nastrój. Tymczasem Ella walczyła z wizją swego koszmaru, który powrócił do niej, jak bumerang, gdy tylko go zobaczyła. Łzy same popłynęły, ale nie zamierzała mu tego tłumaczyć, mimo iż patrzył na nią pytająco.


-        Nic mi nie jest. Nie martw się – powiedziała chłodno, mijając go, a on był w szoku, słysząc taki ton. – O ile, oczywiście, wciąż się o mnie martwisz – syknęła, zbijając go z tropu i poszła pewnym krokiem w stronę jeziora, nie odwracając się ani razu.


Ren przez chwilę stał  w osłupieniu. Nie był przygotowany na coś takiego, mimo iż powinien się spodziewać, że w końcu odpłaci mu takim samym traktowaniem. Zastanawiał się jednak, dlaczego rozpłakała się na jego widok.


W pierwszej kolejności pomyślał o Syrianie, dlatego też nie zwlekał i natychmiast, pełen niepokoju, udał się do niej. Był pewny, że ona znów coś wykombinowała.


***


Aloria – Wschodnia Wieża Magiczna, świt


Strażnicy, którzy dopiero co zaczęli swoją zmianę na Wschodniej Wieży Magicznej, rozmawiali o wszystkim i o niczym, co chwila zerkając, czy na horyzoncie nie ma niczego podejrzanego. Nagle jeden z nich zobaczył jakiś mały obiekt, płynący po wodzie.


-        Hej, co to jest? – spytał kolegę, patrząc na to coś, unoszące się na powierzchni morza.


-        To chyba jakiś pień drzewa – przyjrzał się dokładniej, kiedy obiekt podpłynął bliżej bariery Alorii.


-        Wyjątkowo dziwnie wygląda. Coś tam kwitnie, czy oczy mnie zawodzą? – zdawało mu się, że widzi kwiaty, o czarnych płatkach.


-        Faktycznie. Cały pień jest obrośnięty pnączami i pokryty kwiatami – potwierdził.


-        Znasz tę roślinę? Jak ona wytrzymała w morskiej wodzie? – dziwił się.


-        Ach, wiesz... – odpowiedział drugi. – Od jakiegoś czasu z roślinami i zwierzętami dzieje się coś niedobrego. To pewnie kolejna anomalia...


-        Fakt – zgodził się. – Nie ma co się przejmować. To tylko roślina... – w chwili, gdy padły te słowa pień, obrośnięty kwiatami, przekroczył barierę.


Wiadome bowiem było, że rośliny i zwierzęta mogły bez przeszkód pokonywać najsilniejszą zaporę magiczną w Egharii. Pień dryfował spokojnie na morskich falach, aż w końcu morze wyrzuciło go na brzeg Alorii. Jaszcze parę razy ocean chciał go znów zabrać, ale ostatecznie, wbił go w biały piach plaży.


Nie minęło kilka chwil, kiedy pień otoczyła czarna mgła, aż zniknął zupełnie i na jego miejscu stanęła kobieta, o długich, czarnych włosach, związanych w koński ogon i złotych oczach. Czarna, skórzana zbroja doskonale wyglądała na jej ciemnej skórze i podkreślała jej kobiece wdzięki. Spojrzała na swoją rękę, na której widniała oryginalna bransoleta, w kształcie zaplecionych pnączy roślinnych i kwiatów, z czarnym klejnotem w środku.


-        To było dziecinnie proste – powiedziała do siebie, patrząc z brzegu na odległą Wschodnią Wieżę Magiczną. – Kto by się przejmował zwykłą roślinką... – zakpiła ze strażników, a potem zerknęła w stronę gór.


Wyczuwała tam silną barierę magiczną i zasępiła się. Wiedziała, że tę przeszkodę będzie trudniej pokonać.


-        To zapewne robota Syriany... – mówiła do siebie. – A skoro tak, to tam musi ukrywać się słodziutka Mirella. Mniam... – zaśmiała się złowieszczo, po czym zniknęła, jak duch.



Aruell
Nastrój: ^^
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 122

wtorek, 15.listopada.2011, 00:13



Rozdział 122


 


1 dzień ruanu 8976 roku (1 dzień szkolenia), Aloria – Shall (karczma personelu pałacowego), wieczór


Alren i Sao wygodnie usiedli przy barze w karczmie, mieszczącej się w budynku dla służby, obok pałacu. Zamówili dwa kufle piwa i wesoło rozmawiali o dawnych czasach, kiedy to razem trenowali do Turnieju Shiryena.


-        Nie nabijaj się ze mnie już! – syknęła Sao, mając dość jego żartów. – To przecież było oczywiste, że wygrasz ten turniej.


-        Ale to do ciebie nie podobne tak się poddawać - zaśmiał się, wspominając ich pojedynek, w którym Sao oddała mu zwycięstwo, po krótkiej zabawie mieczami.


-        Zawsze już będziesz mi to wypominał? – posłała mu groźne spojrzenie.


-        Pewnie tak – uśmiechnął się szeroko.


-        Powinnam była ci skopać tyłek! – walnęła kuflem o blat.


-        To dlaczego tego nie zrobiłaś? – drażnił się z nią dalej.


-        Ponieważ nie jestem głupia. Nie uważam właściwej oceny przeciwnika za mój błąd.


-        Pochlebiasz mi – zachichotał krótko, a ona udała obruszenie, rumieniąc się przy tym. – Swoją drogą, nadal za mną szalejesz? – uniósł znacząco jedną brew, a ona zakrztusiła się piwem.


-        Widzę, że twoja bezpośredniość i pewność siebie nie ucierpiały z czasem – zakpiła, nadal zarumieniona.


-        Nie odpowiedziałaś – szepnął jej do ucha, po czym zaraz się cofnął i wypił trochę alkoholu.


-        Odpowiedź brzmi: nie.


-        Jasne... – zaniósł się śmiechem, widząc, że jej ciało mówi coś zupełnie innego.


Sao była jedną z nielicznych kobiet, która zdobyła jego szacunek i przyjaźń. Byli też kochankami i to nawet dość długo, jak na niego. Mimo to jednak, Alren jej nie kochał. Uważał ją raczej za partnerkę. Zarówno w walce, jak i w łóżku. Cenił jej przyjaźń wyżej od namiętności, ale nie był głupcem i wiedział, że Sao podchodziła do tego inaczej. Ona go autentycznie kochała, ale znając jego stosunek do tego uczucia, nigdy nie mówiła o tym na głos. Byli blisko, dopóki on nie uciekł wtedy z Alorii...


Spojrzał na nią ukradkiem, kiedy walczyła ze swoimi rumieńcami, unikając jego wzroku i uśmiechnął się lekko. Była jeszcze piękniejsza, niż kiedyś i nadal bardzo seksowna... Dopiero teraz zauważył, schowany za zbroją, łańcuszek. Coś go tknęło i sięgnął po niego.


Zaraz potem patrzył z sentymentem na swój dawny wisior, w kształcie kwadratu, z wygrawerowanym herbem Veolii, który dostał od swojego mistrza i opiekuna zarazem. Zawsze przynosił mu szczęście. Pamiętał dzień, w którym go jej podarował, mówiąc że jemu nie jest już potrzebna ochrona, ale jej może się przydać. To było na krótko przed jego zniknięciem.


-        Wciąż to nosisz? – spojrzał jej w oczy, z łagodnym uśmiechem, a ona na chwilę wstrzymała oddech. Ren był tak blisko...


-        Nie rozstaję się z tym, odkąd mi to dałeś. Rzeczywiście przynosi szczęście – odparła, siląc się na naturalny ton głosu.


-        Jakie to słodkie... – zaśmiał się, a ona szybko wsadziła wisior, z powrotem za zbroję i napiła się, czując, suchość w gardle. Ren zaś tylko się tajemniczo uśmiechał, widząc te wszystkie, jasne sygnały.


-        Powiedz mi, Ren... – zaczęła, po namyśle. – Czy w twoim życiu uczuciowym zaszły jakieś zmiany? – popatrzyła mu w oczy i ujrzała, jak w ułamku sekundy zrobiły się smutne.


-        Nie chcę o tym mówić...


-        A więc jednak?


-        Tak, Sao... Dużo się u mnie pozmieniało – odparł szczerze.


-        Masz kogoś – stwierdziła z zawodem.


-        Tak, choć na razie zerwaliśmy... – zaśmiał się smutno z tego absurdalnego zdania.


-        Jak to? – zdziwiła się. – Mam rozumieć, że się kochacie, ale nie jesteście razem? – była w szoku.


-        Poniekąd – wysilił się na uśmiech. – Ale nie pytaj o nic więcej, bo nie mam dziś sił na tę rozmowę – wyznał szczerze.


-        To coś poważnego... – wnioskowała dalej. – Jaka szkoda. Już chyba za późno...


-        Na co? – spytał chichocząc, choć znał odpowiedź.


-        By zdobyć twe serce, oczywiście – powiedziała wprost, patrząc mu w oczy bardzo zdecydowanie, a on się zaśmiał i musnął palcem jej policzek, co zaowocowało jej rumieńcem.


-        Niewiele się zmieniłaś, Sao – rzekł spokojnie.


-        Skoro tak twierdzisz...


***


Aloria – Shall (Łaźnia Królewska), wieczór



Ella była w łaźni, tym razem sama. Odprawiła wszystkie służące, bo chciała w spokoju się wypłakać. Siedziała więc w gorącym pomieszczeniu, wypełnionym parą i szlochała. Choć bardzo chciała, nie mogła wyprzeć z pamięci obrazów z tego dnia, które wciąż do niej powracały.


Pierwszy z nich, to chwila, gdy ujrzała Rena i tamtą kobietę na moście, ściskających się i śmiejących. Drugi, kiedy przypadkiem zobaczyła ich razem w karczmie, przez okno, gdy wracała do pałacu. Serce jej stanęło, gdy on musnął jej policzek dłonią, a po jakimś czasie ona pocałowała go w policzek, gdy się już żegnali. Uciekła wtedy czym prędzej do pałacu, nie mogąc już na to patrzeć.


Wciąż miała w pamięci łagodną twarz Alrena i jego czułe spojrzenie. Uśmiechał się tak naturalnie i szczerze. Widać było, że czuje się dobrze w jej towarzystwie oraz że dobrze się znają. Ella dawno nie widziała Rena w tak dobrym nastroju i umierała z zazdrości, że wobec niej jest taki zimny i nieodstępny...


Myślała też o tej kobiecie. Jej obraz również nie dawał jej spokoju. Wcale nie była brzydka. W niczym nie ustępowała jej figurze, choć miała zupełnie inny typ urody. Poza tym emanowała pewnością siebie i siłą, czego Elli brakowało. Z rozpaczą stwierdziła, że ta dziewczyna może mieć więcej wspólnego z Renem, niż ona...


Potrząsnęła głową, odganiając wszystkie te myśli i zapragnęła poczuć jego silne ramiona i ciepło ciała. Marzyła o jego namiętnych pocałunkach i zmysłowym glosie. Chciała się znów z nim podroczyć i pokrzyczeć na niego z oburzeniem, gdyby się z niej śmiał. Łzy płynęły ciurkiem po jej policzkach. Jak bardzo pragnęła do tego wrócić. Nie rozumiała, dlaczego to się w ogóle zmieniło i miała coraz mniej sił, by z tym walczyć. W dodatku na horyzoncie pojawiła się atrakcyjna kobieta, pasująca do Alrena... Zbyt wiele, jak na jej kruche serce.


To wszystko sprawiało, że słabła i traciła wolę walki. Zrozumiała, jak bardzo jest uzależniona od Alrena i że rzeczywiście bez niego nie potrafiła już żyć. Mogłaby przenosić góry, gdyby tylko miała pewność jego uczuć i gdyby był wciąż obok niej. Teraz, kiedy była sama, nie miała na nic ochoty. Nawet świat się dla niej nie liczył.


Wiedziała, że to egoistyczne i nieodpowiedzialne, że nie powinna tak myśleć, jako księżniczka, w której pokładają wszelkie nadzieje na ocalenie. Zdawała sobie sprawę, że Gord miał rację, iż powinna być niezależna i silna, ale nie potrafiła. Uznała, że nie nadaje się na władczynię i nie jest stworzona do samodzielności. W tej jednej chwili, poddała się zupełnie.


***


Aloria – Shall (Sypialnia Królewska), noc



Gdy Ella się ocknęła, ujrzała korytarz Pałacu Shall, na swoim prywatnym piętrze. Miała świadomość, że to sen, więc zdziwiła się, że jest w akurat w tym miejscu. Nagle usłyszała znajomy, niski głos. Natychmiast go rozpoznała i wbiegła do swej sypialni, skąd dochodziły wszelkie dźwięki. Zamarła, widząc scenę, która się tam rozgrywała. Stała w drzwiach nieruchomo i nie wierzyła własnym oczom.


W jej królewskiej sypialni, na jej łożu, Alren kochał się z tamtą kobietą. Ella drżała, widząc, jak Ren z pasją całuje jej nagie ciało, a ona wije się pod wpływem jego pieszczot, jak kotka. Gdy ich usta spotkały się w namiętnym pocałunku, po policzkach Elli spłynęły gorące łzy. A kiedy znów stali się jednością, jęcząc głośno z rozkoszy, złotowłosa oparła się o framugę drzwi i objęła ramionami.


-        To się nie dzieje naprawdę... – mówiła do siebie. – To tylko koszmar...


-        A jeśli nie? – usłyszała nagle drugi męski głos i ku swemu zdumieniu, ujrzała stojącego za nią Gorda. – Jeśli to nie jest tylko sen?


-        Co ty tu robisz? – automatycznie spojrzała na tamtą parę, ale zdawali się ich nie widzieć.


-        Spytaj samą siebie, Ello – odparł. – To twój świat – rzekł z uśmiechem, a ona zdębiała. Co to za cholerny koszmar?!


-        Odejdź – powiedziała głośno. – Nie chcę cię tu widzieć.


-        Kłamiesz. Tak naprawdę to jej nie chcesz widzieć – wskazał na kobietę, wijącą się pod Renem, a Ella ze złością otarła łzy.


-        To się nigdy nie wydarzy! – krzyknęła, ale odwróciła wzrok, bo ten widok był dla niej nie do zniesienia.


-        Jesteś tego pewna? – spytał, podchodząc do niej tak blisko, że poczuła jego oddech a karku. Wstrzymała oddech, zaskoczona i zdezorientowana.


Gord objął ją od tyłu i mocno przycisnął do siebie, a następnie ucałował jej szyję i Ella poczuła, że ogarnia ją podniecenie. Potrząsnęła głową, nie wierząc w to, co czuje. Sam fakt, że jego dotyk sprawił jej przyjemność, przerażał ją. Odsunęła się od niego gwałtownie, a gdy ponownie spojrzała na blondyna, on był znów tuż przy niej.


-        Dlaczego uciekasz? Przecież nie robisz nic złego... – mówił prowokacyjnie. – Dlaczego masz być mu wierna, skoro on tobie nie jest?


-        Nieprawda! Nie... – głos jej się załamał, gdy znów spojrzała na kochająca się parę, na jej łóżku. Zamknęła oczy.


-        Po co się tak dręczysz? On na ciebie nie zasługuje... – szeptał Gord i niespodziewanie pocałował ją.


Broniła się, choć nie mogła powiedzieć, że to nie było przyjemne. Było. Nawet bardzo, ale... Nie tak ma być! Kiedy poczuła w sobie wystarczająco dużo sił, odepchnęła go i wybiegła na taras. Oparła się o poręcz i płakała. To nie tak ma być... – powtarzała sobie w duchu i nagle ujrzała błękitny blask.


Zaskoczona dziewczyna spojrzała  w nocne niebo i zobaczyła piękną kobietę w błękitnym stroju, która była do niej łudząco podobna. Miała wrażenie, że gdzieś już ją widziała, a jej głos z całą pewnością brzmiał znajomo. Mimo wszystko patrzyła na nią z niemym zachwytem.


-        Kim jesteś?


-        Jestem Mira, Bogini Miryonu... – powiedziała wdzięcznym tonem. – Jestem tobą.


-        Co? – Ella zamarła z wrażenia. – Co ty mówisz...


-        Nieważne  – przerwała jej. – Ważniejsze jest to, że jeśli będziesz się dalej tak zachowywać, to Egharię czeka zagłada, a Miryon nigdy się nie przebudzi z długowiecznego snu.


-        Ale...


-        Musisz pokonać swoje lęki i znaleźć w sobie siłę do walki. Musisz pokonać samą siebie, aby stać tą, za którą jesteś uważana.  – mówiła rzeczowo. - Nie szukaj pomocy u innych, nie zważaj na ich słowa, tylko licz na siebie. Zaufaj swej intuicji, a wszystko wróci na właściwe miejsce...


W tej chwili Ella zbudziła się, cała spocona i zdenerwowana. Bardzo przeżyła ten koszmar, a ostatnie słowa Miry ją zastanowiły. Ponieważ była jeszcze noc, postanowiła poleżeć, aż do świtu i przeanalizować to wszystko.



Aruell
Nastrój: ;)
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 121

czwartek, 10.listopada.2011, 00:06



Rozdział 121


 


1 dzień ruanu 8976 roku (1 dzień szkolenia), Aloria – Dolina Shallos (Wieża Szermierzy), popołudnie


Ella odświeżyła się w górskim strumieniu, w malowniczym zakątku, a potem zjadła smaczny obiad wraz z Gordem. Rzeczywiście odzyskała sporo sił, ale nadal nie miała zapału do nauki władania mieczem. Gdy Gord wręczył jej miecz i zaprowadził na skalny plac, obok wieży, nie przejawiała zainteresowania jego słowami.


-        Nie słuchasz mnie... – stwierdził po chwili. – Marnujesz czas.


-        Wybacz, ale ja... – zmieszała się. – W mej naturze nie leży ani agresja ani chęć walki. Jakże więc mam uczyć się sztuki zabijania? – spojrzała na niego z taką szczerością w oczach, że mężczyzna zadrżał.


-        Ależ, Pani – uśmiechnął się do niej łagodnie. – To, że będziesz znała sztuki zabijania, nie znaczy, że będziesz musiała je stosować w praktyce. Warto jednak wiedzieć, jak się bronić. Choćby dlatego, żeby nie dać się zabić, taka wiedza jest potrzebna. Zwłaszcza  w tak niebezpiecznym świecie, jak ten.


-        Rozumiem to, ale... – wahała się.


-        Widzę, że nie doświadczyłaś jeszcze prawdziwego zła na tym świecie...


-        Pewnie nie, ale to dlatego, że... – ściszyła głos i posmutniała. – Cały czas byłam dobrze przed nim chroniona – spojrzała na swój miecz.


-        Nie denerwuje cię to, że nie potrafisz się bronić sama? - Gord zaczął ją okrążać. – Nie chciałabyś być niezależna i pokazać, że nie jesteś słabą dziewczynką, która boi się świata? – zaskoczył ją tymi słowami tak bardzo, że zadrżała. Czuła się tak, jakby on czytał prosto z jej duszy, jak z otwartej księgi.


-        Co ty... mówisz? – przełknęła ślinę, widząc jego poważną twarz.


-        Pytam, czy naprawdę chcesz do końca życia być zależna od innych i od Alrena, który zawładnął twoim sercem? – rzekł z naciskiem. – Chcesz być dla niego ciężarem?


-        Nie mów tak! – oburzyła się nieco.


-        Czyli jednak nie chcesz...


-        Oczywiście, że nie... – odparła już ciszej, czując, że on robi to specjalnie. – Próbujesz mnie sprowokować?


-        Tak – zaskoczył ją pewnym tonem głosu i chwycił jej ręce, w których trzymała niezdarnie miecz, a potem uniósł je. – Chcę, byś zaczęła mnie słuchać. Obiecuję, że zrobię z ciebie wojowniczkę. Kobietę niezależną, która w przyszłości zostanie wspaniałą, silną i szanowaną królową – powiedział to tak szczerze, że Ella się zarumieniła.


Automatycznie zrobiło jej się głupio, że zachowuje się tak dziecinnie i postanowiła skupić się na szkoleniu. Obiecała sobie, że chociaż spróbuje się czegoś nauczyć. Wtedy nikt jej nie powie, że nawet nie podjęła trudu...


-        Od czego mam zacząć? – spytała w końcu, a on się uśmiechnął.


-        Od właściwego trzymania miecza. Na razie machasz nim, jak cepem – zaśmiał się, a ona znów się zarumieniła, tym razem z zawstydzenia.


Kiedy po półgodzinnym instruktażu Ella nadal miała problem z samą pozycją bojową, Gord nauczył ją tego słynnego, zakazanego zaklęcia, dzięki któremu miała błyskawicznie się uczyć i nabierać doświadczenia, a następnie pokazał jej, jak to powinno wyglądać.


-        Pozwól, Pani... – rzekł spokojnie, stając dokładnie za nią i ujmując jej dłonie od tyłu. Ella wstrzymała oddech, bo jak dotąd, żadnego mężczyzny, oprócz Alrena oczywiście, tak blisko siebie nie dopuściła.


Gord poprawił kąt trzymania miecza, jej pozycję ciała i mówił jej wprost do ucha, pokazując w jaki sposób prowadzić miecz i wykorzystywać jego ciężar w walce. Mówił o metodach wykorzystywania, jak najmniejszej ilości siły, a nawet o odpowiednim oddychaniu.


Elli trudno było się skupić, czując na plecach jego twarde i gorące ciało oraz oddech na swej szyi. Jako, że miał zmysłowy głos, również na ten bodziec nie pozostała obojętna. Zastanawiała się, co się z nią dzieje... Jednak, ku jej wielkiemu zdumieniu, zauważyła, że zaczyna rozumieć, o co w tym chodzi. Miała wrażenie, że czuje ten miecz w sobie. Nie wiedziała, ile w tym jest jej zasługi, a ile magii, ale uznała, że to miłe uczucie.


-        Dobrze. Teraz jest znacznie lepiej – stwierdził, patrząc, w jaki sposób Ella trzyma broń i nią porusza. – To przejdziemy do manekinów.


-        Czego?


-        Na początku będziesz okładała manekiny, Księżniczko – zaśmiał się cicho, widząc jej zdziwioną minę. – A gdy nic już z nich nie zostanie, przejdziesz do walki ze strażnikami. Na koniec zmierzysz się ze mną.


-        Tylko mi nie mów, że będę musiała cię pokonać, żeby ukończyć szkolenie... – zadrżała, na myśl, że to absolutnie niemożliwe.


-        Nie – zachichotał wesoło. – Będziesz musiała pokonać dziesięciu strażników oraz ich kapitana, którzy będą cię atakowali jednocześnie. To jest twój sprawdzian końcowy z szermierki.


-        Chyba żartujesz... – przełknęła ślinę. – Jedenastu naraz? – zbladła.


-        Spokojnie. Zobaczysz, że po szkoleniu, to będzie dla ciebie pestka – puścił jej oczko, a ona poczuła się niepewnie. Nie wierzyła, że to jest możliwe.


Następnie poszli do sali manekinów i Ella szybko przekonała się, że są one twarde, jak stal i mimo iż waliła w nie wiele razu, tylko je zadrapała. Wtedy Gord pokazał jej, jakiego efektu się po niej spodziewa i machnął raz mieczem, tak mocno, że przeciął manekin na pół.


-        To dla mnie niewykonalne!


-        Cała sztuka polega na metodzie, a nie sile – rzekł spokojnie. – Właśnie nad popracujemy, aż do wieczora.


-        Świetnie... – odparła ironicznie, po czym zaczęła słuchać kolejnego wykładu Gorda.


***


Aloria – Dolina Shallos (okolice jeziora Shallos), wieczór


Alren miał wreszcie wolne. Po tym, jak zrobił porządek z obozem Norhenu, musiał jeszcze wykonać kilka innych zadań i dopiero teraz mógł odpocząć i... pomyśleć. Od przeczytania swego listu gończego, miał o czym. Zatrzymał się na drewnianym moście, który wzniesiono nad jeziorem i patrzył na ścianę wody, którą miał przed sobą. Zawsze lubił wodospady. Ich szum go uspokajał.


-        Jak to możliwe, że ON jest Królem Norhenu? – nie wiedział, który to już raz dziś, zadał sobie to pytanie.


Przecież Teados vhe Adhenos był tylko hrabią i to tym, o niższym statusie, a w Norhenie władzę w kraju, od pokoleń, mogli sprawować tylko ludzie o błękitnej krwi. Królewskiej. Zatem, jakim cudem? Co się stało z Królem Algorem oraz Królową Renalią, którzy władali Norhenem, gdy opuścił ten kraj, jeszcze jako dziecko? Co tam się w ogóle stało, że dopuszczono podrzędnego hrabię do tronu? W dodatku akurat jego... Tego... Potrząsnął głową z niedowierzaniem.


Alren zacisnął pięści ze złości. Łzy samoistnie napłynęły do jego oczu, na wspomnienie tamtej feralnej nocy... Jak ktoś taki mógł zostać królem? Walnął w poręcz mostu, by rozładować swoją wściekłość.


Jeszcze bardziej go wkurzało to, że uświadomił sobie, że tak starannie unikał tematu Norhenu, że przez tyle lat nie dowiedział się, o tym kraju, zupełnie niczego. Nie zainteresował się nawet, kto jest tam teraz władcą. Nie pomyślał ani razu o ludziach, którzy pomogli mu wtedy uciec. Co się z nimi stało? Czy jeszcze żyją? Wyparł ich z pamięci tak, jak tamtą noc... Ale to nie było, wobec nich, sprawiedliwe. Co z tego, że tak właśnie mu poradzono? Nie powinien o nich zapominać. A teraz było już za późno...


Dziś odkrył, jak wiele musiało się tam zmienić. Dziś zrozumiał w pełni, dlaczego tak uparcie chcą go zabić. To stało się oczywiste, odkąd dowiedział się, kto jest królem Norhenu. Zaśmiał się ponownie z własnej ignorancji. Jak mógł o tym nie wiedzieć, aż do tej pory?


W tej chwili wyczuł czyjąś obecność, więc otarł łzy i odpędził te trudne myśli. Spojrzał nieufnie w tamtą stronę i zamarł na widok kobiety, która stała jakiś metr od niego i wpatrywała się w niego z uśmiechem.


Już widział te proste i bujne, czarne włosy, ścięte na pazia, brązowe oczy i śniadą cerę. Pamiętał doskonale tę seksowną figurę i zacięty wyraz twarzy. Nie miał wątpliwości, kogo ma przed sobą.


-        Sao... – wyszeptał, wciąż pod wrażeniem spotkania.


-        Kopę lat, Ren – uśmiechnęła się, a on podszedł i z radością ją uściskał.


***


Kilka minut wcześniej, nieopodal mostu...


Ella była wykończona. Dopiero co skończyła dzisiejszą lekcje szermierki z Gordem i miała już serdecznie dosyć. Marzyła w tej chwili tylko o gorącej kąpieli i długim śnie. Gord szedł za nią i śmiał się z niej po cichu.


-        Przestań już – bąknęła Ella, słysząc to doskonale. – Nie jestem taka twarda, jak ty...


-        Wiedz, że dziś miałaś łagodną wersję szkolenia, z racji, że to twój pierwszy dzień... – rzekł wesoło. – Następnym razem nie będzie zmiłuj.


-        Nie chcę tego słuchać – pokręciła bezradnie głową, wiedząc, że to nieuniknione, a on znów się zaśmiał.


-        I jeszcze coś, Księżniczko. Jutro, przed zajęciami z łucznictwa, nauczę cię pływać...


-        Coo? – spojrzała na niego oburzona. – Po co?


-        Ponieważ dziś się wydało, w czasie rozgrzewki, że tego nie potrafisz, a jest to umiejętność niezbędna w tym świecie. Wierz mi.


-        Ale... – chciała protestować, zarumieniona ze wstydu.


-        Żadnego ale. O świcie udzielę ci lekcji. Jeśli nie opanujesz tego do rozpoczęcia zajęć z łucznictwa, będziesz ćwiczyć każdego następnego ranka.


-        Niee!! – krzyknęła, na samą myśl o codziennym wstawaniu skoro świt. – Nauczę się jutro. Mam nadzieję... – westchnęła zrezygnowana, a on znów się do siebie uśmiechnął. Była taka urocza.


Gdy dotarli do początku mostu, Ella zauważyła w oddali dwie sylwetki i zamarła w bezruchu, widząc ten obrazek.


Alren był z jakąś kobietą. Ściskali się i wyglądali na szczęśliwych. Rozmawiali żywiołowo, a  potem on objął ją ramieniem i oboje skierowali się w stronę pałacu.


Ella wypuściła miecz z ręki, czując w ciele dziwną niemoc. Usta jej zadrżały, a oczy momentalnie zwilgotniały. To niemożliwe – powtarzała sobie nieustannie. Tłumaczyła sobie, że to na pewno jakaś dawna jego znajoma, ale to i tak bolało. Uśmiechał się do niej tak ciepło i przytulał, kiedy ją samą traktował teraz tak chłodno. Bolało... W tej jednej chwili zupełnie zapomniała o Gordzie i ze łzami w oczach, poszła wzdłuż jeziora, dłuższą drogą do pałacu.


Gord, który domyślał się, jak ona się teraz czuje, zaniechał gonienia jej. Uznał, że dziewczyna musi się wyciszyć i pobyć w samotności. Postanowił jednak patrolować to miejsce, w razie jakiś nieprzewidzianych kłopotów. Jednocześnie był wściekły na Alrena.


Jak on mógł jej to robić? Gord wiedział, że Ella go kocha i na samym początku sądził, że on ją też, ale z każdą chwilą wierzył w to coraz mniej. Nie mógł znieść widoku cierpienia złotowłosej. Była taka krucha i delikatna. Tak szczerze go kochała, a on co? Ponownie nabrał ochoty, by utrzeć mu nosa, a jeszcze bardziej chciał pocieszyć swoją Panią. Choć jednocześnie wiedział, że trudno będzie się zbliżyć do kogoś, kto tak bardzo kocha innego...


 

Aruell
Nastrój: wesoło mi ;)
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 120

środa, 9.listopada.2011, 00:08

 


Rozdział 120


 


1 dzień ruanu 8976 roku, Aloria – Dolina Shallos (Przełęcz Sollver), świt


Alren, pełen niepokoju, zakradł się w pobliże obozu, który z łatwością zlokalizował, dzięki znakomitym zdolnościom wywiadowczym. Podszedł najciszej, jak potrafił, maskując się czarem niewidzialności i przyglądał się ludziom, którzy smacznie spali w obozie. Nie byli na tyle głupi, by nie zostawić straży, więc stanowiska pilnowała dwójka osób. Jednak nie to martwiło Alrena...


Najbardziej niepokoił go fakt, że w istocie byli to Norheni i to nie wędrowcy czy kupcy, a bez wątpienia wojownicy. Tego się właśnie obawiał. Nagle coś się poruszyło. Nim Alren się obejrzał, był już otoczony przez dziesięciu uzbrojonych ludzi, a dwójka pozostałych pozostała w obozie.


-        Kto tu jest? – krzyczeli, nadal nie widząc Alrena, ale wyczuwając jego obecność, czym nieźle go zaskoczyli. – Pokaż się!


Przez chwilę zastanawiał się, jak to możliwe, że w takim tempie wstali i go otoczyli, aż go olśniło. Śpiący Norheni to była iluzja, która miała zmylić każdego nieproszonego gościa, a prawdziwi wojownicy, byli gdzie indziej. Sprytnie – musiał przyznać.


Uśmiechnął się do siebie. Nie na darmo Norheni byli nazywani mistrzami sztuki wojennej. Wiedzieli o tym absolutnie wszystko, a ponadto byli potężnymi i świetnie wyszkolonymi wojownikami. To swemu, norheńskiem pochodzeniu zawdzięczał część swej siły. Nie czekał już ani chwili dłużej i błyskawicznie przeniósł się na otwarty teren, gdzie pokazał się im na oczy.


-        Mogliśmy się domyślić... – syknął jeden z nich, a pozostali zaczęli go otaczać, tworząc krąg. – Alren we własnej osobie.


-        Świetnie, już się martwiliśmy, że będziemy musieli przeszukać całą dolinę... – zakpiła wojowniczka, należąca do ich grupy. – Jak to miło, że sam do nas przyszedłeś.


-        Jeszcze wam nie zbrzydło? – Alren stał niewzruszony, z poważną miną. – Ilu z was jeszcze muszę zabić, byście zrozumieli, że nie możecie mnie pokonać? – rzekł obniżając głos, co wywołało drżenie niektórych z nich.


-        Już to pewnie słyszałeś, ale powtórzę ci – powiedział kolejny. – Będziemy próbować tak długo, aż zginiesz i zapłacisz za tamtą, obrzydliwą zbrodnię!


-        Widzę, że rozmowa z wami jest bezsensowna – westchnął, gdyż naprawdę nie chciał zabijać swoich rodaków.


Za każdym razem czuł się z tym źle, zwłaszcza, że wiedział, iż to są tylko bezmyślne pionki, które wypełniają czyjś rozkaz.


-        Nie mądruj się, tylko wyciągaj miecz! – krzyknął dowódca ekipy. – Dziś spotkasz się ze śmiercią!


-        Chciałbyś... – nie wyjął miecza, tylko skrzyżował ręce na piersi, irytując tym swoich wrogów.


-        Kpisz sobie? – prychnęła wojowniczka. – Dlaczego nie wyjmujesz miecza?


-        Nie jest mi potrzebny... – uśmiechnął się złośliwie.


Ekipa Norhenów natychmiast się podzieliła. Z lewej strony ustawili się łucznicy, którzy wycelowali w niego z odległości, z prawej czekali już magowie, dwóch uzdrowicieli i trzech specjalistów od obrony magicznej. Pozostali, czyli szermierze, zaatakowali Alrena z każdej strony. Sądzili, że taki zorganizowany atak zdezorientuje Alrena na tyle, by popełnił jakiś błąd, co umożliwiłoby pokonanie go. Niestety już po chwili, gdy kurz opadł, zauważyli, że jednoczesny i różnorodny atak nie przyniósł żadnego skutku. Alren nadal stał z założonymi rękami i nie był nawet ubrudzony. Otaczała go bowiem potężna, magnetyczna bariera, która pochłonęła wszystkie ciosy oraz strzały. Norheni trwali w bezruchu i niemym szoku.


-        To niemożliwe... – rzekł jeden z magów. – Co to za magia?


-        Taka, o której nawet ci się nie śniło – odparł groźnie, po czym rozłożył ręce i otworzył dłonie, wokół których zaczęło iskrzyć. – Teraz moja kolej... – tylko to powiedział, a Norheni zaczęli go panicznie atakować, by nie pozwolić mu na jakiekolwiek działanie, ale jego bariera pozostała nieugięta.


-        Cholera, choć jeden z nas musi uciec i powiadomić króla o tym, jak potężny jest Alren! – krzyknął dowódca i wtedy zaczęli robić zamęt, by Alren przeoczył choć jednego z nich.


-        Nie jestem głupcem! – rzekł ostro Alren, widząc, co planują. – Nikt z was nie opuści tej doliny żywy... – rzekł, po czym wyszeptał jakieś zaklęcie i z jego dłoni wyłoniły się dwa pioruny, które uderzyły w niebo.


Zerwał się silny wiatr i nie wiadomo skąd pojawiły się ciemne chmury, z których zaczęły wystrzeliwać potężne pioruny, zabijające po kolei wszystkich wojowników, którzy próbowali ratować się ucieczką. Ren zaś stał z zamkniętymi oczami i magią umysłu, sprawdzał, czy nikt z nich nie uciekł. Gdy czar się skończył, wyczuł, że jeden z nich jeszcze żyje i szybko ucieka w stronę przełęczy. Błyskawicznie go dogonił i zagrodził mu drogę.


-        Mówiłem chyba wyraźnie... – syknął. – Nikt – wyszeptał i zabił ostatniego Norhena piorunem, bezpośrednio ze swej ręki.


Po wszystkim pochował wszystkie ciała i usunął obóz. Został tylko ich ekwipunek. Już chciał go spalić, kiedy w oczy rzucił mu się jakiś zwój. Z ciekawości sprawdził, co to takiego i podniósł zwinięty papirus, zapieczętowany królewską pieczęcią. Otworzył go i przeczytał swój własny list gończy, który go specjalnie nie wzruszył, jednak kiedy jego wzrok padł na podpis króla, zamarł. Ręce mu drgnęły.


-        To niemożliwe... To chyba jakiś żart... – mówił do siebie, nie odrywając oczu od podpisu. – Jakim cudem Teados vhe Adhenos jest Królem Norhenu?!


***


Egharia: Aloria – Shall (Pałac Królewski), poranek


Ella ubrała się już w strój, który specjalnie przygotowano na jej szkolenie. W skład tego ubioru wchodziła bardzo krótka, zamszowa i jasnobrązowa spódnica oraz dopasowana, czarna bluzka bez rękawów, wiązana za szyją. Na nadgarstki założyła ochronne, zamszowe bransolety. Obuwie stanowiły wysokie, tak samo skórzane, buty, sięgające do połowy łydek.


Ella była zdziwiona, gdy miała na sobie już kompletny strój. Nie wyglądał na wygodny ani przewiewny, ale taki właśnie był. Żadna cześć stroju nie krępowała, o dziwo, ruchów i wcale nie było jej w tym gorąco. Domyśliła się, że to znów magia. Na koniec jeszcze tylko związała swoje długie włosy w kitkę grubym rzemykiem i założyła szafirowy wisiorek na szyję, który był nieduży, lekki i miał dla niej wartość emocjonalną, a następnie skierowała się do komnaty Syriany, chcąc porozmawiać z nią, o swoim śnie.


Idąc korytarzem, co chwila mijała kłaniających się służących i straż. Jeszcze do tego nie przywykła, ale póki co, podobało jej się to. Gdy tylko wkroczyła do sali Syriany, ujrzała tam kogoś, kogo mogłaby nazwać elfem, znając ziemskie opowieści fantasy.


Przed Ella ukłoniła się zgrabna i śliczna kobieta, o niezwykle jasnej karnacji, nieco szpiczastych uszach i pięknych, zielonych oczach. Jej średniej długości włosy miały brązowy kolor i były zaplecione w misterny warkocz. Miała na sobie zieloną, krótką sukienkę i brązowy pas, a także buty przypominające skórzane baletki oraz szmaragdowy wisiorek na szyi. Ella musiała przyznać, że ma przed sobą niezwykła istotę.


Syriana poczekała, aż złotowłosa przyjrzy się elfce, a potem stanęła obok niej i przedstawiła Mirelli gościa.


-        Wasza Wysokość, to jest Soana van Eliusmeras. Elficka mistrzyni łuku i walki wręcz – powiedziała dostojnie. – Będzie twoją nauczycielką.


-        Przyjmij najszczersze pozdrowienia, o Pani... – Soana ukłoniła się wdzięcznie przed Ellą. – Mam nadzieję, że spełnię twoje wymagania, jako instruktorka łucznictwa i sztuk walki.


-        Ja również – odparła złotowłosa, nie wiedząc, co jeszcze może dodać.


Ella pokazała jej, by powstała z klęczek i uśmiechnęła się do niej. Na twarzy Soany zaś malował się wyłącznie spokój i opanowanie. Złotowłosa uznała, że rozmowa, o jej śnie z Syrianą. musi poczekać, zwłaszcza, że w tym momencie, do komnaty zapukał Gord, który jej szukał.


-        Wejdź, Gordzie – pozwoliła mi Syriana. – Teraz możesz już zabrać naszą Księżniczkę na pierwszą lekcje szermierki – dodała, uśmiechając się do Elli nieco ironicznie, widząc przerażenie w jej oczach.


-        Tak jest – ukłonił się jej.


-        Idź, Wasza Wysokość i ucz się pilnie – zwróciła się do Elli. – Z Soaną zapoznasz się lepiej już jutro.


-        Dobrze – odparła bez entuzjazmu.


-        A i jeszcze coś... – zatrzymała ją. – Nie szukaj Alrena... Dziś jest zajęty i nie ma go tutaj.


-        Nie miałam zamiaru go szukać – powiedziała Ella nieco ostrzej, zła, że Arcykapłanka znów o nim wspomniała.


Syriana puściła mimo uszu ostatnią, wątpliwą odpowiedź Księżniczki i zaprosiła Soanę na herbatę, by z nią spokojnie porozmawiać o szkoleniu Elli. Natomiast złotowłosa poszła z Gordem na zewnątrz.


Pogoda była niepewna. Na niebie zbierały się chmury, wiec Słońce pojawiało się tylko do czasu do czasu. Jednak Ella nie miała czasu, by zastanawiać się nad tym dłużej, bo Gord wskazał jej Wieżę Szermierzy i oznajmił, że pójdą tam pieszo. Ellę zatkało.


-        Pieszo? – wybałuszyła oczy na wierzch. – Ale przecież to jest kilka kilometrów stąd i to w dodatku na szczycie wysokiej góry!


-        Przecież wiem, Wasza Wysokość.


-        Ella. Mów mi po imieniu – westchnęła. – Jeśli mamy razem pracować, nie wyobrażam sobie, byś  bawił się wciąż w konwenanse królewskie.


-        Jak sobie życzysz... Ello – mimowolnie się zarumienił, ale na szczęście Ella tego nie zauważyła, zbyt pochłonięta wizją wspinaczki na tę górę. – Ta przechadzka się przyda, żeby wzmocnić twoją kondycję i siłę. Przy okazji nauczysz się lepiej operować ciałem, w czasie wspinania.


-        A więc to część treningu? – dopiero teraz do niej dotarło, co ją czeka przez najbliższe dwa tygodnie, a przynajmniej tak jej się wtedy zdawało.


-        Ruszajmy! – Gord, w przeciwieństwie do niej, był pełen zapału.


Ruszyli. Przemierzyli gęsty, tropikalny las i wspinali się na stromą górę. Dokładnie pięć godzin później dotarli na miejsce. Kiedy wspięli się na szczyt, gdzie stała legendarna Wieża Szermierzy, Ella padła na ziemię i ciężko dyszała, patrząc w niebo, kiedy Gord był tylko lekko zmęczony.


Dziewczyna była cała mokra od potu, brudna od ziemi, pokaleczona przez gałęzie drzew i ostre skały oraz totalnie wyczerpana. Całe ciało odmawiało jej posłuszeństwa. Nie wyobrażała sobie dalszego treningu, a przecież jeszcze dobrze się nie zaczął.


-        Odpoczniemy godzinę i zjemy obiad. Potem zaczniemy naukę szermierki – powiedział zwyczajnie Gord, udając, że nie widzi jej zmęczenia.


-        Żartujesz... – jęknęła.


-        Zapewniam, że gdy skorzystasz z tutejszego źródła i zjesz dobry posiłek, odzyskasz siły – odparł spokojnie.


-        Jak ja to przeżyję... – powiedziała raczej do siebie.


-        Musisz, inaczej będziemy mieli problem – stwierdził. – Wiem, że to niemożliwe nadrobić, w zaledwie dwa tygodnie, wiele lat nauki i doświadczenia oraz jak wielki to wysiłek dla ciebie, ale musisz chociaż spróbować – uśmiechnął się do niej ciepło, co o dziwo ją uspokoiło.


-        Cóż... Mam nadzieję, że dam radę...



Aruell
Nastrój: wesoły ;D
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 119

wtorek, 8.listopada.2011, 00:01

 


Rozdział 119




33 dzień muedrilu 8976 roku, Aloria – Shall (Pałac Królewski), wieczór


Ella wkroczyła do ogromnej łazienki królewskiej w swoim tymczasowym pałacu wraz z dwoma służącymi, które miały za zadanie pomóc jej się umyć. Nie była do tego przyzwyczajona, ale nie protestowała. Dziewczęta delikatnie zdjęły z niej suknię i bieliznę, i trzymając za dłonie, pomogły jej wejść do wielkiej wanny, która bardziej przypominała płytki basen w kształcie kwadratu. Ella poczuła się cudownie, zanurzając w gorącej wodzie, z dodatkiem płatków kwiatów i olejków pachnących.  Na chwilę zapomniała o całym swoim smutku i musiała przyznać, że takie królewskie życie ma swoje zalety.


Jednak po chwili znów wróciła do rozmyślania o minionym dniu. Po tym, jak zwiedziła całą, piękną okolicę z Gordem i wysłuchała nudnych informacji o szkoleniu, które zaczynała od jutrzejszego poranka, spotkała się z Alrenem, który do tej pory sprawdzał, czy jest tu bezpiecznie.


Spytała go o bal i taniec, ale jak zwykle miał dobre wyjaśnienie. Musiał być blisko niej, by ją chronić, bo takie otrzymał zadanie. Dlatego z nią tańczył. Kiedy zaś spytała o to, czego nie pamiętała, opowiedział jej historię, jak upiła się, mieszając różne rodzaje alkoholu. Ponoć osobiście, bardzo dyskretnie zaniósł ją do sypialni. Trudno było powiedzieć, że to nie brzmi logicznie, sensownie i że tak właśnie nie było, ale mimo to, Ella wciąż miała wrażenie, że Alren nie powiedział jej całej prawdy.


Westchnęła i zanurzyła się bardziej, aż po szyję, mocząc też swoje włosy i bawiąc się kwiatami, pływającymi po powierzchni wody, chcąc przez chwilę nie myśleć o niczym. Nie wiedziała, że ktoś ją obserwuje i bynajmniej nie były to służące...


Koło jednej z kolumn, w tym dużym pomieszczeniu, stał niewidzialny dla kobiet, Alren i bezwstydnie patrzył na Ellę. Na jego twarzy malował się smutek i tęsknota, nie mówiąc o tym, co podsuwała mu wyobraźnia, kiedy widział jej cudowne ciało w tej wannie. Miał ochotę zerwać się i kochać z nią do rana, ale wiedział, że nie może popełnić tego samego błędu, co ostatnio, a poza tym Elli towarzyszyły służki, które aktualnie dbały, by woda miała wciąż tę samą temperaturę.


Zacisnął pięści, gdy Ella wstała i zobaczył jej obnażone plecy oraz pośladki, po których spływała woda. Zanurzona po kolana pozwoliła, by służące umyły jej ciało. Alren zaś obserwował ich ręce i wyobrażał sobie, że to on ją tak dotyka. Serce mu przyspieszyło i poczuł, że robi mu się gorąco. Wiedział, że musi się stąd wynieść, bo jak nie, to popełni jeszcze jakieś głupstwo i wówczas ulotnił się.


W tej chwili Ella poczuła coś dziwnego. Od jakiegoś czasu miała wrażenie, jakby ktoś tu był i obserwował ją, a teraz znów nic. Pustka. Zastanawiała się, czy to brak Alrena sprawiał, że czuła się ostatnio tak dziwnie. Najpierw miała te omamy, jakby Ren ją dotykał, kiedy się ostatnio myła, a teraz wyraźnie czuła na sobie czyjś wzrok. Czy to możliwe, że to nie są tylko wytwory jej wyobraźni? – głowiła się. Ostatecznie jednak zignorowała to i wyszła z wanny. Służące wybalsamowały i napachniły jej ciało, a następnie ubrały w piękną, czarną halkę, z czerwonym haftem. Na koniec Ella założyła jedwabny szlafrok i skierowała się do swej sypialni.


***


Kiedy tylko Alren znalazł się w pobliżu własnej komnaty, wyczuł obecność pewnej osoby i już wiedział, że nie dane mu będzie spokojnie odpocząć.


-        Pani, czy masz do mnie jeszcze jakąś sprawę? – spytał, nawet nie odwracając się od drzwi, które miał przed nosem.


-        Tak, jak się spodziewałam, masz niesamowicie wyczulone zmysły. Nawet moja magia maskująca nie podziałała, choć jestem w tym mistrzynią – rzekła Syriana, która dopiero teraz zmaterializowała się tuż za Renem.


-        Sprawdzasz mnie? – spytał sucho.


-        Nie. Przyszłam powierzyć ci pewną misję poboczną – powiedziała, a on spojrzał na nią bez cienia emocji, ale mimo to wpuścił ją do swej komnaty, jako pierwszą, po czym zamknął za sobą drzwi.


-        Słucham.


Syriana widziała w jego oczach, że oczekuje konkretów i nie zamierzała niczego przedłużać. Usiadła na zdobionym fotelu i spojrzała na niego poważnie.


-        Pół godziny temu wyczułam drgania w niewidzialnej barierze ochronnej, którą otoczyłam całą dolinę. W okolicy przełęczy Sollver ktoś przekroczył barierę i rozbił tam obóz. Nie jest to jedna czy dwie osoby, a co najmniej piętnaście, dlatego mnie to zaniepokoiło.


-        Ktoś, kto był w stanie przekroczyć twą barierę, nie może być wrogiem, prawda? – stwierdził po namyśle.


-        Teoretycznie tak, ale nie możemy sobie pozwolić na żadną wątpliwość, kiedy przebywa tu Mirella. To mogą być równie dobrze zwykli myśliwi, jak i sprytni najemnicy. Tutaj tego nie widać, ale w całej Egharii ruszyły już poszukiwania Księżniczki Miryonu. Oprócz Cehronów, szukają jej najemnicy i bandyci, którzy widzą w niej żyłę złota – zrobiła pauzę. – To dlatego tak ważne jest, by Mirella opanowała chociaż podstawy walki i magii...


-        Rozumiem... Czyli mam zbadać ten obóz?


-        Tak, najlepiej przed świtem, kiedy tamci będą mniej czujni. Jeżeli okaże się, że to niegroźni ludzie, powiesz im, żeby opuścili dolinę, gdyż z rozkazu Syriany i Królowej Alorii, ten teren jest zamknięty przez najbliższy miesiąc – mówiła rzeczowo. – A jeśli będą to typy o niecnych zamiarach, to masz ich zabić.


-        W porządku – skinął głową, jakby nie było nic prostszego.


-        I jeszcze coś... – ściszyła głos.


-        Nie wahaj się ich zabić, nawet, jeśli będą to Norheni... – powiedziała poważnie, a Rena zatkało. Nie pomyślał o nich, a przecież to było bardzo możliwe.


-        Ależ Pani. Norheni są sojusznikami Alorii... – zawahał się. – Jeśli ich tutaj zabiję, będzie to złamanie paktu między krajami...


-        Trudno – odpowiedziała krótko. – Jesteś nam potrzebny, a oni polują właśnie na ciebie. W związku z tym wybieram mniejsze zło. Po wszystkim jakoś dogadamy się z Królem Norhenu, ale teraz liczy się tylko nasza misja.


-        Dobrze, zatem niech i tak będzie. – odparł po namyśle, ale nastrój mu się pogorszył jeszcze bardziej.


-        W takim razie, to wszystko – rzekła spokojnie Syriana, kierując się do drzwi. – Dobranoc, Alrenie – dodała jeszcze i wyszła, a on zakpił w duchu.


Jak ta noc mogła być dobra? Nie dość, że nie było przy nim Elli, to jeszcze znów wrócił myślami do Norhenu... Mimo wszystko, miał wielką nadzieję, że to nie jego rodacy rozbili sobie tu obóz.


***


1 dzień ruanu[1] 8976 roku, Egharia: Aloria – Shall (Pałac Królewski), noc i świt


Ella obudziła się na trawie, w jakimś ogrodzie. Z pewnością była to noc. Dopiero po chwili rozpoznała piękny gaj, który śnił jej się na samym początku. Gdy spojrzała w dal, ujrzała znajome, błękitne wieże pałacu królewskiego. Tak. To tutaj wyładowała za pierwszym razem. Wciąż unosił się tu cudowny, kwiatowy zapach, a ciemność rozświetlały lewitujące, błękitne kule. Zachwyciła się tym po raz kolejny, więc nie zauważyła nawet, że na brzegu fontanny, w centrum gaju, siedział Sirius.


-        Znów tu jesteś... – usłyszała i dopiero wtedy spostrzegła wysokiego mężczyznę, patrzącego na nią z ironicznym uśmiechem.


Zamarła z wrażenia, gdyż Sirius miał na sobie tylko czarne spodnie i wysokie buty. Mimo wszystko zarumieniła się, widząc jego umięśniony i obnażony tors. Po chwili zaś potrząsnęła głową, że przecież podoba jej się tylko Alren. Dopiero gdy oderwała wzrok od klatki piersiowej Siriusa, zauważyła, że ma on znacznie krótsze włosy. Ściął je na tyle, że miał teraz tylko krótką kitkę, a nie jak kiedyś – długą, aż do podłogi.


-        Co zrobiłeś z włosami? – spytała zszokowana.


-        Skróciłem je nieco...


-        Raczej znacznie – zauważyła kolosalną różnicę.


-        W moich stronach długie włosy świadczyły o wysokim statusie społecznym, ale teraz... nie jest mi to do niczego potrzebne. Nie dbam już o to, kim jestem... – odparł, patrząc przed siebie.


-        A kim jesteś? – odważyła się w końcu spytać.


-        Być może wkrótce się dowiesz... – posłał jej tajemniczy uśmiech.


Ella westchnęła. Znów jej niczego nie wyjaśnił. Wtedy w oczy rzucił jej się pewien krzak, rosnący nieopodal fontanny. Miał piękne, bordowo-czerwone kwiaty.


-        Jaki piękny! – zachwyciła się. – Nie widziałam go tu wcześniej – kątem oka zobaczyła jego lekki uśmiech.


-        Tak... Słyszałem, że Leofilhia to wspaniała roślina. Podobno potrafią ją zobaczyć tylko ludzie, którzy mają czyste serca, pełne miłości... – mówił spokojnie. – Pewnie dlatego też, ja widzę tylko suche łodygi, pozbawione liści...


-        Co? Ale przecież ona ma czerwone płatki i bujne liście! – patrzyła na niego z niedowierzaniem.


-        Najwyraźniej masz czyste serce, Wasza Wysokość... – uśmiechnął się ciepło. – Zupełnie, jak ONA... – jego wzrok zrobił się pusty, co Ella od razu zauważyła.


-        Ona? – zainteresowała się.


-        Nieważne... – westchnął, wstając i podchodząc do Elli.


-        Może jest coś, co dla odmiany możesz mi powiedzieć? – spytała z lekkim zniecierpliwieniem w głosie, a on zaśmiał się i szedł w jej stronę tak długo, aż ona cofając się, oparła się drzewo.


-        Czyżbyś zaczęła się interesować innymi mężczyznami, Księżniczko Miryonu? – spytał zmysłowo, a ona przełknęła ślinę, bo był bardzo blisko.


-        Co robisz...? – głos jej się załamał.


-        Czyżbyś miała jakiś problem ze swoim Księciem?


-        Nie kpij z niego! – zezłościła się.


-        Nieważne – postanowił, że nie będzie ciągnął tego tematu. – Lepiej powiedz mi, jak przebiegają twoje poszukiwania Hariosa – spojrzał na nią poważnie, wracając do fontanny, więc dziewczyna mogła znów swobodnie oddychać.


-        Nijak. Nie wiem nawet, od czego zacząć...


-        Znam kogoś, kto może ci pomóc – wypalił, zbijając ją z tropu.


-        Mówisz poważnie? – spytała, nie wiedząc, na ile mu wierzyć.


-        Oczywiście, nie musisz mi wierzyć, Księżniczko, ale na twoim miejscu sprawdziłbym każdą wskazówkę...


-        Kogo miałeś na myśli?


-        Calina... – powiedział krótko. – Takie jest jej imię.


-        A kto to jest? – zdziwiła się.


-        Kiedy ją znajdziesz, to się dowiesz... – rzekł jeszcze, po czym...


Ella nagle zbudziła się ze snu i odkryła, że zaczyna świtać. Długo jeszcze leżała, głowiąc się nad znaczeniem swego snu i słów Siriusa. Tym razem zauważyła bardzo wiele tajemniczych niedopowiedzeń.


Wspomniał coś o włosach i statusie, o jakiejś dziewczynie i co najważniejsze – powiedział jej o niejakiej Calinie, która rzekomo będzie w stanie pomóc jej w odnalezieniu Hariosa.


Wiedziała, że zignorowanie słów Siriusa byłoby głupotą i pomyślała, że powinna porozmawiać o tym z Syrianą, mimo iż jej nie lubiła. Miała przeczucie, że to będzie poważny krok naprzód w jej misji.







[1] Ruan – nazwa miesiąca odpowiadającego ziemskiemu czerwcowi





Aruell
Nastrój: jakiś...
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 118

czwartek, 3.listopada.2011, 00:02

 


Rozdział 118


 


33 dzień muedrilu 8976 roku, Aloria – Lorion (Pałac Królewski), przed świtem


Alren obudził się przed świtem. Za oknem było jeszcze szaro i buro, więc spojrzał na kolorowy obraz swej ukochanej, śpiącej obok niego. Patrzył na jej złote włosy, brzoskwiniową cerę i obnażony biust oraz ramiona, które wystawały spod kołdry, tak, jakby chciał sobie zakodować w pamięci każdy centymetr jej ciała. Westchnął, gdy wyobraził sobie swoją najbliższą rozmowę z Syrianą. Dobrze wiedział, co usłyszy i to go przerażało.


Choć z całej duszy pragnął poleżeć z nią dłużej, wiedział, że to nie jest dobry pomysł. Niechętnie wstał, na tyle ostrożnie, by jej nie zbudzić i równie delikatnie wziął ją na ręce. Odruchowo, we śnie, wtuliła się w jego pierś, a on przełknął ślinę. Nie mógł się powstrzymać i ucałował jej czoło. Potem teleportacyjnie przeniósł się do jej komnaty, wiedząc, że otwieraniem drzwi ją zbudzi. Ułożył ją ostrożnie w jej łóżku i przykrył nieco.


Patrzył, jak śpi z lekkim uśmiechem na twarzy i serce mu się ścisnęło. Tak bardzo chciałby wrócić do czasów, kiedy mógł być przy niej cały czas. Niestety ten słodki okres już minął... Wiedział, co musi teraz zrobić i nie mógł się do tego zabrać. Sam za żadne skarby nie chciałby utracić wspomnień o ich ostatnim zbliżeniu, a musiał zrobić to jej...


Istniał pewien czar, zwany „niepamięcią”. Od czarującego zależy, które wspomnienia zaczarowana osoba utraci i zamierzał to wykorzystać, by wymazać jej z pamięci wszystko, od Tańca Ciemności włącznie, aż do tego ranka. Ella będzie pamiętała tylko ich oficjalny i stosowny taniec w sali balowej.


Musiał to zrobić, gdyż popełnił wielki błąd, dopuszczając ją do siebie i ulegając jej urokowi. Gdyby jej tego nie wymazał z pamięci, jego chłodna postawa byłoby z tym sprzeczna. Jego zadaniem było sprawić, by Ella uwierzyła, że miedzy nimi wszystko skończone, a przecież ostatnia noc pokazała coś zupełnie innego. Wciąż sobie powtarzał, że musi, że to słuszne działanie... W końcu wziął głęboki wdech i uniósł rękę nad jej głową. Wyszeptał kilka słów i było po wszystkim. Samotna łza spłynęła po jego policzku, ale szybko ją otarł, stwierdzając, że jest słabszy, niż myślał...


Westchnął ciężko, wyczuwając w pobliżu aurę Gorda. Musiał się już ulotnić. Pochylił się jednak jeszcze i musnął ustami jej kuszące wargi, po czym rozpłynął się w powietrzu.


W tej chwili Ella obudziła się i stwierdziła, że jest w swej komnacie. Czuła na swoich ustach pocałunek, ale przecież była tu sama. Uznała, że pewnie znów ma omamy... Po chwili usiłowała sobie przypomnieć, jak się tu trafiła, ale ostatnie, co pamiętała, to taniec z Renem w kręgu, zainteresowanych nimi, gości. Choć bardzo chciała, nie mogła odszukać w swej pamięci niczego z tego, co wydarzyło się później.


-        Czyżbym się upiła, aż do nieprzytomności? – to było jedyne rozsądne wyjście, jakie przyszło jej do głowy. - Pewnie Alren odszedł, a ja byłam tak załamana, że przedawkowałam alkohol. Tak... To mogło się wydarzyć – rozmyślała.


Niemniej jednak postanowiła zapytać Alrena, przy najbliższej okazji, jak było w rzeczywistości i dlaczego tańczył z nią na balu.


***


Ranek...


Alren ubrał już swój strój Shiryena i szedł dumnie korytarzem pałacu królewskiego. Co chwila mijał zachwycone nim pokojówki i służące, które posyłały w jego stronę maślane spojrzenia. Uśmiechnął się sam do siebie, po czym mina gwałtownie mu zrzedła, gdy ujrzał Syrianę, która wyraźnie czekała na niego, przy drzwiach do swej komnaty. Wziął głęboki oddech i podszedł do niej.


-        Witaj, Pani – ukłonił się, jak nakazywała grzeczność.


-        Wejdź. Musimy porozmawiać... – nawet się nie przywitała, tylko od razu przeszła do rzeczy. Ren przełknął ślinę, po czym wszedł do jej komnaty i zamknął za sobą drzwi.


-        O co chodzi?


-        Niech ci się nie wydaje, drogi Alrenie, że nie wiem, co robiłeś minionej nocy. Przede mną nic się nie ukryje – spojrzała na niego groźnie. – Nie tak się umawialiśmy...


-        Wybacz, Pani. To była chwila słabości.


-        Tak... To jedyna twoja słabość, z tego, co mi wiadomo – stwierdziła, a on się skrzywił, bo było w tym dużo racji. – Jednak to nie może się powtórzyć, rozumiesz? Inaczej zrealizuję to, o czym ci mówiłam.


-        Nie! – wystraszył się. – To się nie powtórzy – dodał ciszej, wlepiając wzrok w podłogę.


-        Mirella ma uwierzyć, że między wami wszystko skończone, czy to jasne?


-        Jasne, ale przez dwa tygodnie i ani dnia więcej – odparł ostro, a ona się uśmiechnęła pod nosem, widząc jego wściekłość w oczach. – Jak już Ella zakończy szkolenie, ja skończę z tą farsą – dodał z naciskiem, jakby chciał jej tym zasugerować, że nie będzie nim wiecznie rządzić.


-        Oczywiście. Liczę, że tym razem się zrozumieliśmy – odparła niewzruszona, a on skłonił się i szybko opuścił jej komnatę. Cały się gotował ze złości, jak tylko widział Arcykapłankę, ale musiał to znosić.


Kiedy Syriana była już sama, wyjrzała przez okno i uśmiechała się do siebie. Widziała doskonale, jak w Alrenie budzi się jego niezwykła krew i zastanawiała się, co to będzie, kiedy odkryje on prawdę o sobie... Spodziewała się, że jej nie daruje, że mu o tym nie powiedziała... Jednak nie obchodziło ją to. Liczyła się tylko Egharia i jej bezpieczeństwo. Obiecała sobie, że nie dopuści do zagłady tego świata, bez względu na to, ile będzie musiała poświęcić, by osiągnąć ten cel. Nieważne, czy straci reputację, zdrowie czy nawet życie. Była poślubiona Egharii i nic nie mogło zmienić tego faktu.


***


Około południa...


Ostatecznie Elli nie udało się znaleźć Rena do chwili, kiedy wraz z Gordem i Syrianą nie spotkali się w sali prywatnej Królowej Serabell, aby się pożegnać przed wyjazdem do jej letniej rezydencji w Dolinie Shallos. Jednak tam nie miała szans z nim porozmawiać, z oczywistych powodów.


Królowa spojrzała na Księżniczkę i jej strażnika ze smutnym uśmiechem. Mirella była zmartwiona, a on udawał, że tego nie widzi. Serabell podeszła do władczyni Miryonu i uścisnęła jej dłonie.


-        Mam nadzieję, że mój pałac ci się spodoba, Mirello i będziesz się w nim dobrze czuła – powiedziała łagodnym głosem. – Trzymam też kciuki za twoje szkolenie i mam nadzieję, że spotkamy się ponownie, po jego zakończeniu.


-        Zapewne tak będzie, Serabell – uśmiechnęła się do niej ciepło i zauważyła, że Syriana pokazuje ręką, że już czas.


Ella i Arcykapłanka pożegnały się z Królową i poszły do innej komnaty, w której mieścił się magiczny krąg, za pomocą którego mieli przenieść się do Pałacu Shall. Gord i Alren również ukłonili się władczyni Alorii, a następnie podążyli za kobietami.


Gdy wszyscy stali w magicznym kręgu, Syriana wypowiedziała odpowiednie inkantacje i w kilka sekund wszyscy przenieśli się do Shall. Na miejscu, Syriana od razu zaczepiła Alrena.


-        Zrób dokładny obchód w całej dolinie, by sprawdzić, czy nigdzie nie czai się nic podejrzanego. To miejsce musi być czyste, jak łza – wydała polecenie, a on nie zwlekał, tylko od razu wypełnił rozkaz. – Natomiast ty oprowadzisz Mirellę po tym terenie i pokażesz jej wszystkie miejsca, które musi znać – zwróciła się do Gorda, który ukłonił jej się i spojrzał z uśmiechem na niezadowoloną Ellę.


Złotowłosa wiedziała, że Syriana specjalnie zrobiła odwrotnie, niż ona by sobie życzyła i to ją irytowało. Nie miała jednak nic do powiedzenia w tej kwestii, a przynajmniej tak jej się wtedy zdawało. Westchnęła więc tylko cicho, gdy Syriana gdzieś zniknęła, zostawiając ją samą w towarzystwie Gorda, który w przeciwieństwie do niej, był bardzo zadowolony.


-        Chodź, Pani... Oprowadzę cię – rzekł łagodnie. – Zapewniam, że to miejsce ci się spodoba.


-        Dobrze... – rzekła bez entuzjazmu, chwytając go pod ramię.


***


Egharia: Aloria – Dolina Shallos, popołudnie


Kilka minut po tym, jak Gord zaczął oprowadzać Elle po tym miejscu, dziewczyna miała wrażenie, że przeniosła się do krainy baśni.


Ogromny pałac, wbudowany z białego kamienia, na wzór starożytnych, zachwycał kolumnadami i rzeźbami, barwnymi malowidłami na ścianach i mozaikami na podłodze. Wyposażenie było niezwykle bogato zdobione, zazwyczaj złotem, rubinami oraz jedwabiem. Wszędzie stały ozdobne wazy, pełne czerwonych i żółtych kwiatów, a w centrum kompleksu można było natrafić nawet na ogród pod gołym niebem, pełen zielonych drzew i różnokolorowych kwiatów.


W południowej części pałacu, na parterze mieściła się wielka sala balowa, tronowa oraz komnaty gościnne, zaś na piętrach znajdowały się takie pomieszczenia, jak: królewska biblioteka, muzeum obrazów oraz pamiątek z podróży Królowej Serabell, olbrzymi salon prywatny oraz gabinet.


Północna część pałacu była całkowicie zamknięta dla gości i osób nieupoważnionych. Komnaty na piętrze i na parterze, były wyłącznie do użytku władcy oraz jego najbliższych. Na szczególną uwagę zasługiwał, mieszczący się na piętrze, olbrzymi taras, na którym stała budowla przypominająca altankę, obrośniętą pnącymi różami.


Rozciągał się stamtąd nieziemski widok na wielkie, błękitne jezioro, mieszczące się u podnóża wysokich gór. Ze skał trzech najwyższych szczytów wypływały trzy wielkie wodospady, spadające do jeziora, z którego z kolei wychodziła rzeka, łącząca je z morzem, które było niedaleko stąd, za górami. Ten widok zapierał Elli dech w piersi.


-        Pięknie, prawda? – zagadnął Gord, widząc jej zachwyt.


-        Bajecznie... – przyznała.


-        To właśnie jest Dolina Shallos. Jej nazwa wzięła się od jeziora Shallos, które widzisz. Stąd też Pałac Shall – wyjaśnił. – Natomiast te piękne szczyty, to Góry Alores. Od nich wzięła się nazwa tego kraju. Rzeka, która wypływa z tego jeziora to Mir, a las tropikalny, który porasta dolinę, nazywa się Aimir.


-        A te wodospady? Mają jakieś nazwy? – spytała bezwiednie.


-        Tak. Nazywają się tak samo, jak te trzy, najwyższe góry. Kolejno: Alod, Orod i Esod  – powiedział spokojnie. – Przyjrzyj się dokładniej tym szczytom... – dodał tajemniczo.


Dopiero po tych słowach, Ella dostrzegła w oddali zarys trzech wież, na trzech osobnych szczytach gór, które były połączone długimi mostami linowymi. Spojrzała na Gorda pytająco, a on się uśmiechnął.


-        Co to za budowle?


-        To słynne Trzy Wieże Alorii. Wieża Szermierzy, Wieża Łuczników oraz Wieża Magów. To starożytne siedziby najlepszych szkół w Alorii, które nauczały sztuk walki i magii. Obecnie nie są już używane, gdyż są zabytkami historycznymi. Jednak w wyjątkowych sytuacjach, nadal można z nich korzystać, bo dzięki magii pozostały nietknięte od tysiącleci – zaśmiał się. – Twoje szkolenie to jest właśnie taka wyjątkowa okazja...


-        Co przez to rozumiesz? – zdziwiła się.


-        To tam odbędą się twoje lekcje szermierki, łucznictwa i magii, Wasza Wysokość...



Aruell
Nastrój: ;)
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 117

środa, 2.listopada.2011, 00:03

 


Rozdział 117


 


32/33 dzień muedrilu 8976 roku, Aloria – Lorion (Pałac Królewski), noc


Kiedy muzyka do Tańca Ciemności ustała, Ella i Ren odsunęli się od siebie na bezpieczną odległość. Pokłonili się sobie i powinni się rozdzielić, ale dziewczyna sprytnie uniemożliwiła mu odejście.


-        Nie widziałam jeszcze ogrodowej części tego balu. Może mnie pan tam oprowadzi? – spytała władczym tonem, a Ren stłumił uśmiech.


Władcza Ella to było dla niego coś nowego i nieco go to bawiło. Ukłonił się jednak i użyczył jej swego ramienia. Zmiana miejsca pobytu to było dobre wyjście, gdyż w części ogrodowej było znacznie ciemniej. Poza tym kręciło się tu, w tej chwili, tylko kilka par.


Ella uśmiechnęła się na widok różnokolorowych kwiatów, które stały na poboczu, w pięknych, zdobionych wazonach oraz tych, które pływały po powierzchni wody, obok pachnących świec. To miejsce było bardzo nastrojowe i wręcz zachęcało do intymnych zbliżeń. Po chwili rozbrzmiała muzyka, przypominająca fokstrota, więc Alren poprosił Ellę do tańca.


Wkroczyli na parkiet, mieszczący się na wysepce, w środku jeziorka i rozpoczęli spokojny taniec. Poruszali się w sposób subtelny i elegancki. Obojgu sprawiało to wielką przyjemność. Gdy muzyka ucichła, Ella spojrzała na Rena niepewnie. Chciała poruszyć temat, który nurtował ją od jakiegoś czasu. Widziała teraz na własne oczy, że Alren nadal ją kocha, więc ciekawiło ją, co się wydarzyło i dlaczego teraz znów okazuje jej uczucia.


-        Chciałabym się przejść... Masz ochotę na spacer? – raczej wydała polecenie, niż spytała.


-        Chodźmy – odparł krótko.


Chwyciła go pod ramię i razem udali się w stronę pustej części ogrodu królewskiego. Podziwiali piękne, nocne niebo i delektowali się kwiatowym zapachem, który unosił się w powietrzu. To była bardzo ciepła noc, więc nie było im chłodno w strojach balowych.


Gdy zatrzymali się przed uroczą fontanną, Ella puściła Rena i przysiadła ostrożnie na jej brzegu. Mężczyzna nie mógł oderwać oczu od tej wspaniałej sukni i twarzy ukochanej, mimo że nosiła maskę. Zdawało mu się, że z każdym dniem, Ella pięknieje.


-        Ren... Dlaczego tak dziwnie się ostatnio zachowujesz? – spytała poważnie. – Co się stało? Powiedz mi...


-        Nie pytaj o to, Ello... Ponieważ i tak ci nie powiem.


-        Ale dlaczego?! Mieliśmy być ze sobą szczerzy! – wstała gwałtownie i zacisnęła pięści, po czym rozluźniła je, jakby uszła z niej energia. – Tak bardzo cię kocham... – łzy spłynęły jej po twarzy.


Ren drgnął, gdy ujrzał, jak jej słone krople wypływają spod maski i lśnią w blasku Księżyca. Dziewczyna uniosła rękę i jednym ruchem zdjęła maskę, pokazując swe wilgotne, błękitne oczy. Serce mu omal nie stanęło. Była taka krucha i pełna żalu.


-        Chcę zobaczyć twoją twarz... – poprosiła go, podchodząc bliżej niego, ale on nawet się nie poruszył.


-        Nie mogę , Ello... W ogóle nie powinienem być na tym balu... – odparł zduszonym głosem.


-        Nie obchodzi mnie to! Chce cię zobaczyć, rozumiesz? – uniosła ręce, by mu zdjąć maskę, ale złapał jej dłonie i odsunął.


-        Nie. Nikt, z gości na balu, nie może wiedzieć, że to ja – powiedział rzeczowo.


-        Więc udajmy się gdzieś, gdzie nikt cię nie zobaczy.


Alren wahał się chwilę, bił się z myślami, bo dobrze wiedział, jak to się skończy. Zdawał sobie sprawę, że nie powinno tak być, że to mu utrudni sprawę, ale nie potrafił odmówić tym smutnym oczętom... Westchnął więc i chwycił ją za rękę. Kilka sekund później, byli już w jego osobistej komnacie.


Ella nie miała pojęcia, jak on to zrobił, ale nie dociekała, tylko obserwowała go, jak z niewzruszoną miną podszedł do swego okna i zasłonił je kotarami. Ta cisza i powaga była tak nietypowa dla niego, że aż podniecająca. Stanęła za nim i objęła go mocno, wtulając się w jego szerokie plecy. Zacisnęła palce na jego koszuli i zadrżała, gdy dotknął jej dłoni swoimi. Odwrócił się powoli przodem do niej i pstryknął palcami, by zapalić, w sposób magiczny, kilka świec w swej komnacie. Od razu zrobiło się bardziej romantycznie i przytulnie.


Spojrzała na niego zarumieniona i ostrożnie zdjęła maskę z jego twarzy. Otworzyła szeroko oczy ze zdumienia, widząc jego wilgotne, zielone oczy. Ten widok ją sparaliżował, ale gdy otworzyła usta, by coś powiedzieć, przyłożył do nich swój palec.


-        Nic nie mów. Ani słowa, aż do rana... – rzekł zmysłowo, przyprawiając ją o dreszcze na całym ciele. To było takie ekscytujące.


Podszedł do szafki nocnej w milczeniu i zdjął swoje białe rękawiczki, a następnie smoking. Rozpiął nieco koszulę, rozwiązując wcześniej muchę. Sięgnął po kieliszek wina, który stał tuż obok i wypił niespiesznie kilka łyków. Ella przełknęła ślinę ze zniecierpliwienia, gdy odwrócił się do niej przodem i wyciągnął ku niej dłoń, z tak poważną miną, jakby robił coś bardzo trudnego. Podała mu rękę i śledziła go, wzrokiem, gdy okrążył jej ciało i stanął za nią.


Przesunął palcem wskazującym od jej karku, aż do brzegu gorsetu sukienki, co wywołało mrowienie ma jej plecach. Zaraz potem rozpiął suknię i pozwolił jej opaść na podłogę. Ella zrobiła kilka kroków do przodu, podniosła ubranie i położyła na krześle obok, by nie przeszkadzało. Ren oddychał coraz szybciej, widząc swą ukochaną tylko w czarnej, koronkowej bieliźnie i błękitnych szpilkach. Dziewczyna uśmiechnęła się, widząc jego pożądliwy wzrok i zrobiła dokładnie to samo, co on wcześniej. Okrążyła go, udając, że wycenia jego wartość, jako mężczyzny, po czym rozpięła mu koszulę i zsunęła z szerokich barków. Ren szybko pozbył się tej rzeczy, kładąc ją obok jej sukni. Ella rozchyliła usta, widząc jego umięśniony tors w całej okazałości. Jej cierpliwość powoli się kończyła, ale on wyglądał na wyjątkowo opanowanego, jakby delektował się każdą minutą, kiedy są razem. Uśmiechnęła się do niego zmysłowo i zaczęła rozpinać pas od jego spodni. Zadrżała, gdy chwycił jej dłonie i zaczął iść do przodu, tak długo, aż łóżko podcięło jej nogi i upadła na nie miękko.


Podparła się łokciami, przełykając nerwowo ślinę, widząc, jak nad nią stoi i pożera ją wzrokiem. Znów chciała coś powiedzieć. Cokolwiek, byle się pospieszył, ale on ponownie zasłonił jej usta. Dziewczyna miała wrażenie, że zaraz oszaleje... Objęła go więc wokół szyi i przyciągnęła do siebie. Wówczas on z namaszczeniem zaczął pieścić jej ciało ustami i językiem, a ona wiła się z rozkoszy. Co chwila zamykała oczy i zaciskała pieść na prześcieradle. Myślała sobie, że jeszcze chwila, a eksploduje z nadmiaru pożądania. Gdy sądziła, że już bardziej przyjemnie być nie może, ujrzała „te” oczy. Wstrzymała oddech, czując wszystko ze zdwojoną siła. Znów jej to robił...


Ella wzdychała i jęczała, gdy Alren natrafiał na wszystkie jej czułe punkty, których rozłożenie na jej ciele, znał na pamięć. Była półprzytomna, gdy w nią wszedł. Świat zakręcił się dookoła, gdy razem dążyli do spełnienia. Nie musieli długo czekać na finał, bo byli zbyt podnieceni. Zaraz potem złączyli się w namiętnym pocałunku, chcąc przedłużyć tę niezwykle intymną chwilę najbardziej, jak to możliwe.


Gdy potem leżeli obok siebie, oddychając miarowo, Ella uniosła się nieco i wpatrywała się w jego zielone, błyszczące oczy. Nadal był poważny, choć kąciki jego ust od czasu do czasu nieznacznie się unosiły. Nie wiedzieć czemu, to działało na jej zmysły. Nie mogła się oprzeć pokusie i musnęła ustami jego wargi, a potem zaczęła czule całować go po całej twarzy. Alren westchnął, bo to było bardzo przyjemne, nie mówiąc o tym, że jednocześnie jej piersi zmysłowo ocierały się o jego tors. Dotknął jej obnażonych pleców gorąca dłonią i przesunął ku górze, zatrzymując się u nasady włosów. Potem wplótł swe palce w jej złote kosmyki i mocniej przycisnął ją do swoich ust. Odpowiedziała mu tym samym, przeczesując jego czarną czuprynę i równie żarliwie całując. Wtedy poczuła jego męskość i zrozumiała, że znów jest gotowy. Wiedziała, że za chwilę będzie powtórka i ani myślała protestować. Wciąż była bowiem nienasycona jego dotykiem...


Odchyliła się do tyłu i usiadła mu na biodrach. Zamknęła oczy, czując go znów w sobie i pogładziła jego tors dłońmi, kiedy on chwycił ją za pośladki. Zerknęła na niego i ujrzała znajomy, figlarny uśmiech oraz spojrzenie. Zarumieniła się z miejsca, jakby słyszała jego psotna uwagę, że nigdy nie ma go dość.


Zaraz potem osiągnęli koleiny szczyt rozkoszy. Sytuacja powtarzała się kilkakrotnie, aż w końcu wyczerpani i spełnieni, zasnęli.


***


33 dzień muedrilu 8976 roku, Egharia: Aloria – Lorion (Pałac Królewski), noc


Bal dobiegł już końca. Królowa Serabell wyszła na taras, by zaczerpnąć świeżego powietrza i zauważyła tam Syrianę, która była niezwykle poważna i jakby czymś zmartwiona. Wydawało jej się, że wie, co trapiło Arcykapłankę.


-        Nie sądzisz, że trochę przesadziłaś? – spytała Królowa, a Syriana dygnęła przed nią.


-        Nie... Wydaje mi się, że mało skutecznie go nastraszyłam, skoro teraz spędzają razem noc.


-        Dlaczego posunęłaś się do czegoś takiego? Co ty mu powiedziałaś? – próbowała zrozumieć Serabell.


-        Powiedziałam, że musi się od niej odizolować, jeśli dziewczyna ma ukończyć pomyślnie szkolenie. Za bardzo ją rozprasza. Mirella zamiast o problemach świata myśli tylko o tym, co robi teraz Alren i gdzie jest. Tak nie może być, bo czeka nas zagłada – mówiła rzeczowo. – Uznałam, że nie będą w stanie się, tak po prostu, od siebie odsunąć, więc postanowiłam przekonać Alrena, by udawał, że jej nie kocha i zajął się tylko swoimi obowiązkami. To pomoże zmobilizować ją do nauki.


-        Niby w jaki sposób? Czy w tej sytuacji, ona nie myśli o nim więcej, niż gdyby byli razem?


-        Niestety tak to teraz wygląda, zwłaszcza, że Alren nie jest konsekwentny w swoich czynach. Jutro powiem mu, by bardziej się przyłożył – powiedziała ostro. – Co do twego pytania jeszcze... Zamierzam zasugerować Mirelli, w stosownej chwili szkolenia, że jeśli chce znów być z Alrenem i zrozumieć tę dziwną izolację, musi pokonać go w pojedynku.


-        Żartujesz chyba! To przecież...


-        Niemożliwe? Nieprawda, o ile oczywiście Mirella się przyłoży.  Na tym najbardziej mi zależy, aby Mirella usamodzielniła się i potrafiła funkcjonować bez Alrena. Muszą stać się równorzędnymi partnerami na polu walki – mówiła poważnie. – W chwili obecnej słabość Mirelli jest zarazem słabym punktem Alrena, zaś stała jego ochrona uzależnia Mirellę od niego i sprawia, że jest całkowicie bezbronna. Samotnie nie miała by szans na przeżycie w Egharii. Niestety, ale nasza ostatnia nadzieja nie może być taka słaba! – była tym szczerze przejęta.


-        Rozumiem twe motywy, ale i tak uważam, że to trochę za wiele... żeby ich od razu rozdzielać w taki sposób. Nie lepiej byłoby wysłać Alrena w delegację na okres szkolenia?


-        Nie. On nigdy by się na to nie zgodził, bo uważa, że nikt jej lepiej nie ochroni, niż on sam.


-        Ale to rozdzielenie jest strasznie okrutne...


-        Wiem. Na szczęście przebieg szkolenia zależy ode mnie, Pani, a nie od ciebie. Ty byś im urządziła sielankę, w czasie której, niczego by się nie nauczyli. Taka sytuacja jest kolejnym doświadczeniem i testem ich uczuć. Nie zaszkodzi im, jeśli rzeczywiście tak bardzo się kochają – uśmiechnęła się znacząco, patrząc na Królową błyszczącymi oczami – Przyznaję jednak, że jest mi ich trochę żal. Widzę, jak się miotają... Rozpieścili się wzajemnie.


-        Jeszcze coś mnie nurtuje... – powiedziała Serabell po namyśle. – Jak ty go przekonałaś do tego, by się od niej odizolował? On jest strasznie uparty i nie należy do tchórzliwych...


-        Cóż... – zaśmiała się Syriana. - To na razie pozostanie moją słodką tajemnicą...



Aruell
Nastrój: :)
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 116

wtorek, 1.listopada.2011, 00:01

 


Rozdział 116




32 dzień muedrilu 8976 roku, Egharia: Aloria – Lorion (Pałac Królewski), wieczór


Bal rozpoczął się już na dobre. Królowa Serabell przedstawiła Mirellę wszystkim gościom. Dziewczyna musiała uzbroić się w cierpliwość i zamienić słówko z każdą z tych osób. Szczególnie długo rozmawiała z Królową i Królem Havenu oraz Królową Veolii, a także z Kapłanką Elen i Arcykapłanką Theliną, których poznała już wcześniej. Dopiero potem mogła cieszyć się balem, choć tylko z założenia, bo wcale jej do śmiechu nie było.


Mimo iż te wszystkie ozdoby, kwiaty i suknie, wspaniała organizacja wprawiały ją w zachwyt, to brakowało najważniejszego. Nie to, żeby narzekała na brak chętnych kawalerów, którzy marzyli, by z nią zatańczyć... Doprawdy ustawiała się do niej cała kolejka eleganckich i zamaskowanych panów, ale ona pragnęła ujrzeć tylko jednego, którego nie spodziewała się tu znaleźć.


Zawiedziona zasiadła przy stole i popijała wino. Wówczas przysiadła się do niej Thelina, która od razu zauważyła pewne zmiany.


-        Gdzie jest Alren?


-        Otóż to jest dobre pytanie – westchnęła.


-        Jak to? Chyba się nie rozstaliście? – spytała z niedowierzaniem.


-        Oficjalnie tak. Osobiście mi o tym powiedział. Wyznał, że mnie nie kocha i bym o nim zapomniała... – głos się jej załamał. – Gdybyś widziała, jaki teraz jest zimny i nieprzyjemny... Naprawdę widać, że stara się być najgorszym z drani, ale ja i tak...


-        To bardzo dziwne... – zastanawiała się głośno Thelina. – Nie wierzę, że on przestał cię tak nagle kochać.


-        Ja tym bardziej, ale zupełnie nie wiem, jak z niego wyciągnąć, co się stało. – z trudem powstrzymała łzy. – Tęsknię za nim...


Thelina milczała przez chwilę, po czym uśmiechnęła się i chwyciła ją za rękę. Ella spojrzała na nią pytająco.


-        Nie myśl o tym teraz. Spójrz, jaki to wspaniały bal i ilu panów tylko czeka na jeden taniec z tobą. Korzystaj z tego. Szkoda zmarnować taki wieczór na zamartwianie się...


-        Ale...


-        Jak przestaniesz się zadręczać i pokażesz, że masz się dobrze, to jestem pewna, że Alrenowi zrobi się głupio. Zobaczysz, że sam wtedy do ciebie przyjdzie... – mrugnęła do niej okiem. – Znam trochę mężczyzn. Im bardziej ich odtrącasz, tym bardziej do ciebie lgną – powiedziała, a Ella się zaśmiała.


-        Obawiam się, że to się nie uda. W naszym przypadku, to ja do niego lgnę, gdy on mnie odtrąca – zażartowała.


-        To zmień to – uśmiechnęła się i podała rękę komuś, kto poprosił ją do tańca – Nie marnuj czasu. Idź się zabawić – powiedziała jeszcze, po czym poszła zatańczyć.


Ella jeszcze chwilę się wahała, ale po chwili wstała i zrobiła kilka kroków w stronę parkietu. Od razu pojawiło się trzech kawalerów, którzy szarmancko się jej ukłonili i poprosili o taniec. Zaproszenie jednego z nich przyjęła.


Na początku Ella była niepewna tego, czy dobrze robi, ale po jakimś czasie zasmakowała w tańcu i komplementach, wciąż wymieniając partnerów na parkiecie. Kiedy się uśmiechała, wydawała się jeszcze piękniejsza i mężczyźni lgnęli do niej, jak muchy do lepu.


Arcykapłanka Thelina, która obserwowała to ukradkiem, uśmiechnęła się do siebie, podobnie jak Królowa Serabell. Wiedziała ona, że o to między innymi chodziło Syrianie z tym planem, aby Ella stała się niezależna od Alrena. Po chwili poszukała wzrokiem mężczyzny, który gościł w sercu Księżniczki i znalazła go.


Siedział przy stole, ignorując zaloty kobiet, które wręcz go oblegały i niezmiennie patrzył na tańczącą Ellę, z niezbyt zadowoloną miną. Już chciała do niego podejść i zagadać, kiedy on nagle wstał i zwrócił się do pierwszej z kobiet, która obdarzała go maślanym spojrzeniem. Wyciągnął rękę w tak dostojny sposób, jakby był królem... a nie wojownikiem.


Tak. To zawsze rzucało się Serabell w oczy, gdy go poznała lata temu. Miał w sobie prawdziwie królewską elegancję, grację i maniery, jeśli tylko oczywiście chciał to pokazać. To go mocno odróżniało od innych wojowników.


Kobieta, którą poprosił do tańca, oczywiście ochoczo się zgodziła i wpadła w niemy zachwyt, odkrywając, jakim on jest wytrawnym tancerzem. Ich taniec był na tyle widowiskowy, że utworzył się wokół nich krąg ciekawskich, którzy posyłali im zazdrosne spojrzenia. Ella, która właśnie przestała tańczyć, zauważyła krąg zainteresowania na parkiecie. Podeszła z ciekawości i zamarła, widząc tańczącą parę.


Od razu rozpoznała tę sylwetkę i charakterystyczne ruchy ciała. Nie musiała widzieć jego twarzy, by wiedzieć, że to był Alren. Oniemiała z wrażenia, bo wyglądał po prostu... bosko. Jednak zazdrość ją zżerała, że nie dość, iż nie powiedział jej, że weźmie udział w balu, to jeszcze tańczył z inną kobietą. W przypływie złości przyjęła kolejne zaproszenie jakiegoś mężczyzny i zaczęła z nim tańczyć, nie mniej widowiskowo, jak Ren ze swoją partnerką. Wianuszek ciekawskich poszerzył się, tworząc wokół tych dwóch par duży okrąg.


Serabell, która obserwowała wszystko z podwyższenia, uśmiechnęła się do siebie. Zagadnęła do niej wtedy Thelina, która również była zainteresowana tą dwójką.


-        Pasują do siebie idealnie, prawda? – spytała spokojnie Thelina.


-        W istocie. Żaden mężczyzna na tej sali nie dorównuje umiejętnościom tanecznym księżniczki. Nie mówiąc o ogładzie – stwierdziła Królowa. – Gdybym go nie znała, naprawdę posądziłabym go o królewskie pochodzenie.


-        Kto wie, Pani, jakie jeszcze sekrety skrywa ten mężczyzna – odparła tajemniczo. – Wydaje mi się, że jeszcze nie pokazał wszystkiego.


-        Zapewne... Wszak zawsze był i jest tajemniczy.


Tymczasem utwór się skończył. Pary ukłoniły się sobie nawzajem i postanowiły się wymienić. Ella zadrżała z emocji, widząc pokłon i wyciągniętą rękę Alrena. Jego usta wskazywały na powagę, ale wyobraziła sobie błysk w jego oczach, który nie mogła widzieć, gdy był w masce. W pierwszej chwili chciała mu utrzeć nosa i odmówić, ale wiedziała, że nie jest w stanie się mu oprzeć. Podała mu więc dłoń i od razu poczuła mrowienie na całym ciele, czując ciepło jego ręki, a następnie ciała, gdy chwycił taneczną „ramę”. Przez chwilę jego oddech owiał jej szyję, co wywołało u niej dreszcz podniecenia. Zastanawiała się, co on ma takiego w sobie, że po tak długim czasie i po ostatnich wydarzeniach, nadal tak silnie na nią działa?


Dziewczyna rozpłynęła się w tańcu z tym mężczyzną, a goście balu nie mogli oderwać od nich oczu. Razem tworzyli mieszankę wybuchową. Królowa Serabell uśmiechnęła się z aprobatą, a Thelina zaśmiała się cicho.


-        Teraz wszystko jest na swoim miejscu – podsumowała, po czym obie z Królowa przyłączyły się do tańczących.


Ella pragnęła, by ta chwila trwała wiecznie. Co mogło być lepszego od cudownego tańca z ukochanym mężczyzną na takim balu? Tylko jedna rzecz jej przyszła do głowy, ale odpędziła tę myśl, rumieniąc się. Wydawało jej się, że przez chwilę widziała uśmiech Alrena, ale gdy zamrugała oczami, znów był poważny. Niestety i ten utwór się skończył. Alren chciał więc się odsunąć i ukłonić, ale nie puściła jego ręki.


-        To wysoce niestosowne, Pani – starał się mówić naturalnie. – Tańcząc drugi raz z tym samym mężczyzną, okazujesz mu specjalne względy – wyjaśnił.


-        Zatem wszystko jest w porządku, bo jesteś jedynym, którym je okazuję, Alrenie – odparła wyniośle.


-        Mylisz mnie, Pani, z kimś innym – odparł szybko.


-        Nie ma mowy, bym cię z kimś innym pomyliła – uśmiechnęła się ironicznie. - Jestem przekonana, że dobrze o tym wiesz.


-        Obawiam się, że niestety tak się stało – upierał się przy swoim, ale nie był ani trochę zaskoczony.


Ella się zirytowała i już chciała coś powiedzieć, kiedy nagle zgasły wszystkie światła i zapowiedziano Taniec Ciemności, który zawsze był wyczekiwany, gdyż nie trzeba było się martwić podglądaniem, obserwowaniem, gapieniem i tak dalej. Ella przez chwilę była zaskoczona, ale szybko się opamiętała, widząc w tym szansę dla siebie.


Gwałtownie zbliżyła się do Alrena, chwyciła go za klapy marynarki, uniosła na palce i na oślep go pocałowała. Przeszył ją miły dreszcz, gdy poczuła te gorące, miękkie usta. Od razu zapragnęła więcej. Alren, który na początku był mocno zaskoczony jej manewrem, zaraz się opamiętał i chciał odsunąć, ale trzymała go mocno.


-        Nie próbuj uciekać – syknęła półszeptem. – Nigdy nie uwierzę w to, że mnie nie kochasz! – wyznała szczerze, zbijając go z tropu.


Alren drgnął z emocji. Wzruszało go to, że pomimo tego wszystkiego ona nadal wierzyła w jego miłość. Spodziewał się tego, ale i tak miło było to usłyszeć. W tej jednej chwili, wszystkie hamulce puściły. Wiedział, że dłużej już nie wytrzyma. Tak bardzo jej pragnął... Pomyślał, że jutro będzie się martwił, co z tym zrobić, by nie zepsuć planu Syriany, ale dziś... Dziś posłucha serca. W tym momencie łapczywie ją pocałował, tak namiętnie i intensywnie, że Elli zmiękły kolana.


Zadrżała, gdy poczuła jego silne ramiona, którymi ją objął i przyciągnął do siebie. Ochoczo wtuliła się w jego pierś i usiłowała się nie udusić, w czasie rozwiązłych pocałunków, które przyprawiały ją o zawrót głowy. Tak bardzo za tym tęskniła... Gdy oderwała się od niego i nerwowo nabierała powietrza, obrócił ją tyłem do siebie i przyciskał do siebie, trzymając jej talię. Wzdychała z podniecenia, czując jego oddech na szyi i dekolcie.


-        Czy tego chciałaś, Ello? – mruknął zmysłowo, a ona drgnęła, słysząc swoje zwykłe imię. – Chciałaś mnie doprowadzić do szału?


-        Kpisz sobie? – burknęła. – To ty doprowadzasz mnie do szału swoim zachowaniem! – odpowiedziało jej milczenie.


-        Jakoś specjalnie się nie przejęłaś, skoro tak dobrze się bawiłaś, tańcząc z innymi mężczyznami... – zwrócił uwagę na początek balu, a ona uśmiechnęła się do siebie. Thelina miała rację.


-        A co z tobą? Ulegałeś wszak wdziękom kobiet na moich oczach – odpowiedziała mu tym samym, ale zaraz potem głos jej się załamał, gdy poczuła namiętny pocałunek na swojej szyi.


Serce jej biło, jak szalone. Czuła się tak, jak wtedy, gdy nie wiedziała jeszcze, czy Alren ją kocha. Miała wrażenie, że zakochuje się w nim na nowo i to ją bardzo ekscytowało. Po raz pierwszy, od jakiegoś czasu, czuła się w pełni szczęśliwa i nawet nie chciała się zastanawiać, co będzie potem. Liczyła się tylko ta chwila.


-        Moim życzeniem jest, byś mi towarzyszył do końca balu... – powiedziała władczo, co go nieco rozbawiło.


-        Rozkazujesz mi? – zakpił.


-        Jako jedyna mam do tego prawo.


-        Jako Księżniczka Miryonu tak, ale jako Ella... nie – przygryzł jej ucho, a ona zamruczała z zadowolenia. Droczył się z nią. Nigdy nie sądziła, że będzie jej tego brakowało.


-        To się jeszcze okaże, żołnierzu... – rzekła zmysłowo i odwróciła się do niego, dotykając przez spodnie jego intymnych miejsc. Jęknął, bo i tak był już podniecony.


-        Lepiej, żeby teraz nie zapalili światła, moja Księżniczko... – mruknął z rozbawieniem i pocałował ją namiętnie w usta.



Aruell
Nastrój: Pisemny...
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 115

czwartek, 27.października.2011, 01:36

 


Witajcie!


Zapraszam do głosowania w drugiej już sondzie. Pytanie, w niej zadane, pewnie sami sobie zadajecie. Spróbujcie na nie odpowiedzieć - jak Wam intuicja podpowiada. Jestem ciekawa, czy traficie. ^^ Odpowiedź prawidłową poznacie, w trakcie czytania tej części BM. ;)


Miłej zabawy!


Pozdrawiam ;)


***


Rozdział 115


 


32 dzień muedrilu 8976 roku, Egharia: Aloria – Lorion (Pałac Królewski), popołudnie


Alren stał na tarasie, z drugiej strony pałacu i patrzył z góry na setki służących, którzy przygotowywali wielki bal. Uśmiechnął się do siebie, był bowiem pewny, że Elli spodoba się ta impreza...


Zgodnie z tradycją, bal odbywał się jednocześnie w największej sali balowej, we wnętrzu pałacu oraz na marmurowym parkiecie, w ogrodzie królewskim, który mieścił się na niewielkiej sztucznej wyspie i był otoczony ze wszystkich stron wodą. Na parkiet wchodziło się, po specjalnie dostawianych pomostach, a na jeziorku zawsze pływały egzotyczne kwiaty i świece. Muzykę zapewniały dwie orkiestry, jedna w sali, druga na świeżym powietrzu. Grały jednocześnie te same utwory. W całej Egharii, to właśnie Aloria słynęła z najpiękniejszych bali. Maskowy, królewski był najsławniejszy i wydawany tylko na wyjątkowe okazje. Przybywali na niego władcy wszystkich zaprzyjaźnionych państw, szlachta i bogate mieszczaństwo, a także przedstawiciele poszczególnych religii.


Po chwili, gdy Ren zobaczył, że przygotowania zbliżają się ku końcowi, postanowił sam też udać się do swej komnaty i włożyć czysty strój. Zamierzał występować w roli strażnika, więc nie przejmował się maską. Gdy tylko się odwrócił i ujrzał Gorda, nie krył zaskoczenia.


-        O co chodzi?


-        To raczej ja powinienem o to spytać – warknął Gord nieprzyjaźnie.


-        Nie wiem, o czym mówisz – odparł ostro i zamierzał go wyminąć, ale tamten zablokował go ręką.


-        Nie wiesz? Kpisz sobie ze mnie, czy co? – powiedział głośno. – Kiedy po was pojechałem, byliście z Mirellą nierozłączni. Nawet warczałeś na mnie z zazdrości, kiedy ja tylko się z nią zapoznawałem... A teraz co? Traktujesz ją, jak piąte koło u wozu...


-        To nieprawda.


-        No dobra, przesadziłem. Dobrze wypełniasz obowiązki, jako strażnik... – przyznał. – Ale jesteś zimny jak głaz i udajesz, że ona cię nie obchodzi. Może mi wyjaśnisz, co ci odbiło? Skąd tak kontrastowa zmiana? – był tego naprawdę ciekawy.


-        Dlaczego miałbym ci się tłumaczyć? – syknął wściekle. – To nie twój, zasrany interes! – odtrącił jego ramię i zrobił kilka kroków dalej.


-        Długo tak zamierzasz? – rzekł niewzruszony.


-        Ciekawe, po co chcesz to wiedzieć... – spytał prowokacyjnie, odwrócił się i spojrzał na niego groźnie.


-        Z dwóch powodów – odwzajemnił to spojrzenie. – Po pierwsze, nie mogę patrzeć na jej smutek i łzy, a po drugie... Jeśli jesteś takim idiotą, by ją zostawić, to ja będę mądrzejszy i osobiście się nią zaopiekuję... – tylko to powiedział, a Alren zjawił się tuż przed nim, jak błyskawica i chwycił go z ubranie.


-        Słuchaj no, wścibski draniu... – warknął, patrząc mu w oczy tak intensywnie, że Gord podświadomie zadrżał. – Jeśli zanadto się do niej zbliżysz lub zrobisz jakiekolwiek głupstwo, skopię ci tyłek!


-        No... Teraz to już bardziej przypominasz zakochanego... – uśmiechnął się ironicznie.


-        Nie igraj ze mną! – syknął. - Pilnuj swego nosa i rób swoje, albo pożałujesz – syknął złowieszczo.


-        Nie zastraszysz mnie! – odepchnął Alrena siłą. – Nie boję się ciebie i nie będę cię słuchał, jeśli to nie będzie sprawa służbowa. Nie podoba mi się twoje zachowanie i mam gdzieś to, że jesteś silny! Radzę ci zmienić nastawienie, albo ją stracisz... – zakpił, a Ren posłał mu mordercze spojrzenie.


-        Pozwól, że powtórzę, nie igraj ze mną! – odparł i wyszedł, a Gord prychnął.


-        To ty nie igraj z Mirellą! Inaczej to się na tobie zemści... – rzekł złośliwie, ale Ren tym razem nie odpowiedział, tylko od razu opuścił taras zostawiając Gorda samego.


Blondyn spojrzał w dół na pracującą służbę i uśmiechnął się do siebie. Miał szczery zamiar utrzeć temu draniowi nosa i zbliżyć się do Mirelli, którą był oczarowany od pierwszej chwili.


***


Wieczór...


Królowa Serabell, która zmierzała do swej garderoby, by przebrać się na bal, przez przypadek zauważyła Mirellę, siedzącą na parapecie i wpatrującą się ze smutkiem w okno. Z ciekawości też spojrzała przez szybę i ujrzała Alrena, który wydawał dyspozycje strażnikom, gdyż odpowiadał za bezpieczeństwo na balu.


W tej jednej chwili Serabell przypomniała sobie, że kiedyś Syriana wspominała o miłości między nimi oraz łączącej ich „więzi dusz”. Dopiero wtedy zauważyła, że nie wyglądają, jakby byli parą. Zastanowiło ją to, zwłaszcza że sądząc po nastroju Mirelli, dziewczyna cierpiała z tego powodu. Postanowiła poznać prawdę i posłała sługę po Alrena, po czym weszła do swej garderoby, nie zaczepiając księżniczki.


Kilka minut później do jej komnaty wszedł nieco zdziwiony Alren i ukłonił jej się. Królowa spojrzała na niego badawczo, jakby chciała wyczytać z jego twarzy, co on czuje, ale jak zwykle strażnik doskonale się maskował.


-        Wzywałaś mnie, Pani? – spytał po chwili niezręcznej ciszy.


-        Tak... Chciałabym cię o coś zapytać...


Gdy Alren usłyszał pytanie westchnął ciężko. Wiedział, że powinien wtajemniczyć Królową w plan Syriany i tak też uczynił. Kiedy wyjaśnił jej wszystko, to Serabell westchnęła. Wyglądała tak, jakby rozumiała, ale jednocześnie była smutna.


-        A więc to tak... – spojrzała na niego ciepło. – Podziwiam cię. Ja bym tak nie mogła. Rozumiem jednak, że masz konkretny powód. Zdaje się, że Syriana mocno przesadziła... Upomniałabym ją, ale znając jej charakter, jak raz wymyśliła taki plan, to już się nie cofnie...


-        Mam nadzieję, że to potrwa tylko dwa tygodnie... – wyznał spontanicznie, po czym się zmieszał, a Królowa uśmiechnęła do niego.


-        Bardzo ją kochasz... – zachichotała, gdy on się zarumienił. – Mam pewien pomysł.


Alren spojrzał na nią pytająco, gdy zawołała służącą i wydała jej kilka poleceń. Zastanawiał się, co też Królowa wymyśliła.


-        Weźmiesz udział w tym balu, nie jako strażnik, ale gość – uśmiechnęła się, widząc jego szok. – Obiecaj, że zatańczysz z nią chociaż raz. Może wtedy nie będzie taka smutna.


-        Ależ Pani, Syriana...


-        Powiem jej, że w ten sposób będziesz miał lepszą możliwość ją chronić. Nie sprzeciwi mi się – odparła szybko.


-        Wasza Wysokość, jeśli okażę jej czułość, zorientuje się, że to wszystko jest farsą... I bez tego widzę, że w to nie wierzy...


-        Zapominasz, że to bal maskowy, Alrenie. Zawsze będziesz mógł powiedzieć, że tańczyła z kimś bardzo podobnym...


-        I tak mnie pozna, z całą pewnością... To się nie uda – zmieszał się.


-        W takim razie powiesz, że otrzymałeś zadanie by ją chronić, zwłaszcza, że to prawda. Coś wymyślisz... – zaśmiała się, szokując Rena.


-        Pani, dlaczego to robisz? – nie mógł zrozumieć jej zachowania.


-        Ponieważ was lubię.


-        To miłe... – zawahał się. - Ale to i tak...


-        Zrób, jak powiedziałam – rzekła władczo i wstała. – Poleciłam służce przygotować dla ciebie strój i maskę. Idź się przygotować. Bal już za godzinę.


-        Tak jest, Wasza Wysokość – nie zamierzał dłużej protestować.


***


Tymczasem, komnata Elli...


Cztery miłe służące pomagały Elli przygotować się na bal. Dziewczyna była jednak pogrążona w swoich myślach i nie zwracała szczególnej uwagi na to, co robiły. Dopiero, gdy skończyły i poprosiły, by spojrzała w lustro, ocknęła się. Nie mogła uwierzyć, że to siebie widzi.


Miała na sobie długą i bardzo szeroką suknię z licznymi marszczeniami i fałdami materiału, dopasowaną w pasie. Gorsetowa góra uwydatniała jej figurę i unosiła nieco piersi. Do tego miała długie rękawiczki. Intensywnie błękitny kolor jedwabnego materiału przypominał jej o Miryonie i doskonale pasował do barwy jej oczu. Oprócz tego miała oryginalną, srebrną biżuterię z oszlifowanymi szafirami i srebrny, połyskujący szal, przewieszony przez ramiona. Jej złote włosy podkręcono, dzięki czemu były bardziej faliste, niż zazwyczaj. Wyglądały cudownie, całkowicie rozpuszczone i opadające swobodnie na jej obnażony dekolt. Służące wykonały na jej twarzy delikatny makijaż i przymocowały do niej błękitno-srebrną maskę, która odsłaniała zaledwie brodę i usta. Ella była zaskoczona, że wygląda aż tak dobrze, natomiast służące widziały w niej prawdziwe bóstwo.


Chwilę później ktoś zapukał do drzwi. Był to Gord we własnej osobie, który miał ją odprowadzić na bal. Zaśmiała się, widząc niemy zachwyt, który malował się na jego twarzy. Sądząc po jego stroju Shiryena, w czasie balu miał pełnić służbę strażnika.


-        Pani, wyglądasz... – zatkało go. – Nieziemsko pięknie... Widać, żeś bogini Miryonu...


-        Dziękuję -  zarumieniła się nieznacznie, słysząc szczery komplement.


-        Jaka szkoda, że nie będę miał nawet okazji, by poprosić cię do tańca, Księżniczko...


-        To zapewne nie ostatni mój bal, Strażniku – odparła dyplomatycznie, było jej bowiem obojętne, z kim będzie tańczyć, chyba, że w grę wchodził sam Alren.


-        Chodźmy, Księżniczko. Już czas – uśmiechnął się ciepło i nastawił swe ramię.


***


Sala balowa, tuż przed balem...


Alren był już na miejscu i nieco się denerwował. Miał świadomość tego, że Ella na pewno będzie wyglądała olśniewająco i zastanawiał się, jak jej się oprze. Był tak przejęty tymi myślami, że nie zauważał wianuszka kobiet, które stojąc nieopodal, pożerały go wzrokiem. Trudno było im się dziwić...


Ren był wysoki, postawny i wyglądał na silnego. Czarny smoking, z białą koszulą i rękawiczkami, który podkreślał jego sylwetkę, z pewnością nie uszedł uwadze dziewczętom. Całość przypieczętowywała czarna maska, zasłaniająca mu pół twarzy, co dodawało mu groźnego i tajemniczego wyglądu. Wszystko to powodowało, że kobiety, które na niego patrzyły wzdychały i już teraz marzyły, by poprosił je do tańca, choć bal jeszcze się oficjalnie nie rozpoczął.


Tymczasem Alren uparcie czekał na chwilę, w której zobaczy tą jedyną kobietę, która go interesowała. Stanął gdzieś z boku, by nie rzucać się, aż tak w oczy i obserwował wysokie schody, którymi, jak się spodziewał, Ella zejdzie na bal. Nie pomylił się. Kilkanaście minut przed balem ujrzał tam swą piękną boginię, która z niezwykłą gracją pokonywała kolejne stopnie.


Był nią tak oczarowany, że nawet nie zauważył, że to Gord ją prowadzi. Śledził tylko każdy jej ruch, jak zahipnotyzowany i wiedział, że dzisiejszy wieczór będzie dla niego większą próbą, niż przypuszczał. Jak miał być obojętny wobec takiej piękności, którą przecież i tak kochał? Przełknął ślinę i dopiero teraz zauważył, że obok niego stoi sama Królowa.


Natychmiast się opamiętał i ukłonił, a Serabell położyła mu rękę na ramieniu oraz uśmiechnęła się do niego.


-        Piękna, prawda? – złapała jego zachwycone spojrzenie.


-        Jak zawsze... – mruknął cicho, zakłopotany, że Królowa czyta z niego, jak z otwartej księgi.


-        Dziś posłuchaj swego serca, nie rozumu... – poradziła mu szeptem. – Jutro wrócisz do swej misji, ale dziś na chwilę o niej zapomnij – rzekła jeszcze i poszła oficjalnie ogłosić początek balu.

Aruell
Nastrój: ;)
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 114

środa, 26.października.2011, 00:05

 


Rozdział 114


 


31/32 dzień muedrilu 8976 roku, Egharia: Aloria – Lorion (Świątynia Harionlis), noc


Ella otworzyła niespiesznie oczy i ujrzała nocne, gwieździste niebo. Chwilę później poczuła przeraźliwy chłód. Szybko zorientowała się, że ma na sobie tylko błękitną suknię, kiedy dookoła leży śnieg. Ze zdziwieniem rozejrzała się, aż nagle dostrzegła duże ognisko i mężczyznę, siedzącego tuż przy nim.


Bez trudu rozpoznała w nim Alrena. Wyglądał zupełnie tak, jak wtedy, gdy go poznała, z tą różnicą, że miał krótkie włosy, a nie długie, jak wówczas. Dopiero teraz się zorientowała, że zna to miejsce. To tutaj na niego spadła z nieba. Nie rozumiała, czemu śni jej się akurat to miejsce, ale nie traciła czasu na dalszą analizę.


Była ciekawa, czy będzie dla niej taki zimny, jak w rzeczywistości, czy może... nie. Wiedziała, że to sen. Nie wiedziała tylko jeszcze, czy to będzie koszmar czy marzenie i chciała to jak najszybciej sprawdzić. Podeszła do niego nieśmiało i spojrzała mu w oczy, gdy odwrócił głowę, by na nią popatrzeć. Poczuła coś miłego, widząc jego figlarny uśmiech. W tej jednej chwili wiedziała, że to jest jej Ren, a nie ten zimny dziwak...


-        Nareszcie... Już myślałem, że nigdy nie podejdziesz – zakpił wesoło, a ona milczała.


Jego intensywne, zielone spojrzenie na tyle ją zakłopotało, że odwróciła wzrok i spojrzała w żywy ogień. Od razu zrobiło jej się bardzo ciepło. Nie wiedziała jednak, czy bardziej rozgrzał ją płomień ogniska czy spojrzenie Alrena.


-        Patrzysz w złym kierunku, Kotku – mruknął, podchodząc do niej bardzo blisko, tak, że poczuła jego gorący oddech na szyi. Wstrzymała oddech i zerknęła mu w oczy. – O, teraz lepiej... – rzekł zmysłowo, obejmując ją w talii.


-        Co tu robisz? – spytała półprzytomnie, gdyż jego bliskość odbierała jej trzeźwość umysłu.


-        Czekam na ciebie... – wyszeptał jej do ucha i złożył na jej ustach namiętny pocałunek. Zamknęła oczy, czując znajomy płomień w swoim wnętrzu.


Objęła go już bez cienia wahania i przytuliła do niego najmocniej, jak to było możliwe. Tak bardzo tęskniła za jego ciepłem i pieszczotami...


-        Ren... – westchnęła, gdy nieznośnie powoli rozpinał jej sukienkę, a następnie pozwolił, by opadła ona na ziemię.


-        Koniecznie chcesz rozmawiać? – spytał, obsypując jej dekolt pocałunkami.


-        Czemu nie... – wstrzymała oddech, gdy pieścił jej piersi i bawiła się jego włosami.


-        A teraz? – spytał z przekąsem, gdy pocałował najintymniejsze miejsce, co wywołało jej ciche jękniecie.


-        Może niekoniecznie w tej chwili... – wyksztusiła już mocno podniecona.


-        Też uważam, że to nie najlepsza pora – powiedział zmysłowo i położył ją obok ogniska.


Ella wiła się z rozkoszy, pod wpływem jego dotyku i pocałunków. Jej serce waliło, jak szalone, a oddech z każdą chwilą stawał się szybszy i cięższy. Widziała i słyszała, że z nim jest tak samo, co bardzo ją ucieszyło.


Z każdą minutą byli coraz mniej cierpliwi, więc nie minęło już wiele czasu, gdy się połączyli i oddali bez reszty namiętnemu tańcowi, w rytmie swoich serc. Nie powstrzymali okrzyku rozkoszy, gdy osiągnęli szczyt, a później wtulili się w siebie, ciężko dysząc.


-        Nie chcę się obudzić... – wymamrotała w końcu, przystawiając policzek do jego piersi. Tylko to powiedziała, a on odsunął ją i przyłożył gorącą dłoń do jej twarzy.


-        Jeśli się nie obudzisz, nic się nie zmieni – wyszeptał i pocałował ją krótko. – Obudź się, Kotku. Otwórz oczy...


W tej chwili, choć bardzo tego nie chciała, rzeczywiście otworzyła oczy i zobaczyła, że już świta. Podniosła się i westchnęła ciężko, obejmując się ramionami.


-        Jaka szkoda, że to tylko sen... – wyszeptała do siebie i niechętnie wstała z łóżka, zupełnie nieświadoma, że to nie była do końca prawda.


***


32 dzień muedrilu 8976 roku, Egharia: Aloria – Lorion, około poludnia


Po śniadaniu i paru przygotowaniach, Ella i Syriana wsiadły do świątynnej karocy, którą ciągnęły dwa białe konie, by pojechać do pałacu królewskiego. Alren i Gord jechali na czarnych koniach po obu stronach pojazdu, jakby ją eskortowali. Przejazd ten wzbudził zainteresowanie ludzi na ulicach, którzy domyślając się, że to Księżniczka Miryonu i Arcykapłanka Alorii, pokłonili się, gdy tylko karoca ich mijała.


Ella patrzyła obojętnie na niezwykle piękne miasto i podekscytowanych ludzi. Zamiast tego zerkała tęsknym wzrokiem na konia, który jechał obok, a właściwie na jego jeźdźca. Dużo o nim myślała tego ranka i doszła do wniosku, że Ren otrzymał taki rozkaz i że ktoś miał dobry argument, by go przekonać do takiego zachowania. Nie wierzyła, że przestał ją kochać ot tak. Zupełnie wykluczała taką możliwość, ale smutno jej było, że nie chciał nawet wyjaśnić, co go zmusiło do tak drastycznej zmiany postawy i nie liczył się z jej emocjami. Poprzysięgła odkryć prawdę i odzyskać swego Rena.


Jedząc śniadanie przypomniała sobie, że jeszcze w Hevanie Ren zachowywał się dziwnie, a nawet na Ziemi. Jakby się czegoś bał... albo jakby chciał się nią nacieszyć na zapas. Wprawdzie ostrzegał ją, że wiele się zmieni, ale naprawdę nie sądziła, że aż tak. Poza tym przecież jej obiecał... Nie była w stanie zaakceptować obecnej sytuacji. Zanim jednak wymyśliła jakiś plan, by spotkać się z Renem na osobności i poważnie porozmawiać, karoca zatrzymała się przed wielkim pałacem. Największym, jaki do tej pory widziała.


Gdy Gord pomógł Elli wysiąść z powozu, dziewczyna zamarła na widok tego niezwykłego budynku. Był zbudowany na planie litery „H”, z jasnego kamienia. Ozdabiały go liczne kolumnady i płaskorzeźby, więc przywodził na myśl architekturę starożytnej Grecji lub Rzymu. Dookoła pałacu mieścił się wielki ogród z wymyślnymi fontannami i rzeźbami postaci ludzkich. Ella była zachwycona tym miejscem.


Trochę, jak w transie, wkroczyła do pałacu w towarzystwie Syriany i obstawy, składającej się z Alrena oraz Gorda. Ocknęła się dopiero, gdy znalazła się przed obliczem Królowej Alorii – jednego z najpotężniejszych krajów Egharii. Ukłoniłaby się jej, gdyby wcześniej Syriana nie uprzedziła jej, że to Królowa ma oddać jej cześć jako pierwsza, a dopiero potem i ona może się pokłonić. Tak też się stało.


Królowa uklękła przed Ella, jak tylko ta się zbliżyła i Ella mogła się jej dokładnie przyjrzeć. Władczyni Alorii była pękną kobietą o kręconych, złotych włosach do ramion, brzoskwiniowej cerze i jasnobłękitnych oczach. Miała łagodne rysy twarzy i ciepły uśmiech. Gdy Królowa powstała, Ella delikatnie się jej pokłoniła, po czym spojrzała na nią z zaskoczeniem, gdy władczyni chwyciła ją za dłonie i subtelnie ścisnęła.


-        Witaj, Księżniczko Mirello, w moim królestwie. Mam na imię Serabell. Mam nadzieję, że będziesz się tutaj czuła, jak w domu – uśmiechnęła się do Elli, która była zszokowana bezpośredniością i naturalnością Królowej,


-        Miło mi cię poznać, Wasza Wysokość – odparła skromnie.


-        Mów mi po imieniu, Pani – poprosiła.


-        Dobrze, zatem i ty możesz do mnie tak mówić – rzekła Ella.


-        Dziękuję – ucieszyła się Serabell i spojrzała na Syrianę, która dopiero teraz odsłoniła swą twarz. Wcześniej miała ją zasłoniętą, by nikt nieupoważniony jej nie zobaczył. – Witaj, dostojna Syriano, wybacz, że cię zignorowałam.


-        To zrozumiałe, Pani – skłoniła głowę Syriana.


Kiedy już wymieniły się uśmiechami, Serabell zauważyła dwóch strażników, stojących w tyle i zadrżała. Bynajmniej nie na widok Gorda, którego spotykała bardzo często, lecz Alrena, którego nie sposób było zapomnieć. Ren zmieszał się widząc szok Królowej, więc ukłonił jej się kolejny raz.


-        Jestem szczęśliwy, że cieszysz się dobrym zdrowiem, Wasza Wysokość – powiedział szczerze, gdy Serabell do niego podeszła.


-        Alrenie... – wyksztusiła, wciąż zaskoczona. – Myślałam, że już nigdy nie wrócisz... Masz na sobie strój Shiryena, czyżby więc...


-        Tak, Pani. Alren wrócił do swoich obowiązków – wtrąciła się Syriana, a Serabell uśmiechnęła się do niego, widząc jego niepewność.


-        Spokojnie, nie winię cię za twoje zniknięcie. Wiem o wszystkim – zapewniła, zaskakując go.


-        Ale... – nie miał pojęcia, jak się tego dowiedziała.


-        Mam swoje sposoby. W końcu jestem Królową Alorii – zaśmiała się i podniosła go z klęczek – Jestem spokojniejsza, wiedząc, że znów czuwasz nam tym krajem i chronisz Mirellę. – Ostatnia uwaga zasmuciła Alrena, ale sprytnie to ukrył powagą.


-        Dziękuję, Pani – odparł, czują szczerą ulgę.


Ciepła rozmowa między Alrenem a Królową zaskoczyła Ellę, która jednak zaraz sobie przypomniała, że wspominał kiedyś, iż zna Królową. Nie sądziła jednak, że tak bardzo się nawzajem lubią. Gord natomiast czuł autentyczną zazdrość. Mimo iż jego stosunki z Serabell były bardzo dobre i spokojne, to aż takiej sympatii, z jej strony, nie doświadczył. Poza tym irytowało go, że na każdym kroku jest tylko cieniem Alrena, kiedy jeszcze kilka dni temu był na pierwszym planie. Ciężko było mu to znieść, ale był zbyt dumny, by okazać słabość.


Po chwil Królowa wskazała ręka, by wszyscy poszli do sali dla gości, co natychmiast uczyniono. Gdy zaś Serabell, Ella i Syriana usadowiły się już wygodnie, a strażnicy stanęli koło drzwi, Władczyni kontynuowała rozmowę.


-        Powiedz mi, Syriano, jaki masz plan wobec naszego szacownego gościa?


-        Jej Wysokość czeka dwutygodniowe szkolenie, które ma na celu przygotowanie jej do misji – wyjaśniła konkretnie. – Za twoim pozwoleniem, Królowo, owe szkolenie odbędzie się w twoim letnim pałacu, gdzie mieszczą się legendarne Trzy Wieże. To doskonałe miejsce na trening.


-        Oczywiście, będę zaszczycona, jeśli Księżniczka Miryonu zamieszka w moim pałacu – spojrzała na Elę ciepło. – Osobiście z chęcią ją odwadze, jeśli nie będzie to jej rozpraszało.


-        Na pewno nie – uśmiechnęła się Ella, która od pierwszej chwili polubiła Serabell.


-        W takim razie ustalone. Jutro tam pojedziemy – powiedziała Syriana.


-        Jeśli pozwolisz... – rzekła, a Arcykapłanka spojrzała na nią pytająco. – Chciałabym porządnie powitać Mirellę w moim królestwie, urządzając dziś wieczorem bal.


-        Ten tradycyjny, maskowy? – spytała automatycznie.


-        Tak – uśmiechnęła się do Elli, która była zaskoczona propozycja Królowej.


-        Dobry pomysł – zaaprobowała Syriana. – Dzięki temu delegacje ze wszystkich krajów poznają Mirellę, oddamy Księżniczce hołd i zarazem trochę się zrelaksuje przed szkoleniem – mówiła rzeczowo.


-        Jak zwykle, podchodzisz do tego bardzo służbowo – zaśmiała się Królowa.


-        Taka już jestem, Pani.


-        A czy tobie podoba się ten pomysł, Mirello?


-        Oczywiście... – odparła Ella z uśmiechem, mimo że wciąż była zaskoczona.


-        W takim razie, czeka nas wspaniały wieczór! – powiedziała wesoło Królowa i natychmiast wydała odpowiednie dyspozycje.

Aruell
Nastrój: ^^
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 113

wtorek, 25.października.2011, 00:04

 


Rozdział 113




31 dzień muedrilu 8976 roku, Egharia: Aloria – Lorion (Świątynia Harionlis), późny wieczór


Generałowie wymienili się znaczącymi spojrzeniami, ustalając taktykę grupową. Po chwili każdy z nich zaatakował Rena w inny sposób i z innej strony, zmuszając go do użycia broni. Alren uniknął zwinnymi ruchami ciosy dwóch z nich, a pozostałych zablokował tak, że jego miecz opierał się o dwa ostrza generałów. Po chwili odepchnął ich tak mocno, że ledwo utrzymali równowagę.


-        Mam już dość tej zabawy – powiedział spokojnie Alren. – Pokażcie, co umiecie albo poddajcie się.


-        Kpisz sobie z nas? – obruszył się jeden z nich. – Skoro w mieczu jesteś taki dobry, to zobaczymy, jak opanowałeś magię!


Czterech generałów przywołało aurę czarnej magii, którą zazwyczaj używali tylko w walce z najgorszymi wrogami. Natomiast Ren stał sobie spokojnie i uśmiechnął się ironicznie.


-        Magią to już na pewno mnie nie pokonacie, chłopcy – zadrwił, a oni zasypali go ognistymi kulami.


Gdy sapiąc głośno, patrzyli czy udało im się go trafić, z przerażeniem uznali, że jak wyglądał przed chwilą, taki jest nadal.


-        To chyba już wszystko, co umiecie – stwierdził Ren. – Zatem teraz moja kolej... – generałowie z lękiem patrzyli, jak otacza go aura Shiryena.


-        Cholera! – zaklął jeden. – Nie atakujcie go bezpośrednio, bo wasze ataki obrócą się przeciw wam, jak to było w przypadku Gorda! – polecił jeden generał pozostałym.


-        Widzę, że przynajmniej macie o tym pojęcie – uśmiechnął się Ren. – Mam kontynuować? Jeszcze możecie się wycofać...


-        Przestań się z nami bawić! Traktuj nas poważnie!


-        Jak chcecie – westchnął, po czym jego oczy zalśniły zielenią. – Załatwmy to szybko! – syknął po czym zaczarował miecz tak, że zaświecił białą aurą Hariosa i ruszył do ataku.


W ciągu kilku sekund, pobił wszystkich generałów niemal do nieprzytomności. Był tak szybki, że nie widzieli jego ciosów i nie mogli się bronić oraz tak silny, że czuli się przytłoczeni jego mocą. Po dokładnie dwóch minutach wszyscy generałowie, leżeli zakrwawieni na placu, moknąc w ulewnym deszczu i jęcząc z bólu. Byli ledwo żywi.


-        Poddajcie się w końcu! – zdenerwował się Gord. – Czy nie rozumiecie, że nie macie szans? – krzyknął do nich, bo nie mógł na to patrzeć. Czuł się związany z każdym z tych żołnierzy.


-        Jesteś okrutny! – oburzali się żołnierze, którzy oglądali walkę z boku.


-        Przypominam wam, że sami tego chcieli. Do niczego nie zmuszałem – syknął Ren i wtedy usłyszał jęknięcie jednego z generałów.


-        Podda...jemy... się... – wybełkotali. – Jesteś... za silny...


-        Nareszcie – westchnął i kiedy żołnierze oraz Gord, chcieli podbiec do zmasakrowanych ciał generałów, Ren zablokował ich, otaczając plac niewidzialną barierą.


-        Co robisz? – zaniepokoił się Gord. Ella zaś miała łzy w oczach, widząc tę okropną sytuację.


Jednak Alren zignorował ich krzyki, a także pełne niewyobrażalnego strachu spojrzenia generałów, którzy autentycznie myśleli, że on ich pozabija. Uniósł nieco rękę i generałowie znów ujrzeli białą aurę Hariosa wokół niego. Nagle nad jego dłonią pojawiła się srebrzysta kula. Polegli drżeli, a Gord przymierzał się już do przełamania bariery.


-        Uspokój się, Gordzie – przerwała mu Syriana, która była opanowana.


-        Ależ Pani, on zaraz...


-        Naprawdę myślisz, że Alren to bezwzględny morderca? – skarciła go. – Nawet jeśli go nie lubisz, spróbuj czasem pomyśleć logicznie i nie oceniaj go zbyt pochopnie.


Gord nie bardzo wiedział, o co jej chodzi, podobnie żołnierze, którzy obserwowali wszystko zza bariery, dopóki cały plac nie spowiło jasne i miłe światło. Było tak silne, że wszyscy musieli zasłonić oczy. Gdy zniknęło, generałowie nie mieli na sobie żadnej skazy i nawet ich zbroje wróciły do pierwotnego stanu. Mocno zszokowani nie mogli zdobyć się na to, by wstać z ziemi. Gord, Ella i żołnierze również zaniemówili. Wtedy Alren podszedł do jednego z generałów i wyciągnął ku niemu dłoń, co zaskoczyło wszystkich. Gdy tamten podał mu rękę, Alren pomógł mu wstać. W tym momencie pozostali generałowie podnieśli się i stanęli naprzeciw Rena. Byli nieco zmieszani i niepewni, ale ostatecznie ukłonili mu się.


-        Akceptujemy cię, jako dowódcę – powiedzieli jednocześnie i wtedy żołnierze również oddali mu hołd. – Jednak na szacunek będziesz musiał jeszcze zapracować – dodał jeden z nich.


-        W takim razie, to by było na tyle – rzekł, po czym ukłonił się Syrianie i Elli. – Za pozwoleniem, zajmę się teraz czymś innym – powiedział, sprawiając wrażenie zupełnie nie zmęczonego, po czym wrócił do swej komnaty, a żołnierze rozeszli się, intensywnie dyskutując między sobą.


W tym czasie deszcz przestał padać. Gord, który śledził każdy krok Alrena, wciąż nie mógł zrozumieć tego, co tu się wydarzyło. Natomiast Ella martwiła się, czy Ren nie rozchoruje się po walce w tej ulewie.


-        Czy nadal sądzisz, że jest taki zły? – Syriana zwróciła się do Gorda.


-        Za wcześnie jeszcze na ocenę, Pani – wybrnął sprytnie, sugerując się jej wcześniejszymi słowami. – Odprowadzę Księżniczkę do jej komnaty.


-        Dobrze – skinęła głową Arcykapłanka. – Jutro czeka nas wizyta u Królowej, więc wszyscy powinnyśmy odpocząć – oznajmiła, po czym wróciła do siebie, a Gord odprowadził zmęczoną i zrezygnowaną Ellę do jej sypialni.


***


Egharia: Aloria – Lorion (Świątynia Harionlis), noc


Ella była wykończona. Wiedziała, że powinna iść już spać, bo jutro czekała ją wizyta u Królowej Alorii. Jednak dręczyły ją myśli o ostatnich wydarzeniach. Najpierw Ren ją rzucił i stał się jej zimnym strażnikiem, potem nastąpiło jej przebudzenie, następnie konflikt między Alrenem a Gordem, a do tego dochodził bunt żołnierzy i Syriana, która działała jej na nerwy, ale jednocześnie budziła w niej podziw. Działo się tak dużo, że nie była w stanie tego ogarnąć. Zapragnęła wrócić do prostego życia, ale wiedziała, że to jeszcze nie są problemy i dopiero przekona się, co to znaczy prawdziwy kłopot. Westchnęła i położyła się na łóżku w ubraniu.


Patrząc w sufit, poczuła coś dziwnego. Czyjąś obecność, w dodatku wydawało jej się, że zna tę aurę. Rozejrzała się po swej komnacie, ale nigdzie go nie widziała, więc uznała, że chyba zaczyna wariować. Wstała i weszła do ogromnej łazienki, z dużym brodzikiem i prysznicem.


Tymczasem w komnacie Elli dało się słyszeć niemal bezszelestne kroki mężczyzny. To Alren wszedł do jej sali, gdy tylko użył na sobie czaru niewidzialności. Potrzebował chwili wytchnienia po tym ciężkim dniu i uznał, że tylko jej widok mógł mu w tym pomóc. Nie mógł jednak pozwolić, by go zobaczyła, więc sięgnął po magię. Obserwował ją, gdy leżała na łóżku i wchodziła do łazienki, a teraz walczył ze sobą, by tam wejść. Wystarczyło użyć czaru, dzięki któremu przeszedłby przez drzwi, jak duch, ale nie to stanowiło problem. Wiedział, że jeśli tam wejdzie, może być mu trudno się powstrzymać. Był tego prawie pewien. Jednak pokusa była silniejsza od niego, więc dostał się w sposób magiczny do środka łazienki.


Patrzył teraz na nagą Ellę pod prysznicem i usłyszał swoje przyspieszone bicie serca. Śledził krople wody, spływające po jej kobiecym ciele i odczuwał przypływ pożądania. Tak strasznie ją kochał! Tak bardzo jej pragnął... ale nie mógł, po prostu nie mógł ulec pożądaniu. Jego walka stawała się coraz cięższa, ale nie zrobił ani kroku. Stał pod drzwiami i przyglądał jej się, gdy wychodziła z brodziku. Sięgnęła po ręcznik i zaczęła nim wycierać swe złote włosy, patrząc w lustro swoimi błękitnymi oczami. Cholera! – zaklął w myślach, czując że pożądanie w nim zwycięża i uległ pokusie, by jej dotknąć.


Ella drgnęła czując na plecach znajomy, ciepły dotyk. Natychmiast się odwróciła, ale nikogo nie zobaczyła. Wyciągnęła rękę, jakby chciała coś wymacać, ale Ren sprytnie unikał jej dłoni. Złapała się za głowę i oparła o ścianę.


-        Chyba mam paranoje... – westchnęła ciężko, a Ren z trudem powstrzymał śmiech. Gdy Ella zamknęła oczy, on pogładził jej brzuch i piersi. – To niemożliwe... Czy aż tak go pragnę, że czuję jego dotyk, nawet, gdy go nie ma? Przecież jestem tu sama... – mówiła na głos, jakby chciała odgonić od siebie opętanie.


Zaczęła kręcić głową, powtarzając sobie, że to niemożliwe. Usiadła na krześle pod druga ścianą i próbowała się uspokoić.


-        Jego tu nie ma... Nie ma! – mówiła do siebie i wtedy jej ciałem wstrząsnął spazm, zupełnie jakby ktoś dotykał ją TAM palcami. Odchyliła głowę w tył i zamknęła oczy, poddając się tym, w jej mniemaniu, wyimaginowanym pieszczotom. – A zresztą, nawet jeśli to szaleństwo, chcę to czuć... Bez końca...


Ren spełniał jej życzenie, zatracając się coraz bardziej w tych „ukrytych pieszczotach” i uśmiechał się do siebie, widząc, jak ona tego pragnie. Całował jej całe ciało,  a ona oddychała ciężko, nie mogąc uwierzyć, że to jest takie rzeczywiste. W końcu jego pożądanie osiągnęło taki pozom, że był o krok od kochania się z nią. Jednak w ostatniej chwili powstrzymał się i cofnął. Złapał się za głowę i znów zaklął w myślach. W sumie sam nie wiedział, jak to możliwe, że się od niej oderwał. Szybko opuścił łazienkę, by nie kusić losu... a raczej siebie. Jeszcze chwila, jeszcze sekundka... i by nie wytrzymał.


Ella zauważyła, że jej „omamy” ustały i nie wiedziała, czy się cieszyć, czy płakać. Zrezygnowana i smutna weszła do sypialni, i położyła się spać. Gdy zamknęła oczy, poczuła pocałunek na czole i gwałtownie otworzyła oczy. Jednak w jej komnacie nikogo nie było... Opadła ciężko na poduszkę i roniąc kilka łez tęsknoty, zasnęła.


Tymczasem Alren, który zostawił jej specjalny prezent magiczny, wraz z pocałunkiem na jej czole, z ciężkim sercem wrócił do swej komnaty. Położył się na łóżku i wzdychał. Jedyne, co go pocieszało, to fakt, że gdy zaśnie, to spotka się z nią, choć już nie w rzeczywistości realnej, lecz we śnie...



Aruell
Nastrój: ;)
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 112

niedziela, 23.października.2011, 00:28

 


Witajcie!


Wrzucam BONUSA z okazji tego jedynego dnia w roku. ;)


Miłego czytania! ^^


Pozdrawiam ;)


***


Rozdział 112


 


31 dzień muedrilu 8976 roku, Egharia: Aloria – Lorion (Świątynia Harionlis),wieczór


Gdy Ella znajdowała się już na dole, blisko placu, na którym trenował Ren, schowała się za dużym drzewem i wpatrywała się w niego smutnymi oczami. Śledziła każdy jego ruch, choć czasami trudno było dostrzec jego szybkie ciosy w powietrze.


Miała wrażenie, że ten mężczyzna tańczy. Jego ruchy były niesamowicie precyzyjne, zdecydowane i nieprzewidywalne. Ciało miał giętkie i zwinne, niczym kot. Przez chwilę przyglądała się tylko jego twarzy, na której malowało się skupienie i... złość. Nie była w stanie myśleć, co go tak rozgniewało, gdyż ledwo panowała nad rosnącym pożądaniem. Wyglądał tak męsko i groźnie. Miała słabość do takiego Rena. Zresztą w ogóle miała do niego słabość... Zaraz jednak poczuła smutek, że wydarzyło się coś, co zmieniło ich sytuację. By odgonić nieprzyjemne myśli, skupiła wzrok na jego zielonych oczach i znalazła w nich znajomy płomień, ducha walki.


Zapragnęła podbiec do niego i wtulić się w te silne ramiona, które tyle razy ją ratowały i dawały schronienie przed światem. Marzyła, by poczuć jego gorącą skórę, usłyszeć to miarowe i zdecydowane bicie serca oraz przeżyć nieziemską namiętność, którą z taką łatwością w niej rozbudzał.


Westchnęła i przytuliła się do drzewa, za którym się chowała i powoli wracała do rzeczywistości, po chwili, w której zupełnie odpłynęła w świat swoich pragnień. Dopiero wtedy zauważyła, że Rena nie ma już na placu., Zaniepokoiła się i rozejrzała nerwowo, i wówczas poczuła zimną stal na szyi. Zamarła w bezruchu, czując jak zalewa ją strach. Gdy minęło kilka niewyobrażalnie długich sekund, odważyła się spojrzeć w bok.


Widząc Rena, który przyłożył jej miecz do szyi, najpierw wstrzymała oddech, a potem wypuściła powietrze, rozluźniając się. Mogła się domyślić, że to on, jednak przez chwilę spanikowała, że to ktoś inny ją zaatakował. Wszak nie brakowało tych, którzy łaknęli jej śmierci.


-        Trup – usłyszała nagle zimny ton głosu Rena.


-        Co?


-        Gdybym był wrogiem, Pani, już byś nie żyła – wyjaśnił, chowając miecz.


-        Ale nim nie jesteś – odparła zła, że patrzy na nią takim lodowatym wzrokiem.


-        Jesteś nieostrożna i nieodpowiedzialna. Nie powinnaś nigdzie wychodzić, bez straży.


-        Potrafię o siebie zadbać! – syknęła.


-        Widzę właśnie... – zakpił, podchodząc do niej bliżej, niż pozwalała na to przyzwoitość. Serce Elli zaczęło łomotać w piersi. – Na przyszłość, posłuchaj mej rady, Wasza Wysokość – spojrzał na nią tak groźnie, że straciła grunt pod nogami.


-        Dlaczego taki jesteś, Ren? – zacisnęła pięści i zadrżała. Nie miała odwagi spojrzeć mu w twarz.


-        Alren, Pani. Nie Ren – przypomniał jej, jeszcze bardziej ją złoszcząc.


-        Będę cię nazywać, jak zechcę! – oburzyła się.


-        Jak sobie życzysz... – burknął i wrócił na plac. – Wracaj do Świątyni, Pani. Robi się późno.


-        Czy odprowadzenie mnie do komnat, to nie jest twój obowiązek? – spytała przebiegle.


-        Owszem, ale dwa metry za tobą stoi twój drugi strażnik, który może zrobić to równie dobrze, jak ja i z całą pewnością będzie zaszczycony, jeśli pójdziesz właśnie z nim – odparł nieprzyjemnie.


Ella automatycznie spojrzała w tył i ujrzała Gorda, który patrzył na Rena nieprzychylnym spojrzeniem. Podszedł do Elli, ukłonił jej się, a następnie zwrócił się do Alrena.


-        Gdzie twoje maniery, wojowniku? – spytał krytycznym tonem. – Traktuj Księżniczkę z szacunkiem.


-        Nigdy nie mówiłem, że jestem miły – warknął Ren, posyłając Gordowi mordercze spojrzenie.


-        Nie ma takiej potrzeby, twoje czyny mówią za ciebie – zakpił poirytowany blondyn. – Mam gdzieś, jaki jesteś. Możesz sobie być arogantem, kiedy zechcesz, ale z jednym wyjątkiem. Wobec Księżniczki masz zachować odpowiednie maniery, bo jak nie...


-        To co? – wszedł mu w słowo, a Gord zawahał się. – Czyżbyś próbował mi grozić, Gordzie? – syknął i nawet tak silny wojownik, jak Gord, zadrżał na widok tego zielonego spojrzenia. Szybko się jednak opamiętał i wyjął swój miecz.


-        Przypomnę ci, jakie są twoje obowiązki, Alrenie – odparł twardo, podchodząc do bruneta.


Ella patrzyła z przerażeniem na dwóch Shiryenów, stojących naprzeciw siebie i gotowych do walki. Zerwał się silny wiatr. Jednocześnie usłyszała grzmot i spojrzała w niebo. Dopiero teraz zauważyła chmury burzowe i błyskawice, które pojawiały się coraz częściej. Uświadomiła sobie, że to pierwszy raz, kiedy widzi w Egharii burzę. Jednak dwóch wojowników skutecznie odciągnęło jej uwagę od tego zjawiska atmosferycznego.


-        Jeszcze możesz się wycofać, chłopczyku – zakpił Ren ze złośliwym uśmiechem.


-        Ty arogancki draniu! – syknął. – Myślisz, że się ciebie boję? – tylko to powiedział i od razu ruszył do ataku.


W chwili, gdy ich miecze spotkały się, wydając charakterystyczny odgłos, z nieba zaczął kropić deszcz. Ella chciała się wtrącić, ale nie bardzo wiedziała, jak. Na szczęście ktoś inny wkroczył do akcji.


-        Dość tego! – krzyknęła Syriana, która ni stąd ni zowąd, pojawiła się obok Elli.


-        Ależ , Pani... – zaprotestował Gord. – On nie zasługuje na ten tytuł... Nawet nie szanuje Mirelli.


-        Milczeć! – syknęła głośno. – Odłóżcie broń! – rozkazała, a mężczyźni schowali swe miecze, nie rezygnując jednak z lodowatego spojrzenia, którym nawzajem się obrzucali.


-        Ale... – Gord wciąż protestował. Był wściekły na Rena.


-        Posłuchaj mnie uważnie, Gordzie. Zabraniam ci pojedynkować się z Alrenem. Czy to jasne? – ujrzała jego zdziwienie i oburzenie zarazem. – Obaj jesteście strażnikami Mirelli, więc macie współpracować, czy się to wam podoba, czy nie. Poza tym, zapewniam cię, że nie masz szans w walce z Renem, dlatego nawet nie próbuj się z nim mierzyć.


-        Ależ Pani! – poczuł się urażony, a Ren posłał mu znaczący uśmieszek.


-        Czy nie wyraziłam się jasno? – mówiła zdecydowanie, a mężczyźni ukłonili się jej, na znak szacunku.


-        Tak jest... – Gordowi ledwo przeszło to przez gardło.


Ella poczuła silny ból głowy. Ta napięta sytuacja ją męczyła, ale czuła się zupełnie bezradna. Kiedy wydawało się, że już po wszystkim, wszyscy tu obecni, zauważyli orszak kilkudziesięciu żołnierzy, którzy w kilka sekund zajęli cały plac. Na ich czele stało czterech generałów, którzy wystąpili naprzód i uklękli przed Ellą oraz Syrianą.


-        O co chodzi? – spytała cicho Arcykapłanka.


-        Pani, wybacz naszą śmiałość, ale przyszliśmy prosić o rozważenie naszej propozycji – powiedział pierwszy generał.


-        Jakiej? – zainteresowała się.


-        Nie zgadzamy się na przywództwo Alrena – wyjaśnił drugi. – To Gorda uważamy za Shiryena i naszego dowódcę. Pokornie prosimy o przywrócenie starego porządku.


-        Nie rozumiemy, dlaczego mamy słuchać tego, który kiedyś uciekł bez słowa, tylko dlatego, że kiedyś tam zdobył tytuł i teraz łaskawie wrócił. Nie czujemy wobec niego szacunku ani respektu – dodał trzeci.


-        Poza tym nie znamy go. Dlaczego mielibyśmy wierzyć, że jest najsilniejszy z nas? To nie z nim walczyliśmy na turnieju Shiryena w tamtym roku, tylko z Gordem – powiedział czwarty generał.


-        Nie wiecie, co mówicie, głupcy – zaśmiała się ironicznie Syriana. – Jednak rozumiem wasze wątpliwości. Rzeczywiście tak to może wyglądać z boku, jednak zapewniam was, że Alren jest najprawdziwszym Shiryenem i jesteście mu winni posłuszeństwo, czy tego chcecie, czy nie – dodała ostro.


-        Pani... – nadal protestowali.


-        Śmiecie się mi sprzeciwiać? – posłała im groźne spojrzenie.


-        Za pozwoleniem, Arcykapłanko... – wtrącił się Ren. – Pozwól, że osobiście rozwieję ich wątpliwości.


-        To znaczy? – spytała zaniepokojona, zaś Alren stanął naprzeciw żołnierzy i spojrzał w oczy generałom.


-        Jeśli pokonam was - czterech generałów świątynnej armii i każdego innego, które zachce się ze mną zmierzyć, czy uznacie mnie wtedy za swojego dowódcę?


-        Raczej tak... – zawahał się jeden z generałów. – Ale nie zdobędziesz dzięki temu naszego szacunku.


-        Nie musicie mnie lubić, nie zależy mi na tym – zakpił. – Chodzi tylko o posłuszeństwo. Nie chcę żadnych wewnętrznych konfliktów wśród żołnierzy, bo to zagraża bezpieczeństwu Arcykapłanki i Mirelli. Musi być jasne, kto jest dowódcą, a kto podwładnym, by był porządek – rzekł beznamiętnie.


-        Alrenie, to bez sensu... – powiedziała Syriana. – Oni przecież...


-        Tak będzie lepiej, Pani – zapewnił, a Syriana niechętnie wydała pozwolenie na pojedynek.


Gord był bardzo niezadowolony z zaistniałej sytuacji, a Elli z wrażenia mowę odjęło. Tyle się działo naraz, że nie wiedziała, co ma ze sobą zrobić. Postanowiła się więc nie wtrącać, tylko obserwować wydarzenia z boku. W tym czasie słaby deszcz zamienił się w ulewę. Złotowłosa zauważyła, że ona sama i Syriana nie mokną, dzięki magii Gorda, który stał między nimi i ochraniał ich magią. Z kolei Alren i czterej generałowie, którzy stali teraz na placu oraz żołnierze, którzy odsunęli się na bezpieczną odległość, mokli niemiłosiernie.


-        Zaczynajmy! – krzyknął Ren, trzymając miecz ostrzem ku dołowi.


Generałowie naradzili się ze swoimi żołnierzami, czy takie wyjście im odpowiada i byli gotowi do walki. Mimo to stojąc naprzeciw groźnie wyglądającego Alrena, nie byli już tak pewni siebie, jak wcześniej. Duma jednak nie pozwalała im się wycofać.


W końcu ruszyli do jednoczesnego ataku, używając tylko najlepszych technik szermierskich. Ku ich zdumieniu, po kilkunastu minutach nieustannego atakowania, żaden z nich nawet nie trafił Rena. Cały czas robił takie uniki, że nie musiał nawet używać miecza do blokowania ciosów. Nie mogli uwierzyć, że jest taki szybki. To było nadludzkie. Kiedy zasapani zrobili sobie przerwę, jeden z nich się zdenerwował.


-        Walcz z nami!


-        Nie zamierzam was zabijać, tylko przekonać, że nie macie ze mną szans – oznajmił chłodno.


-        To się jeszcze okaże!


 

Aruell
Nastrój: Urodzinowo ;)
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 111

czwartek, 20.października.2011, 00:03

 


Rozdział 111




31 dzień muedrilu 8976 roku, Egharia: Aloria – Lorion (Świątynia Harionlis),około południa


Ella patrzyła z mieszanymi uczuciami na klęczących przed nią strażników i Syrianę. Czuła się bardzo dziwnie, jakby nie była sobą, choć nie odczuwała w sobie większym zmian, oprócz tego, że całe jej ciało płonęło potężną energią, nad którą ledwo co panowała.


Po chwili Syriana powstała, a wraz z nią Alren oraz Gord. Arcykapłanka wyciągnęła rękę w stronę ściany i nagle oczom złoto-blond dziewczyny ukazało się wyjście na ogromny taras. Jednak to, co zaskoczyło ją najbardziej, to fakt, iż na dworze było ciemno. Słyszała też zaniepokojonych ludzi, gdzieś niedaleko. Zanim zapytała, o co tu chodzi, Syriana uśmiechnęła się do niej lekko.


-        Idź, Pani, niechaj cały świat dowie się, że wróciłaś – powiedziała tajemniczo, a Ella posłuchała jej.


Gdy tylko weszła na taras, automatycznie spojrzała w nocne niebo, pokryte niezliczonymi, barwnymi gwiazdami oraz na Miryon, lśniący tak silnym, niebieskim światłem, jak nigdy dotąd. Miała wrażenie, że jego blask ją otacza i niemal czuła jego ciepło na skórze. Dopiero po chwili do niej dotarło, że przecież jest południe, więc to nie pora na noc.


Kiedy jednak chciała zapytać o to Syrianę, która stała nieco za nią, podobnie jak strażnicy, zauważyła tłum ludzi na samym dole, pod budynkiem. Stali przerażeni i zachwyceni zarazem jej widokiem, a po chwili uklękli przed nią, tworząc optyczną falę. Ella nie wiedziała, że oni widzieli w niej boginię i nie było w tym ani trochę przesady.


Niebieska suknia mieniła się w błękitnym blasku Miryonu, a kolor jej długich włosów przypominał prawdziwe złoto. Do tego te mistyczne oczy, tak dawno niewidziane na tym świecie... Nikt nie miał najmniejszych wątpliwości, kim jest ta kobieta i nawet noc w środku dnia, nie wydawała się im już taka dziwna. Na wszelki wypadek jednak Syriana głośno oznajmiła, co przed chwilą nastąpiło, używając magii tak, by usłyszał to w swej głowie każdy mieszkaniec Egharii.


Po kilku minutach, gdy Ella wróciła już do komnaty, poczuła się słabo i niespodziewanie zemdlała. Jej bezwładne ciało błyskawicznie złapał Ren. W tej samej chwili wszystko wróciło do normy. Znów zaświeciło Słońce, a Ella miała na sobie tę samą białą szatę, co przed rytuałem.


-        To normalne – uspokoiła strażników Syriana, widząc ich niepokój. – Po tym, podobne omdlenie nie powinno już mieć miejsca, ale za pierwszym razem taki szok magiczny musiał ją zwalić z nóg – dodała jeszcze, a oni odetchnęli.


-        Zanieść ją do sypialni, Pani? – spytał Ren.


-        Tak – powiedziała krótko. – Ty zaś, Gordzie, pójdziesz się ze mną. Ponoć był jakiś problem na granicy wschodniej.


-        Tak jest – odparli jednocześnie, po czym każdy wykonał swe zadanie.


Gord poszedł za Syriana, a Ren trzymając Ellę delikatnie na rękach, zaniósł ją do jej sypialni. Nie zdawał sobie sprawy, że idzie tam wyjątkowo wolno, jakby chciał się nacieszyć każdą sekundą, w której może bezkarnie dotykać jej ciała i czuć jej ciepło.


W sypialni położył ją ostrożnie na dużym łożu i przykrył nieznacznie kołdrą. Spojrzał na nią z góry i przygryzł wargi, gdy wpatrywał się w jej anielską twarz. Była taka piękna. Wtedy na tarasie, dosłownie nie mógł oderwać od niej wzroku. Wyglądała jak prawdziwa bogini... Była absolutnie doskonała, aż mu dech zaparło. Teraz, na jej śpiącej twarzy malował się smutek. Wiedział, czym był spowodowany i czuł się z tym okropnie, ale nie mógł nic na to poradzić...


Zaklął pod nosem, bo musiał już iść, jeśli nie chciał wzbudzać podejrzeń Syriany. Zanim to jednak zrobił, nie mógł się oprzeć i odgarnął kilka kosmyków jej złotych włosów z twarzy, a potem pochylił się i musnął wargami jej słodkie usta. Przeszył go miły dreszcz. Zaraz jednak się cofnął, bojąc się, że zdradzi się ze swoimi prawdziwymi emocjami. Syknął cicho pod nosem, wykonał gwałtowny zwrot w tył i wyszedł z jej sypialni.


Miał zamiar trenować tak długo, aż się zmęczy, byle tylko nie myśleć o pięknej ukochanej, z którą nie mógł teraz być. Wraz z tym postanowieniem, w myślach, opuścił budynek Świątyni.


***


Egharia: Cehron – Ehrona (Pałac Cesarski), popołudnie


Cesarzowa Oriana była dziś szczególnie nie w humorze. Doskonale wiedziała, co wydarzyło się kilka godzin temu. To musiała być energia mitycznej Mirelli. Przebudziła się. Nie było co do tego żadnych wątpliwości, a to oznaczało dla niej tylko i wyłącznie problemy.


-        Przeklęty Thar! – syknęła wściekle, chodząc po swej sali tronowej tam i z powrotem. – Miałeś nie dopuścić do jej przebudzenia! – krzyczała do nieżyjącego już generała.


Kiedy nerwowo rzuciła złotym pucharem o ścianę, wyczuła obecność jednego z generałów. Usiadła na tronie i uniosła dumnie głowę, próbując opanować swój gniew.


-        Wejść! – krzyknęła i zaraz potem otworzyły się wielkie wrota do sali. Oczom Cesarzowej ukazał się Xallos, Czwarty Generał Harmeyonu[1] - Czego chcesz, Xallosie?


-        Pani, słyszałem o śmierci Piątego Generała... – zawahał się wysoki mężczyzna, o długich, czarnych włosach, związanych w kitkę i złotych oczach.


-        I co w związku z tym? – syknęła Oriana jadowitym tonem. – Przyszedłeś zaoferować swoje usługi? Masz już swoje zadanie, do którego się nie przykładasz!


-        Pani... – zląkł się. – Zapewniam, że jestem na dobrej drodze, ku znalezieniu Arelli.


-        To znaczy? – zainteresowała się Cesarzowa.


-        Ślady po niej i Księciu urywają się w Alorii, gdzie widziano ich oboje po raz ostatni...


-        Tyle to ja wiem, idioto! – syknęła. – Tylko dlatego, że tam byli mój plan szlag trafił! Myślałam, że wiesz już, gdzie dokładnie teraz jest ta siksa!


-        Przykro mi, Wasza Wysokość. To wymaga więcej czasu... – przełknął ślinę.


-        Masz miesiąc i ani dnia więcej, rozumiemy się? – warknęła, obniżając głos. – A jeśli zawiedziesz tak, jak Thar... – uniosła rękę, nad która pojawiła się kula czarnego ognia.


-        Tak jest – odparł i zniknął gdzieś.


Oriana wzięła głęboki wdech, po czym zastanawiała się, komu powierzyć zadanie zabicia Mirelli i Łowcy Dusz. Wiedziała, że również to musiało być wykonane, jak najszybciej, w przeciwnym razie ta dwójka pokrzyżuje jej plany. Myślała o Sylvi – Drugim Generale, ale wówczas wyczuła innego wojownika w pobliżu.


-        Pokaż się, Tiya. – wydała rozkaz, wyczuwając Trzeciego Generała, a kobieta ta ukazała się władczyni.


-        Pani, pozwól mi zająć się Mirella i Alrenem. – zaoferowała. – Okropnie się ostatnio nudzę... – spojrzała na Orianę ze złowrogim spojrzeniem.


Cesarzowa się uśmiechnęła. Ze wszystkich swoich generałów najbardziej lubiła Pierwszego i Trzeciego. Mieli te cechy charakteru, które ceniła sobie w wojownikach najbardziej: bezlitosność, lojalność, przebiegłość i żądzę krwi. Nie chciała powierzać swoim ulubieńcom takiej misji, ale uznała, że to może być gwarancja sukcesu.


-        Skoro tak, to masz moje pozwolenie... – posłała jej znaczące i przychylne spojrzenie. – I jeszcze coś... Miej na oku tego durnia, Xallosa. Nie ufam mu.


-        Jak rozkażesz, moja Pani – ukłoniła się swej władczyni i zniknęła, zostawiając ją sama w sali tronowej.


***


Egharia: Aloria – Lorion (Świątynia Harionlis), wczesny wieczór


Ella ocknęła się w dziwnym miejscu. Na niebie świecił srebrny Księżyc, a niebo było czarne, jak atrament. Wszędzie leżał śnieg, zaś budynki wyglądały jak te na Ziemi. Dopiero po chwili zorientowała się, że jest w Londynie. Miała na sobie ten sam strój, co wtedy... Westchnęła na wspomnienie tamtej chwili. Magicznej i niepowtarzalnej, która teraz zdawała się być tylko pięknym snem...


Spojrzała w niebo tęsknym wzrokiem i nagle ujrzała JEGO, opierającego się o pobliską latarnię, w stylu dziewiętnastowiecznym. Ku jej zdumieniu włosy miał krótkie, nie tak, jak wówczas, gdy przybył na Ziemię, ale za to spojrzenie było równie ciepłe i pełne uczuć, co tamtego niezwykłego wieczoru. Uśmiechał się do niej delikatnie, ale nic nie mówił.


Ella z lekką obawą, że za chwilę sen zamieni się w koszmar, podeszła do niego powoli i spojrzała w jego nieziemskie oczy. Cała drżała, chcąc poczuć jego dotyk, ale nie miała odwagi wyciągnąć ręki po tym, co ostatnio usłyszała... Nie zapomniała o tych słowach, które ją prześladowały. Wówczas on uniósł dłoń i ujął jej podbródek.


-        Dlaczego drżysz, Kotku? – spytał łagodnie, a ją przeszył miły dreszcz.


-        Ren... Czy ty... – nie potrafiła tego wyrazić w słowach. – Dlaczego to powiedziałeś? – wyksztusiła, wtulając się w jego dłoń policzkiem. Bała się, że za chwilę on zniknie, niczym mydlana bańka.


-        A co takiego powiedziałem? – uśmiechnął się ciepło.


-        No... – przełknęła ślinę.


-        Ello... – zbliżył swoją twarz do niej. Poczuła przypływ podniecenia, gdy jego gorący oddech owiał jej buzię. – „Kocham cię. Nawet nie wiesz, jak bardzo...” – usłyszała te same słowa, co wtedy, gdy po raz pierwszy wyznał jej miłość i łzy automatycznie spłynęły jej po twarzy.


Nim zdołała wyksztusić choć jedno słowo, poczuła jego miękkie wargi na ustach. Rozpalił płomień w jej wnętrzu, jak zawsze. Nie miała sił już myśleć. Wiedziała, że to tylko sen, ale chciała, by trwał wiecznie. Wolała się nie obudzić, jeśli miała znów ujrzeć to zimne spojrzenie i usłyszeć ostry ton głosu. Objęła go więc najmocniej, jak umiała i pozwoliła, by słodki całus przemienił się w rozwiązły i namiętny pocałunek. Zaraz potem jednak mężczyzna odsunął się i zaczął powoli znikać, trzymając ją za rękę.


-        Ren! Nie opuszczaj mnie! – krzyczała przez łzy. – Błagam, nie!


-        Zachowaj spokój... Pamiętaj, że cokolwiek się wydarzy... – rzekł spokojnie. -  Zawsze będę przy tobie – dodał jeszcze i zniknął zupełnie. W tym momencie...


Ella zbudziła się. Rozejrzała się niespokojnie, a gdy zorientowała się, że jest w swej sypialni, w Świątyni, wiedziała już, że wróciła do rzeczywistości. Westchnęła ciężko, po czym zastanawiała się, co się stało, nim tu trafiła. Czyżby zemdlała po tamtym rytuale? Nie miała jednak sił, by o tym myśleć.


Wyszła na taras z drugiej strony budynku, by zaczerpnąć rześkiego, wieczornego powietrza. Spojrzała jeszcze na Słońce chylące się ku zachodowi i dopiero po chwili dostrzegła duży plac na samym dole, otoczony rzędami drzew. Jeszcze nie była w tej części terenu świątynnego, więc oglądała wszystko z zainteresowaniem. Jednak, gdy jej wzrok natrafił na osobę na tym placu, cała reszta przestała mieć znaczenie...


Wstrzymała oddech, widząc spoconego z wysiłku Rena, wymachującego mieczem we wszystkie strony. Był sam i najwyraźniej trenował. Tylko po co? Zawsze sądziła, że ktoś tak silny, jak on, nie potrzebuje ćwiczeń. Wiele razy udowodnił, że jest w niezwykłej formie.


W tej samej chwili postanowiła zejść na dół i przyjrzeć mu się z bliska, nawet, jeśli on sam nie będzie z tego powodu zachwycony.







[1] HarmeyonTajny Zakon Cehronu, szkolący wyjątkowych wojowników. Spośród nich wybierana jest piątka najlepszych, zwanych później generałami, którzy działają w cieniu i są na rozkazy wyłącznie władcy Cesarstwa. Zwykła armia i generałowie nie mają pojęcia o ich istnieniu.



Aruell
Nastrój: ...
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 110

środa, 19.października.2011, 00:27

 


Rozdział 110




31 dzień muedrilu 8976 roku, Egharia: Aloria – Lorion (Świątynia Harionlis),około 10:00


Kiedy Ella szła z Gordem do wnętrza Świątyni, nie miała pojęcia, że ktoś uważnie ją obserwował z ukrycia. Był to Alren we własnej osobie. Użył maskującego czaru, więc Ella nie mogła go teraz widzieć, ale był pewien, że Gord wie, że wcale nie poszedł nadzorować przygotowań do ceremonii. Jednak na szczęście nie zamierzał jej tego zdradzać. Ren patrzył tak długo, aż zniknęła mu z oczu, a potem utkwił wzrok w zielonej trawie.


Dłoń, którą opierał się o drzewo, drżała, a po jego policzkach obficie płynęły łzy. Usta, które jeszcze chwilę temu mówiły tak okrutne słowa, dygotały teraz, wydając cichy jęk rozpaczy. Zielone oczy, które kilka minut wcześniej wyrażały pustkę i obojętność, tonęły teraz w niewyobrażalnym bólu.


-        Wybacz mi... – szepnął najciszej, jak umiał, mimo że dookoła nikogo nie było. – Wybacz, Kotku... – załkał i zasłonił twarz drżącą dłonią.


Wiedział, że to będzie straszne, ale nie spodziewał się, że będzie mu aż tak ciężko. W czasie minionej rozmowy dawał z siebie absolutnie wszystko, by nie zdradzić swych prawdziwych emocji. Musiał wypaść wiarygodnie i chyba mu się udało. Widział to w jej łzach i słyszał w drżącym głosie. Przez kilka chwil, miał wrażenie, że temu nie podoła. Tak naprawdę, nadal szaleńczo ją kochał. Mówienie jej więc, że między nimi wszystko skończone i że nic do niej nie czuje, było ekstremalnie trudne. Jeszcze nigdy aż tak nie kłamał... Wiedział jednak, że musi. Zdawał sobie sprawę, że tak będzie lepiej dla niej.


Jedynym pocieszeniem było, że taki stan rzeczy miał być tylko na jakiś czas. Ale co, jeśli do tego czasu ona go naprawdę znienawidzi? Co, jeśli uwierzy w jego kłamstwa i przestanie go kochać? Co, jeśli po wszystkim mu nie wybaczy? Co, jeśli... zakocha się w kimś innym? Nagle ogarnęły go liczne wątpliwości, czy aby na pewne dobrze zrobił...


Jednak wówczas przypomniał sobie po raz kolejny, co spotkałoby jego ukochaną, gdyby się nie zgodził na ten sposób... i od razu oprzytomniał. Nawet jeśli mu nie wybaczy, dobrze zrobił. Wmawiał to sobie bez końca, jakby się bał, że inaczej sam w to nie uwierzy. Mimo to rozpierała go wielka złość i aż musiał walnąć w drzewo pięścią, by rozładować choć część złej energii. Wiedział, że musi się czymś zająć, bo inaczej oszaleje. Postanowił więc, że po ceremonii pójdzie potrenować. Miał nadzieję, że wysiłek fizyczny, choć trochę ulży mu w bólu, który rozdzierał teraz jego serce.


***


Tymczasem w jadalni Syriany...


Arcykapłanka i Ella jadły śniadanie, a właściwie należałoby powiedzieć, że tylko Syriana, bo Księżniczka, prócz gorącej herbaty, nie wzięła niczego do ust. Nie słuchała też uważnie tego, co mówiła do niej kapłanka. Jakiś tam bełkot o ceremonii, zaklęciach i nowej roli, nie były w stanie zwyciężyć z zamartwianiem się o Alrena.


Nie mogła uwierzyć, że powiedział jej coś takiego! Była pewna, że dzieje się tu coś dziwnego i bardzo jej się nie podobało, że próbowano ją wmanewrować w jakąś grę. Najgorsze, że nie miała pojęcia, co robić. Wiedziała, że nawet jeśli zarzuci Syrianie jakieś podstępne działania bez dowodów, to niczego to nie zmieni. Musiała się najpierw dowiedzieć, co się stało i co ważniejsze – dlaczego. To jednak wymagało czasu.


-        Księżniczko, ty mnie w ogóle nie słuchasz! – Ella ocknęła się, słysząc podniesiony głos Syriany. – Omawiam bardzo istotne szczegóły ceremonii, którą masz za niecałe dwie godziny, a ty tracisz czas na rozmyślanie o tym mężczyźnie! – skarciła ją.


-        Co w tym złego? – Ella poczuła gniew. Od początku drażnił ją ton Arcykapłanki, jakim się do niej i do niego zwracała, a teraz dała to po sobie poznać. – Niepokoi mnie jego zachowanie. Uwierz mi, Syriano, on jest dla mnie ważniejszy, niż jakiś tam rytuał!


-        Jakiś tam rytuał? Czy ty nie rozumiesz, Pani, że bez tej ceremonii, nie będziesz w stanie ocalić świata? Zachowujesz się w sposób lekkomyślny i nieodpowiedzialny! – rzekła z irytacją w głosie. – Masz ważniejsze rzeczy na głowie, niż problemy sercowe – spojrzała na nią takim wzrokiem, że Ella zamilkła. Była wściekła, ale wiedziała, że nie może być taka samolubna i myśleć tylko o NIM, skoro w tym czasie cała Egahria liczy na jej pomoc.


-        Powiedz mi jeszcze raz, w największym skrócie, na czym będzie polegał ten rytuał – odparła sucho, nie zaszczycając Arcykapłanki nawet jednym spojrzeniem.


Syriana uśmiechnęła się do siebie pod nosem. Widziała, że w tej dziewczynie zaczyna się budzić duch pradawnej królowej, o której istnieniu nawet nie ma jeszcze pojęcia. To był dobry znak.


-        Udasz się Pani do serca Świątyni, gdzie mieści się Sanktuarium samego Hariosa. Zanurzysz się w jeziorze Boskich Łez i wypowiesz to zaklęcie. – Podała Elli mały zwój. – Nie możesz się pomylić, bo w przeciwnym razie, rytuał się nie uda. Potem poczujesz w sobie przebudzenie duszy i magii. Odrodzisz się na nowo w tym świecie, a gdy wyjdziesz z wody, będziesz już Księżniczką Mirellą i nigdy nie wrócisz do obecnej, uśpionej postaci.


-        Rozumiem... – Nie przejawiała entuzjazmu, ale wiedziała, że tak trzeba. – Co potem?


-        Później odpoczniesz, Wasza Wysokość. Jutro natomiast udamy się do pałacu, gdzie poznasz Królową Alorii – Syriana mówiła spokojnie. – Następnie zamieszkasz w letnim zamku Królowej Serabell, w zamkniętej dla zwykłych ludzi, części wyspy, gdzie rozpoczniesz swoje szkolenie.


-        Powiesz mi teraz, na czym będzie ono polegało? – Po raz pierwszy, od dłuższego czasu, na nią spojrzała.


-        Dobrze. Będziemy miały z głowy tę rozmowę – stwierdziła rzeczowo. – Szermierki będzie cię uczył Gord, łucznictwa nauczy cię Soana, elficka mistrzyni w tej dziedzinie. Natomiast w pierwszy krąg Białej Magii wprowadzę cię osobiście – wyjaśniła, ale Ella zdawała się nie być zadowolona z takiego obrotu sprawy.


-        A dlaczego akurat Gord? Czy Alren nie byłby lepszy?


-        Rozważałam taką możliwość, ale doszłam do wniosku, że nie byłabyś w stanie się od niego uczyć. Za bardzo się nim przejmujesz, a nic nie powinno cię rozpraszać w czasie tego szkolenia, bo i tak masz mało czasu na naukę – odparła rzeczowo, a Ella nie miała kontrargumentu.


Przez chwilę wyobraziła sobie wściekłość Alrena, gdy o tym usłyszy, ale zaraz sobie przypomniała o jego dzisiejszych słowach i nieco w to zwątpiła. Myśl o ukochanym znów pogorszyła jej nastrój. Chyba rzeczywiście nie byłaby w stanie skupić się nauce, gdyby to on był jej nauczycielem.


-        Jeżeli zaś chodzi o rozkład zajęć, pozwól, że posłużę się ziemskimi nazwami dni tygodnia. W poniedziałki i czwartki będziesz miała szermierkę. We wtorki i piątki otrzymasz lekcje łucznictwa i sztuk walki. W środy i soboty będziesz uczyła się Białej Magii u mnie. Natomiast niedziela będzie dniem odpoczynku i medytacji.


-        A po czym poznacie, że jestem gotowa? Będą jakieś sprawdziany?


-        Oczywiście, ale o tym później... – zerknęła na zegar. – Wygląda na to, że nie mamy już więcej czasu na pogaduszki – powiedziała zwyczajnie, ignorując podły nastrój oraz irytację Elli.


-        Mam się iść stroić? - spytała Ella, wyraźnie ironicznie.


-        Nie. Musisz tylko oczyścić swe ciało w Świętej Łaźni. Służba świątynna cię tam zaprowadzi, Księżniczko – ukłoniła się złotowłosej, po czym zawołała straż i opuściła jadalnię.


Godzinę później, Ella była już po oczyszczającej kąpieli i właśnie opuściła swoją komnatę w śnieżnobiałej szacie królewskiej. Nie miała na sobie żadnej biżuterii, ale i bez niej wyglądała, jak bogini i przyciągała uwagę wszystkich, którzy kręcili się po Świątyni. Na końcu długiego korytarza, Ella natknęła się na dwóch mężczyzn. Alren i Gord stali obok siebie i równocześnie się jej pokłonili. Razem wyglądali tak nieziemsko, że dziewczyna mimowolnie wstrzymała oddech. Nie odezwała się jednak, bo nie było takiej potrzeby.


Obaj mężczyźni eskortowali ją, aż do Sanktuarium Hariosa, w głębi Świątyni. Tylko nieliczni znali drogę do tego miejsca. Shiryeni się do nich zaliczali, więc w przeciwieństwie do pozostałych strażników, wiedzieli dokładnie, dokąd iść.


Mimo iż każda kolejna komnata Świątyni była piękniejsza, Ella prawie w ogóle nie zwracała na nią uwagi. Cały czas posyłała w stronę Rena ukradkowe i smutne spojrzenia, ale on nie popatrzył na nią ani razu. Miała ochotę się rozpłakać, ale musiała być twarda, przynajmniej do końca ceremonii. Tymczasem Gord dyskretnie przyglądał się tej dwójce i próbował odgadnąć, co oznaczają te dziwne zachowania.


W końcu dotarli do Sanktuarium Hariosa. Przed magicznymi wrotami do serca Świątyni i zarazem Egharii stała już Syriana we własnej osobie i... nikt więcej. Ella była tym zaskoczona.


-        Najwyższy już czas – westchnęła Syriana. – Czy pamiętasz słowa zaklęcia, Wasza Wysokość?


-        Tak... – odparła nieco stłamszonym głosem.


-        Zatem, wejdź do środka i zrób wszystko, o czym mówiłam, koniecznie we właściwej kolejności.


-        Dobrze... – zrobiła krok naprzód, ale zerknęła jeszcze na Rena, jakby miała nadzieję na jakiekolwiek słowa otuchy czy choćby jeden uśmiech, ale on nadal był niewzruszony.


Westchnęła ciężko i przekroczyła magiczne wrota do Sanktuarium Hariosa. Najpierw oślepiło ją jasne, białe światło, potem zobaczyła niewielkie jeziorko Boskich Łez, a dookoła zupełnie nic. Wszystko było zakryte jasną mgłą. Podeszła nieśmiało do zbiornika wodnego i mimowolnie przypomniała sobie, o jeziorze Eloy w Veolii, gdzie zaczęła się właściwa część jej przygody w Egharii. Nigdy nie sądziła, że tyle się zmieni od tamtego czasu. Odgoniła jednak te rozpraszające myśli i zanurzyła się w wodzie, aż do pasa, po czym uniosła wyprostowane ręce ku górze i patrząc w niewidzialne niebo, zaczęła wykrzykiwać słowa z tamtego zwoju. Nie przeszkadzało jej, że w ogóle nie rozumiała tekstu tego zaklęcia. Chciała po prostu mieć to już za sobą.


-        Oto stoję u źródła wszystkiego, co istniało, istnieje i istnieć będzie. Ja, wszechmocna pani, która ponownie się zrodziła, wzywam teraz ciebie, moja druga duszo, przed me oblicze i rozkazuję ci się przebudzić. O, wieczny Miryonie, bądź świadkiem mego odrodzenia i zalśnij ponownie błogosławionym blaskiem! – dokończyła i w tej chwili woda zaczęła unosić się wbrew grawitacji, ku górze.


Krople mieniły się błękitnym światłem i otaczały ciało Elli, które teraz bezwładnie unosiło się nad taflą jeziora. Dziewczyna była półprzytomna. Czuła w sobie silne pulsowanie energii i gorąco, które zdawało się docierać od każdej komórki jej ciała. Przez chwilę ujrzała w myślach obraz pięknej kobiety, łudząco do niej podobnej, ze znakiem podwójnego Księżyca na czole i ubranej w błękitny strój. Nie widziała jej, ani na tyle długo ani wyraźnie, by móc się zastanowić, kim może być, ale usłyszała w głowie jej subtelny głos, który wydał jej się znajomy.


-        Przebudź się, Mirello... Od tej chwili stańmy się jednością... – powiedziała i wtedy Ella poczuła w sobie tak niewyobrażalną moc, że nawet nie wiedziała, jak to nazwać.


Zaraz potem leżała bezwładnie na powierzchni wody, z szybko bijącym sercem. Oddychała ciężko i kręciło jej się w głowie, tak silne było to doświadczenie. Na jej czole zaś zalśnił znak Miryonu. Kiedy tylko wyszła z jeziorka, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, na jej ciele pojawiła się niezwykle piękna, błękitna suknia i złoto-srebrna biżuteria.


W tym stroju wyglądała, jak najprawdziwsza Księżniczka i tak też pomyśleli jej strażnicy oraz Syriana, gdy Ella, a właściwie Mirella, opuściła tamten wymiar. Wszyscy troje uklękli przed nią, oddając jej hołd.


-        Niech żyje, Jej Wysokość, Księżniczka Mirella! – krzyknęła Syriana, a mężczyźni trzykrotnie za nią powtórzyli. – Nareszcie, po wielu wiekach, dokonało się to, co przepowiedziały pradawne słowa...


 

Aruell
Nastrój: ^^
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu (tom II) - Część V - Rozdział 109

wtorek, 18.października.2011, 01:00



Witajcie!


Zaczynamy II tom „Blasku Miryonu”, wraz z V częścią. Mam nadzieję, że nie będziecie zawiedzeni jej treścią. Jednocześnie informuję, że to najdłuższa część ze wszystkich i zarazem ostatnia tego typu...


Miłego czytania i czekam na wrażenia!


***


Blask Miryonu




Tom II




Część V – „Szkolenie Elli”





Rozdział 109




31 dzień muedrilu 8976 roku, Egharia: Aloria – Lorion (Świątynia Harionlis), poranek



Gdy Ella otworzyła oczy, zorientowała się, że jest w swojej komnacie. Zdziwiła się, bo przecież zasnęła w sali Alrena. Po chwili jednak pomyślała, że musiał ją tu przenieść... Tylko po co? Aby nikt nie odkrył, gdzie spędziła noc? To było bez sensu! Przecież wszyscy wiedzą, że ona i Ren się kochają, więc po co ten cały cyrk? Zasady i konwenanse... – przypomniały jej się słowa ukochanego i jednocześnie zirytowały. Gdy zerknęła na zegar, stwierdziła, że jest jeszcze bardzo wcześnie. Postanowiła pójść do Rena i zapytać go, dlaczego tak się tym wszystkim przejmuje, skoro wcześniej miał to w głębokim poważaniu.


Tak postanowiwszy, ubrała pierwszą lepszą suknię i wyszła ze swej komnaty. Niestety nie znalazła go w jego sali. Zawiodła się, bo chciała z nim porozmawiać, koniecznie jeszcze przed ceremonią. Głowiła się, dokąd mógł pójść o tak wczesnej porze i wtedy pomyślała o ogrodzie. Wymknęła się tam cichcem, sprytnie unikając kontaktu ze strażą. Nie miała ochoty na ich uprzejmości ani pytania, dokąd idzie. Niestety, tuż przed wyjściem do ogrodu, omal nie wpadła na Gorda.


-        Dzień dobry, Wasza Wysokość. – Blondyn ukłonił jej się, ale ona nie miała najmniejszej ochoty na rozmowę z nim. Zwłaszcza teraz, gdy jej myśli krążyły wokół wczorajszego, dziwnego zachowania Rena.


-        Witaj. Idę się przewietrzyć. Przepuść mnie, proszę – odparła uprzejmie.


-        Idziesz szukać JEGO – powiedział, zaskakując ją. – Nie musisz mnie okłamywać, Pani... – spojrzał jej w oczy, a ona zmieszała się.


-        Widziałeś go może przypadkiem? – starała się być opanowana.


-        Jest blisko, Księżniczko. Wyczuwam jego obecność, więc nie musisz się o niego martwić.


-        Muszę z nim pomówić na osobności – powiedziała poważnie. – Dlatego proszę, nie idź za mną.


-        Jak rozkażesz, Pani – ukłonił się ponownie i wpuścił Ellę do ogrodu.


Idąc między drzewami, wciąż sprawdzała, czy Gord jej nie śledzi, ale na szczęście przekonała się, że posłuchał jej prośby. Odetchnęła z ulgą. Czuła się nieswojo przy tym blondynie. Sama nie wiedziała, dlaczego. Potrząsnęła jednak głową i postanowiła skupić się na poszukiwaniach swego mężczyzny.


Gdy po trzydziestu minutach dotarła do pięknej, centralnej fontanny w świątynnym ogrodzie, usiadła na jej brzegu i ze smutkiem patrzyła w strumień lazurowej wody. Przeszukała prawie cały ogród i nie znalazła go. W pierwszej chwili pomyślała, że może otrzymał jakieś specjalne zadanie, ale zaraz sobie przypomniała, że miał obowiązek ją chronić, więc musiał być w pobliżu. Poza tym potwierdził to sam Gord. To zaś oznaczało, że Alren jej unikał. Martwiło ją jego wczorajsze zachowanie.


Miał chłodne spojrzenie, a jego słowa były ostre jak brzytwy. Mimo iż wczorajsza namiętność była niezwykła, silna i z pewnością prawdziwa, wiedziała, że coś jest nie tak. Niepokoiło ją, że w ogóle poruszył temat rozstania, nawet jeśli tylko w żartach. Intuicyjnie czuła, że wczoraj rano wydarzyło się coś ważnego, coś co zupełnie odmieniło jego postawę. Bała się, o co chodzi i o tym chciała z nim porozmawiać, a jego jak na złość nigdzie nie było. Westchnęła ciężko. Jeszcze nawet nie przeszła ceremonii, a już miała dość tej nowej sytuacji. Zapragnęła wrócić do krainy wiecznego lodu albo pustyni, gdzie może nie było tak pięknie, jak tutaj, ale Alren był sobą i należał tylko do niej. Stwierdziła, że w tym momencie jest okropną egoistką, ale nie zamierzała się tym przejmować.


Kiedy tak siedziała i patrzyła w pogodne niebo, pozwalając, by łagodny wiatr owiewał jej twarz, niespodziewanie usłyszała znajomy głos. Ten, który chciała usłyszeć najbardziej...


-        Witaj, Wasza Wysokość. – Jego ton był tak oficjalny, że Ella nie mogła uwierzyć, że mężczyzna, który przed nią teraz klęczał, to jej Ren.


-        Cześć Ren... – rzekła nieśmiało.


-        Jestem Alren, nie Ren, Pani. – Spojrzał na nią, ale jego wzrok był zupełnie pusty i wręcz poraził dziewczynę.


Nie było w nim żadnych emocji. Jego oczy nie wyrażały ani miłości ani gniewu, zupełnie nic. Ellę przeszył niemiły dreszcz.


-        Nie wygłupiaj się. Wiem, że mnie nabierasz tym zachowaniem... – rzekła niepewnie. – Nie mam dziś nastroju na żarty.


-        Z całym szacunkiem, Wasza Wysokość, mówiłem poważnie. Od dziś ty jesteś Mirellą, a ja Alrenem.


-        Przecież jesteśmy teraz sami! Po co te uprzejmości? – krzyknęła Ella, podbiegając do niego i zmuszając go, by wstał i spojrzał jej w oczy. – Co się  z tobą dzieje, Ren? Dlaczego jesteś taki dziwny?


-        Puść mnie, Księżniczko – powiedział spokojnie, kiedy ona płonęła z emocji.


-        Przestań! Błagam cię! – Oczy jej się zeszkliły. – Popatrz na mnie normalnie, drocz się, ile chcesz., możesz nawet się ze mnie śmiać, ale proszę... Nie bądź taki, jak teraz! – szarpała go za ubranie i wtedy on chwycił jej dłonie, i siłą odciągnął od siebie.


-        Mirello, to niemożliwe – odparł nadal opanowanym tonem. – Uspokój się i chodź za mną. Śniadanie i Syriana już czekają.


-        Mam to gdzieś! Nigdzie nie pójdę, dopóki mi nie wyjaśnisz, o co tu chodzi! – kipiała ze złości, a on sprawiał wrażenie niewzruszonego. – Jak możesz być taki zimny po wczorajszej nocy? Nawet nie... W ogóle po tym wszystkim, co razem przeszliśmy! Jeśli coś się stało, powiedz mi o tym... – Patrzyła na niego błagalnie, panicznie szukając choćby iskierki uczucia w jego oczach, ale bezskutecznie.


-        Wasza Wysokość, musisz zrozumieć, że Ren i Ella umarli, a wraz z nimi to, co ich łączyło. – Głos mu nawet nie zadrżał, gdy to mówił. – Teraz są Mirella i Alren. Księżniczka Miryonu i jej strażnik. Będę cię strzegł, aż do ostatniej kropli krwi, lecz nie oczekuj już ode mnie tego, czego nie mogę ci dać.


-        Chyba nie mówisz o... – Ella się załamała i aż usiadła na brzegu fontanny z wrażenia.


-        Tak, mówię o miłości, w każdej jej możliwej postaci. Ren, który kochał cię całym sercem już nie istnieje... Musisz się z tym pogodzić – stwierdził poważnie, a Ella nie wierzyła własnym uszom.


-        Jak to nie istnieje?! Co ty bredzisz, do diadła! Co oni ci zrobili wczoraj rano? Albo raczej, co zrobili ci dzisiaj? – zaczęła się zastanawiać, czy na zmianę jego osobowości nie wpłynął wczorajszy rytuał powrotu Shiryena. Może naprawdę mu coś poprzestawiali w głowie, by się nie buntował przeciw zasadom?


-        Nic. Uprzedzałem, że tak się stanie...


W tym momencie do Elli niczym bumerang powróciły słowa o zmianach, o których rzeczywiście wczoraj wspomniał. Nigdy jednak nie sądziła, że będą tak szokujące. To było nie do przyjęcia! Po chwili kompletnego szoku, pozbierała myśli i wstała, przybierając waleczną postawę.


-        To Syriana, prawda?


-        Nie rozumiem, o czym mówisz, Księżniczko.


-        Skończ już z tymi uprzejmościami, bo robi mi się niedobrze! – huknęła na niego. – To przez nią się tak zachowujesz, prawda? To ona kazała ci się ode mnie odsunąć? – była pewna, że tak się stało.


-        Mylisz się pani. Co mam zrobić, byś uwierzyła, że nie będziemy już razem?


-        Musiałbyś mi w oczy powiedzieć, że mnie nie kochasz... – rzekła ryzykownie. – Ale tego przecież nie zrobisz, prawda? Nie można wymazać tak silnych uczuć w ciągu jednego dnia czy nocy.


Miała nadzieję, że skruszą go te słowa i zaraz wszystko jej wyjaśni, ale pomyliła się. Jego spojrzenie nadal było puste, a postawa nieugięta. Nie mieściło jej się w głowie, że można być tak dobrym aktorem, więc tym bardziej taki Ren ją przerażał...


-        Jeśli taki jest twój rozkaz, Pani...  - popatrzył jej głęboko w oczy, aż zadrżała. – Nie kocham cię. Z nami koniec. Powtarzam po raz kolejny, Ella i Ren już nie istnieją – mówił to z takim przekonaniem i tak lodowatym tonem głosu, że Ellę zalał zimny pot. Straciła grunt pod nogami.


-        Nie wierzę ci... – kręciła nerwowo głową, cofając się. – To jakiś kiepski żart... Ty w coś grasz... – rzekła i potknęła się o fontannę, wpadając tyłkiem do wody i mocząc ubranie.


Ren bez słowa chwycił jej dłonie i pociągnął ją, pomagając jej ponownie wstać. Jednak Ella nadal drżała z emocji. Nawet jego dotyk był inny. Nie wyczuwała  w nim żadnych emocji. Gdzie to ciepło i dreszczyk podniecenia, które czuła wcześniej?


-        Powinnaś być bardziej ostrożna, Pani  – rzucił sucho. – Nalegam, byś jak najszybciej udała się od jadalni. Syriana na pewno się już niecierpliwi.


-        Nie pójdę tam... Nie w takim momencie... – próbowała dojść do siebie.


-        Za chwilę przyjdzie tu Gord. Odprowadzi cię.


-        Nie chcę! – syknęła i spojrzała na niego z taką złością, jak nigdy wcześniej. – Mów co tu się, do jasnej cholery, dzieje! W tej chwili! – krzyknęła, chcąc uderzyć pięścią  w jego tors, by rozładować napięcie, ale Ren błyskawicznie złapał jej dłoń i zablokował cios.


-        Wasza Wysokość? – usłyszeli nagle Gorda, który wyglądał na zdezorientowanego sceną, którą zobaczył.


Spodziewał się przyłapać ich na jakiś namiętnych pocałunkach albo nawet... Tymczasem zamiast tego ujrzał roztrzęsioną, zapłakaną i rozzłoszczoną Ellę oraz zimnego, wyrachowanego Rena.


-        Odejdź! – syknęła do niego.


-        Musisz, Pani już iść. To bardzo ważne – podkreślił. – Rozmowę ze swym strażnikiem możesz dokończyć po ceremonii.


-        Wiesz, ile mnie obchodzi ta ceremonia? – krzyknęła zła, że Gord jeszcze tu stoi.


-        Domyślam się, ale pamiętaj, Pani, że bez ciebie ten świat czeka zagłada. Jestem przekonany, że o tym wiesz i nie chcesz tego – odparł dyplomatycznie i bardzo uprzejmie, a Ella zamilkła,


Gdy po chwili podniosła wzrok, zauważyła, że Ren gdzieś zniknął. Zaczęła się rozglądać, ale oprócz Gorda nie widziała nikogo.


-        Udał się do Świątyni, by sprawdzić, jak przebiegają przygotowania do ceremonii, Księżniczko – wyprzedził jej pytanie.


-        Nie wybaczę mu, że tak po prostu zniknął po tym, co powiedział... – ugryzła się w język, widząc rosnące zainteresowanie Gorda. On nie powinien wiedzieć o ich problemach. – Dobrze, prowadź... – rzekła od niechcenia.


-        Proszę za mną, Pani...


Shiryen Alren


http://graphic.g.mylog.pl/graphics/12672



Aruell
Nastrój: ;)
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 108

czwartek, 13.października.2011, 00:05



Witajcie!


Przed Wami ostatni rozdział części IV i zarazem I tomu Blasku Miryonu. Przypominam, że wraz z tą częścią, kończą się wątki ziemskie. ;)


W najbliższy wtorek zaś zapraszam na początek nowego etapu w BM. ;)


Pozdrawiam serdecznie i życzę miłego czytania! ;*


P.S. Zachęcam do zabrania głosu w sondzie, która znajduje się w menu, po lewej stronie. ;)


***


Rozdział 108



Sobota, 16 maja 2012 roku, Ziemia: Dominikana – Puerto Plata, popołudnie



Nick i Carmen spacerowali po pięknej plaży w Puerto Plata, trzymając się za ręce i podziwiając morze. Wyglądali, jak papużki nierozłączki i mimo iż nie byli na tam sami, to nie zważali na innych.


Nick zamyśli się na dłuższy czas, patrząc na lazurową wodę, która tak bardzo przypominała mu kolor jej oczu i ten magiczny śnieg... Sam nie wiedział, czemu pomyślał o Elli. Być może dlatego, że gdyby nie ona i jej wypadek, nigdy nie poznałby swej żony? Gdyby nie potrącił jej wtedy samochód, nie wyjechałby do Madrytu w poczuciu winy i nie poznałby tam Carmen. Czy to przeznaczenie? Pewnie tak... Uśmiechnął się do siebie i po cichu pożyczył Elli szczęścia. Miał nadzieję, że ma się dobrze i że spełnią się jej marzenia. Życzył jej tego z całego serca.


-        Dlaczego Dominikana? – Pytanie jego żony wybiło go z zamyślenia.


-        Czyżby ci się tu nie podobało? – spytał, tuląc ją do siebie.


-        Nie skądże... To raj na Ziemi. Jestem tylko ciekawa, czemu akurat ta wyspa?


-        Powiedzmy, że to stare marzenie...


-        Rozumiem. Ale wiesz co? Znudził mi się ten spacer... – Spojrzała na niego wymownie. – Mam ochotę na inne wrażenia.


-        O, doprawdy? To znaczy jakie? – Udawał, że nie wie, co chodzi po głowie jego ślicznej żonie.


-        Nie zgrywaj się... – zaśmiała się i zarzuciła mu ręce na szyję, a potem namiętnie pocałowała.


-        Wiesz, kochanie... Nie jesteśmy tu sami... – Rozejrzał się teatralnie dookoła.


-        W takim razie znajdźmy miejsce, gdzie nikt nam nie będzie przeszkadzał...


-        Jak sobie życzysz...



***



30 dzień muedrilu 8976 roku, Egharia: Aloria – Lorion (Świątynia Harionlis), około północy


Dzień minął szybko i przyjemnie. Jednak wieczorem humor sióstr pogorszył się. Wizja rozstania, być może na zawsze, nie była zbyt miła. Jednak obie wiedziały, że tak musi być. Kiedy w końcu ponownie ujrzeli Syrianę, było nieco przed północą.


-        Ja minął wam czas? – spytała z uprzejmości Arcykapłanka.


-        Dobrze, choć szkoda, że to już koniec... – odparła Ella, bo Mary była zbyt onieśmielona piękną kobietą.


-        Chodźcie za mną – rzekła po chwili Syriana i zaprowadziła Ellę, Mary i Rena do komnaty rytualnej, z takim samy kręgiem magicznym, jaki Ziemianka widziała w sali Serilli.


Mary była nieco spięta i nie chciała puścić dłoni Elli. Ciężko było się pożegnać na zawsze...


-        Będą za tobą tęsknić, siostrzyczko – wyznała Elli.


-        Ja za tobą też, ale wierz mi. Na pewno jeszcze się zobaczymy... – uśmiechnęła się. – Jeśli nie w realnym świecie, to we śnie. – Uścisnęła ją mocno i serdecznie.


-        Dbaj o siebie i bądź szczęśliwa. – Mary szepnęła siostrze na ucho.


-        Ty też, kochanie. Powiedz Davidowi, że jeśli się tobą odpowiednio nie zajmie, to przybędę na Ziemię i skopię mu tyłek! – Mary się zaśmiała.


-        Dobrze, przekażę. – Otarła pojedyncze łzy z policzków.


-        Pozdrów go ode mnie i naszych rodziców też, dobrze?


-        Oczywiście – skinęła głową.


-        Już czas, Mary – usłyszeli głos Syriany, która stała przed kręgiem i czekała na dziewczynę.


Mary spojrzała na Arcykapłankę niepewnie i smutno, ale gdy ujrzała ciepły uśmiech siostry, obejmowanej teraz przez Rena, poczuła się lepiej.


-        Ren... – zwróciła się do niego – uważaj na nią, proszę.


-        Jasne. Nie martw się – skinął głową. – Zajmę się moim Kotkiem należycie. – Puścił jej oczko, a Ella lekko się zarumieniła.


W tej chwili Syriana posłała Renowi wyjątkowo chłodne spojrzenie, ale jakimś cudem powstrzymał się od grymasu z tego tytułu. Wiedział, o co jej chodzi, ale nie chciał niepokoić Mary.


-        Liczę na to – zaśmiała się krótkowłosa i podeszła do kręgu, jak tylko wyściskała ich oboje.


-        Nie bój się. Wszystko będzie dobrze – pocieszyła ją Ella, widząc strach przed rytuałem.


Po chwili Syrianę otoczyło potężne, białe światło, które zaczęło wnikać w znaki wokół kręgu, a następnie przechodzić na Mary. Gdy wokół dziewczyny utworzyła się świetlista kula, spojrzała na Ellę i Rena z lekkim uśmiechem.


-        Do zobaczenia! – krzyknęła i wtedy zniknęła.


W tej samej chwili światło się rozproszyło, a po policzku Elli spłynęła samotna łza, którą szybko otarł Ren.


-        Nie martw się. Jeśli tylko tego zapragniesz, to jeszcze się zobaczycie. – Uśmiechnął się najnaturalniej, jak potrafił. – Wierz mi, wiara i potęga Miryonu razem czynią cuda.


-        To dość nietypowe słowa, jak na ciebie, Alrenie.


-        Sugerujesz, że diabeł nie wie, czym jest wiara? – zakpił, a ona się zaśmiała. O to mu właśnie chodziło.


Chciał zobaczyć jej uśmiech, choć dobrze wiedział, że on sam będzie w najbliższym czasie powodem jego braku. Jednak starał się odsuwać tę okropną myśl najdalej, jak się tylko dało.


-        Zostawcie takie rozmowy na później – usłyszeli chłodny głos Syriany, który szybko ich otrzeźwił. – Jutro dokończymy naszą rozmowę o twoim szkoleniu, Księżniczko. Jednak dopiero wieczorem, bo w południe odbędzie się twoja Ceremonia Pierwszego Przebudzenia.


-        Już jutro?


-        Tak, Wasza Wysokość. Naciesz się wolnością i spokojem, bo jutro zostaniesz najważniejszą osobą na tym świecie i wszystko się zmieni...


***



Ziemia: Londyn – Siedziba Bractwa Miryonu, noc


David nie spał całą minioną noc, odkąd Mary nie wyszła z tego kościoła. Następnego dnia nie poszedł od pracy, tylko nadal czuwał we wnętrzu Świątyni, próbując zrozumieć słowa Serilli, która wyjaśniła mu, że Mary spotkała się z Ellą w innym świecie. Do tej pory nie wróciła...


Był bardzo niespokojny. Już wcześniej miał złe przeczucia i najwyraźniej się spełniły. Kolejnej nocy był już wyczerpany i wychodził z siebie, na co nie mógła patrzeć Serilla.


-        Uspokój się już i wracaj do domu. Powinieneś się przespać... Ślęczysz tu już całą dobę.


-        Jak mam się uspokoić? Moja dosłownie narzeczona zniknęła i nie wiem kiedy wróci! Czy w ogóle wróci...


-        Wróci – odparła krótko Arcykapłanka. – Ponieważ cię kocha.


-        Ale...


-        Ella na pewno jej pomoże...  Nie mam co do tego wątpliwości.


-        Ach, Mary... - westchnął ciężko i nagle oślepiło go jasne, błękitne światło.


Gdy po chwili spojrzał w stronę magicznego kręgu na końcu pomieszczenia, ujrzał tam Mary – zupełnie nagą, ale całą i zdrową. Stał zszokowany, głowiąc się, czy nie ma halucynacji, ale zaraz potem podbiegł do niej i objął ją mocno.


-        Dlaczego mnie tak straszysz, Mary! – krzyknął.


-        Przepraszam... – rzekła blondynka wtulając się w niego. Ona również była szczęśliwa, że wróciła na Ziemię, do niego...


-        Nigdy więcej tego nie rób... – mówił z przejęciem i spontanicznie ją pocałował. Namiętnie i tęsknie.


-        Dobrze... – zawstydziła się. – Ella przesyła pozdrowienia. – Uśmiechnęła się do niego.


-        Naprawdę tam byłaś... I co? – spytał, dając jej swój długi sweter, by nie zmarzła. – Wszystko w porządku?


-        Teraz tak...


-        Teraz?


-        Widziałam na własne oczy, gdzie żyje, co robi i z kim tam jest. Tamten świat jest przepiękny, Ella żyje tam jako księżniczka i wciąż ma u boku Rena – opowiadała.


-        Opowiesz mi wszystko w domu. – Objął ją czule. – Tymczasem mam nadzieję, że już nie będziesz się o nią tak martwić ani znikać... – Spojrzał na nią wymownie, a ona się zaśmiała.


-        Nie mogę niczego obiecać, ale wiedz, że jestem już spokojna. Wiem, że moja siostrzyczka sobie poradzi i... że będzie tam szczęśliwa.


-        To chyba najważniejsze, prawda?


-        Tak sadzę...


-        W takim razie teraz my musimy zadbać o nasze szczęście... – David ucałował jej dłoń,  a ona się zarumieniła.


-        I zadbamy...


***


Egharia: Aloria – Lorion (Świątynia Harionlis), noc


Alren, zdecydowanie nie w humorze, odprowadził Ellę do jej komnaty i zamierzał pójść do swojej, jak nakazywały zasady w Świątyni. Był zły, bo jutro zbliżało się nieuchronnie, a wiedział już, co wtedy nastąpi. Jednak jego dziewczyna nie miała zamiaru się przejmować zasadami, tak samo jak jego nastrojem i chwyciła go rękę, gdy stał w drzwiach.


-        Dokąd to? Chyba nie zamierzasz spać w innym pokoju?


-        Wierz mi, wolałbym spędzić tę noc z tobą, ale nie możemy... – odparł szczerze, ale raczej chłodnym tonem. – Zauważ, że teraz ty jesteś Księżniczką, a ja twoim strażnikiem i to Shiryenem. Nie możemy spać razem. Jeśli nie będę przestrzegał reguł, to będzie to niesprawiedliwe wobec moich żołnierzy.


-        Przypominam ci, że oprócz tego, nadal jesteś moim mężczyzną i kochankiem. Nie interesują mnie te cholerne konwenanse, a twoi ludzie muszą to zrozumieć – powiedziała stanowczo. – Wiem, że masz dar przekonywania, więc nie będzie z tym problemu, jeśli tylko tak zechcesz.


-        O, widzę, że królewska krew się w tobie budzi – zaśmiał się mimowolnie, ale wiedział, że nie powinien już tego robić. Znów więc przybrał chłodną postawę. – Pamiętaj, Kotku, że jestem wolnym człowiekiem. Jeśli zechcę mogę nie słuchać rozkazów, ani twoich ani niczyich. Jednak robię to, by cię chronić... Dopiero zaczynasz nową rolę i jesteś jeszcze nieświadoma, jak ważne są zasady. Widziałem już nie jedno i wierz mi, doskonale wiem, jak to wszystko wygląda od kuchni – powiedział raczej oschłym tonem głosu, starając się stopniowo wypełniać swoje zadanie. Jednak widok kuszącego ciała Elli, skutecznie mu to utrudniał.


-        Więc co? Od teraz mamy celibat? – burknęła zdumiona, a on parsknął. Jak miał być poważny, słysząc takie teksty?


-        Tobie tylko jedno w głowie – odparł z szelmowskim uśmiechem, bo to było silniejsze od niego. – W obecnej sytuacji, aby uniknąć celibatu i nie łamać ogólnych zasad, musielibyśmy albo wymykać się incognito poza granice pałaców i świątyń, albo się zaręczyć... – wyjaśnił, a Ella zarumieniła się na samo wspomnienie o zaręczynach.


Nie miała jednak odwagi zaproponować mu tego drugiego rozwiązania. Wyczuwała, że nie spieszy mu się ze ślubem i wolała nie naciskać, zwłaszcza iż wyraźnie widziała, że był wybitnie nie w humorze. Nie wiedziała, co się stało, ale przeczuwała, że ma to związek z poranną ceremonią i jego wielkim powrotem, jako Shiryena. Postanowiła jednak zaczekać z pytaniem, co się właściwie stało, że jest taki zły.


-        Coś wymyślimy, ale... – chwyciła go mocno za tunikę i szarpnęła, a on uniósł znacząco brwi – wiedz, że nie zrezygnuję z ciebie. Nawet, jeśli czasem zachowujesz się, jak ostatni drań... Nigdy się nie poddam! – rzekła to tak stanowczo i tak szczerze, że serce mu aż podskoczyło z emocji. Nie chciał się jednak z tym zdradzić.


-        Cóż za śmiała deklaracja, Kotku – zaśmiał się. – A co jeśli to ja postanowię z ciebie zrezygnować? – spytał podstępnie i bardzo celowo.


-        Co? – Ella zbladła na samą tę myśl. Z jakiegoś powodu uznała za oczywiste, że on czuje to samo, co ona. – Droczysz się ze mną... – westchnęła, próbując się uspokoić. Zaniepokoił ją ten chłód w jego oczach.


-        Owszem... – Odetchnęła z ulgą, słysząc to. – Ale co byś zrobiła, gdybym cię naprawdę zostawił? – spytał poważnie.


-        Przestań... – nie podobała jej się ta rozmowa, zwłaszcza w takich okolicznościach.


-        Odpowiedz. To intrygujące... – Trzymał ją w stalowym uścisku, a ona nabrała powietrza i spojrzała mu w oczy. Postanowiła odpowiedzieć mu tym samym.


-        Na pewno bym nie rozpaczała. Jestem pewna, że szybko znalazłby się ktoś chętny na twoje miejsce – syknęła nieco zirytowana. – Nie cenię siebie aż tak nisko, by za tobą latać, jak zakochana paniusia!


-        Doprawdy? – wyszczerzył zęby. – Jasne... – prychnął i skierował się do drzwi.


-        A tak w ogóle, po co pytasz, skoro to wiesz? – rzekła, łapiąc go ponownie za rękę. – Powiedziałam już... Nigdy z ciebie nie zrezygnuję – powtórzyła, ściskając jego nadgarstek, a on uznał, że nigdy nie widział takiej pewności w jej oczach.


Uśmiechnął się znacząco, chwycił dłoń, którą chwilę temu go trzymała, pociągnął gwałtownie ku sobie, a następnie przygniótł ją do drzwi. Wiedział, że i tak nie wytrzyma. Przynajmniej nie dzisiaj. Ella zadrżała przez ten niespodziewany manewr z jego strony i bliskość, która doprowadziła ją do obłędu. Patrzył na nią tak intensywnie, że już od samego jego spojrzenia robiło jej się gorąco.


-        Zdecydowanie za bardzo mi ufasz, Kotku... – rzekł nisko i seksownie, a ona zaczęła ciężko oddychać z podniecenia.


-        Zdecyduj się, czy mam ci ufać, czy nie – bąknęła. – Najpierw mówisz mi, żebym ci zaufała, a potem mi to odradzasz... To jak to z tobą w końcu jest? – zakpiła.


-        Pozostawiam ocenę tobie – odparł tajemniczo i owiał jej szyję swoim gorącym oddechem.


-        Doprowadzasz mnie do szaleństwa...


Położyła ręce na jego barkach i czekała... Tak, znów potrzebowała tego narkotyku. Jego głosu i oddechu, spojrzenia i dotyku, jego całego. Zakręciło jej się w głowie, gdy agresywnie pocałował jej szyję i dekolt.


-        Dziś twoja ostatnia, wolna noc, więc wyjątkowo tu zostanę...– szepnął jej prosto do ucha, a ją przeszył dreszcz podniecenia. – Jednak od jutra, będzie inaczej... i nawet twój nieodparty urok tego nie zmieni. Rozumiemy się?


-        To się jeszcze okaże... – jęknęła, pod wpływem jego dotyku.


-        Nie łódź się, że mnie pokonasz, Kotku – zakpił zmysłowym głosem.


-        Zamknij się, draniu... Jesteś dziś wyjątkowo okrutny... Popraw się, albo ci dołożę. - Znów ją irytował, a zarazem podniecał. Nie mogła się zdecydować, co przeważało.


-        Nie rozśmieszaj mnie... – obdarzył ją tak namiętnym i rozwiązłym pocałunkiem, że zadrżała.


Gdy patrzył na nią tym swoim magnetycznym, zielonym spojrzeniem, w ciemnym pomieszczeniu, kolana jej zmiękły. Sam jego widok był dla niej wystarczająco podniecający. Tak właśnie wygląda szaleństwo - była tego pewna. Kiedy Alren niezbyt delikatnie pozbawił jej sukni i zaniósł do łóżka, wiła się jak kotka. Nie kazał jej długo na siebie czekać i już wkrótce kochali się szaleńczo, nie mogąc się sobą nasycić.


Gdy w końcu leżeli obok siebie, wyczerpani i spełnieni, przewróciła się tak, by spojrzeć mu w oczy.


-        Zdecydowanie z ciebie nie zrezygnuję, Kotku... – zamruczała z zadowoleniem, a on zaśmiał się cicho, że tym razem to ona jego tak nazwała.


-        Skoro tak twierdzisz...


Ciąg dalszy nastąpi...


Koniec Tomu 1



Aruell
Nastrój: ;/
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 107

środa, 12.października.2011, 00:00


Rozdział 107

30 dzień muedrilu 8976 roku, Egharia: Aloria – Lorion (Świątynia Harionlis), poranek

Kiedy Ella się obudziła, leżała na szerokim łożu, przykryta nieznacznie białą kołdrą. W pomieszczeniu było jasno dzięki dużym oknom i dość chłodno, mimo iż na zewnątrz panował upał.


W pierwszej chwili Ella nie wiedziała, gdzie jest ani co się stało. Dopiero po dłuższej chwili przypomniała sobie, jak zasnęła na tym łóżku, wtulona w Rena, który głaskał ją po głowie tak długo, aż usnęła. Zarumieniła się na to wspomnienie. Zastanawiała się, czym był ten irracjonalny strach, który czuła wczoraj wieczorem. Kiedy teraz o tym myślała, doszła do wniosku, że to była jej chwila słabości, chociaż... Chociaż złe przeczucia niestety jej nie opuściły. Wtedy przypomniała sobie o Mary i stwierdziła, że musi do niej zajrzeć i pokazać jej, że jest dobrze, bo inaczej nie wróci spokojnie na Ziemię, a na tym jej zależało.


Zwlekła się więc z łóżka i wtedy ujrzała sukienkę, która wisiała na pobliskiej szafie. Zawstydziła się, że już wszyscy wiedzą, iż spędziła noc w komnacie swego strażnika, ale po chwili przestała się tym przejmować. Odświeżyła się i ubrała długą suknię bez ramiączek, w kolorze chabrowym. Góra wyglądała jak gorset i mocno przylegała do ciała, a dół był szeroki i przewiewny. Zaczesała swoje złote włosy i oczom nie wierzyła, patrząc w lustro. W istocie wyglądała, jak księżniczka.


Gdy wyszła z komnaty, od razu chciała zajrzeć do sali Mary, ale w tej chwili jej uwagę przyciągnęło coś innego i w efekcie zamarła w bezruchu. Zobaczyła Alrena, stojącego na korytarzu i patrzącego przez okno, gdzieś w dal. Był teraz ubrany prawie tak, jak Gord.


Miał na sobie czarne, dopasowane i skórzane spodnie oraz wysokie buty. Nosił ciemnoszarą tunikę bez rękawów, która odsłaniała jego umięśniony tors, a także czarny, szeroki pas. Nadgarstki Rena zdobiły również czarne, skórzane bransolety, a głowę – opaska, w kolorze hebanu. Te elementy ubioru były identyczne, jak te, które miał Gord. Jednak były też różnice.


Alren miał na plecach nie jeden, leczy dwa skrzyżowane miecze, a na jego szyi wisiał zloty, a nie srebrny, medalion z dziwnym symbolem. Poza tym, w lewym uchu miał teraz kolczyk w kształcie krzyża, a na palcu wskazującym prawej ręki – sygnet Shiryena. Ella nie mogła się na niego napatrzeć. W czarnej skórze, z tymi mieczami i zaciętą miną wyglądał zabójczo.


Tymczasem Alren był pogrążony w zadumie. Miał za sobą ceremonię wznowienia jego misji, jako Shiryena Alorii, co go wcale nie cieszyło. Zrobił to jednak, by móc być przy Elli, cokolwiek by się działo. Priorytetem dla niego była możliwość jej ochrony. Reszta się nie liczyła, jednak... Nie sądził, że będzie musiał, w tym celu, aż tyle poświęcić... Szczerze mówiąc, rozmowa, którą przed chwilą odbył z Syrianą, dobiła go. Na początku nie chciał się zgodzić, ale kiedy usłyszał alternatywę wydarzeń, wiedział, że nie może do tego dopuścić. Dla jej dobra... Zgodził się więc, choć całym ciałem i duszą, chciał krzyknąć „nie”, „nigdy w życiu”. Zastanawiał się teraz, jak ona to zniesie? Znając ją... Nie, nie potrafił sobie tego wyobrazić. Westchnął. Dopiero wtedy zauważył, że jego ukochana mu się przygląda.


Skierował na nią, swe magnetyczne, zielone spojrzenie, a ona zarumieniła się z miejsca. Uśmiechnął się lekko, powtarzając sobie w myślach, że to jeszcze nie dzisiaj...


-        Dzień dobry, Wasza Wysokość – mruknął niskim głosem, widząc, jak na niego patrzy.


-        Przestań... – machnęła ręką. – Czy to jest...?


-        Tak. To strój Shiryena. Dziś oficjalnie powróciłem do tej roli, w tym kraju – westchnął.


-        Wyglądasz w tym nieziemsko... – wyraziła swe uznanie.


-        Widzę właśnie – patrzył z radością na jej rumieńce. – Ty też niczego sobie. – obejrzał jej sukienkę.


-        Nieważne. Przywitaj się ze mną, żołnierzu – mruknęła, podchodząc do niego.


-        Nie możemy tak publicznie teraz... – nie zdołał dokończyć, bo zarzuciła mu ręce na szyję i pocałowała.


-        Od kiedy przejmujesz się konwenansami? Pamiętaj, co mi obiecałeś na Ziemi! – burknęła, a on zaśmiał się cicho i odwzajemnił żarliwie jej pocałunek, na przekór temu, co miał niedługo zrobić.


W tym momencie drzwi od sali Mary otworzyły się i dziewczyna ujrzała tę uroczą scenę z bliska. Najpierw było jej zaskoczenie i ich zakłopotanie, a potem ulga wszystkich. Mary poczuła się lepiej, widząc, że między nimi dalej płonie, a oni – że to tylko Mary.


-        Dzień dobry, gołąbeczki – zażartowała Mary, a oni zarumienili si.ę – To co teraz robimy?


***


Egharia: Aloria – Lorion (Świątynia Harionlis), ranek


Po śniadaniu, na którym nie było Syriany, Ella postanowiła obejrzeć z Mary Świątynię i przy okazji porozmawiać z nią. Siostra Księżniczki wyglądała ślicznie w białej sukience na ramiączkach, długiej, aż do podłogi. Obie wyglądały tak zachwycająco, że kiedy szły korytarzami ogromnego gmachu świątynnego, wszyscy kapłani, a nawet kapłanki, zwracali na nie uwagę. Nie mówiąc już o gościach i strażnikach, którzy również wodzili za nimi oczami. Ogólny zachwyt nimi sprawił siostrom wielką przyjemność. Podobnie, jak nieziemskie widoki, które podziwiały.


Któż nie zachwyciłby się kryształowo – złotymi rzeźbami, które wyglądały, jak żywi ludzie albo bajecznymi, kolorowymi witrażami w ogromnych oknach? Jak nie zatrzymać wzroku na złotych żyrandolach i niezwykle realistycznych obrazach na ścianach? Dziewczyny były pełne podziwu dla tej Świątyni, jednak dopiero gdy wyszły do ogrodu, wpadły w prawdziwy, niemy zachwyt.


Różnorodność drzew i krzewów była tutaj niesamowita. Wszędzie rosły jakieś kwiaty. Były czerwone, żółte, białe, niebieskie i... o wszystkich innych kolorach, jakie znały. W centrum ogrodu znalazły marmurową fontannę, z rzeźbą pięknej kobiety na środku, z której dłoni wypływała lazurowa woda. Pogoda była piękna, więc czuły się, jak w raju.


W czasie zwiedzania, Ella opowiedziała Mary, kim tutaj jest i że mimo iż jej misja jest trudna, pokochała to miejsce. Nie wspomniała Mary o wizji zagłady Egharii, by jej nie straszyć, tylko dyplomatycznie wyjaśniła, na czym mniej więcej polega jej zadanie. Odszukanie jakiegoś dobrego ducha i odbudowanie Królestwa, nie brzmiało aż tak źle...


Mary nie dociekała. Była oczarowana tym miejscem i podniecona myślą, że jej siostra jest tu księżniczką i otoczona jest przez takich przystojniaków. Poznała bowiem Gorda, który wydał jej się niezwykle pociągający, a Alren już dawno zdobył jej uznanie.


-        Wiesz, siostrzyczko. Nie dziwię ci się, że chcesz tu zostać. Jestem spokojniejsza, widząc to wszystko – zaśmiała się. – Czuje się, jak Alicja w Krainie Czarów. Przeniosłam się tu przypadkiem, ale nie żałuję, że ujrzałam kawałek tego świata. Opowiem Davidowi i rodzicom, jak tu pięknie.


-        No właśnie... Co u Davida? Zeszliście się w końcu? – Uniosła jedną brew.


-        Tak. Nawet... – zarumieniła się. – Zaręczyliśmy się, Ello.


-        Naprawdę?! – Jej siostra aż podskoczyła z radości.


-        Tak.


-        Nareszcie! Tak się cieszę, kochana! – Uściskała mocno Mary. – Życzę wam szczęścia i wiem, że będzie wam razem dobrze. – Ella była podniecona tą nowiną.


-        Dziękuję siostrzyczko. Od początku wiedziałaś, że tak będzie, prawda? – zaśmiała się.


-        Owszem, ale martwiłam się, kiedy wy zrozumiecie, że jesteście dla siebie stworzeni. Cieszę się z perspektywy waszego ślubu. Teraz mam pewność, że nie będziesz tam samotna. – Uśmiechnęła się do siostry.


Mary chciała powiedzieć coś jeszcze, ale wtedy obie usłyszały jakiś szmer w krzakach. Ella wytężyła wzrok i ujrzała zamaskowanych ludzi z workami przy pasach. Było ich około sześciu.


-        Kto to? – wystraszyła się Mary.


-        Chyba złodzieje... – wywnioskowała, widząc, że obserwują Świątynię. – Uciekajmy...


-        No tak, oni są wszędzie – westchnęła, ale gdy chciały cichcem się wymknąć, rabusie zauważyli te dwie piękności i otoczyli je.


-        Cholera! – krzyknął jeden z nich. – Widziały nas! Mówiłem, żeby zaczekać do nocy!


-        Przecież wiesz, że w nocy straże są podwójne, kretynie! Nie potrzebujemy świadków! – syknął drugi. – Musimy je zabić!


-        Ja bym się nad tym zastanowił... – Usłyszeli obcy, męski głos i spojrzeli w stronę wysokiego bruneta w czarnym stroju.


-        Kim jeste... – urwał, gdy zobaczył medalion na jego szyi. – Jasna cholera! To Shiryen! – wydedukował.


-        Wiejemy! - krzyknął inny, ale jeden z nich się zbuntował.


-        Ja nie będę uciekał! Z tego, co wiem, Shiryen Alorii jest blondynem. To jakiś oszust! – krzyknął, a tamci się zatrzymali i postanowili go jednak zaatakować.


Dziewczyny, które stały teraz z boku, przyglądały się uważnie scenie. Zwłaszcza Mary nie mogła odkleić wzroku od Alrena. Teraz wiedziała, czemu jej nie pasowała wersja, że Ren jest lekarzem... Na własne oczy ujrzała jego duszę wojownika i musiała przyznać, że można było dla niego stracić głowę. Myślała tak, choć nadal kochała Davida.


-        Wygląda na to, że jesteście niedoinformowani – zakpił Alren, wyjmując dwa miecze. – To ja jestem Shiryenem! – rzekł i zablokował pierwsze ataki bandy złodziei.


Walka nie trwała zbyt długo... Alren z niezwykłą sprawnością i szybkością, obezwładnił wszystkich rabusiów, a gdy leżeli już nieprzytomni, zawołał straż, która wtrąciła ich do lochów. Mężczyzna w ogóle się nie zmęczył ani nie spocił, co zaimponowało Mary. Ella również podziwiała jego sztukę walki, ale nie była zaskoczona. Zdążyła się już oswoić z myślą, że nikt nie ma z nim szans.


-        Nic wam nie jest? – spytał, podchodząc do nich.


-        Nie, szwagrze.


Ren słysząc to słowo, spojrzał na Ellę pytająco, a ona na niego. Oboje byli nieco zaskoczeni i zarumienili się, słysząc tę aluzję.


-        Mary... - zakłopotała się Ella.


-        No co? Ty przewidziałaś już moją przyszłość, to teraz moja kolej – zaśmiała się serdecznie. – Jestem pewna, że zostaniecie małżeństwem i bardzo się z tego cieszę – powiedziała szczerze.


Ella nic nie odpowiedziała. Objęła swoją siostrę czule i uśmiechnęła się. Alren natomiast zasmucił się. Nie śmiał nawet sobie tego wyobrażać. Nie po dzisiejszej rozmowie z Syrianą, mimo iż jego serce nie marzyło o niczym innym. Ukrył jednak solidnie swój nastrój, by nie martwić siostry Elli.


-        Nie mogłaś lepiej trafić, Ello... – Mary obrzuciła Rena znaczącym spojrzeniem, pełnym uznania i podziwu, a jej siostra zarumieniła się.


-        Faktycznie, on jest jak marzenie... – zgodziła się Ella, puszczając brunetowi oczko, a on tyko się uśmiechnął.



Aruell
Nastrój: Chora, ale jeszcze się trzyma ^^
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 106

wtorek, 11.października.2011, 00:05



Witajcie!


Dziś dosłownie kilka słów od autorki. ;)


W tym tygodniu poznacie 3 ostatnie rozdziały IV części BM, a zarazem i I tomu całego opowiadania. Zapewne zauważycie pewne przejście w inny klimat, w klimat V części i mam nadzieję, że się Wam on spodoba. ;)


Pozdrawiam serdecznie i życzę miłego czytania! ;*


***


Rozdział 106


29 dzień muedrilu 8976 roku, Egharia: Aloria – Lorion (Świątynia Harionlis), wieczór


Wszyscy byli w takim szoku, widząc obnażoną Mary, w samym sercu zamkniętej komnaty, że nikt nie śmiał się poruszyć ani odezwać. Dopiero gest Alrena, który otrząsnął się najszybciej, otrzeźwił Syrianę i Ellę. Mężczyzna jednym ruchem zdjął swoją tunikę i podał ją wystraszonej, i zdezorientowanej Mary.


Dziewczyna spojrzała na niego niepewnie, po czym zarumieniła się i szybko ubrała ten ciuch. Mając na sobie jakieś ubranie, poczuła się lepiej. Nadal jednak nie była pewna, na kogo ma patrzeć. Wybór był w istocie trudny.


Obok niej stał obnażony do pasa Ren, który miał krótkie włosy – inaczej niż zapamiętała i zniewalające spojrzenie. Wyglądał ogólnie, jak ktoś zupełnie inny i wydał jej się jeszcze bardziej pociągający oraz tajemniczy, niż wcześniej. Przed nią natomiast stała nieziemsko piękna kobieta, przypominająca wróżkę lub nimfę z baśni. Zaś najdalej od niej znajdowała się zszokowana Ella, w bardzo nietypowym, białym stroju. W dodatku ta okrągła komnata, rodem z filmów fantasy... To wszystko kompletnie oszołomiło Mary, która nie była przygotowana na coś takiego. Poza tym nie miała pojęcia, jakim cudem tu trafiła ani dlaczego.


-        Mary – pierwszy odezwał się Ren – co ty tu robisz? – spytał ze szczerą ciekawością w oczach.


-        Ja... Nie wiem... – zakłopotała się.


-        Alrenie, zechciej mi wyjaśnić, kim jest ta osoba – powiedziała ostro Syriana, która nie zabiła jej jeszcze tylko dlatego, że wyczuwała w niej aurę miryońską.


-        To moja siostra – odpowiedziała Ella, uspokajając nieco Arcykapłankę. – Jednak chyba nie powinno jej tu być – dodała niepewnie, podchodząc do niej.


-        Siostra? Droga panno, jak wytłumaczysz swoje przybycie? – Syriana zwróciła się do Mary, która poczuła się speszona chłodnym wzrokiem tej kobiety.


-        Naprawdę nie wiem... – spuściła wzrok. – Byłam u Serilli. Rozmawiałyśmy, a kiedy ona wyszła z komnaty... Podeszłam do dziwnego kręgu na podłodze, bo usłyszałam jakieś dziwne głosy... A gdy się zbliżyłam, krąg nagle zaczął się mienić błękitnym światłem... Ujrzałam wielki błysk światła i... Znalazłam się tutaj. – zakończyła opowieść.


-        No to wszystko jasne – westchnął Alren.


-        Rozumiem – powiedziała Syriana. – Zatem zostałaś przeniesiona tutaj przez przypadek?


-        Przepraszam, to było niechcący naprawdę. – Dziewczyna nie wiedziała, jak się zachować w obliczu tej kobiety, zwłaszcza że czuła, iż jest nieproszonym gościem.


-        A po co poszłaś do Serilli? – zainteresowała się.


-        Martwiłam się o Ellę. Chciałam zobaczyć, czy nic jej nie jest. Myślałam o niej dużo... To wszystko, przysięgam.


-        Mary... – wzruszyła się Ella, podeszła do siostry i objęła ją czule.


-        Jak widzisz, nic nie zagraża twojej siostrze – odparła Arcykapłanka już opanowanym głosem. – Skoro już tu jesteś, możecie sobie porozmawiać. Przełożymy naszą rozmowę o jeden dzień.


-        Dziękuję – powiedziała Ella, która wciąż nie wierzyła, że obejmuje swą siostrę, w tym świecie.


-        Czy to bezpieczne? Jej ciało... – zainteresował się Ren.


-        Jest Miryonką. Może tu przebywać, ile zechce.


-        No tak... – uspokoił się.


-        Niemniej jednak, jutro o północy, Mary musi wrócić na Ziemię. W przeciwnym wypadku, będzie musiała tu zostać na zawsze.


-        Nie! Ja muszę wrócić! Tam jest... – urwała, widząc po minie Elli, że zachowuje się odrobinę niestosownie.


-        Wrócisz. Jutro o północy i ani sekundy później – rzekła spokojnie Syriana, kierując się do drzwi. – Alrenie, Księżniczko... Na dziś skończymy. Wrócimy jednak do tej rozmowy później. Gord pokaże wam komnaty gościnne, więc pozostaje mi tylko życzyć dobrej nocy. – Syriana ukłoniła się przed Ellą i wyszła.


Po chwili Mary, Ella i Alren zostali zaprowadzeni przez Gorda do ich komnat. Krótkowłosa blondynka od razu zauważyła wrogość między dwoma mężczyznami i stremowanie Elli. Zastanawiała się, co tu się dzieje. Kiedy Gord wszystko im pokazał, pożegnał się i wyszedł, zostawiając całą trójkę samą w jednej sali, Mary spojrzała na siostrę pytająco.


-        Ello... – zawahała się Mary. – Co tu się dzieje?


-        Nie pytaj, kochanie... – westchnęła ciężko Ella.


-        Zostawię was – powiedział po chwili Ren. – Musicie sobie porozmawiać. Zobaczymy się rano.


-        Dokąd idziesz? – zmartwiła się Ella.


-        Do sali obok, Kotku. – uśmiechnął się do niej chyba pierwszy raz, odkąd spotkali Gorda. – Tam będę spał tej nocy – dodał znaczącym tonem, co wywołało rumieńce Elli.


-        Ren... – zatrzymała go jeszcze, więc spojrzał na nią ponownie. – Na pewno wszystko w porządku? – spytała z troską.


Alren ujrzał w jej oczach, że martwi się jego zachowaniem, szkoleniem i sprawą z Gordem. Zobaczył niepewność i zakłopotanie. Z jakiegoś powodu to go wzruszyło. Podszedł więc do niej, pogładził jej policzek, a następnie pochylił się i namiętnie ją pocałował.


Pocałunek ten był tak rozwiązły i widowiskowy, że nawet Mary stanęła w pąsach, widząc tę sytuację i odwróciła wzrok. Gdy oderwał się od ust Elli, dziewczyna spojrzała na niego zarumieniona i nieco zaskoczona.


-        Wszystko w porządku – powiedział cicho, ale zdecydowanie. – Nie martw się. Dobranoc – dodał jeszcze i wyszedł z sali.


***


Egharia: Aloria – Lorion (Świątynia Harionlis), wieczór


Ella długo jeszcze patrzyła na drzwi, którymi wyszedł Ren. Mary widziała, że jej siostra jest bardzo zmęczona. Na twarzy miała wypisane pragnienie, by pobiec za mężczyzną, którego kochała i rzucić mu się w ramiona. Znała ją na tyle dobrze, że nie musiała o to pytać. Po prostu wiedziała.


-        Idź do niego – powiedziała w końcu Mary i uśmiechnęła się do niej ciepło.


-        Co? – ocknęła się. – No coś ty... Dopiero co tu przybyłaś. Musze się tobą zająć.


-        Jest noc, a ja widzę, że padasz z nóg – uścisnęła siostrę. - Możemy pogadać jutro. Skoro wrócę dopiero o północy, to zdążymy.


-        Ale... – Ella była zaskoczona jej słowami.


-        Idź, kochanie. Chcę znów zobaczyć ten uśmiech, który miałaś, gdy on był na Ziemi – mówiła spokojnie. – Nie wiem, co tu się dzieje i liczę na to, że jutro mi powiesz, ale teraz powinnaś do niego pójść. – Cmoknęła ją w policzek.


-        Siostrzyczko... – nerwy Elli puściły i cały stres spłynął wraz z łzami, po jej policzkach. – Jesteś kochana.


Mary przytuliła swoją siostrę. Nie pytała o nic. Widziała, że jest jej ciężko. Była przygaszona i przytłoczona, więc musiała mieć ciężki dzień. Miała nadzieje, że to nie ma nic wspólnego z Renem i obawiała się, że to ciężar jej nowej roli, o której powiedziała jej niedawno Serilla. Martwiła się o siostrę. To właśnie dlatego chciała ją zobaczyć. Czuła, że coś się święci.


-        Idź już. Jutro porozmawiamy... – powiedziała łagodnie. – Ja też jestem zmęczona. Wygląda na to, że przeniesienie się tutaj kosztowało mnie sporo energii...


-        Jesteś pewna?


-        Tak. – Uśmiechnęła się, a Ella ucałowała siostrę czule i przykryła ją kołdrą, gdy położyła się na łóżku.


-        Śpij dobrze – rzekła Ella i wyszła z komnaty Mary, żegnając ją z uśmiechem.


Gdy tylko zamknęła drzwi, poczuła ogólne osłabienie. Głowa ją bolała i miała ochotę się rozpłakać. Nie wiedziała, skąd ten irracjonalny spadek nastroju. Czyżby to jakieś przeczucie? Nawarstwiony strach? A może za wiele się dziś wydarzyło? Spotkanie z Gordem, z Syrianą, wizja zagłady, misji i szkolenia, spięcie między Gordem a Renem, dystans Rena i na dodatek pojawienie się Mary. To było za wiele...


Miała ochotę pójść w prawo do swojej drugiej komnaty, ale w uszach wciąż dźwięczały jej słowa Mary. Ostatecznie więc zapukała do sali obok. Gdy drzwi się otworzyły, ujrzała zaskoczoną twarz Alrena.


-        Nie śpisz z siostrą? - spytał mechanicznie. – Myślałem, że sobie porozmawiacie...


-        Jutro. Mary jest zmęczona, a ja nie czuję się najlepiej... – odparła, odwracając wzrok. – Mogę... wejść? – spojrzała na niego niepewnie, a on wpuścił ją do zupełnie ciemnego pokoju.


Gdy tylko drzwi się zamknęły, poczuł, że wtuliła się w niego mocno. Najbardziej go zdumiało jej drżenie. Trzęsła się cała z emocji. Nie wiedział, co się dzieje.


-        Ello, co ci jest? – spytał troskliwie. – Mówiłem, że wszystko w porządku... – powiedział na wypadek, gdyby wciąż chodziło o tamto.


-        Dopiero teraz jest w porządku... – wymamrotała, ściskając go z całej siły, a on otoczył ją ramionami. Drgnął, gdy usłyszał jej cichy szloch.


-        Przepraszam, ja byłem po prostu zły... Ale nie na ciebie. – tłumaczył się desperacko. – Nie płacz, wiesz, że tego nie znoszę. Odsunął ją od siebie i otarł jej łzy.


-        Ren, to wszystko... Ja chyba nie dam rady. – łkała. – Wiem, kim jestem i co muszę zrobić. Cały czas trzymałam fason, ale już nie mogę. Boję się. Tak bardzo się boję, Ren! – krzyknęła, uderzając niezbyt mocno w jego twardą pierś.


-        Czego?


-        Nie wiem... Możesz się ze mnie śmiać, ale czuję, że coś będzie nie tak. Z nami albo misją. Nie podoba mi się to – drżała .– Czuję, że to szkolenie, misja, rola księżniczki... to dla mnie za wiele. I jeszcze tak mało czasu. Nie jestem, aż tak silna.


-        Ależ jesteś – pogłaskał ją po głowie – tylko jeszcze o tym nie wiesz.


Nawet w takiej ciemności, jaka panowała w tym pokoju, widziała jego uśmiech. Pociągnęła nosem i ponownie się w niego wtuliła, pozwalając, by jego ciepło zalało jej ciało i... duszę.



Aruell
Nastrój: Troszkę chora...
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 105

czwartek, 6.października.2011, 00:07



Rozdział 105


29 dzień muedrilu 8976 roku, Egharia: Aloria – Lorion (Świątynia Harionlis), popołudnie



Syriana patrzyła na Ellę intensywnie, z pełną powagą, co nieco ją krępowało. Ella wiedziała jednak, że musi jej uważnie wysłuchać.


-        Z tego co mi wiadomo, Księżniczko Mirello... – zaczęła Syriana. – Serilla wtajemniczyła cię już poniekąd w twą misję i powiedziała, że od ciebie zależą losy nie tylko Miryonu, ale i Egharii. Czy to prawda? – chciała się upewnić.


-        Tak. Wiem, że mam przebudzić Królestwo Miryonu i zdecydować, co zrobić z Egharią. Jeśli chcę ją ocalić, muszę odnaleźć Hariosa, Ducha tego świata, który gdzieś zniknął, bo ponoć tylko ja mogę tego dokonać... To wszystko, co wiem – zakończyła szeptem.


-        Dobrze, czyli nie musze ci wyjaśniać podstaw – rzekła podając jej jakiś zwój – Weź to i przeczytaj później w spokoju. To jest zapis proroctwa zagłady Egharii, odrodzenia Miryonu i twojego przybycia tutaj. Gdyby coś było niejasne, zgłoś się do mnie – rzekła rzeczowo.


-        Dobrze, ale... – zawahała się. – Czy mogę wiedzieć co dokładnie grozi Egharii? Co to za zagłada?


-        Totalna, Wasza Wysokość – odparła śmiertelnie poważnie – Już teraz można odczuć pierwsze oznaki zagłady...


-        Jak to? Jakie? – przeraziła się.


-        Od miesiąca, ludy wszystkich ras stały się niespokojne i bardziej podatne na zło. Jeszcze nigdy nie odnotowaliśmy takiej ilości przestępstw, jak ostatnio i to w całej Egharii. Ponadto przyroda zaczyna się buntować. Zwierzęta są agresywniejsze, nawet te, które zaliczają się do zupełnie niegroźnych, a rośliny produkują więcej trucizn, rosną albo za szybko albo wcale. A to dopiero początek... – zrobiła pauzę, która tylko wzmocniła napięcie.


-        Co dalej? – spytała i przełknęła ślinę.


-        W ciągu najbliższego miesiąca zaczną się naturalne kataklizmy. Pojawią się nienaturalne sztormy, tornada i tajfuny, śmiercionośne pożary i powodzie, trzęsienia ziemi i wybuchy wulkanów – mówiła złowieszczym tonem głosu. – To wszystko nie tylko jeszcze bardziej pogłębi przestępczość i pogorszy morale społeczeństwa, ale zagrozi naszemu życiu. W konsekwencji tych wybryków natury, tych, którzy nie zginą od razu, czeka śmierć głodowa.


-        To straszne... – Elli zrobiło się okropnie zimno, choć  w pomieszczeniu temperatura wręcz rosła.


-        W kolejnym miesiącu w Egharii zapanują choroby i głód oraz straszliwe wojny, które w mniemaniu ludzi będą ostatnim sposobem na przeżycie. Ponadto zrobi się tak ciemno, że dzień zrówna się z nocą. To będzie wieczna noc... – Syriana starała się mówić obrazowo – Później nastąpi całkowita śmierć całej flory i fauny, a zarazem i mieszkańców Egharii. Zwieńczeniem całej zagłady będzie rozpad tej planety na kawałeczki. Jak głosi legenda, Miryon połączy się wtedy w parę z drugim księżycem i zaczną krążyć wokół siebie. Egharii bowiem już nie będzie.


-        Nie... To nie może się tak skończyć! – Ella była przerażona.


-        Tylko od ciebie zależy, jak to się skończy, Księżniczko – powiedziała Syriana bardzo poważnie, a Ella poczuła wyraźnie ciężar swej misji. – Do zagłady Egahrii zostały trzy, cztery miesiące. Nie więcej. Jednak, aby szkody były jak najmniejsze, należałoby zakończyć misję w ciągu najbliższych dwóch miesięcy. Im później, tym będzie gorzej – zaakcentowała ostanie słowa.


-        Czyli mam dwa miesiące na wypełnienie misji, maksymalnie cztery? – Ella wiedziała, że to bardzo mało czasu.


-        Tak. Czy teraz rozumiesz, jak ważna jest twoja misja i czas, który ci został?


-        Tak, ale... – Ella walczyła z bólem głowy, z nerwów. – Jak mam odnaleźć tego Hariosa? – spojrzała Syrianie w oczy, a ona westchnęła.


-        To jest właśnie największy problem – odparła smutno. – Nie mamy pojęcia, jak tego dokonać. Nasi agenci nieustannie szukają jakiś śladów, ale na razie z marnym skutkiem.


-        Więc jak mam wykonać misję? Mam przeszukać każdy kąt Egharii w ciągu zaledwie dwóch miesięcy? – to było zbyt nieprawdopodobne.


-        Tak, jeśli nie znajdziemy innej metody – zaskoczyła ją. – Jednak mam dla ciebie pewną wskazówkę...


-        Jaką?


-        Skup się na swoich snach i w nich szukaj odpowiedzi. Słuchaj swej intuicji... To najlepsza droga do Hariosa – rzekła poważnie. – Harios to Duch, więc szukanie go w świecie materialnym jest bezcelowe. To dlatego tak istotne są twoje sny. Zapewniam cię, że cokolwiek ci się śni, to nie jest to wymysł twej wyobraźni.


Ella drgnęła. Już słyszała coś podobnego. Miała przeczucie, że jej sny coś znaczą, zwłaszcza że się powtarzają się w nich te same miejsca i osoby, i nieustannie śnią jej się kontynuacje tej samej sytuacji. Pałac i jej spotkanie z Siriusem.


-        Moje sny z pewnością są znaczące, ale mają formę zagadek i poszlak. Nie mam pojęcia, jak je interpretować.


-        Nauczysz się interpretacji snów w czasie szkolenia, Księżniczko. O to się nie martw – powiedziała Syriana, zaskakując ją i Rena, który do tej pory pozostawał obojętny, ale teraz nastawił uszu.


-        Jakie szkolenie masz na myśli? – była szczerze zdziwiona.


-        Bojowe i magiczne, Wasza Wysokość. Musisz je ukończyć, jeśli masz wypełnić swą misję...


-        Co takiego?! – Po tym pytaniu, zapadła długa cisza.


Syriana patrzyła na Ellę i Rena z powagą, choć w głębi duszy nieco bawiły ją ich zszokowane miny. Wyglądali zupełnie tak, jakby powiedziała, że jest duchem.


-        Nie bądźcie tacy zdumieni. Gdybyś urodziła się tutaj, Księżniczko, już dawno byś posiadała takie umiejętności, jak szermierka, łucznictwo i magia. To podstawa w tym świecie – tłumaczyła spokojnie. – Nie ma takiej możliwości, by elita społeczna, a już zwłaszcza rody królewskie, nie posiadały wiedzy na ten temat oraz doświadczenia. Szkolenie to jest obowiązkowe nawet, jeśli pominiemy fakt, że jest ci niezbędne do wypełnienia misji – zrobiła pauzę, by to do niej dotarło.


-        Pani... – wtrącił się Ren, któremu nie podobał się ten pomysł, mimo iż wiedział, że jest to konieczne. – Jakie dokładnie szkolenie masz na myśli? – spojrzał na Arcykapłankę z niepokojem.


-        Szkolenie Mirelli będzie miało dwa etapy. Pierwszy z nich przejdzie tutaj, w Alorii. Nauczy się podstaw sztuk walki, szermierki i łucznictwa oraz pozna pierwszy krąg Białej Magii. W międzyczasie uzupełni wiedzę o Egharii, a zatem czeka ją nieco teorii – tłumaczyła cierpliwie. – Gdy ukończy ten etap, uda się do Krainy Elfów, aby zacząć druga fazę nauki. Pozna tam wszystkie rodzaje magii. Jednak o ile nie musi perfekcyjnie władać mieczem i łukiem, to magię powinna opanować do perfekcji – zaznaczyła.


-        Ależ pani! – protestował Ren. – Coś takiego wymaga wielu lat nauki i praktyki!


-        Niestety, Ella ma na naukę nie więcej niż miesiąc czasu. Przewiduję, że Księżniczka ukończy każdy etap w ciągu 2 tygodni.


-        To niewykonalne! – Ren był w szoku.


-        Alrenie, nie ma innego wyjścia. Nie mamy więcej czasu – rzekła chłodno i z naciskiem, a on zamilkł. – Elli pomoże magia wspomagająca, która sprawi, że będzie uczyła się wielokrotnie szybciej, niż normalnie.


-        Ale czy to nie jest oszustwo? Ta magia jest zakazana we wszystkich szkołach Egharii.


-        Owszem, ale niestety wymaga tego obecna sytuacja – odparła sucho. – Jeśli Mirella zawiedzie, wszyscy zginiemy! I co nam wtedy będzie po moralnych zasadach i prawach? – Ren zamknął się, wiedząc że ona ma rację. Jednak obawiał się o Ellę.


Tymczasem złotowłosa była, mówiąc delikatnie, stremowana i przytłoczona misją, która ją czekała. Nie sądziła, że będzie tak ciężko, ale zrozumiała, że była naiwna myśląc, że będzie tak łatwo, jak w bajkach z dobrym zakończeniem. Kiedy już oswoiła się z myślą, że czeka ją ciężka przeprawa, spojrzała na Syriane, która bacznie ją obserwowała.


-        Syriano, od czego mam zacząć? – spytała z niepokojem w głosie.


-        Najpierw musisz przejść Ceremonię Pierwszego Przebudzenia, po której cała Egharia dowie się, że jesteś Księżniczką Miryonu. To swoista koronacja. Od tej chwili będziesz oficjalną władczynią Miryonu i naszą jedyną nadzieją na ocalenie – powiedziała dumnie. – Później wybierzemy dla ciebie dwóch osobistych strażników, którzy będą pomagać ci w misji i chronić, aż do śmierci – powiedziała łagodnie.


-        Ależ Alren w zupełności mi wystarczy... – zlękła się, że ją z nim rozdzielą.


-        To prawda, że jest niezwykle potężny, ale wierz mi Księżniczko, nawet najpotężniejszy wojownik ma swoje słabe strony. Dlatego musisz mieć przynajmniej dwóch strażników.


-        Ale...


-        Nie martw się, Pani, Alren będzie jednym z nich – odparła nieco ironicznym tonem głosu. – Trudno o kogoś potężniejszego, niż on – posłała im znaczące spojrzenie, dając do zrozumienia, że wie, jakie łącza ich relacje.


-        A kim będzie drugi strażnik? – spytała z niepokojem, czując, że Alrenowi się to nie spodoba.


-        Prawdopodobnie będzie nim Gord, którego już poznałaś – odpowiedziała ze stoickim spokojem, a Alren aż zerwał się na równe nogi z wrażenia.


-        Co takiego?! – krzyknął. – Nie zamierzam z nim współpracować! – syknął.


-        Jest twoim następcą. Pod twoją nieobecność udowodnił, że jest najlepszym wojownikiem w tym kraju i sumiennie wypełniał obowiązki Shiryena, w przeciwieństwie do ciebie – rzekła dość nieprzyjemnym głosem, aż go zatkało.


-        Myślałem, że wiesz, pani... dlaczego opuściłem Alorię – poczuł się ugodzony w słaby punkt.


-        Wiem. Zaznaczam tylko, że nie powinieneś negować kompetencji Gorda z powodów osobistych – rzekła z naciskiem, a jego ponownie zamurowało. Nawet Ella nie wiedziała, co powiedzieć.


-        Przepraszam – przełknął dumę.


-        Przypominam ci, że twój tytuł daje ci możliwość odmowy wykonania rozkazu, ale wtedy ktoś inny zajmie twoje miejsce. Nie jestem przekonana, czy tego właśnie byś sobie życzył – mówiła przebiegle. – Dlatego zachowaj swoją niechęć do Gorda dla siebie, bo to jego widzę w roli drugiego strażnika Mirelli. Nie interesuje mnie, czy w wolnym czasie będziecie sobie ubliżać czy nie, ale w sytuacjach zagrożenia, macie działać razem, czy to jasne?


-        Tak – odparł sucho, a Ela widziała w jego oczach, że jest wściekły.


Ella i Ren wiedzieli, że mają do czynienia z kobietą pewną siebie, niezwykle inteligentną i sprytną, która potrafi rządzić. To ich trochę przerażało i zarazem budziło respekt. Nie byli w stanie przewidzieć jej reakcji i słów.


-        Skoro sobie to wyjaśniliśmy, to możemy przejść do szczegółów twojego szkolenia, Księżniczko. Powiem ci kto, czego będzie cię uczył... – urwała nagle i zerwała się na równe nogi.


-        Co się stało? – spytała niepewnie Ella.


-        Cicho! Ktoś tu jest! – Obróciła się gwałtownie, wyciągnęła rękę przed siebie. – Ekshamario nemeri...! – urwała, bo nagle oślepił ich jasny, błękitny blask. Zamarli, gdy ujrzeli, kogo maja przed sobą.


-        M-Mary? – wyksztusiła Ella z trudem, patrząc na nagą blondynkę o krótkich włosach, stojącą chwiejnie na posadzce. – Co ty tu u diabła robisz?!



Aruell
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 104

środa, 5.października.2011, 00:12



Rozdział 104


29 dzień muedrilu 8976 roku, Egharia: Aloria – okolice Lorionu; Lorion, około południa


Po chwili milczenia Gord zignorował, wyczuwalną bez problemu, niechęć Rena. Uśmiechnął się do niego, na przekór grymasowi bruneta.


-        Nie wiedziałem, że to ty jesteś Shiryenem, Alrenie. Rzeczywiście jestem zaledwie Shiryenem II rangi, ale jednak – odparł dyplomatycznie. – Swoją drogą, miło w końcu poznać sławnego Shiryena, który zwiał, jak ostatni tchórz, kilka lat temu – rzekł z wyraźną ironią w głosie, bo w głębi serca od dawna nie znosił Shiryena za to, że zniknął.


To dlatego on sam nie mógł być głównym Shiryenem, bo tamten żył i szwendał się gdzieś po Egharii. Zawsze uważał go za tchórza i poprzysiągł, że mu dokopie, jak tylko dowie się, kto nim jest i go spotka. Nigdy nie rozumiał, czemu Syriana nie chciała podać mu imienia Shiryena, zupełnie jakby chciała go kryć.


-        Widzę, że się polubimy – syknął Ren, zaciskając pięść. Miał ochotę od razu mu wyjaśnić, dlaczego opuścił Alorię, ale uznał, że szkoda jego nerwów.


-        Ja również – odparł podobnym tonem głosu.


Ella patrzyła na dwóch mężczyzn, piorunujących się spojrzeniem. Wyglądali jak dwa wściekłe wilki, które chcą się na siebie rzucić. Na początku nawet ją to bawiło, ale gdy sytuacja wymykała się spod kontroli, stanęła miedzy nimi i przerwała to.


-        Dość tego. Nie chcę widzieć tu popisów waszej męskiej dumy – powiedziała głośno. – Idziemy do Syriany, czy nie? – jej głos wyrwał ich z transu. Blondyn natychmiast ukłonił się jej i przybrał szarmancką postawę.


-        Oczywiście, Pani. Użyczę ci swego konia. Ja mogę się przejść – rzekł spokojnie, zaskakując ją.


-        Nie... To chyba nie jest konieczne... – zarumieniła się, a Ren się zaśmiał.


-        Musisz wiedzieć, Gordzie, że nasza księżniczka nie umie jeździć konno i nie wsiądzie sama na rumaka – rzekł, posyłając Elli psotne spojrzenie.


-        Hej! Nie musiałeś tego mówić! – zawstydziła się.


-        Nie ma problemu, będę trzymał wodze, więc nic jej się nie stanie. – odpowiedział dostojnie, a Ren miał ochotę mu przyłożyć.


-        Pojadę z Renem, Gordzie. – powiedziała szybko, widząc że Ren traci cierpliwość. Nie chciała tu awantury zazdrości.


-        Z całym szacunkiem, Wasza Wysokość. Nie godzi się, by Księżniczka Miryonu jeździła na jednym koniu z jakimkolwiek wojownikiem, nawet jeśli to Shiryen Alorii – mówił grzecznie.


-        Pojadę z Renem – powtórzyła z naciskiem, a on zrozumiał aluzję.


-        Ja sobie życzysz, Pani. – Skłonił się, posłał Renowi nieprzychylne spojrzenie i wsiadł na konia.


Ella odetchnęła z ulgą, gdy w końcu pojechała z Renem, za Gordem, w stronę miasta. Przez chwilę ukradkiem spoglądała na twarz Alrena i stwierdziła, że ostatni raz miał taka zaciętą twarz, kiedy dopiero co go poznała. To oznaczało, że był zły. Nawet nie chciała myśleć o powodach, więc odpuściła sobie.


Kilkanaście minut później wjechali do Lorionu i Ella zapomniała o dziwnej sytuacji, sprzed chwili. To miasto było tak piękne, że zaniemówiła. Z wyglądu przypominało Ateny. Liczne białe budynki z kolumnadami i łukami, kopułami i ozdobnymi płaskorzeźbami. Co jakiś czas widziała jakąś rzeźbę i fontannę. Ulice, idealnie równe, były wyłożone płaskimi kamieniami, a chodniki dla pieszych płytami marmurowymi. W mieście nie brakowało pojedynczych, pięknych drzew i kwiecistych trawników ani rozległych i rozmaitych parków. Przepych, piękno i umiłowanie natury – tak można by najkrócej określić Lorion. Ella była wniebowzięta i nawet grymas na twarzy Rena nie był w stanie tego zepsuć.


Gdy zaś dotarli do imponującej Świątyni, umieszczonej w centrum niezwykłego parku, odebrało jej mowę. Budowla była tak wysoka, że jej wieże kończyły się na wysokości chmur. Była wykonana z białego marmuru, a jej dach podtrzymywały niezliczone kolumny. Świątynia przypominała mieszankę Akropolu z zamkiem królewskim z baśni. Najbardziej rzucały się w oczy piękne rzeźby jakiejś bogini i boga, wykonane z kryształu, złota i srebra. Budowla przytłaczała Ellę, która czuła się jak mrówka, a zarazem, jak Alicja w Krainie Czarów. Odruchowo spojrzała na Rena i ujrzała cień uśmiechu na jego twarzy. Mężczyzna lubił patrzeć na Ellę, kiedy zachwycała się architekturą miast. Spochmurniał jednak, gdy Gord ponownie się odezwał, zatrzymując przed wrotami.


-        Jesteśmy na miejscu. To Wielka Świątynia Egharii – Harionlis – wyjaśnił.


-        Przecież wiem – bąknął pod nosem Ren, ale Gord udał, że tego nie słyszał.


-        Syriana już na nas czeka – oznajmił i gdy tylko podniósł rękę, ogromne, złote wrota się otworzyły.


Ella wkroczyła do Świątyni pełna obaw o przyszłość swoją i jej związku z Renem.


***


Sobota, 15 maja 2012 roku, Ziemia: Londyn – dom Davida, poranek


Gdy Mary się obudziła, znajdowała się w ramionach śpiącego Davida. Spojrzała na niego z zachwytem i gładziła jego obnażoną klatkę piersiową lewą ręką. W promieniach wiosennego Słońca zalśnił niewielki brylant pierścionka, który znajdował się na jej serdecznym palcu. Gapiła się na niego z uśmiechem i rumieńcami. Wtuliła się w Davida jeszcze mocniej i zaczęła z sentymentem wspominać ostatnie dwa dni.


Przypomniała sobie słowa Serilli, kiedy rozmawiały w kawiarni i musiała przyznać, że Arcykapłanka miała rację. David zachowywał się tak, bo szykował dla niej niespodziankę. Ona też podejrzewała, że chodzi właśnie o to, ale nawet nie marzyła, że odbędzie się to w ten sposób.


Przedwczoraj David zaprosił ją na kolację. Nie byłą zaskoczona. Tego dnia miała urodziny, a on nigdy jeszcze o nich nie zapomniał. Jednak ku jej zdumieniu mężczyzna nie pisnął słowem o urodzinach i zachowywał się tak, jakby jednak nie pamiętał o jej święcie. Mimo iż kolacja był pyszna, było jej trochę przykro. Dopiero w samochodzie, z tajemniczym uśmiechem, oznajmił, że zanim odwiezie ją do domu, musi jej pokazać prezent urodzinowy, który został w jego mieszkaniu. Ożywiła się wówczas. Tylko udawał. Przekomarzali się wesoło, ale Mary nie mogła się doczekać chwili, gdy zobaczy te niespodziankę.


Jakież było jej zdumienie, gdy ujrzała, w wiklinowym koszyczku, ślicznego pieska – brązowego spaniela, z czerwoną kokardką na szyi. Oniemiała z zachwytu. Ten szczeniak był taki śliczny i słodki, że nie mogła się ba niego napatrzeć. Dopiero po dłuższej chwili zauważyła, że obok śpiącego malucha, leży czerwone pudełko z kokardką.


Spojrzała na Davida pytająco, ale on tylko się uśmiechnął i podniósł je. Otworzył i pokazał śliczny pierścionek. Wówczas zrozumiała, co zamierza... Poprosił ją o rękę, patrząc głęboko w oczy i wyznając miłość. Myślała, że umrze ze szczęścia. Odpowiedź była oczywista. Rzuciła się na niego, powtarzając w kółko „tak”, po czym spędzili romantyczno-namiętną noc w jego domu.


Mary westchnęła na wspomnienie tamtego dnia i nocy. Mruknęła z zadowolenia, budząc tym Davida, który od razu się uśmiechnął.


-        Dzień dobry, kochanie... – Ucałował ją w policzek. – Dobrze spałaś?


-        Też pytanie – zachichotała, wstając z łóżka.


-        Dokąd to? – Wydawał się niezadowolony, że jego narzeczona się odsunęła.


-        Muszę zajrzeć do Belli. Na pewno już się obudziła – Uśmiechnęła się do niego. – Sprawdzę, czy nie obgryza ci mebli.


-        Bardzo zabawne... – prychnął.


Kilkanaście minut później jedli już śniadanie, nie spuszczając z oczu małego, rozbrykanego szczeniacka, który był istnym żywym srebrem. Śmiali się i wymieniali zalotnymi spojrzeniami, aż w końcu David nieco spoważniał, przypominając sobie, o czym Mary mówiła poprzedniego dnia.


-        Zamierzasz iść do niej dzisiaj? – spytał.


-        Tak. – Spoważniała.


-        Przecież mówiła ci, że wszystko jest w porządku i Elli nic nie grozi. Czemu nadal się tym martwisz?


-        Nie wiem... Naprawdę. Jednak czuję, że jeśli tego nie sprawdzę, to nie zaznam spokoju. Serilla mówiła o metodzie oglądania Egharii w magicznym lustrze. Chcę spróbować zobaczyć Ellę na własne oczy.


-        Widzę, że już postanowiłaś... - westchnął.


-        Dlaczego się tak denerwujesz? Przecież to potrwa może z godzinkę.


-        Wiem, skarbie, ale... – Spojrzał na nią i poklaskał po policzku. – Mam przeczucie, że jeśli tam pójdziesz to coś się wydarzy... Coś niedobrego...


-        Przesadzasz... Serilla nic mi nie zrobi.


-        Pewnie nie, ale tamto miejsce jest dziwne. Przeraża mnie...


-        Spokojnie, kochanie. – Uśmiechnęła się do niego. – Wrócę do ciebie...


***


Egharia: Aloria –Lorion (Świątynia Harionlis), południe


Ella była okropnie stremowana, gdy zatrzymali się przed kolejnymi złotymi drzwiami, w środku wielkiej świątyni. Nawet urzekające piękno wnętrza tej budowli nie mogło odwrócić jej uwagi. Wiedziała, że tu kończy się jej życie, jako Elli, a zaczyna – żywot Księżniczki Miryonu. Nie miała pojęcia, co ją teraz czeka i to ją przerażało.


Wtedy drzwi się otworzyły i oczom całej trójki ukazała się okrągła sala, oświetlona świecami wzdłuż ściany, z mini-tronem na środku pomieszczenia. Siedziała na nim nieziemsko piękna kobieta. Ella nie była w stanie oderwać od niej oczu.


Kobieta ta miała długie, aż do podłogi, proste i złote włosy. Nie nosiła grzywki, za to jej czoło zdobił złoty diadem, z diamentem w kształcie deltoidu. Jej skóra była brzoskwiniowa, a oczy duże i srebrne. Miała delikatne rysy twarzy, ale było w niej coś chłodnego, niedostępnego. Pełne usta nie wyrażały żadnego uśmiechu ani grymasu, lecz tylko opanowanie. Jej kształtne, kobiece ciało zdobiła długa, śnieżnobiała suknia z srebrnymi akcentami. Natomiast złoto-diamentowa biżuteria dodawała jej dostojności.


Z całą pewnością była niezwykle piękną i wyjątkową kobieta, choć Ella wyczuwała w niej duży dystans i coś... Nie wiedziała, jak to opisać. Nieprzyjemnego? Mimo iż miała ciepłą i dobra aurę, to nie wzbudzała jej zaufania. Ella nie miała pojęcia, że Ren miał o Syrianie dokładnie takie samo zdanie, mimo iż szanował ją i czuł pewien respekt. Dlatego on też czuł się nieco nieswojo w jej obecności.


Długie milczenie przerwał gest Syriany, którym pokazała Gordowi, by odszedł i zamknął drzwi, i jednocześnie wstała z tronu. Alren odruchowo ukląkł przed nią i pozdrowił ją, a Ella starała się trzymać fason, choć w środku czuła lęk, trudny do opisania. Dopiero, gdy Syriana uklękła przed nią i pochyliła głowę, wprawiła ją tym w takie zdumienie, że zapomniała o strachu.


-        Niezmierny to zaszczyt spotkać cię, Pani – powiedziała dostojnym głosem. – Jestem Syriana, Najwyższa Arcykapłanka Egharii i odtąd również twoja służka, Wasza Wysokość.


-        Witaj... – Ella nie wiedziała za bardzo, jak ma na to zareagować, więc poczekała, aż Syriana wstanie.


-        Cieszę się, że dotarłaś bez problemu do tej Świątyni. Przez ostatnie dni zamartwiałam się o ciebie i Alrena, odkąd to wróciliście do Egharii – powiedziała, wracając na tron i sprawiając, że w magiczny sposób, przed nimi pojawiła się ozdobna kanapa, na której mogli usiąść Alren i Ella. Kiedy tylko was zlokalizowałam w Hevanie, wysłałam Agona, by was przyprowadził, ale niestety dowiedziałam się, że zginął w drodze...


-        Owszem. Zabił go Thar, by się pod niego podszyć i zbliżyć do nas – odpowiedziała Ella.


-        Jak sadzę, długo nie pożył... – odparła z lekkim uśmiechem, patrząc na Rena, którego twarz była niewzruszona. – Jestem wam winna przeprosiny. Powinnam była od razu wysłać Gorda. Cieszę się jednak, że udało się wam tu dotrzeć, dzięki mojemu sygnetowi. – zerknęła na palec Alrena, a on natychmiast zdjął pierścień i oddał go Arcykapłance.


-        Pani...


-        Mów mi Syriana, Wasza Wysokość. Jako jedna, z nielicznych na tym świecie, masz prawo mówić do mnie po imieniu, gdyż twoja pozycja jest wyższa od mojej i każdego władcy w Egharii.


-        To zawstydzające... – zarumieniła się Ella.


-        Nie czas na skromność, Księżniczko. Czas ucieka. Muszę ci powiedzieć, na czym stoimy, jeśli mamy ocalić ten świat przed zagładą... – rzekła poważnie, a Ella przełknęła nerwowo ślinę.


***


Sobota, 15 maja 2012 roku, Ziemia: Londyn – Siedziba Bractwa Miryonu, noc


Mary postąpiła tak, jak zaplanowała i odwiedziła Serillę, z zamiarem wypróbowania magicznego lustra, jeszcze tej nocy. David zaś czekał na nią w samochodzie, pod kościołem. Arcykapłanka była zaniepokojona jej wizytą oraz złymi przeczuciami Mary, ale nie protestowała.


-        Zaczekaj tu – powiedziała Seriila – a ja pójdę po księgę zaklęć i magiczne lustro.


-        Dobrze...


-        Niczego tu nie dotykaj – ostrzegła jeszcze i wyszła ze świętej komnaty.


Mimo iż Mary nie zamierzała ruszać się z krzesła, nagle usłyszała jakiś głos. Zerwała się na nogi i rozejrzała z przerażeniem. Miała wrażenie, że to ściany przemówiły. Wkrótce ustaliła, że głos dobiega z dużego okręgu na podłodze, zapisanego starożytnymi runami, których nie rozumiała. Sama nie wiedziała, dlaczego to robi, ale podeszła tam, wbrew rozsądkowi, i stanęła na środku kręgu.


Zaraz potem magiczne runy zalśniły błękitnym światłem, a ona poczuła się bardzo słabo, aż nagle straciła przytomność. Chwilę później jej ciało rozpłynęło się w powietrzu...



Aruell
Nastrój: upojony ;D
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 102

wtorek, 4.października.2011, 00:16


Rozdział 103


29 dzień muedrilu 8976 roku, Egharia: Aloria – okolice Lorionu, świt


Ella i Ren jechali całą noc, bez przerwy. Kiedy zaczęło świtać, dotarli do miejsca, z którego widzieli już Lorion. Zatrzymali się na wzgórzu i patrzyli jak wschodzące Słońce oświetla jasne budynki stolicy, która mieli przed sobą. Po prawej stronie widzieli ogromne, błękitne jezioro, a po lewej niekończący się las tropikalny. Za miastem zaś, gdzieś bardzo daleko, widać było zarysy zielonych gór. Lorion doskonale wkomponował się w tutejszą przyrodę, jakby był jej częścią. Ella była zachwycona tym widokiem. W nocy nie widziała tych pięknych drzew, traw i wody, więc teraz nie mogła się napatrzeć na ten krajobraz. Ren widząc jej zmęczenie i zarazem zachwyt, zeskoczył z konia.


-        Chodź, zatrzymamy się na chwilę i zjemy śniadanie. Nie możemy odwiedzić Syriany całkiem wyczerpani – stwierdził, pomagając jej zejść na dół. – Na brak snu nic nie poradzę, ale na głód i owszem. – Uśmiechnął się, słysząc, że jej brzuch oznajmia porę na posiłek. Zarumieniła się z zawstydzenia, ale ochoczo usiadła na miękkiej trawie i obserwowała, co robi Ren.


Podziwiała ciało swego mężczyzny, gdy zdjął z siebie prawie całe ubranie. Dla niej każdy jego fragment był doskonały. Nawet to, z jaką zwinnością poruszał się w wodzie, łowiąc ryby, było dla niej niezwykłe. Śledziła ruchy mięśni jego odsłoniętych pleców. Nie mogła przestać patrzeć na jego krótkie, czarne włosy. Przyzwyczaiła się do długich włosów, więc była to dla niej duża zmiana. Poza tym, nie mogła oprzeć się myśli, że w krótkich wygląda jeszcze bardziej męsko, niż wcześniej.


Ren czuł na sobie jej wzrok, przez cały czas i w końcu odwrócił się do niej i uśmiechnął. W świetle rannego Słońca wyglądał niezwykle spokojnie, a jego twarz wydawała się cieplejsza i jeszcze bardziej przystojna. Ella musiała wlepić wzrok w trawę, by uspokoić swe serce. Podniosła wzrok dopiero wtedy, gdy Ren stojąc przed nią, rzucił na nią cień.


-        Ależ ja jestem przystojny, co Kotku? – zaśmiał się serdecznie, a ona spąsowiała.


-        Próżny i przystojny! – udała oburzenie, ale wtedy chwycił jej podbródek i zmusił by spojrzała mu w oczy.


-        Przyznaj, że lubisz się na mnie gapić, zwłaszcza kiedy łowię ryby. – Uniósł znacząco jedną brew.


-        Przestań... Kocham cię, więc to chyba normalne... – mruknęła cała czerwona.


-        To dlaczego się tego wstydzisz? – Pstryknął ją lekko w nos. – Czemu wciąż się tak czerwienisz? – zaśmiał się, bo spojrzała na niego z niezwykle uroczą minką.


-        Ren... Znowu zaczynasz... – bąknęła i odwróciła się do niego plecami.


Aż podskoczyła, gdy delikatnie objął ją od tyłu i przytulił się do jej pleców. Dziewczyna poczuła ciepło na sercu, gdyż Ren dość rzadko okazywał czułość w ten sposób. Zwykle się z nią droczył, jak przed chwilą i był impulsywny. Taka drobna odmiana, bardzo jej się spodobała.


-        Masz rację... – mruknęła zarumieniona, zaskakując go nieco. – Uwielbiam się na ciebie gapić – zachichotała cicho, a on wtedy pocałował ja w policzek, nie wypuszczając z objęć.


-        Wiem, Kotku.


-        No tak... Mogłam się domyślić, że to powiesz – zakpiła wesoło, a on wtedy odsunął się i rozpalił małe ognisko, na którym upiekł dwie rybki.


Ella nie była zachwycona, że ją puścił ani z tego, że znowu jadła ryby, ale i tak czuła się odprężona. Mimo że Ren siedział teraz naprzeciw niej w samych spodniach, wciąż czuła jego ciepło na plecach. Westchnęła. Znali się już jakiś czas, wiele razem przeżyli, a ona wciąż zachowywała się, jak zakochana nastolatka. Postanowiła rozpocząć rozmowę, aby zmienić nieco tor swych myśli.


-        Ren, opowiedz mi coś o Alorii...


-        O, znów mam się bawić w wykładowcę? – zaśmiał się.


-        Nie bądź taki i powiedz coś.


-        No dobrze, już dobrze... – Wiedział, że tak będzie. – Co cię interesuje?


-        Na przykład, co to za miejsce, ten las i jezioro. Tak tu pięknie!


-        Znajdujemy się na skraju Lasu Riamir. To jedyny, w miarę normalny las w tym kraju, pozbawiony magii. Jednak i tak jest pełen trujących roślin i niebezpiecznych zwierząt.


-        Przypomina z zewnątrz las deszczowy na Ziemi. Najbardziej bogaty, piękny, ale i groźny.


-        No to się zgadza. – Uśmiechnął się. – Natomiast to jest największe jezioro w Alorii, zwane jeziorem Sollash. Do niego wpływa rzeka Loria, wzdłuż której podróżowaliśmy konno. Jak widzisz te wody są krystalicznie czyste i bogate w ryby.


-        A tamte góry, które widać nawet stąd?


-        To Góry Alores, od nich powstała nazwa tego kraju. Są bardzo piękne, ale i zdradzieckie. – Puścił jej oczko.


-        Ten kraj podoba mi się najbardziej ze wszystkich, które widziałam. Nie znoszę zimy, więc w Veolii nie czułam się za dobrze. Kocham przyrodę, więc i pustynia nie była dla mnie. Ale tutaj... tu jest cudownie.


-        Tak, bez wątpienia, to jeden z najpiękniejszych krajów w Egharii.


-        A właśnie, czemu nazywają ten kraj Kraina Bogów?


-        Z dwóch powodów. Po pierwsze tutaj znajduje się wejście do Sanktuarium Hariosa, Ducha Egharii, a po drugie, to kraj kapłanów. Znajdują się tutaj siedziby wszystkich religii Egharii, szkoły kapłańskie, świątynie i zakony. To dlatego tak nazywają Alorię – rzekł spokojnie i zobaczył, że Ella usiadła obok niego, nie jak do tej pory, naprzeciwko.


-        Teraz udamy się na spotkanie z Syrianą?


-        Tak. – Nieco spoważniał i wówczas poczuł jej dłonie na policzkach. – Co robisz? – spytał z rozbawieniem, a ona go słodko pocałowała w usta. To było tak przyjemne, że poczuł mrowienie na całej skórze.


-        Nic takiego. Podoba mi się ten słodki poranek... – mruknęła, wtulając się w jego pierś.


-        Wiesz, że musimy się już zbierać? – spytał, chichocząc.


-        Tak, ale zostańmy tak jeszcze przez chwilę, dobrze? – spojrzała na niego błagalnie i ucieszyła się, gdy się nie odsunął, tylko przytulił mocniej.


***


Kilkanaście minut później...


Ella i Ren posprzątali nieco po sobie, po czym zamierzali wsiąść na konia i wjechać do stolicy, która znajdowała się teraz jakieś pół kilometra stad. Jednak, kiedy Ren pomógł Elli dosiąść konia i sam miał na niego wsiąść, usłyszał stukot kopyt. Odruchowo chwycił wodze swego rumaka na którym była Ella i spojrzał na ścieżkę, z której niedawno zboczyli, by rozbić obóz. Niedługo potem ujrzeli jeźdźca na białym koniu, który patrzył dokładnie w ich stronę. Ren przeczuwał, że jedzie im na spotkanie i nie był tym zachwycony.


-        Ren, on jedzie prosto na nas. Kto to może być? – spytała, widząc że jeździec się zbliża.


-        Nie wiem, ale to z pewnością nie jest wróg – odparł, by ją uspokoić. – Niemniej jednak nie podoba mi się ten facet... – skrzywił się, rozpoznając tę aurę wokół niego.


Była tak charakterystyczna, że musiałby być głupcem, by nie wiedzieć, kim jest ten mężczyzna. Chwilę później jeździec zatrzymał się przed nimi i zsiadł z konia. Ren i Ella, która również zeszła na ziemię, śledzili każdy jego ruch. Ren spojrzał mężczyźnie w oczy i skrzywił się na widok medalionu, który miał on na szyi. Natomiast Ella nie mogła oderwać od niego oczu.


Jeździec był wysoki i dobrze zbudowany. Z pewnością był wojownikiem. Jego złoto - blond włosy były raczej krótkie i mieniły się w porannym Słońcu, a na czole miał zawiązaną czarną opaskę. To był człowiek o jasnej karnacji i twarzy, z której biła pewność siebie, a chwilami i zaciętość. Jego przystojna twarz nie była delikatna ani anielska, zwłaszcza, że na jego czole znajdowała się niewielka, ale dość ciemna, blizna po ranie ciętej. Mimo to wzbudzał zaufanie – przynajmniej Elli. Jednak to, co przyciągało zwłaszcza uwagę, to duże, jasnobłękitne oczy, które miały w sobie coś magnetycznego. Oprócz urody, uwagę dziewczyny przyciągnął jego strój.


Miał na sobie czarne, dopasowane spodnie i wysokie buty oraz ciemnoszarą tunikę, umocowaną czarnym, szerokim pasem. Nie miała rękawów i odsłaniała znaczną część jego umięśnionego torsu. Mężczyzna miał też czarne, skórzane bransolety wokół nadgarstków, które zapewne służyły głównie do ozdoby. Ella dostrzegła, że nosił na plecach bardzo długi miecz, a na szyi – okazały, okrągły medalion z jakimś symbolem, wykonany najprawdopodobniej ze srebra. Oprócz tego nosił liczne, drobne kolczyki w uszach i pierścienie na palcach.


Ella musiała sama przed sobą przyznać, że stoi przed nią naprawdę intrygujący mężczyzna. Jej reakcja na nieznajomego nie spodobała się Renowi, który poczuł ukłucie zazdrości.


Tymczasem blondyn przyglądał im się przecz chwilę w milczeniu, po czym ukląkł przed Ellą, ku jej zdumieniu.


-        Witaj, o Pani, w Alorii! Jestem Gord ven Lorando, Shiryen Alorii! Przybywam, by eskortować Księżniczkę Miryonu do Jej Ekscelencji Syriany – rzekł dumnie.


-        Kłamca – skomentował Ren z ironią w głosie, co poskutkowało nieprzychylnym spojrzeniem Gorda.


-        Dlaczego zarzucasz mi kłamstwo, Alrenie vhe Adhenos? – zaznaczył, że wie, kim jest zielonooki.


-        Nie wiesz? – zakpił. – To przyjrzyj mi się dokładniej. – Uśmiechnął się szelmowsko, a Gord który z początku nie wiedział, o co mu chodzi, usłuchał jego słów.


Przez chwilę patrzył na niego w skupieniu, aż wyczuł TĘ aurę. Zadrżał, nie wierząc własnym oczom. Nikt go nie uprzedził, że to Alren jest...


-        Niemożliwe... – wydusił z siebie. – Ty jesteś...


-        Tak, mój drogi. To JA jestem Shiryenem Alorii, a ty póki co, jesteś tylko moim następcą – rzekł z dumą w głosie, a Gord czuł się już mniej pewnie, niż przed chwilą.


GordLink do większego obrazka (zobacz Linki do obrazków, z lewej strony, w menu):


http://graphic.g.mylog.pl/graphics/12655



Aruell
Nastrój: Taki sobie
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 102

środa, 28.września.2011, 23:23



Witajcie!


Ogłaszam zmianę harmonogramu notek, na czas trwania kolejnego roku akademickiego!


Nowe notki BM pojawiać się będą nadal 3 razy w tygodniu, ale w inne dni.


(choć tak naprawdę, tylko jeden dzień się zmienia)


A mianowicie, w każdy:


Wtorek


Środę


Czwartek


Zmiany obowiązują już od tej notki, co oznacza, że w najbliższą sobotę notka BM się nie pojawi.


A teraz już pozdrawiam i życzę miłego czytania!


***


Rozdział 102




28 dzień muedrilu 8976 roku, Egharia: Aloria – Lors i okolice, wieczór


Gdy Ella i Ren opuścili statek, i wkroczyli do miasta Lors, mężczyzna od razu pociągnął ją na pierwszy, lepszy stragan. Kupił dwa granatowe płaszcze z kapturami. Założyli je łącznie z kapturami. Ella nie protestowała, choć nie rozumiała, po co to wszystko.


-        Do czego nam te płaszcze? – spytała w końcu.


-        Nie możemy się rzucać w oczy, zanim nie dotrzemy do Lorionu.


-        Lorionu?


-        Stolica Alorii – odparł krótko i chwycił ja za rękę.


-        Czemu tak właściwie się ukrywamy?


-        Większość Aloryjczyków może nas rozpoznać, co tylko przedłuży naszą podróż do Lorionu. Ja jestem Shiryenem, więc to nic dziwnego. Natomiast w twoim przypadku, niemal każdy mieszkaniec tego kraju zauważy, że jesteś Miryonką, w przeciwieństwie do innych narodów.


-        Dlaczego? – zaciekawiło ją to.


-        Aloryjczycy to potężny lud. Są wykształceni, więc znają stare legendy i mity, a poza tym są znawcami magii, dzięki czemu potrafią oceniać po samej aurze, kim jest dana osoba.


-        Niezwykłe.


-        I kłopotliwe. Dlatego na razie, musimy cichcem dostać się do Lorionu, by nie wzbudzać zainteresowania.


-        Rozumiem.


Kilka minut później Ren kupił też białego konia i na nim, wraz z Ellą, opuścił miasto. Dziewczyna nie miała nawet okazji obejrzeć dokładnie Lorsu, mimo iż architektura tutaj była niezwykle piękna, wręcz bajkowa.


Kiedy wyjechali poza granice miasta, podążali ścieżką niemal wzdłuż rzeki, przez zielone łąki. W oddali widać było lasy. Jakaż była to miła odmiana po pobycie na pustyni.


-        Nie mogliśmy przeczekać nocy w Lorsie? – spytała, widząc zachodzące Słońce. – Zaraz będzie ciemno.


-        Nie możemy zwlekać – rzekł zdecydowanie. – Tym razem nie zatrzymamy się na noc, tylko będziemy jechać całą noc do Lorionu. Dzięki temu dotrzemy tam rankiem, bo to nie jest daleko stąd.


-        Skąd wiesz...? A no tak, przecież mieszkałeś tutaj – powiedziała właściwie do siebie.


-        Nie martw się, będzie dobrze. Złap się mocno – polecił, a Ella z całej siły wtuliła się w jego plecy. Wówczas przyspieszyli do galopu.


Egharia: Aloria – łąki, noc


Jechali przez kilka godzin. Ella co chwila zerkała w czarne niebo, pokryte niezliczonymi gwiazdami i cudowne dwa księżyce. Oprócz tego nic nie widziała.


-        Jak to możliwe, że wiesz gdzie jechać w takiej ciemności?


-        Przypominam, że moje oczy pozwalają mi widzieć w ciemności – odparł krótko, a ona kątem oka ujrzała jego świecące spojrzenie.


-        Szczęściarz... – westchnęła, a on się zaśmiał.


-        Wiesz, ja... – urwał i nagle gwałtownie zatrzymał konia.


-        Co robisz? – była zaskoczona jego gwałtownym ruchem.


-        Cii! – skarcił ją, a ona zamarła, rozumiejąc, że dzieje się coś niedobrego.


Ren zeskoczył z konia i jednym zwinnym ruchem, ściągnął ją na ziemię. Wcisnął w jej ręce wodze i szeptał, stojąc bardzo blisko niej.


-        Mamy kłopoty. Stój tu i pod żadnym pozorem się nie ruszaj.


-        A-ale co się dzieje?


-        Norheni – szepnął złowrogo – jest tu ich dziesięciu, ale co gorsza mają ze sobą jednego Maga, dość dobrego, jak sądzę.


-        I tak ich pokonasz – próbowała panować nad strachem, a on się zaśmiał.


-        Gdybym był sam... – Zawahał się. – Pewnie bym się nawet nie przejął, ale muszę chronić ciebie.


-        Rozumiem, od samego początku jestem dla ciebie ciężarem w czasie walki... – zasmuciła się.


-        Nie mów tak. Po prostu się stąd nie ruszaj. – Skinęła głową, że się zgadza.


Z podziwem patrzyła, jak odchodzi na środek łąki. Dzięki temu, że otaczała go jasna, zielona aura, a jego oczy świeciły, był dobrze widoczny, nawet w nocy. Jak zwykle nie widziała wrogów, zanim nie wynurzyli się z ziemi, jak duchy.


Gdy tylko zmaterializowali się wokół Rena, cała dziesiątką zaatakowali bruneta z mieczami w dłoniach. Wstrzymała oddech, gdy Ren uniósł rękę i po chwili wydobyła się z niej elektromagnetyczna fala, zielonej energii, która poraziła napastników i skutecznie zatrzymała na kilka sekund. W tym krótkim czasie Ren dobył miecza i błyskawicznie zaczarował go tak, że lśnił białym światłem. Ella otworzyła oczy szeroko ze zdumienia, kiedy patrzyła, jak kilkoma jasnymi cięciami, Alren zabił pięciu wojowników. Pozostali zdążyli się wyswobodzić i uciec.


-        Alrenie! Bądź przeklęty! – krzyknął jeden z nich.


-        Trzeba było zostawić mnie w spokoju! – krzyknął Ren, utrzymując pozycję bojową.


Schowali miecze i wyciągnęli w stronę Rena dłonie. Zaraz potem cisnęli w niego czerwonymi kulami ognia, a on zareagował natychmiast jednym ruchem ręki tworząc powietrzny wir wokół siebie, który zgasił owe kule, nim do niego dotarły.


-        Nie rozumiecie, że to na nic? – mówił Ren. – Nie możecie mnie pokonać. Nie atakujcie mnie! Nie chcę więcej zabijania Norhenów!


-        Od kiedy to jesteś patriotą, zdrajco? – syknął jeden z nich i wówczas całą piątką utworzyli wokół Rena pentagram. – Revineirjo! – krzyknęli chórem.


Ren zorientował się co to za magia, gdy tylko wypalili w ziemi znak pentagramu, w którego środku był on sam. Zauważył, że każda następna grupa Norhenów, która ich atakuje, jest lepiej wyszkolona i silniejsza.


-        Nieźle, ale i tak mnie nie pokonacie ... – zakpił, a Ella z niepokojem zauważyła, że jego zielone spojrzenie i aura zniknęły.


-        Słyszeliśmy, że to działa na Heryonów. Teraz nie możesz używać mocy Łowcy Dusz! – powiedział jeden Norhen.


-        Myślicie, że już mnie macie, co? – prychnął unosząc obie ręce i zaśmiał się głośno. – Nie doceniacie mnie, jak zwykle! – krzyknął i wówczas na jego czole zalśnił dziwny znak, świecący na biało. Jego ciało również otoczyła aura o tym kolorze.


-        C-co jest?  - wystraszył się jeden z nich.


-        Czy to jest... Święta Aura? – wyksztusił drugi. – Ale jak to możliwe?


-        Tak się składa, że jestem również Shiryenem Alorii... Właśnie macie okazję podziwiać Aurę Hariosa – zakpił, wzbudzając w nich lęk.


-        To niemożliwe! – krzyknął trzeci.


-        A nawet gdybym nim nie był i gdybym nie posiadał też mocy Heryonów, to jestem Mistrzem Czarnej Magii, więc za jej pomocą, nigdy mnie nie pokonacie! – zaśmiał się szyderczo. – Pora kończyć tę zabawę! – krzyknął i złamał pentagram, którym go otoczyli Świętą Mocą Hariosa, a następnie wykonał gwałtowny ruch rękami, który sprawił, że moc którą włożyli w tworzenie pentagramu, uderzyła w nich z powrotem, zabijając ich w jasnym blasku.


Ella nie wierzyła własnym oczom. To było niesamowite. Jednak gdy już chciała mu pogratulować zwycięstwa, poczuła ukłucie w piersi i upadła na kolana, ściskając się za serce. Ren natychmiast to zauważył i z przerażeniem podbiegł do niej. W połowie drogi wyczuł Maga, który wcześniej ukrywał swoją obecność magią i Ren zapomniał o nim.


-        Cholera! – zaklął, widząc mężczyznę w czarnym płaszczu, który wciąż unosił rękę nad Ellą, stojąc obok niej. – Co jej zrobiłeś, draniu? – syknął złowieszczo, aż jego aura buchnęła, niczym ogień.


-        Nie widzisz? – zakpił Mag.


Wtedy Ren zobaczył, że włosy Elli poruszają się same i oplatają jej szyję oraz całe ciało, powoli dusząc ją. Przeraził się. To był znany czar w Norhenie. Wiedział, że nie można go zdjąć i za chwilę ona umrze, i ogarnęła go panika, jednak tylko przez chwilę.


-        Myślałeś, że jesteś niepokonany? – zadrwił z niego wróg, atakując go tym samym czarem, ale bezskutecznie, bo Ren go odbił, ku zdumieniu Maga – To niemożliwe! – krzyknął, gdy jego własna broń, obróciła się przeciw niemu.


-        Jesteś głupcem! – syknął Ren. – Nie wiedziałeś, że Aura Shiryena odbija zaklęcia?


Ren nie zwracał już uwagi na konającego Maga i natychmiast wezwał swoją Heryońską moc. Wyciągnął rękę w stronę Elli i jednym ruchem przejął czar, który ją zabijał, na siebie. Po chwili Ella cała i zdrowa, wolna od zaklęcia, patrzyła z przerażeniem, jak długie, czarne włosy Rena wydłużają się jeszcze bardziej i oplatają go, wokół ciała.


-        Ren! – krzyknęła. – Co ty najlepszego zrobiłeś?! – rozpaczała, a z jej oczu poleciały łzy bezradności, kiedy on się dusił.


Próbowała rękami odciągnąć jego włosy od niego, ale były twarde kamień. Uklękła więc przed nim i zakryła twarz.


-        Nie, nie możesz umrzeć! Nie w ten sposób! – krzyczała i wtedy ujrzała niezwykły widok.


Długie włosy, oplatające ciało Rena zaczęły świecić niebieskawym światłem, które wydało jej się znajome, po czym zniknęły. Oczom przerażonej Elli ukazał się Ren z krótkimi włosami i oczami lśniącymi na niebiesko. Sapał głośno i spojrzał na zaskoczoną Ellę.


-        Ta moc... – szepnęła. – Użyłeś mocy Miryończyków!


-        W sumie nie wiem, jak to zrobiłem... Może pomogła nasza „więź dusz”? – Otrzepał się z brudu i nim zdążył wstać z kolan, Ella rzuciła mu się na szyję.


-        Nigdy więcej mnie tak nie strasz! Słyszysz?! – krzyczała, ściskając go mocno. – Nigdy więcej!


-        Już dobrze, Kotku. Spokojnie... – poklepał ją po plecach.


Gdy Ella się uspokoiła i lekko od niego odsunęła, zaczęła oglądać jego włosy. Były teraz zupełnie krótkie, nie licząc dłuższych kosmyków, opadających na jego twarz. Przez kilka pierwszych chwil nie mogła się przyzwyczaić do takiego Rena, ale potem się zarumieniła, uznając że wygląda znacznie lepiej.


-        Na co tak patrzysz? – spytał, wstając.


-        Twoje włosy... Są teraz krótkie!


-        No i co z tego? To skutek przerwania tamtego czaru – odparł nieco zdziwiony jej reakcją. – Nie ma czym się ekscytować. To tylko włosy. – Przeczesał je palcami.


Gdy ponownie na nią spojrzał, ona podskoczyła lekko, zarzucając mu ręce na szyję i pocałowała go. Był zaskoczony tym nagłym gestem, ale zrozumiał, że się bała o niego. Objął ją więc i odwzajemnił pocałunek. Gdy Ella się w końcu cofnęła, zarumieniona i podekscytowana, znów spojrzała na jego włosy, jakby próbowała się od nich przyzwyczaić.


-        Do twarzy ci w nich... – mruknęła.


-        Czyli wcześniej nie było mi do twarzy? – zaśmiał się, gdy szli w stronę konia.


-        Nie o to mi chodzi... – zarumieniła się. – Jest po prostu... lepiej.


-        Rozumiem... – Zaśmiał się, wsiadając z nią na rumaka. – W takim razie wierzę ci na słowo. – Mrugnął do niej, po czym wyruszyli w dalszą podróż, jak tylko Ren magicznie zakopał ciała wrogów.



Aruell
Nastrój: taki sobie
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 101

wtorek, 27.września.2011, 00:03

Rozdział 101


28 dzień muedrilu 8976 roku, Egharia: Aloria – Zachodnia Wieża Magiczna (Statek), południe

Około południa statek, którym Ella i Ren płynęli do Alorii dotarł do miejsca, które nazywano Zachodnią Wieżą Magiczną. Łódź musiała się przed nią zatrzymać na kontrolę. To właśnie tutaj sprawdzano pozwolenia na pobyt w Alorii.


Gdy Ella wyszła na pokład za Renem i zobaczyła te wieżę, zamarła z wrażenia. Była ogromna, niczym wieżowiec, znacznie wyższa niż maszty statku. Kwadratowa i w całości wykonana z materiału przypominającego białe bloki kamienne, zdumiewała solidnością i monumentalnością. Ozdabiały ją złote i srebrne rzeźby, płaskorzeźby oraz inne szczegóły, umieszczone dookoła. Ella była pewna, że nigdy nie widziała czegoś równie pięknego.


Jednak nie tylko sama wieża ją zachwyciła. Równie imponująca była Wielka Bariera, która zaczynała się za budowlą i przypominała z perspektywy Elli, nieskończoną ścianę przezroczystej, ledwo dostrzegalnej, błony magicznej energii. Mieniła się w Słońcu bladoniebieskim światłem i nie przepuszczała żadnego człowieka, ale co ciekawe, nie zatrzymywała przy tym zwierząt i roślin, powietrza ani wody. Tylko ludzi, niezależnie od rasy.


Kiedy już była w stanie oderwać wzrok od wieży i bariery, spojrzała na Rena, który uśmiechał się do niej lekko.


-        Chodź już. Teraz nasza kolej – chwycił ją za rękę i razem podeszli do wysokiego żołnierza w białej zbroi, o srebrnym połysku.


Jego włosy miały jasnozłoty kolor, a oczy – bladoniebieski. Skórę miał jasną, a na czole była zawiązana błękitna opaska. Ella pomyślała sobie, że uroda Aloryjczyków diametralnie różni się od hevańskiej czy Rena. Wyglądali jak aniołowie. Piękni, nieskalani, w misternie zdobionych ubraniach, rzeczywiście wyglądali na godnych mieszkańców Krainy Bogów.


Kiedy Ren podszedł bliżej, a żołnierz mechanicznie spytał o pozwolenie, Ella poczuła przez chwilę strach, że coś może pójść nie tak. Strażnik nawet na nich nie spojrzał. Widząc sygnet Syriany, który był niepodważalną przepustką, bez wahania zapisał coś w swoim kajecie i dopiero wtedy na nich popatrzył.


-        Możecie ruszać dal... – urwał, kiedy jego wzrok padł na Rena.


Mężczyzna znieruchomiał, upuścił kajet na podłogę i zamrugał oczami z wrażenia. Ella wstrzymała oddech, cała zestresowana, a Ren tymczasem delikatnie się uśmiechał.


-        A-Alren? – wybąkał zszokowany żołnierz. – To naprawdę ty?


-        Nie bądź taki zdziwiony, przyjacielu – zaśmiał się i wtedy zobaczył, że mężczyzna przed nim ukląkł. – Hej, co robisz? – spytał zdumiony.


-        Mistrzu! Zaszczyt to znów cię widzieć! – krzyknął i wtedy dopiero Ren zrozumiał.


-        Mistrzu? – spytała Ella odruchowo, patrząc na Rena badawczo.


-        Później ci to wyjaśnię – odparł, po czym znów spojrzał na żołnierza. – No już, Han. Wstawaj i nie rób zamieszania – rzekł od niechcenia.


-        Tak jest! – krzyknął i wstał.


-        Wyluzuj już... – klepnął żołnierza w plecy i uśmiechnął się.


-        Tak bardzo chciałabym z tobą porozmawiać. Tyle się wydarzyło, odkąd zniknąłeś! – mówił podekscytowany Han. – Niestety teraz nie mam czasu... Wielka szkoda.


-        Myślę, że zostanę tu na jakiś czas, więc na pewno nadarzy się jeszcze okazja – powiedział zwyczajnie, po czym pożegnał się z nim i wrócił z Ellą do kabiny, by nie przeszkadzać w dalszej kontroli granicznej.


Ella wytrzymała do momentu, kiedy zamknęli za sobą drzwi, ale potem nie była już w stanie. Patrzyła na niego intensywnie, a on się śmiał z jej miny.


-        Czemu on cię nazwał Mistrzem? Kto to był?


-        Skoro cię to tak ciekawi, to ci powiem... – odparł, a ona zamieniła się w słuch.


***


Środa, 12 maja 2012 roku, Ziemia: Madryt – lotnisko, popołudnie


Ostatnie trzy miesiące były niezwykle ważne i owocne dla Nicka oraz Carmen. Teraz, kiedy siedzieli na lotnisku, czekając na godzinę odlotu, byli niezwykle szczęśliwi. Mężczyzna obejmował ukochaną, uśmiechając się tajemniczo. Dziewczyna zaś ochoczo wtulała się w jego tors, nieustannie oglądając złoty krążek na swoim serdecznym palcu, jakby nie mogła uwierzyć, że nie jest już panną.


-        Pani Black, to nie wypada się tak publicznie kleić do męża – powiedział z przekąsem, równie szczęśliwy Nick.


-        Przejmujesz się tym, co inni powiedzą? – zdziwiła się. – Jestem twoja żoną już całe dwie doby, więc mam prawo się do ciebie kleić – odparła wesoło.


-        Sugerujesz, że wszystko nam już wolno? – Uśmiechnął się do niej znacząco i musnął ustami jej ucho. – Czy to znaczy, że możemy się teraz kochać?


-        Oszalałeś? – udała oburzenie.


-        Jestem twoim mężem, więc teoretycznie mi wolno.


-        Ale nie tutaj... – Rozejrzała się zarumieniona, napotykając znaczące uśmiechy pasażerów. Na pierwszy rzut oka było widać, że są nowożeńcami.


Wówczas zapowiedziano ich samolot, więc musieli się zbierać. Po drodze nadal się obejmowali i swawolnie dyskutowali.


-        Powiesz mi teraz, dokąd lecimy?


-        W podróż poślubną, oczywiście.


-        Wiem, ale gdzie dokładnie?


-        Dowiesz się na miejscu.


-        Nie żartuj sobie. Powiedz mi... – Zamrugała oczętami. – Proszę...


-        Nie, skarbie. To niespodzianka – wyszczerzył zęby.


-        Ależ ty jesteś...


-        Na pewno będziesz zachwycona, kochana żonko...


***


Egharia: Aloria – Okolice Alorii (Statek), popołudnie


Zaparzyli sobie gorącej herbaty i zasiedli do małego stołu w swej kabinie. Ren, widząc jej zniecierpliwienie, zaczął opowiadać.


-        Tamten żołnierz to Han, mój przyjaciel z czasów szkolenia w Alorii. Uczyliśmy się razem. – Uśmiechnął się lekko na tamto wspomnienie. – Nie był zbyt zdolny, dlatego kiedy ja osiągnąłem już tytuł Shiryena, on dopiero ukończył poziom podstawowy w Koszarach Loriońskich. Jednak był niezwykle spostrzegawczy i bystry, i jak widzę, zajął urzędnicze stanowisko. Strażnik Wieży cieszy się w Alorii dużym uznaniem – mówił spokojnie.


-        Zaraz, zaraz... Jaki tytuł osiągnąłeś? Shiryen? – złapała go za słowo. – Co to takiego? – spytała z nieskrywaną ciekawością, a on westchnął.


-        To zaszczytny tytuł Najlepszego Wojownika Kraju. Jednak to znacznie więcej niż sam tytuł... – myślał, jak najprościej jej to wyjaśnić. – Zdobywając go, otrzymujesz błogosławieństwo samego Hariosa, który użycza wybrańcowi cząstkę swej mocy i specjalną łaskę kapłaństwa. Shiryen jest więc po części Magiem i Kapłanem Hariosa, zyskuje też większą siłę i zdolność regeneracji... Rozumiesz, jak na razie? – chciał się upewnić.


-        Raczej tak. Co dalej? – była tym podekscytowana.


-        Oprócz tych wszystkich darów, Shiryen zyskuje dożywotnie pozwolenie na kontakt osobisty z Królową danego kraju i Arcykapłanką. Jest to duży zaszczyt bo zwykli ludzie, nie mogą oglądać ich twarzy...


-        Wow, czyli widziałeś Królową i Arcykapłankę Alorii?


-        Tak, znałem Królową Serabell bardzo dobrze. Arcykapłankę Alorii niestety nie. Uciekłem dzień przed umówionym spotkaniem z nią. Jednak poznałem już Syrianę, kiedy ty byłaś na Ziemi. To dzięki niej byłem w stanie udać się do twojego świata – wyjaśnił.


-        Teraz rozumiem...


-        Wracając jeszcze do tytułu Shiryena... Jest on dożywotni. Nie można go utracić ani w wyniku ucieczki ani zdrady. Tylko śmierć odbiera go wraz z życiem – zrobił pauzę. – Dlatego mimo iż opuściłem Alorię bez słowa i pozwolenia Królowej oraz Syriany, nadal jestem Shiryenem tego kraju.


-        Ale czy to działa także poza granicami Alorii?


-        Tak, ale ja nikomu nie powiedziałem, że nim jestem, a nie pełniłem tej funkcji w Alorii na tyle długo, by reszta świata zdążyła mnie poznać. Jednak teraz... – zawahał się. – Teraz, będąc w Alorii, nie ucieknę przed tym tytułem. Miałaś już najlepszy dowód z Hanem.


-        Jak to?


-        Nazwał mnie „Mistrzem”, pamiętasz? – uśmiechnął się na chwilę – To zwyczajowy zwrot do Shiryena, który stosują wszyscy żołnierze. Wyraża szacunek i uznanie dla umiejętności Shiryena i zaznacza jego nadrzędność.


-        A kto ma większa władzę, niż ty?


-        Tylko Królowa i Arcykapłanka, jeśli już, mogą wydawać mi rozkazy. Nikt inny.


-        Czyli teraz będziesz musiał słuchać rozkazów? – przełknęła ślinę, na myśl, że to mogłoby być powodem ich rozstania.


-        Niekoniecznie. Przywilejem Shiryena jest wolność. Służy Królowej i Arcykapłance, jeśli sam tego chce. To dlatego nie ścigano mnie za ucieczkę z Alorii. Poniekąd miałem prawo zniknąć bez słowa, choć było to niegrzeczne.


-        Strasznie to zawiłe... – westchnęła Ella. – Ale, skoro uciekłeś, to znaczy, że wybrano kolejnego Shiryena?


-        Prawdopodobnie tak, ale w takim wypadku został on Shiryenem II rangi, czyli moim następcą, gdyż dopóki ja żyję, nie będzie głównym Shiryenem. Może być tylko jedna taka osoba. – Popił łyk herbaty i spojrzał z uśmiechem na zafascynowaną Ellę. – Usatysfakcjonowana?


-        Tak. – Zarumieniła się. – Nie mogę uwierzyć, że jesteś najlepszym wojownikiem w Alorii! Dlaczego nie powiedziałeś mi wcześniej? – udała oburzenie.


-        Jak już mówiłem... Mam wiele tajemnic i dobrze mi z tym. – Puścił jej oczko.


-        Drań – bąknęła. – Ciekawe, czego jeszcze o tobie nie wiem...


-        Dużo rzeczy, Kotku. – Zaśmiał się. – Pewnie dlatego wciąż jestem dla ciebie interesujący, prawda? – rzekł z przekąsem, a ona spłonęła rumieńcem.


-        Cholera, znów mnie intrygujesz... – westchnęła głośno i wtedy zauważyła przez małe okienko, że statek podpływa do portu.


-        O, jesteśmy na miejscu? – spytała wesoło.


-        Tak, zaraz będziemy w Lorsie, najważniejszym, zachodnim porcie Alorii...



Aruell
Nastrój: niepewny i niestabilny
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 100!

sobota, 24.września.2011, 00:33



Witajcie!


Dziś znów kilka słów od autorki, z okazji setnego rozdziału BM. ;)


Aż trudno mi uwierzyć, że opublikowałam już 100 rozdziałów tego opowiadania. ;) Zapewniam Was, że na początku planowałam opublikować tylko 10 z nich, ale to się zmieniło, gdy pojawiło się zainteresowanie tą historią. ;)


Wierzcie lub nie, ale piszę BM już dokładnie dziewięć miesięcy i trzy dni. XD A to jeszcze nie koniec... To nie jest nawet połowa całego opowiadania, a zaledwie 1/3. (nie wiem, ile w sumie wyjdzie rozdziałów i wolę o tym nie myśleć ^^’)


Za dokładnie 8 rozdziałów zakończymy cześć IV i ostatnią - I tomu Blasku Miryonu. Nie ukrywam, że do końca tego tomu atmosfera będzie raczej sielankowa (najlepszym przykładem niech będzie ten, setny rozdział), choć stopniowo zaczną już się pojawiać sygnały zmian, które nastąpią w II tomie BM. ;P


Wspominałam, a nawet dałam Wam jeden spoiler, o jakie m.in. zmiany chodzi. Zdradzę Wam, że II tom BM (4 kolejne części) będzie poważniejszy, bardziej emocjonujący i chwilami zaskakujący, w mej opinii oczywiście.


Najbliższa część – V, pt. „Szkolenie Elli” wręcz kontrastuje z IV-tą, pod względem atmosfery, akcji i przede wszystkim stosunków Ello-Renowych. Mam nadzieje, źe się Wam spodoba!


Jednak to dopiero w II tomie... ;P


Teraz życzę Wam przyjemnej lektury jubileuszowego rozdziału BM!


I ja zwykle pozdrawiam ;)


***


Rozdział 100!


27 dzień muedrilu 8976 roku, Egharia: Hevan – Ocean Aloryen (Statek), wieczór i noc


Wieczorem, kiedy zrobiło się troszkę chłodniej, Ella i Ren wyszli na pokład, by zaczerpnąć świeżego powietrza. Przystanęli na samym końcu statku i parzyli przed siebie, na bezkresne, błękitne morze. Podziwiali, jak fale rozbijają się o statek, kołysząc dość mocno i pozwalali silnemu wiatrowi, rozwiewać ich włosy.


Ella oderwała na chwilę wzrok od malowniczego zachodu Słońca, by spojrzeć na Rena. Zadarła głowę i zerknęła na jego skupioną twarz. Wyglądał na zamyślonego, ale nie zamierzała o nic pytać. Domyślała się, że myśli o Alorii. Chwyciła więc delikatnie jego dłoń i wtuliła się w jego ramię, co zwróciło jego uwagę.


-        Co jest? – spytał spokojnie.


-        Nic... Przytul mnie. – poprosiła, a on odpowiedział jej uśmiechem i otoczył ją ramieniem, do którego jeszcze chwilę temu się tuliła. Wyjątkowo nie miał dziś ochoty na żarty.


Ella zarumieniła się lekko, obejmując go mocno. Był taki ciepły. Uwielbiała jego zapach i dotyk. Nie odsuwając się od niego, patrzyła jak czerwona kula Słońca powoli tonie w coraz ciemniejszym morzu. Ren wyczuwał instynktownie, że potrzebowała dziś czułości. Tak bez większego powodu. Nie zamierzał robić jej na złość i pocałował ją czule w czoło, gdy wtulała się w jego tors.


-        Boje się... – mruknęła nagle.


-        Czego?


-        Alorii. Tego, jak tam będzie i co się zmieni, gdy będę już oficjalnie Księżniczką... Tego, czy coś się między nami zmieni. – mówiła cicho. Ren westchnął. Wiedział, że właśnie to ją gryzie, zresztą on sam miał ten sam problem.


-        Nie unikniemy zmian, Kotku. – mruknął spokojnie – A co do naszej relacji... Tylko od nas zależy, co i jak bardzo się zmieni.


-        Ale ja nie chcę żadnych zmian. – przytuliła go mocniej – Chcę tylko ciebie. Przetrwam wszystko, jeśli tylko będę wiedziała, że jesteś przy mnie i że mnie kochasz... – wydusiła z siebie. Ren mimowolnie się zarumienił, a serce mu niebezpiecznie przyspieszyło.


Drgnęła, gdy przesunął jedną dłoń w górę i zatrzymał na jej karku, a drugą przyciągnął ją do siebie, obejmując w pasie. Gdy uniosła wzrok, napotkała jego zielone spojrzenie, wyrażające miłość i wzruszenie. Przełknęła ślinę.


-        Nieważne, co się wydarzy w przyszłości i jakie trudności przyjdzie nam pokonać, zawsze będę cię kochał. Zawsze. – ujrzała w jego oczach szczerość, ale i tak miała złe przeczucia co do przyszłości.


Nie umiała tego opisać, ale wciąż miała wrażenie, że ktoś lub coś ją z nim rozdzieli. To ją przerażało najbardziej, dlatego starała się wierzyć jego słowom. Nie wątpiła w jego miłość, ale czuła, że od tej pory nic już nie będzie takie, jak dawniej.


-        Ach, sama nie wiem, jak to możliwe, że tak bardzo cię kocham... – westchnęła, ujmując jego twarz w swoje dłonie – Tak bardzo, że chyba mogłabym zabić dla ciebie... Mogłabym zrobić absolutnie wszystko... – Ren otworzył szeroko oczy ze zdumienia, ale potem się lekko uśmiechnął.


-        Uważaj. To mocne słowa. – zażartował.


Ella posłała mu tajemnicze spojrzenie i jednym ruchem weszła na brzeg statku. Wystarczyłby jeden niekontrolowany ruch, jedno uderzenie fali, by wpadła do morza lub upadła na pokład statku. Wstrzymał oddech. Zupełnie nie spodziewał się czegoś takiego.


-        Co ty wyprawiasz?! – krzyknął – Złaź natychmiast! – zdenerwował się, ale zignorowała jego ostrzeżenie i zrobiła kilka kroków, łapiąc równowagę.


Nagle w statek uderzyła mocniejsza fala i Ella nie utrzymała pionu, i leciała plecami w stronę twardego pokładu. Uderzyłaby się mocno w głowę, gdyby w wcześniej nie złapały jej silne ramiona Rena. Zaczęła się śmiać wesoło, czego nie mógł zrozumieć Alren, który patrzył na nią bardzo krytycznie.


-        Co to miało być, Ello? – burknął nieco zły – Mogłaś zrobić sobie krzywdę! – skarcił ją.


-        Wiedziałam, że mnie złapiesz... – spojrzała mu w oczy i gwałtownie go pocałowała w usta. Poczuł żar w piersi – tak ognisty był ten pocałunek – Właśnie o tym mówiłam. Jeśli ze mną będziesz, nie ważne jakie głupstwo popełnię, zawsze mnie ochronisz... – pocałowała go ponownie, a on zrozumiał przesłanie.


-        Rozumiem, więc nie rób więcej takich demonstracji. – postawił ją bezpiecznie na podłodze, przed sobą, ale nie wypuścił z objęć.


Ella uśmiechnęła się szeroko. Uwielbiała, gdy się o nią martwił i gdy się złościł. Był wtedy zabójczo uroczy. Odsunęła się nieco i oparła plecami o burtę. Rozejrzała się po pokładzie i widząc, że prócz kilku marynarzy, nikogo w pobliżu nie ma, subtelnie poluzowała swój pas, dzięki czemu odsłoniła mocno swoje piersi. Ren zauważył ten gest i spojrzał na nią pytająco.


-        Prowokujesz mnie? – mruknął, rozglądając się, czy żaden facet nie pożera jej wzrokiem, co rozbawiło Ellę.


Nic nie odpowiedziała, tylko teatralnie odgarnęła swoje włosy do tyłu i pocierała powolutku nogą o nogę. Robiła to tak subtelnie i zmysłowo, że Renowi serce przyspieszyło.


-        Wiesz, że to publiczne miejsce? – rzekł z lekką irytacją w głosie.


-        A co? Jesteś zazdrosny? – spytała zalotnie i puściła oczko przechodzącemu marynarzowi, który odpowiedział jej salutem i uśmiechem – Przecież jesteś moim mężem. Nie masz się czym przejmować... – dodała wesoło.


-        Nie igraj ze mną, Kotku... – syknął, przyciągając ją gwałtownie do siebie. Zmiękły jej kolana, gdy patrzył na nią tak intensywnie.


-        Dlaczego? Zazdrosny Ren jest słodki! – zaśmiała się i wtedy poczuła namiętny pocałunek na ustach. Zadrżała, czując ten ogień.


Gdy się od niej odsunął, wciąż paliły ją usta, a serce łomotało w piersi. Tak. Właśnie taki Ren doprowadzał ją do obłędu. Mężczyzna wyczytał w jej oczach, czego teraz pragnie, więc chwycił jej rękę i pociągnął w stronę ich kabiny, pod pokładem.


-        Chodźmy już, bo najwyraźniej muszę cię trochę uspokoić, Kotku. – rzekł z przekąsem, a ona wprost nie mogła się już tego doczekać.


Kilka minut później...


Kiedy tylko zamknęli drzwi swojej osobistej kabiny, Ella oparła się o drzwi i obserwowała każdy ruch Rena. W pomieszczeniu panował półmrok, ale widziała go bardzo dobrze. Zdawało jej się, że Ren wyjątkowo wolno ściąga tunikę. Przełknęła ślinę, gdy odgarnął swoje włosy do tyłu i związał. Podziwiała grę jego mięśni, przy każdym drobnym ruchu. Ren wiedział, że mu się przygląda, więc gdy popił trochę wody z butelki, wylał resztę na siebie. Uśmiechnął się do niej zalotnie, kiedy ujrzał, że odwiązuje swój pas. Podeszła do niego w samej bieliźnie i pożerała go wzrokiem.


-        Może skończymy już te gierki? – spytała, widząc, że celowo wszystko przedłuża.


-        Przypominam, że to ty zaczęłaś. – zaśmiał się i ujął jej lewą dłoń.


-        Co robisz? – zdziwiła się, widząc że ściąga jej obrączkę.


-        Zamierzam ci dziś pokazać, czym jest „pełny stosunek”, Kotku. – zachichotał, widząc jej czerwoną twarz. Nie spodziewała się tego akurat teraz.


-        Acha... – poczuła się niepewnie i nagle usłyszała myśli Rena. Zauważyła, że on również zdjął swoją obrączkę – Ren... Może... – zawahała się, gdy przez ich połączenie dusz, zrozumiała co ją czeka.


-        Nie ma już odwrotu. – rzekł zmysłowo i gdy był już bardzo, bardzo blisko, ujrzała jego zielone, świecące oczy.


-        Te oczy... – przełknęła ślinę, gdyż mieszanka „więzi dusz” i spojrzenia Rena, okazała się wybuchowa – Jasna cholera... – zaklęła, gdy tylko owiał swoim oddechem jej twarz, a ona czuła się prawie tak, jak w czasie orgazmu.


-        Chciałaś końca gierek, to proszę bardzo. – mruknął, jednym ruchem popychając ją na łóżko – Przejdźmy do konkretów. – miała wrażenie, że każda komórka jej ciała słyszała ten niski, zniewalający głos.


Ren nie zamierzał być delikatny, zwłaszcza że on sam też odczuwał wszystko znacznie bardziej intensywnie, znając jej myśli. Unieruchomił jej ręce na wysokości głowy i pochłaniał zachłannymi pocałunkami jej skórę. Za każdym razem, gdy czuła jego gorące usta i język na swoich piersiach, dekolcie i brzuchu, wstrzymywała oddech. Nie była w stanie kontrolować swojego ciała, które drżało i wiło się pod wpływem jego pieszczot. Ren słysząc jej myśli, wiedział dokładnie, gdzie Ella chciała być dotykana i jak, co nie omieszkał wykorzystać. Narzucił jej tylko tempo i intensywność doznań. Ella oddychała z trudem, jęcząc co chwila, gdy Ren spełniał każde jej pomyślane życzenie. Jego czar sprawiał, że odczuwała wszystko ze zdwojoną mocą, a znając jego myśli, wiedziała, jak bardzo jej pragnie i co zamierza.


Ren puścił jej ręce i rozchylił nogi, gwałtownym ruchem. Jej szybko unoszące się piersi, głośny oddech i bicie serca – to wszystko tylko go nakręcało. Gdy zaczął ją tam pieścić, miała wrażenie, jakby prąd przeszedł przez jej ciało. Ściskała z całej siły prześcieradło, unosząc się co chwilę, w okrzyku rozkoszy. Nigdy nie sądziła, że to może być, aż tak intensywne. Miała wrażenie, jakby pieszczoty Rena sięgały jej duszy, dlatego to wszystko było tak nieziemskie. I jeszcze to uczucie, że on siedzi w jej głowie, że są jednością ciałem i duszą... To było zbyt wiele, jak dla jednej kobiety. Wiedział, że już dochodzi, choć w sumie jeszcze się do końca nie połączyli.


-        Oddychaj, Kotku. Oddychaj... – mruknął zmysłowo, widząc, jak miota się na łóżku i gdy posłała mu krytyczne spojrzenie, wszedł w nią.


-        Ren... Ty... – nie była w stanie się wysłowić, więc tylko zacisnęła ręce na jego szyi.


Oboje zamknęli oczy i poruszali się coraz szybciej, coraz gwałtowniej, na granicy szaleństwa. Dążyli do spełnienia, które przyszło niezwykle szybko. Żadne z nich nie było w stanie powstrzymać krzyku w tej chwili. Pojawił się nawet błękitny blask. Czuli, że się zjednoczyli całkowicie. Tak, że bardziej się już nie da. Rozkosz ich ciał i dusz była nie do opisania. Oboje wiedzieli, że nie zapomną tego razu. Tak intensywne to jeszcze nigdy nie było.


Leżeli teraz obok siebie, mając splecione dłonie i wciąż nie mogąc się uspokoić. Byli zupełnie wyczerpani, jakby ten stosunek pochłonął całą ich energię. Jednak jednocześnie poczuli wielkie szczęście i spełnienie. Oboje wiedzieli, że przekroczyli jakąś barierę.


-        Nasza „wieź dusz”... – szepnęła Ella.


-        Tak. Osiągnęliśmy drugi poziom. – dokończył za nią.


-        Wiesz, co się z tym wiąże? – spytała półprzytomnie.


-        Nie mam bladego pojęcia, ale pewnie już wkrótce się okaże, co uległo zmianie. – odparł szczerze i przytulił ją, gdy położyła głowę na jego piersi – Wciąż drżysz... – zauważył.


-        Tak... Drżę przed tobą i dla ciebie. – mruknęła spełniona, całując go zachłannie w usta.


-        Moje ziółko... – zachichotał i odwzajemnił pocałunek.



Aruell
Nastrój: ^^
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 99

czwartek, 22.września.2011, 00:10



Witajcie!


Dziś kilka słów od autorki. ^^


Zauważyłam, że bardzo lubicie te wstawki – wątki ziemskie. Cieszę się bardzo, choć jednocześnie obawiam, gdyż w II tomie BM (od V części), wątku ziemskiego nie będzie, jak już kiedyś wspomniałam. ^^’


Mam jednak nadzieję, że polubicie nowych bohaterów i wrogów ze świata Egharii, którzy będą, zamiast życia Mary i Nicka, stanowić odskocznie od wątku głównego. ^^


Dla ciekawskich, jeden z nich pojawi się już za 3 rozdziały. Pewnie się domyślacie, o kim mówię. ;P


Na koniec jeszcze małe przypomnienie harmonogramu notek, który będzie obowiązywał do końca tego roku. Nowe rozdziały BM w każdy:


Wtorek


Czwartek


Sobotę


A teraz już miłego czytania i pozdrawiam ;*

***


Rozdział 99


27 dzień muedrilu 8976 roku, Egharia: Hevan – Hervos, poranek


Ella wyjątkowo wcześnie się obudziła i to nie dlatego, że miała koszmar. Tej nocy nic ważnego jej się nie śniło, ale raczej nie rozpaczała z tego powodu. Lubiła te unikalne, spokojne noce. Gdy po chwili zerknęła w bok, ku swemu zdumieniu, ujrzała mocno śpiącego Rena. Biedak musiał być naprawdę zmęczony. Tak rzadko była w stanie widzieć go śpiącego, że za każdym razem, kiedy jej się to udawało, nie mogła oderwać od niego wzroku.


Patrzyła z uwielbieniem na śniadą skórę twarzy. Ostrożnie odgarnęła kilka czarnych kosmyków z jego czoła, a potem delikatnie musnęła palcami jego policzek, w okolicy blizny. Zatrzymała wzrok na dłużej na jego pełnych ustach. Były tak kuszące, ponętne, jakby same z siebie domagały się pocałunków. Przymierzała się już, by obdarzyć go jednym, kiedy ujrzała jego zielone oczy, które właśnie powoli otworzył oraz łagodny uśmiech na twarzy.


-        Wybacz, że cię obudziłam... – mruknęła, rumieniąc się nieco, ale on nie odpowiedział, tylko dotknął wargami jej ust. Od razu poczuła płomień w swoim wnętrzu.


Przyciągnął ją do siebie, złączyli się w mocnym uścisku i wtedy ponownie ją pocałował. Nie broniła się, wręcz przeciwnie. Odpowiadała mu równie namiętnie, aż poczuła jego twardą męskość przez skórę. Drgnęła, gdy ujrzała jego pożądliwy wzrok. Nagle położył się na plecach i posłał jej zapraszające spojrzenie. Zarumieniła się, bo nigdy nie była na górze, ale skorzystała z zaproszenia i po chwili poczuła go w sobie. Pochyliła się, by dotknąć jego ust, nadając rytm ich cielesnej miłości. A potem świat przestał się liczyć.


Po wszystkim wtuliła się w jego tors, wzdychając ze szczęścia. Mogłaby tak każdego ranka. Zaraz jednak zganiła siebie za takie myśli i dopiero teraz sobie uświadomiła, że tym razem Ren oszczędził jej żartów i złośliwych uwag. Nic nie mówił od przebudzenia, tylko się z nią kochał. Tak po prostu. To ją aż zastanowiło, bo nigdy jeszcze tak nie było.


-        Ren?


-        Hmm?


-        Coś wyjątkowo mało dziś mówisz...


-        Czyżby brakowało ci moich docinków? – zaśmiał się serdecznie, gdy jej rumieńce potwierdziły jego słowa – Oj, Kotku. Jesteś niemożliwa... – przewrócił się tak, by być nad nią i spojrzał jej w oczy.


-        No co? Tak tylko zapytałam... – przełknęła ślinę.


-        Jasne. – zakpił – Dobrze, następnym razem będę mówił więcej. – rzekł z przekąsem.


Złożył na jej ustach słodki pocałunek, po czym wstał i zupełnie nagi poszedł do łazienki, niby przypadkiem, prezentując Elli swe ciało, w świetle słonecznym. Ella nic nie powiedziała. Ten mężczyzna zbyt silnie na nią działał, w takim stanie, aby mogła się sensownie wysławiać. Zresztą, gdyby nawet był całkowicie ubrany, byłoby tak samo.


Westchnęła więc tylko, gdy wszedł do łazienki i wtuliła się w poduszkę. Zastanawiała się, jak długo jeszcze będzie jej dane mieć takie beztroskie poranki i noce? Przeczuwała bowiem, że sielanka nie może trwać wiecznie...


***


Środa, 12 maja 2012 roku, Ziemia: Londyn – Big Ben, około południa


Serilla i Mary usiadły w miłej i spokojnej kawiarence. Zamówiły mocną kawę i wówczas Arcykapłanka Bractwa Miryonu spojrzała na Mary znacząco.


-        Mów. – gdyby nie jej subtelny glos, zabrzmiałoby to jak rozkaz.


-        Chodzi o to... – dziewczyna zawahała się – Martwię się o Ellę. Ostatnio mam okropne koszmary...


-        Mianowicie?


-        Śni mi się, że moja siostra umiera w męczarniach, a wraz z jej śmiercią niszczeje ten świat. Bez sensu, prawda? – zakłopotała się – Jednak i tak nie daje mi to spokoju... – zasmuciła się.


-        Rozumiem. Bez obaw, Mary. Twoja siostra jest cała i zdrowa. – uśmiechnęła się do niej – Aktualnie podróżuje z Alrenem po Hevanie. W jego obecności nic jej nie grozi, zapewniam. – uspokajała ją, a Mary zaśmiała się, przypominając sobie Rena.


Faktycznie trudno było wątpić w jego siłę. Pamiętała, jak rozprawił się z bandytami i rozwiązał problem z Thomem. Oczywiście tak naprawdę, to nie miała ona pojęcia, jak potężny jest Alren w rzeczywistości. Nie mogła jednak tego wiedzieć.


Mimo zapewnień Serilli nadal była niespokojna. Te koszmary prześladowały ją każdej nocy, od przeszło tygodnia. Obawiała się, że przeczuwa jakieś zagrożenie lub zmiany, które czekają jej siostrę i martwiła się o nią. Odkąd zniknęła, myślała o niej każdego dnia.


-        Mary, jeśli coś by się stało Elli, natychmiast bym cię o tym poinformowała. – przekonywała ją dalej – Wszystko jest w porządku.


-        Dziękuję. – uśmiechnęła się delikatnie.


-        Swoją drogą... – Serilla postanowiła zmienić temat – Co u ciebie słychać?


-        Wszystko dobrze. – odparła, nieco zaskoczona pytaniem – Życie toczy się normalnie. Praca, potem dom, David... – zarumieniła się na wspomnienie swego chłopaka.


-        Widzę, że twoje życie uczuciowe ma się świetnie. – uśmiechnęła się znacząco, a ona spłonęła rumieńcem.


-        Tak... Ostatnie trzy miesiące były jak marzenie. Nie wierze, że tak długo nie zauważałam tego mężczyzny. Jest cudowny... – odwróciła wzrok od spojrzenia Serilli – Chociaż ostatnio zachowuje się troszkę dziwnie... – przypomniała sobie.


-        To znaczy? – zaniepokoiła się.


-        Chyba coś szykuje albo raczej kombinuje, bo za każdym razem, gdy pytam, co jest grane, unika tematu. – poprawiła nerwowo włosy.


-        Może to niespodzianka? – Serilla się uspokoiła, domyślając, o co może mu chodzić.


-        Pewnie tak...


***


Egharia: Hevan – Hervos (port), poranek


Ren i Ella szli w stronę portu, aby wsiąść do statku. Nie rozmawiali za wiele, tylko trzymali się za ręce. Oglądali całkiem ładne miasto portowe i kiedy już widzieli w oddali ogromny statek, z wielkimi masztami, usłyszeli jakąś kłótnię. Sądząc po głosach, były to dzieci. Zatrzymali się na chwilę i spojrzeli w małą, ślepą uliczkę po lewej stronie.


Ujrzeli tam małego chłopca, płaczącego przed trzema innymi i większymi, z mieczami ćwiczebnymi przy pasach. Podsłuchali, o czym mówią.


-        Jesteś za słaby! Daruj sobie! – krzyknął najstarszy.


-        Nie! – krzyczał mały – Zobaczycie, zostanę kiedyś wielkim wojownikiem!


-        Pomarzyć sobie możesz! – burknął drugi dzieciak – Już dwa razy cię odrzucili.


-        Zobaczycie jeszcze, zobaczycie! – płakał dalej ze złości.


-        Mięczak...


Ren wiedział już wszystko, ale nie ruszył się z miejsca. Tylko Ella wyglądała na poirytowaną.


-        Banda smarkaczy! – syknęła pod nosem.


-        Mam mu pomóc? – spytał beznamiętnie.


-        A dlaczego nie?


-        Ponieważ, jeśli sam tego nie pokona, naprawdę stanie się słaby. – wyjaśnił, przypominając sobie swoje dzieciństwo.


-        No niby prawda... – zawahała się, ale Ren zobaczył w jej oczach, że nadal chce mu pomóc.


-        Dobrze, zaczekaj tutaj. – odparł krótko i podszedł do dzieciaków.


Chłopcy ubliżali malcowi i nawet zaczęli okładać go kijami, a ofiara nie mogła się bronić. Był na to za młody i za słaby.


-        Dość tego. – rzekł Ren tak niskim głosem, że dzieciaki aż podskoczyły, a gdy zobaczyły wysokiego i silnego mężczyznę, cofnęły się wystraszone – Tak chcecie udowodnić swoją siłę? Bijąc słabszych? – syknął, a oni zadrżeli.


-        Kim pan jest? – jeden z nich odważył się spytać.


-        Zadałem wam pytanie, smarkacze. – rzekł sucho – Jeśli tak bardzo chcecie udowodnić swoją siłę i męstwo, powinniście się mierzyć z silniejszymi od siebie. Zmierzcie się ze mną, jeśli macie odwagę! – wyjął swoją szpadę.


-        M-my... – zająknął się jeden – Przepraszamy!!! – krzyknęli chórem i w mgnieniu oka zniknęli Renowi z oczu.


-        Tchórze. – skomentował krótko i zerknął na wciąż wystraszonego malca, który jednak patrzył na niego z podziwem – Wstań, chłopcze. – powiedział, a on natychmiast posłuchał.


-        Dziękuję panu... – rzekł cichutko – Ale oni wrócą, a ja jestem słaby... Gdybym był taki, jak pan... – Ren odruchowo się zaśmiał.


-        Chłopcze, jestem od ciebie dużo starszy.  – kucnął przy nim  - Nie możesz się do mnie porównywać. Jednak to nie wiek jest twoim problemem. – zaskoczył go.


-        Jak to?


-        Masz błędną postawę. Powinieneś ignorować takie zaczepki, a czas, który marnujesz na płakanie, poświęcić na trening. I jeszcze coś, musisz w siebie wierzyć i nieustannie się doskonalić. Jeśli będziesz się trzymał tych zasad, może kiedyś będziesz równie silny, jak ja. – uśmiechnął się do niego, a on miał wrażenie, jakby wszystkie jego lęki gdzieś zniknęły.


-        Ale jak mam się uczyć, nie przyjęli mnie do szkoły szermierskiej.


-        Ćwicz i spróbuj za rok. A jeśli się nie uda, znajdź sobie mistrza i skłoń go swoją determinacją do tego, by cię osobiście uczył. – poradził, a dzieciak się rozpromienił.


-        Dziękuje za te słowa! – krzyknął entuzjastycznie.


-        Nie ma sprawy. Jak masz na imię?


-        Suren, choć mówią na mnie po prostu Ren. – Alren mimowolnie uniósł brew do góry.


-        Co ty nie powiesz? - zaśmiał się - Wyobraź sobie, że na mnie też tak mówią. – chłopczyk, aż się zarumienił na myśl, że mają podobne imiona.


Ren położył malcowi dłoń na głowie i uśmiechnął się, posyłając mu pożegnalne spojrzenie, po czym wrócił do Elli. Suren długo jeszcze patrzył, jak Alren odchodzi z piękną blondynką w stronę portu, czując że to była rozmowa jego życia. Nawet jeśli nie wiedział, z kim miał przez przypadek do czynienia.


Ella patrzyła ukradkiem w stronę lekko uśmiechniętego Rena i starała się odgadnąć jego myśli.


-        Ładnie to załatwiłeś. – pochwaliła – Myślisz, że będzie z niego wojownik?


-        Tak, i to wielki. – zaśmiał się tajemniczo.


-        Skąd wiesz?


-        Widziałem w jego wnętrzu płomień magii i wielką odwagę, które na razie są skrępowane, ale gdy pozbędzie się tej bariery, będzie o wiele lepszy od tamtych smarkaczy. – odparł, nieco ją zadziwiając.


Nic nie odpowiedziała, bo nie było takiej potrzeby. Po prostu uśmiechnęła się do niego. Zaraz potem dotarli do portu i weszli na pokład statku. Nie mieli z tym żadnego problemu, posiadając sygnet i pozwolenie od Króla Hevanu. Gdy wszyscy pasażerowie wsiedli, statek powoli zaczął odpływać od portu, w stronę bezkresnego oceanu.



Aruell
Nastrój: ;*
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 98

wtorek, 20.września.2011, 00:27



Rozdział 98


26 dzień muedrilu 8976 roku, Egharia: Hevan – nadrzecze Jinless, przed świtem



Thar kilkakrotnie zaatakował Rena, ale on bez trudu zablokował wszystkie ciosy. Nagle generał ujrzał jego zielone, święcące oczy i natychmiast się cofnął, drżąc ze strachu.


-        Cholerny Heryon... – syknął – Nie patrz na mnie! – krzyknął, po czym wbił swój miecz w ziemię i zaczął szeptać jakieś zaklęcia.


-        Chcesz mnie pokonać czarami? – zadrwił z niego Ren – Naprawdę mnie nie doceniasz...


-        Zamknij się! – wrzasnął, otoczony brązową aurą magiczną – Pokażę ci moc mojego żywiołu! Poznaj potęgę ziemi! – tylko to powiedział, a ziemia zaczęła drżeć i osuwać się spod nóg Rena.


Zielonooki prychnął i jednym ruchem wziął Ellę na ręce, a potem uniósł się w powietrze.


-        Niezła sztuczka, ale bardzo łatwo ją pokonać, jak widzisz. – zakpił – Powinieneś wiedzieć, że magia ziemi jest skuteczna tylko wtedy, gdy dotyka się jej powierzchni.


-        Nie tylko! – zaśmiał się Thar i sprawił, że w stronę latającej pary poleciały rozpędzone, ogromne głazy skalne.


Już myślał, że ich ma, kiedy zobaczył, jak owe głazy spłonęły w potężnym ogniu, który w jednej chwili otoczył Rena. Stracił grunt pod nogami, bo wiedział już, że taką magią go nie pokona.


-        No dobrze. – rzekł spokojnie Ren stawiając Ellę na ziemi – Teraz moja kolej.


-        Nie... czekaj... – przeraził się, widząc te zielone, świecące oczy i głowił się, co robić.


-        Nie zamierzam czekać. Mam już dość twojego towarzystwa. – syknął Ren – Skoro tak kochasz ziemię, specjalnie dla ciebie, pokaże ci coś z zakresu magii ziemi. – uśmiechnął się szyderczo.


Rena otoczyła brązowa aura, po czym wypowiedział kilka słów i gwałtownie dotknął ziemi. Ku przerażeniu Thara w ciągu kilku sekund z ziemi wystrzeliły ostre, kamienne sople i przebiły go na wylot z wielu stron.


-        Nieee! – dało się słyszeć jego przeraźliwy krzyk.


Ella zamknęła oczy, by na to nie patrzeć, a Ren pozostał niewzruszony, kiedy na jego oczach Thar wyzionął ducha. Zaraz potem podszedł do niego i zabrał mu sygnet od Syriany, gdyż czar ochronny przestał działać po śmierci generała. Następnie wyszeptał jakieś słowo i sople zapadły się z powrotem pod ziemię, zabierając ciało Thara ze sobą i grzebiąc pod powierzchnią. Kiedy Ella otworzyła oczy, na ziemi nie było śladu ani po walce ani po generale.


W jednej chwili poczuła w ciele dziwną słabość i usiadła na ziemi, uspokajając oddech. Gdy zobaczyła przed nosem buty i nogi Rena, spojrzała na niego i ujrzała wyraz twarzy, mówiący „a nie mówiłem?”. Najgorsze, że miał rację. To ona się pomyliła... Jednak była zła, że nie powiedział jej o zasadzce na Thara. Oszukał ją, że będzie przy niej, a tymczasem skłonił Thara, swą zamaskowaną obecnością, do ataku. Nie twierdziła, że pomysł był zły, ale mógł ją wtajemniczyć.


Widząc, że dziewczyna drży z nadmiaru wrażeń, Ren bez słowa kucnął i objął ją. Broniła się ze złości, ale on był silniejszy i zamknął ją w swoich ramionach. Trzymał ją w stalowym uścisku tak długo, aż przestała się szarpać. Wtedy poluźnił objęcie i przybliżył twarz do jej ucha.


-        Przepraszam... – szepnął, a ona drgnęła słysząc słowa, które prawie nigdy nie padały z jego ust – Gdybyś wiedziała, mógłby się zorientować, że to pułapka. – wyjaśnił, co jej do końca nie przekonało, ale mimo wszystko złość powoli słabła.


-        Kiedyś naprawdę dostanę przez ciebie zawału, Ren! – burknęła i uderzyła go pięścią w tors, a potem zerknęła ukradkiem w jego zmysłowe oczy – Cholera, dlaczego nie umiem się na ciebie złościć...


-        Nie mam bladego pojęcia... – zaśmiał się, ale wtedy ona wpiła się w jego usta.


To było tak gwałtowne i niespodziewane, że Ren stracił równowagę i upadł na tyłek, co ona wykorzystała, przewracając go na plecy. Alren nie krył zdumienia, czując tak namiętne pocałunki na swych ustach i nagle zrozumiał, że w ten sposób rozładowywała napięcie. Czuł, że pożądanie ogarnia cały jego umysł, więc odważnie chwycił jej sukienkę na dole i jednym ruchem ją z niej ściągnął. Nie stawiała oporu. Kiedy ujrzał ją w samej bieliźnie, siedzącą na nim okrakiem, z tym błyskiem w oku, musiał się uśmiechnąć. Była niesamowita. Z każdym dniem coraz bardziej go zaskakiwała.


-        Oj, chyba cię zepsułem, Kotku. – rzekł cichutko, ale i tak usłyszała.


-        Niby dlaczego? – podparła się rękami i pochyliła się tak, żeby jej oddech owiewał jego twarz.


-        Byłaś kiedyś taka nieśmiała i wstydliwa. Tak rozkosznie niewinna, nieskalana grzesznymi myślami... – mówił powoli, przesuwając równie wolno dłonią wzdłuż jej boku, aż dotarł do piersi – A teraz, co? – spojrzał jej pożądliwe w oczy.


-        Oh, sugerujesz, że zrobiłam się rozwiązła? – szepnęła zmysłowo, sięgając po sukienkę – Dobrze, już się ubieram i... – nie zdołała dokończyć zdania, bo w jednej chwili znalazła się pod nim.


-        O nie, kochanie... Jak już zaczęłaś, to skończymy. – mruknął wyzywająco.


-        Ale przecież wolisz niewinne koteczki. – droczyła się dalej, gładząc jego umięśniony tors.


-        Nic takiego nie powiedziałem. Stwierdziłem tylko, że się zmieniłaś. – zachichotał wesoło.


-        To twoja wina. – bąknęła.


-        To właśnie zasugerowałem na początku. – pogładził ją po policzku – Ale zdradzę ci sekret...


-        Jaki? – zainteresowała się.


-        Drapieżne kocice lubię jeszcze bardziej, niż niewinne kociątka... – szepnął zmysłowo i pocałował ją namiętnie.


-        To chyba dobrze się składa? – westchnęła, gdy na moment oderwał od niej usta, po czym zaczęli się kochać.


***


Środa, 12 maja 2012 roku, Ziemia: Londyn – Big Ben, świt


W pobliżu słynnego londyńskiego zegara spacerowała piękna kobieta o brązowych włosach. Podziwiała, z mieszanką radości i smutku, wiosnę, która na dobre zagościła już w tym miejscu. Wszak był to przecież maj. Cieszyła się ciepłem, zielenią i kwiatami, ale niepokoił ją fakt, że nastąpiły silne przesunięcia w czasie. I to w ciągu jednej nocy.


Wiedziała, że zwykli ludzie by tego nie zrozumieli. Najprościej mówiąc, w ciągu jednej nocy, czas w Egharii płynął znacznie wolniej, niż na Ziemi. Dzięki temu, tam czas biegł w miarę normalnie, a tutaj minęły już trzy miesiące, choć zmiana ta nie była zauważalna dla samych ludzi.


Trzy miesiące. Tyle teraz wynosiła różnica czasowa między tymi światami. Serilla wiedziała, że takie rzeczy się zdarzają, bo wszak Ziemia i Egharia istnieją w różnych wymiarach. Martwiła się jednak, że to zmiany w tamtym świecie wpływają na ziemską czasoprzestrzeń...


Kiedy miała zamiar skręcić w kolejną uliczkę, usłyszała znajomy głos. Odwróciła się i ujrzała Mary, biegnącą w jej stronę. Była ona zaniepokojona, ale zarazem pełna nadziei na jej widok.


-        Zaczekaj! – krzyknęła blondynka.


-        O co chodzi, Mary?


-        Jak to dobrze, że cię spotkałam... – zasapała się – Mam do ciebie pytanie... – powiedziała, a Serilla korzystając ze swego daru czytania w myślach, od razu zorientowała się, co gryzie siostrę Mirelli.


-        Dobrze, więc chodźmy na kawę...


***


Egharia: Hevan – okolice Hervosu, popołudnie


Kiedy Alren i Ella już się sobą nacieszyli, wyruszyli w dalszą drogę. Późnym popołudniem ujrzeli w oddali duże miasto, przypominające wyglądem Sha-jin. Zatrzymali wierzchowca i patrzyli przed siebie z ulgą. Nareszcie.


-        Jesteśmy na miejscu. – powiedział Ren – Oto port Hervos. – uśmiechnął się, widząc jej zachwyt tym widokiem.


-        Już myślałam, że się nie doczekam.


-        Jedziemy? – spytał zwyczajnie – Musimy znaleźć jakiś nocleg. Myślę że sygnet od Króla może nam w tym pomóc.


-        Ale oprócz tego chodźmy coś zjeść. Wszystko jedno co, byle nie ryby! – bąknęła.


-        O, masz już dość naszych wodnych przyjaciół? – uniósł znacząco jedną brew – Powinnaś im podziękować, bo dzięki nim jeszcze żyjemy.


-        Nie gadaj tyle. Ruszajmy! – szturchnęła go, siedząc przed nim, na tym samym Vanie.


-        Jak sobie życzysz, Kotku. - cmoknął ją w policzek i pojechali dalej.


Kiedy byli już w środku miasta, bardzo szybko znaleźli królewską siedzibę, w której dzięki sygnetowi od Króla, mogli przenocować, a nawet za darmo skorzystać z usług restauracji na parterze. Kiedy więc się odświeżyli i zmienili ubrania, poszli na dół i zamówili wyborną kolację, która nie zawierała ani grama ryb.


-        Kiedy odpływa najbliższy statek do Alorii? – spytała zwyczajnie, sącząc spokojnie wino.


-        Jutro, o ósmej rano.


-        Czyli powinniśmy iść wcześniej spać... – westchnęła z lekkim zawodem.


-        Nie mów, że... – urwał i zaśmiał się szczerze.


-        Niee, nie jestem aż tak napalona. – prychnęła, czym znów go rozbawiła.


Po kilkunastu minutach, zgodnie stwierdzili, że rzeczywiście zrobiło się późno i wstali od stołu. Chwycił ją za rękę, po czym razem wrócili do swego apartamentu na piętrze. Gdy zaś tylko zamknęli za sobą drzwi, przyparł ją do ściany i zaczął całować. Zarzuciła mu ramiona na szyję i przyciągnęła do siebie jeszcze bardziej.


-        Mieliśmy być dziś grzeczni... – mruknęła, a on się odsunął.


-        Wiem... – nie wypuścił jej za ramion.


Ella zaśmiała się. Z pewnością miał ochotę na igraszki, ale z każdą chwilą był coraz bardziej senny. Nie dziwiło ją to. Ostatniej nocy nie spał, pilnując Thara, potem cały dzień podróży... Musiał być zmęczony.


-        Połóż się. Przecież widzę, że chce ci się spać. – pogładziła go po policzku.


-        Ale...


-        Ciii... – zamknęła jego usta swoimi wargami, a potem popchnęła w stronę łóżka i zmusiła by się położył – Dobranoc, kochanie. – szepnęła czule, gładząc go po twarzy.


Ren jeszcze przez moment patrzył jej sennie w oczy, a potem poddał się jej pieszczotom i momentalnie zasnął.



Aruell
Nastrój: Leniwy ;P
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 97

sobota, 17.września.2011, 00:57

Rozdział 97


25 dzień muedrilu 8976 roku, Egharia: Hevan – nadrzecze Jinless, wieczór

Przez całą drogę, jaką pokonali na Vanach tego dnia, nikt się nie odezwał. Agon jechał przodem i rozmyślał, jak wypełnić swoje zadanie i nie dać się zabić. Wiedział już, że to będzie bardzo trudne, bo Ren rzeczywiście nie spuszczał z niego wzroku, przez cały czas. W końcu nastał wieczór i musieli się zatrzymać, by rozbić obóz. Jednak tym razem Ren ani myślał iść łowić ryby i zostawić Ellę samą z tym podejrzanym typem.


-        Ren nie idziesz zapolować? – spytała zwyczajnie.


-        Jakoś nie mam apetytu. – burknął, patrząc na Agona nieprzychylnie – A jeśli ty jesteś głodna, załatwię ci dwie rybki niekonwencjonalną metodą.


-        To znaczy? – spojrzała na niego ze zdumieniem.


Ren uniósł jedną rękę w stronę w rzeki. Jego oczy zalśniły zielenią, po czym z wody wyskoczyły dwie szamoczące się ryby i zaczęły lewitować, w stronę ręki Rena. Gdy upadły już tuż przed nim, szybko je zabił i nabił na kijek, by upiec na ogniu. Ella patrzyła przez chwilę w osłupieniu. Zero wysiłku... Potem jednak zerknęła na niego krytycznie.


-        Podobno nie używasz magii do łowienia ryb, by dać im szansę przeżycia. – zakpiła, a on spojrzał na nią z lekkim uśmiechem.


-        Zgadza się, jednak wymaga tego sytuacja. – popatrzył na Agona – Nie myśl, że cię z nim zostawię.


-        Och, daj już spokój! Myślałam, że mi ufasz! – oburzyła się, że znów zaczyna.


-        Tobie ufam, jemu – nie. – syknął, a ona tylko westchnęła.


Ella poszła się umyć, a Ren obiecał, że dopilnuje, żeby ich nowy towarzysz jej w tym nie przeszkodził i tak w istocie było. Ren cały czas go obserwował, doprowadzając go tym do szaleństwa.


-        Przestań się tak gapić. – burknął.


-        Czekam, aż się zdenerwujesz i ujawnisz prawdziwe intencje. – zakpił, z lekkim uśmiechem.


-        Prowokujesz mnie! Nie radzę... – jego oczy zapłonęły gniewem, ale wiedział, że to jeszcze nie czas.


-        O, grozisz mi? – zaśmiał się – Uważaj, bo ci uwierzę!


-        Nie doceniasz mnie, Alrenie.


-        Nie, mój drogi. – spoważniał nagle – To ty nie doceniasz mnie. – rzekł to tak dobitnie, że Agon zmienił postawę.


Zapadła cisza. Po chwili wróciła Ella i Ren przeniósł wzrok na nią. Zauważył, że nadal nie podoba jej się jego postawa, więc nic nie powiedział. Wówczas Agon stwierdził, że zostawi ich samych, bo musi potrenować. Ren nawet tego nie skomentował, a Ella ucieszyła się, że będzie mogła teraz spytać Rena, o jego wrogie nastawienie do nowego znajomego.


-        Dlaczego się tak okropnie zachowujesz? – spytała ostro, kiedy Agon zniknął im już z pola widzenia – Przecież wiesz, że on mnie nie interesuje. Nie musisz być taki nieprzyjemny.


-        Ello, naprawdę sądzisz, że jestem taki z powodu zazdrości? – spojrzał na nią surowo i wówczas zwątpiła zupełnie w swe domysły.


-        Jeśli nie, to o co chodzi?


-        On jest podejrzany. Nie widzisz tego? – syknął.


-        A co w nim podejrzanego? – skrzyżowała ręce na piersi.


-        Wszystko. Począwszy od koloru jego oczu, przez ubiór i to, że ma przy sobie autentyczne rzeczy Syriany, aż po jego aurę. – odparł szybko, a ona próbowała nadążyć.


-        Aurę? – spytała ze zdumieniem – Jaka aurę masz na myśli?


-        Wrogą, Ello. Nawet bardzo... – powiedział to tak poważnie, że Ella wstrzymała oddech.


-        Sugerujesz, że to jakiś szpieg? – usiadła naprzeciw niego – W takim razie, skąd by miał te rzeczy?


-        Tego nie wiem... – odgarnął włosy do tyłu – Ale jedno jest pewne, to z pewnością nie jest nasz przyjaciel i dziś w nocy ci to udowodnię, Ello.


-        Co? O czym ty mówisz? – zaniepokoiła się – Chyba nie chcesz mu coś zrobić...


-        Zaufaj mi. To wszystko, o co proszę...


Spojrzał na nią prosząco, a ona zamilkła, nieco zmieszana zaistniałą sytuacją. W chwili ciszy, która nastała po tej wymianie zdań, Ren obmyślił plan zdemaskowania Agona.


Kiedy Agon wrócił do obozowiska, była już późna noc. Gdy jednak zobaczył smacznie śpiącą Ellę, pozostawioną bez opieki – zdziwił się. Spodziewał się, że Ren nie zmruży oka i będzie jej cały czas pilnował, a tu proszę. Nie było go! Ponieważ jednak wyczuwał w tym podstęp, rozejrzał się dokładnie wokół obozu i sprawdzał, czy się gdzieś nie chowa i nie czyha na niego. Był prawie bowiem, że coś tu nie gra, jednak po trzydziestu minutach bez żadnego śladu Alrena, rozluźnił się nieco. Nadal do końca nie wierzył, że Alren zniknął, więc pomyślał, że dziś nic nie zrobi, aby utwierdzić ich w przekonaniu, że jest ich przyjacielem.


Zadowolony, że jest tak bystry i przebiegły, usiadł naprzeciwko Elli i zamierzał czuwać. Jednak im dłużej patrzył na tę kobietę, tym czuł większe podekscytowanie.


Oglądał śmiało jej ciało, kiedy leżała na boku. Miała cudowne wcięcie w talii, piękne piersi i głęboki rowek między nimi, który odsłaniała sukienka. W tej chwili przełknął ślinę. Spojrzał jeszcze na jej długie nogi, a potem znów na twarz. Jej usta były rozchylone, pełne i tak kuszące, że zapragnął ją pocałować tu i teraz. Wiedział jednak, że mu nie wolno, że to byłby błąd. Zwłaszcza, że znał jej prawdziwą tożsamość i zdawał sobie sprawę, że lepiej nie kusić losu. Usiłował się uspokoić. Był zły na siebie, że czuje takie pożądanie, patrząc na nią.


-        Cholera... – syknął cichutko do siebie – Zaiste wygląda, jak Księżniczka...


Walczył ze sobą prawie całą noc, wciąż się wiercąc i klnąc w duchu. Nie mógł oderwać od niej oczu. To było silniejsze od niego i jednocześnie go przerażało. Wiedział, że w takim stanie najłatwiej o błąd, a przecież ta kobieta miała przy sobie tego potwora, który budził lęk nawet Cesarzowej Oriany. Zawsze go intrygowało... Czemu rozkazała go zabić, skoro nie ma on związku z tamtą sprawą? Nigdy nie śmiał o to zapytać. Uznał więc, że to ze strachu. Teraz doszedł inny powód – ochraniał Księżniczkę Miryonu.


Zbliżał się świt, a jego nadal nie było. Znów zrobił obchód i nic. Poczuł się zdezorientowany i ponownie usiadł przed Ellą, ale tym razem bliżej. Patrzył na nią w skupieniu i uznał, że nawet jeśli on jest gdzieś w pobliżu, ma doskonałą okazję, by wypełnić połowę swego zadania...  Potem będzie się martwił drugą częścią.


Najciszej, jak umiał, wyjął ostry sztylet i przystawił do jej gardła. Chłód metalu obudził Ellę, która otworzyła oczy szeroko ze zdumienia i przerażenia.


-        Na twoim miejscu, by się nie ruszał. – szepnął groźnie, a ona zadrżała, ale nie przesunęła się ani o milimetr.


-        Co robisz? Gdzie Ren? – wyksztusiła, zaskoczona, że go nie ma.


Obiecał jej przecież przed snem, że nie spuści z niej oka i że będzie czuwał przy niej, dopóki się nie obudzi. Zatem, co robił teraz?


-        Twój luby cię zostawił samą na całą noc i jeszcze nie wrócił. – zakpił z niego – A już sądziłem, że jest mądrzejszy...


-        Dlaczego to robisz? Kim jesteś? – spojrzała na niego z gniewem.


-        Osobiście nic do ciebie nie mam, złotko. – obrzucił ją pożądliwym wzrokiem – Ale jeśli cię nie zabiję, sam strącę życie. Taki już los żołnierza. Jestem tylko po to, by wykonywać rozkazy, nawet jeśli mi się nie podobają... – szepnął dziwnym tonem i pogładził, a następnie ścisnął jej piersi.


-        Kto ci kazał mnie zabić? – z trudem mówiła, widząc na własne oczy, że Ren miał rację i wstydząc się za siebie.


-        Cesarzowa Cehronu, Księżniczko Mirello... – rzekł powoli, a ona zamarła ze strachu – Nie wiedziałaś, że ciąży na tobie wyrok śmierci, tak samo, jak na Alrenie?


-        Jesteś... – przełknęła ślinę, widząc błysk w jego oczach – Cehronem! Ale jakim cudem ty...?


-        To było dziecinnie proste. – zaśmiał się – Syriana rzeczywiście wysłała do was Agona z listem i sygnetem. Wystarczyło go zabić i zabrać jego rzeczy oraz ubrania, by was nabrać. Wprawdzie z początku myślałem, że Alren mnie wyczuł, ale jak widać, nie jest konsekwentny w swoich czynach i słowach. Tak naprawdę mam na imię Thar i jestem Piątym Generałem Cesarstwa Cehron. – Ellę coś ścisnęło w środku.


Wiedziała, że Ren to zauważył, tylko nie rozumiała, dlaczego w takim razie zostawił ją tu samą. Wtedy jednak przypomniała sobie, co jej powiedział. „Zaufaj mi. To wszystko, o co proszę...”.  To dodało jej odwagi i odzyskała spokój ducha.


-        Skoro masz mnie zabić, to czemu jeszcze żyję? – spytała sucho – Może jesteś mocny tylko w gadaniu? – Agona zdziwił inny ton jej głosu, ale jej słowa go rozśmieszyły.


-        Dobry żart, złotko. – zakpił, wkładając rękę pod jej sukienkę, a ona drgnęła niespokojnie – Żyjesz tylko dlatego, że mam na ciebie ochotę. Jesteś taka seksowna... Zabawimy się, a dopiero potem cię zabiję.


-        Pocieszające... – syknęła, ale wtedy poczuła, że jego dłoń zbliża się do tego miejsca i ogarnęła ją furia. Nie zamierzała znów tego przechodzić.


Zerwała się gwałtownie i sypnęła mu piaskiem w oczy. Thar był zaskoczony i przez chwilę walczył z piaskiem w oczach. Gdy odzyskał wzrok, ujrzał, że Ella mierzy do niego szpadą. Roześmiał się.


-        Na pewno wiesz, jak tego używać? – zakpił – Tylko się nie skalecz. – zadrwił, a ona zaatakowała go.


Jednak doświadczony wojownik bez trudu wytrącił z jej rąk szpadę i przyparł do drzewa ze sztyletem przy szyi.


-        Skoro nie chcesz się bawić, trudno. – warknął - Zginiesz teraz! – zamachnął się i wycelował w pierś Elli.


Dziewczyna zamknęła oczy ze strachu, ale ponieważ nic nie poczuła, otworzyła je znowu. Jakież było jej zdumienie, kiedy ujrzała Thara, który nie może dosięgnąć sztyletem jej skóry, jakby coś go blokowało.


-        Co jest, do cholery? – wkurzył się i wymierzał w Ellę różne ciosy, które ślizgały się po niej, jakby była z metalu – Coś odpycha moje ostrze przed twoją skórą! – krzyknął ze zdumienia, a ona zrozumiała, czyja to sprawka i zganiła siebie w duchu za myśl, że Ren zostawił ją bez ochrony.


-        Brawo, geniuszu! – usłyszał nagle – Ciekawe, jak na to wpadłeś? – zadrwił, a Thar szybko zauważył Rena, który pojawił się przed nim, jak duch.


-        Jak ty... – usiłował pojąć, co to za magia.


-        Naprawdę myślałeś, że zostawię ją samą?


-        Przecież tak było! – wyjął swój miecz i stanął w pozycji bojowej, natomiast Ren nawet nie kiwnął palcem.


-        Byłem tu cały czas, tylko zamaskowałem swoją obecność. Słyszałeś o magii iluzji? – zakpił z niego – A może przespałeś tę lekcję magii?


-        Zamknij się! – uderzył w niego, ale efekt był ten sam, co z Ellą – Co to jest?! To niemożliwe... – cofnął się przerażony.


-        Mówiłem już, że mnie nie doceniasz. – prychnął, po czym wyjął swój miecz i spojrzał na niego groźnie, a Thar zamarł w bezruchu.



Aruell
Nastrój: zapisany ;P
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 96

środa, 14.września.2011, 23:53



Rozdział 96


24 dzień muedrilu 8976 roku, Egharia: Hevan – nadrzecze Jinless, noc



Ren z rozbawieniem przyglądał się obruszonej Elli. Dziewczyna była zła na siebie, że tak uzewnętrznia swe pragnienia i na niego, że się z tego nabijał. W końcu burknęła coś pod nosem i stanęła nad rzeką. Renowi serce przyspieszyło, gdy ujrzał, jak zrzuca sukienkę. Z jednej strony oświetlało ją ciepłe światło ogniska, a z drugiej podwójny Księżyc na niebie. Była taka piękna...


-        Ello, co robisz? – spytał wesoło.


-        A nie widać? Idę się myć! – bąknęła.


-        Ale wiesz, tam jest głęboko... – droczył się, uwielbiał, gdy się złościła – A ty przecież nie umiesz pływać, prawda Kotku?


-        Nie twoja sprawa! – huknęła i wtedy piasek osunął jej się spod nóg i wpadła do głębokiej wody – Ren! Pomóż mi! – krzyczała po chwili, szamocząc się w wodzie, ale on nawet nie drgnął, tylko patrzył na nią z uśmiechem.


-        Czemu miałbym to zrobić? Przecież to nie moja sprawa... – zakpił.


-        Proszę... – powoli wpadała już w panikę – Pozwolisz mi się utopić? – nie mogła w to uwierzyć, a wtedy on podniósł jedną rękę.


Jego oczy zalśniły zielonym blaskiem, a gdy pstryknął palcami, woda, w miejscu, gdzie była Ella, rozstąpiła się na boki i dziewczyna upadła na dno. Patrzyła w szoku na dwie ściany wody po obu stronach i automatycznie pomyślała o biblijnym cudzie Mojżesza. To było silniejsze od niej. Była tak zaskoczona, że nawet nie wstała.


-        No dalej, nie będę tak tego trzymał, przez całą noc. – prychnął, a ona szybko wyszła z koryta rzeki. Zaraz potem woda znów płynęła w nim normalnie.


-        Na litość... Nie mogłeś po prostu podać mi ręki? – położyła ręce na biodrach.


-        Chciałem by było też efektownie, a nie tylko efektywnie. – zaśmiał się i wówczas podszedł do niej, bardzo blisko – To jak, nadal jesteś zła?


-        Tak. – udała foch i chciała odejść, ale chwycił ją za rękę i przyciągnął do siebie. Spojrzała mu w oczy.


-        To niedobrze. Zastanawiam się... – mruknął zmysłowo – Jak by cię tu ugłaskać... Może mi podpowiesz? Inaczej sam coś wymyślę. – zarumieniła się, ale nim zdołała coś powiedzieć, poczuła jego wargi na swych ustach.


Tak. Tęskniła za tym w każdej minucie dnia i nocy, odkąd zasmakowała jego pocałunków. Nie umiała się już złościć. Nawet tak na niby. Po prostu objęła go w pasie i odwzajemniła pocałunek. Gdy się już nacieszyli swoimi ustami, odsunął się i uśmiechnął do niej.


-        Chyba już ci przeszło. Nie ma to jak czarodziejska moc pocałunków...– stwierdził z rozbawieniem, a ona prychnęła, próbując ukryć swe rumieńce.


-        Ubierz się. – szepnął – Noce są tu zimne, jak już wiesz.


Przez chwilę była zawiedziona, ale w końcu odpuściła i założyła sukienkę. Nagle pisnęła tak głośno i niespodziewanie, że Ren aż podskoczył.


-        Co się stało? – spytał z niepokojem, widząc jak patrzy z przerażeniem na swoja nogę.


-        Ta roślina... – powiedziała i wówczas, a Ren zauważył mały krzak, wyglądający, jak jeden wielki kaktus.


-        No ładnie. Nie widzisz, że od tej rośliny trzeba się trzymać z daleka? – zganił ją – Pokaż mi tę nogę. – westchnął.


Gdy usiedli przy ognisku obejrzał jej łydkę, która wyglądała, jak poparzona. Gdy lekko dotknął rany, zapiszczała z bólu.


-        Ale się urządziłaś na dobranoc. – pokiwał głową, a ona się zawstydziła.


-        Nie widziałam tego...


-        Spokojnie... Zaraz coś na to poradzimy. – mruknął i zawiesił dłoń nad jej łydką.


Jego oczy znów przez chwilę błysnęły zielenią, a następnie poczuła na skórze przyjemne mrowienie. Domyśliła się, że to energia Rena. To było miłe uczucie. Po chwili po ranie nie było nawet śladu, a Ren pocałował jej łydkę. Zarumieniła się odruchowo.


-        Dziękuję... – rzekła cicho.


-        Nie ma sprawy, a teraz chodźmy spać.


-        Nie jestem senna. – mruknęła z niezadowoleniem.


-        W takim razie, zaraz będziesz. – uśmiechnął się tajemniczo – Połóż się.


Spojrzała na niego nieufnie, co wywołało jego śmiech. Wiedział, że miała nieczyste myśli, ale mimo to położyła się, jak prosił.


-        Ren, co ty kombinujesz? Tylko mi nie mów, że chcesz użyć tego czaru! – obróciła się nerwowo, ale wtedy położył jej dłoń na twarzy.


-        Spokojnie, tym razem sprawię, że tylko zaśniesz.


-        Taaa, a rano się okaże, że znów widziałeś mój sen. – burknęła.


-        Podobno mi ufasz? – zaśmiał się, wyszeptując jakieś krótkie zaklęcie.


-        No tak, ale akurat... w tym... względzie... – powoli ogarniała ją senność.


-        Śpij dobrze, Ello.  – uśmiechnął się do siebie, gdy już smacznie spała, po czym przykrył ją płaszczem i sam położył się obok niej. Zasnął niedługo później, patrząc w gwiazdy.


***


Nastepnego dnia, około południa



Poranek minął Elli i Renowi bardzo spokojnie. Zjedli coś, trochę porozmawiali, a potem musieli wyruszyć w dalszą podróż, do Hervosu. Nie mieli pojęcia, jak daleko się znajdują od celu ani ile czasu zajmie im ta podróż. Wiedzieli tylko, że idą w dobrym kierunku i kiedyś natrafią na to miasto.


Kiedy przedzierali się przez wyjątkowo zarośnięty odcinek nadrzecza, Ren nagle stanął i zastygł w bezruchu, zwracając tym uwagę Elli.


-        Co się dzieje? – spytała niepewnie.


-        Nie jesteśmy tu sami... – szepnął, po czym wyjął swój miecz i gwałtownie skierował go w krzaki, po lewej stronie – Pokaż się, wiem, że tam jesteś! – krzyknął.


-        Spokojnie, jestem przyjacielem... – usłyszeli, a następnie ujrzeli, jak zza krzaków wyłania się wysoki mężczyzna, trzymający wodze dwóch dużych i dziwnie wyglądających zwierząt, przypominających po trosze wielbłądy a po trosze konie.


-        Skoro jesteś przyjacielem, to czemu nas obserwujesz i chowasz się w krzakach? – zakpił, nie opuszczając broni.


-        Chciałem się tylko upewnić, że to na pewno wy. Przysięgam, że nie jestem wrogiem! – uniósł ręce w geście poddania, ale Ren nie zmienił swej postawy.


Tymczasem Ella przyglądała się temu mężczyźnie uważnie. Jego krótkie, włosy przypominały kolorem smołę. Na czole zawiązał sobie niebieską opaskę. Jego oczy miały w sobie coś tajemniczego i pięknego, ale ich szary kolor zdawał się nie pasować do jego urody. Jego skóra była śniada, ale jaśniejsza od tej, którą miała większość Hevańczyków. Natomiast budowa ciała sugerowała, iż był wojownikiem. To wrażenie dodatkowo wzmacniał miecz, który miał przypięty do pasa. Jego strój był biały, z elementami niebieskiego. Nie przypominał ubrań, typowych dla Hevanu, gdyż miał subtelniejszy krój i bardzo dużo skomplikowanych, ozdobnych haftów. Dziewczyna zastanawiała się, kim jest ten dziwny człowiek, który z pewnością nie pochodził z Hevanu ani Veolii.


-        Kim jesteś? – spytał ostro Ren, przystawiając mu ostrze do gardła.


-        Spokojnie. – powtórzył – Jestem Agon. Przysyła mnie jej Ekscelencja Syriana Teranisos. – powiedział, zaskakując ich oboje.


-        Syriana? – zakpił – Łżesz! To, że nosisz aloryjskie ubrania, nie znaczy, że można ci ufać.


-        Wiem, dlatego mam dowód. Proszę, oto list od Arcykapłanki, w którym wyjaśnia moje przybycie. – powiedział, starając się panować nad strachem i podał Renowi zapieczętowany zwój.


Alren zmierzył go nieufnym spojrzeniem, po czym dość niechętnie opuścił miecz i przeczytał na głos zawartość listu. Wynikało z niego, że Syriana wysłała Strażnika Świątynnego, aby pomógł im opuścić Hevan i dostać się do Alorii. Miał mieć ze sobą jej sygnet, który otworzy przed nimi granicę Krainy Bogów. Po przeczytaniu, Ren schował miecz, ale w jego oczach nadal widoczna była duża rezerwa wobec obcego.


-        Gdzie ten sygnet?


-        Tutaj. – pokazał swój palec wskazujący – Nie zdołasz mi go zabrać, bo rzuciłem specjalny czar, by go nie zgubić po drodze.


-        Wiem. Przecież widzę... – syknął z niezadowoleniem.


-        Skąd ty...? – nie mógł uwierzyć, że on to zauważył – Przecież rzuciłem go godzinę temu, więc nie mogłeś tego widzieć!


-        Czyżbyś nie wiedział, że magia zostawia po sobie, niewidzialny dla zwyczajnych ludzi, ślad w powietrzu? – schował zwój, ale miecz wciąż miał w pogotowiu – A ja, jak zapewne wiesz, nie jestem zwykłym człowiekiem i widzę takie rzeczy. – odparł chłodno.


-        Nie do wiary... – Agon był w  szoku.


-        Strażnicy Świątynni zazwyczaj też to wiedzą... – spojrzał mu w oczy tak głęboko, że tamten przełknął ślinę – Dziwne, że Syriana wysłała takiego niedouka. – obrażał go, a przybysz poczuł się urażony, ale nie mógł pozwolić, by poniosły go emocje.


-        Widziałeś już list i sygnet, dlaczego wciąż mi nie ufasz? – spytał ze zniecierpliwieniem.


Ren patrzył na niego intensywnie, a Agon nie odwracał wzroku. Atmosfera się zagęszczała. Ella ze zdumieniem obserwowała tę dziwną konfrontację i usiłowała zrozumieć zachowanie Alrena. Wiedziała, że był nieufny i ostrożny, ale żeby aż tak? Przez myśl jej przeszło, że po prostu nie lubi obcych i zwyczajnie się czepia Agona, ale wyczuwała w tym coś głębszego.


-        Pytasz dlaczego? Zastanówmy się... – mówił ironicznie – Może dlatego, że jakoś nie wyglądasz mi na Hevańczyka. A jeszcze bardziej interesujące jest to, że nie przypominasz także Aloryjczyka. -  zakpił, patrząc mu w oczy, a tamten przełknął ślinę.


-        Nic dziwnego. Pochodzę z Igheru i tylko mieszkam w Alorii.


-        Igher mówisz... – uniósł jedną brew – Skoro tak, to wyjaśnij mi, jakim cudem Igheryjczyk został Strażnikiem Świątynnym w Alorii?


-        Przecież w tym kraju jest mnóstwo mniejszości narodowej! – tracił cierpliwość – Uważasz, że tylko Aloryjczycy są strażnikami? To nieprawda!


-        Owszem. Jednak, pierwsze słyszę, by akurat Igheryjczyk był strażnikiem. – zakpił z niego – Czyżbyś nie wiedział, że nikt w Alorii nie przepada za Igherią, sąsiadem Cehronu? – rzekł dobitnie, zaskakując Agona.


-        Jestem wyjątkiem! Przecież mam niezbite dowody, że jestem wysłannikiem Syriany! Śmiesz poddawać w wątpliwość jej mądrość? Gdybym nie był tym, kim jestem, nie wysłałaby mnie do was. – mówił szybko – Dostałem rozkaz eskortowania was do Alorii i nie zamierzam zignorować rozkazu Arcykapłanki! – przekonywał go dalej, a Ren zerwał się gwałtownie i chwycił go za tunikę.


-        Słuchaj, gościu! Żebyśmy się dobrze zrozumieli. – z jego oczu leciały iskry – Nie ufam ci i cokolwiek powiesz, nie zmienię swego nastawienia. Pójdziesz z nami tylko dlatego, że nie mogę ci zdjąć tego sygnetu z palca. Pamiętaj jednak, że będę cię cały czas miał na oku i jeśli zrobisz coś, co mnie wkurzy, to ci odetnę ten palec i pójdziemy bez ciebie. Czy to jasne? – ton Rena był niesamowicie niski i wrogi. Agon mimowolnie zadrżał ze strachu, widząc w jego oczach nieobliczalność.


-        Jasne. – syknął, po czym Ren go puścił.


Agon odetchnął z ulgą, że idzie z nimi i zamierzał się przywitać z Ella, ale Ren zagrodził mu drogę i spojrzał na niego wrogo.


-        I jeszcze coś... – powiedział ostro – Nie zbliżaj się do Elli, a najlepiej w ogóle na nią nie patrz! – zagroził i wtedy Ella nie wytrzymała.


-        Ren, co z tobą? – spojrzała na niego z oburzeniem – Uspokój się już.


Zganiła go wzrokiem i przywitała się z Agonem, ku zaskoczeniu przybysza i wściekłości Alrena. Zaraz potem jednak Ren wziął ją gwałtownie za rękę i wskazał Agonowi, by szedł pierwszy. Ella była zdumiona zachowaniem ukochanego i podejrzewała, że może jest zazdrosny, ale nie rozumiała tej przesadnej wrogości.


Kiedy znaleźli się na bardziej otwartym terenie, Ren i Ella wsiedli na jednego wierzchowca, a Agon na drugiego. Alren westchnął ciężko, stwierdzając, że jedynym plusem tej sytuacji jest fakt, iż Agon miał przy sobie Vany, dzięki którym szybciej dotrą do celu, ale i tak nie był zadowolony.



Aruell
Nastrój: przymulona ;/
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 95

wtorek, 13.września.2011, 00:00

Rozdział 95

24 dzień muedrilu 8976 roku, Egharia: Hevan – nadrzecze Jinless, wieczór

Ella i Ren cały dzień szli wzdłuż rzeki Jinless, chowając się w cieniu pasma drzew, które przy niej rosły. Robili tylko krótkie postoje na posiłki i odpoczynek. W końcu jednak, gdy zaczęło się ściemniać, zatrzymali się i rozbili obóz.


Gdy Ella pilnowała ognia, Ren wstał i zdjął tunikę. Zerknęła ukradkiem na jego tors, oświetlony ciepłym światłem ogniska i mimowolnie rozchyliła usta. Uwielbiała na niego patrzeć. Śledziła ruchy jego mięśni i przełykała ślinę, gdy wyobrażała sobie, jak gorąca jest teraz jego skóra. Po chwili usłyszała śmiech.


-        Nie teraz, Kotku. – mruknął znacząco, wywołując u niej rumieńce.


-        Przecież nic nie powiedziałam. – bąknęła, udając, że nie wie, o co chodzi.


-        Nie musiałaś. Twoje ciało mówi za ciebie. – zakpił wesoło i wszedł do wody.


-        Chcesz łowić ryby po ciemku? – zdziwiła się.


-        Nie doceniasz moich oczu, Ello. – odwrócił się do niej, stojąc w wodzie i wtedy ujrzała, że świecą na zielono, jak wcześniej. Znów dziwny dreszcz przeszedł jej po plecach.


-        Ren, a nie możesz po prostu użyć magii, by złowić nam kolację?


-        Mógłbym, ale chcę dać szansę rybom.


-        Co? – nie zrozumiała.


-        Gdybym użył magii, żadna z nich nie miałaby szans. Ale gdy poluje normalnie, wiele z tych ryb może mi uciec i zgodnie z prawem natury, tylko te nieostrożne i słabe trafią w moje ręce. – mówił szeptem, by nie spłoszyć ryb i po chwili wbił szybko dzidę w wodę, kilka razy. Kiedy wyszedł z rzeki, na kiju były już przebite trzy rybki.


-        Przejmujesz się czymś takim? – spojrzała na niego zdumiona.


-        Tak. Mam szacunek do przyrody, dlatego nie używam magii przeciwko niej, jeżeli nie muszę. Dzięki temu jestem tylko kolejnym drapieżnym osobnikiem w ekosystemie, a nie jego niszczycielem. – uśmiechnął się i zaczął smażyć ryby na ogniu, po wcześniejszym ich wypatroszeniu.


Ella zamyśliła się. Podejście Rena do przyrody było dla niej niezwykle unikalne. Skojarzyło jej się z Indianami na Ziemi, których zawsze podziwiała za szacunek do natury i jej znajomość. Faktem było jednak, że znaczna większość ludzkiej społeczności, od zarania dziejów, miała w głębokim poważaniu florę i faunę oraz wszystkie inne dobra ich planety. Zawsze nad tym ubolewała. Cieszyła się więc, że Ren nie zaliczał się do tych osób. Wiedziała o tym od początku. Przecież pochował Sheny i był zły, że musiał je zabić. Nawet zaprzyjaźnił się ze smoczycą, której uratował dziecko. Spojrzała na niego z lekkim uśmiechem.


-        O co chodzi? – spytał zwyczajnie.


-        To nic ważnego. – pokręciła głową i wtedy sobie coś przypomniała.


Od tamtej bitwy dużo rozmyślała i miała obawy, że Ren myśli, że się go boi. Wszystko przez to pytanie, które jej zadał. Nie chciała, by tak myślał, ale jednocześnie nie mogła samej siebie okłamywać. Czasami się go bała, przeważnie wtedy, gdy jego oczy świeciły. To było irracjonalne, ale prawdziwe. Zastanawiała się, czy może go o to zapytać i czy go tym nie urazi, ale w końcu się zdecydowała.


-        Ren... Mogę cię o coś spytać?


-        Mówiłem już, nie proś o pozwolenie, tylko pytaj. – westchnął zrezygnowany.


-        Twoje oczy... – zarumieniła się, gdy w nie spojrzała.


-        Co z nimi? – zdziwił się.


-        Nie wiem, czemu, ale gdy świecą na zielono, czuję strach... – zawahała się – Nie to, żebym się ciebie bała. Ja naprawdę się nie boję, ale... – mówiła chaotycznie, a on się zaśmiał.


-        Rozumiem, o co ci chodzi. Nie denerwuj się tak. – usiadł obok niej i podał jej upieczoną już rybkę.


-        Ale spytałeś mnie wcześniej... – zwątpiła – Czy się ciebie boję, więc myślałam...


-        Czasami mam wątpliwości, Ello. Jak każdy. – uśmiechnął się lekko – Ale nie martw się, wiem, że mi ufasz. Zatem wszystko jest w porządku. – poklepał ją po głowie.


-        Ale skąd to wiesz? – dociekała.


-        Gdybyś mi nie ufała, na widok moich specjalnych oczu, natychmiast zaczęłabyś uciekać. – objął ją ramieniem - A przecież tak nie było, prawda? To wystarczający dowód.


-        Nie bardzo rozumiem... – myślała nad tym intensywnie.


-        Posłuchaj... Zielone oczy to stygmat Heryonów, ich znak rozpoznawczy. – mówił spokojnie, patrząc w płomień ogniska, który odbijał się w jego tęczówkach – Kiedy Heryoni używali magii, zawsze świeciły. Ten efekt nazywano niegdyś „spojrzeniem duszy”, a  to dlatego, że umożliwiał nie tylko lepszą kontrole magii,  ale i widzenie duchów. Takie specjalne oczy głównie miały za zadanie budzić irracjonalny strach u tych, którzy w nie patrzyli i dawać przewagę Heryonom. Dlatego między innymi tak się obawiano mojego ludu...


-        Czy to nie jest smutne, że odstraszasz samym spojrzeniem? – spytała przejęta.


-        Może i tak, ale przecież oczy Heryonów nie świecą przez cały czas. Możemy kontrolować, kogo straszyć, a kogo nie. – zaśmiał się.


-        Czyli sugerujesz, że i na mnie to, mimo wszystko, działa? – czuła jednocześnie ulgę i zawód.


-        Tak, ale im częściej będziesz patrzyła w „te” oczy, tym strach będzie mniejszy. – uśmiechnął się do niej – Jedyną bronią na „spojrzenie duszy” jest miłość. – puścił jej oczko, a ona zarumieniła się mimowolnie.


-        Ulżyło mi trochę. – westchnęła – Nie chciałam byś myślał...


-        Nie myślę. – przerwał jej i wtedy ona wyjęła mu z ręki resztkę ryby, a potem przybliżyła do niego swą twarz – No co? – zaśmiał się.


-        Pokaż mi to.


-        Co? – zdziwił się.


-        To „spojrzenie dusz”, oczywiście. – bąknęła, zaskakując go.


-        Po co? Lubisz się bać, czy co? – zażartował.


-        Chcę się przekonać, czy rzeczywiście można to pokonać miłością.


-        Niezły pretekst do igraszek, nie ma co. – nie mógł się powstrzymać od tego komentarza.


-        Ej, no ile razy mam cię prosić. – zarumieniła się – Nie zamierzam robić nic nieprzyzwoitego. – obruszyła się, bo rzeczywiście tak było.


-        Jak sobie życzysz, Kotku. – zamknął oczy, a gdy je otworzył, lśniły żywą zielenią. Drgnęła, czując to, co wcześniej, ale nie cofnęła się.


-        Przerażające i piękne zarazem... – patrzyła prosto w jego oczy i choć w sumie strach był minimalny, nie potrafiła się poruszyć. To spojrzenie ją onieśmielało i paraliżowało – Dlaczego nie mogę cię pocałować, choć mam na to ochotę? – spytała.


-        Bo to za wcześnie. Widziałaś ten efekt tylko kilka razy. – pogładził ją po policzku, nie zaprzestając tego czaru.


Ella wstrzymała oddech. Nie rozumiała, dlaczego w tej chwili, tak niewinny dotyk wywoływał w niej tak silny dreszcz podniecenia. Zauważył, że oddycha ciężej.


-        A i jeszcze coś... – zaśmiał się cicho – W tym stanie wydam ci się jeszcze bardziej pociągający, niż  zwykle. Tak to działa na osoby, które mnie kochają lub pożądają.


-        Żartujesz chyba... – spuściła wzrok, by ochłonąć – Czy to spojrzenie nie miało powodować strachu? – pogubiła się.


-        Generalnie tak, ale kiedy ktoś już pokona moc lęko-twórczą i się do mnie zbliży, efekt jest odwrotny. Zamiast odstraszania, wywołuje przyciąganie. Rozumiesz? – zachichotał i podniósł jej podbródek tak, że znów musiała spojrzeć w „te” oczy.


-        To niesprawiedliwe... Też bym tak chciała. – prychnęła.


-        Nie wątpię. – był szczerze rozbawiony, po czym ujrzał, że się poruszyła i położyła dłonie na jego obnażonych barkach – Widzę, że pokonanie ostatnich barier nie zajmie ci wiele czasu. – wyszczerzył zęby i wiedząc, czego pragnie, zbliżył się do jej twarzy i pocałował ją.


Ella, która przez chwilę miała zamknięte oczy, nagle otworzyła je gwałtownie, nie wiedząc, co się z nią dzieje. To było trudne do opisania. Miała wrażenie, jakby Ren całował nie tylko jej ciało, ale duszę. Doznania były podwójne i sprawiały, że zaczęło jej się kręcić w głowie, więc oderwała się i sapała głośno.


-        Matko... To jest...


-        Mocne, nie? – zaśmiał się, a ona aż musiała otrzeć pot z czoła. Było jej potwornie gorąco, choć wieczór był chłodny.


-        Nie wiem, czy „mocne” to dobre słowo. Raczej nieziemskie... – jej policzki płonęły.


-        A teraz pomyśl sobie, co byś czuła, gdybym się z tobą teraz kochał... – prowokował ją – Słyszałem, że pełny stosunek dostarcza nieziemskich doznań. Nie próbowałem jeszcze, bo to bardzo intensywne i ryzykowne. Wiem tylko, że wyłącznie Heryoni to potrafią. Miedzy sobą lub z kimś innego pochodzenia.


-        Pełny stosunek? – przełknęła ślinę, wciąż widząc to spojrzenie.


-        Taki, w którym łączą się jednocześnie nie tylko ciała, ale i dusze. – mówił dalej – Jakby do tego jeszcze zdjąć nasze obrączki, blokujące „więź dusz”, mogłoby być jeszcze ciekawiej. – zaśmiał się serdecznie, widząc, że aż otworzyła usta z wrażenia, gdy sobie to wyobraziła.


-        Musimy... kiedyś spróbować. – wyksztusiła i od razu stanęła w pąsach.


Ren w tej chwili nie wytrzymał i wybuchł niepohamowanym śmiechem. Słodka, rozkoszna i napalona na niego Ella, doprowadziła go do wesołych łez. Automatycznie jego oczy powróciły do normalnego wyglądu.


-        Wystarczy już tego, bo zaraz zaczniesz się do mnie dobierać. – uspokoił się w końcu, ale znów dostał ataku, widząc jej oburzoną minę.


-        Śmiejesz się ze mnie? – bąknęła - Nie gadam z tobą!


-        Jasne... – nie mógł przestać się śmiać, a ona tylko ciężko westchnęła, zawstydzona swoim zachowaniem i uczuciami, które rozsadzały ją teraz od środka.



Aruell
Nastrój: ^^
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 94

sobota, 10.września.2011, 00:05

Rozdział 94

24 dzień muedrilu 8976 roku, Egharia: Hevan – rzeka Jinless, ranek

Rankiem coś obudziło Rena i bynajmniej nie był to żaden hałas, lecz potworna cisza, która aż dźwięczała w uszach. Zerknął na śpiącą Ellę i delikatnie się od niej odsunął. Niemal bezszelestnie podszedł do drzwi na zewnątrz i nagle zastygł w bezruchu. Obudził się natychmiast, wyczuwając co najmniej dziesięciu ludzi w pobliżu. Dobrze wiedział, co to za aura i to go zaniepokoiło. Mając się na baczności, ostrożnie uchylił drzwi i ujrzał martwego sługę na pokładzie, leżącego w kałuży własnej krwi. Teraz miał już pewność, że na zewnątrz czeka na nich zasadzka. Szybko podszedł do Elli i obudził ją szeptem.


-        Obudź się, mamy kłopoty. – mówił cicho, ale do zaspanej Elli to wciąż nie docierało.


-        Co? Co się dzieje? – spytała sennie.


-        Ciii... – przyłożył jej dłoń do ust – Słyszałaś?


-        Niby co? – już się obudziła.


-        Ten łoskot powietrza... – zmartwił się – Cholera... – zaklął czując dym.


-        Ogień? – zerwała się na równe nogi.


-        Już wiem, co to było. To podpalone strzały!


-        Chcą nas spalić żywcem? – przeraziła się.


-        Raczej stąd wykurzyć... – odparł, po czym wypowiedział jakieś zaklęcie, po którym otoczyła ich przezroczysta błona, przylegająca do ich ciał i ubrań.


-        Co to jest?


-        Warstwa ochronna. Jest ognioodporna i odbija strzały, ale wystarczy tylko na kilka minut. – ostrzegł – Musimy się stąd wynosić!


-        A sługa?


-        Nie żyje... – Ella zasłoniła usta z wrażenia. Biedak nawet nie zdążył się nacieszyć wolnością.


-        Idziemy! – złapał ją za rękę i wyprowadził prosto w wielkie, buchające płomienie, które mimo iż przerażały, nic im nie zrobiły, dzięki czarom Rena.


Zatrzymali się przed krawędzią barki. Wtedy Ren chciał skoczyć do wody i wskazał jej, by zrobiła to samo, ale Ella nie ruszyła się z miejsca.


-        Na co czekasz? Szybko!


-        A-ale ja... Nie umiem pływać! – krzyknęła z lękiem w oczach, a on westchnął.


-        Teraz mi to mówisz? – syknął, po czym bez słowa wziął ją na ręce i za pomocą lewitacji przeniósł na brzeg.


Na miejscu, nie puścił Elli, która cała drżała ze strachu, gdyż wyczuwał wciąż ich obecność. Martwiło go, że ich nie widzi. Wrogowie musieli użyć zaklęcia „iluzji nicości”. W takim wypadku będą niewidoczni tak długo, aż nie zostaną trafieni. W tej chwili Ren był wdzięczny za lekcje u mistrza Hagusa, który uczył go magii iluzji.


Ren zamknął oczy i skupił się. Po chwili otoczyła go zielona aura magiczna, która zwróciła uwagę Elli.


-        Co robisz? – spytała wystraszona.


-        Szykuję się do walki. – odparł i otworzył oczy, które teraz lśniły zielonym blaskiem.


-        Walki? Z czym? – zdziwiła się – Nikogo tu nie ma... – rozglądała się nerwowo, ale widziała tylko piasek i pojedyncze palmy, tuż przy rzece. Za nimi rozciągała się pustynia.


-        Właśnie, że są. Dziesięciu norheńskich wojowników. Czekają, aż się zbliżymy, by nas zabić. – rzekł poważnie, a Ella drgnęła, widząc te świecące oczy. Nie rozumiała, czemu się teraz go boi. Pamiętała tylko, że już kiedyś tak było.


-        Nie widzę ich...


-        Zaraz zobaczysz. – rzekł, obniżając głos i wyciągnął rękę przed siebie.


Po chwili użył zaklęcia, którego nauczył go sam mistrz Hagus. Zielona energia Rena wystrzeliła z jego dłoni, dzieląc się na dziesięć strumieni. Każdy z nich trafił w jednego z wrogów i otoczył ich.


-        Teraz widzisz? – spytał, wyjmując swój miecz.


-        Tak... – Ella zauważyła dziesięć zarysów postaci, lśniących na zielono.


-        Trzymaj się jak najbliżej mnie i nie pozwól, by nas rozdzielono. – szepnął, po czym zrobili kilka kroków naprzód – No dalej! Wyłaźcie! Wiem, że tam jesteście... – krzyknął w przestrzeń i wtedy zauważył, że wszyscy naraz rzucili się do ataku...


Ren zrobił kolejny krok naprzód, w stronę wrogów i coś szepnął. Zaraz potem otoczyła go kula czerwonego ognia, która rozeszła się falą, tworząc płonący, powiększający się okrąg. Cała dziesiątka napastników od razu stała się widoczna i na chwilę zastygła w bezruchu, po czym wypuściła w ich stronę mnóstwo strzał. Ren zareagował natychmiast i otoczył ich na moment barierą, która je zatrzymała. Wiedział już jednak, że to nie są żarty. Miał do czynienia z wyszkolonymi magicznie wojownikami. Po chwili uśmiechnął się sam do siebie. Wszak był przede wszystkim magiem, a nie szermierzem. Postanowił pokazać im próbkę swych umiejętności.


-        Ładnie to tak? Dziesięciu na jednego? – syknął i nagle zerwał się silny wiatr, który zaczął wirować wokół Rena.


Ella zamarła z wrażenia. To wyglądało, jak trąba powietrzna, z Renem w środku. Piasek z pustyni zaczął wirować i przemieniać ten wir w niebezpieczną, żółtawą chmurę. Ren coś szepnął i wiatr zaatakował zdezorientowanych Norhenów. Ci, którzy zdołali zabezpieczyć się magią przeżyli, ale trzech zginęło na miejscu. Zaraz później Ren wyłonił się, z mgły opadającego piachu, z mieczem i wykorzystując element zaskoczenia, powalił jeszcze dwóch. Zostało pięciu, którzy wykazali się największym sprytem.


-        Nieważne, ilu z nas pokonasz! – krzyknął jeden z nich – Prędzej czy później cię dopadniemy! – dodał jeszcze po czym zaczęła się bitwa na miecze.


Ren był sam, a ich pięciu, ale nie ugiął się ani na chwilę i stawiał im silny opór, chroniąc Ellę, która była za nim. Dziewczyna patrzyła na pojedynek z mieszanką strachu i podziwu. Zawsze zdumiewała ją szybkość Rena i to, że gdy walczył, wyglądał tak, jakby tańczył. Był elastyczny i niezwykle precyzyjny w ciosach, a jednocześnie na tyle uważny, by unikać pięciu ostrzy naraz, z każdej strony.


Po kilku minutach pojedynku, Ren zauważył, że dwóch z nich odciągnęło od niego Ellę, by rozproszyć jego uwagę. Podziałało. Ren, który co chwilę zerkał, czy bariera, którą otoczył Ellę się trzyma, był bardziej podatny na ciosy wojowników i zdołali go lekko poranić w nogi i ręce. Nie zrobiło to jednak na nim wrażenia. Ale gdy zorientował się, że bariera Elli słabnie, zdenerwował się i użył zakazanego zaklęcia, zwalniającego czas.


W tej chwili trzej wojownicy poruszali się, jak muchy w smole, a on miał pełną swobodę ruchów, więc trzema cięciami powalił ich na ziemię. Zaraz po tym czas znów zaczął biec normalnie. Pozostała dwójka wojowników zaczęła drzeć ze strachu, widząc nieznane sobie czary. W akcie rozpaczy zaczęli wyszeptywać słowa potężnego zaklęcia, mając przystawione ręce do bariery Elli. Ren zamarł rozpoznając te inkantacje. To był trudny i śmiercionośny czar, który z pewnością przebije taką barierę i spali Ellę na proch. Chciał się zbliżyć, ale wtedy zdumiał się, widząc, że oni też otoczyli się taką barierą, by nie mógł do nich podejść.  A czas uciekał... Z każdym ich słowem, Ella była bliżej śmierci. Przeraził się i wówczas nie wahał się już ani chwili, by użyć swej nadludzkiej mocy.


Nagle otoczyła go szafirowa aura i nawet jego oczy przybrały taki kolor. Nie wiedział, że podczas wzywania mocy Heryonów, ujawniła się jego miryońska krew. Było to spowodowane wielkim gniewem i troską o życie Elli. Potężny impuls energii zwrócił uwagę dwóch wojowników, którzy zamarli, widząc spojrzenie Rena. Jeden jego ruch ręką wystarczył, by przerwać ich barierę, a przy okazji także Elli, która upadła, odrzucona podmuchem magii. Tylko oni nadal stali i wypowiadali w pośpiechu dalsze słowa. Wtedy jednak aura Rena ich otoczyła i wniknęła w ich ciała.


Ella oniemiała z wrażenia, widząc, jak wojownicy wbrew swej woli odeszli od niej na bezpieczną odległość. Ren, w tym czasie, trzymał tylko uniesiona rękę i mocą mentalną kontrolował ich dusze. Wokół niego wirowały smugi błękitnej magii, a jego oczy świeciły szafirowym blaskiem. Wyglądał przerażająco, ale i niezwykle pociągająco. Znów zerknęła na tamtych dwóch i ze zdumieniem zauważyła, jak położyli sobie drżące dłonie na piersi i wbrew sobie wyszeptali ostanie słowa tego zaklęcia, po czym obrócili się w proch, używając tego zabójczego czaru na sobie. To był dla Elli szokujący widok.


Zerknęła ponownie na Rena, który pomału uspokajał swą aurę, aż wyglądał zupełnie normalnie i wziął głęboki oddech, by odzyskać spokój ducha. Usłyszała, że szepcze coś jeszcze i po chwili zauważyła, że jego drobne rany zniknęły, a ubranie wróciło do stanu, sprzed walki. Patrzyła na niego bez słowa. Nie była w stanie się nawet poruszyć. Była zbyt przejęta tym, co zobaczyła. Przełknęła ślinę, gdy powoli do niej podszedł i zatrzymał się tuż przed nią. Kiedy dotknął jej twarzy, poczuł jej drżenie, ale w oczach widział fascynację, nie strach.


-        Nic ci nie jest? – spytał łagodnie.


-        Nie... – wyksztusiła z siebie – Tylko czasem zapominam, jak potężny jesteś... – zarumieniła się i chwyciła jego dłonie.


-        Boisz się mnie? – spytał dość poważnie, zawsze to go niepokoiło, mimo iż już kilka razy byli w podobnej sytuacji.


-        Tak długo, jak nie jesteś moim wrogiem - nie. – zaśmiała się zakłopotana, mając w pamięci bitwę sprzed chwili. Wciąż była pod wrażeniem, gdyż takiej magii jeszcze nie widziała na oczy.


-        Ello... – zmusił ją, by zajrzała mu w oczy – Cokolwiek się stanie w przyszłości, nigdy nie będę twoim wrogiem... Pamiętaj  tym. – powiedział i pocałował ją tak namiętnie w usta, że aż poczuła płomień w piersi.


Była cała czerwona i oddychała z trudem po tym pocałunku. Nie mogła przestać myśleć o tym, jakiego mężczyznę ma przy sobie i czuła się z tego powodu niezwykle szczęśliwa. Spojrzała na niego z uwielbieniem i wtuliła się w niego, a on ją delikatnie objął. Trwali w tym uścisku tak długo, aż oboje ochłonęli po ataku Norhenów i zaczęli się zastanawiać, co dalej...



Aruell
Nastrój: ^^
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 93

czwartek, 8.września.2011, 00:04



Rozdział 93


23 dzień muedrilu 8976 roku, Egharia: Hevan – rzeka Jinless (barka), noc


Ella i Ren właśnie położyli się na niewielki materac, we wnętrzu barki, kiedy ich sługa zajmował się sterowaniem łodzi, na zewnątrz. Leżeli na boku. Ren, będąc za nią, obejmował ją w talii, a ona zachwycona jego ciepłem, wtulała się w niego plecami. Przez jakiś czas milczeli, delektując się spokojem, kiedy w końcu Ren głośno westchnął, co zwróciło uwagę Elli.


-        Co się dzieje? – rzekła cicho – Znów ci się pogorszył nastrój? – spytała raczej zaczepnie, na co on zareagował krótkim śmiechem.


-        Nie. Nie martw się. – przyciągnął ją do siebie – Dziś cię oszczędzę. – szepnął jej na ucho, a ona zarumieniła się. Dobrze rozumiała tę aluzję.


-        A już miałam nadzieję... – udała zawód, co jeszcze bardziej go rozbawiło – Ale tak poważnie, wszystko w porządku?


-        Tak... Ale muszę ci o czymś powiedzieć. – zawahał się przez chwilkę.


-        O? Czyżby kolejna, wielka tajemnica Alrena? – zażartowała, odwracając się do niego przodem.


-        Nie taka znowu wielka... – uśmiechnął się do niej – Chyba niewielu już o tym pamięta. – dodał po chwili.


-        O czym? – oparła brodę o jego ramię i czekała, aż odpowie. Wszystko, co się tyczyło jego życia, zawsze szalenie ją interesowało, zwłaszcza, że z natury nie był zbyt wylewny.


-        Musisz wiedzieć, że w Alorii nie jestem tak anonimowy, jak tu czy w Veolii... – powiedział poważnie.


-        Zatem jesteś tam znany? – domyślała się.


-        Tak. Miałem 16 lat, gdy tam pierwszy raz trafiłem, a mieszkałem do 18 roku życia... – dostrzegła, że jego spojrzenie zamgliło się, więc spoważniała – Pamiętasz, jak mówiłem, że byłem Strażnikiem Pałacowym?


-        Tak.


-        Zdobyłem ten tytuł i nie tylko ten, właśnie w Alorii. Tam kształciłem się pod okiem mistrzów magii i walki, a potem samodzielnie doskonaliłem zdobytą wiedzę i odkrywałem granice swoich możliwości. – opowiadał  spokojnie – To właśnie w Pałacu Królowej Alorii byłem strażnikiem.


-        Czy to znaczy, że znasz Królową?


-        Tak i nie tylko ją. Znam cały tamtejszy dwór, wielu kapłanów i wojowników. W samej stolicy mam kilku przyjaciół... – mówił cierpliwie.


-        A wrogów?


-        Cóż, największa zaletą tego kraju jest fakt, że Cehroni nie mają prawa tam przebywać. – westchnął – Natomiast wada jest taka, że Norheni są najsilniejszym sojusznikiem Alorii...


-        Zatem będą tam Norheni... – wzdrygnęła się, przypominając sobie skrytobójcę z Veronu.


-        Tak. Z tego też względu, musiałem w końcu opuścić Alorię. – rzekł smutno – Mówiąc szczerze było mi tam dobrze, ale zrozumiałem, że nie jestem typem człowieka, który może zagrzać jedno miejsce na dłużej... Wyjechałem więc bez słowa pożegnania, nie chcąc sprawiać problemów moim przyjaciołom lub co gorsza stracić w ich oczach dobre imię.


-        Co masz na myśli? – nie do końca rozumiała.


-        Pewnego razu, kiedy miałem 18 lat, usłyszałem pogłoski, że Norheni zlokalizowali w Alorii przestępcę i otrzymali pozwolenie na śledztwo w stolicy... – miał nieprzeniknioną twarz, ale Ella wiedziała, że było mu smutno – Wiedziałem, że chodzi o mnie, więc ulotniłem się, nim zaczęli cokolwiek podejrzewać. I tak miałem szczęście, mogąc żyć w spokoju przez całe dwa lata... Nie mam pojęcia, co działo się tam później. Od tamtej pory nie byłem w Alorii ani razu... Dlatego ci o tym mówię. Nie wiem, jak oni zareagują na mój powrót, ale spodziewam się różnych reakcji. Niektóre mogą być niebezpieczne...


-        Rozumiem...


-        Na pewno wielu osobom, wliczając w to królową, nie spodobał się fakt, że porzuciłem swe obowiązki, jako Strażnik Pałacowy i uciekłem bez pożegnania... – rzekł tajemniczo – Mam jednak nadzieję, że nie będziemy tam długo... Zwłaszcza, że niepokoi mnie obecność Norhenów, którzy są znacznie lepszymi wojownikami, niż Cehroni.


-        Jak tak teraz o tym myślę, to nadal nie powiedziałeś mi, dlaczego Norheni cię ścigają... – spojrzała mu w oczy i ujrzała w nich przeraźliwą ciemność, ból i strach, więc przeszył ją nieprzyjemny dreszcz. To musiało być coś poważnego, skoro samo wspomnienie o tym, wywoływało u niego taką reakcję – Wybacz, zapomniałam, że nie chcesz o tym mówić...


Ella spuściła wzrok. Tak naprawdę była niezwykle ciekawa, dlaczego według Norhenów Ren jest przestępcą, ale nie chciała go zmuszać do wyznań. Zwłaszcza, że była pewna, że to jakieś nieporozumienie. Wtedy poczuła jego gorącą dłoń na swoim policzku i spojrzała na niego. Jego oczy znów były ciepłe i przyjazne, więc rozluźniła się.


-        Kiedyś, ale jeszcze nie teraz, na pewno ci o tym powiem. – obiecał, a jej serce zabiło mocniej. Z jakiegoś powodu ten dowód zaufania, uszczęśliwił ją.


-        Dobrze. – mruknęła i nie mogąc oprzeć się pokusie, pocałowała go delikatnie w policzek, a potem niespiesznie musnęła ustami jego wargi.


Ren poczuł przyjemne mrowienie na całym ciele. Uwielbiał jej ciepło, tak naturalne i szczere, które było w stanie rozgrzać nawet jego kamienne i nieufne serce. Położył swoją dłoń na jej obnażonych plecach i pogładził delikatnie, a potem odpowiedział na jej subtelny pocałunek. Całował ją powoli i niespiesznie, delektując się smakiem jej ust. Usłyszał, jak serce jej niespokojnie przyspiesza i uśmiechnął się do siebie w duchu. Jej szczera miłość od samego początku była w stanie skruszyć wielki mur obronny, który wybudował wokół siebie.


Ella, zachęcona jego delikatnością, zaczęła muskać ustami skórę jego szyi i torsu, kiedy on bawił się jej włosami i mruczał z zadowolenia, od czasu do czasu. Gdy zbliżyła się do okolic pępka, Ren przewrócił ją na plecy i spojrzał jej głęboko w oczy. Ujrzała wtedy błyszczące, zielone spojrzenie i nie mogąc się już doczekać zbliżenia, zarzuciła mu ręce na szyję, po czym wplotła palce w jego włosy i pocałowała.


-        Wiedziałem, że to się tak skończy... – zaśmiał się.


-        Coś ci nie pasuje? – uniosła jedną brew, że znaczącym uśmiechem, a on tylko pokiwał głową.


-        Skądże... – położył dłoń między jej piersiami i przesunął w dół, aż do pępka, co wywołało jej lekkie drżenie – Zastanawiam się tylko, kto na kogo, jest bardziej napalony... Ja na ciebie, czy ty na mnie?


-        Sugerujesz, że przebijam cię popędem? – zaśmiała się – Wow, więc jest coś, w czym jestem lepsza od ciebie? – żartowała dalej, a on nie mógł się skupić na pieszczotach, ze śmiechu.


-        Naprawdę sądzisz, że jesteś lepsza? – zakpił, chwytając jej podbródek – Gdybym w ogóle się nie kontrolował, kochalibyśmy się bez przerwy... - specjalnie obniżył głos i obdarzył ją wyjątkowo rozwiązłym pocałunkiem w usta.


-        Wiesz... – szepnęła zmysłowo – Jakby co, ja nie mam nic przeciwko temu. – przyciągnęła go bliżej siebie i wówczas poczuła go w sobie. Nabrała nerwowo powietrza, po czym zamknęła oczy, czując znajomą rozkosz.


-        Wiem, Ziółko... – powiedział jeszcze z rozbawieniem, po czym zaczął ją całować dalej.


Poruszali się rytmicznie, słuchając melodii swych niespokojnych oddechów i mocnych uderzeń serc. Pieścili się wzajemnie, raz szukając się wzrokiem, a raz odpływając w inny wymiar. Wciąż nienasyceni, kochali się tej nocy wiele razy, a gdy wreszcie dopadło ich zmęczenie, wtulili się w siebie. Byli zbyt rozemocjonowani, by zasnąć, więc po prosto leżeli.


Ren wrócił do bawienia się jej włosami, a ona do głaskania jego torsu, leżąc na jego ramieniu.


-        Wiesz... – szepnęła – Jesteś najlepszym kochankiem na świecie...


-        O? Teraz ty jesteś bezwstydna, mówiąc mi to wprost. – zachichotał.


-        Przestań... – bąknęła.


-        Ale zaraz, skąd wiesz, że najlepszym?  - spojrzał jej figlarnie w oczy – Nie miałaś innego, odkąd zrobiłem z ciebie kobietę... No chyba, że o czymś nie wiem...  – zaśmiał się.


-        No jak możesz! Przecież... – oburzyła się, a on zaniósł się głośnym śmiechem.


-        Wiem, Kotku. – zaśmiał się – Ale nie masz porównania, to też fakt.


-        Sugerujesz, że powinnam spróbować z kimś innym i porównać? – przyjęła zaproszenie do tej gry słownej – Nie ma problemu. Mówisz i masz! – powiedziała wesoło.


-        Akurat. – zakpił.


-        Tylko czekaj, aż dopłyniemy do Hervosu. – mówiła dalej – Założę się, że nie jeden mężczyzna ulegnie memu urokowi i... – urwała, bo nagle jednym ruchem przydusił ją do materacu i zawisł nad nią.


-        Nic z tego, skarbie. – bąknął wesoło – Ten mężczyzna musiałby najpierw mnie zabić, a to może być problematyczne zadanie. – rzekł z szelmowskim uśmiechem.


-        Ależ ty pewny siebie... – zaśmiała się – A jeśli ktoś cię jednak pokona?


-        Nawet jeśli zdarzyłby się taki cud, Ello... – musnął jej usta wargami – Będę nawiedzał tego gościa duchem tak długo, aż da ci spokój.


-        Pocieszające... – zadrwiła – Ale wiesz co, wolę cię jednak żywego.


-        Spokojnie, takie cuda się nie zdarzają, więc raczej będę żył. – uśmiechnął się – Nic na to nie poradzisz. Dokonałaś wyboru i teraz jesteś na mnie skazana... – posłał jej znaczące spojrzenie i będąc nad nią, bardzo powoli obrysował jej usta palcem.


-        Jakoś nie mam powodu, by nad tym ubolewać. – złapała ustami jego palec, a on się zaśmiał.


-        Nie zamierzasz dziś spać? Niedługo będzie świt. – pocałował ją delikatnie.


-        Może rzeczywiście powinnam... – ziewnęła – Chyba zaczynam odczuwać zmęczenie po naszych igraszkach.


-        Długo to trwało. – uśmiechnął się i położył obok niej, otwierając na nią ramię.


-        Nie wiedzieć czemu, trudno mi zasnąć, kiedy droczy się ze mną taki seksowny mężczyzna, jak ty... – mruknęła tuląc się do niego.


-        Ale tym razem, to ty zaczęłaś. – zauważył i przycisnął ją mocniej do siebie.


-        Dobrze, już dobrze. Przyznaję się. – zamknęła oczy, czując na policzku jego gorące ciało i słysząc miarowe bicie jego serca – Jesteś taki ciepły... – westchnęła szczęśliwa.


-        Śpij już, Kotku. – zachichotał cicho, poklepał ją po głowie i sam też zamknął oczy.



Aruell
Nastrój: ^^
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 92

wtorek, 6.września.2011, 00:01

Witajcie!!


Chciałabym  powitać w gronie moich czytelniczek kolejną osobę, która przeczytała całe opowiadanie, a mianowicie Czytelniczkę. ;)

Przeczytałam Twoje komentarze i sprawiły mi wielką radość. Bardzo się ciesze, że Ci się podobało, pomimo pierwotnego sceptycyzmu i że dostrzegłaś w tym opowiadaniu to, co chciałam przekazać. ;)

Mam nadzieję, że czytając dalsze części, nie zawiedziesz się. ;) I jeszcze jedna mała ciekawostka... Jestem od Ciebie tylko rok młodsza, Czytelniczko. ;D

Pozdrawiam Wszystkich i życzę miłego czytania. ;)

***

Rozdział 92


23 dzień muedrilu 8976 roku, Egharia: Hevan – Pałac Królewski, wieczór

Dzień minął Elli i Renowi spokojnie, więc odpoczęli od ostatnich przygód, ciesząc się swoim towarzystwem. Wygłupiali się i przekomarzali, rozmawiali, ale nic poza tym. Potrzebowali takiej chwili wytchnienia.


Dopiero wieczorem spakowali swoje rzeczy – żywność i broń, po czym przygotowywali się do opuszczenia pałacu Króla Hevanu. Przed odejściem czekała ich jeszcze rozmowa z Królową, która rzeczywiście wróciła późnym popołudniem i koniecznie chciała ich poznać.


Znajdowali się teraz w salonie prywatnym Królowej, kiedy do środka weszła piękna kobieta o czarnych włosach, w białej sukni. Na jej twarzy malował się entuzjazm, gdy witała się z Ellą i Renem. Była niezwykle podekscytowana wieścią, że poznała właśnie Księżniczkę Miryonu i prawdziwego Heryona – Łowcę Dusz.


Nie można było tego samego powiedzieć o Królu, który wydawał się stłamszony i niemrawy, w obecności żony. Ren i Ella byli dość rozbawieni jego widokiem, gdyż nie wiedzieli, że wielki i silny Król stawał się potulny, jak baranek przy swej małżonce. Nie mieli też pojęcia, jak długo Królowa wyrzucała mu brak zaufania i ganiła za to, że tak łatwo dał się oszukać.


Kiedy już wymienili wszystkie formalności i przedstawili się sobie, Królowa Iyana zaprosiła ich do stołu, na kolację, w czasie której rozmawiali.


-        Ubolewam nad tym co was spotkało, z mego powodu. Przyjmijcie proszę moje najszczersze przeprosiny. – rzekła dostojnym głosem i posłała mężowi znaczące, krytyczne spojrzenie.


-        Nic się nie stało. To już nieważne. – zapewniła Ella, natomiast Ren z całej siły starał się nie roześmiać.


Obserwował parę królewską dopiero od kilku godzin, a już wiele się o nich dowiedział. Spojrzenia, miny i dialogi małżonków, rozbrajały go. Musiał się pilnować, by nie powiedzieć na głos jakiegoś złośliwego lub co najmniej ironicznego komentarza. Nie dziwił się przy tym, że w tym kraju panuje taki bałagan...


Królowa choć piękna, była wyjątkowo gadatliwa i bezpośrednia, stwarzała pozór, że to ona tu rządzi. Jednak nie mogła być tak otwarta i szczera, skoro ukrywała przed mężem poważną tajemnicę. On natomiast tylko z pozoru był silnym i surowym Królem, a tak naprawdę okazał się być potulnym, aczkolwiek nieufnym mężem i niezdecydowanym, nieco nierozgarniętym władcą. Wyglądali na zaprzątniętych swoim życiem, a nie problemami poddanych i kraju.


Podczas kolacji Królowa zagadnęła do Elli.


-        Jak podoba ci się w Hevanie? – spytała zwyczajnie, a Ella się zawahała. Szczerze mówiąc, nie lubiła go.


-        To piękny kraj, choć wielu rzeczy nie jestem w stanie zaakceptować.


-        Na przykład? – Ella nie była zadowolona, że Iyana  drąży temat.


-        Niewolnictwo.  – odparła poważnym tonem, a władcy się zmieszali.


-        Cóż, to odwieczna tradycja Hevanu. Niewolnictwo było tutaj od zawsze. – odparł król – Nawet, gdybyśmy tego zakazali, nadal by istniało, tylko że nielegalnie.


-        Ale czy w takim razie, nie można by stworzyć przepisów, które ograniczyłyby chociaż nieludzkie traktowanie niewolników?


-        Przepisy są, gorzej z ich respektowaniem. – powiedziała Królowa – Nie możemy nic na to poradzić.


-        Jakoś nie wyglądacie, na specjalnie zmartwionych tym stanem rzeczy... – skomentował Ren, który nie był w stanie tego słuchać, co zaowocowało krytycznym spojrzeniem Elli i irytacją Króla.


-        Więcej szacu...


-        Ciii. – uciszyła męża Królowa – On ma rację, Kochanie. Nie przywiązujemy do tego wystarczającej uwagi. Dlatego inne kraje nas nie akceptują. – powiedziała, zaskakując Rena i Ellę.


-        Ależ on nas obraża! – oburzył się Król.


-        Nawet jeśli, pamiętaj, kim jest Ella. – syknęła do męża, a on natychmiast spokorniał. Wiedział, że kiedyś Ella będzie mogła zmienić cale prawo Hevanu i pozbawić ich tronu, jeśli tylko zechce.


-        Nie chcę konfliktu. – powiedziała Ella, czując napięcie w powietrzu – Ren czasem nie potrafi ugryźć się w język. Jednak ma trochę racji. Uważam, że powinniście zreformować prawo w Hevanie.


-        Ale jak? – spytała bezradnie Królowa.


-        Na przykład kary... Dlaczego w tym kraju, niemal za każde przewinienie grozi kara śmierci? – mówiła rzeczowo – Nie może być tak, że ktoś kto zabił człowieka jest karany tak samo jak ten, który ukradł miskę z baru! To niesprawiedliwe...


-        Jeśli takie jest twoje życzenie, pani. – wtrącił się Król – Postaramy się zmienić to, co jest u nas złe, jednak nie możemy obiecać, że lud od razu zaakceptuje te zmiany.


-        Rozumiem. – Ella wyczuła, że to był sygnał do zakończenia tego tematu i zamilkła.


Ren uśmiechał się sam do siebie, patrząc na Ellę, kiedy cierpliwie rozmawiała z Władcami Hevanu. Widział, że budzi się w niej królewska krew i zmysł dyplomacji, mimo iż nadal robiła to dość niezdarnie. To był dobry znak. Teraz jednak wiedział, że najwyższy już czas, opuścić to miejsce.


-        Dziękujemy za gościnę... – wstał i skłonił się Królowi oraz jego żonie – Jednakże na nas już czas. – dokończył i wtedy Ella również wstała, a wraz nią gospodarze.


-        Czy niczego wam nie brak w ekwipunku? – spytała Królowa.


-        Nie, Pani. – uśmiechnęła się Ella – Wszystko mamy.


-        Strażnik zaprowadzi was do przystani, gdzie czeka już na was barka. – rzekł Król po chwili.


-        Barka? – zdziwił się Ren.


-        Zmierzacie do Hervosu, prawda? – spytał dla formalności, a oni skinęli głowami – Najszybciej dotrzecie tam rzeką Jinless. Port ten znajduje się u jej ujścia. Dam wam do dyspozycji barkę, byście pamiętali o mej hojności. – spojrzał na Rena znacząco, jakby chciał mu w ten sposób udowodnić, że jest godny szacunku, ale zielonooki zignorował ten sygnał.


-        Dziękujemy. – powiedziała Ella i lekko się ukłoniła.


-        Tu natomiast macie moje pozwolenie na opuszczenie Hevanu. – rzekł Król, wręczając Elli zapieczętowany zwój – Dam wam też ten sygnet. Każdy, komu go pokażecie, przyjmie was z otwartymi ramionami. To dowód, że jesteście przyjaciółmi samego Króla. – mówił z dumą w głosie.


-        W takim razie, niczego więcej nam już nie trzeba. – Ella nadal się uśmiechała, by zatuszować nieco niechęć Rena wobec władcy Hevanu.


Chwilę później Ren schował zwój i założył sygnet na palec wskazujący. Gdy tylko to zrobił, Król wyciągnął od niego rękę w geście pojednania i pożegnania, na co Ren odpowiedział. Przez moment jednak widział w oczach Króla cień strachu, że on sam nie poda mu dłoni. Władca poczuł ulgę, bo z jakiegoś powodu nie chciał mieć wroga w potomku rodu Heryonów. Zaraz potem podszedł do Elli. Tymczasem Alren ucałował dłoń Królowej i wykorzystał chwilę, gdy Król był zajęty Ellą, by szepnąć coś do Iyany.


-        Przyjmij, Pani, dobrą radę na pożegnanie. – mówił cichutko, zaskakując ją – Powiedz mężowi o swoim przyrodnim bracie.


-        Skąd ty...? – Królowa zbladła.


-        Rozważ to, Wasza Wysokość i zrób to, co uznasz za słuszne. – szepnął jeszcze, po czym oddalił się. Na szczęście Król nie zauważył tego momentu.


Zdezorientowana nieco Królowa pożegnała się jeszcze z Ellą, która zauważyła zmianę w jej zachowaniu i zaraz potem zerknęła na Rena pytająco. Jednak on tylko się tajemniczo uśmiechnął.


-        A i jeszcze coś, Alrenie. – zaczepił go król – Calus nie żyje. Zapłacił za swoje przestępstwa i nagminne łamanie prawa. Pomyślałem, że się ucieszysz. – rzekł nieco ironicznie, a Ren odpowiedział mu takim samym wyrazem twarzy.


-        A jakże. – rzekł uśmiechem, po czym oboje z Ellą ukłonili się i wyszli z salonu.


Kilkanaście minut później zabrali swe tobołki i opuścili pałac królewski. Strażnik rzeczywiście zaprowadził ich na przystań, nad jeziorem Osh, z którym łączyła się rzeka Jinless. Tam wsiedli do barki, z jednym niewolnikiem, któremu od razu zwrócili wolność. Ten zaś z wdzięczności obiecał odholować ich do portu w Hervosie.


Po chwili odpłynęli, z każdą minutą oddalając się od stolicy Hevanu. Czuli ulgę, kończąc pobyt w tym nieprzyjaznym mieście i zarazem niepokój, przed kolejnymi niespodziankami, w trakcie dalszej podróży.



Aruell
Nastrój: Lekko znużona...
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 91

niedziela, 4.września.2011, 03:14

Witajcie!


Dziś wrzucam spontanicznego bonusa, którego chcę zadedykować pewnej przemiłej osobie. (ta osoba będzie wiedziała, że o nią chodzi) ;) ;*

Załączam też rysunek Alrena jako Shiryena, już  w krótkich włosach, które później będzie miał. ^^

To ilustracja do początku V części BM, więc dziś wrzucam wersję mangową, (w całości wykonaną ręcznie, tuszem) zaś wraz z V cz. pojawi się wersja tego obrazka w kolorze. ;)


Przy okazji nadmienię, że w V cz. pojawią się ponownie moje rysunki. ;)

Pozdrawiam i życzę miłego czytania! ;)

***


Rozdział 91




23 dzień muedrilu 8976 roku, Egharia: Hevan – okolice Sha-jin, poranek


Kirk i jego towarzysze właśnie opuszczali stolicę Hevanu, planując kolejną łapankę na niewolników. Byli w doskonałych nastrojach, bowiem mieli ze sobą sporą gotówkę, którą dostali za wskazanie Elli – rzekomej zdrajczyni.


-        To było dziecinnie proste! – zaśmiał się Kirk, ich szef – Musimy kiedyś powtórzyć taki numer.


-        Koniecznie! – zawtórowali mu i nagle stanęli jak wryci, słysząc znajomo brzmiący głos.


-        Obawiam się, że nigdy więcej już tego nie zrobicie... – powiedział ktoś, stojący za nimi.


Niepewnie się odwrócili i ujrzeli wysokiego bruneta w białym stroju. W jego zielonych oczach dostrzegli niewyobrażalny gniew, a na ustach ironiczny uśmiech. Zadrżeli, rozpoznając Alrena.


-        Ty... – zawahał się jeden z nich – Nie powinieneś być już martwy?


-        A wyglądam na martwego? – zakpił, wyjmując swój długi miecz, a oni drgnęli niespokojnie.


-        Jak to możliwe? – zdumiał się Kirk – Przecież...


-        Wyobraźcie sobie, że wyjaśniłem to nieporozumienie Królowi... – rzekł powoli, akcentując każde słowo i jednocześnie demonstracyjnie przejechał dłonią, po płaskiej stronie miecza.


-        Niemożliwe... – handlarze zaczęli trząść się ze strachu i nerwowo wyjęli swe szpady.


-        A jednak... – nadal mówił wyjątkowo wolno, jakby delektował się ich strachem w oczach – I wiecie, co jeszcze wam powiem? Zaraz umrzecie...– spojrzał na nich gniewnie, gwałtownie ustawiając miecz w pozycji bojowej.


Handlarze niewolników przygotowali się do walki, ale byli tak przerażeni, że gołym okiem było widać ich drżenie. Mimo iż byli wprawnymi szermierzami, z jakiegoś powodu, widząc TE oczy, nie potrafili opanować swego lęku.


-        Nie możesz nas zabić! – krzyknął w końcu szef bandy – Za morderstwo grozi kara śmierci! A jesteśmy blisko stolicy... – zawahał się, słysząc ironiczny śmiech Rena.


-        Naprawdę jesteście takimi głupcami, czy tylko udajecie? – zadrwił z nich – To wam grozi kara śmierci, po tym jak oszukaliście Władcę Hevanu... Jednak Król łaskawie pozwolił mi zająć się wami osobiście. – rzekł, powoli podchodząc do nich.


-        Cooo?! – spocili się ze strachu, jednak nim do końca zrozumieli swoje obecne położenie, Ren ruszył już do ataku.


-        Teraz zapłacicie mi za to, co zrobiliście Elli i za ostatnie oszustwo! – krzyknął, błyskawicznie znajdując się wśród nich.


Nim się obejrzeli zginął jeden z nich. Zrobił unik, odchylając się w tył, po czym wykorzystując silę rozmachu po ostatnim cięciu, powalił drugiego handlarza. Później zaatakowała go dwójka kolejnych, więc zablokował ich miecze swoim i silnym ruchem odrzucił do tyłu. Wykonał niezwykle szybki obrót, w trakcie którego powalił ich na ziemię. Ostatni handlarz był tak przestraszony, że chciał uciec, ale Kirk go chwycił i zasłonił nim się. Ren prychnął i uśmiechnął się do niego złośliwe.


-        Ale z ciebie tchórz... – stwierdził fakt – Sądzisz, że on cię osłoni? – zakpił i błyskawicznie zabił tego drania, a Kirk odskoczył i zaczął uciekać.


-        Zostaw mnie! – krzyczał biegnąc przed siebie – Ty nie jesteś człowiekiem, tylko potworem!


-        Tak, w istocie. – rzekł, znajdując się nagle przed nim, w niewyobrażalnym tempie – Jestem potworem... – obniżył głos i spojrzał szefowi bandy w oczy.


-        Kim ty jesteś? – drżał Kirk, cofając się znowu – Nigdy nie widziałem, by ktoś poruszał się tak szybko!


-        Przykro mi to mówić, ale już nigdy się tego nie dowiesz. – rzekł, atakując go.


Kirk zablokował kilka ciosów i nawet próbował atakować, ale kiedy on celował ostrzem w głowę, Ren bez trudu zrobił unik i przebił jego pierś.


Gdy cofnął miecz i spojrzał na sześć trupów z odrazą, usłyszał głosy straży królewskiej, która obserwowała całe zdarzenie z muru. Podbiegli do niego i ukłonili się.


-        Jesteśmy pod wrażeniem, twoich umiejętności, Panie. – rzekł szef straży.


-        Jakiś problem? – spojrzał na nich nieufnie.


-        Żaden. Król rozkazał nam przynieść głowy tych zdrajców.


-        Ach rozumiem... – zaśmiał się ironicznie – Mieliście się nimi zająć, gdyby mnie się nie udało... Jak widać, po mnie poprawiać nie trzeba. – odparł. Wytarł miecz z krwi i schował do skórzanej pochwy, przy pasie.


-        Zgadza się. – zakłopotali się nieco, gdyż widzieli, że Ren był znacznie lepszy od nich.


-        Posprzątacie to? – spytał już obojętnie.


-        Oczywiście. Zaraz się tym zajmiemy. – ukłonili się nieco i zabrali się za porządki, a Ren, rozbawiony ich respektem wobec niego, ostatni raz spojrzał w tamtą stronę i skierował się do pałacu.


***


23 dzień muedrilu 8976 roku, Egharia: Hevan – Pałac Królewski (taras), około południa


Kiedy Ella się obudziła, zorientowała się, że nigdzie nie ma Rena. Sprawdziła wszystkie pomieszczenia i nic. Westchnęła ciężko. Zauważyła, że bardzo rzadko zastaje go w łóżku, kiedy się budzi. W istocie był niespokojnym duchem, który nie potrafił nic nie robić. Zawsze albo szedł się myć albo jadł, łowił ryby lub gdzieś znikał, jak dziś. Zaśmiała się z samej siebie, że chciałaby kiedyś się obudzić i ujrzeć go śpiącego obok niej. Jednak wiedziała, że musiałaby wstać znacznie wcześniej, by do tego doszło, a jako że zaliczała się do śpiochów, zawsze szkoda jej było snu. W końcu machnęła na to ręką, odświeżyła się i ubrała w czystą, białą suknię.


Była wykonana z jedwabiu, z podniesionym stanem, bardzo przewiewna i długa, aż do podłogi. Miała cieniutkie ramiączka i dość głęboki dekolt. Taki oto strój, godny Księżniczki, przygotowała dla niej służba. Założyła też średniej wielkości, złote kolczyki, w kształcie koła, które przypominały splecione dwa sznurki i swój kamień na rzemyku od Rena. Nie dbała o to, że nie pasował on do całości. Nosiła go bez względu na wszystko.


Kiedy zjadła już śniadanie, wyszła na taras, gdzie od razu poczuła silny wiatr, który rozwiewał jej włosy i trzepotał suknią. Westchnęła z zadowoleniem. Kochała wiatr. Zamknęła oczy i pozwoliła, by owiewał jej twarz. Nawet mocne Słońce nie było już przy nim takie straszne. Wtedy poczuła, że ktoś ją obejmuje od tyłu. Uśmiechnęła się, ale nie otworzyła oczu. Nie było to konieczne, bo i tak wiedziała, kto to jest.


-        Gdzie byłeś? – spytała spokojnie.


-        Musiałem załatwić pewną sprawę. – odparł tajemniczo.


-        I załatwiłeś?


-        Tak. Nie chciałem cię budzić, więc zrobiłem to sam. – szepnął jej na ucho.


-        Można wiedzieć co? - dociekała.


-        Powiedzmy, że wysłałem tamtych handlarzy niewolników w daleką podróż...


-        Do zaświatów? – zgadła i od razu zaśmiała się – Wiedziałam, że tak będzie.


-        W takim razie dobrze mnie już znasz. – mruknął wesoło, figlarnie przygryzając jej ucho.


-        Widzę, że dziś czujesz się już lepiej.... – powiedziała, odwracając się do niego przodem, a on był nieco zaskoczony.


-        Jak to dziś? – udał, że nie rozumie.


-        Wczoraj byłeś przygnębiony. – stwierdziła – I nie mów, że nie, bo wiem swoje. Powiedz, co cię wprawiło w taki nastrój? – spytała, a on westchnął.


-        Miałem po prostu zły dzień, Kotku. – pogładził ją po policzku i uśmiechnął się, widząc jej delikatny rumieniec.


Dziś rano obudził się z innym nastawieniem do tego wszystkiego. Poczuł w sobie wolę walki i patrząc na śpiącą Ellę, obiecał sobie, że będzie walczył, o sposobność życia u jej boku. Wiedział, że wojna z przeciwnościami i konwenansami będzie trudna, ale nie zwykł przegrywać ani podawać się bez walki. To go podniosło na duchu, a gdy jeszcze wyładował swą złość na handlarzach, to całkiem mu już przeszło.


-        Na pewno? – Ella nie dawała za wygraną.


-        Tak. – pocałował ją delikatnie w usta, więc przeszył ją miły dreszcz – Wyglądasz ślicznie w tej sukni. – pochwalił, a ona zarumieniła się automatycznie.


-        Wiesz, chciałam ci coś powiedzieć... – spojrzała na niego z udawaną nieśmiałością, a on uniósł brew – Od czasu do czasu możesz mieć zły humor. – mruknęła, przesuwając dłonią po jego torsie, a on zaśmiał się wesoło, słysząc ten podtekst.


-        Rozumiem... – spojrzał jej w oczy i przesunął dłoń z jej pleców na pośladki – Lubisz ostre akcje, co Ello? – powiedział to w taki sposób, że natychmiast spąsowiała.


-        Ty bezwstydniku! – burknęła – Nie musiałeś mówić tego na głos... – udała oburzenie, a on znów się zaśmiał i pocałował ją już namiętnie, sprawiając, że znów puls jej podskoczył.


Alren


Link do większego obrazka:


http://img153.imageshack.us/img153/1248/alrensr.jpg



Aruell
Nastrój: ;)
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 90

sobota, 3.września.2011, 00:03

 


Rozdział 90


23 dzień muedrilu 8976 roku, Egharia: Hevan – Pałac Królewski (Komnaty Gościnne), noc


Ella była sama w pokoju, bo Ren poszedł się odświeżyć. Panował półmrok. Paliły się bowiem tylko dwa świeczniki po obu stronach wielkiego łoża. Wciąż miała wilgotne włosy, więc opadały ciężko na jej plecy. Założyła jedwabną, czerwoną halkę, z koronką i na cieniutkich ramiączkach, którą przygotowała dla niej służba pałacowa, a potem podeszła do okna. Stojąc obok długich zasłon, podziwiała piękne, nocne niebo oraz uśpioną stolicę Hevanu. Wciąż się zastanawiała, jak to jest, że raz siedzi uwięziona w lochach, a raz nocuje w komnatach królewskich...


Wspominając ostatnie wydarzenia, nie usłyszała, jak Ren wszedł do środka, więc aż podskoczyła, gdy nagle poczuła, jak odgarnia jej włosy do przodu tak, by odsłonić plecy. Zaraz potem zadrżała, czując jego gorący oddech na karku.


-        Ren, wróciłeś... – rzekła bezwiednie – To teraz możemy iść spać...


-        Ello, naprawdę myślisz, że zasnę, widząc cię w takiej haleczce? – rzekł zmysłowo, chwycił ją za talię i gwałtownie przycisnął jej plecy do swego torsu, jednocześnie owiewając oddechem jej szyję i ucho. Ellę przeszył dreszcz podniecenia.


-        Ren... – westchnęła, gdy powolutku przesuwał swe dłonie od jej ud, aż do brzucha, gdzie zacisnął pięści na seksownej halce.


Ella oddychała coraz ciężej. Dotyk Rena był inny, niż do tej pory. Jeszcze bardziej podniecający, choć nie miała pojęcia, z czego to wynikało. Wyczuwała w tym zniecierpliwienie i nieokiełznane pożądanie, a może nawet... strach? Tylko przed czym?


Za chwilę jednak znów nie mogła myśleć, gdyż Ren zdecydowanie zsunął ramiączko jej halki i pieścił gorącą skórę jej ramienia oraz w okolicach łopatki, całując ją namiętnie. Jednocześnie wsunął powolutku dłonie po halkę i głaskał jej brzuch oraz boki, doprowadzając do tego, że zaczęła drżeć. Głośno przełknęła ślinę.


-        Ren... Co ci jest? – ledwo to wyksztusiła.


-        A co ma być?


-        Jesteś taki... namiętny dzisiaj, jeszcze bardziej niż zwykle i nie spieszysz się... – mówiła z trudem - Sprawdzasz, ile wytrzymam? – rzekła podniecona, a on zachichotał jej do ucha.


-        Może? – rzekł tajemniczo, niskim głosem – A może to dlatego, że wyglądasz dziś w tej haleczce wyjątkowo... seksownie? – mruknął, znów przyciskając ją do siebie, bo na chwilę się odsunęła.


Ella czuła całym ciałem, że rzeczywiście Ren ma na nią dziś wyjątkową ochotę. Zastanawiała się, czy coś go nie trapi, ale krótko, bo jego pieszczoty skutecznie ją od tego odwiodły.


Ren zsunął drugie ramiączko, ale nie pozwolił halce opaść, tylko odsłonił jej piersi, które zaczął pieścić dłonią, a drugą przesunął niżej, aż do okolic jej krocza, co zaowocowało jej spazmem. Wciąż całował jej szyję, łapczywie i agresywnie. Elli zmiękły kolana, więc zaczęły się trząść.


-        Ren... – tylko to wybełkotała, a odwrócił ją jednym ruchem i przyparł do ściany, w wejściu na taras. Połączenie jego gorącego ciała i zimnego muru, przyprawiło ją o zawrót głowy.


Zaraz potem pozwoliła halce opaść na ziemię i spojrzała mu w oczy, gdy stał przed nią tylko w jedwabnym szlafroku. On również miał wilgotne włosy, ale to magnetyczna zieleń jego spojrzenia, przykuła jej uwagę. Widziała, jak na nią patrzył. Już od tego robiło jej się słabo, a co dopiero, gdy ją dotykał.


Przywarł do niej całym ciałem i tak łapczywie pocałował w usta, że oparła ręce o jego szerokie barki, by się nie przewróć. Oddając się bez reszty szaleńczym pocałunkom, zsunęła dłońmi szlafrok i gładziła jego obnażone plecy.


-        Pragnę cię, Ello... – wyszeptał jej do ucha, po czym uniósł ją nieco i od razu poczuła jego męskość w sobie. Wydała z siebie niekontrolowany jęk i wbiła paznokcie, w skórę jego pleców.


-        Co w ciebie dziś wstąpiło...? – wyjąkała, z trudem łapiąc oddech – Jesteś...


-        Ciiii... – mocno przycisnął jej biodra do siebie – Nie teraz, Kotku...


Nie protestowała. Kochali się bardzo intensywnie, wręcz agresywnie, ale nie myśleli wtedy o tym. Razem dążyli do wspólnego spełnienia, tracąc zupełnie kontakt z rzeczywistością, aż osiągnęli szczyt. Fala gorąca i spazmów zalała ich ciała. Wciąż wtuleni w siebie, dyszeli ciężko, próbując jakoś uspokoić swe rozszalałe serca i oddechy.


-        Ello... – rzekł w końcu, wciąż trzymając ją w ramionach – Kocham cię. – drgnęła, bo rzadko wprost wyznawał jej miłość.


-        Ren... Czy ty się czymś martwisz? – wreszcie miała dość sił, by spojrzeć mu w oczy.


-        Nieważne, Kotku... – pogładził ją po policzku, po czym wziął na ręce, przytulając mocno do siebie i delikatnie ułożył na łóżku.


Wiedziała, że nic z niego dziś nie wyciągnie, więc pocałowała go czule w usta.


-        Ja też cię kocham. – wyznała z rumieńcami na twarzy. Serce wciąż jej waliło, po ostatnim, ognistym stosunku.


-        Wiem. – odparł swym zwyczajem i uśmiechnął się do niej.


Chwilę później położył się obok niej. Wtuliła się w jego pierś, mrucząc z zadowolenia, po czym oboje rozluźnieni swoją bliskością, zasnęli.


***


Egharia: Hevan – Pałac Królewski (Komnaty Gościnne), przed świtem


Gdy otworzyła oczy, ujrzała niezwykle piękny, zdobiony sufit. Zerwała się i rozejrzała, w mgnieniu oka, rozpoznając tajemniczy pałac ze swoich snów. Leżała na wygodnej sofie, blisko kominka. Sądząc po wystroju wnętrza, był to salon królewski. Wstała ostrożnie, poprawiając długą, błękitną suknię i wtedy dostrzegła Siriusa, siedzącego na fotelu, naprzeciw płonącego ognia.


Przyglądała mu się w milczeniu. Miał na sobie szaty wojownika, w barwach czerwieni i złota. Czarne włosy, które normalnie sięgały mu do kostek, były teraz związane grubym rzemykiem. Na jego śniadej twarzy zauważyła nieprzenikniony smutek, a w niezwykłych, złotych oczach – tęsknotę. Ella była nieco zdziwiona, bo wyglądał teraz zupełnie inaczej, niż wtedy, gdy ujrzała go pierwszy raz. Po dłuższej chwili on spojrzał na nią, powodując rumieniec na jej twarzy.


-        Witaj, Wasza Wysokość. – wstał i ukłonił jej się, po czym na jego twarzy znów pojawił się wyuczony i uprzejmy uśmiech – Nareszcie odkryłaś, kim jesteś.


-        Wiedziałeś od początku... – powiedziała z lekkim niezadowoleniem – Dlaczego mi nie powiedziałeś? Gdybym wiedziała wcześniej...


-        Na wszystko jest odpowiedni czas, Księżniczko. Nie poznałaś prawdy ani za wcześnie ani za późno. – odparł nieco tajemniczo – Grunt, że zrobiłaś pierwszy, poważny krok do przodu, aby wypełnić swe przeznaczenie.


-        Masz na myśli wskrzeszenie Miryonu i ocalenie Egharii?


-        W istocie. – spojrzał na nią z powagą – Od ciebie zależą losy tych dwóch miejsc. Musisz być świadoma ogromu odpowiedzialności, jaki na tobie ciąży.


-        Wiem o tym... – zmieszała się nieco.


-        Nie wiesz. – rzekł dość nieprzyjemnym tonem, zatrzymując się tuż przed nią – Jeszcze nic nie wiesz, Wasza Wysokość. Nawet nie masz pojęcia, co cię czeka... – rzekł poważnie, wpatrując się w jej oczy, co sprawiło, że poczuła się niepewnie.


-        O co ci chodzi? Czemu mi to mówisz? – zdenerwowała się, odsuwając się.


-        Żebyś nie była zaskoczona, pani. – odparł szybko – Twoja misja dopiero się zaczyna. To, że już wiesz, kim jesteś, to jeszcze nic. Najważniejsze jest to, co z tym faktem zrobisz.


-        Potrzebuję trochę więcej czasu! – oburzyła się – Jeszcze nie przyzwyczaiłam się do tego, że jestem Księżniczką!


-        Nie masz za wiele czasu... – rzekł powoli – Jeśli w ciągu kilku najbliższych miesięcy, nie odnajdziesz Hariosa, Egharia się rozpadnie. Obróci się w pył. No chyba, że tego chcesz...


-        Nie chcę... – drżała, słysząc jego ton głosu.


-        Możesz wszak skazać Egharię na zagładę i ocalić tylko Miryon, ale i to będzie trudne...


-        Nie... ja... – chciała mu przerwać, ale on wciąż mówił dalej.


-        W każdym razie. Czas ucieka, Mirello... – rzekł jeszcze, po czym...


Ella zbudziła się, oddychając nerwowo. Nie potrafiła zrozumieć prawdziwych intencji Siriusa. Raz chce ją zabić, a raz się jej kłania. Raz jest miły, a raz mówi w taki sposób, że cała drży ze strachu. Jego słowa ją zaniepokoiły, bo przypomniały jej o tym, o czym nie chciała za dużo myśleć. O tym, kim jest i co ma zrobić. W sumie nadal nie wiedziała, w jaki sposób ma wypełnić misję i to ją niepokoiło. Poza tym zaczęła się zastanawiać na tym, kim tak naprawdę jest Sirius, skoro istnieje w realnym świecie. Jego postać niezwykle ją intrygowała. Tak samo, jak to, że jej się wciąż śnił. Miała nadzieję, że wkrótce odkryje jego tajemnicę.



Aruell
Nastrój: Całkiem niezły ;D
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 89

piątek, 2.września.2011, 00:01



BONUS!!


***


Rozdział 89


23 dzień muedrilu 8976 roku, Egharia: Hevan – Pałac Królewski (Królewska Sypialnia), noc


Zaskoczona Ella została niemal ekspresowo uwolniona i zaprowadzona do sypialni królewskiej, przed oblicze Króla. Zupełnie nie wiedziała o co chodzi, więc była przerażona, gdy wchodziła do komnaty Władcy Hevanu. Gdy zaraz potem ujrzała intensywne spojrzenie Króla, zmieszała się i nie bardzo wiedziała, co ma robić. Zaraz potem jednak zauważyła Rena, stojącego za nim i zdziwiła się. Stał wyprostowany i poważny, ale kiedy napotkała jego zielone spojrzenie, uśmiechnął się do niej lekko. Niewiele myśląc rzuciła się w jego stronę, ignorując Króla.


-        Ren! Nic ci nie jest? – spytała, oglądając go uważnie.


-        Nie, kochanie. – przytulił ją na chwilkę – Uspokój się i porozmawiaj z Królem. – rzekł zwyczajnie.


Ella zakłopotała się na myśl, że zupełnie o nim zapomniała, widząc Rena. Odwróciła się więc i ukłoniła nieco Królowi. Czuła się już bezpieczniej, w obecności Alrena. Wówczas Król pozbierał myśli i zagadnął do dziewczyny.


-        Chciałbym spytać... – intensywnie patrzył na Ellę – Czy jesteś Księżniczką Miryonu, jak powiedział ten człowiek? – rzekł, nieco drżąc.


-        Tak. – odparła bez wahania.


-        Czy możesz mi to udowodnić? – zaskoczył ją.


-        Ale...


Nie wiedziała, co ma teraz począć. Powiedziano jej, że nią jest, ale jak miała to udowodnić? Zaczęła drżeć, zlękniona, że Król posądzi ją o oszustwo.


-        Czyżbyś nie mogła tego udowodnić? – zaniepokoił się, ale wtedy Ren zrobił kilka kroków naprzód.


-        Ja to udowodnię. – powiedział zielonooki, zaskakując ich oboje.


-        Niby jak?


-        Mam swoje sposoby... – odparł tajemniczo.


Ren wyjął miecz, na co Król nerwowo zareagował, a potem mocno zranił się nim w rękę, aż krew zaczęła kapać na posadzkę. Nie drgnął przy tym ani nie skrzywił się, co zaimponowało Królowi. Ella natomiast się przeraziła, widząc jego ranę.


-        Co ty wyprawiasz? – zdenerwowała się i bez słowa podbiegła do niego.


Chwyciła jego rękę, skupiła się i nagle otoczyła ją czysta, błękitna energia, charakterystyczna dla Miryończyków, a jej bransoleta i oczy zalśniły szafirowym blaskiem. Uzdrowiła Rena w kilka sekund, aż nie zostało po tej ranie zupełnie nic. Kiedy odetchnęła z ulgą i spojrzała na Rena krytycznie, usłyszała, że Król padł przed nią na kolana.


Zaskoczona patrzyła, jak Władca jej się kłania i wtedy zrozumiała, że Ren specjalnie się zranił, by użyła swej mocy, udowadniając tym samym, kim jest. Zerknęła na Rena z lekką dezaprobatą, ale on tylko znacząco się uśmiechnął. Natomiast Król miał lęk w oczach.


-        Pani, błagam o wybaczenie, że śmiałem domagać się dowodu twej tożsamości i uwięziłem w lochach. – rzekł pokornie – Racz mieć litość nade mną i moim ludem.


-        Ale czemu miałabym was karać? – Ella zmieszała się, nie rozumiejąc czemu on tak się jej boi.


-        Jesteś przecież mityczną Władczynią Miryonu z legend, która ma osądzić ten świat. Dlatego proszę cię o łaskę dla Hevanu. – dodał, zaskakując ją.


-        W porządku... Wstań już, Wasza Wysokość. – zakłopotała się.


-        Dopiero, gdy wybaczysz mi moje zachowanie, pani...


-        Dobrze, wybaczam. – powiedziała pospiesznie, a on wstał.


-        Zaszczyt to dla mnie gościć cię w mych skromnych progach. – powiedział dostojnie – Przyjmij proszę mą gościnę, na czas pobytu w stolicy.


-        Nie ma takiej potrzeby. – wtrącił się Ren – Mamy już nocleg, a jutro wieczorem i tak wyruszymy dalej. Jeśli chcesz okazać swą lojalność, wobec Elli, Królu, udziel nam pozwolenia na opuszczenie Hevanu statkiem. – powiedział rzeczowo, a Władca znów drgnął, widząc te jego zielone oczy.


-        Oczywiście. Jutro rano otrzymacie przepustkę. – zapewnił spokojnie – Ponadto, w każdym mieście Hevanu, będziecie mogli liczyć na pomoc straży i bezpieczny nocleg. Każdy, kto ośmieli się podnieść na was rękę, zostanie surowo ukarany. – dodał jeszcze, a Ella przysłuchiwała się temu w milczeniu.


-        Dziękujemy. – odparł Ren.


-        Nalegam, byście zostali tu na noc. Moja małżonka zapewne będzie chciała was poznać, o ile to możliwe. – spojrzał na Ellę błagalnie, co zirytowało Rena.


-        Dobrze. Dziękujemy zatem za gościnę. – rzekła Ella, zanim zielonooki zdążył odmówić.


Król ukłonił się jej jeszcze, po czym zawołał służbę, która odprowadziła ich do komnat gościnnych. Ren nie był zbyt zachwycony perspektywą nocowania w hevańskim pałacu, ale nie zamierzał się o to kłócić z Ellą, która już o tym zdecydowała.


***



Środa, 13 stycznia 2012 roku, Ziemia: Londyn – dom Davida, świt


Mary obudziła się w ramionach wciąż śpiącego Davida i spojrzała na niego z uśmiechem. Kto by pomyślał, że to się tak skończy? Ona i mężczyzna, którego przez lata uważała tylko za przyjaciela... Dlaczego wcześniej go nie zauważyła? Dlaczego musiała popełnić kilka błędów, by dostrzec, jakiego mężczyznę ma obok siebie. Gdy sobie przypominała, ile on dla niej zrobił, jak długo czekał i że wciąż się o nią troszczył, robiło jej się cieplej na sercu. Nie wytrzymała i pocałowała go namiętnie w usta.


David obudził się i mruknął z zadowoleniem. Przeciągnął się i uniósł powieki. Zobaczył wtedy błyszczące, błękitne oczy mary i uśmiechnął się. Ile razy o tym marzył? Przestał już liczyć... Ale w końcu... W końcu należała od niego. Objął ją mocno i odwzajemnił pocałunek równie żarliwie. Ucieszył się widząc jej rumieńce.


-        Dzień dobry, kochanie. – mruknął, gładząc jej policzek.


-        Cześć... – odpowiedziała, obrysowując jego usta.


-        Która godzina?


-        Wczesna. Jeszcze zdążymy do pracy... – odgadła, o czym myślał.


-        Sądzisz, że wystarczy nam czasu na jeszcze jeden...


-        Czemu nie? – odparła wesoło i wpiła się w jego usta.


Po takim zaproszeniu, trudno mu było im odmówić tej małej, porannej przyjemności, więc bez zwłoki zabrał się do roboty.


***


Hevan – Pałac Królewski (Komnata gościnna), noc


Kiedy Ella i Ren obejrzeli już komnaty gościnne, które mieli do dyspozycji, dziewczyna poszła wziąć prysznic, a Ren rozebrał się do spodni i zamyślił się. Nie wiedzieć, czemu czuł niepokój. Im bliżej celu byli, tym silniej to odczuwał. A rozmowa z Królem tylko pogorszyła sprawę.


Ren martwił się o relacje z Ellą. Nie. Nie chodziło mu o jej miłość. Wiedział, że dziewczyna nie przestanie go kochać z powodu pozycji. On też nie zamierzał na to zważać. Jednak wciąż był niespokojny...


Na razie złotowłosa nie została oficjalnie ogłoszona Księżniczką Miryonu. W oczach świata nadal była zatem zwyczajną kobietą. Mógł więc z nią robić, co chciał. Jednak, kiedy Ella będzie już oficjalnie Księżniczką, nic nie będzie już takie, jak dawniej. Nawet jeśli będą się nadal kochać, zbliżenie się do niej, będzie znacznie trudniejsze. Ella na pewno otrzyma bowiem prywatną straż i zaczną obowiązywać niezwykle surowe konwenanse królewskie. Gdy będą sami, nie przewidywał problemów, ale w publicznych miejscach – to co innego.


Ren nie był naiwny. Zwłaszcza, że będąc kiedyś Pałacowym Strażnikiem, doskonale znał etykietę królewską. Wiedział, że w porównaniu z Księżniczką Mirellą, jest nikim. Nawet tytuł Shiryena, który kiedyś nosił i pochodzenie nie zmieniały tego stanu rzeczy. Wiedział, że będzie musiał się natrudzić, by zaakceptowano jego miłość do Elli. Co prawda, „więź dusz” była wystarczającym argumentem, by uniemożliwić innym rozdzielenie ich, ale akceptacja związku, to zupełnie inna kwestia.


Westchnął, zmęczony tymi myślami. Jednak wtedy jego rozważania przerwała Ella, która właśnie wyszła z łazienki. Gdy ujrzał ją w samym szlafroczku, kiedy ona suszyła włosy ręcznikiem, serce zabiło mu mocniej. Patrzył na nią urzeczony i wówczas pomyślał, że choćby nie wiem, co – muszą być razem. Wiedział, że inaczej nie wytrzyma, że bez niej jego życie straciłoby sens. Miał już gdzieś poszukiwania śladów po Królestwie Miryonu. Teraz liczyła się tylko ona.


-        Nie idziesz się myć? – spytała zwyczajnie, zdziwiona, że tak po prostu gapi się na nią, w milczeniu.


-        Idę. – rzucił krótko i podszedł do niej.


Spojrzał jej w oczy tak głęboko i intensywnie, że wstrzymała oddech, po czym zwyczajnie poszedł do łazienki. Zdziwiona obejrzała się za nim, zauważając dziwne zachowanie oraz milczenie, ale w końcu wzruszyła ramionami, dochodząc do wniosku, że pewnie jest zmęczony. Usiadła więc na łóżku i zaczęła rozczesywać mokre włosy, nie mając nic lepszego do roboty.



Aruell
Nastrój: ^^
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 88

czwartek, 1.września.2011, 00:01

Rozdział 88


22 dzień muedrilu 8976 roku, Egharia: Hevan – Pałac Królewski (Ogród Królewski), przed północą


Ren minął, któreś już z rzędu, stanowisko straży pałacowej i ukrył się na jakimś drzewie, w centrum Wielkiego Ogrodu Królewskiego. Na miejscu zamknął oczy, skupił się i wyszeptał słowa zaklęcia „wszechoczu”. Zaraz potem jego zielone, magiczne oczy ujrzały cały teren pałacowy, z perspektywy lotu ptaka i ponadto miały właściwości rentgenowskie. Jego spojrzenie przenikało mury, tkaniny, drewno i rośliny, aż nagle Ren zauważył coś dziwnego na dnie największej fontanny w ogrodzie, w którym się znajdował. Zbliżył wzrok i ujrzał zwój z pieczęcią królewską. Był pewien, że to ten list od królowej.


Przerwał zaklęcie i już normalnym wzrokiem poszukał tej fontanny. Szybko ją znalazł, bo była niedaleko. Kłopot był w tym, że obok niej stało dwóch strażników, których nie miał szans ominąć. Zastanawiał się, jak się ich pozbyć, by nie zrobili alarmu na cały pałac. Mógł ich zabić po cichu, ale pomyślał sobie, że nie zasłużyli na śmierć. Postanowił więc najzwyczajniej w świecie ich uśpić.


Jego oczy zalśniły na chwilę, gdy na nich patrzył i wtedy wyszeptał dość pospolite i proste zaklęcie snu.


-        Shesanario ramir... – jego szept magicznie dotarł do uszu dwóch strażników, którzy momentalnie osunęli się na ziemię i zaczęli głośno chrapać – No i zrobione. – rzekł sam od siebie, po czym błyskawicznie znalazł się przy fontannie i wyłowił zagubiony zwój.


Nie potrzebował dużo czasu, by odkryć, że woda rozmazała świeży tusz na tym liście i westchnął ciężko. Zastanawiał się czasami, co to by było, gdyby od dziecka nie uczył się magii... Położył zwój na posadzce i wyszeptał kolejne dość popularne zaklęcie.


-        Revetronus – gdy tylko padły te słowa, z jego dłoni wydobyła się lśniąca mgła magicznej mocy, która naprawiła zwój tak, że wyglądał teraz, jak przed wpadnięciem do wody.


Zadowolony z siebie schował list od Królowej i spojrzał na odległy budynek, szukając czegoś. W końcu dojrzał okna, które uznał za sypialnię królewską. Uśmiechnął się do siebie, gdy wyobraził sobie minę Króla, gdy się obudzi. Tak. Zamierzał odwiedzić samego Króla i to natychmiast, nie zważając na to, że był środek nocy...


***


23 dzień muedrilu 8976 roku, Egharia: Hevan – Pałac Królewski (Królewska Sypialnia), po północy


Król smacznie spał, kiedy nagle obudził go dziwny szmer. Przez chwilę zdawało mu się, że się przesłyszał, ale wtedy jednym okiem ujrzał cień na zasłonie okiennej. Zerwał się nagle.


-        Kto tu jest? – wrzasnął, trochę zaskoczony i trochę wkurzony.


-        Dobry wieczór, Wasza Wysokość... – usłyszał niski, męski głos, który zdawał się przenikać wprost do jego głowy.


-        Jesteś tym więźniem, który pomagał tej zdrajczyni? Jak się wydostałeś z lochu? – nie dowierzał.


Natychmiast wstał z łóżka i jednym zaklęciem zapalił wszystkie świeczniki w swej sypialni. Jednocześnie dobył miecza, który jak się okazało, wisiał obok łóżka i zaatakował intruza bez ostrzeżenia. Ren błyskawicznie zablokował jego cios swoją szablą i nawet nie drgnął, jakby Król w ogóle nie użył siły. Władca zadrżał, widząc jego zielone oczy i natychmiast się cofnął.


-        Ty jesteś... – zadrżał – To niemożliwe... Wy już nie istniejecie! – Król zdawał się słyszeć o Heryonach i był przerażony.


-        Nie przyszedłem walczyć, tylko rozmawiać...


-        Milcz, zdrajco! – syknął wściekle – Straż!! – wrzasnął, ale odpowiedziała mu cisza.


-        Daruj sobie. – zakpił Ren – Otoczyłem całą sypialnię magiczną barierą. Żaden dźwięk się stąd nie wydostanie. A drzwi są zamknięte. – rzekł nadzwyczaj spokojnie, a Król był jeszcze bardziej wystraszony.


-        Czego chcesz, do cholery? – syknął wściekle.


-        Wyjaśnić pewne nieporozumienie, Wasza Wysokość. – rzekł spokojnie, zaskakując go.


-        Co? Jakie nieporozumienie? Nie próbuj mnie oszukać! – był zdenerwowany, ale wtedy Ren rzucił na jego łoże trzy zwoje.


-        Oto dowody, że po pierwsze ja i Ella jesteśmy niewinni i zostaliśmy wrobieni, a po drugie, że twoja żona wcale cię nie opuściła, drogi Władco. – powiedział nieco ironicznie, gdyż z jakiegoś powodu, nie polubił Króla od pierwszego wejrzenia.


Król przez kilka sekund gapił się na Rena, jak na szaleńca, ale w końcu usiadł na swoim łożu i zaczął czytać. Najpierw sięgnął po dwa zwoje, które były najbliżej. Po przejrzeniu ich treści, zamarł.


-        A to podli oszuści! – krzyknął gniewnie –Jak śmieli okłamać Króla! Zapłacą mi za to!


Ren natomiast milczał, tylko patrzył na Króla nieprzeniknionym, zielonym spojrzeniem, które sprawiało, że Królowi ciarki przeszły po plecach. Zignorował to jednak i sięgnął po trzeci zwój. Zbladł, widząc na nim królewską pieczęć. Z każdą linijką był coraz bardziej zszokowany. W końcu rzucił to wszystko w diabły i złapał się za głowę.


-        Ale... Jak to możliwe? Dlaczego dowiaduję się o tym dopiero teraz? – nie mógł tego zrozumieć – Więc moja żona tylko wyjechała do krewnych i jutro wraca? – spojrzał na Rena z mieszanką zaskoczenia i poczucia winy.


-        Tak. – odparł krótko – Jak widać, plotki mają wielką moc... – skomentował, a Król się zmieszał.


Wtedy Ren opowiedział Królowi, jak doszło do tego nieporozumienia. Wspomniał o zgubie listu od Królowej i handlarzach niewolników, którzy chcąc się zemścić, przekupili kilku świadków i wskazali na nich, aby ich stracono. Król wysłuchał wszystkiego w milczeniu i nerwowo się zastanawiał, jak to wszystko naprawić. W końcu spojrzał na Rena pokojowym wzrokiem i odłożył miecz na miejsce.


-        Zatem padliście ofiarą spisku Kirka i jego bandy. Przyjmijcie proszę moje najszczersze przeprosiny. – skłonił lekko głowę przed Renem, który już się nieco rozluźnił.


-        Przyjmujemy. Liczymy jednak na publiczne oczyszczenie z zarzutów.


-        Oczywiście, jutro publicznie ogłoszę waszą niewinność i zakończę te obrzydliwe plotki, które wyrządziły tyle szkody. – obiecał – Wszyscy, którzy maczali w tym palce, zostaną ukarani.


-        Jeśli można... Chciałbym zasugerować, byś oszczędził służkę, która zgubiła list. Gdyby nie ona, nie wyjaśniłbym tego nieporozumienia, a obiecałem jej, że nie zostanie ukarana śmiercią.


-        Dobrze więc. Niech królowa sama zdecyduje, czy ta służka może zostać, czy zostanie wyrzucona z pracy. Oprócz tego nic jej nie grozi. – zapewnił – Ale co do tych handlarzy i Kirka... Ich czeka śmierć przez powieszenie za oszustwo Króla dla pieniędzy.


-        Za pozwoleniem... – znów mu przerwał – Nimi chciałbym się zająć osobiście. – rzekł to takim tonem, że Król, aż spojrzał na niego z rezerwą. Wiedział, że z Heryonami nie ma żartów.


-        Jak sobie życzysz. Wszystko mi jedno, jak zginą. – prychnął, widząc po spojrzeniu Rena, że w istocie zamierzał ich zabić.


-        W takim razie, to by było na tyle... – rzekł spokojne – Bądź teraz łaskaw uwolnić Ellę...


-        Nieznajomy z rodu Heryonów... – Król spojrzał na niego krytycznie – Ze względu na okoliczności, wybaczam ci wtargnięcie do mej sypialni w środku nocy i tę nieuprzejmość, ale tylko dzisiaj. Od jutra nie będę tolerował braku szacunku i tego wyniosłego tonu głosu, którym mówisz. Jestem Królem i gdybym chciał, spotkałaby cię za to kara. – jego groźna mina zniknęła jednak, gdy ponownie ujrzał zielone, lśniące oczy Rena i przypomniał sobie, z kim rozmawia.


-        Proszę mi wybaczyć, ale kara śmierci ciążąca na mojej niewinnej ukochanej, na tyle zepsuła mi humor, że mam gdzieś konwenanse... – odparł Ren z arogancją w głosie.


-        I tylko z powodu kobiety, nie szanujesz mej pozycji?


-        Drogi Królu, nie zdajesz sobie nawet sprawy, z kim masz do czynienia... – rzekł poważnie Ren – Czy wiesz, kogo skazałeś bezpodstawnie na śmierć i uwięziłeś w tych ciemnych lochach?


-        Kogo? – Królowi nadal nie podobało się jego zachowanie, ale wolał to ignorować.


-        Jej Wysokość, Księżniczkę Miryonu. – rzekł dosadnie, a Król pobladł momentalnie.


-        Cooo?! – musiał aż usiąść z wrażenia – To niemożliwe!


-        Wezwij ją, Panie, a sam się przekonasz, że mówię prawdę.


Wstrząśnięty Król natychmiast zawołał straż, gdyż bariera Rena zniknęła i posłał po Ellę. Nawet nie chciał myśleć, co z nim będzie, jeśli słowa tego mężczyzny, okażą się prawdziwe...



Aruell
Nastrój: Twórczy...
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 87

poniedziałek, 29.sierpnia.2011, 23:52

Witajcie!


Wracamy do publikacji BM, zgodnie ze starym porządkiem. ;)

Miłego czytania!

***

Rozdział 87


22 dzień muedrilu 8976 roku, Egharia: Hevan – Pałac Królewski (Zaplecze dla służby Królowej), wieczór


Służba Królowej Hevanu nie miała ostatnio wielu zajęć, poza sprzątaniem, ze względu na nieobecność żony Króla. Większość czasu więc przesiadywała w kuchni, popijając winko.


Między nimi siedzieli kobieta oraz mężczyzna, którzy nie wyglądali najlepiej. Zupełnie, jakby coś ich trapiło, gryzło sumienie... W końcu, kiedy zostali w tej kuchni sami, ona odezwała się do niego.


-        Źle zrobiliśmy, kochany... – rzekła szeptem – Przez nasz egoizm, ta biedna kobieta straci jutro życie! – w jej oczach był prawdziwy żal.


-        Ależ skarbie, dostaliśmy tyle pieniędzy, że możemy opuścić pałac i żyć spokojnie wiele lat.


-        Uważasz, że to jest warte czyjegoś życia? – oburzyła się. Naprawdę żałowała swego kłamstwa – Powinniśmy powiedzieć prawdę.


-        Oszalałaś? – syknął mężczyzna – Teraz jest już za późno... Jeśli powiemy prawdę, oskarżą nas o okłamanie Króla i zetną nam głowy! – tłumaczył jej.


-        Ależ...


-        Cicho. Dziś w nocy opuścimy pałac... – rzekł do niej zdecydowanie, ale ona nie była zadowolona.


-        A właśnie, że nigdzie nie pójdziecie... – usłyszeli nagle obcy, męski głos i aż podskoczyli ze strachu.


Z lękiem w oczach spojrzeli na wysokiego mężczyznę w czarnym płaszczu i kapturze na głowie, który wyrósł przed nimi, jak z podziemi.


-        K-kim jesteś? – służącemu zadrżał głos.


-        Nie wiesz? – zakpił, zdejmując kaptur. Wtedy kobieta go rozpoznała.


-        To ty.... To ty byłeś z tą dziewczyną!


-        Niemożliwe... – zląkł się jej ukochany – Powinieneś być w lochu!


-        Ale, jak widzisz, nie jestem. – rzekł nieprzyjemnym tonem zielonooki mężczyzna – Słyszałem waszą rozmowę. Zatem to wy jesteście tymi rzekomymi świadkami... – dodał gniewnie.


-        Szybko, wezwij straż... – rzekł rozpaczliwie mężczyzna do kobiety, ale wtedy Ren gwałtownie chwycił go za gardło i spojrzał mu w oczy ze złością.


-        Na twoim miejscu bym tego nie robił. – zagroził.


-        Nie! Nie krzywdź go, proszę... – błagała kobieta, a Ren rzucił go na ziemię i patrzył na niego z góry.


-        Pod jednym warunkiem... – rzekł rzeczowo – Powiecie prawdę. Jeśli nie, pożałujecie tego... – rzekł groźnie, wzywając na pokaz nieco ognia nad dłonią, co przeraziło ich oboje.


-        Och nie... – przeraziła się kobieta – Zobacz, co narobiliśmy! To nie są zwykli ludzie... Spójrz, to przez twoją pazerność, mamy te kłopoty! – zganiła go, a mężczyzna zrozumiał, że nie ma z Renem szans i patrzył na niego ze strachem w oczach.


-        Ale jeśli powiemy prawdę... – zaczął sługa – Skrócą nas o głowy! – spojrzał na kobietę ze skruchą.


Ren przyglądał się tej parze przez dłuższą chwilę. Z jakiegoś powodu, zrobiło mu się ich szkoda. Postanowił więc dać im szansę na przeżycie i jednocześnie zdobyć to, czego chciał.


-        Mam dla was propozycję nie do odrzucenia. – rzekł stanowczo, wzbudzając ich zainteresowanie – Spiszecie swoje prawdziwe zeznania na papierze i podpiszecie się. To będzie dla mnie wystarczający dowód do obrony. Jednocześnie wy, do świtu, będziecie mieli czas, by stąd uciec.


-        Ale wtedy będziemy wiecznymi uciekinierami...


-        To dla was jedyna szansa, nie rozumiecie? – rzekł surowo, a on spuścił głowę.


-        Dobrze. Tak zrobimy. – rzekł zrezygnowany, a Ren się uśmiechnął do siebie.


Na jego oczach on i ona napisali prawdę o swoich fałszywych zeznaniach i potwierdzili, że Ella nie należy do służby królewskiej. Podpisali się, po czym Ren zwinął zwoje i dokładnie schował. Następnie szykował się już do odejścia. Jeden problem miał z głowy.


-        Zaczekaj... – zatrzymała go kobieta, więc spojrzał na nią pytająco – Przepraszamy... i dziękujemy. – rzekła nieśmiało, a on zamknął oczy i lekko się uśmiechnął, po czym zniknął jak duch.


***



Wtorek, 12 stycznia 2012 roku, Ziemia: Madryt – okolice domu Carmen, noc



Nick i Carmen cały dzień spędzili w domu jej mamy. Zaopiekowali się chorą i podali jej leki. Gdy tylko poczuła się lepiej, entuzjastycznie powitała Nicka, widząc w nim przyszłego zięcia. Nick uznał to za dobry znak. Wieczorem wrócili do Madrytu i udali się na długi spacer. Trzymając się za ręce, szkli w milczeniu.


-        Carmen, mogę ci zadać hipotetyczne pytanie? – spytał tajemniczo.


-        Jakie? – zaśmiała się, posyłając mu figlarne spojrzenie.


-        Co byś odpowiedziała, gdybym... – zawahał się, wiedząc, że to o wiele za wcześnie  – Gdybym poprosił cię o rękę? – spojrzał na nią z błyskiem w oczach, a ją zatkało.


Zatrzymała się gwałtownie, nie wierząc w to, co usłyszała i patrzyła na niego wybałuszonymi oczami.


-        Żartujesz chyba... – przełknęła ślinę.


-        A jeśli nie? – zaśmiał się.


-        To bym się zastanowiła. – postanowiła się z nim podroczyć.


-        A potem? – ciągnął ja za język, ściskając jej dłoń.


-        Może bym się zgodziła... – uśmiechnęła się zalotnie – A może nie.


-        A gdybym zaprosił cię teraz do siebie? – spytał rozbawiony.


-        Chętnie bym poszła... – urwała – Napić się herbatki. – zaczęła się śmiać z jego udawanej, obruszonej miny.


-        Herbatki, co? – burknął – Już ja ci dam herbatkę! – krzyknął i przyciągnął ją do siebie tak gwałtownie, że dziewczyna zadrżała.


-        Grozisz mi? – prychnęła, po czym poczuła ognisty pocałunek i zupełnie odpłynęła.


-        Być może... – droczył się – Chodźmy do mnie. – dodał po chwili, a ona już nie przekomarzając się, posłusznie poszła za nim.


***


Egharia: Hevan – Pałac Królewski (Ogród Królowej), noc


Kiedy Ren zastanawiał się, jak dowiedzieć się, co tak naprawdę stało się z Królową, usłyszał w pięknym, królewskim ogrodzie cichy szloch. Zaintrygowało go to i postanowił sprawdzić, co to takiego. Wtedy, siedząc na jednym z drzew, zauważył jakąś służącą, płaczącą wśród czerwonych róż. Coś go tknęło i postanowił do niej zagadać.


-        Dlaczego płaczesz? – spytał łagodnie, a ona się wystraszyła, rozpoznając więźnia – Nie bój się. Nic ci nie zrobię. – zapewnił.


-        Czego ode mnie chcesz? – rzekła ze strachem w głosie – Proszę, odejdź... – była przerażona, więc Ren doszedł do wniosku, że będzie musiał użyć swego uroku osobistego, by ją uspokoić.


Podszedł do kobiety, kucnął przy niej i chwycił ją zdecydowanie za ręce. Spojrzał w jej oczy tak intensywnie, że dziewczyna się zarumieniła.


-        Chcę tylko poznać prawdę. – powiedział spokojnie – Wiesz, co się stało z Królową, prawda? – zaskoczył ją tym pytaniem.


-        Jestem zgubiona... – jęknęła, kryjąc twarz w dłoniach – Jutro wieczorem mnie zabiją.


-        Jutro wieczorem? – zdziwił się – Za co?


-        To przeze mnie to całe nieporozumienie! Królowa mnie zabije, jak wróci! – zalała się rzewnymi łzami.


-        Jak to? – nic już nie rozumiał – Królowa wróci? Wyjaśnij mi to, a obiecuje, że nie dopuszczę do twej śmierci. – zapewnił, zaskakując dziewczynę. Jednak w jego oczach nie dostrzegła nawet cienia wahania.


-        No dobrze... – westchnęła – Królowa wcale nie uciekła od Jego Wysokości! Kocha go! Po prostu wyjechała na kilka dni...


-        Co? To gdzie jest? – zdziwił się Ren.


-        Dwa dni temu Jej Wysokość postanowiła odwiedzić swego przyrodniego brata, w tajemnicy przed Królem.


-        Nie mogła mu powiedzieć?


-        To nie takie proste. Król nie wie o istnieniu przyrodniego brata Królowej. – rzekła poważnie – Gdyby wiedział przed ślubem, że jej matka zdradziła męża i Księżniczka Iyana ma przyrodniego brata, to po pierwsze nie ożeniłby się z nią, a po drugie, jej matka zostałaby ukarana śmiercią za zdradę. Królowa nie chce do tego dopuścić...


-        Rany, ale historia... – Ren zaśmiał się cicho i złapał się za głowę – Teraz rozumiem, czemu nie powiedziała mężowi... Nadal jednak nie wiem, dlaczego uważasz się za winną tej sytuacji. – spojrzał na służkę pytająco.


-        Ponieważ zgubiłam list, który Królowa napisała do męża i który miałam mu przekazać, po jej wyjeździe... – załkała.


-        List? – zainteresował się.


-        Tak. Napisała w nim, że pojechała odwiedzić rodziców, incognito. Poprosiła, by uszanował jej decyzję i obiecała wrócić jutro wieczorem. Napisała mu żeby się nie martwił... – pociągnęła nosem – Ale ja zgubiłam ten list, idąc do Króla i nie mogłam nigdzie go znaleźć... To moja wina, że powstały te głupie plotki! To przeze mnie was uwięziono! – zasmuciła się szczerze, a Ren wszystko zrozumiał.


Zielonooki westchnął i poklepał służkę po głowie, co ją zaskoczyło, więc spojrzała na niego nieco dziwnie.


-        Nie płacz. Znajdę ten list i wszystko się ułoży...


-        Ależ, proszę pana, ja przeszukałam już cały pałac, wiele razy! – zadrżała.


-        Nie doceniasz mnie. – rzekł drwiąco – Nie martw się. Dotrzymam swej obietnicy. – dodał jeszcze, zaskakując ją i ponownie zniknął.




Aruell
Nastrój: Kocham formalności... ;P
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 86

piątek, 19.sierpnia.2011, 00:00

22 dzień muedrilu 8976 roku, Egharia: Hevan – okolice Motelu Hashibu, południe


Gdy tylko Alren i Ella opuścili motel, od razu usłyszeli jakiś krzyk: „To ona!” i zaraz później zostali otoczeni przez straż królewską. Patrzyli z niedowierzaniem na dziesięć szpad, skierowanych w ich stronę.


-        Jesteście aresztowani! – krzyknął dowódca straży.


-        Co? Ale za co? – zdziwił się Ren.


-        Ta kobieta jest poszukiwaną służącą, która zbiegła z pałacu, namawiając królową do ucieczki. Dopuściła się ciężkiego przestępstwa i zostanie ukarana! – krzyknął do zszokowanej Elli – Ty, zaś poniesiesz konsekwencje, pomagając jej w ukrywaniu się! – rzucił do Rena, który właśnie się zastanawiał, czy ich zabić, czy wyjaśnić sprawę. Uznał jednak, że nie może podnieść ręki na straż królewską.


-        Zaszło nieporozumienie! – krzyknął Ren – Ella nie jest służącą, a ja nie jestem jej pomocnikiem! Jesteśmy wędrownym maleństwem i przebywamy tu dopiero jeden dzień!


-        Cisza! – syknął dowódca – Kłamiecie! Obywatel Kirk wyraźnie wskazał na nią. Miał też dwóch świadków, którzy potwierdzili, że widzieli tę kobietę z królową kilka dni temu, gdy uciekały z pałacu!- rzekł stanowczo, zbijając Rena z tropu.


-        Niemożliwe... – wybąkał i wtedy zobaczył tego całego Kirka, który wyłonił się z tłumu, który zebrał się, by obejrzeć widowisko. Rozpoznał w nim szefa bandy handlarzy i wszystko już wiedział - To oszustwo!


-        Milczeć! Jeśli macie coś na swoją obronę, powiecie to jutro o świcie na Sądzie Publicznym. Do tego czasu, jesteście aresztowani! – zarządził władczo – Wtrącić ich do lochu! – wydał rozkaz, który natychmiast wykonano.


Ren biernie patrzył, jak skuwają Ellę i jego samego, po czym popychają go w stronę pałacu. Nie zamierzał z nimi walczyć. Miał inny plan... Mijając grupę handlarzy, którzy mieli teraz wielkie uśmiechy na twarzach i nagrodę od Króla w ręku, Ren posłał im zabójcze spojrzenie obietnicy. Obietnicy śmierci... Jednak oni niezbyt się tym przejęli i nawet złośliwie pomachali im na pożegnanie.


Ella była zrozpaczona, widząc z jaką odrazą patrzą na nią wszyscy mieszkańcy, których mijali, w drodze do pałacu. Uważali ją za zdrajczynię i ostatnią szmatę. By się nieco pocieszyć, spojrzała na Rena, który miał nieprzeniknioną twarz. Nie mogła więc odgadnąć jego obecnych uczuć, ale domyślała się, że intensywnie analizuje sytuację. Pocieszyła ją myśl, że gdyby Ren chciał, z łatwością by uciekli. Skoro jednak nic nie robił, miał inne zamiary i była pewna, że jej o nich powie, w odpowiednim czasie. Zastanawiała się tylko, jak to się stało, że tak nagle znaleźli się w tak nieciekawym położeniu...


***


Wtorek, 12 stycznia 2012 roku, Ziemia: Londyn – dom Davida, noc


Mary i David namiętnie się całowali, zatracając się coraz bardziej. W końcu jednak David opanował się i odsunął Mary od siebie.


-        Jeśli jeszcze trochę dłużej w to zabrniemy, to nie będę w stanie ci się oprzeć. – wyszeptał, mocno podniecony.


-        A kto cię o to prosił? – bąknęła wesoło.


-        No wiesz, nie chciałbym... jak Thom...


-        To co innego. – westchnęła – Jestem trzeźwa, kocham cię i pragnę, więc wręcz obrażę się, jest mnie odtrącisz. – puściła mu zalotnie oczko.


-        Aaa, no skoro tak stawiasz sprawę... – zaśmiał się i porwał ją na ręce – To zaraz się tobą zajmę.


-        Mam nadzieję... – zarumieniła się, a serce jej biło, jak szalone ze zniecierpliwienia.


David zaniósł ją do swej sypialni i położył delikatnie na swoim łóżku. Nie mógł uwierzyć, że  to się dzieje naprawdę. Tak długo o tym marzył. Tyle razy o niej śnił. Wyobrażał sobie te chwile w nieskończoność.


Teraz całował ją zachłannie po szyi i dekolcie. Nawet nie wiedzieli, kiedy zdjęli z siebie wszystkie ubrania i gładzili się bez opamiętania. David był bardzo delikatny, jakby Mary była największym skarbem w jego skarbcu. Pieścił ją czule, wywołując przyjemne mrowienie i podniecał, badając jej intymne miejsca.


-        Dave... -  westchnęła, był zupełnie inny, niż Thom. Ta delikatność ją urzekła.


-        Kocham cię, Mary... Zawsze cię kochałem... – mruczał jej do ucha, wchodząc w nią.


Mary jęknęła z rozkoszy, poddając się bezgranicznie temu erotycznemu, zmysłowemu tańcowi. Chciała wziąć od niego jak najwięcej. Chciała, by czas się zatrzymał.


***


Egharia: Hevan – Lochy Pałacu Królewskiego, popołudnie


Ella i Ren właśnie zostali wtrąceni do lochu i skuci żelaznymi kajdanami. Dziewczyna była przerażona, miała ochotę płakać, natomiast on czekał, aż strażnik zamknie kratę i sobie pójdzie. Gdy tylko usłyszał, że jest już daleko, szepnął do Elli.


-        Nie płacz... Wszystko będzie dobrze. – powiedział łagodnie.


-        Ren, ale co my teraz zrobimy? Jak do tego doszło? – martwiła się.


-        To przez tych handlarzy... – syknął wściekle – To ich robota.


-        Skąd wiesz?


-        Mieli w rękach nagrodę od Króla...  Poza tym dowódca straży wskazał Kirka – ich szefa. Zatem to oni nas wskazali. Chcieli zarobić i zemścić się na nas za problemy z Calusem. – mówił rzeczowo – A ci rzekomi świadkowie zostali pewnie przekupieni.


-        Rozumiem... – Ella uspokoiła się już i znów zaczęła myśleć logicznie – Więc tak to było. – zgodziła się.


-        Tak... – zamyślił się i bez trudu uwolnił się z kajdan.


-        Dokąd się wybierasz? – zdziwiła się.


-        Mam cały wieczór i noc na załatwienie tej sprawy... – rzekł poważnie – Jeśli zaczekamy do sądu, to nas skażą i będziemy musieli uciekać. Tutaj sąd i prawo, to jedna, wielka improwizacja... Najlepiej więc będzie, jeśli wyjaśnimy to nieporozumienie.


-        A-ale jak? – dociekała.


-        Nie martw się. Zajmę się tym. – rzekł zdecydowanie, a ona ujrzała wolę walki w jego oczach.


-        A ja? Co ze mną? – zaniepokoiła się.


-        Ty zostaniesz tutaj i zaczekasz na mnie... – rzekł spokojnie, kucając przy niej – Nie mogę cię zabrać ze sobą. Sam zrobię to znacznie szybciej i sprawniej. Wybacz, kotku, ale nie masz odpowiednich umiejętności, by iść ze mną... – pogłaskał ją po policzku.


-        Nie zostawiaj mnie tu samej! – jęknęła rozpaczliwie.


-        Uspokój się... – ucałował ją w czoło – Wrócę do ciebie przed świtem, obiecuję.


-        Ale...


-        Zaufaj mi, Ello. – spojrzał jej w oczy tak intensywnie, że zadrżała – Musisz być dzielna... Gdyby coś się działo, pod moją nieobecność, myśl intensywnie o swej bransolecie. Jest ona medium twojej mocy. Pamiętaj, że jesteś potężniejsza nawet ode mnie, tylko jeszcze nie potrafisz tego kontrolować. Oni nie są w stanie ci nic zrobić. – rzekł łagodnie. Ella spojrzała na niego nieco zarumieniona, po czym westchnęła ciężko.


-        Idź. Tylko proszę, uważaj na siebie... – poprosiła go znaczącym spojrzeniem, a on uśmiechnął się do niej. Jak zwykle martwiła się o niego.


-        Moja dzielna dziewczynka. – pocałował ją w policzek – Trzymaj się i czekaj na mnie. Obiecuję, że załatwię to szybko.


-        Wiem. – ujrzał błysk w jej oczach.


-        Zostawię tu swoją kopię, by nie wzbudzić podejrzeń straży...


Ren użył trudnej i nieznanej zwykłym ludziom magii, dzięki której na podłodze leżał teraz mężczyzna, podobny do niego, jak dwie krople wody i skuty kajdanami. Wyglądał tak, jakby spał. Ella nie wierzyła własnym oczom.


-        Co to jest?


-        Magiczna kukła. Często wykorzystywania przez szpiegów i magów-uciekinierów dla zmyłki wroga. Nie dotykaj jej bo się rozpłynie, jak mgła. – uprzedził ją – Jednak z boku nie da się stwierdzić, czy to jestem ja czy nie i to jest najważniejsze.


-        Niesamowite... – była pod wrażeniem.


-        Ruszam, Ello... – rzekł spokojnie.


Uśmiechnął się do niej jeszcze raz, po czym skupił się, aż otoczyła go magiczna, zielona aura, a potem zniknął, niczym duch. Ella uśmiechnęła się smutno, że on nigdy nie przestanie jej zadziwiać, ale doprawdy nie wiedziała, jak zamierzał to wszystko załatwić. Jednak ufała mu i wiedziała, że na pewno tak się stanie.

Aruell
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 85

czwartek, 18.sierpnia.2011, 00:08

22 dzień muedrilu 8976 roku, Egharia: Hevan – Motel Hashibu, ranek


Kiedy rankiem Ella otworzyła oczy, czuła się tak, jakby miała głowę z kamienia. Ledwo co się podniosła do pozycji siedzącej i potrzebowała chwili, by zauważyć, że Rena nie ma. Rozejrzała się sennie i gdy tyko dojrzała butelkę wody, zaczęła pić ją bez opamiętania. Przerwała dopiero, gdy usłyszała śmiech Rena. Spojrzała na niego z oburzeniem, że znów się z niej śmieje i nagle zastygła w bezruchu.


Wyszedł z łazienki owinięty ręcznikiem wokół pasa i jeszcze nie powycierał włosów, więc krople wody spływały po jego nagim torsie i mieniły się w promieniach Słońca, które przebijało przez firany okienne. Ujrzała zielone ogniki w jego oczach i szeroki, biały uśmiech. Wyglądał cudownie... W tej chwili zastanawiała się, jak długo jeszcze będzie ją tak urzekał jego wygląd? Kiedy już się przyzwyczai do wyglądu tego mężczyzny?


Tymczasem Ren uśmiechnął się szelmowsko, widząc, jak ona na niego patrzy i podszedł do niej, kiedy siedziała przy stoliku, owinięta w prześcieradło. Ujął jej podbródek i pocałował namiętnie w usta.


-        Masz kaca, kotku? – mruknął z rozbawieniem, a ona spąsowiała.


-        Chyba tak... – rzekła zawstydzona, a on zabrał jej prześcieradło.


-        Po co ci to? – spytał wesoło, odrzucając białe płótno na łóżko.


-        Hej no! Jesteś taki bezwstydny... – burknęła zarumieniona.


-        Jakbym nie wiedział, jak wyglądasz... – zakpił – Znam twoje ciało tak dobrze, jak własną kieszeń. Po co je więc chowasz?– dodał, łaskocząc ją lekko w bok, a ona podskoczyła, śmiejąc się.


-        Idę się ubrać... – rzekła zdecydowanie po chwili, wstając i kierując się w stronę łazienki, ale wtedy złapał ją za rękę, pociągnął i przylgnął do jej nagiego ciała.


-        Myślisz, że to mnie powstrzyma? – zakpił, zaglądając jej głęboko w oczy.


-        Może trochę. – zarumieniła się i rozchyliła usta, czując jego oddech na twarzy.


Nagle odsunął się i zwyczajnie zasiadł do stolika, by potem nalać kawę, którą im przyniesiono, jeszcze zanim się Ella obudziła. Spojrzała na niego nieco obruszona, że znów się z nią droczy, po czym ubrała pierwszą, lepszą rzecz. która leżała na podłodze i dopiero wtedy zauważyła, że jest rozerwana i za duża na nią. Zaraz potem usłyszała parsknięcie Rena.


-        To jest moja tunika, a nie twoja sukienka... – zaśmiał się – A raczej była, dopóki jej nie zniszczyłaś. – puścił jej oczko, a ona zbladła.


-        Ja ci ją zniszczyłam? – głos jej się załamał – Ale jak? Kiedy?


-        O, zdaje się, że nie pamiętasz... – tym razem łzy mu poleciały ze śmiechu – Mogłem się tego spodziewać.


-        Hej! Przestań się śmiać i powiedz, co się stało?


-        No dobrze... Co pamiętasz? – spytał, gdy już się nieco uspokoił – Może od tego zacznijmy.... – uśmiechnął się tajemniczo, a ona zasiadła do stolika i spojrzała na niego niepewnie.


-        Pamiętam, że piłam z tobą gin. Śmiałeś się ze mnie, więc sięgnęłam po druga szklankę i... – myślała intensywnie – I dalej już nic... czyżbym zasnęła potem?


-        O nieee, kochana. – zachichotał – Z pewnością nie byłaś wtedy śpiąca. – zakpił, popijając łyk kawy.


-        Ren... – spojrzała na niego z lękiem – Co było potem? Zrobiłam coś dziwnego? – przełknęła ślinę, a on spojrzał na nią tak znacząco, że spłonęła rumieńcem.


-        Czy my...? – domyślała się.


-        Owszem, ale nie to było najlepsze, kotku. – rzekł i wtedy pogładził jej policzek, po czym usiadł za nią – Najlepsze było to, że byłaś strasznie na mnie napalona... Uwodziłaś mnie i kusiłaś, szarpałaś tak mocno, że zniszczyłaś mi tunikę, nawet siłowałaś się ze mną na łóżku... – mówił jej szeptem do ucha, a ona z każdym słowem była coraz bardziej czerwona.


-        Niemożliwe...


-        Ależ tak było... – zachichotał – Moja słodka Ella przemieniła się w wampa, który się do mnie dobierał... i dopiął swego. Robiłaś wszystko, bym nie mógł się powstrzymać no i udało ci się. – podkreślił, a ona odruchowo ukryła twarz w dłoniach, ze wstydu.


-        Cholera... – zaklęła cicho. Serce jej waliło, jak szalone.


-        Chciałaś być w tym lepsza ode mnie. – mruczał dalej – Ale ostatecznie to ja wygrałem. – zakończył i pocałował ją w odsłonięty kark, aż zadrżała.


-        Ja przepraszam... – zakłopotała się.


-        O nie, kochanie. Absolutnie nie masz za co. – rzekł zmysłowo i pocałował ją w usta – Jednak radzę ci nie pić w towarzystwie innych mężczyzn. Wtedy bowiem możesz już mieć, za co przepraszać... – rzekł z przekąsem, a ona znów spąsowiała.


Później zjedli spokojnie śniadanie, choć Ren jeszcze długo nabijał się z Elli po wczorajszej nocy, a ona szczerze żałowała, że tego nie pamięta.


***


Wtorek, 12 stycznia 2012 roku, Ziemia: Londyn – dom Davida, wieczór


David patrzył na Mary nieco zszokowany. Jej łagodna twarz i poważny ton głosu, to była wybuchowa mieszanka.


-        O nas? – spytał mechanicznie.


-        Tak. Martwisz się, że przeniosę się do Egharii, prawda? – spojrzała mu w oczy, a on wstrzymał oddech.


-        To aż tak widać? – rzekł smutno.


-        Owszem. Dlatego chcę ci powiedzieć, że niepotrzebnie się boisz. – zaśmiała się cicho z jego miny – Nigdzie się nie wybieram. Cokolwiek Ella postanowi, ja zostanę na Ziemi. – dodała jeszcze.


-        Jesteś pewna?


-        Pewnie. Dlaczego miałabym porzucać znany mi świat na rzecz innego i opuścić rodzinę, przyjaciół? Ella ma powód, bo oszalała na punkcie Alrena i polubiła tamto miejsce. Moja miłość zaś jest tutaj, więc tu zamierzam zostać. – uśmiechnęła się, a David przełknął ślinę, słysząc ostatnie zdanie. Nie wiedział, czy to sen czy jawa.


-        Twoja miłość? – powtórzył, patrząc jak ona do niego podchodzi, tak blisko, jak to tylko możliwe.


-        Ciebie mam na myśli, a kogoż innego. – zachichotała, obserwując jego szok na twarzy – Już dawno powinnam ci to powiedzieć... – zawstydziła się, a on tkwił w bezruchu.


-        Mary...


-        Kocham cię, Dave... – zarumieniła się mówiąc to na głos, a jemu oczy zwilgotniały.


-        Naprawdę? – wzruszył się, ujmując jej twarz w dłonie. Serce waliło mu jak szalone.


-        Tak. – uśmiechnęła się do niego i pocałowała go lekko w usta – Szkoda, że dopiero teraz to zrozumiałam i... – nie zdołała dokończyć, bo porwał ją w ramiona i namiętnie pocałował. To był ich pierwszy, taki pocałunek i zatracili się w nim zupełnie.


***


Egharia: Hevan – Egharia: Hevan – Motel Hashibu, około południa


Ella i Ren szykowali się do wyjścia. Ubrali tylko tyle, ile musieli, gdyż było strasznie gorąco, a resztę schowali. Ren miał teraz na sobie tylko spodnie i pas oraz buty, a Ella założyła tę samą sukienkę, którą jednak nieco skróciła, by było jej chłodniej. Nie przejmowali się strojami zbytnio, bo i tak zamierzali kupić nowe ubrania na podróż.


Kiedy już mieli opuścić pokój, Ren zatrzymał się nagle i podszedł do okna. Wyczuwał, że ktoś ich obserwuje. Zmartwił się tym i uważnie rozejrzał się po okolicy. Dostrzegł wtedy tych samych handlarzy, co wczoraj w barze.


-        Czego ci durnie znów chcą? – zdziwił się – Aż tak im się spieszy na drugi świat? – zakpił z nich.


-        O kim mówisz? – zaniepokoiła się.


-        To ci idioci z wczoraj... – zauważył kątem oka, że Ella drgnęła i nerwowo objęła się ramionami. Ten gest go zaintrygował, bo wczoraj było podobnie.


-        Hej... Tak właściwie, to jeszcze mi nie powiedziałaś, co się z tobą działo, zanim trafiłaś do Calusa. – zastanowił się – Pamiętam, że wspominałaś, że handlarze ocalili cię przed potworem, a potem sprzedali Calusowi... – mówił, badając jej reakcje. Miał bowiem, dziwne przeczucie.


-        Tak było. – zawahała się przez chwilę.


-        Ale w międzyczasie... Nic ci nie zrobili, prawda? – czuł, że dociera do sedna sprawy i podszedł do niej bliżej.


-        Nie... Z żadnym z nich nie byłam, jeśli o to pytasz... – zarumieniła się , widząc jego zaniepokojony wzrok i odwróciła głowę, z zawstydzenia.


-        Ale dotykali cię? – zgadywał dalej – Gdzie?


-        Ren! – krzyknęła zakłopotana, a jej ruchy były nerwowe. Czuł, że zalewa go wściekłość – Proszę... nie pytaj o takie rzeczy... – ściszyła głos.


-        A więc mało brakowało, prawda? – przełknął ślinę, a ona zadrżała, widząc jego nienawistne spojrzenie.


-        Tak... – zamknęła oczy. Stwierdziła, że jednak mu powie – To było.. obrzydliwe... Niedobrze mi na samą myśl...


-        Ello... – jego głos był teraz pełen bólu.


-        Trzymali mnie, lizali, ściskali i wyzywali od najgorszych... – załkała na samo wspomnienie tamtej chwili – Gdyby ich szef nie uznał, że lepiej mnie sprzedać nietkniętą, zgwałciliby mnie na tamtej pustyni w piątkę... – łzy spłynęły jej po twarzy, a Renowi mało serce nie pękło.


-        Dlaczego nie powiedziałaś mi wcześniej? – spytał delikatnym głosem – Zabiłbym ich od razu! – syknął wściekle, wyglądając przez okno.


-        Wstydziłam się... ci powiedzieć. – spuściła wzrok – Bałam się, że nie będziesz już chciał mnie potem dotknąć, a tego bym nie zniosła... – zarumieniła się, a on był w szoku.


-        Co?! – krzyknął z niedowierzaniem – Jak mogłaś tak pomyśleć? – zmusił ją, by na niego spojrzała.


-        Przepraszam... że cię zawiodłam. – rzekła, widząc w to jego oczach.


-        Nie zawiodłaś... – pogłaskał ją po głowie – Szkoda tylko, że dusiłaś to w sobie tak długo. – przytulił ją do siebie, co sprawiło, że zrobiło jej się cieplej na sercu.


-        Zabiję drani! – syknął z wielkim gniewem w głosie.


-        Nie, Ren... – schowała głowę  w jego obnażonej piersi – Nie róbmy sobie kłopotów. To już nieważne. Po prostu wynośmy się stąd...


Nic nie odpowiedział, tylko westchnął ciężko. Później skinął głową, by poszła za nim i opuścili motel.

Aruell
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 84

wtorek, 16.sierpnia.2011, 23:49

21 dzień muedrilu 8976 roku, Egharia: Hevan – Motel Hashibu, późny wieczór i noc


Ella i Ren wynajęli mały pokoik w motelu „Hashibu”, a ponieważ byli już najedzeni, zamówili tylko słynną, hevańska herbatę z rumem i brązowym cukrem. Przyniesiono im ją do pokoju, kiedy wyszli już umyci z łazienki. Odkryli wtedy też, że na srebrnej tacy, z porcelanową zastawą i dzbankiem herbaty, stoi też mała buteleczka i dwie szklaneczki oraz kartka.


-        A cóż to? Zamówiłeś coś jeszcze oprócz herbaty? – spytała Rena, który właśnie wycierał sobie włosy.


-        Nie. A co, przynieśli jeszcze coś?


-        Tak, jest tu jakaś butelka i kartka.


-        No to ją przeczytaj. – rzekł zwyczajnie.


-        „Szanowni Państwo! Zgodnie z tradycją, oferujemy naszym klientom wyśmienity gin, który jest specjalnością Sha-jin. Na zdrowie!” – przeczytała na głos.


-        Gin? No tak... – zaśmiał się – Zapomniałem o tym zwyczaju.


Kilka minut później usiedli na ozdobnym i miękkim dywanie, który zajmował, oprócz dużego łóżka, większą część pokoju. Na środku pomieszczenia stał niski stoliczek ze szkła, przy którym, siedząc na kolanach, pili teraz wyborną herbatę – idealną na chłodne wieczory.


-        Pycha! – zachwycała się.


-        Chyba jesteś miłośniczką herbaty, co Ello? – zaśmiał się – W Veolii też się nią zachwycałaś.


-        Oj tak! Kocham herbatę. – rzekła entuzjastycznie – W Veolii była delikatna i aromatyczna, ta natomiast jest ostrzejsza i rozgrzewająca. Mmm... – piła już chyba trzecią filiżankę.


Ren zaś przyglądał jej się uważnie. Jego spojrzenie było takie intensywne, że Ella w końcu speszyła się i zarumieniła.


-        Nie patrz tak, jakbym była herbatnikiem do schrupania... – bąknęła.


-        A jeśli tak właśnie o tobie myślę?


-        Chcesz mnie zjeść? – udała oburzenie, po czym sięgnęła po butelkę ginu, co zwróciło uwagę Rena.


-        Hej, chcesz to wypić? – uniósł jedną brew z rozbawieniem.


-        A nie mogę? – zdziwiła się.


-        Ostrzegam, że ten gin to bardzo mocny alkohol. Jeśli nie jesteś nauczona, upijesz się po jednej szklance na umór. – ostrzegł.


-        Zaryzykuję. – bąknęła niewzruszona.


-        Od kiedy lubisz pić?


-        Nie lubię, ale mam ochotę spróbować tego ginu. – mruknęła.


-        Będziesz żałować. – zaśmiał się, ale mimo to stuknął się z nią i wypili oboje do dna.


Skrzywili się na ten gorzkawy posmak, ale kiedy Renowi nic nie było, to Ella wyglądała tak, jakby coś paliło ją w środku. Ren wybuchł niepohamowanym śmiechem.


-        Mówiłem, że będziesz żałować! – śmiał się dalej, kiedy ona pochłonęła dwie szklanki wody, by uspokoić ogień w jej gardle.


-        Nie śmiej się ze mnie! – zarumieniła się – Cholera no... Przestań! – jęknęła, widząc, że on ma już łzy w oczach.


Wtedy zrobiła coś, co totalnie zaskoczyło Alrena – wlała sobie drugą porcję ginu i wypiła do dna, nim zdążył jej to odebrać.


-        Co robisz? Wystarczy. Upijesz się! – zganił ją i odebrał jej butelkę, kiedy chciała nalać sobie znowu – Czemu chcesz się upić? – zdziwił się.


-        Żebyś przestał się ze mnie śmiać!


-        To raczej nie pomoże, kotku... – zakpił, widząc jej zamglone spojrzenie i nadal walczył z nią, gdy chciała mu odebrać butelkę, co wyglądało dość komicznie. W końcu musiał wstać i postawić ją na wysokiej szafie, gdzie Ella nie sięgała.


-        Ren! Ty paskudny... Oddaj mi to! – mówiła pijanym głosem, trzymając go za tunikę i potrząsając. Ren wiedział, że jest nieźle wstawiona.


-        Nazywaj mnie jak chcesz, ale więcej nie wypijesz. – rzekł rozbawiony, podtrzymując ją, by nie upadła, gdyż mocno się zachwiała – I tak jesteś już pijana...


-        Nie jestem... – zaprzeczyła, po czym wzięła butelkę wody, wypiła trochę, a resztę wylała na siebie – Ale skoro nie mogę już więcej pić...


Ren zamarł w bezruchu, gdy zobaczył, jak woda spływa po jej ubraniu, mocząc jej sukienkę na tyle, by przebijały przez nią jej piersi. Przełknął głośno ślinę, gdy zobaczył, jak na niego spojrzała.


-        To zróbmy coś innego, kochanie... – mruknęła zmysłowo, a Renowi serce mocniej zabiło.


Ren jeszcze nigdy nie widział u niej takiego spojrzenia. Było pełne pasji i pragnienia, seksapilu... Nie mógł się nadziwić, że pijana Ella jest taka ponętna. Ale to jeszcze było nic. Nawet nie wiedział, że to był dopiero początek...


Podeszła do niego i z rozmachem zarzuciła mu ręce na szyję. Jej usta były tuż przy jego, a oczy przymrużone.


-        Kochaj się ze mną, Ren. Teraz... – wymruczała, a on zdębiał. Jej głos by taki zmysłowy.


-        Ello... – puls mu przyspieszył – To chyba nie jest dobry pomysł... Nie będziesz tego pamiętała jutro, wiesz?


Pijana Ella rozpalała go do czerwoności, ale jej kompletnie inne zachowanie skłaniało go też do przekomarzania się z nią. Dlatego mimo iż miał ochotę od razu przystąpić do dzieła, postanowił się z nią troszkę podroczyć. Udał więc, że nie wykazuje chęci do seksu z pijaną kobietą.


-        Nie chcesz? – udała zdziwienie - A od kiedy to jesteś... taki grzeczny, cooo? – rzekła ostro, zaskakując go i przydusiła go mocno do ściany.


Ren dość solidnie się uderzył w plecy, bo użyła do tego znacznie więcej siły, niż było to konieczne. Po chwili spojrzał na nią z niedowierzaniem i znów zauważył figlarne ogniki w jej oczach. Uśmiechnął się do siebie.


Zaraz potem poczuł, że przesuwa ręką wzdłuż jego klatki piersiowej, aż nagle szarpnęła jego tuniką tak mocno, że ją rozerwała. Zatkało go. Doprawdy nie wiedział, co go bardziej zdumiewało: jej seksapil, siła czy śmiałość? A może wszystko naraz? Wstrzymał oddech, gdy zaczęła go namiętnie całować i lizać jego tors. Jednocześnie wsunęła dłonie pod jego tunikę i gładziła jego plecy, od dołu ku górze.


-        Uważaj, kotku... – jęknął z podniecenia – Nie igraj z ogniem.


-        Ale ja chcę z tobą igrać... – mruknęła, rozpinając jego pas. Po chwili jego spodnie opadły na podłogę i wtedy zaczęła pieścić go... niżej.


-        No no, nieźle, ziółko... – rzekł rozbawiony i siłą wziął ją na ręce, a potem położył na łóżku i zakrył kołdrą, aż po szyję, ku jej niezadowoleniu. Był ciekaw, co teraz zrobi.


-        Zabieraj to! – huknęła i zrzuciła kołdrę na podłogę.


Ren musiał przygnieść jej ręce do łóżka, by nad nią zapanować i teraz patrzył na nią z mieszanką zdumienia i pożądania. Czuł, że mija mu ochota na zabawę. Ona zaś spoglądała na niego z oburzeniem.


-        Przestań zgrywać rycerza! – bąknęła i nagle jej bransoleta zalśniła błękitem, co go zaskoczyło.


Dzięki temu zyskała nadnaturalną siłę i po chwili to ona była na górze i dociskała jego ręce do łóżka. Ren był w ciężkim szoku. Pierwszy raz powaliła go... kobieta! Oczywiście wiedział, że to zasługa magii, ale i tak był solidnie zaskoczony.


-        Ren... – szepnęła mu na ucho – Wiem, że też tego chcesz... Przecież ty tylko udajesz „świętego”, by mnie wkurzyć... – zaskoczyła go, głaskając i całując jego intymne miejsca – Przestań się wygłupiać! To rozkaz! – bąknęła, a on parsknął śmiechem.


-        Ello... – jęknął nagle, gdyż sprawiła mu swoim dotykiem prawdziwą rozkosz – Chcesz mnie doprowadzać do szaleństwa?


-        Owszem... – rzekła, zalotnie puszczając mu oczko i jednym ruchem zdjęła z siebie mokrą sukienkę, odsłaniając bieliznę.


Wplotła dłonie w jego włosy i zaczęła całować jego twarz, zatrzymując się na ustach, a jej piersi ocierały się o jego tors i szyję. Ren wiedział, że już dłużej nie wytrzyma. Za bardzo jej pragnął, by drażnić się z nią dłużej. Zaśmiał się tylko do siebie, na myśl, że ona się do niego, najzwyczajniej w świecie, dobiera. Po czym zerwał się z łóżka i podszedł do szafy. Kątem oka zobaczył zawód w jej oczach.


-        Co robisz? Wracaj mi tu! – krzyknęła.


-        Wybacz, chcę wyrównać nasze szanse... – stwierdził z rozbawieniem, sięgnął po butelkę na szafie i wypił resztę alkoholu. Zaraz potem spojrzał na nią takim wzrokiem, że zadrżała.


Patrzyła z zachwytem, jak nagi Ren powoli zbliżał się do łóżka, na którym leżała. W jego zielonych oczach widziała płomień pożądania, coś dzikiego i przełknęła ślinę. Taki Ren najbardziej ją pociągał.


-        Myślisz, że mnie pokonałaś, co? Ale to już koniec zabawy... – rzekł z szelmowskim uśmiechem, a ona spojrzała na niego pytająco, wijąc się na prześcieradle ze zniecierpliwienia – Zapomniałaś, kto tu jest demonem seksu... – burknął tak niskim tonem głosu, że Ellę przeszył dreszcz.


-        Co z ciebie za demon, skoro się tak hamujesz? – zakpiła.


-        Ja się nie hamuję, skarbie... – zaśmiał się – Ja się z tobą droczę. – dodał jeszcze, co wywołało na jej twarzy rumieniec złości.


-        Ty...! – syknęła oburzona.


-        No co? Ja tylko chciałem nacieszyć oko moją, słodką, pijaną Ellą...


-        A niech cię... – chciała go uderzyć, ale złapał jej rękę i uśmiechnął się złośliwie.


-        Widzę, że muszę ci przypomnieć, kto tu rządzi... – rzekł zmysłowo, po czym zawisł nad nią, podtrzymując się na rękach, i liznął jej brzuch. Drgnęła, gdyż zrobił to zupełnie niespodziewanie.


Ren gwałtownie chwycił za jej stanik, między piersiami i pociągnął ją do siebie. Gdy już byli w pozycji siedzącej, zerwał go z niej i rzucił na podłogę. Zaraz potem chwycił ją w ramiona i zaczął łapczywie całować jej piersi. Później gwałtownie przycisnął ją do łódzka i przetrzymywał ręce, a ona nie protestowała. Nie miała nic przeciwko temu, że przejął inicjatywę. Kiedy Ren pieścił całe jej ciało, czuła niezwykle przyjemne mrowienie na skórze. Uwielbiała, gdy był taki zadziorny.


Przez kilka minut całowali się namiętnie i zachłannie, doprowadzając się nawzajem do szaleństwa. Oddychali głośno i szybko, a serca waliły im w piersiach. Byli już bardzo podnieceni i wciąż się dodatkowo nakręcali. Ren przemarzał się z nią, raz ją łaskocząc, a raz niemal przygryzając jej skórę.


-        Ren... – jęknęła – Ja już dłużej... nie mogę... – czuła, że już dochodzi.


-        Już? Dopiero się rozkręcam, skarbie... – odparł zmysłowo i odwrócił ją na brzuch. Wtedy w nią wszedł, a ona zacisnęła pięść na prześcieradle.


Kochali się ostro i gwałtownie, czując jak żar zalewa ich ciała. Wzdychali i jęczeli, w czasie tego namiętnego tańca, aż osiągnęli szczyt rozkoszy. Długo potem uspokajali oddech, przytuleni do siebie.


-        I kto wygrał, skarbie? – rzekł zalotnie do jej ucha i poczuł, że przeszył ją dreszcz.


-        Niech będzie, że ty...


-        Niech będzie? – uniósł brwi ze zdziwieniem – Chyba nie przyjrzałaś się zbyt dobrze tej walce... Potrzebujesz powtórki?


-        Niee... – bąknęła zarumieniona – Nie mam już sił... – nadmiar alkoholu i dzisiejsza zabawa ją wykończyła.


-        Pełne zwycięstwo! – rzekł z zadowoleniem, a ona posłała mu oburzone spojrzenie.


-        Ach, zamknij się wreszcie... – speszyła się i zamknęła mu usta pocałunkiem.


W duszy zaś przyznała jednak, że wygrał. Czuła, że musi się jeszcze wiele nauczyć, by dorównać mu doświadczeniem w tej materii. Nagle zarumieniła się. Wiedziała już, że Ren potrafił sprawić jej nieziemską rozkosz, ale nigdy nie sądziła, że każdy następny raz będzie lepszy. Kiedy już myślała, że zna szczyt, poznawała kolejny, silniejszy. Czuła, że się od niego uzależnia...


-        O czym tak myślisz? – mruknął wtulając się w jej plecy.


-        O niczym specjalnym... – odparła chrapliwym głosem.


-        Kłamczucha...


Zaśmiali się cicho i przylgnęli do swoich ciał najmocniej jak się dało. Jeszcze trochę się podroczyli, po czym oboje wyczerpani, w końcu zasnęli.

Aruell
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 83

wtorek, 16.sierpnia.2011, 00:04


Egharia: Hevan – Sha – jin (bar), wieczór


O zachodzie Słońca Ren i Ella dotarli do dużego miasta, ukrytego w Oazie, po innej stronie jeziora Osh, niż byli wcześniej. Widząc je z daleka, dziewczyna pomyślała, że przypomina starożytne arabskie metropolie na Ziemi. Wszystkie domy miały piaskowy kolor, a cale miasto otoczone było grubymi murami. Stojąc przed bramą, Ella poczuła się niepewnie. Arabski świat zawsze ja przerażał, a tu wszystko było tak do niego podobne, że miała pewne obawy, co do ich dalszej podróży. Tylko obecność Rena podnosiła ją na duchu. Wtedy poczuła, że ścisnął mocniej jej dłoń.


-        Gotowa? – spojrzał na nią – Pamiętaj, że jesteśmy małżeństwem. – rzekł z naciskiem.


-        Pamiętam... – odparła, po czym weszli do Sha-jin.


Stolica Hevanu, z pewnością była imponującym i zatłoczonym miejscem. Kwitł tutaj handel, gdyż kupców można było spotkać na każdym kroku. Ella odniosła nawet wrażenie, że jest ich tu więcej, niż w veolskim Veronie. Zauważyła też, że wszyscy są ubrani niemal identycznie, jak ona i Ren. To było pocieszające, gdyż nie wyróżniali się z tłumu. Mimo iż Sha-jin zrobiło na niej wrażenie, nie czuła się tu pewnie, dlatego nie puszczała dłoni Rena.


Po jakimś czasie weszli do jakiegoś baru, żeby odpocząć, coś zjeść i napić się. Usiedli sobie przy barze i zaczęli posiłek, który właśnie im przyniesiono. Wtedy do ich uszu dobiegła przyciszona rozmowa dwójki mieszkańców Havanu, którzy siedzieli tuż za nimi.


-        Hej, słyszałeś już o tym?


-        O czym?


-        Królowa zniknęła... – szeptał podekscytowany mężczyzna do drugiego.


-        Co? Jak to?


-        Ciiiszej. – skarcił go – Podobno uciekła z jakąś służką, która namówiła ją do opuszczenia pałacu.


-        Żartujesz? – zaciekawił się – Opuściła Jego Wysokość?


-        Tak. Podobno nie była szczęśliwa z Królem, bo zmuszono ją do tego maleństwa.


-        Coś takiego! – zdumiał się – To przecież to dopiero trzy miesiące jak wzięli ślub... I co teraz?


-        A co ma być? Całe wojsko szuka zbiegłej Królowej. Ma wrócić do pałacu, gdzie jej miejsce. Ale jej nie grozi taka kara, jak tej służce. – mówił dalej.


-        Jej też szukają?


-        No oczywiście! Przecież to ona nabuntowała królową, żeby opuściła króla! Za takie przestępstwo czeka ją kara śmierci, jak tylko ją znajdą.


-        No tak... Pewnie już rozesłali listy gończe.


-        O to chodzi, że nie. Oni nie wiedza, która służka dopuściła się tego haniebnego czynu, bo z pałacu zniknęło ich aż sześć! Szukają na oślep. – opowiadał podniecony tymi nowinami – Podobno Król wyznaczył nagrodę dla tego, kto wskaże tę służkę-zdrajczynię. Jakieś 20 tysięcy shayów!


-        Tak dużo? Ech... szkoda, że nie wiem, która to...


Po chwili Ella zauważyła zaniepokojoną twarz Rena i zrozumiała, że czymś się martwi.


-        Co się dzieje?


-        Nie podoba mi się to... – rzekł szczerze.


-        Co?


-        Te plotki. – szepnął – Jeśli są prawdziwe, to znaleźliśmy się tu w najmniej odpowiednim momencie. Sprawdzają pewnie wszystkie kobiety w stolicy i poza nią, a to może dla nas oznaczać tylko kłopoty.


-        Rozumiem. – zgodziła się z nim - To co robimy?


-        Przenocujemy tu, ale jutro o świcie opuścimy to miasto.


***


Wtorek, 12 stycznia 2012 roku, Ziemia: Londyn – dom Davida, wieczór


David był zmęczony po całym dniu pracy, zwłaszcza, że nie spał minionej nocy. Od rozmowy z Serillą nie zmrużył oka. Wciąż martwił się Mary. Wiedział, jak dziewczyna kochała siostrę i zastanawiał się, czy byłaby w stanie porzucić ziemskie życie dla niej. Ku swej rozpaczy uznał, że to bardzo prawdopodobne.


Westchnął. Czuł, że jeśli ona opuści Ziemię, to on tego nie wytrzyma. Mary była dla niego wszystkim. Nawet jeśli nie była jego dziewczyną, to sama jej obecność już mu wystarczała. Nie mógł jednak znieść myśli, że może jej już więcej nie zobaczyć. Gdy tylko wyciągnął piwo z lodówki, by się trochę napić, usłyszał pukanie do drzwi. Zdziwił się, kto może tu być o tej porze i wtedy pomyślał, że może to...


Nie pomylił się. Gdy otworzył drzwi, ujrzał Mary. Uśmiechnęła się do niego.


-        Mogę wejść? – spytała niewinnie.


-        Jasne. – wpuścił ją do środka, zastanawiając się, czemu przyszła tu tak późno – Stało się coś?


-        Nie, wszystko w porządku. – zachichotała, wiedziała, że tak pomyśli w pierwszej kolejności – Po prostu chcę z tobą o czymś porozmawiać.


-        O czym? – zaciekawił się, wstawiając wodę na herbatę.


-        O nas... – wyszeptała, a on zamarł w bezruchu.


***


Egharia: Hevan – Sha – jin (bar), wieczór


Kiedy Ren i Ella wstali, i chcieli już opuścić ten bar, by poszukać jakiegoś w miarę spokojnego noclegu, do środka weszło pięciu mężczyzn. Gdy tylko Ella ich zauważyła, schowała twarz w piersi Rena.


-        Co jest? – zdziwił się.


-        To oni... – wyszeptała.


-        Kto? – zaniepokoił się, czując że drży.


-        Tam są ci, którzy mnie sprzedali Calusowi... – rzekła cicho – Chyba nie powinni mnie tu zobaczyć. – tylko to powiedziała, a Ren spojrzał na pięciu oprychów przed wyjściem z baru i zacisnął pięści. Miał ochotę ich zabić na miejscu, ale pohamował się.


Chwilę później tamci zauważyli Elle i podeszli do nich cała bandą. Dziewczyna miała lęk w oczach i wtedy poczuła, że Ren otoczył ją jednym ramieniem i mocno do siebie przycisnął. Gdy spojrzała w jego zielone oczy, które wyrażały teraz gniew, niewytłumaczalnie się uspokoiła.


-        Hej! Jak śmiałaś zwiać Calusowi! Powinno się cię wychłostać! – syknął szef bandy, ignorując zupełnie Rena, któremu aż brew drgnęła ze złości – Jesteś jego niewolnicą, nie dociera?! Pójdziesz z nami! – krzyknął i chciał sięgnąć po nią dłonią, ale poczuł uderzenie w rękę i wtedy dopiero zauważył wysokiego mężczyznę z blizną, pod okiem.


-        Chyba jesteś ślepy... – rzekł Ren tak zimnym tonem, że cała piątka zadrżała – Jakbyś nie zauważył, ja też tu jestem.


-        Nie wiem, kim jesteś... – rzekł niepewnie szef bandy – Ale to nie twoja sprawa, nie mieszaj się! Ta dziwka uciekła naszemu klientowi, który zarekwirował nasz majątek i nie zwróci nam go, dopóki ona nie wróci do swego pana! – krzyczał na głos, więc wszyscy w barze słyszeli całą rozmowę.


-        Jak ją nazwałeś? – syknął Ren, z całych sił starając się nad sobą panować.


-        Dziwką! A jak można nazwać niewolnicę, która ucieka od swego pana i... – nie zdołał dokończyć, bo poczuł tak silne uderzenie Rena, że zachwiał się i upadł na podłogę, co wprawiło w zaskoczenie jego kompanów i całą widownię.


-        Słuchaj, ty sukinsynu! – wrzasnął gniewnie – Jeszcze raz nazwiesz tak moją żonę, a wyśle cię do zaświatów! I to ekspresem! – rzekł z naciskiem. Jego oczy płonęły od gniewu, a handlarzy zatkało.


-        Jak ty powiedziałeś... – zawahał się jeden z nich – Żonę? Ona jest twoją żoną? – nie mógł uwierzyć, a on pokazał im ich obrączki.


-        Coś kiepsko ją pilnowałeś, w takim razie... – zadrwił ich szef, a Ren nie wytrzymał. Jednym ruchem chwycił go za klapy i uniósł nad podłogę. Zbir zaczął uderzać w jego ręce, by się obronić, ale Ren trzymał go w stalowym uścisku.


-        To, że zostaliśmy z żoną rozdzieleni, nie znaczy, że wy mieliście prawo wykorzystać sytuację i wziąć moją bezbronną żonę do niewoli! – syknął ostro – I pragnę ci przypomnieć jeszcze coś... Handlując mężatką, złamaliście ważne prawo Hevanu. Wiecie jaka jest za to kara, prawda? Śmierć! – rzekł to tak głośno i dobitnie, że handlarze zadrżeli.


Odrzucił szefa bandy tak mocno, że wylądował kilka metrów dalej, na podłodze. Wszędzie dało się słyszeć szepty oburzonych klientów baru i ich pełne odrazy spojrzenia, skierowane na pięciu oprychów, którzy od razu zrozumieli, że mają poważne kłopoty. Szef bandy podniósł się nerwowo z ziemi i zerknął na ironicznie uśmiechającego się Rena.


-        Jeszcze nam zapłacisz za to upokorzenie! – syknął w stronę bruneta, po czym, całą bandą, pospiesznie opuścili bar.


Ren także chwycił Ellę za rękę i wyprowadził na zewnątrz. Dziewczyna była w takim szoku, po tym wydarzeniu, że nawet nie zauważyła, dokąd ją prowadził Alren. Kiedy w końcu zatrzymali się przed jakimś motelem, na obrzeżach miasta, wreszcie spojrzał na nią, po długim milczeniu. Jego twarz złagodniała, gdy zobaczył jej rumieńce.


-        Czemu jesteś taka czerwona? – zaśmiał się cicho, a ona ocknęła się i spojrzała na niego z mieszanką podziwu i miłości.


-        Tak sobie... – mruknęła zawstydzona swoimi myślami, po czym kierując się impulsem, wspięła się na palce i pocałowała go prosto w usta, zaskakując go nieco. Gdy się odsunęła, uśmiechnął się tylko tajemniczo.


-        Wejdziemy? – spytał, chwytając ją za rękę, a ona skinęła głową z zadowoleniem.

Aruell
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 82

poniedziałek, 15.sierpnia.2011, 00:13
Egharia: Hevan – Oaza Osh, ranek

 


Kiedy tak siedzieli, przytuleni do siebie, Elli coś się przypomniało. Odsunęła się więc i zarumieniła na samą tę myśl, co zwróciło uwagę Rena.


-        Co jest? – zaśmiał się wesoło, widząc jej zakłopotaną twarz.


-        Tak mi się przypomniało... – rzekła nieśmiało – Gdy ratowałeś mnie przed Calusem i jego bandą, mówiłeś im, że jestem twoją żoną... – zarumieniła się jeszcze bardziej, a Rena oświeciło.


-        Ach, o to ci chodzi... – zaczął się śmiać.


-        Hej, nie śmiej się tak! – oburzyła się nieco – Jestem tylko ciekawa... po prostu... czemu? – spojrzała mu w oczy.


-        Dlatego, że znam prawo Hevanu. – rzekł tajemniczo.


-        To znaczy? – zainteresowała się.


-        To bardzo specyficzny kraj. Kobiety pełnoletnie i niezamężne, które wychodzą spod opieki prawnej rodziców - nic tu nie znaczą. Dopóki nie mają męża, są bezbronne, poza prawem. – rzekł z odrazą w głosie – Wtedy najczęściej trafiają do niewoli, jeśli są nieostrożne...


-        To okropne! – wzdrygnęła się.


-        Tak... Dlatego, między innymi, nie lubię tego kraju. – westchnął  - W każdym razie, kiedy kobieta ma już męża, jej sytuacja diametralnie się zmienia. Zyskuje wiele praw i staje się wtedy niemal nietykalna. Inni mężczyźni nie mogą się do niej zbliżyć, pod karą chłosty i więzienia, natomiast handel mężatkami jest karany śmiercią. – wyjaśnił.


-        Rozumiem... – w końcu się uśmiechnęła – Więc gdybym była twoją żoną, oni nie mieliby prawa mnie sprzedawać i w ogóle nie powinnam wtedy znaleźć się w niewoli, a poza tym stałabym się nietykalna wg prawa Hevanu...


-        Właśnie... – potwierdził.


-        Ale my nie jesteśmy małżeństwem... To kłamstwo się wyda. – zauważyła i wtedy poczuła, że unosi jej lewą dłoń.


-        Ależ my mamy dwa dowody na to, że jesteśmy małżeństwem... – mruknął zmysłowo, a ona spąsowiała – Obrączki i „więź dusz”. Przecież oni nie wiedzą, do czego naprawdę służą te obrączki ani czym jest ta więź. Łatwo im wmówić, że to skutek ceremonii ślubnej. Zwłaszcza, że jesteśmy obcokrajowcami. – rzekł wesoło.


-        No tak... – zrozumiała.


-        Ello... – rzekł teraz już poważnie, co zwróciło jej uwagę – Dopóki będziemy w Hevanie, jesteśmy mężem i żoną, rozumiesz?  W ten sposób unikniemy wielu problemów... Zapamiętaj to. – rzekł z naciskiem.


-        Dobrze.


-        Gdyby ktoś pytał, zawsze pamiętaj, by zaznaczyć, że jesteśmy małżeństwem.


-        W porządku, obiecuję... – powiedziała zdecydowanie, a on wtedy odpuścił.


Po chwili zauważył, że siedziała mocno zarumieniona i obracała na palcu swoją obrączkę. Zaśmiał się cicho. Wiedział, co jej teraz chodziło po głowie.


-        Wiem, o czym tak myślisz... – rzekł figlarnym tonem głosu.


-        Co? – obudziła się nagle.


-        Chciałabyś, bym naprawdę był twoim mężem... – rzekł jej zmysłowo do ucha, a ona spłonęła rumieńcem. Przypomniała sobie, że już kiedyś się tak z nią droczył. Wtedy, gdy założył jej obrączkę od Theliny.


-        Nie miałabym nic przeciwko temu... – powiedziała zdecydowanie, patrząc mu w oczy. Od tamtej pory nie zmieniła zdania, w tej kwestii.


Zaskoczyła go nieco. Tylko żartował, a ona odpowiedziała mu aż nazbyt poważnie. Zaśmiał się więc cicho.


-        Żartowałem, Ello... – powiedział wesoło i od razu ujrzał zawód w jej oczach.


-        Wiem. Szkoda, myślałam, że tym razem... – urwała, czując jego dłoń na policzku.


Ujął jej podbródek i zmusił, by na niego spojrzała. Gdy zobaczyła jego pełne pożądania, zielone oczy, serce zaczęło jej bić mocniej.


-        Kto wie, może kiedyś... – rzekł zmysłowo i pocałował ją tak namiętnie, że zadrżała.


***


Wtorek, 12 stycznia 2012 roku, Ziemia: Madryt – rodzinny dom Carmen, ranek


Nick dotrzymał obietnicy i z samego rana pojechał z Carmen do jej domu, by odwiedzić jej mamę. Na miejscu okazało się, że jest z nią źle. Miała wysoka gorączkę, okropnie kaszlała i leżała w łóżku. Carmen była bardzo zmartwiona.


-        Co robić? Trzeba ją zawieźć do szpitala... – mówiła niespokojnie, patrząc na Nicka w kuchni.


-        Mam lepszy pomysł. Zaczekaj. – odpowiedział i wykonał jakiś telefon.


-        Do kogo dzwoniłeś? – zapytała z ciekawości.


-        Do Diego, mojego kolegi z Madrytu. Jest lekarzem. – wyjaśnił – Będzie tu za pół godziny.


-        Ale...


-        Zbada twoją mamę i wypisze leki. Wykupimy je i wszystko będzie dobrze. – odparł ciepło, a Carmen zrobiło się miło na sercu.


-        Dziękuję. – odparła zarumieniona i wtedy poczuła jego dłoń na policzku.


-        Będzie zdrowa, nie martw się już. – uśmiechnął się i czule pocałował ją w usta.


Rzeczywiście pół godziny późnej przyjechał Diego, który stwierdził, że mama Carmen ma źle leczone zapalenie oskrzeli. Wypisał recepty, które wykupili razem z Nickiem w miejscowej aptece. Nick podziękował koledze i obiecał mu spotkanie towarzyskie, po czym podał lekarstwa chorej. Carmen wciąż nie wierzyła, że on tu jest i pomaga jej mamie. Była tym wzruszona.


-        Nick... – szepnęła, gdy jej mama zasnęła, a oni byli sami w kuchni.


-        Nic nie mów. Kocham cię. – wyznał i przytulił ją, a ona już się nie odzywała, nie chcąc psuć tej sielankowej chwili.


***


21 dzień muedrilu 8976 roku, Egharia: Hevan – Oaza Osh, około południa


Około południa Ren i Ella wyruszyli w podróż do Sha-jin, przez Oazę Osh. Ren przecinał gęste zarośla szablą. Szli wolno i ostrożnie, jedno za drugim.


-        Patrz pod nogi. – ostrzegł Ren – Tu jest bardzo dużo węży i innego paskudztwa.


-        To mnie pocieszyłeś... – westchnęła – Mam nadzieję, że już nigdy nie ujrzę tych paskudnych wężo-rekinów. – zadrżała na samo wspomnienie, a on odwrócił się do niej, zdumiony.


-        Czego?


-        No co? Tak wyglądał. Jak wąż z gębą rekina! – zmieszała się – Myślałam, że już po mnie...


Ren zamarł. Po chwili zastanowienia domyślił się, o co chodzi. Przeraził się na myśl, że Ella spotkała się z tym potworem.


-        Zaatakował cię Gorron? – głos mu się załamał – Kiedy?!


-        A więc tak się nazywają? Ech... Zaraz po przebudzeniu. – odparła – Gdyby nie ci handlarze niewolników, już bym nie żyła.


Ren zamilkł. Nie mógł znieść myśli, że go przy niej nie było od początku. Tak mało brakowało. Dziewczyna ujrzała troskę na jego twarzy i zaśmiała się, zaskakując go.


-        Z czego się śmiejesz? – nie rozumiał.


-        Jesteś taki uroczy, gdy się martwisz! – rzekła wesoło, a on zarumienił się.


Ella otworzyła usta z zachwytu. Bardzo rzadko mogła zobaczyć jego rumieńce i za każdym razem było to dla niej ekscytujące doświadczenie.


-        Chodźmy... – rzekł zakłopotany i zaczął dalej torować im drogę.


Po godzinnym marszu dotarli do dużej polany piachu, pozbawione drzew i zarośli, za którą rozciągała się dalsza część oazy. Dziewczyna odetchnęła z ulga, myślą, że wreszcie nie ma zarośli. Nie zauważyła zaniepokojenia na twarzy Rena i zrobiła kilka kroków naprzód. Już miała postawić stopę na piasku, gdy w ostatniej chwili złapał ją Alren.


-        Nie ruszaj się! – wystraszył ją.


-        Co się stało?


-        To nie jest zwykły piasek... – westchnął Ren – To pole ruchomych piasków.


-        Ruchomych? – zdziwiła się, a Ren podniósł z ziemi jakiś większy kamień.


-        Zaraz zobaczysz. – rzekł krótko i rzucił kamieniem przed siebie.


W chwili gdy kamień dotknął podłoża, zapadł się pod ziemię w ułamku sekundy. Ella przełknęła ślinę. Mało brakowało, a skończyłaby tak samo. Znów zawdzięczała życie refleksowi Rena, więc spojrzała na niego z wdzięcznością.


-        Ech... Przypominają mi się stare czasy... – westchnął ciężko.


-        Przepraszam... – zarumieniła się, wiedząc, że myślał o tym, jak na samym początku nieustannie sprawiała mu problemy, jeszcze w Veolii.


-        Wybaczam. – zaśmiał się i porwał ją na ręce. Serce mocniej jej zabiło.


-        Co robisz?


-        Nic. Ruszamy dalej. – odparł zwyczajnie, unosząc nad ziemię.


Przelecieli nad polem ruchomych piasków, a Ella przypomniała sobie o lewitacji. Ukryła twarz w jego piersi i zarumieniła się. Myślała sobie, jakie ma szczęście, mając takiego mężczyznę przy sobie.


Ren wyładował po drugiej stronie, już na bezpiecznym gruncie i spojrzał na nią pytająco.


-        Co tak chowasz twarz? – spytał wesoło.


-        Tak sobie... – ujrzał jej zarumienioną buzię i o nic już nie pytał, tylko postawił ją na ziemi.


-        Idziemy, Ello... – uśmiechnął się od niej i chwycił jej dłoń, widząc, że stawia stopy bardzo niepewnie.


Ella ścisnęła mocno jego dłoń i podążyła za nim w dalszą drogę, wiedząc, że przy nim nic jej nie grozi.

Aruell
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 81

sobota, 13.sierpnia.2011, 18:08
BONUS!!

***

21 dzień muedrilu 8976 roku, Egharia: Hevan – Oaza Osh, około 3:00


Ella obudziła się, ale nadal nic nie widziała. To ją ogromnie zmartwiło. Zaczęła więc macać dookoła siebie podłoże, pełne gałązek i liści, ale nie wyczuła nigdzie jego ciała.


-        Ren? Jesteś tutaj? – powiedziała nieśmiało, ale odpowiedziała jej cisza – Ren! Gdzie jeste... – nie dokończyła, bo poczuła gorący oddech na swoich plecach z tyłu.


Wstrzymała oddech. Przez chwilę wystraszyła się, że znów znalazła się w nieodpowiednim miejscu i czasie, na przykład w rękach handlarzy niewolników. Jednak wtedy poczuła dotyk ciepłej i dużej dłoni na swoim ramieniu. Ktoś przesunął nią po jej ręce, aż do nadgarstka, po czym uniósł jej drobną dłoń i pocałował czule. Wtedy zrozumiała. Znała, aż za dobrze ten dotyk.


-        Dlaczego mnie straszysz, Ren? – mruknęła odchylając głowę tak, by dotknęła jego piersi z tyłu.


-        Wybacz... – mruknął jej do ucha – Pomyślmy, jak mógłbym cię za to przeprosić... – rzekł tak zmysłowo, że zaczęła ciężej oddychać.


-        Ren... – westchnęła, gdy jednym, zdecydowanym ruchem szarpnął za górę jej sukienki, stojąc za nią.


Mimo iż nic nie widziała, czuła jego gorący oddech na nagich plecach i  zmysłowy dotyk jego dłoni. Zaraz potem zaczął ją całować i lizać na zmianę, wzdłuż kręgosłupa i między łopatkami. Zadrżała. Miała wrażenie, że nie widząc, odczuwa to wszystko jeszcze intensywniej, niż zwykle.


W końcu nie wytrzymała i odwróciła się gwałtownie do niego przodem. Wymacała jego twarz i zaczęła namiętnie całować, a on przyciągnął ją do siebie. Czuła, że jest już bardzo podniecony i na oślep ściągała z niego ubrania. Jednocześnie pozwalała, by całował jej szyję i dekolt.


-        Ren... Pragnę cię... – wymruczała.


-        Wiem, ziółko... – odparł jej równie zmysłowo i zacisnął dłonie na jej pośladkach, całując ją tak łapczywie, jakby chciał odebrać jej oddech.


Za chwilę autentycznie się dusiła, więc oderwała się od niego, łapiąc nerwowo powietrze. Serce waliło jej jak szalone. Miała wrażenie, że krew w jej żyłach ją parzy, a skóra płonie pod wpływem pieszczot Rena. W końcu sama też zaczęła całować jego tors, schodząc niżej i niżej, aż poczuła, że Ren się poruszył i przygniótł ją swoim ciałem.


-        Niecierpliwisz się... – stwierdził.


-        A żebyś wiedział...


Zaśmiał się cicho, po czym w nią wszedł. Pot zalewał jej ciało, a na usta cisnęło się wciąż to samo słowo: „Ren”. Wzdychała z rozkoszy, aż poczuła spełnienie i wówczas...


Ella obudziła się. Była cała spocona i zasapana. Dopiero po chwili do niej dotarło, że to był tylko sen. Odkryła, że nadal nie widzi i tylko westchnęła zawiedziona. Złapała się za głowę, po czym dotknęła swoich policzków. Płonęły z emocji.


-        Matko, chyba jestem niewyżyta... – mruknęła do siebie, nieświadoma, że swoją gwałtowną pobudką obudziła Rena.


-        Czyżbyś miała jakiś nieprzyzwoity sen? – spytał chrapliwym, rozbawionym głosem, aż podskoczyła.


-        Obudziłam cię? Wybacz...


-        Więc? – poczuła jego oddech na plecach, jak we śnie i puls jej gwałtownie przyspieszył – Pewnie odegrałem w nim główną rolę, co?


-        Powiedzmy, że tak... – bąknęła, ocierając pot z czoła.


-        Powiedzmy? Coś mi się widzi, że ktoś tu kłamie. – rzekł zmysłowo, szarpiąc za górę od sukienki, dokładnie tak, jak w jej śnie, aż ją zamurowało.


-        Czekaj... Tylko mi nie mów, że ty... – przełknęła głośno ślinę – Widziałeś ten sen?


-        Tak jakby... – mruknął, całując jej plecy.


-        Teraz to ty kłamiesz. Osz ty... podstępny... – jęknęła nagle, bo natrafił na jej słaby punkt – Znowu użyłeś tego czaru?


-        Nie... – rzekł zmysłowo, całując jej kark - Tym razem tylko bezwstydnie odwiedziłem twój sen. To, co ci się śniło, wytworzyła twoja wyobraźnia, nie czary. Ja tylko go ujrzałem, dzięki magii... – dodał, przewracając ją na plecy.


-        Mogłeś mnie uprzedzić! – oburzyła się.


-        Wtedy nie byłoby zabawy. – zakpił wesoło, po czym pocałował jej pierś – Swoją droga, ładne rzeczy ci się śnią, ziółko... Coś mi się zdaje, że czekają mnie pracowite czasy. – rzekł znacząco, a ona spłonęła rumieńcem.


-        Ren, na litość! – bąknęła zakłopotana.


-        Nie udawaj niewiniątka, po tym co widziałem... – rzekł i zdjął jej sukienkę – Skoro tak o tym marzysz, spełnię twe życzenie i to natychmiast. – pocałował ją, w najbardziej intymnym miejscu, aż jęknęła z rozkoszy.


-        A co z tym niebezpieczeństwem, o którym mówiłeś?


-        Najwyżej dziś zginiemy...


***


Poniedziałek, 11 stycznia 2012 roku, Ziemia: Londyn – Kościół St. Bartholemew the Great, noc


W komnacie Serili zapadło długie milczenie, które w końcu przerwał David. Coś bowiem nie dawało mu spokoju, odkąd o tym wszystkim myślał.


-        Serillo, skoro Ella jest księżniczką, to czy Mary i jej rodzice też są rodziną królewską? – spytał z wahaniem, a kobieta uśmiechnęła się.


-        Nie. Ella jest księżniczką, bo jest reinkarnacją pierwszej królowej Miryonu, a nie dlatego, że jej rodzice są z rodu królewskiego. To, z e Ella jest księżniczka, nie oznacza, że Mary też nią jest. – wyjaśniła – Dlatego to Ella przeniosła się do Egharii, a nie Mary.


-        Powiedzmy, że rozumiem. – odparł spokojnie.


-        Ale jest jeszcze coś, o czym musisz wiedzieć, Mary. – Serilla zwróciła się do niej – Wcale nie musisz rozstawać się z siostrą.


-        Co? Jak to? – podekscytowała się.


-        Jeśli Ella wypełni swą misję, każdy Miryończyk na Ziemi, który będzie tego chciał, może wrócić do świata Egharii. Ponieważ zas ty i twoim rodzice jesteście Miryończykami, będziecie mogli wybrać, czy chcecie tam wrócić, czy zostać tutaj. – powiedziała rzeczowo, a Davida aż zmroziło.


-        Ale to będzie równoznaczne z naszym rozstaniem, prawda? – spytał odruchowo David, zaskakując Mary.


-        Tak. Ludzie nie mogą mieszkać w Egahrii. Zginałbyś tam kilka godzin po przybyciu. – odparła, co go zasmuciło.


Mary zrozumiała, dlaczego David się martwi. Kochał ją i bał się, że ona zdecyduje się opuścić Ziemię. Musiała przyznać, że przeszło jej to przez myśl, ale ostatecznie nie wyobrażała sobie życia poza Ziemia, bez niego. Jednak on jeszcze o tym nie wiedział.


Chwilę później pożegnali się z Serilla, która zapewniła, że będzie ich informować na bieżąco o losach Elli w Egharii i że zawsze mogą ją odwiedzić, a następnie pojechali do domu. David był zmartwiony, a Mary milcząca. Oboje mieli o czym myśleć.


***


21 dzień muedrilu 8976 roku, Egharia: Hevan – Oaza Osh, ranek


Rano, kiedy Ella się obudziła, odruchowo otworzyła oczy i aż serce mocniej jej zabiło, gdy odkryła, że znów widzi. Co to była za ulga!


To było wspaniałe uczucie, ujrzeć gęste zarośla i palmy, otaczające małe jeziorko z błękitną wodą. Smugi światła słonecznego przebijały się przez liście drzew. Wzięła głęboki oddech i dopiero po chwili, zorientowała się, że znów u jej boku nie ma Rena. Zaczęła więc się rozglądać, aż natrafiła na niego, kiedy stał, zanurzony do pasa w wodzie.


Przełknęła ślinę, widząc, jak krople wody spływają po jego nagim torsie, a jego szafirowy naszyjnik mieni się w promieniach Słońca. W dłoni trzymał coś na wzór dzidy i dopiero po chwili zorientowała się, że łowił ryby. Nawet w tak prozaicznej sytuacji, wyglądał bosko...


Jej policzki nagle zapłonęły, gdy przypomniała sobie swój wczorajszy sen i jego kontynuację w rzeczywistości po przebudzeniu, jeszcze w nocy. Oboje byli sobą nienasyceni, aż w końcu wyczerpani ponownie zasnęli.


Potrząsnęła głową i znów spojrzała na Rena. Nadal milczała, chcąc na niego popatrzeć w spokoju, aż natrafiła na jego figlarne, zielone spojrzenie. Zarumieniła się, gdy wyszedł z wody z dwoma rybami, przebitymi ostrym kijem. Nie miał na sobie żadnego ubrania, więc miała na co popatrzeć...


-        Dzień dobry, Ren... – mruknęła zachwycona, a on skwitował jej pożądliwe spojrzenie szelmowskim uśmiechem.


-        Wygląda na to, że już widzisz... – rzekł znaczącym tonem głosu, ubierając spodnie, a ona znów się zakłopotała.


Po chwili ubrał się całkowicie i ponownie zachwycił Ellę swoim wyglądem. Białe spodnie i tunika, która odsłaniała jego tors oraz czarny pas. Cały ten strój doskonale podkreślał jego ciemną skórę i włosy. Wystarczyło mu jedno spojrzenie, by wiedzieć, że robił na niej wrażenie.


-        Nareszcie cię widzę... – ucieszyła się i podeszła do niego.


-        To dobrze. – zaśmiał się i widząc, że nadal pożera go wzrokiem, pocałował ją w nos, co ją rozbawiło – Idę usmażyć nam śniadanie. – rzekł wesoło i zaczął piec rybki na ogniu.


-        Wolałabym zjeść ciebie... – mruknęła żartobliwie.


-        O? Nie sądzę, bym był smaczny... – zaśmiał się – Poza tym... Jestem od zaspokajania innych potrzeb, niż głód, prawda? – puścił jej oczko, a ona spłonęła rumieńcem.


-        Jesteś bezwstydny... – bąknęła, widząc gdzie patrzył.


-        Dopiero teraz to odkryłaś? – zakpił z rozbawieniem.


-        Bo się doigrasz! – burknęła wesoło i usiadła koło niego.


-        Już się boję. – prychnął, dotykając jej piersi, w najbardziej wrażliwym dla niej miejscu, aż odskoczyła delikatnie.


-        Bezwstydnik... – westchnęła szczęśliwa, że jest przy niej.

Aruell
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 80

sobota, 13.sierpnia.2011, 00:01
20 dzień muedrilu 8976 roku, Egharia: Hevan – Oaza Osh, noc

Ren zaniósł Ellę aż do jeziora Osh, będącego w centrum tej pustynnej oazy. Trafił tam bez trudu, gdyż dobrze znał tę okolicę. Podróżował po świecie przez wiele lat i był prawie w każdym kraju. Tylko jednego miejsca nie odwiedził, ale nie był to Hevan.


Kiedy posadził Ellę pod palmą i rozpalał ognisko, dziewczynie zrobiło się chłodno. Było jej tak ciepło tuż przy nim. Gdy się odsunął, to już co innego.


-        Chłodno trochę... – potarła ramiona.


-        Och, czyżbyś już tęskniła za moim ciepłem. – rzekł figlarnym tonem, a ona się zarumieniła.


-        Widzę, że wreszcie jesteś sobą...


-        Co masz na myśli? – zdziwił się.


-        Na Ziemi byłeś taki miły i kulturalny, że co chwilę się zastanawiałam, czy to na pewno ty. – prychnęła wesoło, a on się roześmiał.


-        Ach rozumiem... – znów się zarumieniła, gdy poczuła jego oddech na swej twarzy i usłyszała ten znaczący ton głosu – Zawsze wiedziałem, że lubisz niegrzecznych chłopców. – zażartował, a ona cała spąsowiała.


-        Ren... – przełknęła ślinę zakłopotana, po czym usłyszała jego śmiech.


-        Poczekaj tu na mnie, pójdę po daktyle. – powiedział już zwyczajnie.


-        Nie idź... – wystraszyła się nagle i złapała go na oślep za płaszcz.


Spojrzał na nią z góry i uśmiechnął się do niej. Kucnął na chwilę i podniósł nieco jej podbródek, składając na jej ustach słodki, figlarny pocałunek.


-        Nie martw się, wrócę... – rzekł tak zmysłowo, że momentalnie zrobiło jej się gorąco.


-        Oby szybko... – zarumieniła się, a on się zaśmiał i zniknął na kilka minut.


Wbrew swoim obawom, nie musiała długo czekać na Rena. Wrócił bardzo szybko i po chwili jedli już bardzo słodkie owoce, przypominające daktyle, tylko że dwa razy większe i pili sok z kokosów. Ella uspokoiła się, że siedzi zaraz obok niej.


-        Widzę, że jest tu dokładnie tak, jak na ziemskiej pustyni. W dzień ukrop, a w nocy chłód. – zauważyła.


-        Tak...


-        Co to za kraj, Ren? Obiło mi się o uszy, że nazywa się Hevan... – była nieco zaniepokojona – Gdzie to właściwie jest?


-        Hevan znajduje na północnym krańcu kontynentu, zwanego Saves. – zaczął spokojnie – To bardzo duży kawałek lądu, zajmujący niemal całą półkulę zachodnią Egharii. Kraj ten leży blisko równika, więc jest tu bardzo gorąco, przez cały rok.


-        Czyli jesteśmy bardzo daleko od Veolii?


-        Owszem, Veolia to tylko mała wyspa, na północy. – uśmiechnął się do siebie. Jak zwykle była ciekawa.


-        A ten kraj, do którego mamy się udać... – zapomniała, jak się nazywa – Też jest daleko stąd?


-        Aloria? Cóż, wbrew pozorom, nie jest to daleko... – zawahał się – Aloria to duża wyspa na wschód stąd. Znajduje się dokładnie w centrum Egharii...


-        Zatem powinniśmy dotrzeć tam w miarę szybko. – ucieszyła się.


-        Nie był bym tego taki pewien. – rzekł poważnie – Mimo że to blisko, dostanie się tam będzie bardzo trudne.


-        Dlaczego?


-        Jest wiele powodów. – westchnął – Po pierwsze bardzo trudno opuścić Hevan. Ten kraj ma bardzo skomplikowane i nielogiczne czasami prawo, a musimy mieć pozwolenie na opuszczenie go, by skorzystać ze statku. Tylko drogą morską można dostać się do Alorii.


-        A nie możemy polecieć? – przypomniała sobie o lewitacji.


-        Nie... W przestrzeni stu kilometrów wokół wyspy Alorii nie działa żadna magia, dlatego to niemożliwe.


-        A czemuż to? – zdziwiła się.


-        Aloria to wyjątkowy kraj... Praktycznie nie do zdobycia. - rzekł z lekkim uśmiechem – Nie bez powodu nazywają to miejsce Krainą Bogów.


-        To znaczy, że tam są bogowie? – zaśmiała się.


-        Nie... – machnął ręką – Ale o tym może innym razem. Wracając do naszej podróży. Może być ciężko zdobyć to pozwolenie. Dużo będzie zależało od szczęścia.


-        A jakie są inne przeszkody?


-        No właśnie, kolejny problem jest z samą Alorią... – rzekł poważnie – Kraj ten jest bardzo dobrze chroniony. Nie każdy ma tam wstęp. Chroni go magiczna bariera i jeśli im się nie spodobamy, nie wpuszczą nas.


-        Ale przecież może nam pomóc ta Syriana, czy jak jej tam albo Thelina, prawda? – analizowała sytuację.


-        Dobrze myślisz... – pochwalił ją i uśmiechnął się – Dlatego to mniejszy problem. Najpierw jednak musimy opuścić Hevan.


-        Dobrze, więc skupmy się na tym. – rzekła spokojnie i wtuliła się w jego ramię, a on uśmiechnął się.


***


Poniedziałek, 11 stycznia 2012 roku, Ziemia: Londyn – Kościół St. Bartholemew the Great, wieczór


David i Mary pojechali wieczorem do Kościoła, w którym wcześniej była Ella, by spotkać się z tą tajemniczą kobietą – Serillą. Mieli nadzieję poznać w końcu prawdę. Nie mieli pewności, czy ją znajdą ani czy zechce im cokolwiek wyjaśnić, ale musieli zaryzykować.


Kiedy byli w środku Kościoła odkryli, że są tam sami, dopóki Mary nie zbliżyła się do ołtarza. Ujrzeli wtedy te same wrota do podziemi, co Ella wcześniej. Niepewnie zeszli po schodach na sam dół i ujrzeli ogromna salę z ołtarzem, która tym razem była pusta. Mimo to wystrój tego wnętrza sprawił, że mieli ciarki na plecach. Kiedy rozglądali się w okolicy ołtarza, nie wierząc własnym oczom, usłyszeli kobiecy, władczy głos.


-        Czego tu szukacie? – spytała ostro Serilla, wyłaniając się zza ściany, niczym duch.


-        Ciebie. – odparła Mary, z zaciętym wyrazem twarzy.


Serilla przyjrzała się siostrze Elli. Wiedziała, że tylko dlatego, że była Miryonką, mogła tu wejść. Tylko miryońska krew otwierała wrota do tej części Kościoła. Kobieta domyślała się, po co Mary to przyszła. Spodziewała się jej wizyty prędzej czy później i już dawno postanowiła wszystko jej wyjaśnić.


-        Rozumiem. – powiedziała, patrząc przez chwilę w milczeniu, w oczy Mary – Chodźcie za mną, a poznacie prawdę. – rzekła stanowczo, odwracając się w stronę ściany.


-        Skąd wiesz, o czym pomyślałam? – zlękła się Mary.


-        Ponieważ potrafię czytać w myślach, moje dziecko. A teraz zamilknij i chodź ze mną. – poleciła.


Gdy tylko uniosła rękę w ścianie pojawiły się magiczne drzwi do jej prywatnej komnaty. Żywa magia po raz kolejny zmroziła Mary i Davida, którzy jednak poszli posłusznie za nią.


Na miejscu podano im herbatę i siedli do wspólnego, okrągłego stołu. Serilla była spokojna i opanowana, a oni drżeli z emocji i strachu przed tym, czego mogą się dowiedzieć.


-        A zatem słuchajcie uważnie. Przyjmiecie każde me słowo, jako prawdę, a nie wymysł fantastyki. W przeciwnym razie, możecie już teraz stąd wyjść.


-        Dobrze... – skinęli głowami i zamienili się w słuch.


Serilla opowiedziała im wszystko od samego początku. Nie pominęła niczego, każdym słowem wywołując u nich coraz większe zdumienie, a nawet szok. Gdy skończyła zapadło długie milczenie. Mary i Davidowi ciężko było uwierzyć w to wszystko, ale wiedzieli, że to musi być prawda. Mieli na to aż nadto dowodów.


-        Czyli Ella może tu już nie wrócić? – analizowała wszystko.


-        Tak. Jeśli wybierze Egharię, na Ziemi – umrze. – powiedziała poważnie Serilla.


-        Jeśli Alren nie może żyć tutaj, to jasne, że wybierze Egharię... – zmartwiła się.


-        Cokolwiek postanowi, musisz uszanować jej decyzję, Mary.


***


20 dzień muedrilu 8976 roku, Egharia: Hevan – Oaza Osh, noc


Minęło kilkanaście minut, które spędzili siedząc w milczeniu. Ella martwiła się o swój wzrok i modliła w duchu, by rzeczywiście jutro się okazało, że znów widzi. Ren wiedział, co zaprząta jej myśli.


-        Nie martw się, na pewno mikstura w końcu przestanie działać...


-        Wiem, tylko pytanie, kiedy. – zasmuciła się – Tak bardzo chcę cię zobaczyć... – mruknęła, a jemu serce zabiło mocniej.


Na jego twarzy pojawiły się rumieńce, kiedy Ella macała jego twarz palcami, z uśmiechem. Miała takie ciepłe i miękkie dłonie. Teraz, gdy nie widziała, nie dbał o to, czy się rumienił czy nie. Po chwili wstrzymał oddech, gdy poczuł, że wkłada swe ręce pod jego tunikę. Przełknął ślinę, gdy zaczęła gładzić napiętą skórę jego torsu. W końcu nie wytrzymał i chwycił jej dłonie.


-        Co robisz? – zaśmiał się zmysłowo.


-        To, na co mam ochotę... – mruknęła, zaskakując go nieco.


-        Hej ziółko... – zachichotał – A pamiętasz o ostrzeżeniu Theliny? I tak nieźle naruszyliśmy zasady... – rzekł przesuwając dłonią po wewnętrznej stronie jej ręki, aż po pachę, co ją poruszyło.


-        Nie dbam o to już... – rzekła zarumieniona – Nie mam nic przeciwko połączeniu się z tobą pełną więzią. – pocałowała jego usta delikatnie, oplatając ramionami jego szyję, a jemu puls podskoczył.


-        A wiesz, że potem nie będziesz w stanie być z innym mężczyzną? – szepnął jej do ucha – A to oznacza, że będziesz musiała zostać, z takim diabłem jak ja, do końca... – tym razem to jej puls podskoczył.


-        Z tobą mogę pójść wszędzie, nawet do piekła. – pocałowała go znowu, czując jego rosnące podniecenie.


-        Czyli ostatecznie ignorujemy ostrzeżenie Theliny? – zachichotał jej do ucha.


-        Tak... Chyba, że ty planujesz mieć inne kobiety w przyszłości... – rzekła prowokacyjnie, aż uniósł jedną brew do góry.


-        Może... Kto wie? – rzekł wesoło i zaraz ujrzał oburzenie na jej twarzy.


Nic więcej już nie powiedział, tylko obdarzył ją namiętnym pocałunkiem, który rozpalił jej zmysły.


-        Jesteś tylko ty... Na zawsze. – szepnął jej zmysłowo do ucha, a ona zamarła z wrażenia.


-        Ren... – spąsowiała.


Po chwili znów się całowali, ale nim zupełnie się zatracili, Ren odsunął się nieco, dając jej znak, że nic z tego.


-        Nadal się przejmujesz tą więzią? – rzekła z zawodem i zdziwieniem.


-        Nie, Kotku. – zaśmiał się cicho – Ale tu jest zbyt niebezpiecznie. Powstrzymajmy się dopóki nie znajdziemy się w spokojniejszym miejscu. – wyjaśnił.


-        No dobrze... – westchnęła zawiedziona, co go rozbawiało.


-        Chodźmy spać, moje ty ziółko. – powiedział wesoło, po czym przytuleni do siebie, zasnęli.


_____________________________


Ren


Ren (z krótkimi włosami)


Link do większego obrazka:


http://img508.imageshack.us/img508/9174/ren10.jpg

Aruell
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 79

czwartek, 11.sierpnia.2011, 00:02

20 dzień muedrilu 8976 roku, Egharia: Hevan – Oaza Osh (ogród Calusa), późny wieczór


Minęła godzina. Elli podano miksturę i zaraz potem zupełnie oślepła. Nie spodziewała się, że to będzie takie okropne uczucie – nic nie widzieć. Potem wyprowadzono ją w czerwonej, pseudo-arabskiej sukience do ogrodu, gdzie czekał na nią Calus i dziesięciu mężczyzn, siedzących nieopodal i popijających wino, których nie mogła widzieć.


Dziewczyna zadrżała, gdy ktoś przykuł jej ręce łańcuchami do jakiegoś kamiennego stołu. Oddychała ciężko, czując chłodny powiew wieczornego powietrza. Zadrżała, gdy Calus pogładził jej dekolt sztyletem. Czuła na skórze zimny metal i miała ochotę się rozpłakać ze strachu.


-        Jesteś teraz jeszcze piękniejsza, złotko... – mruknął zmysłowo, a ona rozpoznała głos kupca – Ale to ubranie nie jest ci już potrzebne... – dodał, rozcinając stanik sztyletem, po czym zaczął lizać jej piersi, a ona czuła coraz większą frustrację i obrzydzenie. Nie dość, że została sprzedana, to jeszcze takiemu zboczeńcowi.


Ochroniarze, którzy obserwowali, jak ich pracodawca dobiera się do swej niewolnicy, czuli coraz większe podniecenie. Mieli nadzieję, że Calus im też pozwoli się zabawić, jak to czasem robił. Tymczasem patrzyli na spektakl, upajając się winem.


Calus też był coraz bardziej napalony, więc ściągnął pozostałą część jej ubrań i całował jej brzuch.


-        Proszę, nie... – wyksztusiła przez łzy.


-        Nie jesteś tu od gadania. – syknął, zaciskając pięść na jej pośladkach, a ona zadrżała.


Nie mogła znieść myśli, że dotykał ją taki drań i w dodatku zaraz... Wzdrygnęła się, roniąc kolejne łzy, aż nagle poczuła coś dziwnego. To było bardzo instynktowne wrażenie, które jednak napawało ją nadzieją. Czuła, że on tu jest... Po chwili okazało się, że się nie pomyliła.


-        Zabieraj od niej łapy, zboczeńcu! – wszyscy usłyszeli męski głos.


Ella zamarła w bezruchu, rozpoznając go, a Calus i jego ochrona spojrzeli na mężczyznę, stojącego na wysokim płocie ogrodu kupca. Patrzyli zdumieni, jak jego czarny płaszcz trzepocze na wietrze, zwłaszcza że jego postać, na tle dwóch księżyców, wyglądała bardzo tajemniczo.


-        Kim jesteś? – spytał agresywnie Calus.


-        To nie powinno cię interesować, draniu. – syknął – Przyszedłem po moją żonę. Jeśli ją tkniesz, zabiję cię na miejscu! – zagroził, a  dziesięciu ochroniarzy stanęło przed Calusem, gotowych do jego obrony.


-        To twoja żona? – zakpił z niedowierzaniem, patrząc na Ellę – Coś słabo ją pilnowałeś...


-        To nie twoja sprawa! Handlarze ją porwali i sprzedali, jak niewolnicę, choć jest wolną kobietą i zamężną! – wrzasnął – Oddawaj ją!


Ella zupełnie nie rozumiała, czemu Ren nazywał ją swoją żoną. Jednak Ren dobrze wiedział, co robi, mówiąc w ten sposób.


-        Nie obchodzi mnie, co było wcześniej! – zdenerwował się Calus – Zapłaciłem za nią dużo pieniędzy, więc teraz jest moja!


-        Jeśli mnie pamięć nie myli... – rzekł niewzruszony Ren – Niewolników można odkupić lub odbić, zgodnie z prawem Hevanu...


-        Zgadza się... – zawahał się przez chwilę.


-        Wybieram więc opcję drugą! Jeśli się nie zgodzisz, złamiesz prawo. A wiesz dobrze, czym to się kończy. – spojrzał na niego znacząco, a Calus jakby zwątpił. Był kupcem, więc znał doskonale prawo handlowe Hevanu.


-        Dobrze więc. Jeśli pokonasz wszystkich moich ochroniarzy, oddam ci ją. – rzekł pewnie – Jednak wiedz, że są to najlepsi w okolicy...


-        To się jeszcze okaże. – zaśmiał się Ren, patrząc na tych wojowników z politowaniem – Pamiętaj o umowie! – rzekł jeszcze, po czym rzucił się do ataku.


Calus zamarł, widząc z jaką łatwością Ren pokonał wszystkich jego ochroniarzy, w ciągu zaledwie 3 minut. Nie mógł w to uwierzyć. Zaczął wątpić, czy Ren naprawdę jest człowiekiem. Zadrżał, gdy przystawił mu szpadę do gardła.


-        A teraz, uwolnij ją. – rzekł, patrząc na niego morderczym wzrokiem.


-        Nie ma  mowy! – syknął przerażony kupiec i desperacko stanął za Ellą, i przyłożył jej do gardła sztylet – Ona będzie albo moja albo niczyja!


-        Widzę, że koniecznie chcesz umrzeć... – rzekł Ren. Jego głos był tak mroczny, że Calusa zalał zimny pot, ale nie ruszył się z miejsca – Ostrzegam cię ostatni raz... Zjeżdżaj!


-        Nie!


-        Jak chcesz... – syknął, po czym jego oczy zalśniły zielonym blaskiem.


Calus patrzył z lękiem, jak Rena otacza zielona aura, po czym poczuł coś dziwnego. Moc Rena dosięgła jego ciała i przejęła nad nim kontrolę.


-        C-co robisz? – rzekł z trudem


-        Przejmuję kontrolę nad twoim ciałem i duszą... – zaśmiał się złowieszczo.


Kupiec nie mógł nic na to poradzić, że jego ciało, zaczęło się poruszać wbrew jego woli. Kontrolowany – wziął sztylet i rozkuł Ellę, a potem odszedł na kilka kroków i drżał coraz bardziej, gdy jego ręce ułożyły się tak, jakby chciał popełnić samobójstwo. Zalał go zimny pot. W ostatniej chwili, odzyskał kontrolę nad ciałem i spojrzał na Rena, który stał teraz tuż przed nim.


-        Jesteś bezwartościowym zboczeńcem! Nawet na śmierć nie zasługujesz. – zadrwił z niego i przyłożył mu pięścią tak mocno, że stracił on przytomność.


Zaraz potem podbiegł do ciężko wystraszonej Elli i przytulił ją mocno. Tak bardzo się o nią martwił. Znalazł ją w ostatniej chwili. Jeszcze kilka minut więcej i... Wolał o tym nie myśleć. Mało nie dostał zawału, gdy zobaczył z  daleka, co Calus robi jego ukochanej.


-        Nic ci nie jest? Nic ci nie zrobił? – pytał nerwowo, a ona pokręciła głową.


-        Nie... – wydusiła z siebie.


Ella rozpoznała to ciepło i zapach. A zatem nie przesłyszała się. To był on. Wtuliła się więc w niego mocno i rozpłakała, jak dziecko.


-        Ren... Tak się bałam... – załkała – Tak okropnie się bałam, że on...


-        Już dobrze, Kotku... – głos mu zadrżał z emocji – Już dobrze.


***


Poniedziałek, 11 stycznia 2012 roku, Ziemia: Madryt – Szkoła „Bailo comigo”, wieczór


Nick czekał pod szkołą tańca na swoją dziewczynę. Był podekscytowany, gdyż od jakiegoś czasu myślał nad czymś, co miało ścisły związek z nią. Czuł, że to za wcześnie, że jest naiwny myśląc, że się zgodzi, ale mimo to chciał o to zapytać. Miał nadzieję, że zrobi to dzisiaj właśnie. Wstrzymał oddech, gdy ujrzał Carmen tak piękną i zjawiskową, kiedy wychodziła z budynku, ale zaraz zauważył jej podły nastrój.


-        Cześć. – zagadnął, co ją wystraszyło, więc podskoczyła lekko.


-        Ach, to tylko ty... – uspokoiła się, widząc przystojnego blondyna.


-        Co się stało?


-        Nie, nic... – machnął ręką i chwyciła go za ramię, które jej nastawił.


-        Przecież widzę. O co chodzi? – naciskał, kiedy szli spacerkiem w stronę jego samochodu.


-        Mama jest chora... Martwię się o nią. – wyznała – Była u lekarza, ale on ją zbył. Przepisał jej leki, które nie podziałały. Dziś do mnie dzwoniła i ledwo ją rozumiałam, taki miała zachrypnięty głos.


-        W takim razie odwiedźmy ją.


-        No coś ty! To prawie 20 km stąd. – spojrzała na niego ze zdumieniem – Nie chcę sprawiać ci kłopotu. Sama pojadę.


-        Ciii... – uciszył ją palcem, a ona nieco się zarumieniła – Pojedziemy do niej razem. – uśmiechnął się i otworzył jej drzwi od samochodu.


***


20 dzień muedrilu 8976 roku, Egharia: Hevan – Oaza Osh (ogród Calusa), noc


Gdy już się nieco uspokoili i odsunęli od siebie, Ren zorientował się, że Ella nie widzi. Zmartwił się tym wielce.


-        Co on ci zrobił?


-        To była jakaś mikstura... Podobno tylko tymczasowo oślepia. Za 24 godziny powinnam odzyskać wzrok... – mówiła nerwowo.


-        Mikstura, co? – westchnął – Zatem miejmy nadzieje, że to prawda. Niestety magia jest bezsilna wobec alchemii... Dlatego nie mogę cię uleczyć. – zasępił się.


-        Szkoda... – zasmuciła się, bo miała na to nadzieję – To co teraz robimy? – spytała nagle.


-        Najpierw poszukamy ci innego ubrania. Chodź ze mną.


Chwycił ją za rękę, by nie upadła po drodze, po czym weszli do domu Calusa. Ren znalazł dla niej dobre ubranie. Była to prosta przewiewna, biała sukienka do połowy łydek, z czarnym płóciennym pasem, białe nakrycie na głowę i czarny płaszcz.


Stroje tego typu i w tej kolorystyce, były normalne w Hevanie. Wszyscy wolni Hevańczycy się tak ubierali. Jedynie biżuteria i jakość materiałów stanowiła o statusie społecznym.


Nim opuścili dom Calusa, na prośbę Elli, Ren uwolnił Sergę i Oli, które w nieskończoność dziękowały im za wolność i uciekły gdzieś w zarośla, poza ogrodem Calusa.


Chwilę później oni sami też byli już poza terenem posiadłości Calusa i Ella ścisnęła mocniej jego rękę.


-        Co teraz?


-        Pójdziemy do Sha-jin. – rzekł zdecydowanie.


-        Sha-co? – nie zrozumiała.


-        To stolica tego kraju, Ello. Tam zastanowimy się, jak dotrzeć do Alorii, gdzie musimy spotkać się z Syrianą.


-        Aha... – Ella nie bardzo wiedziała, o jaki kraj chodzi ani nie znała Syriany, ale wierzyła mu na słowo.


-        Najpierw jednak rozbijemy obóz nad jeziorem Osh i poczekamy, aż odzyskasz wzrok... – rzekł łagodniej i jednym ruchem wziął ją na ręce.


-        C-co robisz? – zarumieniła się nagle.


-        Tak chyba będzie szybciej... – mruknął, a ona uśmiechnęła się i ochoczo wtuliła w jego szeroką pierś.

Aruell
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 78

poniedziałek, 8.sierpnia.2011, 23:51
Witajcie!

Zapraszam na kolejny rozdział IV części.


Pozdrawiam ;*

***

20 dzień muedrilu 8976 roku, Egharia: Hevan – gdzieś na pustyni, wieczór


Ren powoli otworzył oczy. Czuł się tak, jakby mu ktoś przywalił obuchem w potylicę. Zaraz potem, jednak zapomniał o bólu, bo zobaczył, w jakim jest położeniu. Był związany i zupełnie nagi. Nieopodal siedziało czterech mężczyzn przy ognisku. Było ciemno, więc musiał być to wieczór. Po temperaturze poznał też, że z pewnością nie jest to Veolia. Rozejrzał się, szukając Elli i zmartwił, nigdzie jej nie widząc. Zastanawiał się, czy oni jej coś zrobili, czy też wylądowała, gdzieś indziej. Zadrżał, na myśl, że jest teraz zupełnie sama i bezbronna.


Poruszył się nieznacznie, co zauważyli mężczyźni. Spojrzeli na niego i zaśmiali się szyderczo.


-        Daruj sobie, nie uwolnisz się! – powiedział jeden, łapczywie pijąc gin z butelki.


-        Kim jesteście? – postanowił wybadać sytuację, zanim ich pozabija.


-        A co cię to obchodzi? – zakpił drugi, najmniej przytomny – I tak jutro zostaniesz sprzedany...


W tej chwili Ren uśmiechnął się sam do siebie. Handlarze ludźmi... Tylko w jednym kraju było to możliwe i całkowicie legalne. Już wiedział, że jest w Hevanie. Zaraz potem na jego twarzy pojawił się grymas. Ze wszystkich ludów Egharii, mieszkańców Hevanu - nie lubił najbardziej. Pomijając oczywiście Cehronów.


-        Nie wiem, skąd się tu wziąłeś, ale wyglądasz na silnego... – zaśmiał się trzeci – Na pewno chętnie cię wezmą do kamieniołomu albo na arenę gladiatorów... – oceniał go, a poirytowany Ren, z trudem powstrzymał chęć zabicia go na miejscu. Nie mógł jednak tego zrobić, bo nie wiedział jeszcze najważniejszego.


-        Gdzie mnie znaleźliście? – spytał rzeczowo.


-        Na pustyni, rzecz jasna. Byłeś nieprzytomny i nagi. – zakpił czwarty mężczyzna – A skoro tak, to pewnie jesteś zbiegłym niewolnikiem... – spojrzał na niego z góry, a Ren prychnął pod nosem. Co za durnie – pomyślał.


-        Widzieliście tu jeszcze kogoś? – spytał niespodziewanie, zaskakując ich.


-        Nie, tylko ciebie. – prychnął trzeci – A co, miałeś kumpla? Nawet jeśli tak, to pewnie Gorrony już go zjadły na kolację. Miałeś szczęście, że ciebie nie zwęszyły. – dokończył, a Rena zalał zimny pot.


Gorrony! No tak... Nie raz miał do czynienia z tymi potworami i teraz, gdy wyobraził sobie, że jakiś mógł znaleźć Ellę, serce zaczęło mu walić ze strachu. Wiedział już wszystko, co chciał. Nie miał na co czekać. Musiał jak najszybciej znaleźć Ellę, zanim coś jej się stanie. Zwłaszcza, że miał złe przeczucia...


Po chwili Ren wstał na nogi, z rękoma, związanymi z tyłu i spojrzał na nich ze złośliwym uśmiechem, zaskakując ich tym.


-        Nie uciekniesz, nie łudź się, że przerwiesz wielokrotnie wzmocniony węzeł. – powiedział jeden z nich, pijąc kolejnego łyka alkoholu.


-        To się jeszcze okaże... – zaśmiał się – Dzięki za jakże miłą pogawędkę, ale czas na mnie. – dodał, specjalnie obniżając głos.


Chwilę później otoczyła go zielona aura magiczna, a super gruby węzeł, obrócił się w pył w mgnieniu oka. Mężczyźni zadrżeli ze strachu.


-        To niemożliwe! Kim ty jesteś? – zdenerwowali się i dobyli mieczy.


-        Jestem wolnym człowiekiem, który nie wybiera się do niewoli. – zakpił – To wszystko, co musicie wiedzieć. Jeśli dacie mi jakieś ubranie, daruję wam życie. – dodał, bulwersując ich.


-        Kpisz sobie?! Nigdzie nie pójdziesz! – zawołali chórem i rzucili się na niego.


Po chwili sapali ze zmęczenia, nie rozumiejąc, jak mężczyzna może tak perfekcyjnie unikać ciosów. On był zupełnie goły, a oni mieli cztery ostre szpady. Nie mogli się nadziwić, że był taki szybki.


-        Już się zmęczyliście? – zaśmiał się Ren – W takim razie, teraz moja kolej. – dodał, rzucając się do kontrataku.


Zielonooki bez trudu powalił wszystkich na ziemię. Szybkim ruchem odebrał jednemu broń i gdy ponownie go zaatakowali, kilkoma cięciami wysłał ich w zaświaty. Normalnie nie robiłby tego, ale znał Hevańczyków na tyle, by wiedzieć, że szukaliby go do skutku, uważając za swój łup. Nie potrzebował więcej wrogów.


Po walce wziął głęboki oddech i znalazł w ich rzeczach zupełnie nowe ubranie, które zapewne mieli na sprzedaż. Ubrał więc białe, luźne spodnie i specjalne buty, które nie przepuszczały piachu, ale zarazem umożliwiały wentylację powietrza. Potem założył również białą tunikę, odsłaniającą mocno jego pierś i czarny, płócienny pas, by rzeczy te się go trzymały. Na koniec założył cienki, czarny płaszcz, zapinany jedną klamrą pod szyją i białe nakrycie głowy. Wyglądał teraz jak Arab z krainy fantasy. Zabrał jeszcze jedna, nową szpadę oraz sakiewkę pełną monet i przypiął do pasa, a potem natychmiast wyruszył na poszukiwania Elli.


***



20 dzień muedrilu 8976 roku, Egharia: Hevan – Oaza Osh (dom Calusa), wieczór


Kiedy Ren uwolnił się od handlarzy niewolników, Ella właśnie została sprzedana kupcowi o imieniu Calus. Kiedy tylko drzwi od jego domu się zamknęły, dziewczyna z lękiem spojrzała na niezbyt wysokiego bruneta, o krótkich włosach i ciemnej karnacji. Jego oczy były złe i to ją martwiło najbardziej.


Stała teraz na środku pokoju, drżąc, a on ją okrążał powoli i oglądał z każdej strony.


-        No, muszę przyznać, że jesteś warta swej ceny... – mruknął – Idealne, duże piersi i zgrabny tyłeczek... – powiedział, jednocześnie zaciskając dłonie kolejno na tych częściach ciała.


Elli łzy spłynęły po policzkach. Po co wróciła do Egharii? Trzeba było zostać na Ziemi. Odgarnęły ją wątpliwości.


-        Piękny okaz z ciebie... – mówił dalej – Trzeba cię tylko umyć i ubrać odpowiednio. Czuję, że dzisiejsza noc będzie wyjątkowa... – mruknął z zadowoleniem, zatrzymując się przed nią.


-        Nie dotykaj mnie draniu! – wrzasnęła, nie mogąc już wytrzymać.


-        Zamknij się! Bo dostaniesz dziesięć batów. – syknął, po czym zwrócił się w stronę drugich drzwi – Służba!


Zaraz potem do komnaty weszły dwie wystraszone i wychudzone kobiety, które dygnęły przed kupcem.


-        Tak, panie?


-        Umyjcie ją i ubierzcie odpowiednio... – rzekł władczym tonem – I jeszcze coś... Dajcie jej to. – dodał tajemniczo, wręczając im mała buteleczkę z jakąś miksturą.


-        Ależ panie, to jest... – zadrżały kobiety.


-        Milczeć. Wykonajcie rozkaz! – warknął, a one wzdrygnęły się i szybko zabrały Ellę do innej komnaty.


Ella nie mogła uwierzyć, że to miejsce jest tak okrutne i straszne. Na własne oczy widziała, że kraj ten diametralnie różnił się od Veolii. Aż trudno było jej uwierzyć, że to ten sam świat.


Kiedy była już w sąsiedniej komnacie i weszła do wanny z wodą, gdzie tamte dwie kobiety zaczęły ja myć, zagadnęły do niej.


-        Biedactwo, więc i ciebie czeka ten los... – powiedziała pierwsza.


-        Jaki los? – zaniepokoiła się.


-        Widzisz, my też kiedyś to przeszłyśmy. – powiedziała druga – Kupił nas, gdy byłyśmy piękne i nieskalane, zatruł miksturą ślepoty, byśmy nie mogły uciec, a potem bawił się nami przez kilka lat. – zawahała się.


-        Gdy się nami znudził, zostałyśmy służkami od gotowania i prania. Żeby dostać pożywienie, musiałyśmy spełniać jego specjalne zachcianki. – żaliła się pierwsza.


-        Ciebie też chce oślepić... – powiedziała ze smutkiem druga – Wierz nam, nie chcemy ci tego robić, ale zabije nas, jeśli nie posłuchamy... – zadrżała, a Elli zrobiło się ich żal.


-        Macie na myśli tamtą buteleczkę? – Ella spojrzała na miksturę, leżąca na szafce obok.


-        Tak. Jedyne, co możemy zrobić, to dać ci taką dawkę, byś odzyskała wzrok po 24 godzinach... – rzekła pierwsza z nich – Ja byłam ślepa dwa dni, a koleżanka tydzień! Wszystko zależy od dawki tego napoju...


-        Więc to tylko tymczasowa ślepota? – dopytywała się.


-        Tak. Niestety, nic więcej nie możemy zrobić.


-        Rozumiem... czyli teraz będzie mnie gwałcił całą noc? – zaśmiała się smutno.


-        Uprzedzamy, że ma bardzo brzydki zwyczaj... – powiedziała druga – Zaprowadzi cię do ogrodu i będzie się z tobą zabawiał na oczach dziesięciu swoich ochroniarzy... – zacisnęła pięści.


-        Co?! - Ella zadrżała – Co to za potwór? – rozgniewała się.


-        Przykro nam... Taki już los niewolnic... – powiedziała pierwsza – Ty chyba byłaś wolna, bo wciąż się bulwersujesz. My od urodzenia byłyśmy już w niewoli, u różnych ludzi, więc nie wiemy, jak to jest nie mieć pana. – rzekła druga.


-        Jak się nazywacie? – spytała przerażona Ella chcąc na chwilę nie myśleć o tym, co ją czeka – Ja jestem Ella.


-        Nie mamy imion... – zakłopotała się pierwsza z nich – Ale od dziecka mówią na mnie Serga.


-        A na mnie Oli. – dodała druga.


-        Miło was poznać. Dzięki, że mnie ostrzegłyście.


Ella starała się zachować zimną krew. Wiedziała, że panika w niczym jej nie pomoże. Obiecała sobie w duchu, że jeśli uda jej się stąd uciec, pomoże tym kobietom. Nie zasłużyły na takie życie. Gdy intensywnie myślała o tym, co teraz ma zrobić, namacała obrączkę na swoim palcu. Wtedy przyszedł jej do głowy pewien pomysł.


Zdjęła ją i w myślach usilnie powtarzała następujące słowa: „Ren, jeśli mnie słyszysz. Jestem uwięziona w domu kupca Calusa. Proszę, pomóż mi.” Dziewczyna nie wiedziała, czy to coś da, bo nie miała pojęcia, czy on w ogóle jest w tym świecie. Miała jednak cichą nadzieję, że wkrótce się tu zjawi...

Aruell
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Część IV - Rozdział 77

poniedziałek, 8.sierpnia.2011, 00:24

Witam!


Wróciłam znad morza. ;)


Ponieważ mam dobry humor, dodam pierwszy rozdział IV cz. dzisiaj, a jutro normalnie pojawi się kolejny rozdział. Taki bonus dla Was, Kochani. ;)


Zaczynamy Część IV Blasku Miryonu, pt. „Groźba zagłady” ;D Jest to część dość długa i pełna namiętnych scen, gdyż kolejna część będzie miała specyficzny charakter. ;) Mam nadzieję, że się Wam spodoba. ;)


Tym razem nie napiszę streszczenia, bo wydaje mi się, że nie jest ono potrzebne. Poza tym informuję, że część IV kończy I tom Blasku Miryonu, a V - zacznie II tom. ;)

I jeszcze jedno - w tej części i zarazem tomie skończy się wątek ziemski, a zatem sprawy Nicka i Carmen oraz Mary i Davida. Bohaterów tych spotkacie ponownie dopiero pod koniec całego opowiadania, w XII części. Mam nadzieję, że nie będziecie tym zbyt zawiedzeni. ;)

To już wszystko, co chciałam powiedzieć. Życzę miłego czytania! ^^

Pozdrawiam ;*

***

Blask Miryonu


Część IV – „Groźba zagłady”


***



20 dzień muedrilu 8976 roku, Egharia: Hevan – okolice Oazy Osh, popołudnie


Ella ocknęła się, czując się tak, jakby przez godzinę szybko wirowała na karuzeli. Kręciło jej się w głowie, gdy podniosła się z sypkiego podłoża. Z trudem otworzyła oczy, bo raziło ją silne Słońce. Nim spojrzała w to jasnofioletowe, piękne niebo bez najmniejszej chmurki, pierwsza myśl, która jej przyszła do głowy, to: „czemu tu jest tak cholernie gorąco?”. Zrozumiała jednak, gdy rozejrzała się dookoła. To był szokujący dla niej widok, a mianowicie...


Piasek, piasek i jeszcze raz piasek... Tak mogłaby opisać to miejsce. Wszędzie były żółto-pomarańczowe wydmy i... no właśnie - nic więcej. Zadrżała, gdy uświadomiła sobie, że jest na środku pustyni!


Dopiero teraz zauważyła, że jest zupełnie naga. Jedyne co, jakimś cudem nadal miała na sobie bransoletę, wisiorek od Rena i obrączkę od Theliny. Nie wiedziała, czemu te rzeczy przenoszą się razem z nią nawet między światami, ale nie miała teraz czasu na takie bzdury. Znacznie większe problemy zaprzątały teraz jej myśli.


Po pierwsze, była sama! A to oznaczało, że nie było tu Rena. Nie wiedziała, gdzie jest ani czy w ogóle tu trafił. Nie wiedziała nawet, czy to na pewno jest Egharia. Jedyne czego była pewna, to tego, że na pewno nie jest to Veolia. Warunki i krajobraz były tu skrajnie inne. To był dla niej poważny dylemat. Jak miała ustalić, czy jest tam, gdzie powinna albo co się stało z Renem? Domyślała się tylko, że powodem ich rozstania było to, że tuż przed przeniesieniem rozłączyły się ich ręce. Wolała nie myśleć, co będzie, jeśli okaże się, że coś mu się stało albo, że utknął między wymiarami...


Po drugie, była naga i znajdowała się w środku pustyni. Jak miała sobie tu poradzić? W którą stronę iść? Jest tu bezpiecznie czy nie? Co tu pocznie bez wody i pożywienia? – te pytania nie dawały jej spokoju.


Wiedząc jednak, że siedzenie bezczynnie w tym miejscu, nic dobrego jej przynieść nie może, losowo wybrała kierunek i zaczęła iść po piasku przed siebie. Pot zalewał jej ciało, a skóra paliła ją od silnego Słońca. Z każdą minutą stawała się coraz słabsza. Pragnęła wody i chłodu, ale nie widziała nic oprócz morza piasku. Co jakiś czas upadała na ziemię, gdy źle postawiła stopę i grunt się obsuwał. Nie pomagał jej też fakt, że cały czas bardzo martwiła się o Rena. W końcu usiadła, by nieco odpocząć po godzinnym marszu, aż nagle zamarła w bezruchu.


Ziemia zaczęła bowiem drżeć, a piasek tańczyć na jej oczach. Nie wiedziała, co się dzieje, więc zerwała się gwałtownie. Rozglądała się nerwowo, słysząc dziwne pomruki pod powierzchnią, aż niespodziewanie z ziemi wystrzeliła kolumna piachu, która opadając, odsłoniła przedziwnego stwora. Dziewczyna z bijącym sercem patrzyła na to „coś”, co przypominało węża, grubości starego konara drzewa i koloru piasku, z paszczą podobną do rekina. Widok był tak przerażający, że zanim Ella uświadomiła sobie, że to coś niebezpiecznego, już zaczęła uciekać, gdzie pieprz rośnie. Oczywiście potwór ruszył za nią...


Ella biegła, nie oglądając się za siebie i powtarzała sobie w myślach wciąż to samo słowo „uciekać”. Adrenalina dodała jej sił i poruszała się znacznie szybciej, niż normalnie. Słyszała, że się zbliżał, był coraz bliżej. Nagle ujrzała w oddali coś innego, niż wydmy. Wyglądało, jak oaza pełna palm i zarośli, ale nie była pewna, czy to nie fatamorgana. Mimo to jednak biegła w tamtym kierunku, co sił w nogach, zła, że ten dziwny wąż jeszcze sobie nie odpuścił. Nagle źle postawiła stopę i upadła z impetem na ziemię, staczając się z góry piasku. Spojrzała w górę i z przerażeniem ujrzała atakującego węża. No to już po mnie – pomyślała i zamknęła oczy, nie chcąc na to patrzeć.


Wtedy usłyszała kilka strzałów. Sądząc po łoskocie powietrza, musiały być to strzały lub bełty. Zaraz potem do jej uszu dobiegł łoskot upadającego ciała węża. Gdy otworzyła oczy, ujrzała martwego potwora, leżącego na piasku i pięć długich, ludzkich cieni na podłożu...


***


Poniedziałek, 11 stycznia 2012 roku, Ziemia: Londyn – Szpital, około południa


Mary i David byli w pracy, ale myśleli tylko o jednym – kamerze w sali Elli. Kiedy w końcu doczekali się przerwy na lunch, przystąpili do działania. David ukradkiem wyjął kamerę i zaniósł do swego gabinetu, gdzie czekała na niego Mary. Zamknęli drzwi na klucz i podłączyli urządzenie do laptopa Dave’a, aby obejrzeć nagrania.


David przewinął fragmenty, w których nic się nie działo, aż natrafił na rozmowę między Ellą a Serillą, 7 stycznia. Oboje wstrzymali oddech, gdy ujrzeli te dwie kobiety razem.


-        A więc się spotkały wcześniej. – wywnioskował David.


-        Cicho, posłuchajmy, o czym rozmawiały.


Kiedy odsłuchali nagranie całej rozmowy, David wyłączył komputer i spojrzał na Mary z szokiem, wymalowanym na twarzy, a ona zdawała się być nieobecna. Oboje nic nie zrozumieli z tego dialogu. Jaka Egharia? Jaki Miryon? Jak Ella mogła odbyć jakąkolwiek podróż i czemu wyglądała tak, jak by wiedziała, o czym mówiła Serilla? Co to za sekrety, które Serilla nie powiedziała jej w szpitalu? Od tej lawiny pytań, rozbolały ich głowy.


-        Myślisz, że ona tam poszła? – spytała w końcu, powoli odzyskując świadomość.


-        Na pewno. – stwierdził – Następnego dnia ją wypisaliśmy, pamiętasz? W dodatku mieliśmy wtedy nockę i była w domu sama...


-        Poszła tam! – Mary aż się wzdrygnęła – Oj, głupia... Ta kobieta na pewno naopowiadała jej jakiś bzdur! – budziła się w niej złość.


-        Nie sądzę. – stwierdził sucho – Myślę, że Ella jest częścią czegoś, o czym nie mamy pojęcia. Sadzę, że twoja siostra jest już poza naszym zasięgiem...


-        O czym ty bredzisz, Dave?


-        Pomyśl tylko... Ella ufała jej i temu no... Renowi. – zamyślił się  na chwilę – Tak w ogóle, to on pojawił się niedługo po tamtej nocy, kiedy Ella się obudziła, zauważyłaś?


-        Co sugerujesz? – niepokoiła się.


-        Wiem, że on jest w to wmieszany tak samo, jak Ella i Serilla. Może nawet to właśnie tam... tak naprawdę się poznali? – powoli zaczął wszystko rozumieć, analizując to nagranie i słowa, które powiedział mu wtedy sam Alren.


-        Tam? To znaczy gdzie?


-        No w tej Egharii, innym świecie, o którym była tu mowa.


-        Wierzysz w to, co powiedziała ta kobieta? – zdziwiła się.


-        Z każdą chwilą coraz bardziej. Bo to wiele tłumaczy...


-        Niemożliwe. – kiwała nerwowo głową.


-        Nie broń się przed tym, Mary. Przyjmij do wiadomości, że mamy do czynienia z czymś nieracjonalnym. – tłumaczył jej – Powinniśmy odwiedzić Serillę w tym kościele i poznać całą prawdę.


-        Tu akurat masz rację. Na pewno tam ją trzyma! – zdenerwowała się – Wieczorem tam pojedziemy. – zarządziła, a on się zgodził.


***


Egharia: Hevan – Oaza Osh, późne popołudnie


Przerażona Ella niepewnie przyglądała się pięciu mężczyznom w strojach, koloru piasku, przypominających te arabskie. Wszyscy mieli zasłonięte głowy i długie szpady oraz kusze na plecach. Wiedziała, że to oni ją uratowali i mimo iż nie wyglądali na porządnych, wypadało podziękować.


-        Dziękuję... – rzekła ostrożnie – Uratowaliście mi życie...


-        Nie ma sprawy...– usłyszała nagle kpiący ton głosu - Łapać ją!


Cała banda chwyciła ją mocno i związała ręce z tyłu pleców. Dziewczyna broniła się, ale nie miała szans.


-        Puszczajcie! – zdenerwowała się.


-        A to niby dlaczego? – prychnął jeden z nich i stanął naprzeciw niej. Chwycił jej podbródek i uśmiechnął się złośliwie – Skoro uratowaliśmy ci życie, powinnaś nam odpowiednio podziękować... – rzekł znacząco, gładząc jej pierś.


-        Twoje życie należy teraz do nas... – rzekł drugi, a ona zaczęła drzeć.


-        Czego chcecie?! – wrzasnęła, choć dobrze wiedziała, o co im chodzi.


-        Jeszcze pytasz? Paradując nago po pustyni, sama się o to prosisz! – zakpił trzeci liżąc jej plecy, co napawało ją obrzydzeniem.


-        Więc jak? Zabawimy się, ślicznotko? – rzekł czwarty, przewracając ją na ziemię, a ona myślała, że to jakiś koszmar.


-        Taka ślicznotka na środku pustyni... – mruknął piąty facet, siłą rozchylając jej nogi – To trzeba mieć szczęście, co chłopaki?


Chórem przytaknęli, a Ella była pewna, że zaraz ją zgwałcą i nie mogła na to nic poradzić. W kółko powtarzała w głowie imię Rena, jakby modliła się, by cudem spadł teraz z nieba i uratował ją, jak ostatnim razem na Ziemi. Nie chciała, by dotykali ją inni mężczyźni. Nie chciała zostać wykorzystana przez pięciu oprychów. W dodatku nie wiedziała, co zrobią potem. Znudzą się nią i zostawią, czy może zabiją? Żałowała teraz potwornie, że nie umie walczyć ani wykorzystywać swej mocy tak, jak Ren. Może wtedy mogłaby coś zrobić... Kiedy już łzy rozpaczy, spłynęły jej po twarzy, wszyscy usłyszeli jakiś obcy głos.


-        Dość tego, durnie! – pięciu oprychów natychmiast cofnęło się i stanęło w szeregu, a roztrzęsiona Ella, spojrzała na jakiegoś mężczyznę, który właśnie do nich podszedł – Co wy wyprawiacie? Co to za jedna? – syknął do nich.


-        Nie wiemy, szefie... – bąknął jeden – Chcieliśmy się tylko zabawić...


Szef bandy spojrzał na Ellę i zlustrował ją wzrokiem. Zrobiło jej się nieprzyjemnie, bo patrzył na nią, jak na jakiś towar i zdawało jej się, że oceniał, ile może być warta. Nawet nie wiedziała, ile było racji w tym wrażeniu.


-        Czyście zdurnieli? Wiecie ile możemy dostać za taką ślicznotkę? – warknął – Wolicie mieć 1 mln shayów, czy jedno bzykanko? – zakpił, a oni zamilkli.


-        To co robimy? – spytał jeden niepewnie.


-        Zabierzemy ją do Kupca Calusa. Na pewno da nam za nią nie mniej niż 1 mln shayów. Potem pójdziemy na dziwki i wybawicie się do woli.  – dodał jeszcze, a oni jakby się ożywili.


Ella nie mogła uwierzyć własnym uszom. Czyżby trafiła w ręce handlarzy ludźmi? Zastanawiała się przed chwilą, co może być gorsze od ataku potwora i gwałtu... a tu okazało się, że chcą ją sprzedać do niewoli jakiemuś kupcowi! Jak nic spadła z deszczu pod rynnę...


-        Handlujecie ludźmi? Czy to nie jest zakazane? – wydusiła z siebie, wciąż w szoku.


-        Zakazane? Z nieba się spadłaś, czy co? – zdziwił się ich szef – Odkąd sięgam pamięcią w Hevanie zawsze było to normalne... Czyżbyś była z innego kraju? – zainteresował się nagle – No to świetnie, podbijemy cenę do 1,3 shayów. – zaśmiał się głośno.


-        Jak śmiesz! – Ella nie wiedziała już czy ma płakać czy krzyczeć.


-        Zamknij się kobieto, jeśli ci życie miłe! – warknął, aż cała zadrżała – Chłopaki, bierzcie ją. Ruszamy!

Aruell
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 76

środa, 3.sierpnia.2011, 00:11
Witajcie!

Dziś ostatnia notka, przed moim wyjazdem i zarazem ostatni rozdział III cz. ;)
Kiedy wrócę, zaczniemy IV część BM, a tymczasem, życzę miłego czytania i do "napisania". ;)


Ściskam serdecznie ;*

***

Niedziela, 10 stycznia 2012 roku, Ziemia: Londyn – dach jakiegoś budynku, około 20:40


Ella i Ren byli już na dachu wielkiego budynku, gdzie spotkali Serillę. Wyjaśniła im, co mają robić i jak będzie przebiegał rytuał, a potem zaczęła rzucać ochronne zaklęcia na ciało Rena, by zwiększyć szansę na jego przeżycie. Ellę nagle ogarnął wielki strach, że coś może mu się stać.


-        Czy ja też mogę coś zrobić, by go chronić? – spytała Serillę, zaskakując ją i Rena.


-        Cóż... – myślała chwilę nad odpowiedzią – Teoretycznie, im bliżej niego będziesz, tym bardziej twoja aura będzie go chronić.


-        Rozumiem... – chwyciła Rena za ramię i wtedy poczuł, że drży.


-        Uspokój się, kochanie... – przytulił ją.


-        Nie mamy czasu... Twoje ciało z każdą minuta staje się coraz słabsze... – mówiła do Rena – Musimy zaczynać.


-        Ren, obiecaj mi, że wrócimy tam razem. – spojrzała na niego błagalnie, ale on milczał i tylko pogładził jej policzek, z troską w oczach..


Stanęli w trójkącie i mieli zamknięte oczy. Wtedy rytuał się zaczął. Serillę otoczyła błękitna aura, która połączyła się z mocą Elli i Rena. Zerwał się wiatr, który rozwiewał ich włosy i ubrania, ale oni ani drgnęli.


Nagle usłyszeli znajome głosy. Gdy spojrzeli w bok, zauważyli Mary i Davida, którzy ich śledzili, aż tutaj i teraz patrzyli na nich z przerażeniem.


-        Ello! Co ty wyprawiasz? – krzyknęła zszokowana Mary, nie wiedząc, jak wyjaśnić kolorowe poświaty wokół nich.


-        Nie podchodźcie! – zagroziła ostro Serilla, tworząc przed nimi niewidzialną ścianę, w którą teraz walili pięściami, dalej nie wiedząc, co się dzieje.


-        Wracaj tu, Ello! – krzyknęła Mary.


-        Nie mogę siostrzyczko... – rzekła ze smutkiem blondynka – Muszę tam wrócić.


-        Wrócić, ale gdzie? – zadrżała, więc David wziął ją w ramiona.


-        Tam, gdzie byłam przez okres śpiączki... – rzekła, nie ruszając się z miejsca. Wtedy Davidowi przypomniały się słowa Alrena.


-        A więc to prawda... – rzekł zlękniony, patrząc na Rena, który tylko skinął głową.


-        Ello, nie zostawiaj mnie, proszę! – Mary zaczęła zachowywać się irracjonalnie.


-        Spokojnie, Mary. Wszystko będzie dobrze... – uśmiechnęła się do niej – Zawsze będę nad tobą czuwać. Kocham cię, siostrzyczko... – rzekła jeszcze, roniąc łzę smutku, po czym znów zamknęła oczy, podobnie Ren.


Nieważne ile razy Mary i David próbowali się przedrzeć przez niewidzialną barierę, nie byli w stanie zbliżyć się nawet, o krok do tamtej trójki. Patrzyli z niedowierzaniem i przerażeniem, jak otacza ich błękitno-zielone światło, które stawało się coraz silniejsze, aż zaczęło tworzyć wokół Rena i Elli kulę.


-        Zaczynamy! – krzyknęła Serilla – Na mój znak dotkniecie się dłońmi. Nie wolno wam rozłączyć potem rąk, bo możecie wylądować w różnym czasie i w różnych światach.


-        Zrozumieliśmy...  – rzekli trochę nerwowo.


Ella bała się tego rytuału, Ren też, ale gdy spojrzeli sobie w oczy, nawzajem dodali sobie odwagi.


-        I niech połączą się pierwiastki tych dwóch światów, jak nakazują starożytne te słowa, a wrota czasoprzestrzenne staną otworem! – wypowiedziała zaklęcie – Teraz! – krzyknęła do nich, a oni spletli swe dłonie i zbliżyli się do siebie.


Mary i David obserwowali w osłupieniu jasną kule, która zaczęła ich otaczać, czemu towarzyszył wyjątkowo porywisty wiatr. Nie byli w stanie się odezwać z wrażenia. Wtedy ujrzeli, jak Ren całuje Ellę w tej świetlnej kuli, po czym nastąpił rozbłysk światła, który omal ich nie oślepił.


Gdy wiatr ustał i wokół znów panowała ciemność nocy, spojrzeli w tamto miejsce i ujrzeli ciało Elli leżące bezwładnie na podłożu, u stóp tamtej kobiety. Nigdzie nie było śladu po Renie. Zadrżeli. Chcieli tam podbiec, ale wciąż mieli przed sobą tę niewidzialną ścianę.


-        Co ty jej zrobiłaś? – zlękła się Mary.


-        Nic. – rzekła biorąc Ellę na ręce – Widzicie tylko ciało Elli, jej dusza bowiem udała się wraz z Renem do Egharii, gdzie wypełni swe przeznaczenie. – wyjaśniła, unosząc się w niebo.


-        Co to za bzdury? – Gdzie ty ją zabierasz? – denerwowała się.


-        Tam, gdzie jej ciału nic się nie stanie. Będzie tam oczekiwało na dzień, w którym Ella podejmie decyzję, czy chce zostać tam, czy wrócić tu. – rzekła jeszcze, po czym zniknęła, jak duch wraz z Ellą.


Mary i David długo jeszcze patrzyli na puste miejsce na dachu, w którym jeszcze chwilę temu stali Ella i Ren.


-        To niemożliwe... – zadrżała Mary – Ja chyba śnię...


-        Nie, Mary. Teraz masz dowód, że mówiłem prawdę – rzekł poważnie – Nie powiesz mi teraz, że zjawiska nadprzyrodzone nie istnieją.


-        Kogo to teraz obchodzi, Dave? – krzyknęła przerażona – Porwali mi siostrę i nie wiem nawet dokąd.


-        Nie porwali, Mary... – rzekł smutno – Ella poszła z nimi dobrowolnie, więc musimy uszanować jej wybór.


-        Jak możesz być taki spokojny? – nie rozumiała.


-        Po prostu zrozumiałem wiele rzeczy... – rzekł cicho, a ona patrzyła na niego z niedowierzaniem.


-        Ty coś wiesz, prawda?


-        Porozmawiamy o tym jutro. Dziś to bez sensu... – rzekł poważnie – Jesteś zbyt zdenerwowana i nie myślisz logicznie. Chodźmy do domu, dam ci coś na uspokojenie.


-        Nie chcę prochów, tylko prawdy! – zdenerwowała się.


-        Mary! – krzyknął na nią, jak rzadko kiedy – Proszę, zrób to, co mówię i uspokój się. – dodał spokojniej, a ona zamilkła, po czym mocno niezadowolona wróciła z nim do swego domu. Musieli powiedzieć o tym zdarzeniu rodzicom, choć nie wiedzieli jeszcze, jak to zrobić...


***



Przestrzeń między-wymiarowa...


Ren i Ella trzymali się za ręce, unosząc się w ciemnej przestrzeni i zastanawiając się, czy trafią z powrotem do Egharii. Obawiał się, że znów będą problemy. Ella nie rozumiała, czemu tak dziwnie wygląda, jakby była półprzezroczysta.


-        Ren, co jest z moim ciałem? – rzekła wystraszona.


-        Ty nie masz jeszcze ciała... – rzekł spokojnie – Pewnie wytworzy się, gdy wkroczysz w wymiar Egharii, jak za pierwszym razem. – wyjaśnił.


-        To jakim cudem wciąż mnie trzymasz?  Przecież ty masz ciało, a ja nie.


-        Zapominasz, że jestem Łowcą Dusz... – zaśmiał się – Znam kilka sztuczek. – pokręciła głową z niedowierzaniem.


-        Jesteś niemożliwy... – rzekła, po czym zauważyła, że zasłabł – Ren! Co ci jest?


-        Nic, kochanie... – odparł z trudem i lekko się uśmiechnął.


-        Ren! – zadrżała – Ty tracisz przytomność!


-        Nic mi nie jest, Ello... – rzekł, choć jego oczy zaczęły się same zamykać – Widzę światło... Uda się nam... – mruknął jeszcze, po czym stracił przytomność.


-        Reeeeen! – dało się tylko słyszeć jej przeraźliwy krzyk.


W tej samej chwili oboje wpadli w wir światła, będący wrotami do Egharii i równocześnie ich ręce rozdzieliły się. Wiedziała, że to źle, jednak nie mogła już nic zrobić, bo zaraz po tym również ona straciła przytomność...



***



Niedziela, 10 stycznia 2012 roku, Ziemia: Londyn – dom Mary, około 23:30


Kiedy w końcu Mary i David wrócili do jej domu, zaskoczyła ich zupełna ciemność. Dziewczyna zdenerwowała się i zapaliła światło. Zaczęła nerwowo szukać rodziców. Nie wierzyła, że poszli spać przed ich powrotem. Nagle usłyszała głos Davida, który patrzył na coś na stole. Podeszła tam i ujrzała kartkę napisaną przez jej mamę.


„Kochanie,


Pojechaliśmy z tatą na lotnisko, by złapać ostatni samolot do domu. Przepraszamy, że tak nagle. Nie martw się o nas.


Do zobaczenia wkrótce!


Rodzice.


P.S. Nie martw się o Elle... Jeśli jednak chcesz dowiedzieć się, o co w tym chodzi, znajdź Serillę. Ona ci wszystko wyjaśni.”


Mary patrzyła na tę kartkę dobre dziesięć minut i próbowała coś z tego zrozumieć. Miała wrażenie, że to jakiś sen. David zaś zrozumiał, o co chodzi i również był bardzo zdumiony. To wyglądało jak jedna, wielka konspiracja.


-        Co to ma znaczyć? – zdenerwowała się – Nie dość, że wracają bez uprzedzenia do domu, o tej porze, to jeszcze piszą coś takiego...


-        Oni wiedzą, Mary. – zaskoczył ją – Znają prawdę o Elli.


-        Niemożliwe... – zamarła – Czemu więc tylko ja nic nie wiem? Czemu nie zostali i nie wyjaśnili mi tego?


-        Nie wiem.  – zasępił się. Była to niezła zagadka - Jednak zostawili ci jakąś wskazówkę – Serilla...


-        Nie znam żadnej Serilli! Nie podoba mi się to... To wszystko jest takie podejrzane... Czuję się tak, jakbym grała w filmie sci-fi. – zadrżała, siadając ciężko na fotelu obok.


-        Założę się, że to tamta kobieta. – spojrzała na niego ze zdumieniem.


-        Jaka kobieta?


-        Ta, która była z Ellą i Renem. – rzekł poważnie – To ją widziałem wtedy w szpitalu, To po jej wizytach, ciało Elli najpierw ozdrowiało, a potem pojawiła się tamta bransoleta! To na pewno ona! – mówił, nakręcając się.


-        Niemożliwe... – zatkało ją, gdy zrozumiała, że to zaczyna mieć sens – Ale chyba masz rację...


-        Wiesz, co trzeba zrobić... – spojrzał na nią znacząco.


-        Tak. Musimy znaleźć tę Serille i poważnie z nią porozmawiać! – powrócił jej entuzjazm – Tylko gdzie jej szukać?


-        Hmm... Pamiętasz tę kamerę w sali Elli? Nadal tam jest. – rzekł poważnie – Należałoby sprawdzić jej zawartość, na dobry początek.


-        Jesteś genialny, Dave! – uścisnęła go z radości, po czym cofnęła się zarumieniona.


-        Skoro tak twierdzisz... – uśmiechnął się do niej, po czym pocałował ją w czoło – Nie martw się, Mary. Razem odkryjemy prawdę.


Ciąg dalszy nastąpi...

Aruell
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 75

wtorek, 2.sierpnia.2011, 00:02
Witajcie!

Dziś miała być ostatnia notka, na tym blogu, przed moim wyjazdem, ale ponieważ to przedostatni rozdział III cz., to jutro bonusowo dodam ostatni. ;)
Natomiast, kiedy wrócę, zaczniemy IV część BM. ;)


Życzę miłego czytania i do "napisania" we wtorek.^^

Ściskam serdecznie ;*

***

Niedziela, 10 stycznia 2012 roku, Ziemia: Londyn – dom Mary i Elli, około 13:10


Wszystko działo się bardzo szybko. Najpierw Mary krzyknęła coś do telefonu, a potem rozległo się głośne walenie do drzwi. Mimo iż Mary zakazała ich otwierać, Ella zrobiła to, czując podświadomie, przez kogo to całe zamieszanie. Nie pomyliła się, bo po chwili do środka wpadł kompletnie pijany Thom, z butelką w dłoni. Wszyscy byli w takim szoku, że nikt nie śmiał się poruszyć. Mężczyzna od razu podszedł do zdumionej i przerażonej Mary i zaczął coś do niej krzyczeć.


-        Wszystko przez ciebie! – wrzasnął – Zrujnowałaś mnie! Katy... odwołała zaręczyny, a jej ojciec.... przejął moją sieć hoteli, w wyniku zerwania umowy... – mówił niewyraźnie i z przerwami, bo był zbyt pijany -  Firma wuja zbankrutowała. Zabrali mi mieszkanie. Zostałem z niczym, rozumiesz? Wszystko przez jedną noc z tobą i... tych zasranych dziennikarzy! I co... co teraz powiesz, skarbie? – syknął do niej i wtedy między nimi stanęła Ella, wściekła, jak nigdy.


-        Co ty sobie do cholery wyobrażasz? – syknęła odpychając go rękoma, aż się zachwiał – Po tym wszystkim co jej zrobiłeś, masz jeszcze czelność wchodzić tu i obwiniać ją o swoje błędy? To tylko i wyłącznie twoja wina! Sam sobie na to zapracowałeś, a teraz wynoś się, zanim stracę nad sobą panowanie! – wrzasnęła, ale on tylko spojrzał na nią z góry.


-        Proszę, proszę... Siostrzyczka się obudziła i od razu się rządzi... Coś na chorą nie wyglądasz, złotko... – zaśmiał się ironicznie – Spadaj, to ciebie nie dotyczy...


-        Wszystko, co dotyczy mojej siostry, dotyczy też mnie! – warknęła – Ostrzegam cię! Jeśli zaraz nie wyjdziesz zadzwonię po policję. – zagroziła ostro, a on prychnął i zamachnął się, by ją uderzyć i odepchnąć od Mary.


-        Zjeżdżaj ty... – urwał, gdy nagle poczuł silny uścisk na swojej dłoni, którą Ren złapał w locie, nim dosięgła Elli.


Thom spojrzał pijanym wzrokiem na wysokiego mężczyznę, który stał teraz obok niego i patrzył na niego morderczym wzrokiem. Chwilę później poczuł odepchnięcie tak silne, że upadł na podłogę i poczuł lęk.


-        Kim ty od cholery jesteś? – syknął.


-        Jeśli powiesz jeszcze jedno słowo... – rzekł zabójczo niskim głosem – Wyrzucę cię przez okno, śmieciu!


-        Jak śmiesz mnie obrażać?! – warknął podrywając się z ziemi, chwiejnie.


-        Obrażać? Jesteś śmieciem. – zakpił – Jeśli mężczyzna podnosi rękę na kobietę, to jest zerem. Nie nauczono cię tego w szkole? – rzekł gniewnie, a cała widownia aż wytrzeszczała oczy ze zdumienia.


-        Ty sukinsynu! – krzyknął i zamachnął się, by go uderzyć.


Ren bez trudu złapał jego dłoń w locie i ścisnął tak mocno, że nie mógł nią poruszyć. Spojrzał na niego z politowaniem i uśmiechnął się złośliwie.


-        Ty się chcesz bić ze mną? – zaśmiał się – Nie rozśmieszaj mnie. Daję ci ostatnią szansę, wynoś się stąd i nigdy nie wracaj! – wrzasnął.


-        Nie będziesz mi mówił, co mam robić... – odburknął.


-        Jak chcesz. – rzekł od niechcenia i podniósł go trzymając za klapy płaszcza i najzwyczajniej w świecie wyniósł za drzwi tak, jakby nic nie ważył.


Mary i Ella tyko zamrugały oczami z wrażenia, a ich rodziców zatkało. Dziewczyny wybiegły na dwór, gdzie ujrzały, jak Ren przywalił mu w gębę tak, że stracił on przytomność. Gdy upadł na ziemię, wytrzepał dłonie i spojrzał na nie.


-        Zawołajcie kogoś, by sprzątnął tego drania. – rzekł zwyczajnie, ale chwilę trwało, nim dotarła do nich ta informacja. Były zbyt przejęte tą sceną.


Kilkanaście minut później przyjechała policja, spisała protokół i zeznania. Oskarżenie o wtargniecie do domu i napaść miało czekać na Thoma, gdy tylko wytrzeźwieje w izbie. Zabrali nieprzytomnego drania i wszystko wróciło do normy.


***


W domu Mary i Elli przez około pół godziny panowała śmiertelna cisza. Wszyscy byli wstrząśnięci tym wydarzeniem, zwłaszcza rodzice dziewczyn, którzy nie mieli pojęcia, co zaszło między Mary a Thomem. Mary była załamana i strasznie zawstydzona, więc wyszła się przewietrzyć. Ella wyłączyła ciastka i zastanawiała się co robić. W końcu zaparzyła herbatę, w nadziei, że jakoś rozładuje napięcie. Ren kątem oka obserwował wszystkich, głośno westchnął i podszedł do Elli.


-        Idź poszukać Mary. – szepnął jej na ucho – Ja porozmawiam z twoimi rodzicami...


-        Co chcesz zrobić? Chyba nie zamierzać użyć czarów? – od razu go rozszyfrowała.


-        Zaufaj mi, Ello. Nic im nie zrobię. – mruknął – Poszukaj siostry, jest roztrzęsiona, więc może zrobić jakieś głupstwo. – dodał, a  dziewczyna ubrała się i wyszła, zawiedziona, że tak niefortunnie potoczył się jej ostatni dzień na Ziemi.


***


Ren poczekał, aż Ella wyjdzie, po czym usiadł z jej rodzicami i uspokajał ich. Było ciężko wyjaśnić im, co się stało i dlaczego, zwłaszcza, że nie był do końca w temacie. Jednak z czasem zaczęli się uspokajać i oddychali coraz spokojniej. Tylko ojciec nie czuł się dobrze. Nagle poczuł się tak źle, że złapał się za serce, po czym upadł na podłogę.


-        Co ci jest, kochanie? – krzyknęła zrozpaczona żona, a Ren podszedł do niego i zamarł.


-        To serce, prawda? – spytał czując, że bije nierówno.


-        Tak. Mąż na nie choruje od lat... – zadrżała i złapała go za rękę – Nie umieraj, proszę... Zawołam karetkę!  – płakała, ale on oddychał coraz ciężej i wolniej.


-        Zaczekaj z tym, proszę... – rzekł Ren, a ona spojrzała na niego zdziwiona.


Obiecał Elli nie używać magii. ale nie miał wyboru. Nie mógł na to patrzeć. Dlatego zatrzymał przerażona kobietę przed wołaniem pogotowia.


-        Spokojnie, nic mu nie będzie. – rzekł do niej, a kobieta ze zdumieniem patrzyła, jak Ren dotyka dłonią piersi jej męża.


Minęło kilka sekund. Nie zauważyła nic dziwnego, dopóki Rena nie otoczyło białe światło, a jej mąż nie otworzył oczu i nie wstał tak, jakby był całkowicie zdrów. Patrzyła na niego i dotykała, jakby chciała się upewnić, czy to nie sen. On zaś wpatrywał się, w kompletnym szoku, w młodego mężczyznę, który stał przed nim i uśmiechał się do niego.


-        J-jak to możliwe? – głowiła się matka Elli i Mary – To cud! Albo może... – zawahała się chwilę, po czym zaczęła dziękować w kółko Renowi. Zaraz potem dołączył od niej mąż.


-        Ty nie jesteś lekarzem, tylko... – uleczonemu zadrżał głos, gdy nagle uświadomił sobie, kim naprawdę jest Ren.


W jednej chwili przypomniała mu się stara legenda, którą słyszał od swego ojca, dawno temu i nie mógł uwierzyć, że to, co odrzucił, jako młodzieniec, okazało się prawdą.


-        Proszę, zachowajcie w tajemnicy to, co się tu wydarzyło. Nawet przed córkami. – poprosił szczerze, nieświadomy, że oni już wiedzieli, z kim mają do czynienia.


-        Oczywiście, co tylko zechcesz, przybyszu z Egharii. – odparł wciąż zszokowany staruszek, wprawiając Rena w wielkie zdumienie – Nic dziwnego, że ograłeś mnie w szachy... – zaśmiał się, a Alren zastanawiał się, skąd ci ludzie znają nazwę jego świata.


-        Skąd wy...? – nie mógł się powstrzymać.


-        To długa historia, chłopcze... – westchnęła starsza kobieta – Ale nieważne. Dziękuję, że ocaliłeś mojego męża i opiekujesz się moją córką. – pogładziła Rena po policzku z wdzięcznością, a on w końcu ochłonął z wrażenia.


-        Usiądźcie i odpocznijcie. Wypijmy spokojnie herbatę. Musimy spróbować tych ciasteczek, które tak cudnie pachną. – mówił trochę, jak w transie, wciąż analizując to, co się stało. Oni zaś, niczym zahipnotyzowani, przytakiwali na jego sugestie.


Ren westchnął i zastanawiał się, jak to możliwe, że rodzice Elli wiedzą o Egharii, aż nagle go olśniło. Właśnie dlatego, że nimi są! Skoro Ella jest Miryonką, to oni też musza nimi być. Spojrzał im w oczy. Miały ten sam błękitny kolor, jaki posiadały ich obie córki. Pokręcił głową z niedowierzaniem, że to było takie oczywiste. Cała ta rodzina była potomkami pradawnych Miryończyków, wygnanych na Ziemię. Nie rozumiał tylko, czemu w takim razie nie powiedzieli córkom, kim są. Uznał jednak, że mieli swoje powody i nie dociekał. Postanowił zostawić to tak, jak jest.


***


Po jakimś czasie Ella wróciła z Mary do domu i od razu uderzyła ich sielankowa atmosfera w środku. Ren śmiał się i rozmawiał z ich rodzicami, przy herbacie i ciasteczkach, jakby nic się nie wydarzyło.


Mary nie wierzyła własnym oczom, a Ella wyczuwała tu magię i wcale nie była z tego powodu zadowolona.


-        Przyłączcie się. – rzekł wesoło ich ojciec, więc skinęły głowami i dosiadły się.


Po kilkudziesięciu minutach rozmowy z rodzicami, Ella doszła do wniosku, że cokolwiek Ren zrobił, dobrze się stało. Rodzice wprawdzie skarcili Mary za incydent z Thomem, ale rozumieli, że to już przeszłość i to, co się stało przed chwilą, było wynikiem tego, że Thom jest dupkiem. Marudzili trochę Mary, by nie zakochiwała się w takich ludziach, ale byli raczej spokojni i co najwyżej zawiedzeni zachowaniem Mary, ale nie wściekli. Ella cieszyła się, że Thom nie wspomniał nic o ciąży, której na szczęście nie było. Mieli mniej do tłumaczenia rodzicom.


W końcu atmosfera się poprawiła. Wypili herbatę i zjedli pyszne ciastka oraz rozmawiali o przyjemniejszych rzeczach. Ella zauważyła, że rodzice od jej powrotu nie mogą przestać zachwycać się Renem, co uznała za co najmniej podejrzane, więc obiecała sobie, że później go o to zapyta.


Niedługo potem dołączył do nich David, któremu oszczędzono relacji z incydentu z Thomem, by do tego nie wracać. W końcu i tak się dowie. Nawet nie zauważyli, kiedy minął cały dzień i nastał wieczór - tak miło mijał im czas.


Kiedy jednak wybiła 20:00, zarówno Ella, jak i Ren usłyszeli w swoich głowach telepatyczną wiadomość od Serilli, że maja udać się na dach pobliskiego budynku. Spojrzeli na siebie znacząco i wiedzieli, że muszą pożegnać się z nimi wszystkimi i wyjść. Ella wzięła głęboki oddech i patrzyła ze smutkiem na pochłoniętych rozmową bliskich, aż poczuła, jak Ren ściska jej dłoń pod stołem. Uśmiechnął się do niej, co dodało jej odwagi.


-        My będziemy się już zbierać... – rzekła nagle Ella, wstając od stołu.


-        Tak wcześnie? Czemu? – zdziwiła się Mary.


-        Chcemy trochę pospacerować, tylko we dwoje... – zarumieniła się, patrząc na Rena.


-        No dobra... – westchnął David – Idźcie, zjemy za was pozostałe ciastka!


-        Smacznego, Dave... – zaśmiała się Ella.


Chwilę później wyściskała rodziców, Mary i Davida tak, jakby żegnała się z nimi na zawsze, co oni podświadomie wyczuwali, choć tego nie rozumieli. Mary i David szczególnie odczuli niewytłumaczalny niepokój w sercach.


-        Ello... – krzyknęła Mary, gdy już otwierali drzwi wyjściowe – Uważaj na siebie. – dodała, nieco zmieszana.


-        Nic mi nie będzie, nie idę sama. Mam Anioła Stróża przy sobie. – uśmiechnęła się tylko.


-        Do zobaczenia! – krzyknęła jeszcze, jakby liczyła na odpowiedź i zarazem obietnicę powrotu, ale Ella nic nie odpowiedziała, tylko skinęła głową.


Kiedy zamknęli za sobą drzwi, zapadła cisza. Wszyscy czuli, że coś jest nie tak. Po kilkunastu minutach, Mary nie wytrzymała napięcia i wybiegła z mieszkania, jak szalona, a David podążył za nią. Rodzice zaś spojrzeli na siebie znacząco.


-        Sadzisz, że to o naszej córce mówią te stare legendy?


-        Tak... On jest najlepszym dowodem. – odparł jej mąż – A więc Bractwo Miryonu miało rację, że do nich należymy?


-        Najwyraźniej... Tylko co teraz? – zasępiła się – Myślisz, że ją TAM zabierze?


-        Chyba tak... – westchnął – Ale wiesz co? Teraz, kiedy wiem, kogo ma u swego boku, jestem o nią spokojny. Będzie bezpieczna, dopóki on będzie przy niej. – uśmiechnął się do siebie.


-        Ciekawe, czy ją jeszcze zobaczymy... – rzekła smutno.


-        Na pewno. – spojrzał na małżonkę niepewnie – W końcu to nasza mała Księżniczka... – dodał, po czym oboje pogrążyli się w milczeniu.

Aruell
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 74

poniedziałek, 1.sierpnia.2011, 00:25

Niedziela, 10 stycznia 2012 roku, Ziemia: Londyn – Hotel „Dream”, około 7:50


Gdy Ella się obudziła, nie było go przy niej. Od razu się zaniepokoiła, ale zaraz znalazła go stojącego pod oknem, tylko w spodniach i patrzącego na ośnieżone miasto, skąpane w porannym Słońcu. Przez chwilę tylko na niego patrzyła. Złote promienie rozjaśniały jego ciemną skórę i odbijały się w zielonych oczach. Z zachwytem podziwiała jego mięśnie, które przypominały jej o jego sile i tożsamości. Westchnęła i oparła głowę o poduszkę, nie spuszczając z niego wzroku.


-        Długo będziesz mi się tak przyglądać? – odwrócił nagle głowę. Jak zwykle wiedział, kiedy go obserwowała.


-        A co? Nie wolno mi? – mruknęła, a on się tylko znacząco zaśmiał.


Ren powoli podszedł do łóżka i stanął przy nim, patrząc na nią z góry. Od razu serce jej przyspieszyło. Nie ruszyła się ani milimetr, gdy zbliżył swe usta do niej. Zamknęła oczy, czekając na pocałunek, ale zamiast niego poczuła tylko dmuchnięcie. Zdziwiona otworzyła oczy i ujrzała, że tylko się z nią droczył.


-        Hej! Znowu zaczynasz? – rzuciła się na niego, a on jednym ruchem przygniótł ją do łóżka i znalazł się nad nią. Zadrżała.


-        Nie sądzisz, że i tak byłem ostatnio cholernie miły? Może nawet aż za bardzo... – rzekł zmysłowo, a ona z wrażenia otworzyła buzię.


-        Jesteś niemożliwy... – mruknęła z rozbawieniem – Pocałuj mnie wreszcie. Tylko tym razem nie blefuj,,,– niecierpliwiła się, czując jego bliskość.


-        Zastanowię się... – szepnął znów udając, że chce ją pocałować, bowiem zatrzymał się kilka milimetrów nad jej ustami i tylko się uśmiechał, a ona spojrzała na niego z oburzeniem.


-        Sam tego chciałeś! – bąknęła i poderwała się gwałtownie, po czym przeturlała się tak, że teraz ona była na górze i pocałowała go w usta tak głęboko i namiętnie, jak tylko potrafiła.


-        Hmm... Widzę ziółko, że demon się w tobie budzi... – uniósł znacząco jedną brew.


-        Jaki demon? – zakpiła z rozbawieniem.


-        Siedział w tobie od początku, uśpiony, aż do teraz... – zaśmiał się.


-        Och, czyżbyś się mnie bał? – zażartowała, a on nagle się przeturlał i spojrzał na nią z góry.


-        Kotku, nie rozśmieszaj mnie... – zaśmiał się zmysłowo – Prawdziwym demonem, to jestem ja... – mruknął i odebrał jej oddech tak intensywnym pocałunkiem, że zaczęła drzeć z emocji.


Jednak kilka minut później uspokoili się i ubrali, wiedząc, że muszą wrócić do jej domu. Zjedli grzecznie śniadanie, które przyniesiono im do pokoju i rozmawiali o byle czym. Ella jednak wciąż nie mogła przestać myśleć o rytuale, który może zabić Rena i o tym, co powiedział wczoraj – że mogą napotkać trudności, w związku ze zmianą jej pozycji. Bała się, że chodzi o ten sam problem, który mieli ziemscy królowie. Nie wyobrażała sobie rozstawać z Renem, z powodu swojej pozycji społecznej i przysięgła sobie w duchu, że nigdy do tego nie dopuści.


Ren zdawał się odgadywać jej myśli, więc poruszył inny temat, by nie psuć tego sielankowego poranka.


-        Kiedy tak patrzę na ciebie, mam wrażenie, że znamy się już całe wieki... – rzekł od tak, wzbudzając jej ciekawość.


-        Naprawdę? Ja też tak mam... – wyznała szczerze.


-        Nigdy nie zapomnę twojej miny, gdy spadłaś na mnie z nieba i wtedy przy ognisku, gdy myślałaś, że cię wykorzystam. – zebrało mu się na wspomnienia, a ona się zarumieniła, przypominając to sobie – Albo wtedy, gdy po połączeniu kajdankami, pierwszy raz poszliśmy do łazienki się umyć... – zaśmiał się mimowolnie.


-        Przestań... To wcale nie było śmieszne... – udała obruszenie.


-        A pamiętasz jaskinie w Lesie Sverse? – rzekł z rozbawieniem – Wtedy zaczęłaś pokazywać pazurki. – uśmiechnął się szczerze, a ona spąsowiała.


-        Dobrze już... – mruknęła zawstydzona, że wspomina te kłopotliwe sceny z ich życia.


-        To doprawdy niewiarygodne, jak się zmieniłaś w tak krótkim czasie...


-        Jak to?


-        Stałaś się śmielsza, nie bierzesz wszystkiego na poważnie, potrafisz pożartować, a nawet mnie uwodzić, co było nie do pomyślenia wtedy, gdy cię poznałem. – rzekł, patrząc jej łagodnie w oczy, a ona się zarumieniła.


-        To dzięki tobie, Ren.. – zdziwił się, słysząc to – Praktycznie wciąż wystawiałeś na próbę moją nieśmiałość tymi swoimi żartami. Ciągle mnie prowokowałeś i zmuszałeś do walki ze sobą... Więc w końcu się tego wszystkiego nauczyłam, choć sadzę, że to dopiero początek i muszę jeszcze popracować nad wieloma rzeczami. – rzekła szczerze.


-        Nie zwalaj wszystkiego na mnie, Ello. To głównie twoja zasługa, że znalazłaś w sobie siłę, by zacząć się zmieniać. Jesteś odważna, szczera i widzisz to, co jest ukryte...– uśmiechnął się – To tym mnie ujęłaś. - wyznał, a ona na chwilę zaniemówiła.


-        Ren... – zarumieniła się ponownie, a on ucałował jej czoło i pogładził policzek. Przytuliła się więc do niego i cieszyła tą ulotną chwilą.


***


Ziemia: Londyn – dom Elli i Mary, około 10:00


Kiedy tylko Ren i Ella wrócili do jej domu, rodzice i Mary dopiero jedli śniadanie. Przyłączyli się więc i z humorem znosili uwagi na swój temat, związane z minioną nocą w hotelu. W pewnej chwili Mary wpadła na jakiś pomysł i aż podskoczyła.


-        Co jest, Mary? – spytała zdziwiona Ella.


-        Upieczmy nasze firmowe ciasteczka! – zaproponowała – Wiesz, te, które zawsze robiłyśmy razem na święta. Wprawdzie Boże Narodzenie już dawno było, ale przez tamtą sytuację, nie mogłyśmy tego zrobić... Może teraz to nadrobimy? – spojrzała na Ellę prosząco, a ona tylko się lekko uśmiechnęła.


-        Zgoda. – powiedziała wesoło – Jak zaczniemy teraz, to za dwie godziny będą gotowe.


-        Super! To do roboty! – powiedziała entuzjastycznie Mary i od razu poszła do kuchni.


Rodzice dziewcząt wydawali się zadowoleni z tego pomysłu, natomiast Ren westchnął głośno.


-        A co ja mam w tym czasie robić? – spytał Ellę i poszedł za nią do kuchni.


-        Grzecznie siedzieć i czekać na ciastka. – zaśmiała się, widząc jego skrzywioną minę.


-        Wiesz, że nie umiem siedzieć bezczynnie... – mruknął.


-        To zagraj z moim tatą w szachy. – zaproponowała, a jej tata skinął głową z aprobatą.


-        Nie znam tej gry. – zakłopotał się.


-        Wszystko ci wyjaśnię, chłopcze. – rzekł starszy mężczyzna.


-        No dobrze. – wzruszył ramionami i już miał iść do pokoju, gdy zobaczył, że Mary stojąc na stołku i sięgając po coś na szafie, zachwiała się.


Ren rzucił się w jej stronę i w ostatniej chwili ją złapał. Elli serce stanęło, a Mary przez chwilę była w takim szoku, że zaniemówiła. W końcu spojrzała na Rena, gdy ten ją trzymał na rękach i zarumieniła się z zakłopotania.


-        Przepraszam... – mruknęła – Dziękuję. – dodała, gdy ostrożnie ją postawił na podłodze.


-        W porządku? – spytał, a ona tylko skinęła głową.


-        Mary, na litość...! Uważaj trochę! – skrzyczała ją Ella – Czego ty tam szukałaś?


-        Tam są nasze foremki na ciastka. – wskazała na samą górę szafki kuchennej.


-        Wystarczyło poprosić o pomoc kogoś wyższego. – rzekł spokojnie Ren i bez problemu po nie sięgnął, a potem wręczył Mary.


-        Dziękuję – odparła, wciąż pod wrażeniem tego zdarzenia.


-        Ach, Mary. Przez ciebie dostanę kiedyś zawału. – bąknęła Ella, po czym wróciła do wyrabiania ciasta.


Ren zaśmiał się cicho, po czym zostawił je same w kuchni i usiadł ze starszym mężczyzną do gry. Wyjaśnił mu on zasady, a potem zaczęli grać. W tym samym czasie jego żona zajęła się oglądaniem telewizji, wiedząc, że córki wypędza ją z kuchni, jeśli spróbuje się mieszać w ich kucharzenie.


Minęło pół godziny. Mary i Ella rozwałkowywały ciasto, a teraz wycinały ciastka, gawędząc o wszystkim i o niczym. W końcu Mary poruszyła temat, który obecnie ją najbardziej interesował.


-        Wiesz, siostrzyczko? – zaczęła, wycinając kolejne serduszko w cieście – Wcale ci się nie dziwię, że za nim szalejesz. – puściła jej oczko.


-        Hej! – rzuciła jej znaczące spojrzenie, a ona się zaśmiała.


-        Jest taki silny, przystojny i seksowny... Gdybyś nie była moją siostrą, to bym ci go odbiła... – dokuczała jej dalej.


-        Doprawdy? – prychnęła - Obawiam się, że to by było trudne. – zaśmiała się serdecznie.


-        Aż tak mu ufasz? – zdziwiła się nieco.


-        Bardziej niż sobie... – mruknęła zarumieniona.


-        Aż trudno w to uwierzyć... Jak mogłaś ukrywać, że się z nim związałaś, nawet przed Nickiem...


-        Mary, nie mówmy o tym... – poprosiła.


-        Dobrze, już dobrze. – zaśmiała się – Naprawdę cieszę się, że spotkałaś tego jedynego, siostrzyczko. Ren wygląda na wspaniałego mężczyznę. – uśmiechnęła się i wyściskała ją.


-        A ty? – spytała wesoło – Kiedy wreszcie powiesz Davidowi, ile dla ciebie znaczy? – spojrzała na nią pytająco.


-        Nie wiem... Mam nadzieję, że szybko. – zarumienia się nieco.


-        Nie zepsuj tego, to świetny facet i naprawdę cię kocha. – Ella powtórzyła to już n-ty raz i wsadziła całą blachę ciastek do piekarnika.


Tym samym skończyły i zostało im tylko czekać, aż się upieką. Uśmiechnęły się do siebie i weszły do pokoju, gdzie zobaczyły, że ich tata nie wygląda na zadowolonego.


-        Co się stało, tato? – spytała odruchowo Mary.


-        No wiecie, co? Grał pierwszy raz w życiu i od razu wygrał! Toż to niemożliwe! – spojrzał na Rena z niedowierzaniem, a one wybuchły śmiechem.


-        Dawno nikt cię nie ograł, to widać. – skomentowała nieco złośliwie jego żona.


-        Ależ kochanie! – mruknął i spojrzał ponownie na Rena – Przyznaj się, grałeś już kiedyś, prawda?


-        Nie, przysięgam. – zaśmiał się, a Ella skrzyżowała ręce.


-        Mogłeś dać mu wygrać, ty egoisto... – bąknęła, sama zdziwiona, że ograł wytrawnego gracza – Ach, cały ty... – westchnęła, widząc jego znaczący uśmiech.


W tym momencie wszyscy się roześmiali i mieli zamiar napić się kawy, w oczekiwaniu na ciastka, kiedy zadzwonił telefon Mary. Dziewczyna była pewna, że to David, którego zaprosiła na popołudniową, niedzielną herbatkę. Zdziwiła się więc, słysząc inny głos i do razu zesztywniała, co nie uszło uwadze wszystkim tu obecnym...

Aruell
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 73

niedziela, 31.lipca.2011, 00:14
Cześć Wam ;)

Na początek mała informacja. Ponieważ od 4 do 6 sierpnia mnie nie ma, w przyszłym tygodniu nie pojawią się notki w czwartek i sobotę.

Dlatego też postanowiłam dodać je wcześniej. Dzięki temu wyjdą 3 rozdziały pod rząd. ;)


W niedzielę jeden, w poniedziałek drugi, a we wtorek już normalnie - trzeci.  ;)

Jednak później, kolejna notka pojawi się dopiero we wtorek, za 2 tygodnie.


Co do tego rozdziału, pora na moment, na który zapewne tak dłuuugo czekacie. ^^

Miłego czytania i pozdrawiam ;)

***

Sobota, 9 stycznia 2012 roku, Ziemia: Londyn – ulice miasta, około 23:50


Przez kilka minut szli w milczeniu, podziwiając kolorowe choinki i lampki na wystawach sklepów, kompletnie ignorując ludzi, przechodzących obok nich. Wybierali najmniej ruchliwe ulice, kierując się do znanego Elli hotelu, na który było ją stać.


W pewnej chwili, niczym bumerang, powróciła do niej rozmowa z Serillą. Ochłonęła już po emocjonującym przybyciu Rena i nacieszyła się jego widokiem, więc teraz miała ochotę z nim o czymś porozmawiać.


-        Rozmawiałam z Serillą... Arcykapłanką Ziemi. – zaczęła poważnie.


-        Więc już wiesz... – zawahał się – Kim jesteś.


-        Tak... Wiem też, dlaczego mnie odesłaliście i że całą prawdę poznaliście dopiero po moim powrocie. – wyprzedziła jego wyjaśnienia – Choć trudno mi w to uwierzyć. – ścisnęła jego dłoń mocniej, więc spojrzał na nią pytająco.


-        Wybacz nam... Nie powinniśmy cię odsyłać, Ello... – rzekł nagle, zbijając ją z tropu – Z wielu powodów.


-        Dlatego tu jesteś, prawda? Masz mnie zabrać z powrotem... – zgadła – Serilla mówiła, że macie jakiś plan, ale nie odezwała się do mnie, od wczoraj.


-        Pewnie jest zajęta przygotowaniami. Będzie naszym medium na Ziemi. Gdy będzie gotowa, da nam znak.– rzekł, ale ona nie zrozumiała do końca.


Wtedy Ren wyjaśnił jej dokładnie, na czym będzie polegał rytuał powrotny i jakie ryzyko się z nim wiąże. Ella bardzo się zmartwiła, gdy to usłyszała.


-        Więc jeśli się nie uda, zginiesz? – zadrżała.


-        Tak. Nie jestem Księżniczką Miryonu, jak ty, Ello... – westchnął - Mogę przebywać na Ziemi jeszcze tylko dobę, więc w tym czasie musimy przeprowadzić rytuał. – rzekł poważnie.


-        Ren... Dlaczego to zrobiłeś? – zdenerwowała się, a on spojrzał na nią ze zdumieniem – Przecież to szaleństwo! Jeśli to prawda, że jest tylko 10% szans, że przeżyjesz powrót do Egharii to... Dlaczego to zrobiłeś? Nie było innego sposobu, by mnie tam ściągnąć? – zaczęła płakać, co go jak zwykle poruszyło.


-        Niestety nie. Nie płacz, proszę... – stanął naprzeciw niej i otarł jej łzy – Gdybym nawet tu nie przybył, Egharia bez ciebie przestałaby istnieć, więc i tak bym zginął. A tak mogę sprawić, że tam wrócisz i wypełnisz swe przeznaczenie, ratując cały tamten świat. Poza tym mam okazję spędzić z tobą jeszcze trochę czasu, nim nadejdzie dla mnie chwila prawdy, w czasie rytuału. – Ella zadrżała słysząc te słowa, które zabrzmiały jak pożegnanie.


-        Nawet nie waż się tak mówić! – była roztrzęsiona. Myśl o śmierci Rena sprawiała jej ból – Wystarczy, że mi się śniło, że umierasz... – ukryła twarz w jego piersi, ściskając mocno jego płaszcz.


-        Spokojnie. Każdy ma w swym życiu misję od spełnienia. – rzekł łagodnie – Twoja jeszcze się dobrze nie zaczęła, a ja najwyraźniej miałem cię spotkać i dopilnować, byś mogła wypełnić swe zadanie.


-        Nie mów tak! – spojrzała mu w oczy z rozpaczą – Nic ci nie będzie, słyszysz?! – potrząsnęła nim nieco, a on w odpowiedzi przyciągnął ją do siebie i mocno pocałował. Zaskoczyło ją to.


-        Wtedy, kiedy się żegnaliśmy chciałem ci coś powiedzieć, ale tego nie zrobiłem... – przytulił ją mocno do siebie – Teraz naprawię tamten błąd.


-        O czym ty mówisz? – nie rozumiała.


-        Chciałem ci powiedzieć, że cię kocham, Ello. – rzekł jej prosto do ucha, a ona zamarła – Kocham cię. Nawet nie wiesz, jak bardzo... – dodał, patrząc jej oczy, a ona nadal nie wierzyła własnym uszom. On natomiast poczuł ogromna ulgę, mówiąc jej to.


Ella stała i wpatrywała się w jego zielone oczy w wielkim szoku, wymalowanym na twarzy. Niby to wiedziała, niby przeczuwała, że tak jest. Niby zauważała wiele dowodów i sygnałów, że Ren ją kochał, ale wciąż, gdzieś głęboko w jej sercu, pozostawała jakąś wątpliwość. Teraz, gdy usłyszała z jego ust te magiczne słowa, zaniemówiła. Była w stanie tylko patrzeć na jego twarz i szczypać się ukradkiem w rękę, by sprawdzić, czy to nie sen.


-        N-Naprawdę? – wybąkała w końcu, czując jak szybko bije jej teraz serce.


-        Tak. – uśmiechnął się, widząc jej łzy wzruszenia i ujął jej dłonie.


-        Nie mogę w to uwierzyć, mimo iż podejrzewałam, że tak jest... – mruknęła zarumieniona i szczęśliwa – Możesz to powtórzyć? – spojrzała na niego błagalnie.


-        Kocham cię, Ello. – rzekł ponownie, po czym ją zachłannie pocałował.


Dziewczyna zupełnie zapomniała, o czym rozmawiali wcześniej i całkowicie poddała się chwili. Nie potrafiła opisać szczęścia, które teraz ją przepełniało. Alren – nieustraszony wojownik, który zarzekał się, że nie wierzy w miłość, powiedział jej, że ją kocha! Wyznał jej miłość! To było takie niezwykłe, bardziej niż jakikolwiek sen...


***


Niedziela, 10 stycznia 2012 roku, Ziemia: Londyn – dom Mary i Elli, około 00:10


Mary nie miała ochoty jeszcze spać, więc zaparzyła herbaty sobie oraz Davidowi, który postanowił dotrzymać jej towarzystwa. Siedzieli więc cichutko w kuchni i pili gorący napój. Rozmawiali szeptem, uważając by nie zbudzić rodziców Mary i Elli.


-        Byłeś dziś jakiś dziwny. Najpierw obchodziłeś się bardzo nieufnie z Renem, ale po tym, jak razem wyszliście, zmieniłeś się. Nieustannie na niego patrzyłeś i chętniej z nim rozmawiałeś. – mówiła spokojnie – Co on ci tam powiedział?


-        Nic takiego... – skłamał, nie chciał wzbudzać w niej wątpliwości.


-        Zresztą nieważne. – wzruszyła ramionami – Za to wciąż nie mogę się nadziwić, że oni są do siebie tak przywiązani... – rzekła poważnie – Wyglądają tak, jakby przeżyli ze sobą kilka lat, a nie - znali się kilka miesięcy. Zauważyłeś? – spojrzała na niego pytająco.


-        Tak. – uśmiechnął się – Cóż, wydaje mi się, że to jest ten typ uczucia, który zdarza się tylko raz w życiu. – rzekł spokojnie, po czym spojrzał na nią znacząco.


Nie wiedzieć czemu zarumieniła się. Wyczuła, że mówił to do niej i zastanawiała się, co ma zrobić. Już chciała pociągnąć ten temat, kiedy David wstał od stołu i uśmiechnął się do niej.


-        Pójdę już, bo zrobiło się późno. – szepnął – Pogadamy jutro. – pocałował ją delikatnie w policzek.


-        Dobrze, dobranoc. – zarumieniła się lekko i zamknęła za nim drzwi.


Gdy położyła się już do łóżka, wciąż myślała o Renie i Elli oraz o sobie i Davidzie. Pamiętała słowa siostry i uznała, że miała ona rację i powinna zrobić wszystko, by być z Davidem...


***


Ziemia: Londyn – Hotel „Dream”, około 00:20


Ella i Ren dotarli już do hotelu i zajęli niewielki, dwuosobowy pokój. Od razu postanowili się umyć, by rozgrzać się po mroźnym spacerze. Pierwsza do łazienki weszła Ella. Gdy jednak odkręciła kran i gorąca woda zmoczyła jej kształtne ciało, poczuła jego obecność. Odwróciła się i zobaczyła, jak wchodzi do kabiny prysznicowej i staje tuż za nią.


Z zachwytem podziwiała jego piękne ciało tak, jakby widziała je pierwszy raz, co zaintrygowało Rena.


-        Czemu mi się tak przyglądasz? – zaśmiał się – Zapomniałaś już, jak wyglądam? – zażartował.


-        Skądże... Takiego ciała nie sposób zapomnieć... – mruknęła, rumieniąc się.


-        Więc dlaczego? – zaśmiał się, przytulając ją delikatnie pod silnym strumieniem wody.


-        Wciąż nie mogę uwierzyć, że tu jesteś i że wyznałeś mi miłość. Spełniło się moje marzenie... – rzekła zarumieniona i szczęśliwa, gładząc z zachwytem jego tors.


-        Czas najwyższy uwierzyć... – mruknął i pocałował ją namiętnie w usta.


Oplotła go ramionami i odwzajemniła pocałunek. Oddychali coraz szybciej, puls im podskoczył, gdy zaczęli gładzić się bez opamiętania, aż w końcu nie wytrzymali.... Ren uniósł ją nieco i posadził na sobie. Trzymał ją tak, jakby nic nie ważyła, a ona skrzyżowała nogi na jego plecach. Kochali się szybko i namiętnie, a woda, która spływała po ich ciałach, tylko potęgowała tę nieziemską rozkosz.


Gdy po wszystkim nieco ochłonęli, Ren zaniósł ją do łóżka i zaczął delikatnie całować, jakby była jego największym skarbem. Gładziła palcami jego twarz i co chwila wplatała je w jego włosy, patrząc w intensywną zieleń jego oczu. On zaś głaskał jej skórę na całym ciele, powodując u niej przyjemne mrowienie. Położyli się koło siebie, przytuleni i w duchu pragnęli by ta noc się nie skończyła. Wcale nie mieli ochoty spać.


-        Chciałabym, by ta chwila trwała wiecznie... – mruknęła z zadowoleniem – Naprawdę nic więcej nie jest mi do szczęścia potrzebne...


-        Nie jesteś zbyt wymagająca. – zaśmiał się – Wystarczy ci tylko nagi mężczyzna?


-        Nie jesteś tylko mężczyzną, Ren. – uniosła się nieco i zaczęła delikatnie muskać ustami jego policzki oraz całą twarz – Jesteś moją miłością, schronieniem i sumieniem... Jesteś całym moim światem. – wyznała, a jego zatkało.


-        Chyba trochę przesadzasz, Ello... – mruknął z powątpieniem, choć jego serce skakało z radości.


-        Jeśli mi nie wierzysz, mogę zdjąć obrączkę... – uniosła lewą rękę, ale wtedy on ją chwycił i przyciągnął do swoich ust. Zarumieniła się, gdy ją pocałował.


-        Nie musisz... Wierzę ci. – szepnął, patrząc jej w oczy – Ale martwi mnie to trochę. Nie chcę byś się ode mnie uzależniła...


-        Na to już jest za późno... – zaśmiała się i wtuliła w jego pierś.


-        Ach, Ello... Musisz być niezależna... – rzekł poważnie – Gdy wrócimy, nie będziesz już zwyczajną dziewczyną, tylko Księżniczką najpotężniejszego królestwa w tamtym świecie.


-        Brzmi trochę przerażająco... ale to nie zmieni tego, co do ciebie czuję.


-        Nie o to chodzi... – westchnął.


-        Wiem, o co ci chodzi... – spojrzała mu w oczy – Jednak jestem pewna, że uda mi się osiągnąć kompromis między tym, kim jestem a tym, że nie potrafię bez ciebie żyć. – rzekła szczerze, co go poruszyło.


-        Ello... Nawet nie zdajesz sobie sprawy z tego, ile się zmieni... – rzekł smutno.


-        Nieważne. Po prostu bądź przy mnie. – szepnęła gładząc palcem jego usta – Obiecaj, że nigdy mnie nie opuścisz... Obiecaj, że zmiana mojej pozycji, niczego nie popsuje między nami... – spojrzała błagalnie w jego oczy.


-        Obiecuję... – odparł wzruszony – Choć to może być trudniejsze, niż sądzisz...

Aruell
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 72

piątek, 29.lipca.2011, 23:51
Witajcie!

Zapraszam na kolejny rozdział BM i życzę miłego czytania. ;)

Pozdrawiam serdecznie ;)

***

Sobota, 9 stycznia 2012 roku, Ziemia: Londyn – dom Mary i Elli, około 21:00


Minęła godzina. Ella przedstawiła Davidowi i rodzicom Rena. Gdy pierwsze zaskoczenie minęło, a emocje opadły, rodzice wyściskali córkę, bardzo szczęśliwi, że jest cała i zdrowa,. Potem wszyscy zasiedli do stołu. Pijąc herbatę i jedząc ciasto, dużo rozmawiali. Jak można było się łatwo domyślić, głównie o Renie. Jej rodzice i David mieli te same pytania, co Mary w centrum handlowym, więc Ella musiała im przekazać tę samą bajkę.


Nie była z tego powodu szczęśliwa, ale za nic nie chciała psuć tej unikalnej chwili, kiedy miała przy sobie wszystkich, których kochała: rodziców, siostrę i Rena oraz drogiego przyjaciela – Davida. Intuicyjnie czuła, że drugiej takiej okazji nie będzie i że jest to jej małe pożegnanie z Ziemią. Wiedziała, że niedługo wróci do Egharii, jednak teraz nie chciała o tym myśleć. Była wzruszona tą chwilą.


Państwo Dreamson i Mary z czasem polubili tryskającego humorem Rena, zwłaszcza, że był wobec nich wyjątkowo kulturalny. Tylko David miał wątpliwości. Wyczuwał w całej tej sytuacji coś dziwnego. Nie wierzył w historię Elli ani w to, że Ren jest lekarzem. Miał niejasne przeczucie, że pojawienie się Rena jest równie dziwne, jak nagłe przebudzenie Elli. Wiedział, że to szaleństwo, ale podejrzewał, że Ren ma jakiś związek z tamtą dziwną kobietą, która odwiedzała Ellę w szpitalu oraz ze wszystkimi niewytłumaczalnymi zjawiskami, które dotknęły złotowłosą. Co chwilę mu się też zdawało, że bransoleta Elli lśni błękitnym światłem, ilekroć Ren jej dotykał. Ponieważ jednak wyglądało na to, że tylko on to widzi, uznał, że może ma halucynacje.


Niemniej jednak martwił się o Ellę. Miał wrażenie, że dzieje się coś irracjonalnego. Jednego był jednak pewny, ta dwójka naprawdę się kochała. Nie miał co do tego żadnych wątpliwości i to go cieszyło. Tylko dlatego, nie poruszał teraz tematu swoich wątpliwości. Obiecał sobie jednak, że zamieni z Ellą kilka słów na ten temat, kiedy będą już sami.


Dopiero po jakimś czasie David zauważył, że Ren bacznie mu się przygląda. Nie mógł wiedzieć, że on zdążył już się domyślić, iż Dave mu nie ufa.


-        Dave... – zagadnęła Mary do niego – Może wyskoczysz kupić wino? Uczcimy powrót Elli. – rzekła wesoło, a on się ocknął z zamyślenia.


-        Dobrze. – odparł krótko.


-        Pójdę z tobą. – oznajmił nagle Ren, co zwróciło uwagę Elli. Dostrzegła wtedy dziwne spojrzenie Dave’a i zaniepokoiła się.


-        Po co? – zdziwiła się Mary.


-        Chcę się przewietrzyć. – wyjaśnił i najwyraźniej taka odpowiedź zadowoliła wszystkich obecnych, poza Ellą, która wiedziała, co zamierzał, znając jego myśli.


David nie wyglądał na zadowolonego z tego faktu, jednak wyszedł z nim do sklepu. Kiedy tak szli, niespiesznym krokiem, David zastanawiał się, czy może go o to zapytać, ale z jakiegoś powodu ten mężczyzna wzbudzał w nim strach. Nie umiał tego racjonalnie wyjaśnić.


-        Pytaj, przecież nie daje ci to spokoju... – rzekł Ren, jak gdyby nigdy nic, a on był w szoku.


-        Skąd ty...? – zdziwił się, po czym zignorował to – Powiedz mi, jeśli się mylę. Cała ta historia, o tym jak się poznaliście i kim jesteś to jedna wielka bzdura, prawda? – spytał w końcu, a Ren się uśmiechnął.


-        Brawo. Jesteś bardzo bystry. – pochwalił go.


-        A wiec jednak! T-to kim ty jesteś? – zatrzymał się i stanął naprzeciw niego. Zaraz jednak się nieco wystraszył, bo Ren był od niego wyższy i lepiej zbudowany – Dlaczego nie mówicie nam z Ellą prawdy? – spojrzał mu w oczy, a Ren położył mu rękę na ramieniu. Poczuł wtedy jego drżenie i zasępił się.


-        Czemu drżysz? Nie bój się. Nic ci nie zrobię. – powiedział, zaskakując go.


-        Nie umiem tego wyjaśnić, ale podświadomie czuję niepokój w twojej obecności. – spuścił głowę – Powiedz mi prawdę, proszę. Martwię się o Ellę i Mary, która jest z nią bardzo związana. – wyjaśnił, a Ren się tylko uśmiechnął.


-        Nie pytaj o to, przyjacielu. Nie jesteś w stanie zrozumieć prawdy, bo przekracza ona twoją rzeczywistość. – rzekł tajemniczo – Wiedz jednak, że kocham Ellę z całego serca i nie dopuszczę, by coś jej się stało.


-        W to akurat wierzę. – rzekł szczerze – Ale czemu twierdzisz, że nie zrozumiem prawdy? Co wy ukrywacie?


-        Davidzie... – rzekł powoli Ren – Czy gdybym ci powiedział, że Ella wcale nie była nieprzytomna przez ten cały czas, tylko trafiła do innego świata, gdzie poznała mnie i przeżyła liczne przygody... Gdybym powiedział, że jest ona Księżniczką w tamtym świecie, a ja wojownikiem, w którym się zakochała... Gdybym powiedział, że jej powrót na Ziemię był błędem, który przybyłem naprawić... – mówił niezwykle tajemniczo – Uwierzyłbyś mi? – spojrzał mu w oczy, a Dave zadrżał.


Zapadło długie milczenie. Mimo iż to, co usłyszał brzmiało niesamowicie, jak historia z baśni czy fantasy, wydało mu się to prawdziwsze niż bajeczka o lekarzu, którego Ella poznała na ulicy. Zwłaszcza, że wyjaśniało dziwny przypadek śpiączki Elli i wizyty równie zagadkowej kobiety w jej sali.


-        Po tym, co widziałem w szpitalu... – rzekł w końcu -  Uwierzę we wszystko. Nawet w to, czego nie rozumiem... – zaskoczył go.


-        I nie próbuj tego zrozumieć. Udaj, że tego nie słyszałeś... Być może kiedyś poznasz całą prawdę i będziesz w stanie ją pojąć, ale to zdecydowanie jeszcze nie teraz... – powiedział z uśmiechem Ren – Chodźmy już kupić to wino. – zaproponował, a zaniepokojony i zszokowany zarazem David, który czuł się, jakby miał jakiś dziwny sen, tylko skinął twierdząco głową.


***


Ziemia: Madryt – Apartament Nicka, około 21:50


Nick i Carmen całowali się coraz częściej, przerywając tylko po to, by napić się wina. Dziewczyna rozpływała się w jego ramionach, szczęśliwa, że go nie straciła.


-        Kocham cię, Nick... – wyszeptała, a jemu serce aż podskoczyło z radości, bo powiedziała to pierwszy raz – Szaleje za tobą... – pocałowała go namiętnie.


-        Tak się cieszę, kotku... – odpowiedział jej równie żarliwym pocałunkiem – Ja też za tobą szaleję, Karmelko...


W tej chwili dziewczyna przewróciła go na plecy i usiadła na nim okrakiem. Spojrzał na nią zdumiony, ledwo panując nad pożądaniem, gdy ujrzał, jak obsunęło się ramiączko jej sukienki.


-        Ostrzegam, że lubię dominować... – mruknęła, po czym pocałowała go zachłannie.


-        Tylko mnie nie zabij, skarbie... – szepnął, wkładając spragnione dłonie pod jej sukienkę.


-        Zastanowię się... – odparła, rozpinając mu koszulę gwałtownymi ruchami, jakby chciała ją rozerwać.


Nie minęło kilka minut, kiedy był już całkiem rozebrani i pieścili się wzajemnie, pragnąc wciąż więcej i więcej. Zatracili się w szalonej namiętności, ciężko dysząc, w rytmie swoich serc.


***


Ziemia: Londyn – dom Mary i Elli, około 23:20


Kiedy Ren i Dave wrócili, Ella od razu zauważyła zmianę w zachowaniu Davida. Był zaskoczony i czuł jeszcze większy respekt przed Renem, ale jednocześnie wydawał się spokojniejszy. Walczyły w nim sprzeczne emocje.  Dzięki połączeniu z Renem wiedziała, o czym rozmawiali. Niepokoiło ją to, że powiedział Dave’owi prawdę, choć nie wprost. Teraz jednak było już za późno, by się wycofać.


Mimo wszystko wieczór minął miło i spokojnie. Potem rodzice Mary i Elli poszli spać do pokoju Mary, a ona miała spać z Ellą, w jej pokoju. Jednak złotowłosa wysnuła sobie inne plany na tę noc.


-        Mary, ja pójdę z Renem, a ty śpij sobie wygodnie u mnie w pokoju.


-        Ale jak to? Dokąd idziecie? – spojrzała na nich ze zdumieniem, a David tylko się znacząco uśmiechnął, stojąc za nimi.


-        Do hotelu oczywiście. – odparła zwyczajnie Ella, a Mary przełknęła ślinę, wiedząc, co to oznacza.


-        Aha... – mimowolnie się uśmiechnęła i patrzyła teraz znacząco raz na Elle, a raz na Rena.


-        Przyjdę jutro z samego rana, obiecuję. – uśmiechnęła się Ella, a Mary głośno westchnęła.


-        Dobrze, idźcie. Co ja mogę w obliczu namiętności? – zaśmiała się, a Ella zarumieniła.


Zaraz potem wycałowała siostrę i pożegnała się z Davidem, a następnie opuściła z Renem swój dom, zostawiając Mary samą z Davidem i śpiącymi już rodzicami.


Gdy tylko byli na ulicy, założyli z powrotem swoje obrączki, gdyż nie potrzebowali już znać swoich myśli. Chwilę później Ren zaśmiał się radośnie.


-        Hotel, co? – spojrzał na nią znacząco, a ona od razu wiedziała, że pomyślał o Veronie.


-        No co? Przecież nie masz pieniędzy, a nie mogłabym cię gościć u siebie w nocy, bo nie mamy tyle miejsca. – wyjaśniła – Uznałam, że tak będzie najlepiej... – unikała jego wzroku.


-        Oczywiście, kierowałaś się tylko racjonalnymi pobudkami. – zaśmiał się.


-        Ren! – spojrzała na niego, udając oburzenie, że znów się z nią droczy.


-        Słucham... – przyciągnął ją gwałtownie do siebie. Zmiękły jej kolana, gdy ujrzała te jego lśniące, zielone oczy, w świetle latarń na ulicy.


-        Nieważne... Chodźmy. – rzekła nieśmiało i zrobiła kilka kroków naprzód, aż nagle poczuła, że on chwyta jej dłoń. Spojrzała na niego pytająco, ale on tylko się uśmiechnął.


Poszli razem ośnieżoną ulicą, trzymając się za ręce. Serce niebezpiecznie jej przyspieszyło. Szli ulicami świątecznie przystrojonego miasta, niczym zakochani. To było dla niej jeszcze bardziej niesamowite, niż magiczna Egharia i wyjątkowo romantyczne. Ren natomiast obserwował z boku jej miny i uśmiechał się do swoich myśli.

Aruell
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 71

czwartek, 28.lipca.2011, 00:19
Witajcie ;)

Zapraszam na kolejny rozdział BM, wraz z rysunkiem Elli. ;)

Pozdrawiam ;)

***

Sobota, 9 stycznia 2012 roku, Ziemia: Londyn – dom Mary i Elli, około 19:40


Kiedy tylko Mary zemdlała, Ren osobiście zaniósł ją do domu, w którym mieszkały z Ellą. Po drodze Ella opowiedziała Renowi o tym, jak to wszystko wygląda na Ziemi. Wspomniała o wypadku, a także spotkaniu z Serillą. Upomniała Rena, by nie używał tutaj magii ani nie wspominał o innym świecie, co on doskonale rozumiał. Opowiedziała mu, że tutaj jest lekarzem, którego poznała przez przypadek na ulicy, co z kolei go rozbawiło. Właśnie o tym rozmawiali, kiedy dotarli już na miejsce.


-        Co to za pomysł, Ello, nazywać wojownika lekarzem... – zaśmiał się, wchodząc do ich domu.


-        Oj, musiałam coś wymyślić... Przecież nie mogłam jej wyznać prawdy. Wyobraź sobie, co by było, gdybym jej powiedziała, że jesteś Łowcą Dusz... – usłyszała, jak się zaśmiał.


-        Pewnie znów by zemdlała z wrażenia... – odparł wesoło, wchodząc do sypialni Mary.


-        To wcale nie jest śmieszne...– mruknęła i zarumieniła się, gdy ujrzała jego promienny uśmiech.


Ren położył Mary delikatnie na jej łóżku i po przyjrzeniu się jej pomyślał, że siostry są bardzo do siebie podobne, ale uznał, że Ella jest ładniejsza. Potem poszedł do kuchni, gdzie złotowłosa nerwowo się krzątała, odkąd tylko wrócili. Dziewczyna zaparzyła mu herbaty, ale nie usiadła z nim.


-        Co robisz? – spytał z ciekawości. Chciał poruszyć temat planu powrotu do Egharii, ale wyczuwał, że to nie jest dobry moment.


-        Za chwilę przyjdzie tu Dave z moimi rodzicami... – wyjaśniła mu – Zasiedziałyśmy się z Mary w mieście i nawet nie przygotowałyśmy poczęstunku dla rodziców.


-        Twoi rodzice zaraz tu przyjdą? – Ren, nie wiedzieć czemu, zaczął się denerwować, co ona zauważyła i zmierzyła go znaczącym wzrokiem.


-        Denerwujesz się? Coś takiego, nieustraszony Alren boi się moich rodziców! – zażartowała wesoło, a on posłał jej mordercze spojrzenie, po czym uśmiechnął się.


Właśnie za tym tęsknił. Za jej śliczną, zarumienioną buzią i złotymi włosami. Za jej uśmiechem oraz tekstami, które zawsze go rozśmieszały. Był szczęśliwy, że tu jest. Z nią. Ella widząc, że pożera ją wzrokiem, straciła ochotę na żarty i zaczerwieniła się.


-        No już, nie gap się tak, bo zaraz coś stłukę... – mruknęła, a on bez słowa wstał i stanął za nią. Poczuła jego gorący oddech na szyi i zadrżała – Co robisz? – spytała nerwowo, a on się zaśmiał i sprytnie uwolnił jej ręce od filiżanek. Zaczął je układać na talerzykach, po czym zaniósł je na stół w pokoju, gdzie wcześniej Ella pościeliła obrus.


-        Zostaw, nie musisz... – zakłopotała się.


Sam fakt, że Ren był w jej domu, na Ziemi, był zdumiewający, a on jeszcze jej pomagał nakrywać stół. Nie wiedziała, co ze sobą zrobić. Serce waliło jej jak szalone. Z trudem się powstrzymywała, by nie rzucić na niego i nie zacząć całować, ale nie mogła tego zrobić. Nie było na to czasu.


-        Mówiłaś, że kto przyjedzie z twoimi rodzicami? – spytał nagle, zanosząc ciasto na stół.


-        David. – odparła z uśmiechem, wcale się nie dziwiła, że poruszył tę kwestię.


-        A kto to? Twój brat? – spojrzał na nią badawczo.


-        Nie, nie mam brata. Mam tylko Mary. – zaśmiała się – David to... mój przyszły szwagier. – skończyła wesoło.


-        Szwagier? Czyli mąż Mary? – wydedukował – Ale zaraz, czemu przyszły?


-        Bo to dwie sieroty, które nie wiedzą, że się nawzajem kochają. – zaśmiała się – Ale już niedługo... Z tego co zaobserwowałam, wszystko zmierza w dobrym kierunku. – skomentowała, a  Ren zapatrzył się na nią i uśmiechnął się bardzo ciepło.


-        To zupełnie tak, jak my... – rzekł całkiem serio, co zaskoczyło Ellę.


-        C-co  przez to rozumiesz? – glos jej się załamał, gdy rozum podpowiedział jej znaczenie tych słów.


-        Nie doczekała się odpowiedzi, bo wtedy do kuchni weszła Mary, która właśnie się ocknęła i gdy tylko zauważyła Rena, stanęła jak wryta.


***


Ziemia: Madryt – Apartament Nicka, około 19:50


Nick zaprosił Carmen do siebie na kolację, gdy tylko wrócił do Madrytu i uporządkował myśli. Dziewczyna przyszła punktualnie i właśnie zasiedli do posiłku. Carmen była jednak spięta i zdenerwowana. Nie znała powodu wyjazdu swego chłopaka i bała się tego, co teraz usłyszy.


-        Obudziła się... – usłyszała w końcu.


-        Ale kto? – nie zrozumiała.


-        Moja była dziewczyna, o której ci opowiadałem. – rzekł łagodnie – Miałem przeczucie, więc pojechałem od Londynu...


-        Ach więc to dlatego... – zrozumiała, choć i takie działanie, pod wpływem impulsu, wydało jej się dziwne – Rozmawiałeś z nią? – spytała z niepokojem.


-        Tak. Wyznałem jej wszystko i przeprosiłem... – powiedział spokojnie – A ona... Nie mogę w to uwierzyć. – pokręcił głową.


-        W co takiego? – jej obawy stawały się coraz silniejsze.


-        Po prostu mi wszystko wybaczyła i pożyczyła szczęścia... – rzekł, patrząc jej w oczy. Carmen zatkało.


-        W takim razie jest aniołem... – skomentowała, a on się zaśmiał.


-        Chyba coś w tym jest... – rzekł z uśmiechem – Nie poznałem jej. Bardzo się zmieniła, choć nie mam pojęcia, jakim cudem ani kiedy.


-        I co teraz? – spytała smutno. Dopiero wtedy ujrzał lęk w jej oczach.


-        A co ma być? – zdziwił się – Czuje się szczęśliwy, że mogłem ją prosić o wybaczenie i otrzymałem je. Nigdy jednak nie zapomnę tej lekcji i nie zamierzam powtórzyć tamtego błędu. – rzekł poważnie, patrząc jej w oczy.


-        Więc nie wrócisz do niej? – zapytała w końcu.


-        Czemu miałbym wracać? – zdziwił się – Carmen... Kocham tylko ciebie. – powiedział pewnie, a jej serce przyspieszyło.


Zauważył, że jej ulżyło i zaśmiał się cicho. Podszedł do niej, ujął jej twarz w dłonie i pocałował.


-        Głuptasie... – szepnął – Naprawdę sadziłaś, że cię zostawię? – zaśmiał się, gdy się zarumieniła, po czym pocałował ją znowu.



***


Ziemia: Londyn – dom Mary i Elli, około 20:00


Mary nie mogła uwierzyć własnym oczom, patrząc na wysokiego mężczyznę w swej kuchni. Jego wygląd pasował do opisu... Ella szybko wyprzedziła pytanie siostry.


-        Mary, to jest Ren, mój... chłopak. – zawahała się -  To o nim ci mówiłam... – przełknęła ślinę i ukradkiem zerknęła na Rena.


Zdążyła zauważyć jego figlarny uśmiech i była prawie pewna, że jeszcze do tego wróci, by jej dokuczyć.


Mary totalnie zamurowało. Lustrowała Rena badawczym wzrokiem i oczom nie wierzyła. W rzeczywistości był o wiele przystojniejszy, niż sobie wtedy wyobraziła. Ren czekał cierpliwie, aż się pierwsza odezwie, ale już wiedział, że siostrzyczki są do siebie nawet bardziej podobne, niż przypuszczał.


-        O jasna cholera, Ello... – wyrwało jej się – To jest TEN mężczyzna? – dopiero teraz była w stanie spojrzeć na Ellę. Ren natomiast zaczął się śmiać i zastanawiał się, czego to Ella jej o nim naopowiadała...


-        Tylko się w nim nie zakochuj. – zaśmiała się Ella i zaraz spąsowiała, gdy tylko ujrzała, znaczące spojrzenie Alrena.


-        Jestem Ren. Miło cię poznać, Mary. – ukłonił się lekko i uścisnął jej delikatnie dłoń, a Mary się zarumieniła.


-        M-mnie również... – zmieszała się. Sama nie wiedziała, czemu ten mężczyzna tak ją onieśmielał – Ale zaraz, jak ja się tu znalazłam?


-        Zemdlałaś po tamtym, więc Ren cię tu przyniósł. – wyjaśniła Ella, a Mary aż podskoczyła.


Teraz dopiero sobie przypomniała tamtą walkę i od razu skojarzyła fakty. Zmieszała się, gdy pomyślała, że ją tu przyniósł, z tak daleka...


-        To ty nas uratowałeś, prawda? – spytała odruchowo, czując przed nim dziwny respekt.


-        Tak. – potwierdził – Wybacz, jeśli cię wystraszyłem. – rzekł poważnie, a Mary tylko nerwowo pokręciła głową i nagle sobie coś przypomniała.


-        Ach! Rodzice! – oprzytomniała.


-        Spokojnie, już prawie wszystko gotowe. – uśmiechnęła się Ella.


-        O kurcze, szybka jesteś... – rzekła Mary z podziwem, widząc przygotowany stół.


-        Ren mi trochę pomógł. – rzekła zdejmując fartuszek, a Mary znów spojrzała na miego badawczo.


Nie mogła oprzeć się wrażeniu, że ten mężczyzna jest jakiś... inny? Nie wiedziała, ja to dokładnie nazwać. Było w nim coś nieziemskiego i nie chodziło tylko o urodę. Miał coś we spojrzeniu. Otaczała go dziwna aura. Nie wyglądał jej na lekarza, ale nie śmiała posądzać Ellę o kłamstwa bez powodu.


Zamiast tego chciała go zasypać gradem pytań, ale wtedy usłyszeli dzwonek u drzwi. Dave i rodzice najwyraźniej byli już na miejscu. Ella westchnęła. Przeczuwała, co zaraz nastąpi. Wiedziała, że zamęczą ją pytaniami o Rena i trochę się tego obawiała, ale wtedy poczuła jego rękę na ramieniu i spojrzała na niego pytająco.


-        Nie martw się, poradzimy sobie. – rzekł wesoło – Zdejmijmy obrączki... – szepnął jej do ucha i ujął jej lewą dłoń, stojąc za nią.


-        Po co? – zdziwiła się.


-        Będziemy sobie podpowiadać w myślach, co mówić. – rzekł rzeczowo – Po wszystkim, znowu je założymy. Trzeba wykorzystać możliwości, jakie daje nam „więź dusz”, skoro i tak już jesteśmy połączeni.


-        No dobrze... – mruknęła zarumieniona, po czym oboje zdjęli obrączki i schowali je głęboko w kieszeniach.


-        Sprawdźmy, czy działa... – mruknął Ren – O czym teraz myślę?


-        Ren... – wstrzymała oddech i zalała się rumieńcem, od razu czując w sobie jego pragnienia.


-        A więc działa... – mruknął tak zmysłowo, że aż podskoczyła.


-        Ren! Moi rodzice zaraz tu wejdą! – skarciła go półszeptem, chowając się  z nim w kuchni.


-        Wiem... – zaśmiał się, a ona przełknęła ślinę – I kto tu się bardziej boi twoich rodziców, co? – szepnął jej na ucho, po czym pocałował ją w usta tak łapczywie i namiętnie, że Ella zadrżała.


W tym momencie do środka weszli rodzice Elli i Mary oraz David i patrzyli na nich w osłupieniu. Dopiero wtedy oderwali się od siebie, nieco zakłopotani. Ella, widząc świdrujące spojrzenie rodziców oraz Dave’a, utkwione w Renie, odchrząknęła nerwowo i uśmiechnęła się.


-        Mamo, tato... Miło was widzieć. – rzekła do nich, jednak oni wyglądali tak, jakby tego nie słyszeli, podobnie David.


-        Kto to jest, Ello? – rzekli chórem, a ona tylko ciężko westchnęła.


Ella


Link do większego obrazka:


http://img850.imageshack.us/img850/7448/ella4sr.jpg

Aruell
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 70

wtorek, 26.lipca.2011, 00:03
Kochani!

Zapraszam na kolejny rozdział BM. ;)

To już 70ty. Niesamowite. ;D

Załączam rysunek Rena, który już był wcześniej, ale pasuje do tej części opowiadania, więc dodaję go ponownie. Aby nie było dokładnie tak samo, zmieniłam kolorystykę i sposób kolorowania. Mam nadzieję, że widać zmiany?
Jednocześnie przepraszam za niedokładność, dopiero się uczę. ;D


Pozdrawiam ;)

P.S. Neptune, trzymam kciuki za Twoje szybkie wyzdrowienie. ;)


***

Sobota, 9 stycznia 2012 roku, Ziemia: Londyn – Centrum Handlowe, około 15:00


Ella znów poczuła coś dziwnego. To samo uczucie, które obudziło ją tego ranka. Rozejrzała się nerwowo dookoła, jakby kogoś szukała.


-        Co się stało? – spytała Mary, przynosząc im do stolika dwie kawy.


-        Nic... Nic takiego. – odparła z uśmiechem.


Po udanych zakupach usiadły z siostrą w kawiarence, w centrum handlowym, by odpocząć i trochę pogadać.


-        No dobra, Ello. To ja teraz słucham. – uśmiechnęła się znacząco.


-        Ale czego? – udawała, że nie wie.


-        Opowiedz mi wreszcie o tym twoim tajemniczym ukochanym! – podekscytowała się.


-        Ach to... – zarumieniła się mimowolnie, ale zaraz znów nie wiedziała, co ma jej powiedzieć – Widzisz, Mary... Poznaliśmy się w dość nietypowych okolicznościach... – przełknęła ślinę.


Przecież nie mogła jej powiedzieć, że spadła na niego zupełnie naga, w innym świecie. To by zabrzmiało jak świetny żart lub szaleństwo. Nie wiedząc, co zrobić innego, postanowiła pominąć ten szczegół i opowiedzieć o tym, jaki jest Ren, a resztę zmyślić. To było jedyne rozsądne wyjście.


-        No więc? Gdzie się poznaliście? – spytała wesoło.


-        Na ulicy. Zapytał mnie o drogę. – zmyśliła.


-        O, jak miło. A kim jest? – dociekała.


-        Lekarzem... – Ella pomyślała, że jeśli tak powie, nie będzie to do końca kłamstwo, gdyż wiedziała, że Ren jest mistrzem białej magii. Nie zamierzała oczywiście wspominać, że znacznie częściej odbiera życie innym za pomocą miecza, niż ich leczy.


-        Naprawdę?! – podekscytowała się – Może znają się z Davidem?


-        Niemożliwe, on nie jest stąd. – wyjaśniła szybko.


-        Dobra, to nieważne. Lepiej mi powiedz, jaki jest. Pewnie cholernie przystojny, co? – Mary najwyraźniej świetnie się bawiła, odpytując siostrę.


-        Bardzo. – po raz pierwszy nie skłamała – Jest wysoki, silny i ma cudowne, szerokie ramiona... – rozmarzyła się, a Mary świdrowała ją wzrokiem – Ma długie, czarne włosy i zmysłowe, zielone oczy oraz zniewalający, niski głos. – zarumieniła się, gdy ujrzała jego twarz w myślach, a Mary tylko zamruczała znacząco.


-        No ładnie. Ale cię wzięło, siostrzyczko. – zaśmiała się serdecznie – Nie mogę uwierzyć, że to ukrywałaś! – pokręciła głową, a Ella się zmieszała.


-        Wybacz.


-        Ale chwila... – coś ją zaniepokoiło – Skoro poznaliście się jakiś czas temu, czemu nigdy go nie widziałam? Czemu nie odwiedzał cię w szpitalu? – Mary zaczęła wkraczać na niebezpieczny teren i szukanie wymówek szło Elli coraz gorzej.


-        Mówiłam, że nie jest stąd. Spotykaliśmy się trochę po kryjomu, bo nie miałam okazji porozmawiać o nim z Nickiem... A co do wypadku, był na bieżąco i dowiadywał się o moim stanie. Dzwonił, kiedy was nie było. – wyjaśniła najlepiej, jak umiała.


Mary nie była do końca przekonana, ale maślane oczy Elli mówiły jej, że naprawdę go kochała. Postanowiła więc na razie odpuścić ten wątek.


-        W każdym razie, mam nadzieję, że szybko go poznam. – puściła jej oczko, a Ella przełknęła ślinę. Była pewna, że to niemożliwe, ale postanowiła to przemilczeć – Z tego, co opowiadasz, musi być intrygującym mężczyzną... – Mary spróbowała go sobie wyobrazić.


-        To może zmienimy temat? – zaproponowała.


-        O nie, kochanie, nie wykręcisz się tak łatwo. Jeszcze wielu rzeczy mi nie powiedziałaś, a do wieczora mamy jeszcze trochę czasu. – popiła łyk kawy, a Ella westchnęła bezradnie.


***


Ziemia: Londyn – dach jednego z budynków w centrum, około 16:00


Alren szybko zorientował się, że w tych łachmanach bardzo wyróżnia się w tłumie, zatrzymał się więc za rogiem pewnej kamienicy i zastanawiał się skąd wziąć inne ubrania. Wtedy podsłuchał rozmowę dwóch kobiet, które komentowały kompletne stroje dla mężczyzn, na wystawie firmowych sklepów. Były nimi zachwycone. Wtedy przyszedł mu do głowy pewien pomysł.


Przyjrzał się dokładnie jednemu z zestawów, po czym za pomocą magii przemienił to, co miał na sobie, w taki sam strój, jak na wystawie. Nosił teraz czarne spodnie oraz buty, kremowy sweter, biały szalik i czarny, długi płaszcz. Od razu zauważył różnicę, gdy szedł ulicą. Po pierwsze było mu cieplej, a po drugie co chwila jakaś kobieta się za nim oglądała. Uśmiechnął się sam do siebie, gdy wyobraził sobie minę Elli, kiedy go tu zobaczy. Jednak zanim to nastąpi, musiał ją znaleźć...


Okazało się to dość problematyczne. Ziemia, a konkretnie Londyn, niezbyt mu się spodobała. Budynek na budynku, pełno dziwnych pojazdów i tłumy ludzi na każdym kroku. Do tego straszny hałas i mało roślinności. Współczuł Elli, że urodziła się w takim brzydkim świecie. Jednak to nie był czas na podziwiane widoków. Zastanawiał się, jak ją znaleźć w tym tłumie. Niestety nie wyczuwał jej obecności przez obrączkę, która najwyraźniej nie zniknęła z jej palca. Wtedy sobie uświadomił, że jego obrączka również jest na swoim miejscu, choć ubranie wtedy zniknęło. Ale to był szczegół, na który szkoda mu było czasu. Musiał zdać się na intuicję, by znaleźć Ellę. To było jedyne wyjście.


-        Gdzie jesteś, Ello? – szepnął sam do siebie, spoglądając teraz na miasto, z dachu jednego z budynków.


***


Ziemia: Londyn – okolice stacji metra, wieczór


Ella i Mary szybkim krokiem zmierzały w stronę metra. Niedawno zorientowały się, że się zasiedziały. Było już po 18:00, a ich rodzice mieli przylecieć o 20:00. Nie miały więc za wiele czasu na powrót do domu. Marudząc coś pod nosem, wkroczyły w jakąś wąską ulicę.


-        Mary, to nie jest dobre miejsce. – intuicja podpowiadała Elli, że coś tu śmierdzi.


-        Daj spokój, to jest skrót. Będziemy znacznie szybciej na miejscu. Najbliższe metro przyjedzie za 10 min, więc musimy się spieszyć. – rzekła, przyspieszając kroku – Tu jest bezpiecznie.


-        Może za dnia, ale nie wieczorem... – mruknęła Ella, ale poszła za siostrą. Przecież nie mogła jej puścić tam samej.


Szły dość szybko tą wąską i ciemną uliczką, czując się trochę tak, jak w jakimś horrorze. Miały pietra, ale nie było sensu już zawracać. Nagle złe przeczucia Elli sprawdziły się.


Drogę zagrodzili im bowiem trzej mężczyźni, którzy wyłonili się znikąd. Chwilę później zobaczyły, że za nimi jest jeszcze dwóch. Zamarły w bezruchu, bo nie miały dokąd uciec.


-        Dokąd to, koteczki? – mruknął jeden z nich – Aż tak się spieszycie, że nie zamienicie z nami nawet słówka? – ujrzały w przytłumionym świetle złowrogi błysk w jego oczach.


-        Mówiłam, że to złe miejsce, Mary... – szepnęła do siostry, która opierała się teraz tyłem o jej plecy.


-        Miałaś rację, przepraszam... – zadrżała Mary.


-        Cii, poradzimy sobie. – rzekła pewnie, ku zdumieniu Mary, która była przerażona i nie mogła zrozumieć opanowania Elli.


-        Co tam tak szepczecie, co? – warknął drugi mężczyzna.


-        A co cię to obchodzi? Spadaj! Chcemy przejść! – krzyknęła Ella, co rozśmieszyło całą bandę.


-        Rozkazujesz nam? A to dobre.. – znów się zaśmiali – Biorę tę ognistą sztukę, a wy tamtą. – zarządził mężczyzna, który wyglądał na ich bossa.


Dziewczyny próbowały się bronić, ale nie miały szans. Mary szybko się poddała i tylko płakała, gdy dwóch facetów trzymało ją i rozrywało jej płaszcz. Ella zaś stawiała opór cały czas. Myślała o siostrze, nie o sobie. Nie mogła dopuścić, by ją skrzywdzili.


-        Puszczajcie ją, wy sukinsyny! – wrzasnęła.


-        Martw się lepiej o siebie, kotku – mruknął ich szef – Poddaj się, nie masz szans. – w tej chwili przyłożył jej nóź do gardła.


Ella zadrżała. Pomyślała wtedy o nim. Gdyby tylko tu był... Jednak nie mogła liczyć na kogoś, kto nie jest z tego świata. Ogarnęła ją furia, że znów liczy na Rena, zamiast sama walczyć i wówczas z całej siły przywaliła łokciem szefowi bandy za sobą, a potem poprawiła kopnięciem w jego przyrodzenie. Odskoczyła i zastanawiała się, co dalej. Żałowała wtedy, że nie zna sztuk walki.


Bandzior natomiast zawył z bólu i wypuścił nóź z ręki. W tym momencie się wkurzył.


-        Łapać ja! Zapłaci mi za to!! – syknął, a Ella zadrżała, gdy trzech mężczyzn natychmiast ją unieruchomiło i przydusiło do ściany – Rozbierzcie ją, szybko! – wrzasnął do nich, a ona i Mary, która widziała to z boku, trzymana przed jednego z nich, zamarły ze strachu.


Ella czuła, że to już koniec, nie mogła się już wyswobodzić. Wiedziała, że tylko cud mógłby jej teraz pomóc i wtedy właśnie coś usłyszała.


-        Jeśli choć jeden włos jej z głowy spadnie... – rzekł nagle jakiś męski głos, który znajdował się tak jakby nad nimi – Zabiję was!


-        Kto to powiedział? – zdziwił się boss bandy i wówczas wszyscy zaczęli się rozglądać dookoła. Tylko Ella zamarła w bezruchu i zastanawiała się, czy się nie przesłyszała.


-        Na górze, durnie! – krzyknął ten ktoś, ale nim zdołali spojrzeć w niebo, coś spadło między nich.


Zaraz potem dało się słyszeć kilka mocnych ciosów, ale nikt nic nie widział. Po trosze przez ciemność, a po trosze przez to, że ten ktoś poruszał się bardzo szybko. Bandyci nie wiedzieli, co się dzieje i ogarnął ich paniczny strach. Kilka minut później na ziemi leżało pięciu nieprzytomnych mężczyzn.


Ella i Mary natomiast stały nieruchomo, już wolne i zaskoczone. Wpatrywały się w ciemną postać, stojącą do nich tyłem, jakiś metr przed nimi. Mary cała drżała i trzymała się kurczowo siostry, a Ella usiłowała panować na swoim sercem. Wiedziała, kim jest ten człowiek, aż za dobrze, choć trudno jej było w to uwierzyć...


Wtedy mężczyzna odwrócił się i zaczął powoli się do nich zbliżać. Z każdym jego krokiem, Mary się cofała. Ella zaś wytężała wzrok, by ujrzeć tę znajomą twarz, ale bezskutecznie. Było za ciemno.


-        Nic wam nie jest? – usłyszały niski, melodyjny głos.


-        Nie... – odparła Ella, przełykając ślinę. Była w szoku.


-        Ello, cho-chodźmy już... – Mary z jakiegoś powodu wystraszyła się tego mężczyzny, mimo iż je uratował.


Widziała, z jaką prędkością się poruszał i to ją przerażało. Uznała to za nadludzkie i nie wiedziała, co o tym sądzić.


-        Uspokój się, Mary... – szepnęła do niej rozemocjonowana Ella – Już nic nam nie grozi. – rzekła, po czym znów spojrzała w stronę tego mężczyzny.


Wciąż się zastanawiała, czy to możliwe, czy to nie sen. Wyciągnęła drżące dłonie przed siebie, by go dotknąć, bo nie widziała go zbyt dobrze i w tym momencie, poczuła, jak ją obejmuje.


-        Nareszcie cię znalazłem... – rzekł cicho, mocniej ją przytulając. Ella zaś wstrzymała oddech i wtuliła się w niego z całej siły.


-        Ren... – szepnęła, roniąc łzy wzruszenia. Teraz, gdy czuła jego ciepło, nie miała już żadnych wątpliwości, że to był on – To naprawdę ty... Co ty tu robisz? Jak ty...?


-        Przyszedłem po ciebie. – mruknął jej do ucha, a jej serce podskoczyło z radości.


Mary natomiast, która już się uspokoiła, z wielkim zdumieniem przyglądała się scenie, która rozgrywała się tuż przed nią. Zastanawiała się, czy to możliwe, że ten mężczyzna... Nie zdołała jednak dokończyć myśli, nagle bowiem poczuła dziwną słabość i zemdlała. Kilka sekund później podbiegli do niej, by sprawdzić, co się stało.


Ren


_________________________________


Link do większego obrazka:


http://img23.imageshack.us/img23/6618/newren.jpg

Aruell
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 69

niedziela, 24.lipca.2011, 00:06
Witajcie Kochani!

Zapraszam na kolejnego BONUSA BM. ;)

Mam nadzieję, że się Wam spodoba. ;)


Pozdrawiam ;*

***

Przestrzeń między-wymiarowa...


Gdy otworzył oczy zobaczył nieprzeniknioną ciemność. Unosił się bezwładnie w próżni. Nie mógł poruszać swoim ciałem, poza tym czuł się tak, jakby coś go paliło od środka.


-        Och nie... – uświadomił sobie, w jakiej sytuacji się znalazł – Utknął między wymiarami... – poczuł się okropnie.


Nie uda mu się trafić na Ziemię ani sprowadzić Elli. Egharia zostanie zniszczona, a on już nigdy nie ujrzy tych pięknych złotych włosów, błękitnych oczu i słodkiego uśmiechu na jej twarzy... Łzy samoistnie zaczęły unosić się  w próżni, gdy tylko opuściły smutne oczy Rena.


-        Zawaliłem sprawę... – pomyślał i zastanawiał się, jak długo będzie tu krążył i kiedy jego ciało się rozsypie, a duch będzie błądził przez wieki, w tym wymiarze.


-        Nie poddawaj się tak łatwo, Alrenie... – usłyszał delikatny i subtelny kobiecy głos – Gdzie twoja odwaga i pewność siebie?


-        Kim jesteś? – spytał odruchowo, po czym tuż przed nim zmaterializowała się półprzezroczysta postać kobiety w pięknych, błękitnych szatach i długich, do kostek, złotych włosach oraz srebrnych oczach.


Była łudząco podobna do Elli, ale to z pewnością nie była ona. Patrzył na nią w osłupieniu i czekał na jakieś słowa wyjaśnienia.


-        Jestem panią Miryonu, przeklętą i siłą wygnaną z twojego świata. – rzekła poważnie – Przyszłam ci pomóc.


-        Ty... – zamarł z wrażenia – Jesteś... M-Mira? Bogini Mira? – zadrżał ze strachu i nagle odkrył, że ma władzę nad ciałem.


-        Tak, ja jestem tą, która jest Duchem Miryonu. – rzekła z lekkim uśmiechem – Ty zaś jesteś tym, którego wybrałam na obrońcę Księżniczki Mirelli.


Alren zaniemówił. Nie śmiał dyskutować  z Boginią, choć miał ochotę zapytać, o tak wiele. Skłonił się więc nisko, oddając jej hołd.


-        Nie czas na to, mój rycerzu. – rzekła władczym tonem – Do tej pory nie zawiodłam się na tobie. Nie zbaczaj więc ze swej ścieżki i ruszaj na Ziemię. Musisz sprowadzić Ellę do Egharii.


-        Ale jak, pani? – spytał od razu.


-        Skup się, zajrzyj głęboko w swe serce i odnajdź światło. Zaufaj błękitnemu blaskowi, który zaprowadzi cię do drugiej połowy twej duszy... – rzekła tajemniczo, a on od razu jej usłuchał.


Po chwili zobaczył obraz Elli w myślach, a zaraz potem ujrzał błękitny błysk światła nieopodal.


-        Czy to...?


-        Tak, to droga na Ziemię. Ruszaj w stronę światła, a ja pomogę ci opuścić ten wymiar. – zapewniła Mira.


Alren od razu rzucił się w stronę światła i gdy tylko się do niego zbliżył, oślepił go niesamowity blask i nagle poczuł, że traci przytomność...


***


Sobota, 9 stycznia 2012 roku, Ziemia: Londyn – dom Elli i Mary, poranek


Ella nagle zerwała się ze snu. Poczuła bowiem coś bardzo dziwnego. Poczuła obecność kogoś, kto nie mógłby tu być. Zarumieniła się samoistnie, choć w jej pokoju nie było nikogo.


-        Co to za uczucie? – zdziwiła się.


Opadła z powrotem na poduszkę i przypomniała sobie wczorajszą noc. Gdy tylko wróciła do domu, nie była w stanie zasnąć. Wzięła gorącą kąpiel, a potem przewracała się w łóżku z boku na bok, aż zmęczenie samo przyszło. Pragnęła uciec w krainę snu, po tym wszystkim, co wczoraj usłyszała i w końcu się udało. Dopiero teraz zbudził ją ten dziwny impuls...


Gdy już zastanawiała się, co przygotować sobie na śniadanie, do jej pokoju weszła wesoła Mary.


-        Już wstałaś? – była zdziwiona – Jeszcze wcześnie. To do ciebie nie podobne, śpiochu. – zażartowała.


-        Mary... Dzień dobry. – uśmiechnęła się – Już skończyłaś pracę? – rzekła odruchowo. Odzwyczaiła się od obecności siostry, więc czuła się troszkę dziwnie, wracając do dawnego życia.


-        Tak. – potwierdziła – Musimy uczcić twój powrót, Ello. – rzekła entuzjastycznie, siadając na brzegu jej łóżka.


-        To znaczy?


-        Co powiesz na szaleństwo zakupów w centrum handlowym?


-        Brzmi nieźle... – ucieszyła się, ale zaraz sobie przypominała, że przecież ma wrócić do Egharii...


-        Coś nie tak? – zaniepokoiła się Mary, widząc jej minę.


-        Nie, wszystko w porządku. – zmusiła się od uśmiechu. W sumie nie wiedziała jeszcze nic konkretnego.


-        Wieczorem przyjadą rodzice. Bardzo się ucieszyli na wieść, że wyzdrowiałaś i koniecznie chcą cię zobaczyć. – kontynuowała z entuzjazmem Mary.


-        O super! – szczerze się ucieszyła – Tak dawno ich nie widziałam... – wzruszyła się na myśl, że przyjadą.


-        W takim razie chodź na śniadanie, a potem ruszajmy. Szkoda dnia! – rzekła wesoło Mary i pociągnęła siostrę do kuchni.


Ella naprawdę bardzo się cieszyła z perspektywy spędzenia z siostrą dnia na zakupach, a potem spotkania z rodzicami, ale obawiała się, że powrót do Egharii jej to uniemożliwi. Chciała tam wrócić, ale nie dziś. Choć ten jeden dzień pragnęła spędzić na Ziemi, nawet jeśli miałby to być jej ostatni. Postanowiła więc cieszyć się chwilą.


***


Ziemia: Londyn – jakiś dom, około południa


Gdy otworzył oczy, uświadomił sobie, że jest w jakimś pomieszczeniu na łóżku. Zdenerwował się, ale widząc dziwne meble, pomyślał, że może znalazł się na Ziemi. Dopiero po chwili zauważył kobietę siedzącą obok jego łóżka. Była to starsza osoba, która miała zamknięte oczy.


-        Przepraszam... – nie wiedział, czy kobieta go zrozumie, więc użył zaklęcia na wszelki wypadek.


-        O, obudziłeś się już... – usłyszał jej ciepły głos, ale na niego nie spojrzała – Co za szczęście, już zastanawialiśmy się z mężem, czy nie zadzwonić po pogotowie, ale tylko zemdlałeś, więc czekaliśmy, aż się ockniesz.


-        Gdzie ja jestem? – spytał, zadowolony, że się rozumieją.


-        W moim domu. – odparła kobieta.


-        Na Ziemi?


-        Oczywiście, a gdzieżby indziej? – zdziwiła się kobieta, a on odetchnął z ulgą. Zatem się udało – Chyba jeszcze nie do końca doszedłeś do siebie. Co oni ci biedaku zrobili? – rzekła ciężko wzdychając, a on się zdumiał.


-        Jak to?


-        Mąż opowiadał, że znalazł cię za naszym domem, zupełnie nagiego i nieprzytomnego. Pewnie cię biedaku napadli jacyś dranie... Żeby nawet ubranie, w taką zimę ukraść... Co to za czasy nastały? – westchnęła, a on nagle zrozumiał.


Dopiero wtedy zauważył, że ma na sobie piżamę. Najwyraźniej ci państwo zlitowali się nad nim i zabrali go do swego domu. Poczuł wdzięczność.


-        Dziękuję bardzo za pomoc.


-        Nie ma za co, chłopcze. – uśmiechnęła się kobieta.


-        Naprawdę jestem wdzięczny, ale teraz muszę już iść. – rzekł łagodnie wiedząc, że czas go goni.


-        Poczekaj, mój mąż właśnie szuka jakiś ubrań dla ciebie. Nie możesz wyjść tylko w piżamie. – rzekła spokojnie – Chodź ze mną. Zanim on wróci, zjesz coś. Musisz odzyskać siły.


Dopiero teraz Ren zrozumiał, czemu ta kobieta tak dziwnie się zachowuje. Zauważył bowiem, że czegoś szukała po omacku. Była niewidoma.


-        Czy pani... nie widzi? – spytał z troską w głosie.


-        Tak... Od 20 lat już. Takie życie, co poradzić. – zaśmiała się kobieta – Gdzieś mi spadła laska, możesz mi ją podać, chłopcze?


-        Proszę. – podał jej przedmiot, który znalazł obok łóżka – Pomogę... – rzekł bez zastanowienia i ujął ją za rękę. Kobieta poczuła coś dziwnego. Jego dłoń wprost emanowała ciepłem.


-        Dziękuję, miły z ciebie młody człowiek. – pochwaliła go i wtedy do domu wszedł mąż tej kobiety.


Przywitał się z Renem i dał mu swoje stare rzeczy – spodnie, bluzę i ciepłą kurtkę oraz buty. Rzeczy nie były w najlepszym stanie, ale zawsze to coś. Wypytali go, czy ma dokąd iść, a potem Ren im podziękował i z trudem wytłumaczył, że nie może zostać na śniadaniu, bo bardzo się spieszy. Stali więc teraz pod drzwiami i żegnali się.


-        Jeszcze raz bardzo dziękuję za pomoc. – powtórzył Ren, a oni machnęli na to ręką – Chciałbym się jakoś odwdzięczyć... – zastanawiał się, co mógłby dla nich zrobić.


-        Nie trzeba. Uważaj na siebie, chłopcze. – rzekł łagodnie staruszek, obok niewidomej kobiety.


-        Poradzę sobie. – zapewnił i nagle go olśniło. Już wiedział, co może zrobić.


Podszedł więc do kobiety i ujął jej dłonie tak, jakby chciał po prostu się pożegnać, ale tak naprawdę w tym czasie uzdrowił jej oczy. Po chwili był znów pod drzwiami.


-        Niech pani otworzy oczy... – rzekł do kobiety, a ona się zdziwiła.


-        Ale po co? Przecież i tak nie widzę.


-        Proszę to zrobić, tak po prostu... – rzekł spokojnie.


Zaintrygowana kobieta otworzyła powoli oczy. Jakież było jej zdziwienie, gdy po chwili ujrzała wysokiego bruneta, o zielonych oczach i niezwykle przystojnej twarzy. Złapała się za głowę, a z jej oczu popłynęły łzy szczęścia. Jej maź wystraszył się jej reakcją.


-        Kochanie, co ci jest?


-        Ja widzę, John... Widzę! – krzyknęła do męża, a on zbaraniał.


-        Jak to możliwe? – nie rozumiał.


Wtedy oboje spojrzeli na mężczyznę pod drzwiami, który się do nich łagodnie uśmiechał.


-        Niech to będzie moje podziękowanie. – rzekł i mrugnął do zdumionej kobiety, po czym wyszedł z ich domu.


Starsze małżeństwo jeszcze długo gapiło się w drzwi z niedowierzaniem. Zastanawiali się, kogo to przed chwilą gościli w swoim domu i nie mogli znaleźć żadnej racjonalnej odpowiedzi. Czyżby to był sam Anioł z nieba?

Aruell
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 68

sobota, 23.lipca.2011, 00:01
Witajcie!

Zapraszam na kolejny rozdział BM. ;)

Pozdrawiam ;)

***

Sobota, 9 stycznia 2012 roku, Ziemia: Londyn – Kościół St Bartholemew the Great, po północy


Ella była w szoku i zupełnie nie wiedziała, jak się zachować. Na szczęście, niedługo potem Serilla zaprowadziła ją do małej komnaty, z okrągłym, szklanym stołem, na którym już czekała na nie gorąca herbata. Ella niepewnie zasiadła przy stole, tyłem do kominka, w którym palił się błękitny ogień, dający naturalne ciepło. Serilla poczekała, aż złotowłosa nieco ochłonie, popijając herbatę. Ella odezwała się pierwsza.


-        Możesz mi powiedzieć, o co tu chodzi? – spojrzała jej w oczy – Kim są ci wszyscy ludzie? Co to za miejsce?


-        Spokojnie, Ello. Zaraz wszystko zrozumiesz. – uśmiechnęła się do niej – Ludzie, którzy oddali ci pokłon to Miryończycy z krwi i kości, a to miejsce, to nasza oaza na Ziemi.


-        K-kto? – mało nie zakrztusiła się herbatą i uznała, że chyba lepiej będzie, jak odłoży filiżankę – Miryończycy? Ale jakim cudem... – zadrżała z wrażenia.


-        To długa historia, Ello... Ważne jest to, kim ty jesteś, a nie oni. – popiła łyk herbaty ze spokojem.


-        Mam nadzieję, że to nie jest to, co myślę... – była przerażona. Tak naprawdę trudno było się nie domyślić, ale wolała nie dopuszczać tego do świadomości. To było zbyt niesamowite – Ja nie mogę być przecież...


-        Ale jesteś, Ello. Jesteś najprawdziwszą Księżniczką Miryonu. – rzekła zdecydowanie – Jesteś władczynią moją i wszystkich Miryończyków oraz naszą ostatnią nadzieją na powrót do domu.


-        Nie wierzę... – Ella nerwowo wstała od stołu – To niemożliwe!


-        Ello, zastanów się. Czy nie wydarzyło się nic dziwnego? Czy będąc w Egharii nie udowodniłaś, że posiadasz potężną moc? Czy nie miałaś dziwnych snów? – zasypała ją pytaniami, a ona ponownie opadła na krzesło.


-        Niemożliwe... – rzekła, przypominając sobie wydarzenie w Lesie Sverse, uzdrowienie Księżniczki Erli, uleczenie Rena oraz wszystkie swoje sny, zwłaszcza ten, w którym Sirius zwracał się do niej, jak do królowej. Czyżby to dlatego?


-        Tak było, prawda? – Ella spuściła głowę, powoli bowiem wszystko zaczęło się jej układać w logiczną całość.


Zamilkła na kilka minut. Pomyślała o Renie, który szukał śladów tego starożytnego królestwa. Zastanowiła się, co by powiedział, gdyby wiedział...


-        Myślisz, że on nie wie? – zaskoczyła ją Serilla, która wiedziała, o czym Ella myślała.


-        Czytasz w moich myślach? – zdziwiła się.


-        To moja umiejętność, której staram się nie nadużywać – odparła krótko – Zapytam jeszcze raz, myślisz, że on nie wie? – spojrzała jej w oczy, a Ella zamarła.


-        Czyżby Ren... – poczuła chłód na plecach, choć do końca, nie wiedziała, czemu.


-        Tak, Ello. Łowca Dusz wie, kim jesteś. Tak samo Thelina.  – wyjaśniła, a Ella przypomniała sobie rozmowę z Renem.


Mówił, że to dla jej dobra, że nie jest tam bezpieczna, bo ma potężną moc, ale nie wspomniał o tym, że jest Księżniczką Miryonu. Poczuła się nieco dziwnie.


-        Mógł mi powiedzieć... – była zawiedziona.


-        Nie mógł. – odparła szybko – Jeszcze wtedy nie wiedział wszystkiego.


-        Jak to? Nie rozumiem... – pogubiła się.


-        Ren i Thelina wiedzieli, że jesteś Miryonką, ale nie wiedzieli, że również Mirellą. Dowiedzieli się o tym dopiero wtedy, kiedy już wróciłaś na Ziemię. Znaleźli bowiem starożytny zwój z przepowiednią Miryonu. – mówiła poważnie – Nie powiedzieli ci, że jesteś Miryonką, by nie mieszać ci w głowie. Wysłali cię na Ziemię, by cię chronić, bo wiedzieli, że będziesz tam prześladowana. Gdyby zaś wiedzieli, że jesteś Księżniczką... nie odesłaliby cię, ale o tym za chwilę. – starała się ich wytłumaczyć przed Ellą, by nie czuła się oszukana.


-        Skąd to wszystko wiesz? – zdumiała się Ella.


-        Od Syriany, Arcykapłanki Egharii. Skontaktowała się ze mną, tuż przed twoim przyjściem i wszystko mi powiedziała. – wyznała szczerze, a Elli serce stanęło. Nigdy nie czuła takiego napięcia, jak teraz.


-        A po co się z tobą kontaktowała? – spytała automatycznie.


-        Aby przekazać mi plan odesłania cię z powrotem do Egharii... – rzekła poważnie, ale Ella zamarła.


***


7 dzień muedrilu 8976 roku, Egharia: Veolia– Wielka Świątynia Hariosa, przed świtem


W Egharii minęło kilka godzin. Syriana przekazała Serilli wszystko, co musiała wiedzieć. Arcykapłanka Ziemi zgodziła się być medium w czasie rytuału oraz powiadomić o ich planie Ellę, więc ten problem mieli już  głowy. Thelina zaś skończyła już otaczać zaklęciami ochronnymi ciało Rena. Nic nie stało na przeszkodzie, by odprawić rytuał.


Ren z każdym krokiem denerwował się coraz bardziej. Gdy zatrzymał się w okrągłej komnacie z magicznym kręgiem na podłodze, w której oczekiwało już sześć kapłanek, Thelina i Syriana, zadrżał. To była ta sama komnata, w której widział rozpaczliwe spojrzenie Elli, gdy ją odsyłali. To tutaj patrzył, jak znika mu z oczu. Zacisnął pięści.


-        Ren, nie mamy czasu... – upomniała go Syriana.


-        Wiem... – rzekł i wkroczył na sam środek magicznego kręgu.


Kapłanki otoczyły go wokół obwodu koła i skupiały się, składając ręce na piersiach. Zaczęły kumulować swą energię. Ren nigdy nie uczestniczył w czymś takim i pierwszy raz w życiu czuł prawdziwy strach. Nie był do tego przyzwyczajony. Teraz wiedział, jak Ella się czuła, stojąc w tym samym miejscu. Teraz rozumiał nieprzenikniony lęk w jej oczach i okropną samotność w obliczu tej sytuacji. Poczuł się okropnie, dopuszczając do tamtego rytuału...


-        Alrenie, czy wszystko pamiętasz? –  Syriana chciała się upewnić.


-        Tak... – rzekł głośno – Zaczynajcie.


-        Powodzenia, Alrenie. – rzekła Syriana z podziwem w oczach. Była pod wrażeniem jego odwagi.


-        Sprowadź Ellę i wróć cały. – dodała jeszcze Thelina, z niepokojem w głosie.


-        Tak właśnie będzie. – ujrzały determinację w jego spojrzeniu i uśmiechnęły się lekko.


Chwilę później rytuał się odbył. Rena powoli otaczała jasna kula światła, aż  w końcu zniknął, niczym duch. Kapłanki długo jeszcze patrzyły w puste miejsce po nim.


-        Myślisz, że mu się uda? – spytała Thelina.


-        Mam taką nadzieję. – rzekła smutno – Jeśli jednak mu się uda, będzie to dowód, że rzeczywiście nie jest zwykłym człowiekiem.


-        Co sugerujesz? – zdziwiła się.


-        Powiem ci innym razem. – uśmiechnęła się Syriana, po czym obie, pełne obaw i nadziei, opuściły komnatę.


***


Ziemia: Londyn – Kościół St Bartholemew the Great, po północy


Serilla przez kolejną godzinę opowiedziała Elli historię zagłady Miryonu oraz tego, jak Mira wysłała garstkę ocalałych Miryończyków na Ziemię. Potem przekazała jej jakie jest jej zadanie, jako ich władczyni. Skończyła zaś na tym, że na Egharii trwają przygotowania do sprowadzenia jej z powrotem do tamtego świata.


Złotowłosa słuchała wszystkiego w napięciu, wciąż walcząc z myślami, że to tylko wyjątkowo długi sen.


-        Ello, to nie jest sen. – rzekła widząc jej szok.


-        Nie mogę w to uwierzyć... – westchnęła – Więc jestem księżniczką Miryonu i mam wskrzesić królestwo oraz sprowadzić was z powrotem na Miryon? – mówiła, jakby była w transie.


-        Tak.


-        I dlatego chcą mnie sprowadzić z powrotem do Egharii? – spytała odruchowo, powoli godząc się z tymi szokującymi faktami.


-        Nie tylko. – rzekła poważnie – Jest jeszcze coś...


-        Jak to? – zdziwiła się.


-        W Egharii wydarzyło się coś bardzo złego. Duch planety – Harios zniknął i teraz Egharia będzie powoli umierać, aż w końcu ulegnie zagładzie...


-        Co takiego?! – przeraziła się.


-        Przysięgam, że mówię prawdę. To właśnie o tym mówi przepowiednia, którą znaleźli Thelina i Ren. Ty zaś jesteś jedyną osobą, która może odnaleźć Hariosa i tym samym ocalić świat Egharii. To dlatego, jeśli Egharczycy chcą przetrwać, musza cię sprowadzić z powrotem. – zrobiła pauzę – To właśnie dlatego błędem było odesłanie cię tutaj, nim wypełniłaś swe przeznaczenie... Teraz próbują to naprawić.


Ella była roztrzęsiona. Nie dość, że jako Księżniczka była odpowiedzialną za tysiące Miryończycków, to jeszcze okazało się, że od niej zależał los całej Egharii i jej mieszkańców, w tym Rena, Theliny, Bena i innych.


Natychmiast przypomniała sobie sen, który miała całkiem niedawno. Była w nim żoną Nicka i na tarasie, gdzieś w oddali, widziała rozpad planety oraz słyszała krzyk i wołanie o pomoc Rena. Wzdrygnęła się na samo wspomnienie. Gdy pomyślała, że tak może być naprawdę, załamała się. Podparła głowę rękoma i patrzyła bezradnie w blat stołu. Serilla widziała jak drżą jej ręce.


-        Spokojnie, Ello. Zrobimy wszystko, byś wróciła do Egharii. – zapewniła – Thelina i Alren podjęli już pierwsze kroki ku temu.


-        Co mam robić? – spytała nagle głośno, patrząc jej w oczy z niezwykłą determinacją, co zaskoczyło Serillę. Arcykapłanka pomyślała w tej chwili, że chyba budzi się w niej królewska krew.


-        Na razie nic. Teraz odeślę cię do domu, byś trochę odpoczęła i poukładała sobie wszystko w głowie. Ważne jest, byś przyjęła do wiadomości prawdę o sobie i swoim przeznaczeniu. Od tego zależą losy nas wszystkich. – mówiła poważnie – Kiedy nadejdzie czas, powiadomię cię o planie działania. – rzekła pewnie – Tymczasem pożegnaj się z Ziemią, bo niedługo wrócisz do Egharii...


-        Dobrze... – Ella nie miała już sił myśleć.


Kilka minut później, Serilla wypowiedziała magiczne zaklęcie i teleportowała Ellę prosto do jej pokoju, w domu, w którym mieszkała z Mary.


Ella rozejrzała się po znajomym pomieszczeniu i zamyśliła się. Kto by pomyślał? Ona, zwykła studentka... okazała się być księżniczką w innym świecie. Wciąż to do niej nie docierało, mimo iż myślała o tym bez przerwy. Uspokoiła ją dopiero myśl, że jeśli tam wróci, to zobaczy Jego... Postanowiła trzymać się tej pocieszającej myśli, by nie zwariować.

Aruell
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 67

piątek, 22.lipca.2011, 00:44
Witajcie Kochani!

Zapraszam na BONUSA BM. ;)

Mam nadzieję, że się cieszycie? ;)


Pozdrawiam ;*

***

7 dzień muedrilu 8976 roku, Egharia: Aloria – Wielkie Sanktuarium Hariosa, późny wieczór


Thelina od kilku minut wpatrywała się w Syrianę z mieszanką zdumienia i nadziei, kiedy ta chodziła po sali tam i z powrotem, intensywnie nad czymś myśląc.


-        No powiedz wreszcie! – niecierpliwiła się Thelina.


-        Chodzi o to, że możemy wykorzystać ich „więź dusz”, aby ściągnąć Mirellę z powrotem. – rzekła poważnie – Myślę teraz tylko, jak to było... Uczyłam się o takich rytuałach setki lat temu i muszę pomyśleć, by się nie pomylić.


-        Naprawdę? To możliwe? – ożywiła się.


-        Tak... Jeśli dobrze pamiętam, istnieje starożytny rytuał, w którym wykorzystywało się „więź dusz” tak, by jedna połówka przyciągnęła do siebie drugą, nawet z innego świata. Ren byłby cząstką Egharii a Mirella cząstką Ziemi. Ich połączenie mentalne otworzyłoby wrota między tymi dwoma światami. Potrzebowalibyśmy też jednego medium tutaj i drugiego tam. Pilnowaliby, aby wrota się nie zamknęły, nim któraś ze stron ich nie przekroczy. Medium w Egharii mogę być osobiście, tylko co z medium na Ziemi? – zastanowiła się.


-        A czy tam nie ma przypadkiem Arcykapłanki Ziemi? – myślała głośno.


-        Powinna być, ale trzeba by się z nią skontaktować. Spróbuję to później zrobić.  – rzekła pewnie – Jednak najpierw powiadom Alrena, by przyszedł do Wielkiej Świątyni Hariosa w Eolium, gdzie za chwilę się udamy i przygotował się do podróży na Ziemię.


-        Co? Jak to na Ziemię?


-        Moja droga, on musi się tam udać i znaleźć Mirellę. Tylko będąc w bliskim kontakcie bezpośrednim, mogą otworzyć wrota między-wymiarowe. Gdybyśmy mogli liczyć na boską pomoc, nie byłoby to konieczne, a tak... nie mamy wyjścia.


-        Ale jak go tam wyślemy?


-        Tak samo jak odesłaliście Mirellę na Ziemię.


-        Ależ to bardzo niebezpieczne! – zbuntowała się – Alren to nie Mirella i może...


-        Musimy zaryzykować.


***


Sobota, 9 stycznia 2012 roku, Ziemia: Londyn – Kościół St Bartholemew the Great, północ


Ella ledwo wysiedziała w domu sama przez cały wieczór. Nie mogła się doczekać, kiedy będzie mogła wreszcie wyjść na spotkanie z Serillą. To, co miała jej do powiedzenia, nie dawało jej spokoju. O czym miała się dowiedzieć? O jakiej prawdzie ona mówiła? Te pytania wciąż ją nękały.


W końcu Ella ubrała się porządnie, widząc, że jest silny mróz i wyszła. Szybkim krokiem skierowała się do stacji metra i pojechała do wskazanego, przez Serillę, kościoła. Była niespokojna i marzyła, by być już na miejscu.


W końcu udało jej się dotrzeć do tego budynku. Okolica była opustoszała i poczuła się nieswojo, błąkając się tu po nocach. Słyszała o pogłoskach, że kościół ten jest nawiedzony, co wcale jej specjalnie nie pocieszało. Zebrała się jednak na odwagę i podeszła do wielkich drzwi.


Musiała przyznać, że ten kościół z unikalną architekturą, podświetlany od dołu złotawymi światłami, prezentował się imponująco. Ciarki przeszły jej po plecach, gdy weszła ostrożnie do środka.


Podziwiała liczne kolumnady, bardzo wysoki sufit i dość surowy wystrój, co razem tworzyło niezwykły sakralny nastrój w tej normańskiej budowli. Panowała tu śmiertelna cisza, zupełnie jakby kościół był opustoszały. Nie dziwiła się, że mówią, iż jest nawiedzony. Tu było strasznie...


Jej kroki odbijały się głośnym echem w całym kościele, gdy szła w kierunku ołtarza. Nie wiedziała, gdzie szukać Serilli, aż nagle jej oczom ukazało się wejście do podziemia, które pojawiło się, gdy tylko dotknęła stołu. Gdyby nie była w Egharii i nie widziała bardziej niezwykłych rzeczy, pewnie by teraz zemdlała lub czym prędzej wybiegła z tego kościoła.


Jednak nie była już zwyczajnym człowiekiem i zrozumiała, że to zaproszenie. Zaczęła więc powoli schodzić schodami w dół. Zauważyła małe dziurki w ścianach, po obu stronach wąskiego przejścia. Samoistnie zapałały się w nich niebieskie kule, gdy tylko się do nich zbliżała i gasły ponownie, gdy je mijała. Gdy była już na samym dole, wyszła prosto na kamienny taras, z którego zobaczyła coś, co nią wstrząsnęło.


Ogromna komnata, którą miała przed sobą, wyglądała identycznie, jak ta na górze. Wysoki sufit i liczne kolumnady zapierały dech w piersi. Jednak nie to poruszyło ją najbardziej. Na dole, na marmurowej posadzce znajdowały się liczne rzędy ławek, zapełnione zakapturzonymi ludźmi, a z przodu był ołtarz, na którym paliły się świece o błękitnych płomieniach. Za nim ujrzała Serillę, w błękitnej szacie, otoczoną aurą w tym samym kolorze. Słyszała też chóralne śpiewy.


Dziewczyna zastanawiała się, czy to nie sen. Gdyby to miejsce było w Egharii, nie dziwiłaby się zbytnio. Ale to przecież Ziemia! Tu nie powinno być żadnej magii ani takich miejsc. Nie mogła pozbyć się wrażenia, że znajduje się w siedzibie wielkiej sekty i niezbyt dobrze się tu czuła.


Nagle głosy ucichły i wtedy się ocknęła. Przez chwilę setki oczu patrzyły prosto na nią. Uderzyło ją, że wszyscy mieli taki sam kolor tęczówek, jak ona i Serilla – intensywnie błękitny. Zorientowała się, że Serilla uśmiecha się od niej i wskazuje ręką, by do niej podeszła. Ella zawahała się chwilę, ale w końcu powolutku zeszła po schodach i idąc w kierunku ołtarza, patrzyła zdumiona, jak klękają przed nią ludzie, w ławkach. Kompletnie nie rozumiała, co się dzieje, ale najlepsze było jeszcze przed nią. Gdy stała już obok Serilli, Arcykapłanka zabrała głos.


-        Radujcie się bracia i siostry, oto przed wami, wasza władczyni, Jej Wysokość, Księżniczka Mirella! – krzyknęła dostojnie, a tłum krzyknął trzykrotnie „Cześć jej i chwała!”.


Zaraz potem Serilla również przed nią uklękła, a Ella zastanawiała się ponownie, czy to aby na pewno nie jest sen...


***


7 dzień muedrilu 8976 roku, Egharia: Veolia– Wielka Świątynia Hariosa, noc


Alren właśnie teleportował się do Wielkiej Świątyni Hariosa z Leosu. Przybył niezwłocznie, kiedy tylko otrzymał magicznego motyla z wiadomością od Theliny. Gdy opuścił krąg magiczny, spotkał na miejscu Thelinę i jakąś kobietę w pięknej szacie. Ukłonił im się, nieco zaskoczony tą całą akcją i spojrzał na nie pytająco.


-        Alrenie... – zaczęła Syriana, zdumiona i podniecona tym, że znów widzi tego niezwykłego człowieka, którego możliwości poznała wiele lat temu – Miło znów cię widzieć. – dodała tajemniczo, zaskakując go.


-        To my się znamy? – zdziwił się.


-        Alrenie, to jest Syriana. Przybyła tu ze mną. – poinformowała go Thelina, a jego zatkało. Natychmiast ukląkł przed nią i opuścił wzrok.


-        Ależ pani! Nie powinienem oglądać twej twarzy... – zakłopotał się, gdyż wróciły do niego wspomnienia z czasów jego pobytu w Alorii.


-        Alrenie. Od dzisiaj zaliczasz się do grona wybrańców, którym pozwalam na siebie patrzeć. – rzekła władczo Syriana – Już dawno otrzymałbyś to pozwolenie, gdybyś wtedy... nie uciekł. Ale to teraz nieważne. – uśmiechnęła się, gdy znów na nią spojrzał, totalnie zaskoczony.


-        Dziękuję, pani, za ten zaszczyt. – Alren wiedział, że tylko kilkanaście osób w całej Eghariii mogło oglądać twarz Najwyższej Arcykapłanki Egharii. Czuł się nieco zmieszany zaistniałą sytuacją.


-        Alrenie...  – powiedziała poważnym tonem głosu, co skierowało jego myśli na inne tory - Od ciebie zależeć będą losy całej Egharii, choć będzie to niebezpieczne. Czy jesteś gotowy podjąć ryzyko?


-        Czy to pozwoli sprowadzić Ellę z powrotem? – spytał wprost.


-        Jeśli wszystko się uda, to tak. – odparła Syriana.


-        W takim razie, w porządku. – rzekł pewnie – Co mam zrobić?


-        Poczekaj, Alrenie... – zawahała się Thelina – Muszę ci powiedzieć, co się stanie, jeśli coś pójdzie nie tak. – mówiła powoli, ale niespokojnie.


-        Słucham...


-        Zamierzamy wysłać cię na Ziemię tym samym, jednostronnym rytuałem, co Ellę. Jednak wiąże się z tym kilka problemów... Nie jesteś w stanie wytworzyć sobie drugiego ciała w innym świecie, tak jak Ella, więc przeniesiesz się wraz ze swoim ciałem, a nie tylko duchem. Jeżeli nie zabezpieczymy go odpowiednio, twoje ciało zostanie zniszczone w przestrzeni między-wymiarowej i albo twoja dusza tam utkwi albo przeniesie się na Ziemię, gdzie będzie błądzić przez wieczność. Jeśli nawet uda się dobrze zabezpieczyć twoje ciało i tak będziesz mógł przebywać na Ziemi maksymalnie dwie doby. Jeśli do tego czasu nie znajdziesz Elli i nie odprawicie rytuału Shenyu, twoje ciało ulegnie anihilacji. Nie ma też pewności, czy twoje ciało wytrzyma powrót do Egharii...


-        Rozumiem, ale nawet w tym wypadku, Elli uda się tu wrócić, prawda? – rzekł tak, jakby w ogóle go nie obchodziło niebezpieczeństwo.


-        Tak. Jej z pewnością nic nie będzie. – potwierdziła – Jest jeszcze coś, możesz łatwo zabłądzić w przestrzeni między-wymiarowej i nie trafić na Ziemię i na to nie ma rady. Do tego potrzebne jest szczęście...


-        Rozumiem, że mogę też zginąć na setki innych sposobów.  – zamyślił się – Jeśli nie odprawię tego rytuału z Ellą, to nie będę w stanie wrócić?


-        Tak. Wtedy na pewno tam zginiesz. Dla ciebie, na 90%, to podróż w jedną stronę... – rzekła śmiertelnie poważnie.


-        Cudownie... – zakpił z uśmiechem, starając się wszystko spamiętać. – A co to za rytuał Shenyu? – spytał nagle.


-        Jesteś pewien, że chcesz to wszystko zrobić? – zapytała niepewnie Syriana, wciąż nie wierząc, że ten mężczyzna chce się tego podjąć, wiedząc, że to misja prawie niemożliwa – Jeśli tak, to zaraz ci to wszystko wyjaśnię.


-        Już mówiłem, że to zrobię. – niecierpliwił się - Powiedz mi w takim razie, co to za rytuał...


Po chwili Syriana wyjaśniła Renowi, co musi zrobić, a on słuchał uważnie i zapamiętywał wszystko dokładnie. Nie miał prawa się pomylić. Każdy błąd będzie oznaczał dla niego śmierć.


-        Sprawdźmy, czy dobrze rozumiem. Po przeniesieniu na Ziemię, mam odnaleźć Ellę w ciągu 48 godzin i z pomocą Arcykapłanki Ziemi, którą powiadomicie, odprawić rytuał Shenyu, czy tak?


-        Tak. – skinęły głową – Najpierw jednak skup się na tym, by w ogóle trafić na Ziemię. – rzekła poważnie Syriana – Teraz ja pójdę skontaktować się z Arcykapłanką Ziemi, natomiast ty udasz się z Theliną do komnaty medytacyjnej, gdzie Thelina przez kilka godzin będzie rzucać na ciebie czary ochronne, aby zwiększyć wytrzymałość twego ciała. Gdy jedno i drugie będzie zrobione, odprawimy rytuał. – dokończyła i bez słowa udała się do komnaty modlitewnej, by nawiązać kontakt z Serillą.


Ren odprowadził ją wzrokiem, po czym poszedł z Theliną robić swoje. Wreszcie miał chwilę wytchnienia, by wszystko sobie poukładać w głowie. Czekało go arcytrudne zadanie i nie wiedział, czy się uda. Jednak myśl o tym, że jest szansa na sprowadzenie Elli z powrotem, dodawała mu sił.


***


Tymczasem w pobliżu Świątyni wciąż czaił się Thar. Teraz był już pewien, że coś się tu święci. Najpierw tamta dziewczyna zniknęła, potem Alren i Thelina. A teraz, jak się zdążył już zorientować, nie dość, że Ren i Thelina wrócili to jeszcze wraz z Syrianą, której on sam wolałby nie spotkać osobiście. Znacznie przewyższała go mocą. Cieszył się jednak, że pozostał w  tym miejscu, bo przez chwilę chciał szukać Rena, gdy ten zniknął.


Zastanawiał się, co oni kombinują. Miał przeczucie, że jeśli się dowie i poinformuje o tym Cesarzową, zyska znacznie więcej, niż wtedy, gdyby po prostu zabił Alrena. Ukrył się więc porządnie i czekał... Czekał na to, co się wydarzy.

Aruell
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 66

czwartek, 21.lipca.2011, 00:20
Witam!

Zapraszam na kolejny rozdział BM, w którym wyjaśni się, czemu część III BM nosi tytuł: "Zniknięcie Hariosa". ;)

Pozdrawiam i życzę miłego czytania! ;)

***

7 dzień muedrilu 8976 roku, Egharia: Aloria – Wielkie Sanktuarium Hariosa, wieczór


Minęło kilka minut od czasu, kiedy Thelina wpadła z niezapowiedzianą wizytą do Syriany – Wielkiej Arcykapłanki Egharii i poprosiła o pilną oraz tajną audiencję. Z początku Syriana była zaskoczona, ale szybko domyśliła się, o co może chodzić, więc po chwili obie poszły do małej, szczelnie zamkniętej komnaty, w największej i najważniejszej Świątyni na tym świecie.


Kiedy w końcu usiadły i były same, Syriana spojrzała na swoją koleżankę po fachu i przyjaciółkę zarazem.


-        Co się dzieje? Skąd ta nagła wizyta?


-        Syriano, powiedz mi szczerze... – zawahała się – Co się dzieje z  Hariosem? Czy wszystko z nim w porządku? Powiedz, że tylko ja nie mogę się z nim skontaktować! – była bardzo zdenerwowana.


-        Uspokój się... – westchnęła ciężko Syriana – Więc w końcu się domyśliłaś... – rzekła smutno.


-        A więc jednak...? – zadrżała.


-        Tak. Nikt już nie może się skontaktować z Hariosem. To niemożliwe. On... zniknął. – rzekła poważnie, a  Thelina poczuła zawrót głowy na myśl, że przepowiednia się spełnia.


-        To straszne! Czyli Egharia...


-        Tak, powoli umiera. – w komnacie zapadła długa i nieznośna cisza.


-        Kiedy to się stało? – Thelinę zalał zimny pot.


-        Dwa miesiące temu. Pewnego ranka znaleźliśmy ślady włamania do Najświętszego Sanktuarium Hariosa w centrum Egharii. Okazało się, że jego ołtarz został zbezczeszczony, klejnot ukradziony i jego obecność duchowa zniknęła. Serce planety jest martwe i niedługo zaczniemy odczuwać skutki powolnego rozkładu Egharii. – mówiła śmiertelnie poważnie.


-        Dlaczego nie było jeszcze oficjalnej wiadomości? – zdziwiła się Thelina i zdenerwowała zarazem.


-        Zdajesz sobie sprawę, co się stanie, gdy ludzie się dowiedzą? – spojrzała na nią surowo – Wybuchnie anarchia, panika na skalę światową. I co to da?


-        Więc postanowiliście ukrywać to tak długo, aż skutki braku obecności Hariosa będą widoczne gołym okiem? – zakpiła, nie podobało jej się to rozwiązanie.


-        A co innego możemy zrobić?


-        Powinniście szukać tego złodzieja! Robić wszystko, by uniknąć zagłady! Cokolwiek, tylko nie to... – buntowała się.


-        Wiemy, kto się włamał, ale nie możemy nic z tym zrobić...


-        Jak to? Kto to był? – nie zrozumiała.


-        Cesarzowa Oriana we własnej osobie... Władczyni Cehronów. – rzekła z zawiścią w głosie – Chciała przywłaszczyć sobie moc Hariosa. Jednak on w ostatniej chwili jej uciekł i zniknął gdzieś, nie wiadomo gdzie. Pusty klejnot, który po nim został, zabrała Oriana. – zacisnęła pięść.


-        Mogłam się domyślić... – Thelina opadła ciężko na krzesło.


-        Nie możemy nic zrobić, Thelino... Chyba, że... – zawahała się.


-        Co?


-        Chyba, że wypełni się przepowiednia Miryonu i przybędzie Mirella, która będzie w stanie nam pomóc. – wyznała szczerze.


-        Wiedziałaś o tej przepowiedni? – zdumiała się Thelina.


-        Oczywiście, jestem najwyższą kapłanką na tym świecie. Kiedy wy mogłyście nie wiedzieć, ja musiałam uczyć się nawet tego... Choć szczerze mówiąc, nie wierzyłam w tę przepowiednię, aż do czasu, gdy Harios zniknął. – wyznała – Jednak, jak dotąd, Mirella się nie pokazała... – westchnęła bezradnie.


-        I tu się mylisz... – rzekła śmiertelnie poważnie Thelina – Mirella już tu była.


-        Co takiego?! – Syriana mało nie spadła z krzesła, z wrażenia.


***


Piątek, 8 stycznia 2012 roku, Ziemia: Londyn – Szpital, późne popołudnie


Mary wyszła zrobić jeszcze jakieś zakupy do domu, a potem miała wrócić na nockę do szpitala. Ella musiała całą godzinę przekonywać siostrę, że poradzi sobie sama w nocy, gdyż wieczorem mieli ją wypisać ze szpitala. W końcu się udało. Ella odetchnęła z ulgą, musiała bowiem gdzieś wyjść przed północą i wolała nie tłumaczyć tego Mary.


Kiedy teraz rozczesywała swoje włosy, nagle do jej sali wpadł zdenerwowany David.


-        Ello! Szybko, ubieraj się! – krzyknął, kładąc na łóżku jej ubrania, które wczoraj wieczorem dała mu Mary.


-        Ale czemu? Co się dzieje? – zdziwiła się.


-        Nie czas na to. Zostałaś już wypisana i możesz stąd wyjść. – pokazał jej wypis i nerwowo podszedł do okna. Skrzywił się widząc coś na dole.


Ella ubrała się i siłą rzeczy też podeszła do okna i spojrzała tam, gdzie on. Zdumiała się nie lada widząc kilkudziesięciu dziennikarzy i reporterów pod szpitalem.


-        Co jest, u licha? Jakaś gwiazda tu leży, czy co?


-        Nie, Ello. Chodzi im o ciebie. – wyjaśnił – Kiedy twoje ciało cudownie ozdrowiało, zainteresowała się tym prasa. Teraz kiedy się obudziłaś, zasypią cię pytaniami i zrobią kolejny program o zjawiskach paranormalnych i cholera wie, co jeszcze. Dlatego wyjdziesz tylnymi drzwiami. Osobiście cię zawiozę do domu. – rzekł rzeczowo.


-        Rozumiem... – odparła automatycznie, choć trudno było jej w to uwierzyć.


David i Ella wyszli tylnym wyjściem ze szpitala. Potem on wiózł ją swoim samochodem do jej domu. Był poważny i niezwykle skupiony na tym, co robił. Ella ukradkiem obserwowała go z boku i uśmiechała się do swoich myśli. W końcu David nie wytrzymał.


-        Czemu tak mi się przyglądasz? – spytał nieśmiało.


-        Tak sobie. – zaśmiała się cicho – Oceniam mojego przyszłego szwagra. – zażartowała, a on spojrzał na nią zaskoczony.


-        O czym ty mówisz, Ello? – zarumienił się, a ona uznała, że jest słodki.


-        Przewiduję przyszłość. – uśmiechnęła się wesoło do niego, a on znów się zarumienił.


-        Ello... To niemożliwe. Ona mnie nie kocha. – ledwo mu to przeszło przez gardło.


-        Głuptas. – skomentowała, zbijając go z tropu.


David nie wiedział, co ma na to odpowiedzieć, więc tylko milczał zakłopotany. Zauważył za to, że Ella jest inna, niż wcześniej. Trudno mu było wskazać, co dokładnie się zmieniło, ale wiedział, że tak jest. Musiał przyznać, że ta dziewczyna była teraz jeszcze bardziej intrygująca, niż kiedyś. Wtedy zatrzymali się przed jej domem i Ella otworzyła drzwi od samochodu.


-        Dzięki za podwiezienie, Dave. – rzekła z uśmiechem.


-        Uważaj na siebie, a najlepiej nigdzie dziś nie wychodź. – spojrzał na nią z troską.


-        Nie martw się o mnie, szwagrze. – odparła wesoło, puściła mu oczko i wysiadła, znów wprawiając go w zmieszanie.


Siedząc za kierownicą poczekał, aż Ella wejdzie do kamienicy, a potem wrócił do szpitala i z trudem odganiał myśli o Mary, by się nie rozpraszać w czasie jazdy.


***


Egharia: Aloria – Wielkie Sanktuarium Hariosa, wieczór


Thelina z ciężkim sercem opowiedziała Syrianie o Elli i o wszystkim, co się wydarzyło. Syriana słabła z każdym słowem. Tak, jak do tej pory nie miała nadziei, to teraz straciła ją całkowicie.


-        Cóż żeście uczynili, na Hariosa! – załamała ręce – Odesłaliście naszą jedyną nadzieję z powrotem do jej świata? Dlaczego?!


-        Kiedy dowiedzieliśmy się, że była Miryonką, wiedzieliśmy, że grozi jej tu wielkie niebezpieczeństwo. To, że jest Mirellą, odkryliśmy dopieor wtedy, gdy już wróciła do swego świata. – rzekła pokornie – Wszystko przez to, że nie znałam treści przepowiedni Miryonu. Gdybym znała ją wcześniej, od razu wiedziałabym, że Ella to Mirella. To moja wina... Byłam niedouczona. – zadrżała. Naprawdę czuła się za to odpowiedzialna.


-        To nie twoja wina... – mruknęła Syriana, gdy ochłonęła już z szoku – To był wypadek. Jednak faktem jest też,  że wraz z nim straciliśmy jedyną szansę na ocalenie. – rzekła ze smutkiem i zagapiła się na symbol Hariosa na ścianie.


-        Przybywam właśnie w tej sprawie, Syriano... – zaczęła nieśmiało Thelina – Jeśli istnieje rytuał, by odesłać Mirellę do jej świata, czy nie udałoby się go odwrócić? Naszą jedyną nadzieją jest sprowadzenie Elli z powrotem. – spojrzała na Syrianę badawczo, ale ona tylko spuściła wzrok.


-        Przykro mi, ale to niemożliwe.


-        Jak to? – zadrżała.


-        Nie ma sposobu na to, by sprowadzić Mirellę z powrotem.


-        Ale dlaczego? Czy w czasach starożytnych nie było to możliwe?


-        Było. Jednak aby przekroczyć wrota czasoprzestrzenne i między-wymiarowe, potrzebna jest zgoda i potężna moc duchowa Hariosa lub Miry. A jak już wiesz, nie mamy kontaktu z Hariosem, a z Mirą nie jesteśmy w stanie się skontaktować od zagłady Miryonu. Bez nich takie przeniesienie jest niemożliwe...


-        Przecież Ella jakoś musiała tu trafić! – broniła się.


-        Myślę, że Mira pomogła jej niezależnie od jej woli, bo sama tego chciała. Nie możemy jednak liczyć na to, że zrobi to samo drugi raz. – wyjaśniała cierpliwie.


W końcu Thelina się poddała, gdyż argumenty Syriany były zbyt silne. Oparła się o krzesło bezradnie i straciła wszelką nadzieję.


-        Biedny Alren... – westchnęła głośno – Załamie się, jak mu powiem...


-        Alren? – Syriana zrobiła oczy, jak pięć złotych – Masz na myśli TEGO Alrena?


-        Czemu pytasz? – nie zrozumiała – Znasz go?


-        Tak... Ale nie mówmy o tym teraz.  – zadrżała na samą o tym mężczyźnie - Co go łączy z Mirellą, że o nim wspominasz? – zainteresowała się.


-        Zakochali się w sobie, chyba za sprawą przeznaczenia. Nawet połączyła ich mityczna „więź dusz”... – odparła niepewnie – Będzie bardzo cierpiał, bo liczył na jej powrót. Jej zresztą też pewnie jest ciężko, teraz na Ziemi...


-        Na Hariosa! – ożywiła się nagle Syriana – Zatem jest jeszcze nadzieja!


-        O czym mówisz? – Thelina nie rozumiała jej nagłego entuzjazmu.


-        Moja droga, ich „więź dusz” to prawdziwy cud, dar od losu...

Aruell
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 65

wtorek, 19.lipca.2011, 00:04
Witajcie Kochani!

Na wstępie, mam dla Was dwie informacje. ^^

Po pierwsze, co jakiś czas będę wrzucała specjalne notki, pt. "Ulotne chwile", w których znajdziecie moje ulubione sceny z opublikowanych już części BM. Dzięki temu, będziecie mogli sobie je odświeżyć, a jesli będzie się Wam chciało, wskazać i Wasze ulubione sceny. ;)


Po drugie, za jakiś czas, najprawdopodobniej w niedzielę, będę publikować tzw. "Kroniki Miryonu", z których być może dowiecie się czegoś więcej o Królestwie Miryonu. Będą miały bowiem postać pamiętnika starożytnej Królowej Miryonu. Na razie tylko tyle podpowiem. ;)

A teraz już życzę miłego czytania! ;)

Pozdrawiam ;)

***

Piątek, 8 stycznia 2012 roku, Ziemia: Londyn – Szpital, południe


Mary ochłonęła nieco po wizycie Nicka i ciężko wzdychając usiadła obok siostry na łóżku. Spojrzała na nią dziwnym wzrokiem.


-        Na pewno wszystko gra? – spytała Ellę – Nie mogę uwierzyć w to, co widziałam... Przecież ty tak bardzo go kochałaś, a teraz wyglądasz tak, jakby on cię w ogóle nie obchodził... – w jej głosie słychać było przejęcie i zdziwienie.


-        Naprawdę wszystko w porządku. – zapewniła Ella – Od dawna się nam nie układało i...  wiesz, jak to jest...


-        Nie wierzę, że to tylko dlatego... Za dobrze cię znam! Ty coś ukrywasz... – Mary była tego niemal pewna – Czy ja o czymś nie wiem? – spytała po chwili.


-        Niby o czym? – Ella grała na zwłokę, nie mogła jej powiedzieć o tym, co przeżyła i kogo poznała.


-        Poznałaś kogoś innego? Bardziej... interesującego? – wpatrywała się w siostrę, a Ella czuła, że właśnie się rumieni. To było silniejsze od niej – A niech mnie! Ty naprawdę.... – Mary miała oczy, jak pięć złotych, z wrażenia.


-        Mary, proszę... Nie teraz. – uznała, że nawet jak zaprzeczy, to siostra i tak jej nie uwierzy. Musiała więc coś wymyślić, a na to był potrzebny czas.


-        A więc jednak! Tylko kiedy ty...? – wciąż nie rozumiała, jak to możliwe – Znam go? – podekscytowała się. Wieść, że jej siostra ma na oku kogoś innego niż ten cały Nick, którego nie znosiła, bardzo ją ucieszyła.


-        Nie, z pewnością go nie znasz. – odparła szczerze. To było oczywiste.


-        A niech mnie, Ello! Musisz mi wszystko opowiedzieć i to ze szczegółami! Jak mogłaś mi o nim nie wspomnieć? A ja durna myślałam, że kochasz Nicka i to przez niego... ach nieważne. – była zawiedziona i podniecona zarazem.


-        Dobrze, ale proszę, nie teraz... Odłóżmy ten temat. – westchnęła Ella, czując, że jak tak dalej pójdzie, to wpakuje się w niezłą kabałę. Musiała zyskać na czasie.


Sam fakt, że nie kochała już Nicka był niemal niemożliwy do wytłumaczenia, bo ona go kochała przed wypadkiem, a teraz, po przebudzeniu, wszystko było już inne. Tylko, że dla niej minął prawie miesiąc, a dla Mary – po prostu spała przez cały ten czas, więc niby jak i kiedy mogłaby się ”odkochać”?


Skoro nie mogła nawet tego wyjaśnić, to jak wytłumaczy Mary, kim jest Ren... Powie jej: „To przystojny Łowca Dusz, którego poznałam w innym świecie”? Oczywiście, że nie! Przecież od razu uznałaby, że mi odbiło. – głowa ją od tego rozbolała i tylko westchnęła ciężko. Postanowiła, że muszą koniecznie zmienić temat.


-        Dość już o mnie. Lepiej powiedz, co u ciebie. – uśmiechnęła się do siostry.


-        To długa historia... – Mary nagle posmutniała, a Ella od razu wyczuła jej gwałtowną zmianę nastroju.


-        Czy coś się stało? – zaniepokoiła się – Mów szybko! – Mary spojrzała na siostrę z zakłopotaniem.


Bardzo chciała się tym wszystkim z kimś podzielić i teraz miała okazję, bo jej siostrzyczka się obudziła. Wiedziała jednak, że Elli nie spodoba się to, co miała zamiar jej powiedzieć.


-        Dobrze... – westchnęła i nabrała powietrza – Zaraz wszystko ci opowiem...


***


7 dzień muedrilu 8976 roku, Egharia: Veolia – Leos (dom Bena), popołudnie


Elen bacznie obserwowała Rena, próbując odgadnąć jego myśli. Z jakiegoś powodu serce jej przyspieszało, gdy z jego twarzy nie znikał łagodny uśmiech i ciepłe spojrzenie. To nie takiego Rena znała... Wiedziała, że bardzo się zmienił, odkąd widziała go ostatnim razem. Stał się łagodniejszy i mniej gburowaty. Kiedyś trzeba było go skłonić do uśmiechu, a teraz nie było to konieczne.


-        Jak to o nas? – zapytała w końcu nieśmiało.


-        Wiem, co do mnie  czujesz, Elen. – rzekł poważnie, a ją zatkało.


-        J-jak to... Co wiesz...? – głos jej się załamał.


-        Kochasz mnie, prawda? – spytał, trzymając jej ramiona tak, by musiała mu spojrzeć w oczy – Powiedz mi to, proszę... - uśmiechnął się.


-        Ale... – zarumieniła się i spanikowała.


-        Nie bój się, Elen. Nie skrzywdzę cię przecież... – położył jej dłoń na policzku, co dodało jej odwagi. Uspokoiła się nieco.


-        To prawda... – wyszeptała, przełykając ślinę – Kocham cię... Od bardzo dawna... – dokończyła i chciała uciec, ale wtedy on ją mocno do siebie przytulił.


-        Dziękuję. – rzekł tylko, a ona poczuła się niesamowicie lekka, czując jego ciepło. Nareszcie mu powiedziała...


-        Skąd wiedziałeś? – spytała, gdy w końcu się od siebie odsunęli.


-        Słyszałem twoją rozmowę z ojcem, gdy mu to mówiłaś... Wcześniej tylko podejrzewałem, ale nie chciałem pytać... – uświadomił sobie nagle, że musiał się zmienić, skoro teraz przed tym nie uciekał.


-        Aha... – spuściła wzrok.


-        Ale wiesz, Elen... Ja... – nie wiedział, jak to powiedzieć, by nie sprawić jej bólu. Jednak wtedy ujrzał jej łagodny uśmiech.


-        Wiem, Ren... – spojrzała mu w oczy – Kochasz inną kobietę, kochasz Ellę, a mnie traktujesz tylko, jak siostrę. – wyznała, zbijając go z tropu.


-        Jak ty...? – teraz on nie rozumiał.


-        Daj spokój, to było oczywiste... Od początku wiedziałam. Odkąd ją zobaczyłam. – uśmiechnęła się nieco smutno – Była piękna, pełna ciepła i miała w sobie jakiś tajemniczy blask... Wiedziałam, że się w niej zakochasz. Widziałam, jak na nią parzyłeś... – mówiła szczerze.


-        Elen... – westchnął ciężko, czując się nieco zakłopotany. Zadziwiające, jak dobrze go znała.


-        Nie musisz nic mówić. – rzekła, patrząc mu w oczy – Cieszę się, że spotkałeś kobietę, która sprawiła, że znów uwierzyłeś w miłość. Pasujecie do siebie, idealnie. To właśnie mnie poraziło, gdy tylko was zobaczyłam razem. Nie miałam z nią szans, ale przegrać z taką kobietą to nie hańba... – zaśmiała się cicho, dziwiąc się, że odważyła się na takie słowa.


-        Przepraszam, Elen. Przykro mi, że nie mogę dać ci tego, czego oczekujesz. – musnął jej policzek delikatnie – Jednak jesteś bardzo młoda, piękna oraz miła i na pewno spotkasz jeszcze kogoś, kto oszaleje na twoim punkcie. Tylko musisz się nieco ośmielić... – dodał z uśmiechem, a ona zarumieniła się, słysząc komplement i ostatnią uwagę.


-        Zawstydzasz mnie...


-        Przestań już... Powinnaś być bardziej pewna siebie, Elen. – zaśmiał się – I pamiętaj, jeśli ktoś cię kiedykolwiek skrzywdzi, powiedz mi o tym, a wtedy ja...


-        Wiem... Wtedy go zabijesz. – roześmiała się, a jemu ulżyło. Lubił jej wesołą twarz.


-        Tak lepiej. Musisz się dużo śmiać. – poklepał ją żartobliwie po głowie.


-        Wierzę, że sprowadzisz ją z powrotem. – rzekła nagle, zaskakując go – Życzę wam szczęścia, naprawdę. – dodała szczerze, a on nieco spoważniał.


-        Mam nadzieję, że się uda...


***


Ziemia: Londyn – Szpital, popołudnie


Ella słuchała z zapartym tchem opowieści siostry i stopniowo jej szok się pogłębiał. A gdy Mary skończyła, zapadła długa cisza. Ella nie była przygotowana na coś takiego. Nie było jej tak krótko, a tyle się już wydarzyło! Mary wpakowała się w kłopoty. Zasmuciła się. Nie dopuściłaby do tego, gdyby była wtedy tutaj...


-        Mary! Jak mogłaś się związać z tym draniem? – Ella nie mogła tego przeżyć – Już raz cię skrzywdził! A ty wlazłaś do tej samej rzeki drugi raz! – spojrzała jej w oczy z bólem i współczuciem.


-        Nic nie mów, proszę... Wiem, że byłam idiotką, ale czasu nie cofnę... – spuściła głowę – Nie mówmy już o tym...


-        Całe szczęście,  że nie jesteś z nim w ciąży... – Elli naprawdę ulżyło, gdy o tym usłyszała – Lepiej dla niego, żebym go nie spotkała albo powieszę go za jaja! – syknęła.


Myśl o Thomie doprowadzała ją do szału. Tymczasem Mary parsknęła śmiechem, słysząc jej ostatnie sformułowanie. Ella westchnęła głośno i spojrzała na siostrę.


-        Wiesz... Zawsze myślałam, że zwiążesz się z Davidem. – Mary drgnęła słysząc to – Świetnie się ze sobą dogadujecie, on kocha cię do szaleństwa i sądziłam, że w końcu to zauważysz i odwzajemnisz. Wiem, że nie można nikogo zmusić do miłości, ale miałam cichą nadzieję, że niedługo się zejdziecie. Odkąd poznałam Davida uważam, że to super facet i że doskonale do siebie pasujecie... Ale oczywiście to twoje serce i życie, mnie nic do tego. – wyznała szczerze.


-        Teraz to wiem... Wiem, że jest wspaniały, ale nie zasługuję już na niego. Nie po tym, co mu zrobiłam... – jej oczy się zeszkliły.


Wtedy Ella zrozumiała, że nastąpiła kolejna zmiana. Mary uświadomiła sobie, że kocha Davida, kiedy już było za późno. Pomyliła namiętność z miłością. Przekonała też samą siebie, że straciła już szansę na życie z Davidem. Potrzebowała Thoma i tego błędu, by to wszystko dostrzec i teraz sądziła, że już za późno na powrót...


-        Mary, pozwól, że on o tym zdecyduje... – rzekła Ella ciepłym głosem – Nie rezygnuj z niego tak łatwo. Nie sądzisz, że już dawno zasłużył sobie na twoją miłość? Nie odszedł od ciebie, nie porzucił, a to znaczy, że nadal chce być z tobą. On cały czas czeka, Mary... Czeka, aż odwzajemnisz jego uczucia. – dodała, a Mary się wzruszyła. Wiedziała o tym, ale czuła się zbyt winna, by przyjąć to do wiadomości.


-        Wiesz, Ello... – rzekła nagle poruszona – Brakowało mi ciebie, siostrzyczko! – objęła ją wokół szyi, zaskakując ją.


-        Ja też tęskniłam... – odparła prawie szeptem i przytuliła Mary mocno do siebie.


__________________________________


Ella:



Link do większego obrazka:


http://img854.imageshack.us/img854/4841/ella3z.jpg

Aruell
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 64

sobota, 16.lipca.2011, 00:14
Kochani!

Dziś kolejny rozdział BM. ;) Nie będę pisała już komentarzy autorskich, by nie psuć Wam zabawy. ;)
Chyba, że będę chciała coś wyjaśnić lub zapowiedzieć. ;)


Pozdrawiam i życzę miłego czytania. ;)

***

Piątek, 8 stycznia 2012 roku, Ziemia: Madryt – dom Carmen, świt


Carmen obudziła się właśnie ze snu. Wzięła prysznic i usiadła teraz w kuchni, by zjeść śniadanie. Nie potrafiła myśleć o niczym innym, jak o Nicku. Zastanawiało ją jego dziwne zachowanie, wczoraj wieczorem.


Kiedy tylko ujrzał tamten błękitny śnieg, przeprosił ją i powiedział, że musi pilnie wyjechać do Londynu. Obiecał tylko, że wróci pojutrze i wszystko jej wyjaśni. Potem od razu pojechał na lotnisko.


Carmen nie wiedziała co ma o tym myśleć. Dlaczego tak nagle wyjechał do Londynu? Co to ma wspólnego z tym śniegiem? Czyżby wiedział o czymś, o czym ona nie ma pojęcia. Westchnęła, bo cóż innego mogła zrobić. Musiała poczekać, aż wróci, by wypytać go dokładnie, dlaczego tak dziwnie się zachował. Wiedziała jednak, że do tego czasu będzie niespokojna. Miała bowiem bardzo dziwne przeczucie, że może go już nigdy więcej nie zobaczyć...


***


7 dzień muedrilu 8976 roku, Egharia: Veolia – Leos, ranek


Alren z samego rana zapukał do domu Bena i Elen. Bardzo się ucieszyli na jego widok, choć byli lekko zaskoczeni, że był sam. Zaprosili go na śniadanie, które chętnie z nimi zjadł. Tylko w tym domu czuł się, jak u siebie, a Ben był dla niego jak ojciec. Przy posiłku opowiedział im o swoich przygodach, a oni nie kryli swego zdumienia. Ren pominął jednak kwestię zagłady, bo nie chciał ich martwić.


Gdy zjedli, Ren poszedł się umyć, dzięki uprzejmości Bena. Kiedy zaś wyszedł z łazienki, w samych spodniach, zastał w pokoju gościnnym Elen z tacą. Przyniosła herbatę i od razu zmieszała się na widok Rena bez koszuli.


-        Przepraszam, wyjdę i poczekam, aż się ubierzesz.... – rzekła nieśmiało i chciała uciec, ale złapał ją pewnie za rękę.


-        Zostań. Chcę z tobą porozmawiać. – rzekł spokojnie. Zarumieniła się widząc jego łagodną twarz.


Elen spuściła wzrok. Widok półnagiego Rena mocno działał na jej zmysły, ale była zbyt nieśmiała, by mu się bezwstydnie przyglądać. Ren zamknął drzwi i widząc jej rumieńce, z uśmiechem ubrał tunikę.


-        No już, podnieś głowę... – zaśmiał się. Pomyślał wtedy, że Ella była wampem w porównaniu do niej, nawet na samym początku. O dziwo ta myśl go rozbawiła.


-        O czym chcesz ze mną rozmawiać? – spytała, pijąc nerwowo łyk herbaty.


-        O nas, Elen. – rzekł już poważnie, a ona spojrzała na niego zszokowana.


***


Ziemia: Londyn – Szpital, wczesny poranek


Ella nie mogła już spać po nocnej wizycie Serilli. Wiedziała, że musi za wszelką cenę dowiedzieć się, o jakiej prawdzie ona mówiła. Znała położenie tamtego starego kościoła, ale nie wiedziała, jak ma tam dotrzeć nie wzbudzając podejrzeń siostry i Davida. Poza tym, musieliby ją wypisać przed wieczorem. Westchnęła. Wstała z łóżka i podeszłą do okna.


Patrząc na ośnieżoną ulicę Londynu, przypomniała sobie o Veolii. Nienawidziła śniegu, ale myśl, że łączy on oba te światy sprawiła, że robiło jej się cieplej na sercu. Zastanawiała się, czy teraz każda zima będzie jej przypominać o tamtej przygodzie... Dotknęła szyby i wyobraziła sobie twarz Rena. Już za nim tęskniła, a myśl, że już nigdy więcej go nie zobaczy, sprawiała jej niewyobrażalny ból. Wtedy usłyszała, że ktoś cicho wszedł do jej sali. Odwróciła się więc i zamarła na widok tego mężczyzny...


-        Nick... – wyksztusiła z trudem, widząc zaskoczonego i przerażonego zarazem blondyna przed sobą.


-        Ella... Obudziłaś się... – cały drżał, trochę ze strachu, trochę z radości. Nie mógł uwierzyć, że wygląda tak, jakby nie miała tego wypadku. Nawet nie próbował tego zrozumieć – Tak się cieszę, że nic ci nie jest! – krzyknął poruszony i objął ją automatycznie, a ona była w takim szoku, że nie wiedziała, co robić. Wtedy przypomniał jej się ostatni sen i nerwowo go odepchnęła.


-        Opanuj się, Nicku... – rzekła zakłopotana spotkaniem z pierwszą miłością.


-        Przepraszam... ja tylko... – cofnął się i spuścił wzrok – Ja tylko tak strasznie się bałem, że już nigdy się nie obudzisz... To przeze mnie miałaś ten wypadek. Nigdy bym sobie nie wybaczył, gdybyś się nie obudziła.


-        Jak to przez ciebie? – zdziwiła się.


-        Zdenerwowałem cię przez telefon i nie uważałaś. To dlatego tamten samochód cię potrącił... – rzekł z trudem, a Ella była w szoku.


-        Nie pamiętam tego...


-        Czego? – spojrzał na nią zaskoczony.


-        Nie pamiętam, o czym myślałam przed samym wypadkiem. W ogóle nic z niego nie pamiętam, wiec nie musisz czuć się winny. – wyjaśniła, wciąż czując się dziwnie w jego obecności.


Najbardziej ją zaskoczyło, że nic nie poczuła na jego widok. Kiedy go teraz dokładnie oglądała, gdy on był zmieszany, uznała, że mimo iż był przystojny, to JEMU nie dorastał nawet do pięt... Zdziwiła się, jak bardzo zmieniła ją miłość do Rena. Wtedy coś jej przyszło do głowy.


-        Skąd wiedziałeś, że się obudziłam? Nie wierzę, że Mary ci powiedziała... Ona nigdy cię nie lubiła. – spytała raczej z ciekawości.


-        To prawda... – westchnął – W sumie nie wiem, skąd wiedziałem. Może to intuicja...


-        Skąd przyjechałeś?


-        Z Madrytu. Teraz tam mieszkam. – odparł niepewnie.


-        Przeleciałeś taki kawał drogi tylko po to, by mnie zobaczyć? – była w szoku.


-        Nie tylko po to... – powiedział cicho – Musiałem się z tobą spotkać, aby błagać cię o wybaczenie...


-        Wybaczenie? – Ella była coraz bardziej zdziwiona jego słowami i jednocześnie zastanawiała się, jak mu powiedzieć, że już go nie kocha – Jeśli chodzi ci o tamtą kłótnię...


-        Nie, zrobiłem coś znacznie gorszego... – rzekł ze skruchą i usiadł na krześle obok jej łóżka, a ona nadal stała przy oknie – Nie zdążyłem ci tego wyznać przed wypadkiem, ale to moja wina, że zwlekałem z tym...


-        Nick... O czym ty mówisz, do cholery? – zdenerwowała się, a on nabrał powietrza.


-        To było po pijaku, chwila słabości, naprawdę, ale... – urwał, a ona jakby zaczęła rozumieć, co chce jej powiedzieć – Zdradziłem cię, Ello... – dokończył wreszcie i wtedy zapadła długa cisza.


Ella była w szoku. Dopiero teraz coś poczuła. Ogarnęła ją złość. Poczuła się oszukana, ale nadal milczała. Gdzieś w głowie słyszała tylko słowa Rena : „I to według ciebie jest miłość?” – powiedział kiedyś w jaskini, gdy mu opowiedziała o Nicku. Teraz wiedziała, że miał rację...


-        Z kim? – spytała opanowanym, ale chłodnym głosem.


-        Z Sarą.


-        Sekretarką? – podniosła nagle głos, a on zadrżał.


-        Byłem w barze, pijany i zdołowany, a potem to się jakoś samo stało... Nie kocham jej, ale kiedy sobie uświadomiłem, co się stało, było już za późno. Potem się okazało, że ona jest niezrównoważona...


-        Że co? – zdziwiła się.


-        To długa historia, ale nieważne. Ważne jest to, że wstydziłem się za siebie i bałem się ci to powiedzieć, dlatego odwlekałem tę rozmowę. Dlatego wciąż odwoływałem nasze spotkania... – spuścił głowę – Aż nagle dowiedziałem się, że miałaś ten straszny wypadek... – głos mu się załamał, a Ella słuchała już obojętnie.


-        I pomyślałeś, że będziesz musiał żyć z tą tajemnica i poczuciem winy do śmierci, jeśli się nie obudzę, prawda? – zgadła, a on nic nie odpowiedział.


-        Ello... – spojrzał jej w oczy – Nie oczekuję, że mi wybaczysz, ale cieszę się, że nic ci nie jest i mogłem ci to wszystko wyznać, przeprosić... – zamilkł, spodziewając się teraz jej wybuchu i wyzwań od najgorszych. Nie wiedział, że Ella, która miał przed sobą, to nie była już ta sama osoba, którą kiedyś poznał.


-        Rozumiem. – odparła tylko – Jeśli to wszystko, możesz już odejść, Nicku. Wybaczam ci. – dodała jeszcze, a on zbaraniał.


-        A-ale jak to? Tak po prostu? – nie mógł uwierzyć własnym uszom.


-        A co myślałeś? Że cię zabiję? – zaśmiała się – Powiem tak. Między nami nigdy nie było prawdziwej miłości. Już od dawna nam się nie układało. Szczerze mówiąc, planowałam zerwać z tobą, przy najbliższym spotkaniu, bo miałam już tego dosyć... – wyznała, a on nadal był w szoku.


-        Ello...


-        Nic już nie mów. Było, minęło. Między nami nic już nie ma i nigdy nie będzie. – rzekła spokojnie, gdyż pierwszy szok już minął – Zobaczyłeś mnie, wybaczyłam ci, więc teraz możesz zacząć od nowa. – rzekła łagodnie i podeszła do niego. Pogładziła go po policzku i zaśmiała z jego zszokowanej miny.


-        Nie wiem co powiedzieć... – ujrzał w jej oczach, że naprawdę nie żywi do niego urazy.


-        Nie musisz... Życzę ci, byś spotkał kogoś, kogo pokochasz całym sercem. – uśmiechnęła się – I życzę jej, byś jej nie zdradzał. – zażartowała, a jemu oczy się zeszkliły. Nie wiedział jak nazwać to, co teraz czuł.


Wtedy drzwi do sali gwałtownie się otworzyły i do środka wbiegła zdenerwowana Mary.


-        Ello! Co robisz z tym zdrajcą?! – syknęła ze złością w głosie – Wiesz, co on ci zrobił?


-        Wiem, Mary. Uspokój się. – rzekła stanowczo, a o ją zatkało – Nick mi wszystko powiedział. Ta sprawa jest już zamknięta. – dodała jeszcze, pokazując Nickowi, by już wyszedł, co on uczynił, żegnając ją wzrokiem pełnym wdzięczności i mieszanych uczuć.


Mary odprowadziła go wściekłym wzrokiem i gdy już był za drzwiami spojrzała na siostrę ze zdumieniem.


-        Jak mogłaś mu tak po prostu wybaczyć? –  nie mogła zrozumieć – Co się z tobą stało, Ello? Powinnaś go zbesztać i wyrzucić, a ty mu zwyczajnie wybaczyłaś. Nie poznaje cię...


-        Widzisz, Mary... – uśmiechnęła się do niej tajemniczo – Ludzie się czasem zmieniają...

Aruell
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 63

piątek, 15.lipca.2011, 00:15
Witam ;)

Na prośbę pewnej osoby, wrzucam BONUSOWO kolejny rozdział BM ;) Jutro, zgodnie z normalnym porządkiem, znów będzie nowa notka. ;)

Miłego czytania! ;)

***

Czwartek, 7 stycznia 2012 roku, Ziemia: Londyn – Szpital, około 22:30


Elli zrobiono wszystkie najważniejsze badania, w tym neurologiczne i teraz pozwolono jej odpocząć. Lekarze natomiast, z Davidem włącznie, zebrali się by przeanalizować wyniki.


Złotowłosa miała już serdecznie dość badań i tego szpitala, choć świadomie była tu zaledwie kilka godzin. Kiedy więc miała wreszcie spokój odetchnęła z ulgą. Zajęła się czymś innym – rozmyślaniem i analizowaniem swej sytuacji.


Zastanawiała się nad tym, czy powinna albo raczej, czy w ogóle może, powiedzieć o tym, co naprawdę przeżyła w tym czasie, Mary i Davidowi. Tak bardzo pragnęła im opowiedzieć o Veolii w świecie Egharii, o niezwykłym mężczyźnie, którego tam poznała i w którym się zakochała oraz o przygodach, które przeżyła. Bardzo by chciała się podzielić uczuciami i tym, czego się tam nauczyła, ale... Wiedziała doskonale, że to szaleństwo.


Po pierwsze, w życiu jej nie uwierzą, a ona nie będzie w stanie im tego udowodnić. Zdawała sobie sprawę, że jakaś tam bransoleta i wisiorek to słabe dowody...


Po drugie, najprawdopodobniej uznaliby ją za wariatkę i diagnoza lekarzy tylko by się potwierdziła – w oczach ludzi byłaby niespełna rozumu. A co za tym idzie, musiałaby przejść kolejne badania psychiatryczne i nie wiadomo, czy nie wylądowałaby w zakładzie dla psycholi. Westchnęła.


To oczywiście była najczarniejsza z możliwych wizji, ale i tak nie chciała i nie zamierzała ryzykować. Obiecała sobie, że nikomu nie powie o tym, co przeżyła. Zachowa to dla siebie i spróbuje jakoś z tym dalej żyć, choć wiedziała, że to będzie bardzo trudne... jeśli nie niemożliwe. Nagle poczuła wielkie zmęczenie i usnęła nawet nie wiedząc, kiedy.


Tymczasem zebranie lekarzy dobiegło końca. Mary czekała z niecierpliwością na Davida w swojej dyżurce tak, jak się umówili.


-        I jak? – spytała z niepokojem, kiedy wszedł do środka.


-        Z medycznego punktu widzenia, Ella jest całkowicie zdrowa. – rzekł z uśmiechem, widząc, że jej ulżyło – Proceduralnie zostanie do jutra na obserwacji, a potem ją wypiszemy do domu. – dodał jeszcze.


-        Chwała Bogu! – Mary usiadła na krzesło i oparła się, rozluźniając mięśnie.


-        Zaglądałaś do niej?


-        Tak. Zasnęła...


-        Trudno się jej dziwić. – odparł David – My też już wracajmy. Jesteśmy wykończeni. To był obrzydliwie długi dzień...


-        Masz rację, ale wiesz... boję się, że jak jutro wrócę do pracy, to jej przebudzenie okaże się tylko snem... – westchnęła smutno.


-        To nie jest sen. Poza tym, jak coś się będzie działo, to nas powiadomią. – rzekł łagodnie – Chodźmy, musimy się trochę przespać. Jutro czeka nas ważny dzień. – uśmiechnął się do niej, po czym wyszli ze szpitala, zaglądając jeszcze ostatni raz do Elli, w drodze do drzwi.


***



7 dzień muedrilu 8976 roku, Egharia: Veolia – Leos, przed świtem


Alren właśnie wyszedł ze Świątyni w Leosie. Ostatnie dwie godziny spędził na opowiedzeniu Eru o swoich przygodach, które miał, odkąd poznał Ellę oraz o grożącym im teraz niebezpieczeństwie.


Kapłanka przeżyła wielki szok, ale mimo to obiecała ich wspierać, jeśli tylko będzie potrafiła. Ren poprosił ją o opiekę nad Leosem i jego przyjaciółmi, po czym pożegnał się z nią.


Teraz wolnym krokiem szedł w stronę jeziora Eloy i zatrzymał się nad jego brzegiem. Czuł się tak, jakby cofnął się w czasie... Odkąd poznał Ellę, miał wrażenie, jakby wcześniej nie miał żadnego życia, celów ani historii. Pamiętał tylko to, co było po tym, jak na niego spadła z nieba. Zacisnął pięści i spojrzał w górę, na Miryon. Szafirowy Księżyc mienił się błękitnym światłem, jak zwykle, ale on zamiast niego widział jej oczy. Miały taki sam kolor...


Przed oczami stanęła mu wizja jej zaskoczonej i przerażonej twarzy, gdy wylądowała na jego piersi zupełnie naga, tuż po przeniesieniu. Przypomniał sobie jej zapłakaną i smutną twarz, gdy magia przeniosła go nad to jezioro i ujrzał ją nieprzytomną wśród Verii. Poczuł ukłucie w sercu, gdy wrócił pamięcią do czasów, gdy był dla niej szorstki i niemiły, a ona mimo to wciąż traktowała go ciepło i tylko patrzyła na niego tymi swoimi smutnymi oczami, wyrażającymi marzenie... Marzenie o jego miłości. Nawet wtedy... Nawet tamtej nocy, gdy się zjednoczyli i kolejnej, tuż przed rozstaniem... wciąż czekała. Widział to i nic. Tym razem nie wytrzymał i oczy mu się zeszkliły. Był okropnie zły na samego siebie.


-        Dlaczego ci nie powiedziałem? – rzekł cicho – Nawet jeśli to było ryzykowne... Nawet jeśli musiałbym przyznać się do swoich uczuć... Dlaczego ci tego nie powiedziałem, Ello? – ganił siebie.


Zaraz potem sobie uświadomił, że gdyby jej powiedział i gdyby nie chciała wtedy wrócić, zostałaby tutaj i nie mieliby tak wielkiego problemu. Okazało się bowiem, że odsyłając ją popełnili straszliwy błąd. Uratowali ją przed kłopotami i śmiertelnym niebezpieczeństwem oraz jednocześnie skazali całą Egharię, łącznie z miliardami jej mieszkańców, na zagładę...


Potrząsnął głową. Ta wizja była zbyt straszna. Musiał wierzyć, że uda im się naprawić ten błąd. Odrzucił więc czarne myśli i pokonał tę słabość, która rodziła się w jego głowie, pod wpływem tego miejsca. Otarł łzy i spojrzał zdecydowanie na Miryon.


-        Sprowadzę cię z powrotem, Ello. Przysięgam! Dla Egharii, dla Miryonu i dla siebie... Ponieważ cię kocham. – szepnął w stronę jeziora, pozwalając, by zimny wiatr rozwiał jego włosy – Wkrótce tu wrócisz, Księżniczko Miryonu...


***


Ziemia: Londyn – Szpital, noc


Właśnie wróciła do domu, uśmiechnięta i zadowolona. Dostała nagrodę za rewelacyjny reportaż o tropikalnych roślinach w Amazonii.


-        Dzień dobry, Kochanie. – usłyszała i spojrzała na wysokiego blondyna, na tarasie.


-        Witaj, skarbie. Byłeś grzeczny? – spytała całując go delikatnie w policzek.


-        Jak zawsze, droga żono. – odparł wesoło, przytulając ją. Pogoda była taka piękna. To był gorący, letni dzień – Sukces w pracy?


-        O tak! Opłacało się jechać do Amazonii na 3 tygodnie.


-        To super... W tym roku miną już 3 lata...


-        Od czego? – spytała z uśmiechem.


-        Od kiedy mi wybaczyłaś i się pobraliśmy, oczywiście.  Zdziwił się, że nie rozumie – Zaczekaj, pójdę po kawę.


-        Wybaczyłam...? O czym ty mówisz, Nick? – nie zrozumiała, ale on już był w kuchni.


Zasępiła się i nagle poczuła, że robi jej się zimno. W jednej chwili letni dzień zamienił się w zimowy. Z nieba zaczął padać błękitny śnieg, a temperatura gwałtownie się obniżyła.


Zdenerwowała się, nie wiedząc, co się dzieje i nagle na tle ciemnego nieba zobaczyła jakąś planetę. Zamrugała oczami, próbując dostroić wzrok i nagle zamarła. Ta planeta, na jej oczach, zaczęła się rozpadać, aż nastąpił wielki wybuch i nie zostało z niej już nic. Poczuła ukłucie w sercu i wtedy ujrzała jeszcze jeden obraz, który ją zmroził. Ujrzała bowiem zakrwawionego bruneta z blizną pod okiem, który wyciągał do niej rękę... Nawet usłyszała jego głos.


-        Pomóż mi... Ello... – zadrżała, a taras i wracający do niej Nick rozpłynęli się w powietrzu, jak zjawy. Zamiast tego pojawiła się ciemność i chłód.


-        Ren... – wyksztusiła, nie odrywając od niego oczu – Nieee! – krzyknęła głośno i wtedy...



Ella obudziła się ze snu. Była cała spocona i rozdygotana. Dopiero po chwili uświadomiła sobie, że to był tylko koszmar. Uspokoiła oddech. Dlaczego przyśniło jej się coś takiego? Nie dość, że Nick był w tym śnie jej mężem, to jeszcze ten rozpad planety i umierający Ren... Wzdrygnęła się i wtedy usłyszała szelest w swej sali.


-        Czyżby koszmar? – usłyszała stanowczy głos i zadrżała.


-        Kim jesteś? – zaniepokoiła się i wtedy z ciemności wyłoniła się jakąś kobieta.


Dzięki słabemu światłu Księżyca, przy oknie dostrzegła jej piękną twarz i brązowe włosy. Nie uspokoiła się jednak. Ten głos... Już gdzieś go słyszała...


-        Tak, dobrze ci się zdaje, Ello. Już się spotkałyśmy, choć to było w  twoim śnie.


-        W moim śnie? – powtórzyła, wciąż zaniepokojona jej obecnością.


-        Tak, kiedy jeszcze byłaś w Egharii... – rzekła zmysłowym głosem, a Ella zamarła słysząc tę nazwę. Skąd ona o niej wie?


-        Kim ty, do cholery, jesteś? – zdenerwowała się, a ona wskazała na jej bransoletę.


-        Ta bransoleta... To ja ci ją dałam, pamiętasz? – rzekła, a Ellę nagle olśniło.


Przypomniał jej się ten sen, kiedy widziała bransoletę i słyszała jej głos. Nadal jednak nie rozumiała...


-        Ale jak to możliwe?


-        Ponieważ nie mogłam tam być osobiście, dałam ci ją w czasie snu. Zaszczepiłam w twym umyśle jej istnienie, a ty w odpowiedniej chwili przypomniałaś sobie o niej i zmaterializowałaś ją na swej ręce. – wyjaśniła – Nie musisz się mnie bać. Jestem twoim sprzymierzeńcem. – dodała jeszcze.


-        To może w końcu się przedstawisz? – nadal pozostawała nieufna.


-        Dobrze... – westchnęła bezradnie – Jestem Serilla, Arcykapłanka Bractwa Miryonu na Ziemi. – Ellę znów zatkało.


-        Miryonu? Powiedziałaś „Miryonu”?! Ale jak to możliwe... – była w szoku.


-        To bardzo długa historia, Ello, ale obiecuję ci, że ją usłyszysz. – zapewniła spokojnym tonem.


-        Zacznij od razu... – Ella była niezmiernie ciekawa, ale wtedy obie usłyszały jakieś głosy na korytarzu.


-        Nie tutaj, Ello. Zbyt wiele osób może nas tu usłyszeć, a ta historia jest przeznaczona tylko dla twoich uszu. Zwłaszcza, że mam ci do powiedzenia coś bardzo ważnego i nietypowego dla tego świata...- rzekła tajemniczo.


-        To gdzie? – odparła automatycznie.


-        Przyjdź jutro, o północy, do Kościoła St. Bartholemew the Great. Będę tam na ciebie czekała i wtedy poznasz całą prawdę o nas i o sobie.


-        Prawdę...? – Ella czuła się zdezorientowana – Jaką prawdę?


-        Dowiesz się jutro... – rzekła szybko, podchodząc do drzwi – A, i jeszcze jedno chciałam ci powiedzieć. – spojrzała na nią ponownie.


-        Co takiego? – zaniepokoiła się.


-        Zapewniam cię, Ello, że to co, przeżyłaś było prawdziwe, a świat, który widziałaś istnieje naprawdę. – rzekła stanowczo – To tak na wszelki wypadek, gdybyś chciała uznać to wszystko za sen... – dodała łagodnie, z uśmiechem i wyszła z sali, zostawiając osłupioną Ellę samą.

Aruell
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii

Witam!


No to zaczynamy Część III Blasku Miryonu, pt. „Zniknięcie Hariosa” ;D Jest to część dość krótka w porównaniu z II, bowiem kończy się na 76 rozdziale i jak zwykle mam nadzieję, że będziecie chcieli więcej... ;)


Od razu powiem, że miejsca akcji zamienią się miejscami, ale tylko w tej części. W ogóle jest to inna część niż wszystkie, pod każdym względem i raczej spokojna. Prawdziwa zabawa zacznie się bowiem dopiero później... ;P Mam jednak nadzieję, że polubicie III część. ;)


Załączam też kolejny rysunek Rena na otwarcie nowej części. ;)



To jest link do większego obrazka:


http://imageshack.us/photo/my-images/708/ren8.jpg/


Miłego czytania i czekam na wrażenia ;)


***


Blask Miryonu


Część III – „Zniknięcie Hariosa”




*

Czwartek, 7 stycznia 2012 roku, Ziemia: Londyn – Szpital, około 19:10


Po tamtym niezbyt przyjemnym wydarzeniu w szpitalu, nie było czasu na wyjaśnienia i rozmowy. David został pilnie wezwany do pacjenta, a Mary również musiała wykonać swoje obowiązki. To był dla nich trudny dzień. Mieli mnóstwo pracy i musieli ponadto znosić plotki oraz komentarze na swój temat, w całym budynku.


Dopiero wieczorem, kiedy oboje skończyli swoje zmiany, spotkali się pod wyjściem ze Szpitala, aby razem wrócić do domu i porozmawiać.


-        Żyjesz jeszcze? – spytał, pół żartem pół serio, gdy z wielkim zmęczeniem, malującym się na twarzy, wyszła z budynku.


-        Jakoś się trzymam, a ty? – odparła z uśmiechem.


-        Poza tym, że oczy same mi się zamykają, wszystko gra. – odparł z lekkim rozbawieniem.


Spojrzeli po sobie. Mogli się śmiać lub płakać, więc woleli to pierwsze.


-        Musimy przetrwać te kilka dni, w końcu przestaną gadać. – rzekł ze zrezygnowaniem David.


-        Masz rację. To co, jedziemy do domu? – spojrzała na niego pytająco, a on skinął głową, aż nagle zobaczył coś dziwnego i zamarł.


-        Mary! – aż krzyknął z wrażenia – Śnieg...


-        Co śnieg? – spytała głupio i zerknęła w niebo. Gdy tylko jej oczy dojrzały płatki w kolorze głębokiego błękitu, zastygła w bezruchu –Niemożliwe...


-        Mary... – zawahał się – Myślisz o tym samym, co ja?


-        Chyba tak... – ocknęła się.


-        Ella! – krzyknęli jednocześnie i wbiegli z powrotem do szpitala, pokonując schody z zawrotną prędkością, przepraszając po drodze wszystkich potrąconych, aż dotarli do sali złotowłosej.


Weszli do środka z impetem i stanęli obok jej łóżka, ciężko dysząc. Wpatrywali się teraz intensywnie w twarz Elli, czekając na jakiś znak, ruch, cokolwiek, aż nagle doczekali się.


Niczym zahipnotyzowani patrzyli, jak złotowłosa unosi powoli powieki. Wstrzymali oddech, widząc jej piękne, błękitne oczy. Nie śmieli się poruszyć ani cokolwiek powiedzieć. Po prostu się na nią gapili, wciąż analizując, czy to sen czy rzeczywistość...


***


6 dzień muedrilu 8976 roku, Egharia: Veolia – Eolium; Leos, noc


Alren otrząsnął się już z pierwszego szoku po rozstaniu z Ellą i rozmowie z Theliną. Mając pozwolenie Arcykapłanki, mógł skorzystać z magicznego teleportu w Wielkiej Świątyni Hariosa, by ekspresowo przenieść się do Leosu, gdzie chciał odwiedzić Bena i Elen.


Wszedł więc do opustoszałej, o tej porze, Świątyni do zamkniętej komnaty teleportacyjnej i stanął na wielkim okręgu, zapisanym magicznymi znakami. Wezwał swą magiczną moc i po chwili zielona energia zaczęła unosić się w tym okrągłym, malutkim pomieszczeniu. Zdawała się wnikać w znaki na podłożu, które w magiczny sposób oderwały się od kręgu i zaczęły go okrążać, aż powstała wokół niego jasna zielono-biała kula światła. Kilka sekund później przeniósł się od Świątyni w Leosie.


Gdy otworzył oczy, wiedział, że jest już na miejscu. Tylko co wyszedł z komnaty teleportacyjnej, a natknął się na zaniepokojoną Kapłankę Eru, która wyczuła intruza i wyszła mu na spotkanie. Gdy rozpoznała mężczyznę, odetchnęła z ulgą, po czym spojrzała na niego ponownie z nieskrywanym zdumieniem.


-        Alrenie, co ty tu robisz? Jak tu trafiłeś?


-        Wybacz, pani, że tak bez uprzedzenia. Skorzystałem z teleportu w Eolium. – ukłonił jej się lekko.


-        Naprawdę? Otrzymałeś pozwolenie od Theliny?


-        Tak.


-        Niewiarygodne...


-        Ach, Eru, nawet nie wiesz, ile bardziej niewiarygodnych rzeczy się wydarzyło... – westchnął.


-        Domyślam się, w takim razie zapraszam cię na herbatę. Musisz mi wszystko opowiedzieć.


-        Dobrze... – odparł bez entuzjazmu, jednak wiedział, że powinien tak zrobić.


Chwilę później poszli napić się herbaty, a  Alren zbierał myśli i siły na to, by opowiedzieć Eru, co się wydarzyło, odkąd Verie połączyły go z Ellą kajdankami, nad pobliskim jeziorem...


***


Ziemia: Londyn – Szpital, około 19:30


Ella zamrugała oczami, by dostroić wzrok do niezbyt jasnego oświetlenia. Miała wrażenie, że jej ciało jest z kamienia, bo nie mogła nim poruszyć. W końcu jednak się udało. Nieznacznie poruszyła rękami i nogami po kołdrą. Uspokoiła się, czując że ma władzę nad kończynami. Dopiero potem zauważyła dwie osoby, które intensywnie się w nią wpatrywały. Od razu je rozpoznała.


-        Mary? David? – mruknęła zdziwiona, że mówienie kosztuje ją tyle wysiłku.


-        Ello... – Mary dopiero wtedy się poruszyła, niewidzialna blokada puściła i z jej oczu popłynęły rzewne łzy. Zaraz potem rzuciła się na siostrę i objęła ją mocno wokół szyi – Siostrzyczko... – szlochała, a Ella choć nadal zdezorientowana, wyciągnęła rękę spod kołdry i poklepała ją lekko po plecach.


-        Dlaczego płaczesz? – nie rozumiała.


-        Ello, nawet nie wiesz, przez co ja przeszłam! – bąknęła Mary, po czym otarła łzy szczęścia i pociągnęła nosem.


-        Ale dlaczego? – próbowała zrozumieć, wtedy podszedł do niej wzruszony David i wziął ją za rękę.


-        Miałaś poważny wypadek, Ello... – rzekł łamiącym się głosem, był bowiem poruszony tą sytuacją – To cud, że żyjesz.


-        Wypadek? – spojrzała na nich zdziwiona – Jaki wypadek?


-        Zderzyłaś się z samochodem, który jechał dość szybko. Miałaś poważne obrażenia i znajdowałaś się w śpiączce przez prawie miesiąc czasu. Dziś mamy 7 stycznia 2012 roku – uśmiechnął się do niej lekko.


-        Aha...


Ella wyglądała tak, jakby nie do końca w to wierzyła i odruchowo zaczęła oglądać swe ciało. Nie zauważyła żadnej rany ani choćby siniaka i zdumiała się.


-        A gdzie te poważne obrażenia? – spytała, a David i Mary spojrzeli po sobie znacząco.


-        Cóż... Trudno to wyjaśnić... – westchnął David – Ale pewnej nocy twoje ciało cudownie ozdrowiało...


-        Chcesz powiedzieć, że to był jakiś boski cud...? – Ella była w szoku.


-        No tak to wygląda, ale wiesz... Mówimy tak, bo nie potrafimy tego inaczej wyjaśnić. Racjonalnie rzecz biorąc, to nie mogło się wydarzyć, ale sama widzisz, że jesteś bez skazy. Nawet nie masz zaburzeń neurologicznych, a wg naszych badań, powinnaś być co najmniej niespełna rozumu... – zaśmiał się cicho, nie wiedząc, co innego zrobić.


-        Pocieszające... – zażartowała Ella, po czym znów spoważniała, starając się jakoś ogarnąć tę sytuację.


-        W każdym razie, skoro się obudziłaś, musimy cię porządnie przebadać. Jeśli wszystko będzie ok, to może jutro cię wypiszemy. – rzekł wesoło David.


-        Mam nadzieję, bo nie lubię szpitali... – odparła Ella, wciąż zdezorientowana.


-        No to ustalone. – ucieszyła się Mary - Zaraz powiadomię rodziców o tej wspaniałej nowinie. Na pewno się ucieszą i przyjadą! – powiedziała wciąż rozemocjonowana Mary.


-        Super, stęskniłam się za nimi... – urwała, żeby nie powiedzieć za dużo. Przecież nie mogła się stęsknić, będąc nieprzytomną.


Mary spojrzała na nią przez chwilę w milczeniu, po czym ucałowała siostrzyczkę w policzek i razem z Davidem wyszli z sali, zostawiając ją, by sobie odpoczęła. Nie chcieli jej przemęczać.


Kiedy tylko ta dwójka opuściła jej salę, Ella pogrążyła się w zamyśleniu. Usiłowała z całej duszy przekonać siebie, że to wszystko, co widziała, co przeżyła, to nie był tylko długi sen...


Miała wypadek i była w śpiączce. Czyli to wszystko było konstrukcją jej wyobraźni? Zadrżała. Nie, to niemożliwe... To było zbyt szczegółowe i rozbudowane jak na sen. Nie mogłam sobie tego wymyślić! – powtarzała sobie to w kółko. To nie może być prawda, że Ren i wszystko to, co doświadczyła przy jego boku, to był tylko sen! Nawet się nie zorientowała, kiedy łzy zaczęły jej płynąć z oczu, Wyciągnęła więc ręce spod kołdry, by je powycierać i wtedy w świetle żarówki mignęło jej coś złotego...


Spojrzała na swój nadgarstek i ku swemu zdumieniu ujrzała tę samą bransoletę, która pojawiła się na jej ręce w Lesie Sverse, gdy otoczyli ją Hurowie. Złota, pięknie ozdobiona i z dużym szafirem w środku. Wszędzie by ją poznała... Zadrżała. Automatycznie pomacała swój dekolt i pod koszulą nocną coś wyczuła. To był TEN wisiorek – kupiony przez Alrena w Veronie, który potem od niego dostała. Nie wiedziała, jak to jest w ogóle możliwe, że te rzeczy tu są... Jednak z jej oczu ponownie popłynęły łzy... Objęła się ramionami, jakby chciała samą siebie przytulić i po cichu wciąż powtarzała: „To nie był sen!”

Aruell
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 61

wtorek, 12.lipca.2011, 00:01
Kochani!

Przed Wami ostatni rozdział II części BM. ;)

Mam nadzieję, że choć po części zrozumiecie znaczenie przepowiedni Miryonu, bo do końca zostanie wyjaśniona dużo później. ;)

Miłego czytania! ;)

P.S. Jutro dodam streszczenie II części. ;)

Pozdrawiam ^^

***

6 dzień muedrilu 8976 roku, Egharia: Veolia – Eolium (Rezydencja Theliny), noc


Ren wpatrywał się w Thelinę z lękiem. Nie był pewny, czy dobrze zrozumiał jej ostatnie słowa.


-        Jak to zagładę? – powtórzył za nią odruchowo.


-        Za chwilę zrozumiesz... – rzekła zdenerwowana, zbierając myśli, by mu to wyjaśnić – Przepowiednia mówi o rozerwaniu Ducha Wiecznego Świata na dwa człony. Chodzi o Hariosa – Ducha Egharii. To on ma się rozpołowić, na skutek straszliwej zdrady...


-        To jest w ogóle możliwe, by Harios...?


-        W świecie dusz wszystko jest możliwe, Alrenie. Najgorsze jest to, że już dawno nie byłam w stanie skontaktować się z Hariosem... – zamilkła – To bardzo zły znak. Myślałam do tej pory, że to tylko Jego kaprys, ale teraz podejrzewam, że może być tak, jak jest napisane w tej przepowiedni...


-        T-to... okropne! Przecież jeśli to prawda, to Egharia zacznie umierać! – Alrena zatkało.


-        No właśnie.... – przytaknęła – Słuchaj dalej... Zdrajcy, o których mowa to oczywiście pradawni Egharczycy, którzy zniszczyli Królestwo Miryonu i wymordowali prawie cały lud Szafirowego Księżyca... Karą za wszystkie winy ma być śmierć i zagłada całej Egharii. Przepowiednia mówi też o bezsilności wobec niej...


-        Czyli, że nic nie możemy zrobić, oprócz czekania na zagładę? – zdenerwował się.


-        Tak... Jednak w tym tekście jest też mowa o nadziei... – dodała – Chodzi o osobę z błękitną krwią, która doprowadzi do tego, że Miryon odzyska dawny blask i Królestwo zostanie odbudowane, co rozpocznie nową erę świata. Mowa jest o odnalezieniu „Serca przeklętej Gwiazdy”...


-        Czy to... – domyślił się i zamarł.


-        Tak. To z pewnością Mira – Dusza Miryonu, która została przeklęta przez Garvina – starożytnego Arcykapłana Egharii i wygnana do innego wymiaru.


-        Nie mogę w to uwierzyć... – Alren powoli tracił kontakt z rzeczywistością. To wszystko było zbyt szokujące.


-        Wg przepowiedni, ta osoba, o błękitnej krwi, ma również zdecydować o losie Egharczyków i zarazem Egharii, gdyż tylko Ona może ocalić Hariosa i zarazem Egharię. Egharczycy muszą jednak oddać jej hołd i poddać się jej panowaniu w zamian za ocalenie... Jest też wzmianka o powrocie Miryończyków, którzy w ostatniej chwili zostali przeniesieni przez Mirę do innego świata, do domu... Innymi słowy ta sama osoba, która ma zadecydować o losie Egharii jest jednocześnie jedyną nadzieją na nasze przetrwanie, jeśli Harios rzeczywiście zniknie... – zakończyła.


-        Rozumiem... – ledwo to z siebie wydusił z wrażenia – Ale jedna rzecz mnie zastanawia... Kim jest ta osoba, która jest tak ważna? Błękitna krew... Czyżby jakaś Królowa? – spytał, nie dopuszczając do myśli tego, co podpowiadała mu intuicja.


-        To jest  najważniejsze... – westchnęła ciężko - Chodzi o mityczną Mirellę – Księżniczkę Miryonu, potomka starożytnego rodu królewskiego. Według innej legendy tamtą zagładę przeżyła również córka Królowej Iyady i Króla Eriasa, która razem z resztą została przeniesiona do innego świata. Mirella ma być jej potomkiem z pokolenia na pokolenie, w czasach obecnych. Prawdopodobnie nie będzie znała swego pochodzenia... Ta przepowiednia mówi o jej powrocie do Egharii. To Ona ma ocalić Miryon i osądzić, czy uratować Egharię, czy nie....


-        T-to nie może być... – Alrena zalał zimny pot – To niemożliwe! – zerwał się na równe nogi.


-        Niestety to prawda, Alrenie... To właśnie Ella jest Mirellą, Księżniczką Miryonu. To o niej mówi przepowiednia, że też wcześniej nie zapoznałam się z tą legendą... – zganiła siebie w duchu. Zawaliła na całej linii, jako Arcykapłanka.


-        Nie... – cały drżał ze strachu i emocji.


-        Alrenie, ustaliliśmy już wcześniej, że jest Miryonką... Teraz już wiemy, dlaczego miała tak potężną moc! To dlatego była w stanie uratować Erlę i obudzić Verie! Ona nie jest zwykłą Miryonką, tylko Księżniczką najpotężniejszego królestwa wszechczasów! – mówiła rozemocjonowana – Tylko ona jedna mogłaby ocalić Egharię, a my... najzwyczajniej w świecie odesłaliśmy ją z powrotem do innego świata! – walnęła pięściami w stół.


***



Czwartek, 7 stycznia 2012 roku, Ziemia: Madryt – ulice w pobliżu Klubu „Deseo”, około 19:00


Nick i Carmen spacerowali ulicami Madrytu w milczeniu. W końcu dziewczyna postanowiła nie trzymać go dłużej w niepewności.


-        Pewnie myślisz, że teraz nie będę chciała się z tobą spotykać... – zaczęła, a on skupił na niej swój wzrok.


-        Mylę się? – odważył się spytać.


-        Owszem. Znasz mnie bardzo krótko, więc możesz tego nie wiedzieć, ale uwielbiam ryzyko... – zaśmiała się – Dlatego mogę zaryzykować związek z tobą...


-        Naprawdę? – miał wrażenie, jakby urosły mu skrzydła.


-        Ale tylko pod jednym warunkiem... – spoważniała.


-        Jakim? – wstrzymał oddech – Musisz mi udowodnić, że naprawdę ci na mnie zależy. – rzekła zalotnie, a on się uśmiechnął szeroko.


-        Mogę zacząć od zaraz? – spytał wesoło, szczęśliwy, że nadal ma szansę.


-        Jasne... – tylko to powiedziała, a pocałował ją tak namiętnie w usta, że zadrżała.


Chwilę później zatracili się zupełnie w tym pocałunku i odpłynęli gdzieś daleko. Całowali się bez przerwy, jak napalone nastolatki i nawet nie zauważyli, że za rogiem ulicy, ktoś ich podglądał i kipiał z zazdrości.


Była to Sara, która śledziła Nicka, odkąd go zobaczyła, wychodząc z pobliskiego sklepu. Patrzyła teraz jak jej ukochany całuje się z jakąś Hiszpanką i miała ochotę ją zabić. Zrozumiała wtedy jednak, że to już koniec i nagle opadła z sił. Straciła już szansę na jego miłość. Widząc jego szczęście, uznała, że powinna dać sobie z nim spokój. Przeczuwała to, ale chciała jeszcze walczyć. Teraz straciła ochotę. Wciąż pamiętała, jak chłodno ją ostatnio potraktował. To koniec. – pomyślała znowu. Po czym obróciła się na pięcie i odeszła, nie mogąc dłużej znieść tamtego widoku i marząc tylko o jednym – by zapomnieć....


Tymczasem Carmen oderwała się od jego ust i spojrzała na niego zarumieniona. Przygryzła dolną wargę i na chwilę spuściła wzrok.


-        Muszę przyznać, że nieźle całujesz, Nicku... – westchnęła zachwycona dreszczem emocji, który poczuła – Dobry początek... – zaśmiała się cicho.


-        Ja myślę... – odwzajemnił uśmiech i przytulił ją mocno do siebie – To co, idziemy do klubu?


-        Chętnie... Pokażesz mi, czego się nauczyłeś w poniedziałek, na pierwszych zajęciach. – rzekła zalotnie, ujmując go pod ramię.


-        A właśnie! Mieliśmy podstawy salsy! – pochwalił się.


-        Świetnie, uwielbiam ten taniec. – uśmiechnęła się i nagle zauważyła, że dzieje się coś dziwnego – A cóż to...? – zdziwiła się.


-        Co? – spytał odruchowo i dopiero wtedy zauważył to samo, co ona.


Z nieba zaczął powoli sypać gruby, błękitny śnieg. Carmen zachwyciła się tym niezwykłym zjawiskiem. To było takie piękne. Natomiast Nicka zmroziło. Ten kolor... Zadrżał, gdy przypomniał sobie, że już kiedyś pokazywali coś podobnego w telewizji. No tak! – olśniło go.


Już pamiętał, kiedy widział taki śnieg. To było tego samego dnia, kiedy dowiedział się od Sary, o wypadku Elli. Widział to zjawisko zanim ona do niego przyszła. Poczuł, że zalewa go zimny pot, a serce mu przyspiesza. Intuicja podpowiadała mu, że nie powinien zbagatelizować tego znaku z niebios. Czy to możliwe? – pomyślał – Czy to możliwe, że coś ci się stało, Ello?


***


Egharia: Veolia – Eolium (Rezydencja Theliny), noc


W komnacie Theliny zapadła długa i nieznośna cisza. Atmosfera w tym pomieszczeniu była bardzo ciężka, prawie nie do wytrzymania. Oboje byli w wielkim szoku, przerażeni i bezradni.


-        Spokojnie, nie panikujmy... – Alren już nieco ochłonął i starał się myśleć racjonalnie – Po pierwsze, nie wiemy, czy Harios rzeczywiście zniknął, a po drugie... Możemy przecież ściągnąć Ellę  z powrotem....


-        Alrenie, to niemożliwe... Po odprawieniu rytuału z mearem, powrót Elli do tego świata jest niemożliwy... – wyznała z bólem.


-        Jak to? – zląkł się.


-        Nie wiem, co sprowadziło Ellę za pierwszym razem do tego świata, ale teraz może to zrobić jedynie Mira – Bogini Miryonu, z którą my nie mamy kontaktu od wieków lub Harios, z którym też od jakiegoś czasu nie można się skontaktować. Tylko boska interwencja może teraz przenieść Ellę do Egharii... – analizowała.


-        W takim razie trzeba się dowiedzieć, co się stało z Hariosem i jak ściągnąć tu Ellę, jeśli to rzeczywiście ona jest Mirellą... – nadal w to nie wierzył.


-        To na pewno ona, Alrenie! – krzyknęła – Masz rację. Trzeba tak zrobić... Udam się niezwłocznie do Syriany i dowiem się jednego i drugiego, a ty lepiej tu zostań. Twoja niespodziewana wizyta w Kraju Bogów, mogłaby wzbudzić podejrzenia... - zerwała się i podeszła do drzwi, a on podążył za nią.


-        Wiem...  – zgodził się z nią - Mam do załatwienia kilka spraw w Veolii, więc zajmę się nimi, kiedy ciebie, pani, nie będzie. – wyjaśnił.


-        Dobrze. Wrócę najszybciej, jak to możliwe. Bądź wtedy proszę w mojej rezydencji. – poleciła, patrząc mu w oczy – Będziesz mi potrzebny. Nie... Będziesz potrzebny całej Egharii...


-        Dobrze, będę. – obiecał nieco zmieszany i chwilę potem ujrzał, jak Arcykapłanka znika gdzieś niczym, duch.


Przez chwilę patrzył przed siebie, w zamyśleniu, po czym oparł się o ścianę i złapał za głowę. Nie mógł się pozbierać po tej rozmowie z Theliną. Cały świat stanął na głowie. Znikniecie Hariosa? Zagłada Egharii? Ella jako Księżniczka Miryonu? – myślał intensywnie.


-        Nie mogę w to uwierzyć... Kobieta, która spadła na mnie z nieba... Ta urocza dziewczyna, z którą spędziłem ostatnie dni jest... legendarną Księżniczką Miryonu... – mówił do siebie – Jasna cholera! I co ja mam teraz robić? – poczuł się bezradny, jak nigdy dotąd i zaczął się modlić, by wszystko się jakoś ułożyło, choć zupełnie nie wiedział, co to dalej będzie...


Ciąg dalszy nastąpi...

Aruell
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 60

czwartek, 7.lipca.2011, 14:53
Witam ponownie tego samego dnia ;)

Zapraszam na przedostatni rozdział tej części, w którym dużo sie dzieje. Jeszcze jeden i zaczynamy III cz. BM. ;)

Zbliżamy sie do momentu, w którym stanie sie jasne, kim jest Ella. Mam też nadzieję, że spodoba się Wam Przepowiednia Miryonu. ;)

Miłego czytania ;)

***

6 dzień muedrilu 8976 roku, Egharia: Veolia – Eolium (dach Wielkiej Świątyni Hariosa), popołudnie


Ren stał na szczycie jednej ze szpiczastych wieżyczek Wielkiej Świątyni Hariosa i nie zachwiał się ani razu, mimo silnego wiatru i śniegu, który zaczął znów padać. Umożliwiała mu to oczywiście magia.


Patrzył teraz w niebo i pozwalał płynąć łzom po jego twarzy, aż do wyczerpania zapasów. Nie chciał tego robić przy kimś, ale tutaj... Tutaj nie musiał ukrywać swoich uczuć. Już za nią tęsknił, choć minęła zaledwie godzina, odkąd zniknęła. Westchnął i zaczął zastanawiać się, co dalej. Wprawdzie znów został sam, ale świat się na tym nie kończył.


Wiedział, że musi opuścić Veolię. Zbyt wiele osób go tu widziało. Przypomniał sobie wtedy, że zanim pojawiła się Ella, planował udać się do Alorii – Kraju Bogów, by dowiedzieć się czegoś więcej o Miryonie, jednak teraz jakoś nie miał ochoty. Miryon bowiem już zawsze będzie mu się kojarzył tylko z jednym – z Ellą.


Mimo to pomyślał, że musi dokończyć to, co zaczął. Obiecał sobie kiedyś, że odnajdzie zaginiony portal do Królestwa Miryonu – ostatni, który nie został zniszczony przez Cehronów z tego powodu, że oni też nie wiedzieli, gdzie się znajduje. Krążyły o tym miejscu tylko legendy, ale Alren w nie wierzył. Postanowił więc wyruszyć od Alorii i odwiedzić Arcykapłankę Egharii – Syrianę. Pomyślał, że poprosi Thelinę o pomoc w otrzymaniu pozwolenia na audiencje u niej, a potem wyruszy do Hevanu, bowiem stamtąd najłatwiej było dostać się do Alorii. Jednak zanim to zrobi, wiedział, że musi jeszcze odwiedzić jedno miejsce – dom Bena i porozmawiać z Elen, jak jej kiedyś obiecał...


Gdy już sobie obmyślał wszystko, postanowił pójść coś zjeść i uzupełnić zapasy, zanim wyruszy w dalszą podróż. Robił też wszystko, by nie myśleć o Elli, co wcale nie było proste, bowiem wszystko tu mu o niej przypominało, nawet śnieg, który sypał z nieba.


***


Thar obserwował Alrena z daleka, kiedy stał na szczycie dach Wielkiej Świątyni Hariosa. Miał teraz świetną okazję, by go zabić, ale zaintrygowały go ostatnie wydarzenia, więc na razie się wstrzymał. Przeczuwał, że dzieje się tu coś niezwykłego... Coś, co pozwoli mu odzyskać zaufanie Cesarzowej.


Był dobrym obserwatorem, więc wiedział o rytualnym zniknięciu Elli, co sprawiło, że zainteresował się jej osobą. Poza tym słyszał wzmiankę o szukaniu przepowiedni Miryonu, którą jako Cehrończyk znał na pamięć i ciekawił się, co to się stało, że Veolczycy się tym zajęli...


Postanowił więc, że zanim zabije Alrena, dowie się, co tu się dzieje...


***


Egharia: Veolia – Eolium (Wielka Bibioteka Veolii – Tajemna Komnata), wieczór


Kiedy Ren zbierał się powoli do kupy, Thelina była w tajnej części Wielkiej Biblioteki Veolii  i szukała namiętnie starożytnego zwoju z przepowiednią, która nie dawała jej spokoju, odkąd Ella uzdrowiła Erlę.


Poszukiwania zajęły jej cały dzień, ale w końcu się udało i na zakurzonej półce, między księgami o czarnej magii, znalazła stary zwój z przepowiednią, której szukała. Wyjęła go więc bardzo ostrożnie, uważając by nie rozsypał się na kawałki i nie posiadała się ze szczęścia, że dokument się jednak zachował.


Jednak, gdy tylko zaczęła czytać starożytne przesłanie, zapisane na zwoju, mina jej stopniowo rzedła, aż nagle upuściła zwój, drżącymi dłońmi, uświadamiając sobie powagę sytuacji. Była roztrzęsiona.


-        Na Hariosa... – szepnęła do siebie – To niemożliwe! Nie... Nie! To nie może być prawda... – złapała się za głowę i próbowała zapanować nad paniką, która ja nagle ogarnęła.


Dopiero po kilkunastu minutach była w stanie się pozbierać. Szybko zabezpieczyła zwój i wybiegła z Biblioteki. Wiedziała, że musi koniecznie z kimś porozmawiać i to natychmiast...


***



Czwartek, 7 stycznia 2012 roku, Ziemia: Londyn – Szpital, około 12:00


Mary i David patrzyli w osłupieniu na wściekłego Thoma, nie wiedząc  w pierwszej chwili, co się dzieje.


-        Co tu robisz, Thom? – rzekła w końcu mary.


-        Jeszcze pytasz? Jak mogłaś pójść do prasy! Chciałaś się na mnie zemścić? No to ci się udało! – krzyczał – Katy teraz zerwie zaręczyny, a moja firma będzie miała poważne kłopoty. Załatwiłaś mnie!


-        Ja cię załatwiłam? Jak śmiesz! – wybuchła – Nie sądziłam, że jesteś na tyle bezczelny, by posądzać mnie o coś takiego! Wynoś się stąd! – huknęła, a ona zwątpił. Czyżby to nie ona?


-        Chcesz mi wmówić, że to nie ty? To czemu tam jest twoje nazwisko? – syknął i wtedy David nie wytrzymał już nerwowo.


Zasłonił Mary swoim ciałem, odepchnął Thoma na dalsza odległość i spojrzał na niego morderczym wzrokiem.


-        Słuchaj, stary. Albo stąd w tej chwili wyjdziesz, albo nie ręczę za siebie! – warknął, a Thom odruchowo się cofnął.


-        Nie wtrącaj się! – chciał go uderzyć, ale Dav zrobił unik i sam mu przywalił w twarz, z całej siły. Cios był na tyle mocny, że Thom o mało co nie upadł na podłogę i spojrzał na niego z oburzeniem.


-        Nie masz za grosz wstydu! – syknął David, masując swoją dłoń – Nie dość, że tak perfidnie potraktowałeś Mary i jednocześnie zdradzałeś swoją narzeczoną, zatajając jej istnienie, to teraz masz jeszcze czelność oskarżać Mary, że nakablowała na ciebie prasie? Gdzie ty masz rozum? Nie widzisz, jaka jest roztrzęsiona? Cały szpital o niej plotkuje, że jest twoją kochanką! Myślisz, że jak ona się teraz czuje? Nadal uważasz, że to ona poszła do prasy? – syknął mu prosto w twarz, łapiąc go za płaszcz ze złości, a on zdębiał.


-        Ale... – zwątpił.


-        Słuchaj no, sukinsynu! – warknął – Zabieraj ten swój tępy tyłek i wynoś się stąd! Nie pokazuj się mnie ani Mary na oczy, już nigdy więcej, czy to jasne?  - warknął i odrzucił go z odrazą, a potem sięgnął po słuchawkę i zawołał ochronę.


-        Co robisz? – zdenerwował się Thom.


-        Jeśli masz choć odrobinę godności, wyjdziesz stąd sam, jeśli nie – wyniosą cię siłą. Tak czy siak, właśnie wychodzisz! – huknął na niego, a on prychnął, ale nic nie powiedział, tylko w milczeniu opuścił dyżurkę.


Tymczasem Mary nadal nie wierzyła w to, co się stało. Nie tylko w to, co powiedział Thom. Najbardziej ją zszokowało zachowanie Davida. Nigdy nie widziała go tak wściekłego i impulsywnego. Wpadł w prawdziwy szał, a przecież był zawsze taki opanowany i rzeczowy... Z jakiegoś powodu, serce zabiło jej mocniej...


***


Egharia: Veolia – Eolium (Rezydencja Theliny), wieczór


Alren z niepokojem zapukał do komnaty Theliny. Przebiegł najszybciej, jak to tylko możliwe, zaraz po tym, jak znalazły go kapłanki i przekazały mu pilną wiadomość od Theliny, w której prosiła o natychmiastowe przybycie. Przestraszył się, że coś się nie udało i Elli grozi niebezpieczeństwo.


Wszedł z wahaniem do środka i zapytal prosto z mostu.


-        Co się stało?


-        Alrenie... – zadrżał, widząc obłęd w jej oczach – Popełniliśmy straszliwy błąd! – usłyszał i usiadł na krześle, naprzeciw niej.


-        Jaki?! Czy Elli coś się stało?


-        Nie... Ona jest bezpieczna... – pokręciła głową, a on się uspokoił, ale teraz z kolei nie rozumiał, o co może w takim razie chodzić – Niestety nie mogę tego samego powiedzie o nas, Alrenie... – wydusiła z siebie, a on zmierzył ją pytającym spojrzeniem.


-        Jak to? – zdziwił się.


-        Znalazłam tę przepowiednię Miryonu, Alrenie...


-        Naprawdę? – wstrzymał oddech, gdy położyła mu przed nosem stary zwój.


-        Zanim ci wyjaśnię, o co chodzi, musisz to przeczytać... – powiedziała, po czym złapała się za głowę i próbowała się uspokoić.


Jej zachowanie bardzo nie podobało się Alrenowi. Wielka Arcykapłanka Veolii drżała ze strachu, a to nie wróżyło niczego dobrego. Z niepokojem więc rozwinął stary zwój i zaczął czytać starożytne pismo:



„I nastanie dzień, gdy Dusza Świata Wiecznego na dwa człony rozerwana zostanie...


I ciało bez ducha umierać zacznie i nikt temu zaradzić nie będzie w stanie...



Taka oto kara za niegodziwość i zdradę świat ten czeka i nawet wiedzieć o tym nie będzie...


Dopóki złowrogi znak zagłady nie zalśni wszędzie...



I nastanie ten dzień nędzny, gdy winni karę sprawiedliwą poniosą...


I zapomniana gwiazda blask swój odzyska wraz z poranna rosą...



Polegli zwycięzcami się okażą, w podzięce za krew niesłusznie przelaną...


Nowa era wtem do świata zawita, gdzie panami losu swego zostaną...



I dusza zaginiona, w której krew błękitna płynie, powróci...


I co zapomniane przez wieki wieków do życia przywróci...



Ciało z duszą w blasku błękitu się połączy, gdy serce przeklętej gwiazdy ona odnajdzie...


Błękitny wybuch starą erę zakończy, gdy nowy początek wraz z nią nadejdzie...



I dawna potęga na dobre już na świat powróci...


I pradawny ład, światłość ponownie przywróci...



Nędzne kary niegodziwych zdrajców dosięgną...


Dopóki uległości i posłuszeństwa nie przysięgną...



I od woli błękitnej krwi zależeć będzie...


Czy Jego dusza powrócić móc będzie...



Lecz nawet jeśli łaska Ich dosięgnie, poddać się blaskowi będą musieli...


Niczym robactwo, za które sami niegdyś błękitny lud mieli...



I wygnani przez wieki do domu swego powrócą...


I swoje nędzne życie na obczyźnie porzucą...



Tak oto los Błękitnej Gwiazdy się dopełni...


W mistycznym - Blasku Miryonu - pełni...”



Gdy Alren skończył czytać, miał wrażenie, że mu zaraz łeb pęknie. Niewiele zrozumiał z tej przepowiedni, ale ogólne jej przesłanie nie brzmiało zbyt dobrze, mówiąc delikatnie.


-        Pani... – zwrócił się z niepokojem do Theliny – O co tu chodzi?


-        W największym skrócie mówiąc, odsyłając Ellę do domu, skazaliśmy siebie na zagładę... – odparła poważnie, a Ren zamarł.



Aruell
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 59

czwartek, 7.lipca.2011, 14:47
Witajcie ;)

Kochani, wrzucam dwa rozdziały naraz, ale chyba się nie obrazicie? ;)
W tym rozdziale pojawi się przejmująca, moim zdaniem, scena...

Mam nadzieję, że się Wam spodoba. ^^

P.S. Załączam rysunek Rena we fraku. Do rozdziału raczej nie pasuje, ale wrzucam specjalnie na życzenie Neptune. ;)


Pozdrawiam ;)

***


6 dzień muedrilu 8976 roku, Egharia: Veolia – Eolium (Pałac Królewski), poranek


Ella i Ren kochali się tej nocy kilka razy, wbrew rozsądkowi, co sprawiło, że ich „więź dusz” znacznie się pogłębiła, choć nadal jeszcze nie na tyle, by pokonać barierę obrączek od Theliny. Mało spali, nie chcąc przespać poranka.


Około dziesiątej zasiedli do śniadania w komnacie jadalnej. Byli bardzo milczący. Wczorajsza noc wydawała im się słodkim snem, a dzisiejszy dzień – koszmarną rzeczywistością. Gdy zjedli już posiłek i pili gorąca herbatę, po policzkach Elli spłynęły łzy. Już nie była w stanie ich powstrzymywać. Ren nie mógł na to patrzeć.


-        Nie płacz, proszę... – szepnął – Nie znoszę widoku twoich łez... – wyznał.


-        Wybacz, ale... tak jakoś same mi lecą. – spojrzała na niego – Tyle rzeczy chciałabym ci jeszcze powiedzieć... ale czasu już brak.


-        Więc mów... – odparł ciepłym głosem, ocierając jej policzki z łez.


-        Nie jestem w stanie, za dużo tego. – wyznała i wstała od stołu, a wtedy on ją pociągnął i posadził sobie na kolanach. Zarumieniła się automatycznie – Dlaczego nie urodziłeś się na Ziemi, Ren? No dlaczego? – spojrzała załzawionymi oczami na jego zasmuconą twarz i ujęła ją  w swe dłonie.


-        Ello... Nic nie poradzę, że jesteśmy z dwóch, różnych światów... – wyznał szczerze, choć wiedział, że poniekąd jest to nieprawda, zważywszy na jej miryońską krew – Ale wiesz co? Mimo to, mam wrażenie, że nasze spotkanie, choć tak nieprawdopodobne, było darem od losu... Dziełem przeznaczenia... – dodał, wprawiając ją w wielkie zdumienie. Takie słowa nie były w jego stylu.


-        Dlaczego mi to mówisz? – przełknęła ślinę.


-        Ponieważ chcę. – uśmiechnął się do niej - Poza tym, potem nie będę miał już okazji. – spuścił wzrok.


Tak naprawdę, to chciał jej powiedzieć coś ważnego, ale przeczuwał, że jeśli to zrobi, Ella w życiu nie zgodzi się wrócić na Ziemię, a to było dla niego ważne. Ona nie mogła zostać w tym świecie, gdyż to było zbyt ryzykowne. Nawet Thelina uważała tak samo. Dlatego choć serce mu się krajało, nie mógł jej powiedzieć tych dwóch, ważnych słów. Postanowił je zachować dla siebie, ukryć głęboko w sercu do końca życia. Wiedział bowiem, że nikogo już tak nie pokocha, jak jej...


Tak. Kochał ją. Uświadomił to sobie całkiem niedawno. Wcześniej tylko odsuwał taką ewentualność od świadomości, by się chronić, ale dłużej już nie mógł. Ta dziewczyna bez ostrzeżenia wdarła się do jego życia i całkowicie wywróciła jego świat do góry nogami. W chwili, gdy na niego spadła z nieba, zmieniło się wszystko. Zanim ją poznał był święcie przekonany, że Verina będzie jego ostatnią miłością i że już nigdy się nie zakocha po tym, co przez nią przeszedł. Wmówił sobie, że nie wierzy w miłość i tak żyło mu się łatwiej, w towarzystwie kochanek i przyjaciółek, ale teraz wiedział, że to nie było życie.


Dopiero gdy poznał Ellę, zrozumiał, co to znaczy naprawdę żyć. Wszystkie te emocje, które mu towarzyszyły, gdy był z nią, to było właśnie to. Strach o życie drugiej osoby i troska o jej zdrowie. Chwile romantyczne, zabawne, a także niebezpieczne oraz liczne rozmowy, wszystko to sprawiało, że jego życie nabierało barw. Nieustannie go zaskakiwała i zmieniała się na jego oczach, sprawiając, że serce stopniowo biło mu coraz mocniej. Nawet jeśli nie potrafiła mu od razu zaufać, to jednak wielokrotnie swoimi słowami trafiała prosto do jego serca. Zawsze w niego wierzyła, w jego dobroć, choć przecież mogła uznać go za złoczyńcę, skoro miał tylu wrogów i wielu tajemnic jej nie wyjaśnił. Nie bała się go. Od samego początku, nawet wtedy, gdy był wobec niej zimny i oschły. Wciąż tylko patrzyła na niego tymi swoimi smutnymi oczami i szukała w jego oczach swojego odbicia. Pokonała swoją nieśmiałość i strach, by się do niego zbliżyć. Może i jej w tym nieco pomógł, ale tak naprawdę to była jej decyzja. Nie musiała tego robić, ale miała odważne serce... Właśnie dlatego, pokochał ją z całej swej duszy.


Westchnął po dłuższej chwili milczenia i przytulił ją mocno do siebie. Ella poczuła jego drżenie i była w szoku. Zachowywał się co najmniej dziwnie. Najpierw to jego nieodgadnione spojrzenie, pełne uczuć, a teraz to. Starała się panować nad swoimi myślami, które krążyły teraz wokół możliwości, że może Ren ją jednak... Potrząsnęła lekko głową, walcząc z tym pomysłem i objęła go równie mocno, jak on ją.


-        Dziękuję, Ello... – powiedział cicho, a ona nie wiedziała, o co chodzi – Dziękuję za te wszystkie chwile, które ze mną spędziłaś. Dziękuję, że mnie pokochałaś... – zadrżała słysząc te słowa i odsunęła się nieco, by spojrzeć mu w oczy.


-        Ren... – znów poleciały jej łzy, tym razem ze wzruszenia.


-        Chcę byś wiedziała o jednym... – uśmiechnął się lekko i dotknął jej policzka – Gdziekolwiek będziesz, zawsze będę nad tobą czuwał.


-        Dziękuje za te słowa, nawet jeśli to niemożliwe... – mruknęła wzruszona, ocierając łzy.


-        Nie ma rzeczy niemożliwych, Ello. – rzekł z uśmiechem, po czym delikatnie ją pocałował, a ona zapragnęła by czas się zatrzymał.


***


Tymczasem Thar właśnie skończył eskortować Księżniczkę Erlę do jadalni na śniadanie. Musiał to zrobić, jeśli chciał, aby nikt się nie kapnął, że podszywa się pod Strażnika Pałacowego, którego zabił wczoraj w nocy.


Był tu od wczoraj, chciał bowiem podstępem zabić Alrena w przebraniu, niż z nim walczyć, jak ten idiota - Ghin. Niestety, jak na złość, wciąż ktoś mu przerywał.


Kiedy chciał go zaatakować, gdy ten wychodził na bal, otrzymał plecenie, by zamknąć główne wrota pałacu. Gdy próbował ponownie, w chwili gdy Alren i Ella wracali do komnaty, musiał przepędzić złodzieja z innej części pałacu. I tak w kółko, aż do tej pory...


Dziś musi mi się udać – pomyślał. Wiedział, że niedługo zorientują się, że coś jest nie tak. Ukrywał się więc teraz za rogiem korytarza i cicho czekał, aż Alren i Ella opuszczą komnatę.


***


Egharia: Veolia – Eolium (Wielka Świątynia Hariosa), południe


Czas niestety płynął dalej, przeciwnie do życzenia Elli i właśnie zbliżało się południe. Ella i Ren musieli się już ubrać i opuścić komnatę, w której spędzili ze sobą ostatnią noc. Poszli się pożegnać z Królową, podziękować za bal i gościnę oraz z Erlą, która zareagowała płaczem na rozstanie z nimi, bowiem bardzo ich polubiła. Po tym wszystkim spotkali się z Theliną, która zaprowadziła ich do Wielkiej Świątyni Hariosa, znajdującej się blisko pałacu.


Budowla była cała biała, strzelista i bardzo piękna, ale Ella nie miała nastroju, by ją podziwiać. Wszystko działo się tak szybko. Nim się obejrzała, znajdowali się już w okrągłej komnacie, której sufit był tak wysoko, że trudno go było dostrzec. Na marmurowej podłodze natomiast znajdował się ogromny, magiczny okrąg. Wzdłuż jego obwodu były napisane się jakieś dziwne znaki i inkantacje, których nie rozumiała.


Wokół tego okręgu klęczało teraz sześć kapłanek, z odłamkami lśniącego mearu w dłoniach. Były pogrążone w modlitwie i nawet ich nie zauważyły. Przed nimi stała natomiast skupiona Arcykapłanka Thelina, w rytualnych szatach. W całym pomieszczeniu unosiła się niezwykła, sakralna i magiczna atmosfera. Ella poczuła strach, więc coraz mocniej ściskała dłoń Alrena, który stał obok i przyglądał się wszystkiemu z powagą.


-        Uspokój się, Ello... – objął ją czule ramieniem – Za chwilę wrócisz do domu. Zobaczysz swoją rodzinę i swój dom. Będziesz daleko od tego niebezpiecznego i obcego ci świata. – próbował jej wskazać pozytywy tej sytuacji, ale ona i tak myślała tylko o jednym.


-        Co mi po tym wszystkim, skoro ciebie tam nie będzie? – spojrzała mu w oczy. Znów ujrzał jej łzy.


-        Ello, proszę... Nie utrudniaj nam tego. – powoli tracił nad sobą kontrolę. Starał się jakoś trzymać i pożegnać ją z uśmiechem, ale czuł, że nie da rady.


-        Już czas, Ello... – usłyszeli głos Theliny, która patrzyła na nich ze smutkiem i wskazała jej ręką, by poszła na środek okręgu.


Dziewczyna zadrżała i spojrzała na Rena, który zmuszał się do lekkiego uśmiechu. Nie chciała puścić jego ręki, więc westchnął i podszedł z nią do okręgu.


-        Wracaj do domu, Ello... – rzekł nieco drżącym głosem, co  ją zaskoczyło. Zaraz jednak nad nim zapanował – I bądź szczęśliwa.


-        Ren! – rzuciła mu się na szyję – Kocham cię i już zawsze będę... – załkała, a on ją mocno objął.


-        Wiem... – zaśmiał się na siłę, po czym zobaczył znak od Theliny, że teraz albo nigdy – Nigdy o tobie nie zapomnę, Ello... – mruknął i pocałował ją ostatni raz, po czym lekko ją popchnął tak, że wylądowała na okręgu.


W tym momencie kapłanki otoczyły krąg barierą tak, by Ella nie mogła z niego już wyjść. Z przerażeniem w oczach dotykała niewidzialnej ściany, dzielącej ją od Rena i płakała.


-        Przepraszam, Ello... – rzekł smutno, a jej łzy popłynęły z oczu.


Usiadła bezradnie na tym kręgu i nawet już nie zauważała białej aury magicznej, która powoli ulatniała się z ciał kapłanek, z Theliną na czele i otaczała ją jasną kulą światła. Nie słyszała szeptów zaklęć, które padały z ich ust ani nie widziała ich skupionych twarzy i zamkniętych oczu. Patrzyła tylko w jeden punkt. W zielone oczy Rena, jakby chciała zapamiętać ten widok na zawsze.


W jej spojrzeniu było tyle bólu, że Ren czuł, że za chwilę nie wytrzyma i przerwie to wszystko. Powstrzymał się jednak jakimś cudem i po chwili ujrzał wybuch białego światła. Zasłonił oczy, by go nie oślepiło, ale zaraz potem zerknął jednak w kule magii i ujrzał, jak Ella unosi się w powietrzu, w otoczeniu błękitnego blasku, po czym znika, jak duch...


Później, z każdą sekundą, światło znikało, aż na magicznym kręgu oprócz kapłanek i Theliny nie było już nikogo. Naprawdę zniknęła. Patrzył martwym wzrokiem w puste miejsce, po niej i ledwo, z tego wszystkiego, usłyszał głos Theliny.


-        Udało się. Ella wróciła na Ziemię. – rzekła Arcykapłanka i nagle zamarła.


Zobaczyła bowiem, jak po twarzy tego silnego mężczyzny spłynęły łzy. Te widok był nie tyle niespodziewany, co niezwykły w jego przypadku. Alren – jeden z najpotężniejszych wojowników w Egharii, który potrafił zabić bez mrugnięcia okiem, opanowany i twardy, teraz płakał...


Thelina musiała przyznać, że widok ten był poruszający, mimo iż nie znała go za dobrze. A może właśnie dlatego? Znów się przekonała, że pozory mylą i Ren wcale nie jest taki, za jakiego go powszechnie uważano. Wiedziała też, że Ella była tą, która jako pierwsza nie patrzyła na pozory...


Nagle ocknął się i zorientował, że łzy mu płyną po policzkach. Zawstydził się, zaskoczony swoją reakcją i szybko otarł łzy. Odwrócił się do Arcykapłanki plecami, zastanawiając się kiedy ostatnio płakał i nie mógł sobie tego przypomnieć.


-        Nie wstydź się łez, Alrenie... – usłyszał nagle czuły głos Theliny i poczuł jej dłoń na ramieniu – Kochałeś ją, prawda?


-        Błąd... – zaśmiał się smutno – Ja ją nadal kocham, nawet jeśli już jej tu nie ma. – dodał jeszcze, po czym pospiesznie opuścił Świątynię.



_________________________________________


Adres większego obrazka: http://img64.imageshack.us/img64/5484/ren7.jpg

Aruell
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 58

niedziela, 3.lipca.2011, 13:58
Witajcie Kochani!

Zgodnie z tymczasowymi zmianami, dodaję dziś wtorkowy rozdział BM. ;)
Przed Wami ostatni "przyjemny" rozdział w tej części, gdyż nastepne będą już przesiąknięte dramatyzmem. Poza tym zbliżamy się wielkimi krokami do końca tego etapu BM. ;)
W tym rozdziale komplikacje w życiu Mary i namiętne uniesienia u Elli i Rena. ;)
Mam nadzieję, że się Wam spodoba. ;)


Pozdrawiam serdecznie ;*

***


6 dzień muedrilu 8976 roku, Egharia: Veolia – Eolium (Pałac Królewski), noc


Ella i Ren przez kilka ładnych godzin cieszyli się balem. Dużo tańczyli, wprawiając gości w zachwyt i zazdrość, rozmawiali i rozkoszowali się wykwintnym jedzeniem oraz winem. Poświęcali czas wyłącznie sobie, nawet jeśli nie było to do końca kulturalne. Zwyczaj bowiem nakazywał, że żadne z nich nie powinno odmawiać tańca i rozmowy innym. Jednak oni zignorowali to, wiedząc, że to ich ostatnie wspólne chwile. Nie chcieli ich marnować na konwenanse.


W końcu, w okolicach drugiej w nocy, pożegnali się z Królową i poszli w kierunku swej komnaty. Kiedy tak szli korytarzem, Ella pogrążyła się w smutku. Nieuniknione rozstanie zbliżało się z każdą sekundą, coraz bardziej.


-        Ren... – zaczęła, a on spojrzał na nią pytająco – Chcę być z tobą jeszcze ten jeden, jedyny raz... – wydusiła z siebie, po czym spłonęła rumieńcem i odwróciła wzrok.


-        Co takiego? – był w takim szoku, że aż stanął w miejscu – Przecież mówiłem ci, że jeśli znów się połączymy, czar „więzi dusz” się pogłębi i będzie nam jeszcze ciężej, niż teraz. – spoważniał, a jej serce podskoczyło, słysząc to „nam”. Czyli jemu też jest ciężko?


-        Trudno! Nie dbam o to... – spojrzała mu w oczy – Ja i tak nigdy nie przestanę cię kochać i będę tęsknić za tobą całe swoje życie...  – zarumieniła się, natomiast on chwycił jej drobne dłonie i uniósł do swoich ust. Musnął je nimi lekko, co ją poruszyło.


-        Ello... – westchnął ciężko – Nie mów tak... Na pewno jeszcze znajdziesz szczęście.


-        Już to przerabialiśmy. – spuściła wzrok z nieskrywanym zawodem – Naprawdę tak boisz się tego czaru, że już mnie nie chcesz? – spojrzała na niego ponownie, z takim wyrazem twarzy, że miał wrażenie, że mu serce zaraz pęknie.


-        To nie tak...


-        Więc proszę zgódź się. Jeszcze ten jeden, ostatni raz. – łza spłynęła jej po policzku, gdy wymawiała ostatnie słowa, na co on odpowiedział jej pocałunkiem.


Wstrzymała oddech, czując ogień w piersiach. Pocałował ją bowiem tak łapczywie i namiętnie, że zadrżała. Poczuła, że jemu też jest ciężko opanować pożądanie i odczula ulgę. Wtuliła się w niego i westchnęła z niezadowoleniem, gdy w końcu oderwał od niej usta.


-        Chodźmy... – szepnął, nieco oszołomiony emocjami, które zaczęły się w nim znów budzić, a ona uśmiechnęła się i chwyciła go ponownie pod ramię, po czym poszli do jej komnaty i nakazali straży nie wpuszczać do środka nikogo, aż do 10:00 rano.


***


Czwartek, 7 stycznia 2012 roku, Ziemia: Londyn – Szpital, około 11:00



Tego ranka w szpitalu panowało wielkie poruszenie, które od razu zaniepokoiło Davida, który miał właśnie chwilkę przerwy w pracy. Zaczepił pielęgniarkę i spytał, o co chodzi, a ona pokazała mu najnowsze wydanie popularnego szmatławca „Bogaci i bogatsi”.


David zamarł, gdy przeczytał nagłówek na stronie tytułowej i zobaczył zdjęcie Thoma i jakiejś kobiety, ale jeszcze bardziej się przeraził, gdy przeczytał imię i nazwisko, które znał aż za dobrze: „Mary Dreamson”. Jak tylko doczytał do końca artykuł, rzucił gazetą o ścianę i pobiegł do dyżurki pielęgniarek.


Gdy tylko do niej wpadł, ujrzał zawstydzoną i załamaną Mary na krześle, ukrywającą twarz w dłoniach. Serce mu się krajało. Obok niego stały ciekawskie pielęgniarki, więc zmierzył je złowrogim spojrzeniem.


-        Nie macie nic innego do roboty? – warknął, a one natychmiast się zmyły – Mary... – zaczął, gdy tylko do niej podszedł.


-        To okropne, Davidzie... – podniosła na niego smutne oczy – Cały szpital o mnie plotkuje! Jedni mówią, że bezczelnie rozbiłam związek Thoma i Katy, inni, że jestem dziwką... Nie zniosę tego! Jak to trafiło do prasy? – objęła się ramionami, a David przykucnął przy niej i ujął jej ręce.


-        Uspokój się... Widocznie, jakiś reporter śledził Thoma i tak się to dostało do prasy... Masz pecha, Katy Backson to bogaczka, która wciąż jest na celowniku, a Thom... – urwał zszokowany – Wiedziałaś, że jest jej narzeczonym? – spytał nagle, wciąż nie mogąc w to wszystko uwierzyć.


-        Dowiedziałam się wczoraj... Zataił to przede mną... – zadrżała ze złości.


-        Co za...! – nie dokończył, bo musiałby soczyście zakląć, a nie chciał tego robić  w pracy. Miał jednak ochotę zabić tego sukinsyna.


Nagle oboje usłyszeli poruszenie za drzwiami. Chwilę później ktoś otworzył gwałtownie drzwi, wszedł do środka i zamknął je za sobą. Zamarli, gdy zobaczyli kogo mają przed sobą. Był to Thom we własnej osobie.


-        Mary! Jak mogłaś mi to zrobić?! – wrzasnął Thom, patrząc na nią z nienawiścią.


***


Egharia: Veolia – Eolium (Pałac Królewski), noc



Gdy tylko weszli do komnaty, zaczęli się całować i nawzajem rozbierać. Ich ręce i usta były niecierpliwe i lekko drżące. W końcu stanęli przed sobą tylko w bieliźnie i pożerali się nawzajem wzrokiem.


-        Mówiłem ci już, jaka jesteś piękna...? – wymruczał, odgarniając włosy z jej zarumienionej twarzy, a ona zastanawiała się, co mu się stało, że od jakiegoś czasu mówi jej same komplementy?


-        Chyba tak... – odparła, wzdychając – Ty też jesteś przystojny... zabójczo.... – westchnęła, a on uśmiechnął się i pocałował ją ponownie, kiedy wplotła swe palce w jego długie włosy.


-        Wiem, kotku. – zaśmiał się znacząco,  a ona prychnęła.


-        Ach ta twoja pewność siebie... – bąknęła, muskając wargami jego rozchylone usta – Czemu nikt ci nie utrze nosa?


-        Możesz sama spróbować... Poza tym.... Przecież właśnie to we mnie lubisz... – rzekł, obniżając głos – Prawda, ziółko? – mrugnął do niej oczkiem, a ona cała spąsowiała.


-        Przestań już się ze mną droczyć! – ledwo panowała nad swoim oddechem.


-        Jak sobie życzysz... – odparł wesoło, poczym łapczywie po nią sięgnął.


Porwał ją na ręce z taką łatwością, jakby nic nie ważyła. Poczuła przypływ pożądania, uwielbiała jego siłę i gwałtowność. Oplotła go ramionami wokół szyi i pocałowała. Usta jej drżały ze zniecierpliwienia, co on doskonale wyczuwał. Położył ją na dużym łożu i od razu złożył na jej ustach głęboki, namiętny pocałunek, który sprawił, że Ella zapomniała o wszystkich troskach i skupiła się na odczuwaniu pieszczot Rena.


Szybko pozbył się jej bielizny i teraz dosłownie pochłaniał jej skórę, łapczywymi pocałunkami, jednocześnie gładząc ją bez opamiętania. Jego ruchy były gwałtowne, a czasem wręcz zadziorne. Z każdą sekundą pragnął jej coraz bardziej. Nic już nie zostało z tego dżentelmena sprzed chwili. Teraz był wygłodniałym wilkiem, który dopadł swą ofiarę. Ściągnął już z siebie wszystko, co miał i już był gotowy. Szepnął tylko wiadome zaklęcie i mocno w nią wszedł. Zaraz potem zaczął poruszać się rytmicznie, coraz szybciej, dążąc do spełnienia i gubiąc po drodze normalny rytm serca oraz oddechu.


Tymczasem Ella wiła się z rozkoszy, drapiąc go, niczym kotka i pojękując co chwila. Jego namiętne pieszczoty połączone z ostrym stosunkiem, doprowadzały ją do obłędu. Tym razem Ren nie był już delikatny, jak wtedy, w rezydencji Theliny, ale wcale jej to nie przeszkadzało, wręcz przeciwnie. Czuła jeszcze większą rozkosz i podniecenie, niż wtedy. Żar zalewał jej ciało, nad którym powoli traciła kontrolę, z każdą sekundą. Chwilami sądziła, że więcej nie wytrzyma, aż w końcu to poczuła... Oboje to poczuli...


Zalała ich fala spazmów. Zadrżeli, nie mogąc zapanować nad swoimi ciałami. Objęli się mocno, wciąż jeszcze dygocząc ze spełnienia, spoceni i zasapani. Po czym spojrzeli sobie w oczy i uśmiechnęli się do siebie. Opadli bezwładnie na materac, uspokajając oddech, po czym Ella pocałowała go już czule i delikatnie w usta.


-        Ren... To było... – nie wiedziała, jak opisać to, co przed chwilą poczuła.


-        Wiem... – odparł, czując to samo, co ona.


Ella uśmiechnęła widząc w jego oczach spełnienie i wtuliła się w niego mocno, tak aby móc czuć jego gorące ciało przy sobie. Otoczył ją ramieniem i pocałował w czoło, a ona cicho westchnęła.


Minęło kilkanaście minut. Leżeli przytuleni, porządkując myśli. Wtedy Ella znów poczuła coś dziwnego. Domyśliła się, że to przez pogłębienie więzi dusz z Renem. Miała wrażenie, że jest jeszcze bliżej niego, niż za pierwszym razem. Wyczuł jej lekkie drżenie i spojrzał na nią z czułością.


-        Co się dzieje? – mruknął.


-        Też to czujesz...? – spytała, patrząc mu w oczy.


-        Ach to... – zrozumiał – Tak, czuję... Najwyraźniej Thelina miała rację... – skomentował, a ona przytaknęła. Cieszyła się, że nie tylko ona ma takie wrażenie.


-        Ren... – gładziła jego tors, mocno zarumieniona, a on się zaśmiał.


-        Czyżby było ci mało, ziółko? – posłał jej tak zabójcze spojrzenie, że serce jej gwałtownie przyspieszyło – Wiesz, że to nie jest dobry pomysł?


-        Wiem. – mruknęła i pocałowała jego miękkie usta, czując przy tym przyjemny dreszcz na ciele.


Ucieszyła się, gdy poczuła jego gorące dłonie na swoich nagich plecach. Przyciągnął ją mocno do siebie i odwzajemnił jej pocałunek równie żarliwie. Znów zaczęli się niebezpiecznie do siebie zbliżać, świadomi konsekwencji swoich czynów, ale byli zbyt spragnieni siebie, by o nich myśleć w tej chwili...

Aruell
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 57

piątek, 1.lipca.2011, 23:57
Witajcie ;)

Zapraszam na kolejny, bajkowy rozdział BM. Tym razem, cały rozdział jest poświęcony wyłącznie balowi i wątkowi Elli oraz Rena. Chyba się nie pogniewacie, co? ;)

Załączam też rysunek naszej parki w wydaniu balowym.^^

Miłego czytania!

Pozdrawiam serdecznie ;)

***

6 dzień muedrilu 8976 roku, Egharia: Veolia – Eolium (Pałac Królewski), wieczór


Minęło kilka godzin, podczas których cała grupa służek szykowała Ellę do balu. Wszystkim zależało, by wyglądała jak najpiękniej, jednak gdy skończyły – efekt przerósł ich najśmielsze oczekiwania. Służące zamarły na chwilę, przyglądając się dziewczynie, po czym uśmiechnęły się szczerze i wskazały jej lustro, by mogła się w nim przejrzeć. Nieco zdezorientowana Ela podeszła do lustra i otworzyła oczy szeroko ze zdumienia, widząc swe odbicie. Nie mogła uwierzyć, że to siebie widzi.


Miała na sobie bardzo długą, jedwabną i naprawdę przepiękną suknię w krwistoczerwonym kolorze. Góra była bez ramiączek, przypominająca gorset, ozdobiona subtelnymi, czarnymi haftami i wysadzana rubinami, natomiast dół – szeroki i powiewny, uszyty z kilku warstw. Idealnie układała się na kształtnym ciele Elli i podkreślała jej atuty. Oprócz tego dziewczyna miała na sobie czarny, jedwabny i lśniący melicznym połyskiem, szal oraz pantofle na obcasie w tym samym kolorze. Kiedy już napatrzyła się na suknię, spojrzała na złotą biżuterię z rubinami, połyskującą w lustrze w blasku świec, które stały wszędzie dookoła. Zachwyciła się ponownie tym wisiorkiem, kolczykami i bransoletami. Jej włosy, zbliżone kolorem do złota, opadały faliście na jej ramiona i plecy. Na twarzy zaś miała subtelny, kobiecy makijaż. Gdyby chcieć opisać wygląd Elli w tej chwili, słowa „piękna” czy „niezwykła” okazałyby się niewystarczające.


Po chwili dziewczyna oderwała w końcu wzrok od lustra i spojrzała zarumieniona na zachwycone nią służki. Jedna z nich odważyła się zabrać głos.


-        Wyglądasz nieziemsko, pani, niczym bogini... Pan Alren to prawdziwy farciarz...– tylko to powiedziała, a druga służka stuknęła ją łokciem w bok ze znaczącym spojrzeniem, że nie powinna pozwalać sobie na tego typu komentarze, co rozbawiło Ellę.


-        Dziękuję... Jednak wyglądam tak tylko dlatego, że mam na sobie te piękne rzeczy, a wy mnie przyszykowałyście. – odparła łagodnie, a one zarumieniły się. Nie były przyzwyczajone do takiego miłego traktowania.


-        To był zaszczyt, pani... – ukłoniły się i wtedy ktoś zapukał do drzwi.


Okazało się, że był to strażnik królewski, przysłany specjalnie po to, by eskortować Ellę na salę balową. Niedługo bowiem miał się on rozpocząć. Służki dygnęły przed nią i wyszły uśmiechnięte, mijając oszołomionego jej urodą strażnika, który przełknął ślinę, a dopiero potem oprzytomniał i przypomniał sobie, po co tu przyszedł.


-        Proszę ze mną, pani. – ukłonił jej się, a ona lekko zakłopotana podała mu swoją dłoń.


Kiedy tak szli długim korytarzem, Ella czuła się dziwnie. Strażnik prowadził ją jak najprawdziwszą księżniczkę, co więcej w takim stroju miała wrażenie, jakby nią była. Wtedy pomyślała o Alrenie...


Była ciekawa, jak będzie wyglądał i co powie, gdy ją zobaczy. Zarumieniła się, gdy sobie uświadomiła, że liczy na jego komplementy. Nie była pewna, czy usłyszy coś takiego, znając „wylewność” Alrena, ale bardzo by tego chciała. Kiedy tak o tym myślała otworzono przed nią wrota na salę balową.


Dziewczyna wstrzymała oddech, gdy wyszła na wysokie schody ze Strażnikiem i usłyszała, jak ją zapowiadają. Oczy jej zalśniły na widok tak bogato przystrojonej sali, wypełnionej po brzegi eleganckimi gośćmi, którzy zamarli na jej widok. Chwilę później poczuła się zakłopotana, czując na sobie wzrok ich wszystkich. Miała wrażenie, że zaraz się potknie albo popełni inne głupstwo i ośmieszy się przed nimi. Jednak, gdy zaczęła już drzeć, poczuła mocniejszy uścisk Strażnika, który pilnował, by do niczego podobnego nie doszło. Dzięki jego pomocy, bezpiecznie dotarła na sam dół schodów i obserwowała kolejnych gości, wchodzących do sali, znosząc pożądliwe spojrzenia młodzieńców, którzy śledzili każdy jej ruch, odkąd tu weszła. Jednocześnie słyszała też nieprzyjemne komentarze z ust, zazdrosnych o jej urodę, kobiet, ale nie przejmowała się tym. Szukała za to wzrokiem pewnego mężczyzny i ku swemu niepokojowi, nigdzie go nie widziała.


W międzyczasie Królowa Araya otworzyła oficjalnie bal i rozbrzmiała muzyka. Panowie zaczęli prosić damy do tańca i przed Ellą od razu ustawiło się kilku kawalerów, którzy nie mogli zrozumieć, dlaczego nie chce z nimi zatańczyć. Usilnie prosili, aż w końcu zrezygnowana chciała się już zgodzić, kiedy usłyszała znajomy głos.


-        Drodzy panowie, pierwszy taniec z tą damą jest już zarezerwowany. – usłyszeli zaskoczeni mężczyźni i odwrócili się do kogoś, stojącego za nimi.


Gdy ujrzeli właściciela tego niskiego głosu i jego pewne, zielone spojrzenie, od razu znaleźli swoje miejsce i odeszli rozczarowani.


Tymczasem Ella nie mogła oderwać wzroku od mężczyzny, którego miała teraz przed sobą. Gdyby nie jego oczy, blizna pod okiem i głos, mogłaby go nie poznać. Alren miał na sobie elegancki, jedwabny smoking. W jego skład wchodziły: czarna marynarka, spodnie, buty, mucha oraz biała koszula i rękawiczki. Jego długie czarne włosy były teraz związane w kitkę. Nie miał też opaski na czole i nawet zdjął kolczyki, które zawsze nosił w uszach. Stał przed nią wyprostowany i uśmiechał się znacząco, a jej serce niespokojnie przyspieszyło. Nie spodziewała się, że będzie aż tak dobrze wyglądał w eleganckim stroju.


Wiedział, że zrobił na niej wrażenie. On zresztą też zachwycony. Gdy pierwszy raz ujrzał Ellę w tej sukni, kiedy schodziła schodami do sali, był tak oczarowany, że przez chwilę stał i przyglądał się jej z daleka, zanim jeszcze wybawił ją od natarczywych kawalerów.


-        Wyglądasz przepięknie, Ello. – pochwalił ją, po czym subtelnie ujął jej rękę, schylił się i pocałował wierzch jej dłoni. Zarumieniła się na ten gest.


-        Ren... – zakłopotała się, nie była bowiem przyzwyczajona do takiego zachowania z jego strony. Serce jej zabiło mocniej, gdy zobaczyła, jak na nią pożądliwie patrzył.


Alren był rozbawiony jej zawstydzeniem, ale nie komentował tego. Miał być przecież dżentelmenem. Nagle usłyszał znajomą muzykę  i uśmiechnął się. Pamiętał tę piosenkę z dzieciństwa. Nie słyszał tego walca już wiele lat i nie spodziewał się, że tak go to poruszy.


-        Już myślałam, że nie przyjdziesz... – odezwała się w końcu i spojrzała na niego z ponownym zachwytem.


-        Miałbym sobie odmówić towarzystwa tak pięknej damy? Nigdy w życiu. – mrugnął do niej oczkiem, a ona zarumieniła się  – Czy mogę prosić? – ukłonił się lekko, ku jej zdumieniu. Ren w wydaniu szarmanckim był dla niej czymś zupełnie nowym i... ekscytującym.


-        Potrafisz tańczyć? – spytała zakłopotana, niepewnie kładąc swoją drobną rączkę na jego dłoni.


-        Za chwilę sama się przekonasz. – uśmiechnął się szczerze i zaprowadził ją na środek parkietu.


Spojrzała mu w oczy i poczuła, że zalewa ją ciepło. Nim się obejrzała, położył swą prawą dłoń na jej łopatce, a lewą uniósł jej prawą rękę. Przyciągnął ją nieco do siebie i zainicjował taniec. Otworzyła oczy szeroko ze zdumienia, gdy zaczęli wirować w rytmie walca. Prowadził bezbłędnie i zdecydowanie, co było możliwe tylko dla wprawionych tancerzy.


Zakręciło jej się w głowie, nie tylko od tańca. Jego łagodna i uśmiechnięta twarz też robiła swoje. Miała wrażenie, jakby się przeniosła do świata baśni z dziecięcych lat. Aby już całkiem nie odpłynąć, zagadnęła do niego.


-        Gdzie ty się nauczyłeś tak tańczyć? – spytała z uznaniem w głosie.


-        Mam wrodzony dar. – zażartował.


-        No tak... – zaśmiała się – Żeby tak tańczyć, musisz mieć długa praktykę za sobą. Znam się trochę na tańcu, więc mnie nie oszukasz... – uśmiechnęła się zalotnie.


-        O? Czyżby na Ziemi taniec był aż tak popularny? – spytał wesoło, nie przerywając walca.


-        Po prostu się nim interesuję. Poza tym chodziłam do szkoły tańca...


-        To akurat widać. Świetnie tańczysz, Ello. – pochwalił ją i w tym momencie zapomniała, o czym mówiła wcześniej.


Postanowiła nie drążyć tematu, ale musiała przyznać, że Alren kolejny już raz jej zaimponował. Pokazał się z zupełnie innej strony i jak zwykle ją tym ujął. Patrząc teraz na niego, była skłonna uwierzyć, że pochodził ze szlacheckiego rodu, czego w życiu by o nim nie powiedziała, podczas ich pierwszego spotkania.


Gdy utwór się skończył, zatrzymali się, a on jej się ukłonił .Odruchowo zrobiła to samo i chwyciła go pod ramię, które jej nastawił. Była oczarowana jego zachowaniem. Ren – dżentelmen... Nadal nie mogła w to uwierzyć. Kręciło jej się w głowie od walca, zmysłowego zapachu i głosu Rena oraz gorąca, które rozpalało jej ciało.


-        Muszę ochłonąć... – mruknęła cicho, zauważając kątem oka zazdrosne spojrzenia kobiet, które pożerały Rena wzrokiem i nie mogły znieść tego, że on nie poświęcał im cienia swej uwagi.


-        W takim razie, chodźmy usiąść i napić się wina. – zaproponował, a ona przytaknęła tylko. Wtedy oboje usłyszeli znajomy głos.


Należał do małej Księżniczki, która podeszła do nich szybko, w towarzystwie swej matki – Królowej Arayi. Ukłonili im się lekko i uśmiechnęli do Erli, która nie mogła oderwać od nich wzroku.


-        Prawdziwa księżniczka i książę... Wyglądacie cudownie! – rozmarzyła się – Ach, chciałabym kiedyś wyglądać tak, jak Ella... – westchnęła.


-        Jesteś jeszcze mała, Erlo. Na pewno będziesz równie piękna, jak urośniesz. – zaśmiał się Ren, a Królowa z uśmiechem położyła rękę na ramieniu córki.


-        Kochanie, pamiętasz naszą umowę? – spojrzała na nią – Zobaczyłaś już Ellę i Alrena. Teraz idź grzecznie spać. – powiedziała, a Księżniczka ciężko westchnęła.


-        Ech... Kiedy będę już duża? – bąknęła, a Ella przykucnęła przy niej.


-        Nie spiesz się tak, Wasza Wysokość. Dzieciństwo to wspaniały okres. Jak dorośniesz, będziesz jeszcze za nim tęsknić. – chwyciła ją za rączki i uśmiechnęła się ciepło – Przed tobą jeszcze wiele bali, Księżniczko. – dodała jeszcze, a Erla się zarumieniła i rozpromieniła.


-        Dobranoc, Ello. Dobranoc, Alrenie. – ukłoniła się, jak się księżniczkę przystało, po czym pożegnała się z mamą i została zaprowadzona przez służącą do jej pokoju.


Królowa odprowadziła córkę wzrokiem, aż opuściła salę, po czym spojrzała z uśmiechem na Ellę i Rena.


-        Muszę się zgodzić z moją córką. Wyglądacie niezwykle zjawiskowo.  – wyraziła swe uznanie – Życzę wam udanej zabawy. – dodała jeszcze, po czym poszła zamienić kilka słów z ważnymi osobistościami Veolii.


Ella i Ren spojrzeli na siebie porozumiewawczo i udali się w stronę komnaty restauracyjnej, by nieco ochłonąć. Po drodze, z trudem ominęli ludzi, którzy byli zaintrygowani nieznaną parą, w dodatku tak zjawiskową i zaprzyjaźnioną z Królową. Gdy więc w końcu usiedli i napili się tego wina, odetchnęli z ulgą. Nareszcie mogli cieszyć się wyłącznie swoim towarzystwem.




_________________________________________


Adres większego obrazka: http://img687.imageshack.us/img687/1659/ellairen4.jpg

Aruell
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 56

czwartek, 30.czerwca.2011, 00:01
Witam ;)

A zatem zaczynamy krótki okres bajkowy, w tej części. ;) Chyba im się należy? ;)

Pozdrawiam serdecznie ;)

***

6 dzień muedrilu 8976 roku, Egharia: Veolia – Eolium (Pałac Królewski), wczesne popołudnie


Gdy tylko Alren i Ella wkroczyli do zachwycającego Pałacu Królewskiego, zostali zaprowadzeni przed oblicze Królowej Veolii. Po drodze, dziewczyna podziwiała wnętrze budynku, w którym zdecydowanie przeważał kolor biały, z niebieskimi i srebrnymi akcentami. Kiedy wkroczyli do sali tronowej i ujrzeli Królową, oboje zaniemówili na jej widok.


Miała długie, aż do Ziemi, srebrne włosy i duże, jasnobłękitne oczy. Jej cera była jasna i nieskazitelna a ciało idealnie ukształtowane. Nosiła piękną, ozdobną, błękitną suknię i srebrną biżuterię oraz koronę. Była piękna...


Gdy Ella i Ren do niej podeszli oraz ukłonili jej się, wstała i zbliżyła się do nich.


-        Podnieście swe głowy, proszę. – usłyszeli jej łagodny głos – To ja powinnam się wam pokłonić. – uśmiechnęła się i wykonała subtelny ukłon przed nimi, co wprawiło ich w wielkie zdumienie.


-        Ależ Wasza Wysokość... – zakłopotała się Ella.


-        Nic nie mów, Ello z odległej krainy. Ocaliłaś życie mojej jedynej córki. Jestem twoją dożywotnią dłużniczką. – odparła łagodnie – A ty, Alrenie, ocaliłeś mój lud przed straszliwą epidemią. I tobie winna jestem dozgonną wdzięczność. Składam wam królewski hołd, proszę przyjmijcie moje podziękowania.


-        Dziękujemy. – ukłonili jej się


-        Ponieważ jest to dla nas podwójne święto, dziś wieczorem organizuję wielki bal na wasza cześć. Zapraszam was ponownie, tym razem osobiście. Pragnę choć w ten sposób wyrazić swą wdzięczność. – rzekła wesoło, siadając z powrotem na tronie.


-        Co do tego, Wasza Wysokość... – zawahał się Alren.


-        Nie musisz się o to obawiać, Łowco Dusz... – weszła mu w słowo – Thelina już mi wszystko powiedziała. Na balu nie wspomnę o was ani słowem. Użyję pseudonimów. – zapewniła.


-        Dziękujemy... – Ren odetchnął z ulgą.


-        Od teraz jesteście moimi specjalnymi gośćmi. Macie więc do dyspozycji moje komnaty gościnne w pałacu. Otrzymacie też wszystko, co tylko zapragniecie, począwszy od pożywienia, aż po garderobę. Możecie się spokojnie przygotować od balu. – rzekła władczym tonem, a oni wciąż nie mogli się nadziwić jej hojnością – Gdybyście mieli ochotę zwiedzić pałac, możecie  śmiało to zrobić. Nie wolno wam wchodzić tylko do moich osobistych komnat. – dodała jeszcze i uśmiechnęła się.


-        Jesteśmy zaskoczeni twą, hojnością i gościnnością, Królowo. To prawdziwy zaszczyt. – Ren nadal ciągnął grę konwenansów, wiedząc, że taki jest tu zwyczaj przy królewskich audiencjach.


-        To ja jestem zaszczycona, mogąc was tu gościć... – Królowa nie zdołała dokończyć, gdyż do sali wbiegła jej córka.


Księżniczka od razu pobiegła w stronę królewskich gości i rzuciła się na Ellę, ściskając ją mocno.


-        Witaj, Księżniczko! – krzyknęła mała do Elli, wprawiając ją w zakłopotanie.


-        Nie nazywaj mnie tak, Wasza Wysokość... – odparła, a Królowa się zaśmiała.


-        Doprawdy, odkąd tu wróciła, wciąż tylko o tobie opowiada, Ello. – uśmiechnęła się do niej, a dziewczyna się zarumieniła – Musiałaś zrobić na niej naprawdę duże wrażenie.


-        O! Ty też przyszedłeś, Książę Alrenie! – ucieszyła się i jego również objęła, a on był w szoku.


-        Co to za pomysł, by nazywać mnie „księciem”, Księżniczko Erlo? – zaśmiał się, kłaniając jej się lekko.


-        No jak to? Skoro jesteś narzeczonym Księżniczki Elli, to chyba oczywiste, że jesteś Księciem, prawda? – zdziwiła się, po czym posłała im obojgu słodki uśmiech, zadowolona ze swej „analizy sytuacji”.


Królowa wybuchła śmiechem widząc rumieńce na twarzy Alrena, który do tej pory sprawiał wrażenie poważnego i nieugiętego człowieka. Ella natomiast poczuła, że serce jej przyspiesza na jego widok. Nieczęsto widziała jego rumieńce. Musiała przyznać, że wyglądał uroczo... W końcu Królowa się nad nimi zlitowała i wstała z tronu.


-        Wystarczy już tego, Erlo. Nie zawstydzaj i nie męcz naszych gości. Muszą odpocząć i przygotować się do balu. – wyjaśniła.


-        Czy ja też będę mogła pójść? – spojrzała na matkę prosząco.


-        Nie, kochanie, to bal dla dorosłych. – pokręciła głową.


-        Ale ja tak chciałabym zobaczyć Księżniczkę i Księcia na tym balu... – zrobiła super smutną minę, a Królowa westchnęła bezradnie. Trudno było jej odmówić.


-        No dobrze. Zobaczysz ich na rozpoczęciu, ale zaraz potem pójdziesz spać, rozumiemy się? – spojrzała córce w oczy, a ona trysnęła radością i uściskała matkę.


Królowa zaśmiała się i pstryknęła palcami. Do sali tronowej weszły cztery służące oraz dwóch strażników pałacowych.


-        Zaprowadźcie moich gości do ich komnat i przygotujcie do balu. Macie spełnić każdą ich prośbę. – wydała polecenie, a oni dygnęli przed nią, po czym podeszli do Rena i Elli.


-        Idźcie. – zwróciła się do swoich gości – Zobaczymy się na balu. – uśmiechnęła się, a oni ukłonili się jeszcze i posłusznie poszli za służbą.


***


Środa, 6 stycznia 2012 roku, Ziemia: Londyn – dom Davida, około 20:00


David właśnie wziął prysznic i ledwo co wyszedł z łazienki, a usłyszał pukanie do drzwi. Zdziwił się. Kto to mógł być o tej porze? Podszedł jednak i otworzył.


Zobaczył wtedy Mary, która zaniemówiła się na jego widok. David miał na sobie tylko dżinsowe spodnie i mokre włosy. Gdy ją ujrzał, przewiesił sobie ręcznik przez ramię i bez słowa wpuścił ją do środka.


-        Dobry wieczór, Mary... – rzekł łagodnie.


-        Witaj, przepraszam, że tak bez uprzedzenia... – zawstydziła się własnej reakcji na półnagiego Davida. Czemu czuje się tak dziwnie, przecież już nieraz go takiego widziała.


-        Nie szkodzi, tylko że nie mam nic do herbaty... – podrapał się w głowę, rzucając niedbale ręcznik na kanapę, w drodze do kuchni.


-        Nie trzeba. – mruknęła. Wtedy zobaczył, że nadal stoi przy drzwiach.


-        No co tak stoisz? Wejdź do kuchni. – zdziwił się jej zachowaniem. Nigdy nie była tak skrępowana w jego domu.


Mary sama nie wiedziała, dlaczego tak się zachowuje, ale nie zamierzała tego rozważać i po prostu usiadła przy kuchennym stole. David zaparzył herbaty i kiedy stawiał kubek przed Mary, wciąż bez koszuli, dziewczyna wstrzymała oddech w chwili, gdy był blisko. Uciekała wzrokiem gdzieś w bok. Miała wrażenie, że popełnia grzech, czując coś takiego w stosunku do wieloletniego przyjaciela. David zauważył jej zawstydzenie.


-        Co ci jest? – zaśmiał się serdecznie – Ach... Chyba już wiem... Spoko, daj mi sekundkę. – dodał wesoło, bowiem takie zachowanie Mary było dla niego czymś nowym.


Po chwili wrócił już ubrany w czarny podkoszulek, z jakimś nadrukiem, a Mary poczerwieniała, że domyślił się, co o chodziło. Zignorowała to jednak, wypiła łyk herbaty i spojrzała na niego. Zauważyła, że cały czas czekał, aż zdradzi powód swej wizyty. Nabrała więc powietrza.


-        Nie jestem w ciąży, Davidzie. – powiedziała od razu, ale on potrzebował chwili, by te słowa do niego dotarły.


-        Naprawdę? Zrobiłaś testy?


-        Tak. Wszystkie negatywne.


-        To świetna wiadomość, Mary! – ucieszył się.


-        Wiem, dlatego przyszłam się tym z tobą podzielić. Nawet nie wiesz, jaką czuję ulgę! – westchnęła – Nigdy więcej się nie upiję...  Przysięgam! Jedna nauczka mi wystarczy... – dodała jeszcze.


-        To dobrze, bo pijana jesteś okropnie nieprzewidywalna. – zaśmiał się, a jej się przypomniała przygoda w barze. Zabrał ją wtedy do siebie, ale ponieważ David to nie Thom, do niczego nie doszło. Zawstydziła się ponownie.


-        Dziękuję... – spuściła głowę.


-        Za co? – zdziwił się.


-        Za wszystko... Za to, że zawsze przy mnie byłeś i jesteś... Za to, że zawsze mi pomagasz... Za to, że mnie nie odtrąciłeś ani wtedy, gdy nie odwzajemniłam twoich uczuć ani wtedy, gdy przyszłam do twojego domku w górach, by żalić się z własnej głupoty... – wyznała szczerze, patrząc mu w oczy – Nie wiem, jak to możliwe, że mnie wtedy nie wyrzuciłeś... Na twoim miejscu nie chciałabym siebie znać. Dziękuję, że jesteś taki dobry... i przepraszam, że ja taka nie jestem. – dodała jeszcze, a on był w szoku.


-        W porządku, nie przejmuj się tym... – zaśmiał się , gdy już otrząsnął z zaskoczenia – Było, minęło... – znów się zarumieniła, widząc jego łagodną twarz.


-        Jesteś aniołem, wiesz o tym? – zaśmiała się cicho.


-        Daj spokój... – pokręcił głową – Poczekaj, wyskoczę jednak kupić jakieś ciasto. Trzeba uczcić taką dobrą wiadomość. – zaśmiał się i mimo jej protestów, że nie trzeba, wyszedł do sklepu.


***


Egharia: Veolia – Eolium (Pałac Królewski), popołudnie


Ella i Ren rozdzielili się i obejrzeli swoje komnaty. Były niezwykle piękne, w iście królewskim stylu i wyposażone we wszystko, co tylko mogło im przyjść do głowy.


Złotowłosa podziwiała suknię, która przygotowano specjalnie dla niej na bal i nie mogła uwierzyć, ze założy na siebie coś tak pięknego. I jeszcze ta biżuteria... Marzenie. Jednak do wieczora było jeszcze trochę czasu, więc postanowiła się przejść. Ponieważ wszędzie panował wzmożony ruch, związany z przygotowaniami do balu, trudno było znaleźć przytulne miejsce, ale w końcu udało jej się.


Była to stara, niezwykle wielka biblioteka pałacowa, pełna wysokich, ciemnobrązowych regałów, wypełnionych książkami. Wnętrze było pięknie urządzone i ciche. Panował tu spokój, którego szukała, więc usiadła sobie na fotelu, naprzeciw kominka i zamknęła oczy, delektując się ciszą. Potrzebowała tego – chwili dla siebie i swoich myśli. Jednak nie dane jej było posiedzieć tu w samotności zbyt długo....


Nagle poczuła bowiem czyjeś dłonie na ramionach. Duże, gorące, męskie. Mogły należeć tylko do jednej osoby, więc uśmiechnęła się łagodnie.


-        Co tu robisz, Ren? – odwróciła głowę i spojrzała na mężczyznę łagodnie – Śledzisz mnie?


-        Obiecałem ci przecież, że nie będziemy się rozstawać na dłużej niż chwilę. – odparł spokojnie.


-        Ach, więc robisz to z obowiązku? – zaśmiała się. Sama nie wiedziała, czemu się z nim droczy, czyżby to było zaraźliwe?


-        Ello... dziwnie się zachowujesz. – podsumował, przypatrując się jej uważniej.


Stanął przed nią i kucnął przy niej, patrząc jej w oczy. Próbował z nich wyczytać, o co chodzi, choć poniekąd wiedział, że wciąż myślała o jutrzejszym powrocie na Ziemię. Nie dziwiło go to, bo sam też nie potrafił myśleć o niczym innym. Nagle Ella posmutniała, więc tylko głośno westchnął, postanawiając zmienić temat.


-        Chyba musimy zacząć się szykować na ten cały bal. – zauważył, zerkając na zegar.


-        Tak... Rzeczywiście robi się późno. – przyznała mu rację i nagle sobie coś uświadomiła – Ale zaraz!


-        Co jest? – zdziwił się jej nagłym ożywieniem.


-        Ty i... bal? – zmierzyła go badawczym wzrokiem i usiłowała sobie wyobrazić tego mężczyznę w smokingu, tańczącego walca, co poskutkowało wybuchem śmiechu.


-        Sugerujesz, że jestem nieokrzesanym wieśniakiem i nie nadaję się na bal? – zaśmiał się szczerze, rozumiejąc aluzję – A to dobre. Ładne masz o mnie zdanie, Ello. – podsumował, a ona spojrzała na niego znacząco.


-        Hmm... Czyżbyś już bywał na takich imprezach? – spytała z ciekawości.


-        Oczywiście, Ello. Ta się składa, że bardzo dawno temu byłem Strażnikiem Pałacowym i widziałem już nie jeden bal. – zaskoczył ją – A jeśli cię to nie przekonuje, to wiedz, że ród Heryonów jest rodem szlacheckim i niegdyś, kiedy jeszcze istniał, tak zwana „etykieta z wyższych sfer” była na porządku dziennym. Mimo iż wcześnie straciłem rodziców, to jednak byłem wystarczająco duży, by się co nieco nauczyć. – zakończył, śmiejąc się z jej zdumionej miny.


-        Nigdy o tym nie wspominałeś... – zawiodła się nieco.


-        Ale uprzedzałem, że jeszcze wielu rzeczy o mnie nie wiesz. – dodał wesoło, wstając.


-        Ile masz jeszcze tajemnic, Alrenie? – spytała, również wstając.


-        Tyle, że nie starczy ci życia, by je wszystkie odkryć. – podsumował z uśmiechem – Do zobaczenia wieczorem... Pokażę ci, jakim to wieśniakiem jestem. – dodał z przekąsem, po czym opuścił bibliotekę.


Ella jeszcze przez chwilę stała w osłupieniu, po czym ukrywając rosnącą ekscytację poszła do swej komnaty się przygotować, rozważając po drodze jego ostatnie słowa.

Aruell
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 55

wtorek, 28.czerwca.2011, 14:29
Kochani!

Na początek dziekuję Wam bardzo za wsparcie i wiarę ;) Udało się! Obroniłam się bardzo dobrze i mam licencjat w kieszeni^^

Ogłaszam więc, że mam WAKACJE!! ;D

Teraz muszę się zastanowić, co dalej, ale to nieco później. Na razie zamierzam się cieszyć ukończeniem I stopnia studiów. ^^


Zgodnie z obietnicą, z tej okazji, wrzucam bonusowo kolejny rozdział BM ;D

Zapowiadałam, że do końca części będzie raczej smutno, ale przed nami kilka rozdziałów, które okresliłabym mianem bajkowych oraz romantycznych. Myślę, że już po dzisiejszym zrozumiecie, dlaczego. ;)

Zapraszam do czytania! ;D

Ściskam serdecznie ;*

***


6 dzień muedrilu 8976 roku, Egharia: Veolia – Eolium (Rezydencja Theliny), około południa


Thelina wiedziała, że Ella i Ren muszą sobie porozmawiać, więc zostawiła ich samych w jadalni. Postanowiła zajrzeć do Księżniczki Erli i przygotować się na przybycie królewskiego poselstwa.


Ella patrzyła na Rena ze zdumieniem, a on westchnął. Nie wiedział, jak ma jej to wyjaśnić, skoro nie mógł jej zdradzić, że jest Miryonką i to z pewnością nie byle jaką, bo tak postanowili razem z Theliną. Zastanowił się jednak chwilę i kontynuował swoją wypowiedź.


-        Ello... Jeśli zostaniesz w Egharii, to czekają cię same kłopoty. Nie dość, że zaczną cię ścigać z mojego powodu, to jeszcze jak się dowiedzą o twoich dwóch cudach, zaczną się ciebie bać. A to oznacza, że wydadzą na ciebie wyrok śmierci i zaczną się prześladować tak, jak mnie. Taka moc w tym świecie i w tych czasach jest zakazana... – tłumaczył, a ona westchnęła.


Zganiła siebie za poprzednie wątpliwości. Dlaczego znów zwątpiła w Alrena. Wcale nie chciał się jej pozbyć, tylko przesadnie się o nią martwił. Zasępiła się. Znów to samo...


-        Wiem, Alrenie...  – rzekła w końcu poważnie ze smutnymi oczami - Wiem, że muszę wrócić, ale czemu już jutro? Proszę tylko o kilka dni...


-        Wieści się szybko rozchodzą, Ello... Nie możemy tak ryzykować. – mruknął – Poza tym nie mogę już tu dłużej zostać. Musze ruszać dalej. Oni już doskonale wiedzą, gdzie jestem. Zwłaszcza, że zabiłem Ghina. Musze się ulotnić, przenieść się od innego kraju albo co krok będę napotykał albo Cehronów albo Norhenów... Dlatego proszę, nie nalegaj i zgódź się wrócić jutro na Ziemię, dobrze? – spojrzał na nią z taką troska w oczach, że aż zadrżała.


-        Rozumiem... – rzekła prawie szeptem, spuszczając wzrok – Dobrze, więc jutro wrócę na Ziemię... – usłyszała, jak odetchnął z ulgą.


-        To dobrze.


-        Ale musisz mi coś obiecać. – spojrzała mu w oczy – Obiecaj, że od teraz, aż do tego rytuału, nie rozstaniemy się nawet na chwilę... – z jej oczu popłynęły łzy, a jemu serce się krajało.


-        Obiecuję... – szepnął i czule pogładził ją po policzku.


Dziewczyna lekko się uśmiechnęła. Już miała coś powiedzieć, kiedy do sali weszła Thelina i poinformowała ich, że przybyła już delegacja od Królowej Arayi. Spojrzeli po sobie i poszli za Arcykapłanką do holu.


Ella i Ren wysłuchali podziękowań od delegacji, która mówiła w imieniu Królowej oraz ponownie od Księżniczki Erli. Potem otrzymali zaproszenie na wielki bal, organizowany specjalnie dla nich, dziś wieczorem w pałacu królewskim. Królowa chciała w ten sposób okazać im wdzięczność za ocalenie jej poddanych oraz córki. Po wszystkim Erla udała się wraz z delegacją i strażą królewską do pałacu, a Ella i Ren patrzyli na siebie zszokowani tym, co usłyszeli.


-        Nie bądźcie tacy zaskoczeni... – zaśmiała się Thelina widząc ich miny – Dokonaliście wielkich czynów, więc i nagroda jest wielka. – uśmiechnęła się do nich.


-        No niby tak... – rzekł po chwili Alren – Ale ten bal to chyba nie najlepszy pomysł...


-        Dlaczego? – zdziwiła się Thelina.


-        Będą na nim reprezentanci wszystkich krajów w Egharii, prawda? Jeśli Królowa publicznie nam tam podziękuje, wszyscy się dowiedzą, gdzie jestem i czego dokonała Ella. – mówił rzeczowo.


-        Rzeczywiście, to może być ryzykowne... – zastanowiła się – W takim razie porozmawiam z królową, aby nie robiła tego publicznie, tylko na prywatnej audiencji przed balem, co wy na to? – zaproponowała.


Alrenowi nadal nie podobał się ten pomysł, ale gdy zobaczył, jak lśnią oczy Elli, zrozumiał, że bardzo chciałaby pójść na ten bal. Westchnął więc i pomyślał, że ten bal będzie idealnym pożegnaniem dla Elli. Nawet jeśli było to wielce ryzykowne.


-        No dobrze... – odparł po chwili, a Ella się ożywiła.


-        Naprawdę pójdziemy? – chwyciła go za ramię, a on się zaśmiał.


-        Tak, Ello. Chyba trudno o lepsze pożegnanie, co?  - rzekł, a ona się znów zasmuciła.


-        W takim razie jeźdźcie do pałacu już teraz. Zanim odbędziecie audiencję u Królowej i przygotujecie się do balu, to nastanie wieczór. – powiedziała Thelina z uśmiechem – Pojedziecie moimi saniami, ze świątynną strażą. – dodała jeszcze, a oni tylko skinęli porozumiewawczo głowami.


Jak tylko się odświeżyli i przebrali, to wsiedli do wielkich sani Theliny, przed jej rezydencją i opuścili teren świątynny na przedmieściach Eolium.


***


Środa, 6 stycznia 2012 roku, Ziemia: Londyn – Podziemia Kościoła St. Bartholemew the Great (Prywatne Komnaty Serilli), około 20:00.


Serilla była niespokojna cały dzień. Znów bowiem poczuła aktywność Elli. Sądziła, że jej moc powoli budzi się z uśpienia. To był dobry znak, jednak nadal nie mogła się uspokoić. Od tamtego silnego impulsu magii, nie udało jej się skontaktować z boginią Mirą, mimo iż wielokrotnie próbowała. To ja martwiło, więc dziś postanowiła spróbować po raz kolejny.


Weszła do sali modlitewnej, wykonała odpowiednie rytuały i wypowiedziała zaklęcia, umożliwiające jej kontakt z boginią. Nic. Znów myślała, że się jej nie uda, ale wtedy w sali rozbłysło błękitne światło i oczom Arcykapłanki ukazała się Mira. Spojrzała na nią z góry i odezwała się.


-        Dlaczego tak usilnie próbujesz mnie wezwać, Serillo?


-        Pani, wybacz moją zuchwałość, ale czuję wielki niepokój od tamtego wydarzenia... Na pewno wiesz, o co mi chodzi, o Bogini. Błagam, zechciej mi to wyjaśnić... Co tam się u licha stało? – pokornie ją prosiła, a bogini westchnęła.


-        Dobrze. Impuls magiczny, który poczułaś to wynik połączenia Mirelii z Alrenem.


-        Jakiego połączenia? – zlękła się.


-        Mówię o zaklęciu „więzi dusz”... – odparła.


-        To niemożliwe! – była w szoku – Teraz rozumiem... tylko dlaczego poczułam dwie aury miryońskie?


-        Ponieważ w żyłach Alrena również krąży krew Miryończyków. Jest Heryonem, Łowcą Dusz. – wyjaśniła – To jemu powierzyłam opiekę nad Mirellą. Ta decyzja była przemyślana.


-        Powierzyłaś? – Serilla otworzyła oczy szeroko ze zdumienia.


-        Tak. To przez mnie Mirella spadła akurat na niego, jak tylko się przeniosła do Egharii. – odparła spokojnie – Był idealnym kandydatem na jej towarzysza, nie tylko ze względu na pochodzenie... Ufam mu bezgranicznie i wiedziałam, że się nią dobrze zajmie. Jest też wystarczająco potężny, by być w stanie ją ochronić, nim się przebudzi. Jak do tej pory, nie zawiodłam się na nim. – uśmiechnęła się.


-        Ale dlaczego „więź dusz”, to przecież jest... – nie mogła tego zrozumieć.


-        Cóż, to akurat był wypadek. Mirella niechcąco przebudziła Verie, które rzuciły to zaklęcie na nią i Alrena... – wyjaśniła.


-        Więc oni się nawet nie kochają a zostali związani tym czarem? To okropne! – przeraziła się.


-        Spokojnie, Serillo. Wiele się zmieniło, odkąd Mirella przybyła do Egharii. Ona już dawno oddała mu swe serce, a on, choć się do tego nie przyznaje, kocha ją do szaleństwa. – zaśmiała się Bogini – Czy to już wszystko, co chciałaś wiedzieć?


-        Tak... Jestem niezmiernie wdzięczna za wyjaśnienie tylu wątpliwości, pani...


-        To dobrze. Jednak chyba nie wiesz jeszcze o jednej ważnej rzeczy, Serillo. – Mira spoważniała – To dlatego nie odpowiadałam na twoje wezwania. Próbuję robić wszystko, by zatrzymać Mirellę w Egharii, ale obawiam się, że niedługo powróci ona na Ziemię. – wyznała, wprawiając Arcykapłankę w przerażenie.


-        Jak to? Jeszcze nawet nie zaczęła wypełniać swego przeznaczenia! Nie może teraz wrócić na Ziemię! – spociła się z emocji.


-        Przykro mi, ale najwyraźniej los płata nam figle. Przeznaczenie się zmienia... Naprawdę, nawet ja nie wiem, co będzie dalej. Jedno jest pewne, jeśli Mirella wróci teraz na Ziemię, Egharia będzie zgubiona. – rzekła poważnie i rozpłynęła się jak mgła, zostawiając przerażoną Serillę samą w sali modlitewnej.


***


Egharia: Veolia – Eolium, wczesne popołudnie


Ella niemal nie zamykała buzi, podziwiając piękno stolicy Veolii. Siedziała przytulona do Alrena, w wielkich srebrnych saniach, ciągniętych przez białe konie z eskortą jeźdźców wokół.


Jechali główną ulicą Eolium, która była tak szeroka, że zmieściłyby się jeszcze cztery takie sanie, obok nich. Wszędzie było pełno ludzi w białych strojach, czasami w niebieskich, którzy z zaciekawieniem się im przyglądali, gdy przemierzali miasto. Budynki były strzeliste, zadbane, o różnych zdobieniach rzeźbiarskich w ścianach. Wszystkie miały biały kolor, a na ich dachach spoczywał śnieg. Na ulicach leżała gruba warta, ubitego śniegu, co było tu normalką. Gdzieniegdzie znajdowały się niewielkie parki, pełne niezwykłych drzew i kulkowych liściach. Wszystko wydawało jej się tu takie niezwykłe, magiczne. Poczuła w sobie ten sam zachwyt, co na samym początku, jak tylko trafiła do Egharii.


Po chwili spojrzała na Alrena, który przyglądał jej się od jakiegoś czasu, z uśmiechem na twarzy.


-        No co? – zarumieniła się.


-        Nic takiego, podziwiaj widoki... – zaśmiał się serdecznie. Była taka słodka – Spójrz, widać już pałac... – wskazał je ręką obiekt daleko przed nimi, który zbliżał się z każda minutą coraz bardziej.


Gdy tylko Ella spojrzała na imponująca budowlę przed nimi, zamarła z wrażenia. Widział teraz ogromny gmach zbudowany z białego surowca, na bazie prostokąta, o niezwykle pięknej architekturze i wysokich wieżyczkach, których nie potrafiła ise doliczyć. Najbardziej jednak rzucały się w oczy cztery główne, duże wieże w rogach budynku. Okna pałacu był wysokie i zdobione srebrnymi witrażami. Wokół roztaczał się obszerny gaj, pełen magicznych drzew i krzewów. Pałac był umieszczony w najwyższym punkcie stolicy, w samym jej centrum, by turyści z daleka mogli podziwiać jego majestat.


Kiedy mijali ogromną bramę do zamku  wysiedli przed wysokimi schodami, prowadzącymi do wnętrza pałacu, Ella z zachwytem zadarła głowę, by dojrzeć szczyt pałacu, po czym spojrzała na otwierające się wrota do środka i przełknęła ślinę.


-        Podoba ci się, prawda? – zauważył Alren.


-        Ja chyba śnię... – westchnęła i wzięła go pod ramię, po czym weszli do środka.

Aruell
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 54

wtorek, 28.czerwca.2011, 00:07
Kochani!

Dziś nie będzie przedmowy, bo nie czuję się na siłach ;P
Powiem tylko tyle, że dziś (wt) mam obronę pracy...
Jeśli wrócę z "dobrą nowiną", dodam z radości kolejny rozdział BM, bonusowo ;)
Jeśli nie... nie odezwę się...

Pozdrawiam ;)

***

6 dzień muedrilu  8976 roku, Egharia: Veolia – Eolium (Rezydencja Theliny), świt


Thelina nie zmrużyła oka od ostatniego wydarzenia. Nie mogła przestać myśleć o Elli i tej tajemniczej przepowiedni. Siedziała teraz na brzegu łóżka złotowłosej, która spała głębokim snem i rozmyślała.


Zastanawiała się,  gdzie może być stary zwój z tą przepowiednią. Podejrzewała, że powinien zachować się w dziale starożytnym Wielkiej Biblioteki w Veolii, która mieściła się w Eolium, niedaleko królewskiego pałacu. Oczywiście na pewno nie w jawnej jej części, tylko w zakazanej i tajnej, o której wiedzą tylko ona, wyżsi kapłani i królowa.


Westchnęła. Spodziewała się posłańca z samego rana, gdyż jeszcze w nocy wysłała wiadomość do królowej o ozdrowieniu jej córki i wiedziała, że na pewno przybędą podziękowania dla wybawicielki Erli i jej eskorta, która zabierze ją z powrotem do pałacu. Postanowiła pójść zapytać, czy już ktoś nie przybył, kiedy nagle do komnaty wbiegły trzy przerażone kapłanki.


-        Pani! Wielkie kłopoty! – krzyknęła jedna rozpaczliwie, aż Ella się obudziła i spojrzała na nie wystraszona.


-        Co tym razem? – Thelina uznała, że to się ostatnio zbyt często zdarza.


-        S-smok! – wydusiła z siebie druga, drżąc ze strachu.


-        Że co? – Arcykapłanka uznała to za żart – Jaki smok, do licha?


-        Najprawdziwszy! Unosi się nad naszą świątynią... – wyjaśniła trzecia – Nie wiemy co robić, nigdy nie widziałyśmy prawdziwego smoka!


-        To niemożliwe! – zerwała się Thelina i podeszła do okna.


Zamarła, gdy ujrzała, że na wysokości wież świątynnych rzeczywiście lata biały, potężny smok. Zauważyła też cała armię zlęknionych kapłanek na dziedzińcu, biegających tam i z powrotem.


Do Theliny dołączyła Ella i zadrżała na ten widok. Widziała i czytała o nie jednym smoku w książkach fantasy, ale nigdy nie przypuszczała, że zobaczy kiedyś prawdziwego. Poczuła strach i fascynację tą ogromną, ale piękną bestią.


-        Co robić? – spytała samą siebie Arcykapłanka – Jeśli nas zaatakuje nie będziemy miały szans. Czego ten smok tu szuka? Od wieków nie opuszczały swej Doliny! – nie mogła tego zrozumieć.


Tymczasem Ella dostrzegła coś na grzbiecie smoka. Wytężyła wzrok i nagle zamarła z wrażenia, nie wiedząc, czy to nie jest zbyt niesamowite nawet jak na niego... Jej szok zauważyła Thelina.


-        Co ci jest?


-        On tam jest... – wybąkała,


-        On? Kto taki? – podążyła za nią wzrokiem.


-        Alren! Siedzi na grzbiecie tego smoka! – krzyknęła.


W tym momencie wszystkie, Thelina i kapłanki spojrzały w tamtą stronę i wtedy dopiero zobaczyły to samo, co ona. Nie mogły w to uwierzyć. Jak to możliwe? Ten potężny i śmiertelnie niebezpieczny smok pozwolił się dosiąść człowiekowi?


Nikt nie czekał ani chwili dłużej. Wszystkie szybko ubrały się i wybiegły na dziedziniec. Spojrzały w górę, na smoka, opierając się podmuchom powietrza, które wywoływały jego ogromne skrzydła i wtedy zobaczyły, jak ktoś zeskakuje z jego grzbietu i macha smokowi na pożegnanie. Chwilę później wielka bestia odleciała, jak gdyby nic. Thelina, Ella i cały orszak kapłanek przyglądały się mężczyźnie, który powoli zbliżał się do nich z czymś w rękach. Nikt nie śmiał się poruszyć, wciąż były oszołomione tym, co zobaczyły.


Gdy Alren był już tuż przed nimi i uśmiechał się do nich znacząco, Thelina odważyła się zerknąć na to, co miał w dłoniach.


-        Mear! – krzyknęła ze zdumieniem i radością zarazem, a potem spojrzała mu w oczy z mieszanką strachu i podziwu – Udało ci się! – ucieszyła się wielce.


-        Oczywiście... – odparł zadowolony, że zrobił na nich takie wrażenie.


-        Doprawdy, Alrenie potrafisz być przerażający... – skomentowała jego „wejście smoka”.


-        Dziękuję... – zaśmiał się serdecznie.


Gdy tylko to powiedział, jego wzrok padł na Ellę, która wyglądała teraz tak jakby bardzo chciała się na niego rzucić, ale się bała. Uśmiechnął się na widok jej złotych włosów, które rozwiewał wiatr i lśniących, szafirowych oczu. Po chwili otworzył na nią swe, wolne od mearu, ramię dając jej znak, by podeszła.


-        Nie zamierzasz się ze mną przywitać, Ello? – spojrzał na nią swymi zielonymi oczami z łagodnym uśmiechem na twarzy, a ona aż drgnęła.


W tym momencie wszystkie jej hamulce puściły, łzy szczęścia popłynęły, a ona podbiegła do niego i mocno go objęła. Otoczył ją ramieniem i zaśmiał się.


-        Aż tak się za mną stęskniłaś? – zażartował, ale ona nic nie odpowiedziała, więc tylko westchnął – No już dobrze... Wróciłem. – rzekł ciepłym głosem.


-        Alrenie... Ello...  – zaczęła Arcykapłanka i uklękła przed nimi razem ze wszystkimi kapłankami, ku ich zdumieniu – Przyjmijcie proszę nasz skromny hołd. Pragniemy wyrazić najszczersze uznanie i wdzięczność za waszą pomoc. Chwała ci, Alrenie, za zdobycie mearu, który ocali miliony Veolczyków przed okrutną śmiercią i tobie, Ello, za cudowne ozdrowienie Księżniczki Erli... – te ostatnie słowa szczególnie zainteresowały Alrenia, który nie wiedział, o co chodzi – Niech łaska Hariosa na zawsze będzie z wami. – zakończyła, po czym wszystkie wstały.


Alren machnął ręką, że to nic takiego, podobnie Ella, po czym on spojrzał na złotowłosą pytająco.


-        Powiesz mi, co to za cud znów uczyniłaś? – spytał ją z lekkim rozbawieniem, a ona się zakłopotała.


-        Pozwól, że to ja odpowiem, Alrenie... – odparła Thelina.


***


Środa, 6 stycznia 2012 roku, Ziemia: Madryt – firma Nicka, około 16:00


Nick zrobił sobie właśnie przerwę w pracy. To był udany dzień. Zatrudnił nową sekretarkę na miejsce Sary – nieśmiałą, ale miłą i solidną Hiszpankę o imieniu Valeria. Mimo iż był to jej pierwszy dzień pracy, był z niej zadowolony. W interesach też wszystko się mu układało.


Jedyne, co teraz martwiło Nicka to Carmen... Od tamtej kolacji nie rozmawiał z nią więcej. Prosiła go o czas na poukładanie myśli, co doskonale rozumiał. Minęło tylko kilka dni, a jemu wydawało się, że kilka lat. Okropnie za nią tęsknił. Marzył o tym, by znów mieć ją w swoich ramionach. Nie mógł się jednak oprzeć myśli, że na zawsze ją stracił, co go bardzo przygnębiło. Jednak wiedział, że sobie na to zasłużył.        Nagle zadzwoniła jego prywatna komórka. Zdziwił się, kto może do niego dzwonić o tej porze? Zamarł, gdy wyświetliło mu się imię „Carmen”. Ręce mu zaczęły drżeć, gdy wcisnął guzik i przyłożył telefon do ucha.


-        Słucham... – rzekł spokojnie.


-        Witaj, Nick... – usłyszał jej ciepły glos i od razu zrobiło mu się cieplej – Chciałabym się z tobą spotkać. Możemy gdzieś pójść?


-        Jasne, powiedz tylko kiedy? – powiedział na wdechu.


-        Jutro wieczorem? – zaproponowała.


-        No to jesteśmy umówieni. – rzekł podekscytowany, a ona pożegnała się i rozłączyła.


Wprawdzie nie wiedział, co mu powie i jak to będzie dalej, ale perspektywa spotkania z tą kobietą, napawała go szczęściem. Już teraz zaczął odliczać godziny do jutrzejszego wieczora.


***


Egharia: Veolia – Eolium (Rezydencja Theliny), poranek


Thelina zaprosiła Ellę i Alrena na wspólne, uroczyste śniadanie. Opowiedziała Renowi o wyczynie Elli, wprawiając go w niemałe zdumienie. Wspomniała też, że niedługo przybędzie poselstwo Królowej z podziękowaniami dla nich oraz, że lekarstwo na tę okropną chorobę zostanie przygotowane do następnego poranka.


Alren jednak, odkąd usłyszał o ozdrowieniu Erli, nie słuchał zbyt uważnie tego, co Arcykapłanka mówiła potem. Zamyślił się, rozważając, kim jest Ella. Najpierw oczyściła Hurów w Lesie Sverse, a teraz uzdrowiła Księżniczkę z nieuleczalnej choroby. Dobrze wiedział, że nikt w Egharii nie zrobiłby ani jednego ani drugiego. Był zafascynowany jej mocą, ale równocześnie zaczął się trochę jej obawiać. Potęga Miryończyków była nieprawdopodobna. Teraz widział to na własne oczy, a nie tylko w zakazanych zwojach i księgach. Uświadomił sobie, że gdyby tylko Ella pobrała nauki magii i szermierki, nie miałaby sobie równych na tym świecie. Okazało się, że w ich duecie, to nie on jest najsilniejszy, tylko Ella. Zastanawiał się teraz, kto tu jest naprawdę chroniony – on czy ona? Trochę go to frustrowało, ale nagle przypomniał sobie, co by się stało, gdyby Ella została tu dłużej i ktoś by się dowiedział o jej mocy i pochodzeniu... Cała Egharia zapragnęłaby jej śmierci. Nie mógł znieść tej myśli, więc nawet nie próbował sobie tego wyobrażać. Powtarzał sobie tylko w duszy, że ona musi wrócić do domu i to zaraz...


-        Alrenie... – rzekła do niego w końcu Arcykapłanka – O czym tak myślisz?


-        Co? A nic... O niczym specjalnym. – skłamał, a ona domyśliła się, że o Elli.


-        Mówiłam o przygotowaniu rytuału dla Elli...


-        Tak? – ożywił się i spojrzał na złotowłosą. Dopiero teraz zauważył, że jest bardzo przygnębiona i już wiedział dlaczego – Więc co z nim?


-        Teraz kiedy mamy mear, możemy go odprawić nawet po śniadaniu... – zrobiła pauzę i zerknęła na Ellę, która była bliska płaczu – Ale myślę, że potrzebujecie trochę czasu... aby się pożegnać. Odprawimy go jutro w południe. – dodała, a Ella zaczęła skubać rąbek swej tuniki.


-        A nie mogłabym tu zostać trochę dłużej? Chociaż kilka dni? – spojrzała na Thelinę błagalnie, a ona nie wiedziała, co jej odpowiedzieć.


-        Nie, Ello. – wtrącił się Alren, a złotowłosa spojrzała na niego ze zdziwieniem – Nie możesz tu zostać. Jutro wrócisz do domu. – rzekł to z tak śmiertelnie poważna twarzą, że Ellę zatkało.


Miała ochotę się rozpłakać. Jego głos był taki zimny. Dawno już takiego nie słyszała. Ale jeszcze bardziej zabolały ją słowa, które wypowiedział. Chce by już wróciła. Już ma jej dość? Czyżby naprawdę przez całą podróż myślał tylko o tym, by wróciła na Ziemię? Czy pragnął wolności, jak powietrza? Nie wiedzieć czemu, zalała ją fala wątpliwości i zadrżała nieco, co on zauważył kątem oka. Jej długie milczenie, było nawet więcej niż wymowne, więc Alren postanowi wyjaśnić, dlaczego tak mu się spieszy, by jej nie ranić.


-        Zrozum, Ello... – rzekł już łagodniej – Jeśli tu zostaniesz, czeka się pewna śmierć... – rzekł dosadnie.


-        Co? – zdziwiła się i spojrzała na niego z przerażeniem.

Aruell
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 53

sobota, 25.czerwca.2011, 00:02
Witajcie ;)

Przed Wami kolejny rozdział opowiadania ;)
To ostatni rozdział w tej części, kiedy Ren i Ella nie są razem. Poza tym rozwiąże się zagadka ciąży Mary. ;)


Miłego czytania!

^^

***

5 dzień muedrilu 8976 roku, Egharia: Veolia – Eolium (Rezydencja Theliny), noc


Gdy tylko Thelina odzyskała wzrok po ostatniej eksplozji światła, nerwowo wbiegła do komnaty Erli wraz z kapłankami i zamarła...


Na łóżku siedziała teraz mała, ośmioletnia dziewczynka – cała i zdrowa, a obok niej leżała nieprzytomna Ella. Nie mogła uwierzyć własnym oczom. Podbiegła do nich natychmiast. Sprawdziła, co z Ellą – na szczęście tylko zemdlała. Potem obejrzała oraz zbadała Księżniczkę i stwierdziła, że jest zupełnie zdrowa i nie ma śladu po tamtej chorobie...


Spociła się z wrażenia, gdy uświadomiła sobie, że Ella dokonała czegoś, co nie udało się najmędrszym i najpotężniejszym w całej Egharii. Nie mogła pojąć, jak to możliwe...?  Miryończycy nie mieli takiej mocy, więc to nie mogło być to. Kim naprawdę jest ta dziewczyna? – to pytanie wciąż do niej powracało, niczym bumerang. Czuła się zdezorientowana. Mimo iż wiedziała, że Ella ma dużą moc, to jednak ten wyczyn był po prostu nieprawdopodobny. Z długiego zamyślenia wybiła Arcykapłankę dopiero Księżniczka.


-        Thelino... Co z nią? – Erla martwiła się o Ellę.


-        Spokojnie, tylko zemdlała... – pogłaskała ją, szczęśliwa, że dziewczynka żyje – O zobacz... Budzi się. – zauważyła, że Ella unosi powieki.


-        Co się dzieje? – spytała, powoli się unosząc i zdębiała na widok Erli jako małej dziewczynki – Księżniczka Erla?


-        Tak, to ja. – uśmiechnęła się i objęła ją spontanicznie wokół szyi – Dziękuję, że ocaliłaś mi życie, Księżycowa Księżniczko... – rzekła radośnie, a Thelina się wzdrygnęła, słysząc to określenie. Coś się jej bowiem przypomniało.


-        Nie nazywaj mnie tak... – zawstydziła się Ella – Nie jestem żadną Księżniczką, to ty nią jesteś. – uśmiechnęła się do małej.


-        Nie szkodzi. Dla mnie już zawsze będziesz Księżniczką i tyle. – bąknęła wesoło.


-        Ello... – usłyszała nagle głos Theliny i dopiero teraz zorientowała się, że kilka zdumionych kapłanek, łącznie z Theliną klęczy przed nią z pochylonymi głowami – Dziękujemy za ocalenie życia Księżniczki Erli. Niechaj Harios obdarzy cię wieczną łaską i wynagrodzi cię za twój niezwykły wyczyn... – mówiła oficjalnym tonem, a Ella była w szoku.


-        Przestańcie... No już, wstawajcie! – zakłopotała się i podniosła Thelinę z kolan – Ja naprawdę nic nie zrobiłam. To się jakoś samo stało, nawet nie wiem jak... – tłumaczyła się zarumieniona.


-        Tak czy siak, ocaliłaś życie córki Królowej Veolii i należy ci się hołd oraz dożywotni szacunek u Veolczyków. – rzekła pewnie Arcykapłanka i wtedy zauważyła, że Ella jest bardzo zmęczona.


Nie dziwiło ją to. Tylko niezwykle potężne zaklęcie mogło uleczyć Erlę i zapewne kosztowało Ellę równie dużo energii.


-        Proszę, udaj się teraz do siebie i odpocznij. Jesteś wyczerpana. – rzekła łagodnie – Jutro porozmawiamy... – uśmiechnęła się do niej.


Erla wyściskała Ellę na dobranoc, a potem kapłanki eskortowały złotowłosą do jej komnaty, rozebrały, umyły i położyły do łóżka, jakby była królową.


Thelina zmusiła Erle, by poszła spać, bo zrobiło się późno, po czym poszła do siebie, gdyż musiała pomyśleć. Księżniczka niechcąco przypomniała jej, że w starej przepowiedni, o której wspomniała ostatnio Renowi, była jakaś wzmianka o Księżycowej Księżniczce. Nie pamiętała treści całego zwoju, ale ten jeden zwrot utkwił jej w pamięci. Z jakiegoś powodu nie dawało jej to spokoju. Zganiła siebie w duchu za to, że nigdy się tym nie interesowała, uważając legendy za bajki i obiecała sobie odnaleźć zwój z tą starą przepowiednią i poznać jego treść, za wszelką cenę.


***


Środa, 6 stycznia 2012 roku, Ziemia: Londyn – dom Mary, około 15:00


Mary nabrała powietrza i zwróciła się w stronę Thoma, który stał zamyślony pod drzwiami i zastanawiał się, jak jej powiedzieć to, co chciał.


-        Mów, co masz do powiedzenia i wyjdź, póki jeszcze nad sobą panuję! – warknęła, patrząc mu ze złością w oczy.


-        Mary... posłuchaj... – urwał, gdy zobaczył, że na komodzie leżą nieużywane jeszcze testy ciążowe. Mary zauważyła to i zabrała je z jego pola widzenia – Mary... Jeszcze nie zrobiłaś testu ciążowego? – rzekł z irytacją w glosie. Był pewien, że nie odzywa się do niego, bo nie jest w ciąży.


-        Jakbyś miał trochę oleju w głowie, to byś wiedział, że robienie tego testu od razu po stosunku jest bez sensu. Dopiero teraz mogę spodziewać się wiarygodnego wyniku, choć nadal nie jest to pewne. – burknęła – Niemniej jednak nie powinno cię obchodzić. Bez względu na wynik, nie potrzebuję cię! Nawet jeśli jestem w ciąży, sama wychowam to dziecko! Nie pozwolę by jego ojcem był ktoś taki, jak ty! – syczała, a on był w szoku.


-        Nie chrzań bzdur! Nie wyjdę stąd, dopóki nie zrobisz tego testu! – warknął – Muszę wiedzieć, czy będę miał bękarta czy nie!


-        Nie będziesz mi mówił, co mam robić! – krzyknęła, ale po chwili stwierdziła, że i tak musi zrobić ten test, więc niech się dzieje co chce – Dobrze! Miejmy to już za sobą! – syknęła ze złością i weszła do łazienki.


Nie było jej dość długi czas, co doprowadzało Thoma do szaleństwa. Chodził od rogu do rogu, co chwila poluźniając krawat. Modlił się, by nie była w ciąży. Inaczej będzie miał poważne kłopoty... W końcu wyszła. Zamarł w bezruchu, widząc jej poważną twarz, miał najgorsze przeczucia. W końcu nie wytrzymał i szarpnął ją za ramiona.


-        Mary! No powiedz w końcu... – zawahał się – Jesteś w ciąży, czy nie?


***


Egharia: Veolia – Eolium (Rezydencja Theliny), noc


Alren ze zdumieniem patrzył na swój nadgarstek, na którym przed chwilą za sprawą smoczycy, pojawiła się biała, ozdobna bransoleta i zerknął na Lodowego Smoka pytająco.


-        To magiczna bransoleta, którą stworzyłam specjalnie dla ciebie. Będzie cię chronić w walce magią lodu, gdy zajdzie taka potrzeba. Mam nadzieję, że ten skromny prezent wystarczy, jako nagroda za ocalenie mojego dziecka. – wyjaśniła smoczyca.


-        Dziękuję bardzo. – Alren uśmiechnął się do niej, przestał się jej już bać.


-        Powiedz mi, Alrenie, co cię tu sprowadza? Ludzie się tu rzadko zapuszczają...


-        Szukam mearu, który jest niezbędnym składnikiem lekarstwa na straszliwą chorobę, która zabija mieszkańców tej wyspy. – odparł grzecznie, a ona zamruczała.


-        Skoro szukasz go w szlachetnym celu, to mogę ci go dać nawet teraz... – oznajmiła, a on się zdziwił.


-        Naprawdę?


-        Tak. Strzegę go od wieków w mojej jaskini. – smoczycę na chwilę otoczyła biała magiczna aura i po chwili w dłoniach Alrena pojawił się kawałek minerału, który wyglądał jak przezroczysty kryształ, z tym że emanował silną, duchową energią.


Alren nie miał wątpliwości, że trzymał właśnie w rękach mistyczny mear. Nie mógł w to uwierzyć. Nigdy nie przypuszczał, że uratowanie małego smoczka przyniesie mu tyle korzyści.


-        Nie wiem, jak ci dziękować. Mogę więc niezwłocznie wrócić do Eolium... – ucieszył się szczerze, a smoczyca była zadowolona, że spłaciła dług wdzięczności.


-        Podrzucę cię tam. Pewnie ci się spieszy... – zaproponowała.


-        Nie, wystarczająco dużo już dla mnie zrobiłaś... – pokręcił głową, a ona się zaśmiała.


-        Mój drogi, jesteś teraz moim przyjacielem. Pomogę ci wrócić do Eolium, to nic takiego... – mruknęła coś do małego, który zniknął gdzieś w ciemnościach, a potem pochyliła się  w stronę Alrena – Wskakuj!


-        Ale... – Ren zawahał się.


-        No już... – zachichotała – Jak się będziesz mocno trzymał, to nie spadniesz.


Alren nie czekał dłużej i wskoczył na jej grzbiet, jak tylko zapakował mear. Trochę zatrzęsło, ale chwilę później byli już wysoko nad ziemią i lecieli w stronę Eolium z niezwykłą prędkością. Alren nie mógł uwierzyć, że dosiadł najprawdziwszego Lodowego Smoka i uznał, że miał wyjątkowe szczęście, że zauważył wtedy tamtego malucha.


***


Ziemia: Londyn – dom Mary, około 15:20


Mary patrzyła z politowaniem na spoconego ze strachu Thoma. Specjalne przedłużała tę chwilę i trzymała go w niepewności, aby sobie trochę pocierpiał. W końcu nabrała powietrza.


-        Nie jestem w ciąży.  – rzekła rzeczowo, czując w sercu wielką ulgę – Masz szczęście, uniknąłeś poważnego kłopotu, nieprawdaż? – jej słowa były przesiąknięte jadem.


Thom poczuł się tak, jakby wygrał milion dolarów. Mary też się uspokoiła. Wykonała kilka testów naraz i wszystkie były negatywne. Również ona miała wrażenie, jakby dostała dar od losu. Ochłonęła nieco. Jedyne co musiała jeszcze zrobić, to wykopać stąd Thoma.


-        Mary... – zaczął, gdy już się uspokoił, ale przerwał, bo usłyszał swoją komórkę – Przepraszam... – rzucił i odebrał.


Mary zauważyła, że pobladł słysząc tego kogoś przez telefon i była bardzo ciekawa, co się stało.


-        Uspokój się, skarbie... – rzekł zdenerwowany – Tak, tak... Jutro w nocy wrócę, obiecuję... No tak... Trochę się przedłużyło, wybacz... Dobrze, do zobaczenia Katy... – zakończył i rozłączył się, a Mary uniosła jedną brew, słysząc ostatnie słowo.


-        Katy? – rzekła kpiąco – A któż to? Czyżby twoja dziewczyna? – domyśliła się.


-        Narzeczona...


-        No pięknie... – odparła z ironicznym uśmiechem – Teraz wiem, czemu tak się wystraszyłeś tej ciąży. – zadrwiła z niego.


-        To nie tak, ja myślisz... Nie kocham jej... – zakłopotał się.


-        Wiesz co? – spojrzała na niego chłodno – Gówno mnie to obchodzi. A teraz wyjdź i nigdy więcej nie pokazuj mi się na oczy! – wrzasnęła, popychając go w stronę drzwi.


-        Uspokój się... – syknął, uderzając się o nie.


-        Wynocha! – wrzasnęła – Aha i jeszcze jedno... – zamachnęła się i z całej siły go spoliczkowała.


Spojrzał na nią zszokowany, po czym bez słowa wyszedł, zostawiając ją kipiącą ze złości.


W międzyczasie reporter, który wszystko doskonale słyszał i nagrał, gdyż byli bardzo głośni, udawał, że przygląda się tablicy ogłoszeń na korytarzu. Gdy tylko Thom opuścił budynek, spojrzał na swój dyktafon i zaśmiał się.


-        No proszę... Ale mi się dziś poszczęściło. – uśmiechnął się do siebie – Ale sensacja! Thom Black zdradza Katy Backson, omal nie został ojcem i na dodatek mówi, że nie kocha swej narzeczonej... hmmm... Interesujące! – poczuł podekscytowanie, gdy sobie wyobraził nagłówek swego artykułu.

Aruell
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 52

czwartek, 23.czerwca.2011, 18:30
Kochani ;)

Przed Wami kolejny, BONUSOWY rozdział. ;)
Mam nadzieję, że się Wam spodoba ;)


Miłego czytania ;)

Pozdrawiam ;)

***


5 dzień muedrilu 8976 roku, Egharia: Veolia – Eolium (Rezydencja Theliny), późny wieczór


Gdy Thelina i Ella dosłownie wbiegły do komnaty Księżniczki Erli, obie zamarły na jej widok. Arcykapłanka dlatego, że wiedziała już od pierwszego spojrzenia, że jest gorzej niż źle, a złotowłosa – ponieważ spodziewała się kogoś młodszego, a tymczasem widziała kobietę lekko po pięćdziesiątce.


Thelina westchnęła ciężko i usiadła na brzegu jej łóżka w otoczeniu kapłanek, a Ella stanęła tuż przy niej. Spojrzała na nieprzytomna Erlę z wielkim smutkiem i gdy już zebrała w sobie siły, odezwała się.


-        Niestety, moje drogie, już za późno... – zasępiła się – Nie jestem w stanie już nic zrobić.


-        Jak to? – zaniepokoiły się kapłanki.


-        To, co słyszałyście. Obawiam się, że Księżniczka nie dożyje następnego poranka. Choroba jest zbyt zaawansowana i nie mogę już nic zrobić. Nie ma szans, by doczekała powrotu Alrena... – oczy jej się zeszkliły – Współczuję Królowej... To straszna tragedia dla niej i dla nas... – pogładziła Erlę po dłoni.


Zapadła długa i nieznośna cisza. Kapłanki zaczęły płakać, a Thelina ledwo się trzymała. Ciężka i żałobna atmosfera udzieliła się Elli i też była bliska płaczu. Po kilkunastu minutach kapłanki opuściły salę i Thelina pokazała głową Elli, by poszła z nią. Jednak zanim wyszły spojrzała jeszcze raz na księżniczkę i westchnęła.


-        To straszne... To dziecko nie zasłużyło sobie na taką śmierć. – wyraziła szczery żal.


-        Dziecko? – Ella nie skojarzyła – Jakie dziecko?


-        Już zapomniałaś, na czym polega ta choroba? – zerknęła na nią ze zdziwieniem Arcykapłanka – Erla ma zaledwie 8 lat, to przez tę chorobę z każdą godziną robi się o rok starsza... Do świtu osiągnie wiek śmiertelny. Oto, jak zabija ta choroba... – zezłościła się, że jest taka bezradna, a Ella zaskoczyła.


-        Biedulka... – złotowłosa szczerze jej żałowała.


-        Chodźmy stąd. Muszę wysłać smutny list do Królowej...


Jednak gdy już miały opuścić komnatę Erli, księżniczka się obudziła. Thelina zauważyła to i podbiegła do niej. Zasypała ja gradem słów, ale ona jakby zupełnie ją ignorowała. Wzrok Erli od razu bowiem padł na Ellę, która stała nieco dalej, aż nagle niespodziewanie wyciągnęła do niej dłoń, ku zdumieniu Theliny.


-        Księżniczko... – wyszeptała Erla do Elli, wprawiając ją w zakłopotanie i zdziwienie jednocześnie, a Thelina zastanawiała się, o co tu chodzi.


-        Ello, podejdź do niej... – poprosiła, odsuwając się od Erli i analizując tę dziwną sytuację.


Nieco zdezorientowana Ella podeszła do Erli i wzięła ją za rękę, siadając koło niej. Księżniczka uśmiechnęła się. W jej oczach Ella była pięknym aniołem, otoczonym jasnym blaskiem. Być może umierała, a może będąc na skraju śmierci widziała coś, czego inni nie byli w stanie dostrzec?


-        Księżniczko... zaśpiewasz mi... coś na dobranoc...? – poprosiła słabiutkim i łamiącym, się głosem, a Elli zeszkliły się oczy.


-        Zostawię was same... – rzekła Arcykapłanka, mając dziwne przeczucie. Intuicja podpowiadała jej, że powinna wyjść, choć sama tego nie rozumiała.


Stanęła za drzwiami i obserwowała wydarzenia w środku przez szparę, z narastającym niepokojem. Kapłanki nie mogły zrozumieć jej zachowania, ale ona nakazała im milczeć i czekać... No właśnie, tylko na co? Na cud? Może...


Tymczasem Ella spojrzała na Erlę załzawionymi oczami. Dziwiła się, że księżniczka poprosiła o coś takiego i to akurat ją. Nie rozumiała też, czemu się tak do niej zwracała, ale gdy pomyślała, że ma zaśpiewać jej kołysankę, by ona zasnęła i to zapewne na zawsze, łzy same spłynęły jej po twarzy. Serce jej się krajało i choć śpiew nie był jej mocną stroną, zamknęła oczy i zaczęła nucić pierwszą lepszą kołysankę, jaką znała.


-        Dobrej nocy i sza, do białego śpij dnia... Więc i ty, swe oczka zmruż..[1]. – zaczęła śpiewać.


Nagle poczuła w sobie coś dziwnego, jakąś ciepłą moc i ku swemu zdumieniu, z każdą sekundą śpiewała lepiej, aż doszła do poziomu niemalże solistki operowej. Jednocześnie miała wrażenie, jakby była odurzana albo znajdowała się w jakimś transie.


Ella nie była tego świadoma, ale otoczyła ją błękitna, magiczna aura, która powoli przechodziła na Erlę, z każdym wyśpiewanym słowem, aż nagle nastąpił wielki wybuch szafirowego światła, który niemal oślepił zszokowaną Thelinę, obserwującą całe zdarzenie zza drzwi...


***


Egharia: Cehron – Ehrona (Pałac cesarski), późny wieczór


Thar pełen lęku i niepokoju wszedł od sali tronowej. Musiał stawić się przed oblicze Cesarzowej Oriany i zachodził w głowę, o co może chodzić. Jego czas jeszcze nie minął.


Kiedy dotarł na miejsce, ujrzał przed tronem ostatnia osobę, którą chciałby teraz widzieć. Jednak nie zdążył nawet okazać jej niechęci, bo usłyszał głos Oriany.


-        Witaj, Tharze. Wezwałam cię, bo wprowadziłam kilka zmian, o których musisz wiedzieć. – rzekła władczym tonem, a on czuł, że zaczyna się pocić.


-        Słucham, Wasza Wysokość...


-        Ponieważ Ghin poległ w misji zabicia Łowcy Dusz, musisz osobiście zabić Alrena. – wydała dyspozycję, a on był w szoku.


-        Ja mam go zabić? – zadrżał.


-        Tak. Ponieważ zbyt wielu twoich kapitanów poległo w tej misji, można podejrzewać, że nie doceniliśmy Alrena. Dlatego osobiście się tym zajmiesz. – uśmiechnęła się złośliwie – Jako generał nie powinieneś mieć z tym chyba trudności?! – dodała z naciskiem.


-        Oczywiście, że nie, pani... – odparł mechanicznie – Ale co z moją misją?


-        Twoją misja jest teraz zabicie Łowcy Dusz, Tharze. – oznajmiła pewnie.


-        Ale przecież... – nie mógł w to uwierzyć.


-        Misję znalezienia mojego brata i tej siksy przekazałam właśnie Xallosowi, więc nie musisz się już o to martwić. – dodała, a Thar zamarł.


Zatem Cesarzowa przekazała jego misję temu draniowi! – pomyślał ze wściekłością. Nienawidził, starszego od siebie, generała Xallosa, który patrzył teraz na niego z góry z kpiącym uśmieszkiem.


-        Możesz już odejść, Tharze. To wszystko, co miałam ci do powiedzenia. – wyjaśniła Królowa – Aha... Żebyśmy się dobrze rozumieli... Jeśli nie uda ci się zgładzić Alrena do końca tego miesiąca, to jeśli on tego nie zrobi wcześniej, osobiście odbiorę ci twoje marne życie. Pamiętaj o tym... – jej głos był przerażająco zimny i okrutny, więc zadrżał.


-        Tak jest, pani... – skłonił się nisko i zlany zimnym potem, odszedł.


Gdy tylko znalazł się w bezpiecznym miejscu, uderzył pięścią w ścianę ze złości. Przeklinał Ghina, przez którego klęskę musiał teraz zajmować się takim podrzędnym zadaniem. Stracił pozycję najważniejszego generała, nie wykonując głównej misji Cesarstwa i nie mógł tego znieść.


W dodatku jego miejsce zajął teraz ON! Xallos... Człowiek, który dla zabawy odbił mu narzeczoną, którą kochał nad życie, a potem doprowadził do jej śmierci. Uznano to za wypadek, ale on wiedział, że było zupełnie inaczej...  Nienawidził go tak bardzo, że gdyby nie fakt, że straciłby głowę za zabicie drugiego generała i to, że zależało mu na awansie, dawno by go zabił gołymi rękoma. A teraz on był znów górą...


Syknął wściekle i poprzysiągł szybko zgładzić Alrena, a potem odzyskać dobre imię i zaufanie Cesarzowej.


***


Egharia: Veolia – Eolium (Rezydencja Theliny), późny wieczór


Minęło kila minut, odkąd Ren znalazł małego smoczka. Zdołał za pomocą magii wyciągnąć go z tego dołu, a potem go podleczył. Mały przyglądał mu się z wdzięcznością i mężczyzna zaśmiał się, że ten słodki maluch stanie się kiedyś istotą, zdolną bez trudu go zabić. Poklepał go ostrożnie po głowie i nakłaniał, by wrócił do mamy. Ten jednak ani drgnął i chodził z nim krok w krok. Ren westchnął i zastanawiał się, co z nim zrobić, aż nagle usłyszał trzepot skrzydeł, a zaraz potem poczuł silny podmuch powietrza.


Gdy tylko się odwrócił od razu dosięgnął go ognisty atak wielkiego, białego smoka. Nie zdążył się obronić i uderzył o drzewo. Zaraz potem zerknął na przerażającego smoka, który przymierzał się do kolejnego ataku i gdy już myślał, że jest już po nim, rozległ się pisk małego smoczka, po czym ogromna bestia zastygła w bezruchu.


Ren wykorzystał tę chwile, by się uleczyć i z mieszanką lęku oraz zdumienia obserwował smoczyczę, która patrzyła na swoje potomstwo. Mimo wszystko pomyślał, że to niezwykły widok. Nie zamierzał tracić czasu. Chciał się szybko wymknąć, by nie musieć walczyć z dorosłym smokiem, ale wtedy zupełnie niespodziewanie usłyszał głos, mówiący jego językiem.


Zszokowany spojrzał na smoczycę, która wglądała teraz o wiele bardziej pokojowo i pomyślał, że to przecież niemożliwe...


-        Zaczekaj, ludzka istoto... – usłyszał ponownie i zdębiał. To smoki potrafią mówić? – głowił się.


-        J-ja? – zawahał się wciąż oszołomiony.


-        Tak. Powiedz mi, jakie jest twoje imię... – spytała smoczyca, uspokojona przez swoje dziecko, które przed chwilą powiedziało jej, że to on je ocalił.


-        Alren... – odparł automatycznie.


-        Zatem, Alrenie, przyjmij moje najszczersze przeprosiny za to, że cię zraniłam, kiedy ty dobrodusznie ocaliłeś życie mojemu dziecku... – usłyszał, nadal nie wierząc w to, że rozmawia ze smokiem – Dziękuję z całego serca. Jestem twoją dłużniczką.


-        Nie ma sprawy...


-        Nie sądziłam, że są jeszcze tacy ludzie, jak ty. Może jednak jest dla ludzkości jakaś nadzieja? – mówiła praktycznie do siebie – W każdym razie, pozwól, że ci się odwdzięczę, Alrenie...






[1] Kołysanka Brahmsa



Aruell
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 51

czwartek, 23.czerwca.2011, 00:01
Kochani ;)

Przed Wami rozdziały z jeszcze mocniejszym akcentem fantasy, niż zwykle. ;) Więcej nie zdradzę. ostatnio było długo, to teraz krótko.

Miłego czytania ;)

Pozdrawiam ;)

***


5 dzień muedrilu  8976 roku, Egharia: Veolia – Eolium (Rezydencja Theliny), wieczór


Minęło kilka dni. Ella siedziała właśnie ponownie w swoim łóżku i nie miała najmniejszej ochoty wstawać. Każdy dzień bez Rena wydawał jej się taki sam. Wczorajszy był podobny do poprzedniego, a jutrzejszy będzie taki sam, jak dzisiejszy. Czas płynął niemiłosiernie wolno. Mimo iż przeczytała już dwie książki, często rozmawiała z kapłankami, a nawet Theliną, które starały się, by zbytnio się tu nie nudziła, to myślała wciąż tylko o jednym – o Renie, którego tu nie było i o którym nie miała żadnych wieści, odkąd wyjechał...


Teraz, kiedy wiedziała już, jak smakuje życie bez niego i ta nieznośna samotność duszy, nie musiała sobie nawet wyobrażać, jak będzie wyglądało jej życie, gdy wróci na Ziemię. Miała tylko nadzieję, że z czasem choć trochę zapomni... Jednak wiedziała, że to tylko jej rozum próbował jakoś ją pocieszyć, bo serce mówiło jasno i wyraźnie, że nigdy tak się nie stanie. Dużo rozmyślała. Próbowała zrozumieć, dlaczego tak bardzo go kocha, ale nie znalazła żadnej sensownej odpowiedzi. Każda była zła. Może to jednak czary...?


Westchnęła ciężko i ponownie naciągnęła na siebie kołdrę, nie mając zamiaru opuszczać łóżka. Nie miała ochoty jeść. Chciała już iść spać...


Niestety ktoś udaremnił jej plan pogrążenia się we śnie. Była to Thelina we własnej osobie, która przed kolacją postanowiła do niej zajrzeć. Podeszła do niej usiadła na brzegu łoża, a potem spojrzała z czułością na smutną, złotowłosą dziewczynę.


-        Nie zamierzasz przyjść na kolację, Ello? – spytała z troską, a ona tylko spuściła głowę – Powiedz mi, co się z tobą dzieje... – chwyciła ją za rękę.


-        Przepraszam, że przysparzam ci zmartwień... – rzekła cicho – Po prostu nie potrafię się pogodzić z tym, co ma się wydarzyć.


-        Masz na myśli Rena, prawda? – dobrze wiedziała, o co chodzi – Bardzo go kochasz i nie chcesz go opuszczać...


-        Nawet jeśli... I tak nie mogę tu zostać... – jej oczy się zeszkliły – Doskonale sobie zdaję sprawę, że to nie jest mój świat, że nie należę tutaj, że mogę tylko przysporzyć więcej problemów lub nawet zginąć... Przebywam tu wbrew prawom natury, kosmosu i cholera wie, czego jeszcze... – żaliła się.


-        Cieszę się, że rozumiesz...


-        Wiem, że muszę wrócić, ale gdybyś wiedziała, jaki ból czuje w sercu... Już teraz, mimo iż to tylko kilka dni, tęsknota mnie zżera od środka... To, co będzie jak wrócę do domu? – otarła samotną łzę z policzka – Nie umiem sobie wyobrazić życia bez niego i to mnie przeraża...


-        Ello... – spojrzała na nią ze współczuciem i pogłaskała ją po dłoni – Nie możesz się tak zadręczać, bo zwariujesz. Wiem, że to trudne i teraz mi nie uwierzysz, ale z czasem zapomnisz... Na Ziemi na pewno czeka ten jedyny, który cię uszczęśliwi, a Ren pozostanie wtedy miłym wspomnieniem z nietypowej wycieczki do innego świata... – starała się mówić delikatnie.


-        Chciałabym w to wierzyć. Problem jednak w tym, że ja wiem, iż jest to niemożliwe... – spojrzała jej w oczy – Już spotkałam tego człowieka i jest nim Ren. Jestem tego pewna. Nie umiem tego wyjaśnić... Nie umiem wytłumaczyć, dlaczego akurat on i czemu, aż tak bardzo go kocham, ale wiem, że moje życie już nigdy nie będzie takie, jak kiedyś... Nie po tym, co przeżyłam. Nie po tym, co poczułam będąc przy nim... Nawet, kiedy wrócę do domu, nie będę już sobą. Tamta Ella umarła w dniu, w którym opuściła Ziemię... – mówiła smutno i tak szczerze, że Thelina nie wiedziała już, jak ją pocieszyć. Czuła, że to ona ma rację.


-        Ello... – uśmiechnęła się do niej i chciała coś powiedzieć, kiedy do tej komnaty wbiegły dwie wystraszone kapłanki.


-        Pani! Złe wieści... – rzekła pierwsza, gdy tylko uspokoiła oddech.


-        Co się stało? – Thelina gwałtowne wstała.


-        Córka Jej Wysokości, Księżniczka Erla zachorowała na tę nową, dziwną chorobę i jest z nią bardzo źle! – wydusiła z siebie.


-        Lekarze nie mogli sobie poradzić, więc Królowa przysłała ją tutaj, do ciebie, pani i błaga o pomoc dla niej... – dodała druga, a Thelina zamarła.


-        Księżniczka zachorowała? – zadrżała – Gdzie jest teraz?


-        W komnacie dla królewskich gości. Pani, proszę iść do niej szybko! – kapłanka spojrzała na nią błagalnie.


-        Pójdę z tobą. – rzuciła szybko Ella, a Arcykapłanka była tak przejęta ta sprawą, że nawet się nie sprzeciwiła.


***


Środa, 6 stycznia 2012 roku, Ziemia: Londyn – Szpital; dom Mary, około 14:30


Na Ziemi, podobnie jak w Egharii, minęło już kilka dni, odkąd wrócili razem z Davidem do Londynu oraz ponownie podjęli pracę. Od tamtej pory nie rozmawiali ze sobą, bo nie mieli kiedy. Oboje zatracili się  w pracy, szukając ucieczki od problemów.


Mary właśnie skończyła swoją zmianę i nie znajdując Davida w szpitalu, zamierzała pójść do domu, kiedy nagle zadzwoniła Lidia – jej koleżanka-barmanka, prosząc o spotkanie, gdyż miała jej do powiezienia coś ważnego.


Umówiła się więc z nią na kawę. Gdy Mary usłyszała, o co chodzi, nie była nawet specjalnie zaskoczona, tylko jeszcze bardziej rozżalona i załamana. Zachowanie i czyny Thoma uświadamiały jej nieustannie, jak bardzo była głupia. Nie mogła tego znieść. Podziękowała koleżance za troskę i teraz wracała właśnie, ośnieżoną ulicą do domu, pogrążona w depresyjnym nastroju.


Jakby tego było mało, od samego rana nawiedzały ją telefony i sms-y od Thoma, który nalegał na spotkanie. Jednak nie odbierała. Nie chciała go widzieć. Czuła, że jeśli go teraz zobaczy, to powybija mu wszystkie zęby, więc lepiej dla niego, by trzymał się od niej z daleka. Gdy w końcu straciła cierpliwość wyłączyła telefon i otarła kolejną łzę z policzka.


Znajdowała się teraz blisko domu i gdy już miała do niego wejść, wpadła na jakiegoś mężczyznę.


-        Przepraszam... – odparła mechanicznie i już chciała go wyminąć, gdy nagle kątem oka zobaczyła, na kogo wpadła i zamarła w bezruchu.


-        Nie szkodzi. – odparł sucho – Musimy pogadać, Mary...


-        Nie mamy, o czym. – odtrąciła go mocno i skierowała się do drzwi, ignorując go.


-        Nie możesz mnie cały czas unikać! Musimy sobie wyjaśnić kilka spraw. – nie dawał za wygraną.


-        Nic nie musimy! Jesteś wolny. Odejdź, nie chcę cię już znać, rozumiesz? – wrzasnęła mu prosto w twarz.


-        I tak porozmawiamy! – szarpnął ją za rękę, a ona poczuła, jak wściekłość rozsadza jej ciało.


-        W takim razie, dobrze! Mam ci parę rzeczy do powiedzenia! – syknęła, wyrywając mu się i odpowiadając z taką samą agresją.


Otworzyła drzwi i wepchnęła go, ze złością do środka, a potem zatrzasnęła je z impetem. Zamierzała mu wygarnąć absolutnie wszystko, co leżało jej na sercu i języku.


Ani ona ani on nie wiedzieli, że Thoma śledził reporter, który chciał zrobić  z nim wywiad, ale widząc, że jest w towarzystwie innej kobiety, niż bogata dziedziczka – Katy, uznał, że chyba trafiła mu się szansa na niezłą sensację. Stał więc teraz pod drzwiami do mieszkania Mary z dyktafonem i uważnie przysłuchiwał się kłótni za ścianą.


***


Egharia: Veolia – Dolina Lodowych Smoków (okolice jeziora Oyes), wieczór


Ren kierował się w stronę trzech wysokich szczytów, które widział od dłuższego czasu, siedząc na Slirenie. Właśnie teraz leciał nad wodą jeziora Oyes, które było białe i lodowato zimne, choć nie zmarznięte. Jego włosy falowały pod wpływem pędu powietrza, podobnie jak grzywa i ogon pięknego konia.


Ren musiał przyznać, że Dolina Smoków była niezwykła. Jeszcze tu nigdy nie był, więc czuł przypływ adrenaliny, oglądając jedyne miejsce w Veolii, którego nie znał. Widoki ośnieżonych gór i lasów oraz wielkiego jeziora z dwoma, okazałymi wodospadami, zapierał dech w piersi...


Ella byłaby zachwycona, gdyby to zobaczyła – pomyślał i zaraz odpędził wspomnienie o niej. Nie mógł się rozpraszać, choć przychodziło mu z trudem. Nie było dnia, odkąd tu zmierzał, by o niej nie pomyślał. Sam był tym zdziwiony, że aż tak mu jej brakuje...


Potrząsnął jednak głową i zatrzymał się za jeziorem, w pobliżu jaskini góry Eol. Odesłał Slirena do innego wymiaru dzięki magicznej runie, a potem spojrzał na ciemną grotę przed sobą. Mimowolnie chwycił za wisiorek, który miał na szyi. Zalśnił bowiem błękitnym blaskiem, co przykuło jego uwagę. No tak, przecież to z tej jaskini pochodzi ten kamień. – przypomniał sobie słowa dziewczynki w Veronie. Znów pomyślał o Elli, która miała taki sam i zrobiło mu się cieplej na sercu, nie wiedzieć czemu. Znów zganił siebie w duchu i skupił się.


Skoncentrował całą swoją magiczną moc i użył zaklęcia „wszechoczu”, aby odnaleźć mear – mistyczny minerał, po który tu przyjechał. Zamknął oczy, gdy zielona energia otoczyła jego ciało i ujrzał w myślach całą okolicę z góry. Szybko wyczuł duchową energię w jaskini góry Eol i był pewien, że to właśnie to, czego szukał. Już chciał przerwać czar, kiedy zobaczył coś jeszcze.


Po drugiej stronie jeziora,  na skraju lasu ujrzał ogromny dół, wykopany przez ludzi. To z pewnością była pułapka na smoki. Nadal bowiem żyli szaleńcy, którzy chcieli być „bohaterami”. Sięgnął oczami głębiej i ujrzał, że w środku siedzi ranny, mały lodowy smoczek. Był wyczerpany i bliski śmierci, ale jeszcze żył. Dostrzegł też barierę na powierzchni dziury, którą ludzie z pewnością zostawili, aby inny smok nie mógł odnaleźć swego rodaka.


Krew się w nim zagotowała. Nienawidził kłusowników i tych durnowatych pseudo-bohaterów. Wiedział, że musi wykonać jak najszybciej swoją misję, ale źle by się czuł, gdyby nie pomógł temu biedakowi.


Zakończył więc czar, westchnął ciężko, zastanawiając się, czy nie popełnia jakiegoś karygodnego błędu, ale w końcu użył lewitacji i kilka minut później wylądował, tuż obok tej ogromnej dziury, z zamiarem uratowania smoczego dziecka.


-        Trzymaj się, mały... – rzekł spokojnie do smoczątka, które właśnie go zauważyło i zrobiło się nerwowe – Spokojnie, wujek Alren przybył na ratunek.

Aruell
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 50

wtorek, 21.czerwca.2011, 00:04
Witajcie ;)

Przed Wami 50ty już rozdział BM! ;) Sama w to nie wierzę. ;)
Dziś pozwolę sobie na małą przedmowę, choć niekoniecznie do tego rozdziału. ;)

Nie wiem, czy Was to ucieszy czy nie, ale wszytskich części BM jest aż 12! Napisałam plan ogólny i tyle właśnie mi wyszło. ;) Podzieliłam je na 3 tomy, w każdym bedą po 4 części, zatem teraz mamy połowę 1 tomu. ;) Mam nadzieję, że nie znudzicie się tym opowiadaniem do samego końca. ;)

Jeszcze mała notka do Neptune - przeczytałam wszystkie komentarze i dziekuję ;) U mnie wszystko w porządku, na razie... Czekam na obronę, którą mam 28 czerwca i na razie tym żyję. Modlę się, by wszytsko było dobrze, bo wciąż mam jakieś formalne kłopoty. Oby wszytsko poszło dobrze ;) (nie , nie boję się samej obrony, tylko czy do niej dojdzie z przczyn formalnych - nawet jeśli to dziwne)

A teraz już o tym rozdziale, będzie on raczej smutnawy, jeśli chodzi o Ellę i Rena, ze wzgledu na sytuację. Pojawi się też ważna rozmowa między Nickiem i Carmen. ;)

Mimo wszystko, życzę miłego czytania ;)

***

1 dzień muedrilu[1] 8976 roku, Egharia: Veolia – Eolium (Rezydencja Theliny), poranek


Ella czuwała do świtu, odkąd zbudziła się z tamtego snu i nieustannie przyglądała się Renowi. Nie chciała, by ranek nadszedł. Nie chciała, by wyjeżdżał, ale wiedziała, że on musi to zrobić.


Gdy zaczęło się rozjaśniać za oknem, otworzył oczy i pierwsze, co ujrzał to smutną twarz Elli. Akurat wtedy była zapatrzona na jego dłoń, którą położył na swej piersi. Coś go ścisnęło w środku na ten widok. Delikatnie podniósł rękę i musnął jej policzek. Dopiero wtedy na niego spojrzała.


-        Obudziłeś się już... – stwierdziła, chwytając jego dłoń na swoim policzku i wtulając się w nią.


-        Co to za mina, Ello? – uśmiechnął się lekko.


-        Przecież wiesz...


-        Wiem. – westchnął i podniósł się – Chodźmy coś zjeść. - zaproponował, a ona bez słowa poszła za nim do jadalni.


Nie musieli długo czekać na śniadanie. Kapłanki przyniosły je punktualnie o siódmej. Zjedli w milczeniu i napili się gorącej kawy. Cały czas się sobie przyglądali, jakby chcieli się nacieszyć swoim widokiem. W końcu nadszedł czas, by Alren wyruszył w podróż.


Umył się szybko, ubrał odpowiednio i właśnie przypinał miecz do swego pasa, kiedy Ella wyłoniła się z łazienki w samym ręczniku, z jeszcze mokrymi, złotymi włosami i patrzyła na niego ze smutkiem. Serce mu stanęło. Poczuł nagły przypływ pożądania i gdyby nie tamto ostrzeżenie i to, że musi zaraz wyjść, chyba rzuciłby się na nią. Odkąd spędzili ze sobą noc, nie umiał się już tak kontrolować, jak wcześniej. Była to pewnie zasługa także tej całej „więzi dusz”. Opanował się jednak jakoś i podszedł do niej.


-        Idziesz już... Kiedy wrócisz? – spytała cicho.


-        Myślę, że nie szybciej jak za półtora tygodnia. – odparł beznamiętnie.


-        Aha... – spuściła wzrok.


-        Nie smuć się tak. Jeszcze się zobaczymy. Na pewno wrócę, zaufaj mi. – rzekł łagodnie i wtedy sobie o czymś przypomniał – A właśnie, chciałbym ci coś dać. Powinienem zrobić to już dawno, ale nie było dogodnej okazji...


-        Co takiego? – zainteresowała się, a on podszedł do szafki, coś z niej wyjął a potem wrócił do niej i ujął jej dłoń.


-        To. – uśmiechnął się i wręczył jej wisiorek z magicznym szafirem, który kupił w Veronie od tamtej małej dziewczynki – Kolor tego kamienia idealnie pasuje do twoich oczu, Ello.


-        Ach! To przecież jest... – oczy jej zaświeciły, a on wziął wisiorek, stanął za nią i zapiął go jej na szyi.


Ella zarumieniła się. Ten gest wydał jej się taki romantyczny, że przez chwilę zapomniała, że mają się zaraz rozstać. Spojrzała na niego lśniącymi oczami, a on się uśmiechnął i wyjął coś spod tuniki.


-        Ja zachowam ten drugi. – pokazał jej, że ma na sobie taki sam, bo przecież kupił wtedy dwie sztuki  – Nie sądzisz, że to nieco zbyt romantyczne? Coś ty mi zrobiła, Ello... – rzekł z przekąsem, ale i rozbawieniem.


-        Hej! Ty mówisz tak specjalnie! – udała oburzenie, a on się zaśmiał – Mimo to... dziękuję, będę o niego dbała. – zapewniła zarumieniona.


-        Muszę już iść. Zajrzę jeszcze na chwilę do Theliny, a potem wyruszam w podróż. – wyjaśnił z powagą – A ty obiecaj, że nie opuścisz tego miejsca i będziesz uważać na dziwne rzeczy, jak tamta kulka światła, zgoda? Obiecaj mi to... – pogładził ją po policzku.


-        Przyrzekam, że będę ostrożna i nie ruszę się stąd, dopóki nie wrócisz. – rzekła zdecydowanie – Ty też uważaj na siebie, bo jeśli coś ci się stanie... nie przeżyję tego. – wyznała na koniec.


-        Nie mów tak. – skarcił ją – W takim razie, do widzenia, Ello. – rzekł po chwili i już chciał wyjść, kiedy złotowłosa podskoczyła nieco, objęła go rękoma wokół szyi i pocałowała z całej siły.


Nie stawiał oporu, wręcz przeciwnie. Odpowiedział jej równie żarliwie i przyciągnął mocno do siebie. Gdy oderwali od siebie usta, Ella szepnęła nieprzytomnie:


-        Kocham cię, Ren...


-        Wiem... – zaśmiał się cicho.


Pocałował ją jeszcze raz, ale już krótko i delikatnie, po czym ostrożnie ją od siebie odsunął i w pośpiechu wyszedł z ich komnaty czując, że jeśli zostanie jeszcze choć przez chwilę, nigdy nie wyruszy w tą podróż.


***


Niedziela, 3 stycznia 2012 roku, Ziemia: Madryt – kino; restauracja „Corazon” , około 22:10


Nick i Carmen właśnie wyszli z kina, do którego poszli kilka godzin temu. Śmiali się i wymieniali wrażeniami z filmu. Nick był wniebowzięty tym, że może przebywać tak blisko niej, a ona zdawała się dobrze czuć w jego towarzystwie.


Kiedy tak szli ulicą w stronę restauracji „Corazon” na obiecaną kolację, Carmen opowiadała o swoich odczuciach po filmie, pt. „Droga miłości”, który nawiasem mówiąc, należał do tych romantycznych.


-        Dobrze, że skończyło się happy endem. – westchnęła – Sytuacja była naprawdę trudna...


-        Tak... – Nick zamyślił się na chwilę, bowiem przypomniało mu to coś, co sam doświadczył.


Film opowiadał historię pary, w której ona jego bardzo kochała, a on ją nieco mniej i często wyjeżdżał służbowo. Planowali wspólny ślub. Pewnego razu dziewczyna miała wypadek samochodowy, gdy wracała z pracy i zapadła w śpiączkę. Wtedy chłopak uświadomił sobie, jak bardzo ją kocha i zmienił się o sto procent. Tak dostosował swą pracę, by móc codziennie przychodzić do niej do szpitala. Rozmawiał z nią, gdy spała i modlił się, by się obudziła. Za każdym razem obiecywał, że gdy tylko otworzy oczy, wezmą ślub. Na jego szczęście, po pół roku, dziewczyna obudziła się i była zdrowa pod względem neurologicznym. Trochę trwało obbudowanie jej zaufania, ale ostatecznie uwierzyła ona  w jego zmianę, wzięli ślub i byli szczęśliwi...


Nick skrzywił się. Przypomniał sobie bowiem o Elli. Sytuacja była bardzo podobna, ale on chyba kochał ją mniej niż tamten bohater, a ich losy nie potoczyły się już tak romantycznie, jak to pokazano w filmie. Uciekł od problemu do Hiszpanii... Powinien był zignorować słowa Mary i zostać w Londynie, ale... chyba był zbyt słaby.


Poczuł się okropnie, gdy pomyślał o Elli, która leży teraz w szpitalu, kiedy on chodzi na randki z Carmen i jest taki szczęśliwy. Czuł się jak zdrajca, napiętnowany błędami z przeszłości. Zastanawiał się, czy zasługuje na Carmen i miłość, po tym wszystkim...


Jednego był pewien, musiał o tym powiedzieć Carmen, jeśli chciał stworzyć z nią poważny związek albo wszystko się rozpadnie przez sekrety i sekreciki. Nie zamierzał popełnić tego samego błędu drugi raz. Jego nastrój wciąż się pogarszał, co nie uszło uwadze dziewczyny.


-        Dobrze się czujesz? – spytała, gdy zatrzymali się przed restauracją.


-        Co? A tak ... – powrócił na ziemię – Przepraszam, to przez ten film... – uśmiechnął się do niej, a ona zmierzyła go badawczym wzrokiem.


-        Jeśli masz ochotę o tym pogadać, to śmiało... – Carmen wyczuwała, że to go bardzo dręczy – Może ci wtedy ulży?


-        Dziękuję, Carmen... Tylko, że jak ci o tym powiem, to na zawsze zmienisz o mnie zdanie. – odparł smutno, a ona mimowolnie się zaśmiała.


-        A skąd wiesz, co o tobie myślę w tej chwili? – zażartowała, czym go rozbroiła.


-        No tak... – zarumienił się – Rzeczywiście nie wiem... – odwrócił głowę zakłopotany.


Ta dziewczyna znów doprowadziła do tego, że jego serce zaczęło walić jak szalone. W milczeniu weszli do restauracji, zamówili pyszną kolację i jedząc oraz pijąc wino kontynuowali rozmowę.


-        Więc jak? Powiesz mi, co cię dręczy? – spojrzała na niego z zaciekawieniem, a on westchnął.


-        Dobrze... I tak miałem zamiar to zrobić prędzej czy później. – odparł i nabrał powietrza czując, że to będzie trudna rozmowa, głównie dla niego samego.


-        W takim razie słucham... – Carmen wypiła łyk wina i sama się zastanawiała, dlaczego tak bardzo chce poznać jego „mroczne” tajemnice.


-        Opowiem ci historię dziewczyny o imieniu Ella...


***


Egharia: Veolia – Eolium (Rezydencja Theliny), wieczór


Ella siedziała samotnie w komnacie gościnnej w rezydencji Theliny i wyglądała przed okno, obserwując, jak w bladym niebieskim świetle latarń magicznych lśnią duże płaty śniegu, spadające powoli z nieba. To nastrajało ją bardzo melancholijnie, zwłaszcza, że martwiła się o Rena. Niby wiedziała, że jest bardzo silny i na pewno sobie poradzi, ale i tak odczuwała niepokój, nieustannie odkąd kajdanki zniknęły.


Przez chwilę nawet żałowała, że tak się stało. Gdyby się nie udało, mogłaby z nim zostać i pójść z nim, dokądkolwiek by szedł. A tak... Co jej zostało? Tylko perspektywa jeszcze gorszej rozłąki, na całą wieczność, która ją przerażała...


Nie chciała wracać na Ziemię na zawsze. Może tylko po to by zobaczyć, czy tam wszystko w porządku, ale potem wolałaby tu wrócić. Jednak to było niemożliwe... Thelina wyjaśniła jej dziś popołudniu, że jeśli wróci na Ziemię, już nigdy nie uda jej się trafić do tego świata. To był cios. Straszliwy... Ale co ona mogła? Mogła tylko czekać...


Thelina poprosiła ja, by obiecała, że nie będzie sama opuszczała tej komnaty. Zgodziła się, w końcu to samo przysięgła Renowi. Otrzymała stos książek i aby mogła je przeczytać. Dowiedziała się przy okazji, że ma ukryty dar, gdyż od samego początku potrafiła mówić po egharsku, a nawet czytać. Tymczasem ona była święcie przekonana, że to oni mówią po angielsku, a książki są napisane właśnie w tym języku. Okazało się jednak, że to nieprawda, a mimo to, Ella znała egharski. Zastanowiło ją to, ale nie miała sił o tym myśleć. Była zbyt przejęta tym, co ma się wydarzyć.


W końcu westchnęła i położyła się spać, mając nadzieję, że te półtora tygodnia minie, jak jeden dzień...


***


Ziemia: Madryt – restauracja „Corazon” , około 23:12


Nick właśnie zakończył swoją opowieść. Ku swemu zdumieniu był na tyle odważny, że niczego nie pominął. Carmen usłyszała całą prawdę: o jego związku z Ellą, jego zdradzie po pijaku, unikaniu Elli i jej wypadku oraz śpiączce, z której do dziś się nie obudziła, a także jego ucieczce do Hiszpanii...


Teraz patrzył na nią z rosnącym niepokojem. Po jej minie wnioskował, że jest zszokowana i był prawie pewny, że stracił tym szansę na związek z nią. Która dziewczyna chciałaby się związać z kimś takim, jak on? Jednak jednocześnie czuł wielką ulgę, wiedząc, że zna już jego najciemniejszy sekret. Jeśli teraz odejdzie, nie będzie miał jej tego za złe, bo sobie zasłużył na karę po tym, co zrobił Elli, ale jeśli nie... będzie podwójnie szczęśliwy. Wciąż na nią patrzył, tak intensywnie, że w końcu ich spojrzenia się spotkały.


-        Cóż Nicku, muszę przyznać, że zszokowała mnie twoja historia... Jakbym słyszała realistyczną wersję tamtego filmu... – odezwała się po długim milczeniu.


-        A nie mówiłem, że bezpowrotnie zmienisz o mnie zdanie? Nie zdziwię się, jeśli nie będziesz już chciała się ze mną spotykać, ale musiałem ci to opowiedzieć... – powiedział smutno, a ona lekko się uśmiechnęła.


-        Dobrze zrobiłeś. Tobie ulżyło, a ja poznałam twój sekret... – odparła poważnie – Jednak chyba muszę to wszystko jakoś poukładać i przemyśleć... Ta historia zbytnio mnie poruszyła, bym mogła teraz myśleć o czymś innym. – dodała szczerze.


-        Rozumiem. – westchnął ciężko, po czym odwiózł ją do domu.







[1] Muedril - nazwa miesiąca, odpowiadającego Majowi na Ziemi. (język egharski)



Aruell
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 49

sobota, 18.czerwca.2011, 00:01
Witam ;)

Przed Wami kolejny rozdział BM. ;) Mam nadzieję, że nie pogniewacie się, iż w całości poświęcony jest wątkowi w Egharii. ;P
Najistotniejszym fragmentem tego rozdziału jest, wbrew pozorom, sen Elli. Padnie tu imię Siriusa, o którym chyba już kiedyś wspominałam. Warto go sobie zapamiętać. ;)

Miłego czytania ;)

Pozdrawiam ;*

***

33 dzień cuadrilu 8976 roku, Egharia: Veolia – jaskinia góry Solios, noc


Ella i Alren odpoczęli przez chwilę, ale ponieważ Ren został uleczony, mogli wracać do Eolium. Wiedzieli, że i tak nie zasną w tym miejscu, więc on wyjął z kieszeni mały, biały kryształ, aby wezwać Slirena.


-        Wzywam cię, Erlesie, Slirenie Północy! – krzyknął i po chwili z kryształu wydobyło się światło.


Ella ze zdumieniem obserwowała, jak blask się formuje, przybierając materialne kształty i po chwili zobaczyła pięknego, białego konia z niebieską grzywą i ogonem oraz kryształem na czole. Miał też białe, lśniące oczy. Była nim zachwycona.


-        Jaki piękny! – zasłoniła usta z wrażenia.


-        To Sliren, gatunek latających koni. Są już prawie na wymarciu, dlatego kapłani wiążą ich dusze z magicznymi kamieniami. Dzięki temu wielokrotnie przedłużają im życie. Trącą jednak swą wolność i służą jako rumaki właścicielom jego kryształu, którzy mogą ich wzywać w dowolnej chwili. – wyjaśnił, a potem pomógł wsiąść Elli na konia.


-        Czy to znaczy, że zaraz wzbije się w powietrze? – wystraszyła się tego nieco, ale wtedy usiadł za nią i objął ją mocno.


-        Nie martw się, nie spadniesz. Już moja w tym głowa... – szepnął jej do ucha, po czym wyruszyli w podróż.


Sliren o imieniu Erles wzniósł się w powietrze i z niesamowitą prędkością przemieszczał się tuż nad fioletową wodą jeziora Liuma.




Egharia: Veolia – Eolium (Rezydencja Theliny), noc


Minęły ponad dwie godziny, gdy Ella i Ren wrócili bezpiecznie do rezydencji Theliny. Od razu powitał ich orszak kapłanek i Thelina.


-        Dzięki Bogu, nic wam nie jest! – ucieszyła się Arcykapłanka, chwytając Elllę za ręce – Choć z drugiej strony... Nie powinnam była się tak martwić, skoro to Alren wyruszył ci na ratunek. – uśmiechnęła się.


-        Dziękuję za troskę. – gdy tylko to powiedziała, Thelina pochyliła się w jej stronę.


-        Jesteś prawdziwą szczęściarą, Ello... Wiesz o tym? – szepnęła jej wesoło do ucha.


-        Nie rozumiem... – zdziwiła się.


-        A ja myślę, że rozumiesz. Sądzę, że nie jedna kobieta na tym świecie chciałaby mieć takiego obrońcę, jak Alren... – urwała, a ona się zarumieniła.


-        Co tam tak szepczecie? – rzekł podejrzliwie Ren, widząc znajomą reakcję Elli – Czyżbyście mnie obgadywały? – uniósł jedną brew do góry.


-        Nie, skądże. – zaśmiała się Arcykapłanka – A właśnie, zanim pójdziecie spać... Alrenie, nadal chcesz wyruszyć już jutro po ten minerał? Może powinieneś odpocząć jeden dzień po tej przygodzie? – spytała z troską.


-        Nie trzeba. – odparł błyskawicznie – Zbyt wiele zależy od powodzenia mojej misji, by to odkładać. – jego ton był zdecydowany.


-        Na pewno?


-        Tak. Czuje się dobrze. – uśmiechnął się lekko – Proszę się nie martwić. Wypełnię to zadanie.


Arcykapłanka odwzajemniła uśmiech, pożyczyła im dobrej nocy i odeszła, a oni wrócili do swej komnaty. Wspólnie postanowili wziąć kąpiel.


Ella była zmartwiona jutrzejszą podróżą Rena. To będzie pierwszy raz, odkąd przybyła do tego świata, kiedy będą tak daleko od siebie, przez ponad tydzień. Niby to nie było długo, ale nie mogła znieść myśli, że nie usłyszy jego głosu ani nie będzie mogła go dotknąć. Wtedy przypomniała sobie, że za niedługo rozstanie się z nim na zawsze, kiedy wróci na Ziemię. Wzdrygnęła się na samą myśl. Nie chciała wracać, ale wiedziała, że tak musi być. Poczuła, jak dopada ją wielki smutek i żal. Spojrzała na niego. Właśnie ściągnął tunikę. Nie mogła się powstrzymać i przytuliła się do jego pleców, od tyłu. Jego ciało było takie gorące.


-        Co się dzieje, Ello? – zdziwił się, czując, że lekko drży.


-        Nic... – szepnęła – Po prostu się boję.


Nic nie odpowiedział, tylko uwolnił się z jej uścisku i odwrócił się do niej przodem. Zarzucił ręcznik za nią i przyciągnął nim ją do siebie. Ujrzała jego błyszczące, zielone oczy i mimowolnie przełknęła ślinę.


-        Nie martw się... – rzekł cicho – Nic mi nie będzie. Uwierz we mnie...


-        Nie boje się o ciebie. – bąknęła – Tylko o siebie... Jak ja tu wytrzymam, bez ciebie... – powiedziała szczerze, patrząc mu w oczy.


Przez chwilę go zatkało, ale w sumie nie dziwiły go te słowa. Wiedział, jak bardzo go kochała, aż za dobrze i wciąż czuł się winny, że pozwolił, by tak się do niego przywiązała. Co to będzie, jak się już rozstaną na dobre? Najgorsze, że on sam też nie wiedział, jak to zniesie.


-        Dasz sobie radę, Ello. Jesteś silniejsza, niż myślisz. – uśmiechnął się do niej i ujął w dłonie jej twarz – Nie jestem ci do niczego potrzebny.


-        Mylisz się... – uroniła samotną łzę – Nawet nie wiesz, jak bardzo cię potrzebuję. – zbliżyła się i rozchyliła wargi, a on ją automatycznie pocałował.


Nie mógł się dłużej powstrzymywać. Nawet nie zauważyli, kiedy rozebrali się do końca i wylądowali w wannie, wypełnionej gorącą wodą. Całowali się namiętnie bez opamiętania, odrywając od siebie usta tylko po to, by nabrać powietrza. Byli rozpaleni, ale kiedy już mieli się połączyć, Alren przypomniał sobie nagle ostrzeżenie Theliny i gwałtownie zaprzestał pieszczot. Odsunął się od zdziwionej i podnieconej Elli, spuszczając głowę.


-        Nie możemy, Ello... – szepnął, próbując z całych sił nad sobą zapanować – Nie możemy już więcej tego zrobić. – rzekł znowu i wyszedł z wanny.


-        Dlaczego? – spytała zdziwiona i szybko poszła za nim do pokoju, jak tylko się powycierała.


Siedział na łóżku, owinięty tylko ręcznikiem, wokół pasa. Podeszła do niego powoli i niepewnie, usiadła obok niego i spojrzała pytająco w jego oczy. Wtedy on przekazał jej co do słowa to, co powiedziała mu Thelina i nagle zrozumiała. Na początku chciała się zbuntować, nakichać na to, ale dobrze wiedziała, że Ren miał rację. Jeśli już teraz tak za nim szaleje, to co będzie po kolejnym razie? Nawet nie potrafiła sobie tego wyobrazić, a przecież będą musieli się rozstać. Ta myśl ją prześladowała. Westchnęła więc ciężko i utkwiła wzrok w podłodze.


-        Rozumiem... – szepnęła, a on spojrzał na nią z bólem.


Tak bardzo by chciał ją znów mieć. Dla niego to również było trudne. Nie mógł dłużej patrzeć na jej smutną twarz i gwałtownie przytulił ją do siebie. Dziewczyna wtuliła się mocno w jego obnażoną pierś i milczała. Słowa były zbędne.


Niedługo potem oboje położyli się spać, zmęczeni przygodą z Ghinem i nadmiarem emocji.


***


Ella ocknęła się w pięknej, pałacowej komnacie, na szerokim łożu w tej samej, błękitnej sukni, co zawsze. Zajęło jej to chwilę, ale w końcu zrozumiała, że zapewne śni dalej swój odwieczny już sen. Wstała leniwie i rozejrzała się po przepięknej komnacie. Zauważyła, że znajduje się w niej wyjście na taras. Wyszła więc na zewnątrz i zamarła z wrażenia.


Przed nią rozciągał się teraz widok na panoramę jakiegoś dużego miasta za dość obszernym, zielonym gajem. Była noc, więc zobaczyła morze błękitnych światełek, które migocząc zdawały się czasami unosić ponad horyzont. Na czarnym niebie świeciły miliony lśniących gwiazd, nad którymi królował Srebrny Księżyc i ta dziwna planeta, którą już kiedyś widziała we śnie. Panowała zupełna cisza. Tylko ciepły wiatr od czasu do czasu wzburzał jej złote włosy. Dziewczyna oddała się kontemplacji tej chwili... Wtedy jednak usłyszała jakiś szelest wewnątrz budynku, który zwrócił jej uwagę.


Odważyła się wejść z powrotem do komnaty, a potem ją opuścić jedynymi drzwiami. Ku swemu zdumieni znalazła się  w tym samym holu pałacu, w którym kiedyś spotkała przystojnego bruneta o złotych oczach. Zrobiła kilka kroków i wtedy zauważyła go na szczycie wielkich schodów, które prowadziły do największych wrót w tym pomieszczeniu. Precz chwilę się zawahała, bojąc się, że znów ją zaatakuje, jednak ów mężczyzna powoli zszedł do niej na sam dół i ukłonił się lekko. Uspokoiła się nieco.


-        Witaj ponownie, pani... – rzekł uprzejmie – Czego sobie pani życzy? – spytał, a ona zastanawiała się chwilę.


-        Najpierw chciałabym wiedzieć, kim jesteś i dlaczego chciałeś mnie zabić? – odparła szczerze, a on westchnął.


-        Oczywiście. Nazywam się Sirius i stoję na straży tej bramy, którą widzisz, pani, na szczycie schodów. Nie mogę zdradzić ci swego pochodzenia, więc proszę nie pytaj o to... – mówił spokojnie – Proszę mi wybaczyć napaść, wykonywałem tylko swą pracę. Nie wiedziałem, że to ty, pani...


-        Sirius..., tak? – spojrzała mu w oczy – Jak to możliwe, że mi się śnisz, skoro cię nie znam? – naprawdę ją to nurtowało.


-        To nie powinno cię dziwić, pani. Skoro możesz śnić o tym miejscu, w którym nigdy nie byłaś, to o mnie również... – uśmiechnął się łagodnie.


-        No niby racja... Ale w takim razie, co to za miejsce i co ty tu robisz? Czemu pilnujesz tamtych bram? – zaczęła go zasypywać pytaniami.


-        Jesteś żądna wiedzy, pani...  – westchnął, opierając się o złotą poręcz schodów.


-        Nie mogę ci powiedzieć, co to za miejsce, ale mogę zapewnić, że istnieje ono w rzeczywistości i ja jestem w nim naprawdę, natomiast ty tylko o nim śnisz i pojawiasz się tu wyłącznie duszą, kiedy twe ciało zasypia... – wyjaśnił, zauważając jej rosnące zdumienie – A jestem tu z woli Najwyższego, aby dopilnować, by nikt nie przekroczył Wrót Przeznaczenia, nawet ty, pani...


-        Co takiego? – była w szoku – Ale jak to?


W tym momencie Ella zbudziła się i będąc wciąż pod wrażeniem snu, wyjrzała przez okno. Jeszcze nie nadszedł świt. Zerknęła więc na śpiącego obok niej Alrena i przytuliła się do niego. Nie mogła jednak zasnąć ponownie. Była zbyt przejęta tym, czego się dowiedziała... Czy to możliwe, że to, co jej się śni istnieje naprawdę?

Aruell
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 48

czwartek, 16.czerwca.2011, 00:04
Witajcie ;)

Dziś nie będzie długiej przedmowy. ;)
To jeden z przyjemniejszych rozdziałów. Mam nadzieję, że się ze mną zgodzice. ;)

Zapraszam więc i życzę miłego czytania. ;)

Ściskam Was magicznie ;*

***

Sobota, 2 stycznia 2012 roku, Ziemia: Londyn – bar „Night”, około 22:10


Thom kończył właśnie kolejnego drinka, siedząc przy barze i próbując utopić w alkoholu swoje problemy. Myślał o ślubie z Katy i o Mary na przemian. Nagle usłyszał za sobą kobiecy głos.


Spojrzał na nią bez cienia zainteresowania i jednym spojrzeniem zorientował się, kim, była.


-        Witaj, przystojniaku.... Chyba masz jakiś problem, może mogę jakoś pomóc? – spytała zalotnie się uśmiechając.


Przez chwilę patrzył na nią tępo, gdyż był już nieźle wstawiony, po czym stwierdził, że co mu szkodzi się trochę zabawić... W końcu i tak Mary już nie odzyska. za dobrze ją znał, by sądzić, że po tym ostatnim wyskoku mu wybaczy, a Katy... Nią się w ogóle nie przejmował. Nie znosił jej. Uśmiechnął się więc do prostytutki, wypijając ostatniego łyka drinka.


-        Dobra, chodźmy gdzieś... – odparł, ku jej zadowoleniu.


-        Oczywiście, skarbie...


Thom nie zdawał sobie nawet sprawy, że tutejsza barmanka była dobrą koleżanką Mary i obserwowała go uważnie, odkąd tylko wszedł do tego baru. Wiedziała bowiem, jak wyglądał. Na jej twarzy malował się teraz niesmak i wściekłość.


-        Mary, na litość...  Jak możesz się zadawać z takim dupkiem?! – syknęła sama do siebie, obiecując sobie, że  opowie jej o wszystkim, co widziała, jak tylko ją spotka.


***


33 dzień cuadrilu 8976 roku, Egharia: Veolia – jaskinia góry Solios, noc


Jego oczy świeciły, ale nie na zielono, jak zazwyczaj, tylko na błękitno. Ella też to zauważyła i poczuła ciarki na całym ciele. Alrena otoczyła bowiem świetlista zielono-błękitna aura magiczna. Złotowłosa nie mogła oprzeć się wrażeniu, że energia, którą emanował jest jej dziwnie bliska. Ghin zadrżał, czując tę moc. Nie mógł w to uwierzyć. Wiedział, co to za energia, ale przecież to było niemożliwe, by on był Miryoń... Nie mógł dokończyć tej myśli, bo wtedy jego moc odrzuciła go i ponownie uderzył w ścianę jaskini. Spojrzał na niego z lękiem.


-        Podobno magia tu nie działa! – krzyknął w desperacji, gdy Alren stał już tuż przed nim, z tym przerażającym spojrzeniem.


-        Powiedziałem, że nie działa tu zwykła magia. – rzekł rażąco niskim głosem – Nic nie wspominałem o niezwykłej, której zresztą zaraz zasmakujesz. – gdy dokończył te słowa, fala magii w kolorze morskim uderzyła w Ghina i wniknęła w jego ciało.


Nie minęło nawet kilka sekund, kiedy zaczął się on dusić. Moc Alrena bowiem uniemożliwiała mu oddychanie.


-        To niemożliwe... Ta moc... – zakaszlał – Ty nie możesz być... Nie...– nie dokończył, bowiem w tym momencie już umarł.


Dopiero, gdy opadł na ziemię, aura Rena zniknęła i poczuł dziwną niemoc. Domyślał się, że oprócz tego, że jest ranny, to jaskinia wysysa z niego życie. Nie zważał jednak na to i odwrócił się do Elli, która nie kryła przerażenia. Był przekonany, że to jego się wystraszyła. Przed chwilą był nieobliczalny i nawet on sam nie rozumiał tej dziwnej mocy, którą poczuł. To nie była jego normalna energia.


-        Ren! Nic ci nie jest? – ujrzał szczerą troskę w jej oczach i nagle wszelkie wątpliwości zniknęły.


-        Nie martw się, nie umrę od tego... – mruknął.


Nie. – pomyślał. Ona wcale się go nie bała. Poczuł nagle dziwne, wewnętrzne ciepło, widząc jej ufne i zmartwione spojrzenie. Tylko przy niej miał takie dziwne odczucia, zwłaszcza od jakiegoś czasu. Spuścił wzrok.


Po chwili jednak znów na nią spojrzał i serce mu się ścisnęło na widok jej drżącego, nagiego ciała, przywiązanego do słupa. Nie czekał już ani chwili dłużej i mimo bólu, jaki odczuwał, podszedł do niej, przeciął więzy i zdjął płaszcz.


-        Załóż to... Wiem, że jest zakrwawiony, ale nie możesz być bez niczego, bo zamarzniesz. – rzekł i jęknął, łapiąc się za ramię.


-        Ren! – krzyknęła, nawet nie zakładając płaszcza – Bardzo cię boli? – spojrzała mu w oczy, ze łzami. Poruszyło go to.


Podniósł płaszcz i sam go jej założył. Opatulił ją dokładnie i pozapinał wszystkie guziki w pośpiechu. Modlił się w duchu, by los oszczędził jej choroby, choć wątpił czy to możliwe.


-        Nie denerwuj się tak. Nie pierwszy raz jestem ranny... – rzekł łagodnie – Musisz się ogrzać. Rozpalmy ognisko poza jaskinią. Ona odbiera nam energię i w końcu zabije. Nie możemy tu zostać. – wyjaśnił.


Ella nie protestowała. Odnaleźli jeszcze tylko część jej rzeczy w jaskini, które zdjął z niej Ghin, a gdy się ubrała, opuścili jaskinię. Na zewnątrz, Alren od razu skierował się do pobliskiego lasu po drewno na opał, ale Ella go zatrzymała.


-        Dokąd to? – rzekła z wyrzutem – Ja poszukam drewna. Ty zostajesz tutaj. Musisz oszczędzać siły! – krzyknęła.


-        Oszalałaś? – syknął zdumiony – Wiesz, jak niebezpieczny jest ten las? – protestował.


-        Pójdę tam, czy tego chcesz, czy nie! – powiedziała zdecydowanie – A ty zostajesz tutaj. Koniec, kropka. – Alren mało nie przewrócił się z wrażenia, widząc to zdecydowanie w jej oczach i słysząc taki ton.


-        Co ci się stało, Ello? – spytał zdziwiony, z nutką rozbawienia w głosie.


-        Nic. Po prostu... – odwróciła wzrok i potrząsnęła głową, by odpędzić tamto okropne wspomnienie – Nie chcę cię znów widzieć w takim stanie, jak w Lesie Sverse... Nigdy więcej. – spojrzała na niego z bólem i pobiegła do lasu, zostawiając go w kompletnym szoku.


***


Ziemia, samolot, około 23:20


Mary i David nie rozmawiali od tamtej pory. Mary się wypłakała, a on cierpliwie to przeczekał. Nie mieli za bardzo czasu na coś więcej, bo tej nocy musieli wrócić do Londynu. Skończyła się już sielanka...


Siedzieli właśnie w samolocie i lecieli z powrotem do Anglii. Dziewczyna była tak zmęczona, ze zasnęła obok Davida, który nie mógł spać z nadmiaru emocji i myśli, kłębiących się w jego głowie. Nagle zauważył, że opiera się o jego ramię i zadrżał, gdy ujrzał, jak blisko jest jej twarz.


Zrobiło się mu gorąco i wystraszył się własnych myśli. Chciał ją bowiem pocałować, jak nie jeden raz wcześniej... Tylko, że nigdy nie zdobył się na odwagę... Jednak dziś miał wielką ochotę zwalczyć w sobie to tchórzostwo i zaryzykować. Przełknął więc ślinę i zarumienił się. Serce mu przyspieszyło, zawahał się kilka razy, ale w końcu dotknął wargami jej ust i złożył na nich bardzo delikatny, słodki pocałunek. Od razu zapragnął więcej, ale pohamował się, nie chcąc jej zbudzić.


Po chwili cofnął się, czując się wspaniale. Nie tylko dlatego, że jej usta były niesamowite, ale również dlatego, że pokonał strach i zrobił to, na co miał ochotę. Był z siebie dumny, choć to nie było nic wielkiego. W końcu odwrócił głowę i zamknął oczy, przywracając we wspomnieniach uczucie sprzed chwili w nieskończoność.


Nie zdawał sobie sprawy, że Mary już nie spała, gdyż jego pocałunek ją obudził. Otworzyła ostrożnie oczy i uroniła kilka smutnych łez, po czym znów je zamknęła, by tego nie zauważył i usiłowała jakoś zasnąć.


***


Egharia: Veolia – jaskinia góry Solios, noc


Minęło kilkanaście minut. Ella dość szybko wróciła z lasu. Na szczęście nie musiała szukać spróchniałych gałęzi za daleko. Ren rozpalił ogień, a ona go pilnowała. Milczeli jednak od jej powrotu.


Ella była zbyt zmieszana swoim zachowaniem i silnymi emocjami, które czuła w jego obecności. Alren natomiast obserwował ją z mieszanką podziwu i rozbawienia. W końcu dziewczyna przerwała to nieznośne milczenie, wlepiając wzrok w jego ranę.


-        Dlaczego sobie tego jeszcze nie uleczyłeś? – spytała z troską.


-        Muszę poczekać, aż odzyskam trochę więcej magicznej mocy... – odparł cicho.


Podeszła do niego i delikatnie dotknęła rany. Dojrzał w jej oczach tajemniczy blask i zatroskanie. Z jakiegoś powodu serce mu przyspieszyło i odwrócił wzrok, czując, że za chwilę się znów zarumieni, a nie chciał by to zauważyła.


-        Chciałabym mieć magiczną moc... – westchnęła zamykając oczy – Mogłabym ci wtedy pomóc... – tylko to powiedziała, a jej bransoleta zalśniła.


Zaraz potem z jej dłoni wydobyło się jasne, błękitne światło, które uleczyło ranę Alrena. Chwilę później Ella ze zdumieniem patrzyła na całkowicie zdrowe ramię mężczyzny, a on lekko się uśmiechnął. Wiedział, dlaczego się tak stało.


-        Moja droga, nawet nie zdajesz sobie sprawy z tego, jak wielką moc posiadasz... – rzekł tajemniczo – Dziękuję. – dodał jeszcze, wprawiając ją w zakłopotanie.


Zarumieniła się nagle i spuściła wzrok. Serce biło jej tak szybko. Co się ze mną dzieje? – pomyślała. Już chciała coś powiedzieć, kiedy Alren chwycił jej dłoń i położył na niej srebrną obrączkę. Zdziwiła się nie lada.


-        Załóż to, Ello. – rzekł łagodnie.


-        Co to jest?


-        Dzięki temu, nie będę znał twoich myśli i uczuć. – wyjaśnił i wskazał na swój palec – Widzisz? Mam taką samą. To dlatego nie wiesz, o czym teraz myślę. – uśmiechnął się do niej.


-        Ach! Więc to dlatego! – w końcu zrozumiała – Już się martwiłam, że coś jest nie tak, odkąd wyszedłeś do Theliny. – zamyśliła się i wpatrywała w ładny przedmiot.


Alren widząc, że nadal wciąż tylko się przygląda błyskotce, wziął ją z powrotem, ujął jej lewą dłoń i wsunął obrączkę na jej serdeczny palec.


Ella nie potrafiła powstrzymać rumieńców. Jej serce nie pozostało obojętne na ten gest. To przecież tak łudząco przypominało... Nie miała odwagi dokończyć tej myśli. Nigdy, nawet w najśmielszych marzeniach, nie ośmieliła się pomyśleć o ślubie z tym mężczyzną. To było po prostu niemożliwe...


Ren dostrzegł jej minę i słyszał jej mocno bijące serce. Zaśmiał się. Nawet teraz, kiedy nie słyszał już jej myśli, wiedział doskonale, o czym myślała. Uśmiechnął się do niej ciepło i położył dłoń na jej policzku. Spojrzała na niego i zatonęła ponownie w zieleni jego oczu.


-        No to jesteśmy już małżeństwem... – uśmiechnął się szeroko, a ona spłonęła rumieńcem.


-        Nie żartuj tak... – zmieszana chciała odejść, ale chwycił ją za ręce i przyciągnął blisko siebie.


-        A dlaczego nie? – droczył się dalej, szepcząc jej do ucha z rozbawieniem – Nie chciałabyś mieć mnie za męża? – mruknął z uśmiechem.


-        Ren, proszę... – przełknęła ślinę, jego bliskość zbyt silnie na nią działała.


W końcu nie wytrzymała jego spojrzenia i wpiła się w jego usta. Objęła go mocno, jakby się bała, że ją odepchnie. Jednak on odwzajemnił jej pocałunek i to jeszcze bardziej żarliwe niż ona, odbierając jej oddech. Po chwili więc oderwała się od niego, nerwowo nabierając powietrza. Spojrzała mu w oczy.


-        Cholera! Oszaleję przez ciebie... – burknęła rozpalona, a on się roześmiał.


-        Tak? A mnie się wydaje, że już dawno oszalałaś na moim punkcie. – rzekł z przekąsem i uśmiechnął się do niej diabelsko.

Aruell
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 47

wtorek, 14.czerwca.2011, 00:10
Witajcie ;)

Oto kolejny rozdział. ;) Zrobi się ciut niebezpiecznie, więc przed nami mała akcja, której kontynuacja bedzie już w czwartek ;)
Dla rozluźnienia spokojna scenka z Nickiem i Carmen. ;)

Załączam też rysunek Davida, którego daaawno nie rysowałam, więc należało mu się, zwłaszcza, że jego rola w opowiadaniu wciąż rośnie. ;)
(Neptune pewnie się ucieszy ;P Wiem, że b. lubi Dava - ja też, ale dla mnie Ren to Ren i kropka... ;3 )


Miłego czytania i czekam na wrażenia ;)

Pozdrawiam ;*

***

33 dzień cuadrilu 8976 roku, Egharia: Veolia – Eolium (Rezydencja Theliny), południe

Alren i Thelina oraz cały orszak kapłanek przeszukali teren świątynny bardzo dokładnie, ale nigdzie jej nie mogli znaleźć. Mężczyzna był przerażony. Nie słyszał jej myśli ani uczuć, a to znaczyło, że albo śpi albo jest nieprzytomna. Martwił się. Przeczuwał, że stało się coś złego. W końcu bezradnie usiadł na kanapie w ich komnacie i złapał się za głowę.


-        Uspokój się, Alrenie. Na pewno nic jej nie jest. – mówiła równie zdenerwowana Thelina – Znajdziemy ją...


-        Pani! – do komnaty wbiegła zasapana kapłanka.


-        Co jest?


-        Przyszedł list, adresowany do pana Alrena. – podała jej kopertę.


-        List? – zdziwiła się Arcykapłanka i wtedy Alren niemal wyrwał go jej z ręki.


Rozerwał kopertę i przeczytał w pośpiechu zawartość listu. Thelina obserwowała jego reakcje. Najpierw był zaskoczony, potem przerażony, a na końcu – wściekły. Gdy skończył czytać, rzucił list na fotel i gwałtownie wstał z zamiarem wyjścia.


-        Dokąd idziesz? – zdenerwowała się, a on odwrócił się do niej na chwilę.


-        Uratować Ellę. – spojrzał na nią tak lodowatym spojrzeniem, że zamarła.


-        Co tam było napisane? – spytała ostrożnie.


-        Ghin porwał Ellę do jaskini góry Solios. Grozi jej śmiercią, jeśli się tam nie zjawię. Mam być sam. – wyjaśnił, a w jego glosie było słychać nienawiść.


-        Kim jest ten Ghin?


-        Kapitanem Cehronów. Dostał polecenie zabicia mnie. – burknął – Raz już próbował... Ale tym razem przegiął. Nie wybaczę nikomu, kto ośmieli się skrzywdzić Ellę! – wrzasnął tak groźnie, że nawet ona – wielka Arcykapłanka – się go wystraszyła.


-        Spokojnie! Nie możesz tam iść sam... Weź ze sobą moich ludzi. – wiedziała, że działa pod wpływem impulsu.


-        Nie! – rzekł to tak dobitnie, że aż podskoczyła, a potem spojrzał jej w oczy – Nie będę ryzykował życia Elli. Sam sobie z nim poradzę. Wierz mi, długo nie pożyje! – syknął.


-        Nie bądź nierozważny! Wiesz przecież, że to pułapka... – złapała go zdecydowanie za rękę – Ta jaskinia jest bardzo niebezpieczna!


-        Jak to? – zdziwił się, nie znał tego miejsca zbyt dobrze.


-        Ściany tej jaskini pochłaniają magiczną moc. Wyczerpią ją, aż doprowadzą do tego, że zaśniesz i więcej się nie obudzisz! Nie wolno przebywać tam zbyt długo. Maksymalnie dobę, pamiętaj! Nie można tam też używać zwykłej magii, bo nie zadziała...  – ostrzegła go wiedząc, że on i tak tam pójdzie.


-        Dzięki za ostrzeżenie. Załatwię go szybko. Jeśli nie będę mógł używać zwykłej magii, użyję niezwykłej. – odparł aż nazbyt pewnie i chwycił swój miecz, przypinając go do pasa – A jeśli w ogóle nie będę mógł używać magii, zabiję go mieczem lub nawet gołymi rękami, jeśli zajdzie taka potrzeba! Jednego możesz być pewna, pani. Uratuję Ellę. – zobaczyła w jego oczach niezwykłą determinację i wielki gniew. Musiała przyznać, że budził strach.


-        Alrenie... – spojrzała na niego błagalnie.


-        Nie martw się. Poradzę sobie. – rzekł jeszcze, po czym podszedł do okna.


-        Co robisz? – zdziwiła się i nagle się domyśliła – Nie używaj lewitacji. Weź Slirena ze sobą. Dzięki temu dotrzesz tam zaledwie w godzinę... Dostaniesz go na dole. – rzekła rzeczowo.


Alren spojrzał na nią już spokojniejszy, skinął głową z wdzięcznością, po czym wybiegł z komnaty, jak szalony.


Arcykapłanka bezradnie opadła na kanapę i westchnęła. Jaki on jest impulsywny! – pomyślała. Jednak po chwili uśmiechnęła się do siebie. Wiedziała, że jego zachowanie jest najlepszym dowodem na to, jak bardzo zależy mu na tej dziewczynie, choć on sam chyba jeszcze sobie tego nie uświadomił.


***


Sobota, 2 stycznia 2012 roku, Ziemia: Madryt – okolice klubu „Deseo”, około 21:00


Nick spotkał się z Carmen, odzyskał koszulę oraz zapisał się do jej szkoły tańca na kurs początkujący. Był tym bardzo podekscytowany, co nie uszło uwadze Carmen. Kiedy więc znów ją odprowadzał do domu, zagadnęła do niego.


-        Powiedz mi, Nicku...  Zapisałeś się na ten kurs, bo chcesz się nauczyć tańczyć, czy aby na mnie popatrzeć? – wypaliła, a on się zarumienił. Była taka bezpośrednia.


-        Szczerze? Jedno i drugie... – odparł z uśmiechem i spojrzał w jej oczy. Ujrzała wtedy jego szczerość.


-        W takim razie rozczarujesz się, bo ja nie uczę początkujących, tylko zaawansowanych i pary zawodowe. – zaśmiała się – Będziesz miał zajęcia z moim kolegą po fachu – Jose. – wyjaśniła.


-        Nie szkodzi, naprawdę chcę nauczyć się tańczyć... Oczarowały mnie te gorące rytmy, gdy tylko wszedłem do tego klubu, a gdy zobaczyłem ciebie i Alejandro, to już w ogóle... – wyznał, a ona się uśmiechnęła. Wiedziała, że mówi prawdę.


-        Cieszę się. – rzekła, zatrzymując się przed swoim domem – Pora się pożegnać.


-        Zanim pójdziesz, Carmen... – zawahał się – Czy... Czy dałabyś się namówić na kolację... Na przykład jutro? – był tak stremowany, że mówił z przerwami, co rozbawiło Carmen.


-        No i co się tak denerwujesz? – zawstydził się, słysząc te słowa – Bardzo chętnie, Nicku. O 20:00? – spytała z zalotnym spojrzeniem, a on miał wrażenie, że zaraz mu serce wyskoczy z radości.


-        O 20:00. – odparł, po czym Carmen posłała mu ostatni uśmiech i weszła do domu, zostawiając go na zewnątrz, w euforycznym stanie.


***


Egharia: Veolia – jaskinia góry Solios, późne popołudnie


Kiedy Ella otworzyła oczy, pierwsze co poczuła, to zimno, które wręcz przenikało jej ciało. W tym momencie zorientowała się, że jest naga i przywiązana do słupa skalnego w jakiejś jaskini. Rozejrzała się nerwowo.


Ściany były jasno błękitne i zdawały się świecić. Miała wrażenie, że słabnie od samego patrzenia na nie. Było jasno, gdyż światło, którym emanowała jaskinia, było silne. Nie mogła jednak o tym dłużej myśleć, bo drżała z zimna. Była przerażona. Nie wiedziała, jak tu się znalazła i co się stało. Nagle tuż przed nią pojawił się Ghin. Rozpoznała go i wszystko stało się jasne.


-        To ty... – spojrzała na niego z nienawiścią w oczach – To ty nas napadłeś w Lesie Sverse!


-        Tak, moja droga. Tym razem nie popełnię tego samego błędu i załatwię go osobiście. – zaśmiał się.


-        Kogo? Alrena? – ironizowała – Chyba śnisz...


-        O? – zdumiał się – Sądzisz, że sobie z nim nie poradzę?


-        Ja nie sądzę... Ja to wiem! – warknęła na niego.


-        Mylisz się moja droga. Nie boję się go. – rzucił sucho.


-        Gdybyś się go nie bał, nie byłoby mnie tutaj! Jesteś zwykłym tchórzem. Wiesz, że nie masz z nim szans, dlatego mnie porwałeś. Potrzebujesz przynęty oraz tarczy, by walczyć z Alrenem. – zakpiła z niego – Ale wiedz, że taka prymitywna sztuczka nie niego nie zadziała.


-        Nie ufasz mu aby za bardzo, złotko? – zadrwił z niej – Co ty o nim wiesz?


-        Wiem o nim wystarczająco dużo. Ufam mu bezgranicznie. – rzekła mu prosto w oczy tak pewnie, aż zadrżał.


Jej siła i pewność siebie zdumiała go. Spodziewał się słabej i delikatnej dziewczyny, która będzie krzyczeć i płakać, a nie pyskatej i nie okazującej strachu kobiety. Takie wrażenie wywarła na nim w tamtym lesie. Nie mógł uwierzyć, że się zmieniła w tak krótkim czasie. A może wcale się nie zmieniła, tylko po prostu przy Alrenie jest inna.


-        Powiedz mi, jak się nazywasz? – zainteresował się nagle.


-        Nie jesteś godzien, by poznać moje imię. – syknęła.


-        Na twoim miejscu byłbym grzeczniejszy... – spojrzał pożądliwie na jej obnażone i seksowne ciało, a ona przełknęła ślinę.


-        Nie boję się ciebie! Nic mi nie zrobisz, draniu.


-        Nie byłbym tego taki pewien. Muszę przyznać, że ten gnojek ma niezły gust. – skomentował – Mam pomysł... Będziesz moją nagrodą po wykonaniu zadania – mruknął, podchodząc bardzo blisko niej.


-        Nie masz z nim szans. – odwróciła głowę, ale chwycił ją za podbródek i zmusił, by na niego spojrzała.


-        To się jeszcze okaże. – zaśmiał się – Alren dzisiaj przestanie istnieć, a ty złotko, lepiej się przygotuj. Po wszystkim, ostro się zabawimy...


-        Nigdy! – warknęła, a on się wściekł i zamachnął, by ją uderzyć, ale wtedy wyczuł potężną aurę magiczną.


Nie zdążył nawet mrugnąć okiem, kiedy poczuł silny uścisk na ręce, którą chciał uderzyć Ellę. Z przerażeniem rozpoznał obok siebie Alrena, trzymającego jego nadgarstek. Nie wiedział, jakim cudem nie zauważył, kiedy i jak on się tu znalazł. Poza tym, gdy ujrzał jego nienawistne spojrzenie i lśniące zielenią oczy, zalał go zimny pot.


Alren zamachnął się i po chwili Ghin z impetem uderzył w ścianę jaskini. Dało się słyszeć tylko jego cichy jęk. Łowca Dusz natomiast stał niewzruszony i patrzył na niego z góry. Nawet nie zerknął na Ellę, był zbytnio pochłonięty chęcią załatwienia tego drania.


-        Ty gnojku! – syknął Ghin i chciał rzucić na niego kilka zaklęć, ale niestety żadne nie zadziałało. Spojrzał na niego z lękiem.


-        Nie sądziłem, że jesteś na tyle głupi, by szykować zasadzkę w miejscu, którego nie znasz. – zadrwił z niego, z diabelskim uśmiechem – Tutaj zwykła magia nie działa. – wyjaśnił, wyjmując swój miecz.


-        Co takiego? – przeraził się. Jak mógł być taki nieostrożny? Myślał, że to zwykła jaskinia.


-        I co teraz zrobisz, tchórzu? – spytał ostro.


Ghin przez chwilę myślał, że już po nim, ale nagle postanowił się nie poddawać. Przypomniał sobie, że i tak zginie, jeśli nie wykona misji. Rzucił się na Alrena z ostrzem, jakby chciał z nim walczyć na miecze, ale chodziło o zbliżenie się do Elli. Gdy tylko był dostatecznie blisko, zaatakował ją, wiedząc, że Alren będzie chciał ją zasłonić. Taki miał plan, jedyną deskę ratunku. Nie pomylił się.


Alren, kierowany impulsem, zasłonił Ellę. Nie miał już niestety czasu, by zablokować atak, więc miecz Ghina przebił jego ramię na wylot. Syknął z bólu, a zadowolony Ghin cofnął się i zaniósł szyderczym śmiechem.


-        A nie mówiłem, kobieto? – krzyknął do niej – To było dziecinnie proste. Twój idealny obrońca ma jedną, poważną wadę... Ciebie! – rzekł dobitnie patrząc Elli w oczy.


-        Zamknij się! – wrzasnęła Ella i po chwili powiedziała do pochylonego przed nią mężczyzny – Ren... W porządku?


-        Tak naprawdę jesteś słaby! Stałeś się słaby, kiedy uzależniłeś się od życia tej dziwki! – szydził z niego i szykował się do kolejnego ciosu.


-        Tak sądzisz? – zarówno Ella jak i Ghin zamarli, słysząc ton głosu, jakim Ren wypowiedział te słowa – Naprawdę myślisz, że znasz mój słaby punkt? – w tym momencie podniósł, spuszczoną do tej pory, głowę i na niego spojrzał, a Ghin zadrżał ze strachu.



_________________________________________________________________


Adres większego obrazka: http://img535.imageshack.us/img535/4996/david2u.jpg

Aruell
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 46

niedziela, 12.czerwca.2011, 14:24
Witam ;)

Ponieważ Neptune tak ładnie poprosiła, a ja mam spory zapas tego opowiadania, to wrzucam dziś BONUS BM ;)
W tym rozdziale skończy się rozmowa Rena i Theliny, pojawi się zapowiedź dalszej akcji i smutna scenka Davida i Mary ;)

Miłego czytania ;*

Pozdrawiam ;)

***

33 dzień cuadrilu 8976 roku, Egharia: Veolia – Eolium (Rezydencja Theliny – komnata Arcykapłanki), około południa


Ren miał już sieczkę zamiast mózgu. To, czego się dowiedział, przytłoczyło go. Jednak nie mógł przerwać tej rozmowy, była zbyt ważna. Musiał poznać całą prawdę.


-        Dlaczego sugerujesz, Arcykapłanko, że to nie był przypadek, iż to właśnie na mnie trafiła Ella?


-        Mój drogi, czy wiesz może skąd pochodzi ród Heryonów – Łowców Dusz? – spytała nagle, deorientując go.


-        Nie. Pochodzenie mojego rodu jest nieznane... – odparł zdziwiony – Dlaczego o to pytasz, pani?


-        Ponieważ chcę ci powiedzieć prawdę o pochodzeniu twego ludu. – uśmiechnęła się.


-        Chcesz powiedzieć, że wiesz...? – był w szoku.


-        Tak, Alrenie. Tę tajemnicę znają wszystkie Arcykapłanki w Egharii i nie zdradzają jej bez powodu, zważywszy na prawo i obsesję Cehronów. – rzekła poważnie – Heryoni powstali w wyniku połączenia Miryończyków i Egharczyków.


-        C-co takiego? – Alren gwałtownie wstał z wrażenia, po czym opadł ciężko na krzesło z powrotem, patrząc na nią wystraszonym wzrokiem – Sugerujesz, że jestem w połowie Miryończykiem?


-        Tak. Jak zapewne wiesz, małżeństwa i w ogóle związki między mieszkańcami Egharii i Miryonu były zakazane, ale w praktyce się to nie sprawdzało. Byli ludzie, którzy łamali to prawo i zawierali takie związki. Ich dzieci zapoczątkowały linię rodu Heryonów – Łowców Dusz.  – tłumaczyła ze spokojem – To dlatego lud ten miał taką unikalną moc i niezwykłe umiejętności. Innymi słowy, jesteś tak potężny, bo w twoich żyłach płynie również krew Miryończyków.


-        Niemożliwe... – głos mu zadrżał.


-        Taka jest prawda. Zapewne z tego powodu, od dawna interesujesz się Miryonem. Ciągnie cię do niego, bo jesteś z nim związany. – tłumaczyła dalej – Cehroni też chcą cię zabić z tego powodu właśnie. Nie chodzi im o to, że łamiesz tamto prawo, tylko o to, kim jesteś. Boją się ciebie i mocy, która w tobie drzemie, zwłaszcza tej, której jeszcze nie odkryłeś... Inaczej nie byliby tacy zawzięci i nie upieraliby się przy karze śmierci. – dodała, obserwując jego reakcje.


Był tak zaskoczony, że nie miał sił się nawet odezwać. Nie musiał już o nic ją pytać, sama bowiem powiedziała mu znacznie więcej, niż chciał wiedzieć, a teraz zastanawiał się, czy o to mu właśnie chodziło? Może lepiej by było, gdyby nie wiedział tego wszystkiego? Ale teraz było już za późno...


-        Do czego jednak zmierzam... – kontynuowała – Możliwe, że Ella spadła akurat na ciebie, bo w twoich żyłach też płynie miryońska krew. To nic, że twoja jest mieszana, a jej czysta i tak przyciągacie się wzajemnie. To raczej nie był przypadek. Jesteś prawdopodobnie ostatnią osobą w Egharii o takim pochodzeniu i ona cię odnalazła, choć pewnie nie jest tego świadoma. To musiało być przeznaczenie... albo ingerencja boska.  – wyznała szczerze i uśmiechnęła się do niego, jednak Alren był zbyt zaskoczony, by jakoś zareagować. Już nic do niego nie docierało.


-        To niemożliwe... To jakiś koszmar! – złapał się za głowę – To nie może być rzeczywistość... – kręcił głową, kompletnie zszokowany.


***


Egharia: Veolia – Eolium (Rezydencja Theliny – komnata dla gości), przed południem


Ella nie mogła uspokoić się odkąd Alren wyszedł na rozmowę z Theliną, zwłaszcza, że straciła możliwość widzenia jego myśli. Nie rozumiała tego. Podświadomie czuła, że coś się wydarzyło lub dopiero wydarzy. Chodziła po pokoju, zaniepokojona, kiedy nagle przez okno wleciała latająca, złota kula.


Z początku Ellla była zdziwiona, ale potem kulka ją zauroczyła tak bardzo, że zapragnęła jej dotknąć. Dziewczyna nie wiedziała, że stało się tak za sprawą magii. Gdy jej dłoń zetknęła się z magiczną kulą, oślepił ją złoty blask, który po chwili uwięził ją wewnątrz tej kulki. Nie mogła już o tym wiedzieć, ale owa kula wyleciała przez okno z powrotem i zmierzała niezauważenie do maga, który ją wezwał.


***

Egharia: Veolia – Eolium (Rezydencja Theliny – komnata Arcykapłanki), południe


Alren i Thelina zrobili krótką przerwę, by wypić herbaty. Porządkował myśli i informacje, których było naprawdę sporo, aż nagle go olśniło. Przyszła mu do głowy pewna myśl i nie dawała spokoju.


-        Arcykapłanko! – niemal krzyknął – Musimy jak najszybciej odesłać Ellę na Ziemię! – wypalił, nieco ją zaskakując.


-        Spokojnie, przecież ją odeślemy. – zdziwiła się jego wybuchem.


-        Musi się udać. Jeśli ona tu zostanie, będzie jej groziło śmiertelne niebezpieczeństwo! – miał strach w oczach, a ona dopiero wtedy zrozumiała, o co mu chodzi – Wszyscy na tym świecie będą chcieli ją zabić. Jeśli tak polują na takiego mieszańca jak ja, to co zrobią pełnokrwistej Miryonce? – nie mógł się uspokoić.


-        Alrenie... Opanuj się. – uspokajała go – Elli nic nie będzie. Wróci na Ziemię, gdzie jest jej prawdziwe ciało, bez względu na to, co ją tu ściągnęło. Będzie tam bezpieczna. – zapewniła.


-        Nie uspokoję się, dopóki ona nie wróci do domu... – czuł, że drży. Sam był zaskoczony swą reakcją, ale nie dbał o to – Muszę się przygotować do podróży i jak najszybciej zdobyć mear... – powiedział właściwie do siebie.


-        Tak zrobisz, ale pamiętaj... Nie mów Elli o tym, co ci powiedziałam. – rzekła poważnie, wprawiając go w zdumienie – Nie bez powodu wezwałam na rozmowę tylko ciebie.


-        Jak to? Przecież nie mogę tego wszystkiego przed nią zataić! To zbyt ważne!– zdenerwował się.


-        Uspokój się! – krzyknęła, a on przypomniał sobie, z kim rozmawia i spokorniał – Jak myślisz, co zrobi, gdy się dowie prawdy? Jak będzie mogła z tym żyć na Ziemi? I tak będzie jej ciężko zapomnieć o tym, co tu przeżyła. Nie wyobrażam sobie, co by było, gdyby poznała jeszcze tę prawdę. Lepiej dla niej będzie, jeśli zataisz przed nią jej tożsamość, zaufaj mi. Wiem, co mówię.


-        Może rzeczywiście...? – zastanawiał się -  Może będzie bezpieczniejsza. Poza tym ja sam jestem zagubiony, wiedząc to wszystko, a co dopiero ona...


-        Wierz mi, Alrenie. Przemyślałam to. Gdyby Ella tu została, miałoby to sens. Jeśli jednak ma wrócić, a tak właśnie być powinno, lepiej dla niej będzie żyć w niewiedzy. Zgadzasz się ze mną? – spytała poważnie.


-        Tak... Masz rację. Nic jej nie powiem, choć nie do końca mi się to podoba. – wyznał – Jednak zrobię to dla jej dobra. – obiecał po namyśle.


-        W porządku. Na tym zakończmy tę rozmowę. Jak na jeden raz to i tak było za dużo, jednak czas nas goni i nie mogliśmy tego rozłożyć... – westchnęła.


-        Nie... – pokiwał  głową – Dziękuję za wszystko, co mi powiedziałaś, pani. – ukłonił się i zamierzał już wyjść, ale wtedy Thelinie się coś przypomniało.


-        Ach! Zaczekaj, zapomniałam wspomnieć o jednej, ważnej rzeczy... – westchnęła, a on spojrzał na nią zdumiony – Nie kochaj się więcej z Ellą, jeśli nie chcesz pogłębić waszej „więzi dusz”.


-        Co? – nie dotarło do niego.


-        Z każdym stosunkiem wasza więź będzie większa, aż osiągnie stan, w którym nie będziecie mogli bez siebie żyć. Rozumiesz, co mam na myśli? Jeśli macie żyć w dwóch, różnych światach, lepiej będzie jeśli pozostawicie waszą więź w fazie początkowej, jak teraz. – wyjaśniła – Nie będę wam mówić, co macie robić. To tylko ostrzeżenie, żebyście wiedzieli, jakie będą tego skutki. – dodała.


-        Rozumiem... Dziękuję za radę i ostrzeżenie. – rzekł jeszcze i już chciał wyjść, by ochłonąć, kiedy do komnaty dosłownie wpadły dwie, wystraszone kapłanki.


-        Co to ma znaczyć? – zdenerwowała się Thelina.


-        Wybacz pani, ale stało się coś strasznego! – mówiły zdyszane – Panienka Ella zniknęła!


-        Co takiego?! – przeraziła się Thelina, a Alren zamarł w bezruchu.


***


Sobota, 2 stycznia 2012 roku, Ziemia: Szwajcaria – góry, około 18:00


David i Mary byli już w domku i rozebrali się. Dziewczyna usiadła na sofie, pocierając rękoma, by je ogrzać, a on poszedł po apteczkę. Po chwili wrócił, usiadł obok niej.


-        Zdejmij tę bluzkę. – rzekł łagodnie, a ona drgnęła i nagle nie wiedzieć czemu zawstydziła się – Co? Wstydzisz się mnie? – zdziwił się.


-        Nie.. To nie to... – nie mogła mu jednak powiedzieć, że czuła się nieczysta i nie chciała, by ją taką widział.


-        No to chociaż podwiń porządnie rękaw. – westchnął.


Mary zrobiła, jak poprosił i wtedy zajął się odkażaniem rany. Był delikatny, ale Mary i tak siedziała, jak na szpilkach. Nie rozumiała dreszczy na całym ciele, które czuła, gdy dotykał ją ostrożnie opuszkami palców wokół zranienia. Był taki ciepły i czuły. Przełknęła ślinę. Co się ze mną dzieje? – pomyślała. Spojrzała na jego skupioną twarz, gdy opatrywał jej rękę i poczuła, że się rumieni. Odwróciła głowę, speszona swoimi emocjami.


Przecież to ten sam David, co zawsze! Mój przyjaciel! Dlaczego odczuwam takie dziwne emocje? – głowiła się. Nie chciała dopuścić do swej świadomości, że po ostatnich wydarzeniach, zaczęła inaczej patrzeć na delikatnego i opiekuńczego Davida, który nawet w takiej sytuacji, jaka teraz miała u niej miejsce, nie szczędził jej uśmiechu. Zaczęła doceniać jego spokój i opanowanie, które kiedyś uważała za nudne. Jej myśli znów wróciły do Thoma...


Był intrygujący i namiętny, pewny siebie, więc wydawał jej się atrakcyjny, ale teraz zrozumiała, że przy Davidzie – był zerem. Nieodpowiedzialnym, egoistycznym dupkiem! Tylko co z tego, że teraz to wiedziała? Czasu już nie cofnie... Straciła dziewictwo z takim idiotą, przez własną głupotę, zaślepienie i nawet tego nie pamięta. W dodatku to podejrzenie ciąży... Nie mogła tego sprawdzić już teraz, bo test ciążowy mógł być wiarygodny dopiero za kilka dni. Poczuła się okropnie...


Znów spojrzała na Davida, który kończył już zakładać opatrunek i łzy same napłynęły jej do oczu. Miała pod nosem takiego wspaniałego człowieka, który ją ubóstwiał, kochał i nie widział poza nią świata. Nigdy w życiu by jej skrzywdził, nie mówiąc już o odpowiedzialności, która była jego główną zaletą. Zawsze przy niej był i pomagał w trudnych chwilach, także wtedy gdy przezywała pierwszy zawód miłosny z Thomem. Teraz było tak samo, choć sytuacja była znacznie gorsza. Nie krzyczał, nie winił, tylko otoczył opieką... Jego dobroć była dla niej jeszcze gorsza do zniesienia, niż jakakolwiek forma agresji...


Dlaczego nie dostrzegła wcześniej, jak wspaniałą jest osobą? Dlaczego nie widziała w nim nikogo więcej oprócz przyjaciela? Dlaczego wybrała Thoma? Poczuła się jeszcze gorzej, niczym upadły anioł, który już nigdy nie będzie mógł wrócić do nieba.


-        Nie płacz już... – usłyszała niespodziewanie i spojrzała mu w oczy, które wyrażały mieszankę bólu i troski – Nie cofniesz czasu... – rzekł poważnie.


David zdawał się wiedzieć, o czym myślała, co zobaczyła w jego spojrzeniu i rozkleiła się totalnie. Zasłoniła twarz obiema rękoma i zaniosła się szlochem nad własną głupotą.

Aruell
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 45

sobota, 11.czerwca.2011, 00:10
Witajcie ;)

Przed Wami ostatni rozdział BM w tym tygodniu. ;)

Zapraszam na kontynuację rozmowy Arcykapłanki Theliny i Alrena.

Miłego czytania ;)

Pozdrawiam magicznie ;*

***

33 dzień cuadrilu 8976 roku, Egharia: Veolia – Eolium (Rezydencja Theliny), ranek


Alren i Thelina omówili jeszcze kilka drobiazgów, związanych z misją Łowcy Dusz, po czym Arcykapłanka chciała przejść do drugiego punktu ich rozmowy.


-        No dobrze, Alrenie. Teraz wysłucham, w jakiej sprawie prosiłeś o audiencję u mnie. – rzekła łagodnie.


-        Za pozwoleniem, pani... – rzekł nieśmiało – Chciałbym najpierw dowiedzieć się, o czym chciała mi pani powiedzieć, jeśli chodzi o Ellę... Moje sprawy mogą poczekać. – spojrzał jej w oczy.


Arcykapłanka uśmiechnęła się. Tak jak sądziła, teraz najbardziej ONA go interesowała. Trudno było się dziwić. Nawet ona, wielka Arcykapłanka Veolii zlękła się, odkrywając jej sekret. Nabrała więc powietrza, jakby szykowała się na najtrudniejsze.


-        Alrenie... Co ci wiadomo o Elli? – spytała rzeczowo – Mam na myśli to, co odkryłeś, jako Łowca Dusz. – dodała z przekonaniem.


-        Zadziwiasz mnie, pani. – zaśmiał się – Skąd wiesz, że coś odkryłem?


-        Wciąż wątpisz w moją wiedzę? – wypiła ze spokojem łyk herbaty – Zatem? – nalegała, by odpowiedział.


-        Dobrze. To dziwna sprawa... – zastanowił się – Na samym początku odkryłem, że Ella jest duchem z innego świata. Nie potrafiłem jednak wyjaśnić, jakim cudem ma tak doskonałe ciało oraz wykazuje potrzeby biologiczne. Myślałem, że jej ciało, to magiczny „pojemnik dusz”, ale nie jestem co do tego przekonany. Stworzenie ciała tak idealnego, to bardzo trudna sprawa i zastawiałem się, kto mógłby tego dokonać... – mówił szybko, jakby się bał, że coś pominie.


-        Rozumiem... Myślę, że każda wykształcona magicznie osoba, miałaby te same wątpliwości, co ty, Alrenie... – uśmiechnęła się do niego.


-        Tak... Długo byłem przekonany, że jest tak, jak sobie wydedukowałem. A co za tym idzie, że Ella w końcu zniknie, jak wszystkie duchy w tej sytuacji, nie później niż za rok czasu. Jednak... – urwał nagle – Jednak teraz nie jestem tego wcale taki pewien... Szczerze mówiąc zwątpiłem w swoje umiejętności jako Łowcy Dusz. Może źle widziałem? Może ona nie jest duchem w imitowanym ciele? – rozważał dalej, a Arcykapłanka analizowała jego słowa.


-        Dlaczego zmieniłeś zdanie?


-        Ponieważ oprócz tego, że od początku jej ciało było zbyt niezwykłe, zdaje się mieć w sobie potężną, magiczną moc... – westchnął, bo tego nadal nie rozumiał – Udowodniła to najlepiej w Lesie Sverse... Nie potrafię tego wyjaśnić. Tak samo jak pojawienia się tej bransolety z szafirem na jej ręce ani tego błękitnego światła, które czasami od niej biło...


-        Naprawdę? – spojrzała na niego znacząco – Naprawdę się nie domyślasz? Nie wierzę w to... Powiedz mi, o czym pomyślałeś już na samym początku. – mrugnęła do niego oczkiem, a on zamarł. Ta kobieta zdawała się znać jego myśli.


-        To niemożliwe... – potrząsnął głową – Czy Ella ma naprawdę coś wspólnego z Miryonem? Czy pochodzi... stamtąd? Przecież to absurd! – oparł się bezradnie o oparcie krzesła, a Thelina wstała, nie przerywając kontaktu wzrokowego.


-        Tak, jak myślałam, Alrenie... – uśmiechnęła się – Jesteś mądrzejszy, niż sądzisz.


***


Egharia: Veolia – Eolium, ranek



Ghin był z siebie bardzo zadowolony. Udało mu się, dzięki przebraniu, oszukać Kapłanki i podając się za Kapłana – Wędrowca z Alorii, został wpuszczony od Świątyni. Bardzo szybko dowiedział się, gdzie przebywają Alren i Ella – specjalni goście Arcykapłanki. Z łatwością zorientował się, że już nie są połączeni kajdankami i uśmiechnął się do siebie.


-        A więc los mi sprzyja... – pomyślał zadowolony – Znakomicie, zatem mogę wprowadzić  w życie swój plan...


Powęszył jeszcze troszkę i usłyszał, że Alren rozmawia teraz z Theliną. Była to więc doskonała okazja, aby porwać Ellę. Musiał tylko wymyślić, jakiś subtelny sposób na to, aby mógł potem bezpiecznie opuścić teren świątynny...


***


Egharia: Veolia – Eolium (Rezydencja Theliny), przed południem


Alren wpatrywał się w nią ze zdumieniem. Obawiał się tego, co zaraz usłyszy, ale był zbyt ciekawy, by wyjść albo przerwać ten temat.


-        Co masz na myśli, pani? – odważył się zapytać.


-        To, że masz rację w dwóch kwestiach. – zaśmiała się cicho – Po pierwsze, Ella nie jest duchem w imitowanym ciele. Jej ciało jest jak najbardziej prawdziwe i dlatego ma potrzeby biologiczne, odczuwa emocje i może mówić.


-        Ale jak to możliwe? Widziałem wyraźnie, że jest duchem... – pogubił się.


-        To dlatego, że urodziła się na Ziemi i jej duch należy do tamtego świata. Mówiąc najprościej, dusza Elli zmaterializowała się w tym świecie, wytworzyła kopię tego ciała, co na Ziemi. Ella jest tu naprawdę, jako istota żywa, a nie jako duch. – starała się mówić jasno.


-        To jest w ogóle możliwe? Można mieć dwa ciała w różnych światach?


-        Teoretycznie nie, ale... praktycznie jest to możliwe z tym, że tylko przez krótki czas. – westchnęła, bo było to zawiłe – To znaczy, że w końcu Ella będzie musiała się zdecydować, w którym ciele chce zostać, ale o tym może kiedy indziej...


-        Nic już nie wiem... – poczuł się bezradny wobec tego nawału informacji.


-        Spokojnie. Najistotniejsze w tym jest to, że coś takiego jest możliwe za sprawą bardzo potężnej magii... – mówiła powoli, ważąc każde słowo – Tu dochodzimy do drugiej sprawy, w której masz rację...


-        Już się boję... – zażartował, bo atmosfera zrobiła się nie do zniesienia.


Arcykapłanka zaśmiała się i uśmiechnęła do niego, po czym wróciła do tematu, chcąc mieć to już za sobą.


-        Ella z całą pewnością jest Miryonką tak, jak podejrzewałeś... A to zaś oznacza, że pochodzi z Miryonu, a w jej żyłach płynie miryońska krew. – zrobiła pauzę, widząc, że jej słowa z trudem od niego docierają.


-        Ale... Przecież to niemożliwe! – był w szoku – Wszyscy Miryończycy zostali wymordowani... Nikt nie przeżył. Poza tym, jak Ella mogłaby...?


-        To akurat można wyjaśnić. – rzekła poważnie – Posłuchaj uważnie. Znasz oficjalną wersję historii Miryonu, jak większość ludzi na tym świecie, w obecnych czasach... To nieprawda, że wszyscy Miryończycy zginęli.


-        Jak to? – otworzył usta z wrażenia.


-        Prawda jest taka, że wszechmocna Mira – Bogini Miryonu, w ostatniej chwili przed zniszczeniem królestwa na Szafirowym Księżycu, wysłała kilku ocalałych Miryończyków w inny wymiar... Innymi słowy, przeniosła ich do innego świata. – mówiła powoli, a Alrenowi coraz szybciej biło serce – Nikt nie wie, gdzie wylądowali ani czy naprawdę przeżyli, jednak Mira zapewniła wtedy, że Miryończycy żyją i kiedyś powrócą do domu. Związana jest z tym jakaś przepowiednia Miryonu, której tak bardzo boją się Cehroni i dlatego niszczą wszystko, co jest związane z Szafirowym Księżycem. Niestety nie znam jej treści, ale obiecuję, że poszukam jej w Ukrytej Bibliotece Eolium i wtedy powiem ci dokładnie, o co chodzi. W każdym razie, jeśli wierzyć słowom Miry, Miryończycy nadal gdzieś żyją, w innym świecie...


-        Chyba nie chcesz powiedzieć... – Alren był w takim szoku, że miał wrażenie, że mu głowa zaraz pęknie – Chyba nie sądzisz, że miejscem, gdzie Mira wysłała ocalałych Miryończyków jest Ziemia... – spojrzał na nią z lękiem.


-        Myślę, że tak właśnie się stało. Sądzę też, że Ella jest potomkinią ocalałych Miryończyków.


-        Nie mogę w to uwierzyć... – Alren poczuł przypływ zmęczenia. To było dla niego zbyt wiele. Jednak pomyślał jeszcze przez chwilę – Powiedzmy, że dotarło do mnie to wszystko, ale powiedz mi, pani, jak ona tu trafiła? Jak i dlaczego Ella znalazła się w Egharii?


-        Niestety, tego nie wiem. – odparła szczerze – Podejrzewam, że to, iż jest Miryonką ułatwiło jej sprawę, ale sama nie dałaby rady przekroczyć wrót między-wymiarowych. Ingerowała tu wyższa siła... Może nawet sama Mira? Nie wiem... Jednak jestem pewna, że pojawienie się Elli w tym świecie, to nie był przypadek, tak samo jak to, że spadła akurat na ciebie, Alrenie... – dokończyła, akcentując ostatnie zdanie, co wprowadziło go w jeszcze większe zdumienie.


***


Sobota, 2 stycznia 2012 roku, Ziemia: Szwajcaria –góry, około 16:00.


David i Mary zjedli w milczeniu śniadanie. Ona nie chciała rozmawiać o swoich problemach, on nie chciał o nie pytać. Wspólnie postanowili zrobić sobie dzień beztroski. Zapomnieć o wszystkim i choć na jeden dzień wrócić do czasów, kiedy wszystko było takie proste, niewinne i słodkie. Jutro zaś planowali wrócić do szarej rzeczywistości. Mary tego potrzebowała, a on chciał z nią spędzić trochę czasu. Nie zważał więc na to, co się wydarzyło, przynajmniej dzisiaj...


David namówił Mary na narty, więc spędzili na śniegu cały ranek i południe. Wygłupiali się i ścigali, zachowywali trochę jak dzieci. Śmiali się głośno i podziwiali piękno tych gór, wspominając czasy, gdy David uczył ją jazdy na nartach. Powróciły wszystkie zabawne sytuacje, upadki i sukcesy. Jednym słowem mieli udany dzień, będący odskocznią od codzienności.


Kiedy zaś już wracali do domu, zjeżdżając ze stromej góry, Mary wykonała niefortunny manewr i nagle z impetem upadła na śnieg. Zjechała na plecach niżej, raniąc się po drodze w ramię. Natrafiła bowiem na wystającą na poboczu, ostrą gałąź. Gdy w końcu się zatrzymała, podjechał do niej przerażony David.


-        Nic ci nie jest? – Mary zadrżała słysząc jego zaniepokojony głos i widząc lęk w oczach.


-        Nie... – pomógł jej wstać na nogi – Tylko się drasnęłam w ramię...


-        Pokaż! – zdenerwował się i obejrzał ranę, odsuwając uszkodzony kombinezon – Na szczęście to nic takiego... Ale trzeba to opatrzyć. – odetchnął z ulgą.


-        Nie trzeba, to tylko draśnięcie... – mruknęła zakłopotana jego troską.


-        Trzeba, inaczej może wdać się zakażenie. – odparł rzeczowo – Koniec dyskusji, moja droga. – mruknął z uśmiechem, po czym pojechali powolutku i ostrożnie do jego domku.

Aruell
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 44

czwartek, 9.czerwca.2011, 00:27
Witajcie!

Kochani, przed Wami bardzo ważny moment w opowiadaniu, a mianowicie chodzi o rozmowę, którą Ren odbędzie z pewną osobą. ;)

Rozmowa ta będzie napięta i trudna dla naszego bohatera, bowiem zostanie mu objawionych kilka szokujących faktów.

Zapewne znajdziecie w treści tej konwersacji potwierdzenia Waszych domysłów i tego, co już wiecie, ale kilka kwestii będzie dla Was czymś nowym. ;D (tak myślę)


Tak czy siak, jest to punkt zwrotny dla fabuły, dlatego rozmowa ta jest długa. W tym rozdziale znajduje się jej początek. ;)

Ależ się rozpisałam... To może wątek poboczny sobie podaruję i nie będe już więcej przedłużać. ;)

Zapraszam i czekam na wrażenia ;)

Pozdrawiam ;*

***

33 dzień cuadrilu 8976 roku, Egharia: Veolia – Eolium (Rezydencja Theliny), świt

 


Ella uspokoiła się po kolejnym dziwnym śnie. Postanowiła podejść do tego obojętnie. Nie miała zamiaru przejmować się tymi snami tak długo, aż nie zacznie czegoś z nich rozumieć. Zdziwiła się tylko troszkę, że w takim miejscu, jak tamto, przyśnił jej się Ren. Czyżby to był wynik ich połączenia? Tak czy siak, nawet we śnie ratował ją z opresji... Westchnęła i oderwała wzrok od śpiącego obok mężczyzny.  Zerknęła za okno. Pogoda nie była ładna. Wyglądało na to, że padał śnieg. Jednak nie obchodziło ją to specjalnie w tej chwili. Spojrzała znów na śpiącego Rena i zarumieniła się.


Stało się. Naprawdę się z nim połączyła. Czuła to w duszy. Miała wrażenie, że ich serca biją teraz jednym rytmem. Nawet jeśli nie marzyła o takich okolicznościach tej sytuacji, to i tak była szczęśliwa. Nie chciała myśleć o tym, co będzie potem. Liczyło się dla niej teraz to, że patrzy na jego zamknięte oczy, czuje jego gorące ciało przy sobie, słyszy jego oddech. Nie mogła się oprzeć i odgarnęła włosy, które częściowo zasłaniały mu twarz. Dotykała jego policzka i blizny pod lewym okiem, a potem obrysowała palcami jego usta. Był taki przystojny... Nieziemsko. Oparła się pokusie i zaczęła bardzo delikatnie całować go po twarzy, aż doszła do ust, które subtelnie musnęła wargami. Gdy chwilę później otworzyła oczy, zobaczyła jego zielone spojrzenie, spod półprzymkniętych powiek, a zaraz potem łagodny uśmiech. Odsunęła się nieco.


-        Przepraszam, obudziłam cię... – zakłopotała się.


-        Nie szkodzi. Mógłbym się tak budzić codziennie. – zażartował, a jej serce przyspieszyło, gdyż słysząc jego myśli, wiedziała, że nie kłamał – Możesz kontynuować... Mogę nawet zamknąć oczy, jeśli chcesz. – zaśmiał się cicho.


-        Przestań... – wiedziała, że się z nią droczył.


-        No jak chcesz. – westchnął – Ale wiesz co? Bardzo poprawiłaś się w całowaniu, ziółko... – mrugnął do niej oczkiem z szerokim uśmiechem, a ona zaniemówiła słysząc taki komplement.


-        Ren... – chciała coś powiedzieć ale wtedy zobaczyła dziwny wyraz jego twarzy. Był taki delikatny, pełen ciepła.


Zaniemówiła. Co mu się stało? – głowiła się. Wówczas poczuła jego rękę na policzku. Przyciągnął ją do siebie i czule pocałował. Oplotła go ramionami wokół szyi. Serce jej przyspieszyło, gdy poczuła jego dłonie na swoich nagich plecach. Chłonęła każdy jego czuły gest, jakby chciała sobie zgromadzić jak najwięcej takich wspomnień na ciężkie czasy, które zbliżały się wielkimi krokami. Chciała by czas się zatrzymał, ale niestety przerwało im pukanie do drzwi.


Oderwali się od siebie, po czym Ren wstał, ubrał spodnie i otworzył drzwi. Zobaczyła Kapłankę, która od razu zarumieniła się na widok jego obnażonej piersi, ale opanowała się, chrząknęła i powiedziała, co trzeba.


-        Arcykapłanka, wzywa cię do siebie na rozmowę w cztery oczy, Alrenie.


-        Dobrze, zaraz przyjdę. – rzekł, po czym zamknął z powrotem drzwi.


Wrócił do sypialni. Uśmiechnął się na widok zarumienionej złotowłosej kobiety, zawiniętej w prześcieradło, która od razu do niego podeszła.


-        Muszę iść na rozmowę z Theliną. Zostań tu, dobrze? – spytał łagodnie, a ona tylko skinęła głową.


Gdy Alren był już odświeżony, uczesany i w pełni ubrany, zamierzał wyjść do Theliny, ale wtedy poczuł, że coś go trzyma za tunikę. Odwrócił się i zobaczył Ellę ze smutnym wyrazem twarzy.


-        Co jest? – zdziwił się – Nie martw się. Jeszcze się zobaczymy. – zaśmiał się, słysząc jej myśli.


-        Obiecujesz? – spojrzała mu głęboko w oczy, bowiem miała złe przeczucia.


-        Na razie nie wyjeżdżam. – zapewnił – Do zobaczenia później. – rzekł łagodnie, głaszcząc ją po głowie, po czym wyszedł z ich apartamentu, zostawiając Ellę zupełnie samą, po raz pierwszy od dawna.


***


Sobota, 2 stycznia 2012 roku, Ziemia: Madryt – firma Nicka , około 13:00.


Nick zrobił sobie właśnie półgodzinną przerwę obiadową i wyszedł z firmy, by zjeść coś dobrego w swej ulubionej restauracji naprzeciwko. Był cały w skowronkach. Nie mógł się doczekać wieczoru, kiedy to miał się spotkać z Carmen i odebrać swoją koszulę.


Oczywiście miał gdzieś ten ciuch, to był tylko pretekst, by się z nią spotkać. Nie mógł uwierzyć, że aż tak go wzięło. Oszalał na jej punkcie. Była taka piękna, pewna siebie i zmysłowa... Zaskakiwała go na każdym kroku. Pragnął dowiedzieć się o niej wszystkiego i mieć ja zawsze przy sobie. Czuł, że mógłby na nią patrzeć godzinami i nigdy by mu się nie znudziło.


O tańcu nawet nie pomyślał, był bowiem nieziemski. Kiedy tańczyła, poruszała się jak kocica, a wyglądała jak bogini. Kiedy zaś on z nią tańczył w parze, czuł się tak, jakby był tancerzem, choć nigdy nie parał się tańcem latynoamerykańskim.


Westchnął. Wciąż o niej myślał i zachowywał się, jak zakochany nastolatek. Kto by pomyślał, że kiedykolwiek będzie się tak zachowywał? Kiedy poznał Ellę było inaczej, to on zaskakiwał ją i nadawał tempo ich relacjom. Tymczasem teraz było odwrotnie. To Carmen całkowicie nim zawładnęła, wdarła się w jego życie niczym huragan i podbiła jego serce. Nie potrafił przewidzieć jej ruchów, nie był pewny tego, czy ona go zechce. Nigdy się czymś takim nie martwił.


Gdy miał już wejść do tej restauracji na lunch, usłyszał znajomy głos. Mina mu zaraz zrzedła, gdy tylko ujrzał stojącą obok kobietę.


-        Witaj... – usłyszał i zmusił się od uprzejmego uśmiechu.


-        Dzień dobry, Saro... – odparł raczej chłodno – Co u ciebie? Zapisałaś się na tą terapię? – spytał z uprzejmości.


-        Tak... To już tydzień. – odparła błądząc gdzieś wzrokiem. Było jej przykro, że akurat o to zapytał.


Miała skrytą nadzieję, że się za nią choć trochę stęsknił. Tymczasem jego spojrzenie było chłodne i twarz zdradzała, że chce jak najszybciej zakończyć tę rozmowę.


-        To dobrze. – odparł krótko.


-        A co u ciebie? Wyglądasz na zakochanego... – zauważyła, ku jego zdumieniu. Wydawało mu się, że wyglądał poważnie.


-        To już nie twoja sprawa, Saro. – rzekł rzeczowo – Trzymaj się, a teraz wybacz, spieszę się... – przeprosił i wszedł do restauracji


Znów się zawiodła. Miała nadzieję, że zaprosi ją na obiad, jak za dawnych czasów. Jednak przeliczyła się. Zauważyła, że jej unikał i był wobec niej okropne chłodny, od tamtej nocy. Poczuła nagle zazdrość o tę kobietę, w której się teraz zakochał i coś ją kusiło, by sprawdzić, kim ona jest. Tłumaczyła sobie, że to tylko ciekawość, że chce sprawdzić, czy jest w dobrych rękach, ale cel miała zupełnie inny, tylko... nie dopuszczała go do świadomości...


***


Egharia: Veolia – Eolium (Rezydencja Theliny), ranek


Kiedy Alren wszedł do prywatnej komnaty Theliny, od razu ujrzał jej szczery i łagodny uśmiech, kiedy się z nim witała.


-        Wyglądasz dziś inaczej, Alrenie... – posłała mu znaczące spojrzenie i wskazała miejsce, gdzie może usiąść.


-        To znaczy? – udawał, że nie rozumie.


-        Myślę, że wiesz, o czym mówię. – zaśmiała się, a on z trudem powstrzymał rumieniec – Nie martw się. Twoje życie prywatne mnie nie interesuje. Chciałam tylko wprowadzić miła atmosferę na początku naszego spotkania, bowiem czeka nas trudna i długa rozmowa. – rzekła już poważnie.


-        Domyślam się... – nagle poczuł strach. Miał przeczucie, że dowie się czegoś, co może nim wstrząsnąć.


-        Zanim jednak przejdziemy do rozmowy, załóż to... – położyła na biurko między nimi dwie obrączki w srebrnym kolorze.


-        Czy to jest to co myślę? – był w szoku.


-        Nie, Alrenie. To nie są obrączki ślubne. – zaśmiała się, że o tym pomyślał – To specjalne magiczne obrączki, które umożliwią wam kontrolę nad wglądem w wasze myśli i uczucia, których zapewne już doświadczyliście po połączeniu waszych dusz. – wyjaśniła.


-        Ale jak...? – nie rozumiał.


-        Jeśli założysz obrączkę, Ella nie będzie mogła widzieć twoich myśli ani uczuć i będzie tak, jak było przed połączeniem. Jeśli Ella założy drugą obrączkę, ty też nie będziesz tego wiedział. – wytłumaczyła, a on był zdumiony, że coś takiego jest w ogóle możliwe – Przygotowałam je specjalne dla was. Tylko tak mogę wam pomóc. Nic więcej nie jestem w stanie zrobić... – zapewniła.


-        Niesamowite... – rzekł i założył większą obrączkę na serdeczny palec lewej ręki, a mniejszą schował na razie do kieszeni – Dziękuję. Ella na pewno też będzie wdzięczna... – dodał z pokorą.


-        Proszę bardzo. Dobrze, że mogłam zrobić choć tyle, ale do rzeczy... – Arcykapłanka była niesamowicie konkretną osobą – Chciałabym z tobą omówić trzy rzeczy. Po pierwsze, musimy ustalić plan zdobycia mearu, po drugie wyjaśnić interesujące cię sprawy, jak to obiecałam jakiś czas temu i po trzecie... porozmawiamy o twej towarzyszce, Elli.


-        Elli? – zdziwił się.


-        Tak, Alrenie. Obawiam się, że nawet nie zdajesz sobie sprawy, z kim masz do czynienia. – rzekła śmiertelnie poważnie, a on wstrzymał oddech, nie wiedząc, o co może chodzić.


Alren wlepił w nią swój wzrok i kiedy Arcykapłanka poczuła, że już odpowiednio się skupił, poruszyła pierwszą kwestię.


-        Odnośnie zdobycia mearu... – zaczęła – Kiedy zamierzasz wyruszyć?


-        Jutro o świcie, jeśli mogę. – rzekł poważnie.


-        Doskonale. Kazałam już przygotować odpowiedni strój i broń do tego zadania. Otrzymasz też najszybszego i najmądrzejszego Slirena w stolicy. – zapewniła.


-        Slirena? – otworzył oczy szeroko ze zdumienia – Masz na myśli, prawie wymarły, gatunek latających i magicznie przyzywanych koni?


-        Dokładnie tak. Co więcej, jeśli koń cię polubi, będziesz mógł go zatrzymać. – uśmiechnęła się widząc jego zaskoczenie.


-        Dziękuję. – ukłonił się lekko – Obiecuję, że zdobędę ten minerał.


-        Wiem, że jesteś słownym człowiekiem, ale uważaj. Lodowe Smoki nie wyginęły... Lepiej żebyś się na nie, nie natknął. – rzekła z obawą w oczach.


-        Spokojnie. Poradzę sobie. – rzekł zdecydowanie.


-        Cóż muszę przyznać, że jesteś tak odważny, jak mówią. Może nawet, aż za bardzo. – zaśmiała się serdecznie – Powiedz mi, ile czasu potrzebujesz? Muszę wiedzieć, kiedy mam zacząć się martwić i wysyłać jakąś pomoc... – stwierdziła rzeczowo.


-        Potrzebuję 3 dni na dotarcie do jaskiń w górach Eol, Dhevys i Rhys oraz co zrozumiałe, tyle samo na powrót. Natomiast, ile zajmą mi poszukiwania, trudno mi jest powiedzieć. Myślę, że kolejne 3 dni, przy dobrym wietrze...


-        Tak szybko? – zdumiała się.


-        Zamierzam używać magii do przeszukania jaskiń, nie będę ich zwiedzał. – wyjaśnił.


-        Masz na myśli zaklęcie „wszechoczu”? – zdumiała się, gdy skinął twierdząco głową z uśmiechem – Cóż... Muszę przyznać, że potrafisz zaskoczyć, Alrenie... – rzekła szczerze wiedząc, że taka magia to już naprawdę wyższa szkoła jazdy.

Aruell
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 43

wtorek, 7.czerwca.2011, 00:02
Witajcie!

Przed Wami wciąż jeszcze spokojny rozdział, jednak wiedzcie, że już niedługo sprawy się skomplikują. Wkrótce też się troszkę wyjaśni. ;)

Przy okazji zdradzę Wam sekret. ;) Naszkicowałam już dwóch panów (bez koszul ;P) - Davida (którego dodam w przyszłym tygodniu) i Rena (jeszcze nie wiem kiedy). ;) Planuję też, w najbliższym czasie, narysować Mary, Carmen, Orianę i Siriusa ( nie pamiętam, czy już padło to imię, ale to ważna postać ;P) ;D Zatem rysunków będzie coraz więcej ;)

Pozdrawiam serdecznie ;*

P.S. Neptune, przeczytałam te ostatnie komentarze, dzięki ;)

***

32 dzień cuadrilu 8976 roku, Egharia: Veolia – Eolium (Rezydencja Theliny), noc


Leżeli obok siebie, nieco zdezorientowani brakiem kajdanek i zdumieni intensywnością uczuć, które oboje poczuli w czasie tego stosunku. Nawet Ren, dla którego nie była to żadna pierwszyzna, był lekko zakłopotany.


Po dłuższej chwili usiadł na łóżku i postawił stopy na podłodze, a potem wyciągnął przed siebie obie ręce. Po raz pierwszy od bardzo dawna, nie były skrępowane kajdankami i miał pełną swobodę ruchów. Spojrzał na Ellę, która siedziała równie zmieszana i gładziła swe wolne nadgarstki. Jej też musiało być dziwnie. Jednak nie to zaprzątało jego umysł. Bardziej go interesowało, co się z nim stało? Co to było za uczucie? Zerknął na nią ukradkiem i poczuł, że się rumieni, więc szybko odwrócił głowę i złapał się za nią. Co jest, do cholery?! – zganił siebie w duchu. Nie przypominał sobie, kiedy ostatnio się rumienił. Kiedy tak stracił nad sobą kontrolę, jak sprzed chwili? Dlaczego tak się denerwował w czasie tego stosunku, skoro robił to już wiele razy, z niejedną kobietą? Czemu nadal jest taki niespokojny? Czy to przez te czary? – pomyślał, jednak zaraz wykluczył taką możliwość. Nie jest aż tak słaby, by jakieś tam czary wywołały u niego takie emocje. Zatem dlaczego?


Nie chciał dopuścić do myśli, że to dobroć Elli powoli kruszyła ogromny mur, jaki wybudował sobie wokół serca przez te wszystkie lata. Tej nocy powstała w nim pierwsza, poważna szczelina...


Tymczasem Ella oplotła się ramionami. Czuła się tak dziwnie. Z jednej strony wciąż wyczuwała w sobie ten żar, który rozpalił w niej Alren. Wciąż pamiętała to uczucie, kiedy byli jednością. Ren był taki gorący i niezwykle silny... Zadrżała i zarumieniła się na samo wspomnienie. Z drugiej jednak strony, poczuła też chłód. Chłód rozstania. Przyzwyczaiła się, że jest z nim skuta i może go w każdej chwili dotknąć, więc teraz, kiedy siedział jakieś dwa metry od niej, odczuwała dziwną samotność. Chciała go dotknąć, jak najszybciej...


Nagle Ren poczuł jej uczucia w sobie. Zaskoczyło go to. Dopiero po chwili skojarzył, że taki miał być skutek połączenia dusz... No tak... Teraz byli związani „węzłem dusz”. – oprzytomniał. Nie mógł jednak skupić się na rozważaniach, bo uczucia Elli, które poczuł w sobie, były przepełnione obawą i tęsknotą. Spojrzał więc na nią i ujrzał, że wpatrywała się w niego intensywnie. Wiedział, o czym myślała. Chciała, by ją przytulił.


-        Ello, w porządku? – spytał łagodnie, patrząc na czerwone plamy na prześcieradle.


-        Tak... – zarumieniła się, nie wiedziała jak sobie poradzić z tym, że słyszała jego myśli i znała uczucia – Nie przejmuj się tym. – dodała, zakrywając plamy kołdrą.


-        Wiesz, o czym myślałem? – uświadomił sobie, że to przecież działa w dwie strony, a on przed chwilą myślał o...


-        Tak... – rzekła zakłopotana. Czuła w sobie jego zagubienie i wątpliwości, a przede wszystkim strach przed miłością.


-        Więc wiesz, że... – zganił siebie w duchu za brak uwagi.


-        Boisz się emocji, które przed chwilą poczułeś... – powiedziała nie wprost,  z wyraźną niepewnością w głosie. Nie chciała igrać z jego uczuciami.


-        Cholera... – odwrócił wzrok – Musimy... – zaczął.


-        Masz rację... – usłyszała jego myśli – Musimy się dowiedzieć, jak kontrolować wgląd w nasze myśli i uczucia... – wiedziała, że bez tego będzie strasznie ciężko. Zero prywatności.


Ella westchnęła i w myślach poprosiła go by ją przytulił, bo chce znów poczuć jego ciepło. Ren usłyszał to w swym umyśle i wrócił do niej, pozwalając, by się do niego przytuliła. Delikatnie gładził ją po twarzy, wywołując przyjemne mrowienie, a ona głaskała jego tors. Złotowłosa uśmiechnęła się, gdy znów usłyszała zdecydowane bicie jego serca i poczuła przypływ zmęczenia, więc kilka chwil później – zasnęła. Ren natomiast przez jakiś czas był zakłopotany, czując jej szczęście w sobie, a później również zasnął, wyczerpany wrażeniami tego dnia.


***


Sobota, 2 stycznia 2012 roku, Ziemia: Szwajcaria – Domek w górach, około 9:00.


David niedawno się obudził, zajrzał do Mary i widząc, że wciąż jeszcze śpi, poszedł do kuchni. Zaparzył kawy i zrobił im śniadanie. Potem cichutko wszedł do pokoju gościnnego, postawił tacę na stole i usiadł na brzegu jej łóżka.


Dziewczyna wyglądała tak słodko, gdy spała, że nie miał serca jej budzić. Pomyślał więc, że poczeka, aż sama to zrobi. Już chciał wyjść, kiedy obróciła się tak, że była teraz twarzą do niego. Zapatrzył się więc na jej cudowne, złociste włosy i pełne, nieco rozchylone usta. Przypomniał sobie, że już kiedyś wydarzyło się coś podobnego... No tak! To było wtedy, gdy upiła się w barze i zabrał ją do siebie... Zaśmiał się cicho na tamto wspomnienie i znów na nią spojrzał. Nie mógł się oprzeć pokusie, więc delikatnie dotknął jej policzka. Gdy poczuł jej aksamitną skórę, poczuł dreszcz podniecenia, więc szybko zabrał rękę. Westchnął i chciał wstać, kiedy zauważył, że się budzi.


-        Co tak pachnie... – mruknęła półświadomie.


-        To tylko kawa. – zaśmiał się, a ona szeroko otworzyła oczy i spojrzała na niego ze zdumieniem. Dopiero po chwili sobie uświadomiła, gdzie i z kim jest. Odetchnęła.


-        Cześć... – mruknęła.


-        Dzień dobry, Mary... – uśmiechnął się serdecznie – Chodź, zrobiłem nam śniadanko...


***



Egharia: Veolia – Eolium (Rezydencja Theliny), noc



Ella ocknęła się w dziwnym miejscu. Znajdowała się w jakiejś jaskini, której ściany lśniły jasnym, niebieskim światłem i mieniły się jak diamenty. Wszędzie była cienka warstwa wody, która sięgała jej do kostek i miała szafirowy kolor.


Szła powoli, próbując znaleźć wyjście, ale bezskutecznie. W końcu zaczęła iść szybciej i szybciej, aż biegała po krętych korytarzach, jak szalona w długiej, błękitnej sukni. Gdy zdyszana, opadła z sił i chciała już płakać, usłyszała nagle znajomy, żeński głos. Rozpoznała go bez trudu... To ten sam, który słyszała jeszcze na Ziemi i w swoich początkowych snach. Melodyjny i ciepły, kobiecy głos.


-        Nie rozpaczaj... – usłyszała – Pamiętaj, zawsze idź w stronę światła...


-        Ale jakiego światła? – odparła zmieszana.


-        Patrz sercem, a nie oczami... – powiedział tajemniczy głos – Tylko wtedy ujrzysz to właściwe światło... – po tych słowach, nastała cisza.


Nieważne, ile razy Ella nawoływała, kobiecy głos już nie odpowiadał, jakby zniknął bezpowrotnie. Wystraszyła się. Nie chciała tu zostać sama. Ogarnęła ją taka panika, że miała wrażenie, że robi się coraz ciemniej i ciemniej, aż nagle przestała widzieć ściany jaskini. W pewnym momencie dosłownie straciła grunt pod nogami... Woda wydała jej się głębsza, aż nagle znalazła się pod nią i opadała powoli na nieznane dno, widząc coraz mniej. Robiło się coraz zimniej, oczy same się jej zamykały...


Już prawie zanikała jej świadomość, kiedy nagle ujrzała błękitny strumień… światła. Otworzyła oczy i ujrzała powierzchnię wody, nad sobą, która świeciła szafirowym blaskiem. Nagle dostrzegła, że coś się do niej zbliża. Coś wpadło do wody. Po chwili wiedziała już co, a raczej ... kto.


Wysoki mężczyzna o czarnych włosach, z blizną pod okiem, o przenikliwym, zielonym spojrzeniu, płynął właśnie w jej stronę i gdy był już dość blisko, wyciągnął do niej rękę. Chciała go dotknąć, ale nie mogła się poruszyć. Zaczęła panikować, ale wtedy on podpłynął do niej bardzo blisko i pocałował ją w usta, splatając jednocześnie ich dłonie. Niespodziewanie z ich ciał wydobyło się silne, błękitne światło. Niezwykłe ciepło zalało jej ciało. Znała je doskonale... Tylko jeden człowiek potrafił obudzić w niej podobne emocje. To było takie przyjemne...


Gdy po chwili otworzyła oczy była już na powierzchni, w tej samej jaskini, co wcześniej przed dziwną komorą, w której znajdowało się lustro, jakby wmurowane w ścianę. Nieco zdezorientowana, zaczęła szukać Rena, ale nigdzie go nie było. Podeszła więc bezradnie do lustra i spojrzała w nie smutno. Ujrzała swoje odbicie i własne łzy, które same popłynęły bez większego powodu. Wtedy jej odbicie zmieniło się w Rena. To tak, jakby on się w nim przeglądał, a nie ona. Zadrżała i wyciągnęła rękę, by go dotknąć. O dziwo jej ręka przeszła przez lustro i w tym momencie...


Ella zbudziła się ze snu, zlana potem. Rozejrzała się nerwowo i dopiero po kilku sekundach zrozumiała, że to była tylko kolejna nocna mara...


***


Egharia: Veolia – Eolium, późna noc.


Ghin odesłał swojego żołnierza do ojczyzny. Nie potrzebował go już. Sam przeprowadził wywiad w Eolium z różnymi ludźmi i dowiedział się kilku interesujących rzeczy. Usłyszał na przykład, że Ella i Ren byli w dolnej dzielnicy, a potem poszli do Świątyni. Kiedy ustalił już, gdzie znajduje się jego cel, zaczął obmyślać swój plan. Niechcący jakaś kobieta, opowiadająca dziecku bajkę, wspomniała o jaskini góry Solios, nieco za stolicą Veolii i podsunęła mu pewien pomysł.


Postanowił, że to tam rozegra swój pojedynek z Alrenem. Musiał go tylko sprowadzić do tamtego miejsca. Wymyślił sobie, że porwie Ellę, gdy jego nie będzie w pobliżu i umieści właśnie tam, a wtedy Ren na pewno po nią przyjdzie. Mało tego, planował posłużyć się Ella jako tarczą, by go pokonać. Jednak wtedy coś mu się przypomniało...


Nagle uświadomił sobie, że przecież oni byli skuci kajdankami, a takiej sytuacji jego plan jest bezużyteczny. Westchnął. A już myślał, że tak dobrze sobie wszystko zaplanował... Z braku laku, obiecał sobie śledzić ich. Może okazja sama się nasunie?


Wtedy zastanowił się, po co w ogóle poszli do Świątyni? Może właśnie po to, by się pozbyć tych kajdanek? Na ich miejscu też by tak zrobił, tylko czy się udało? Pomyślał, że jeśli tak, to zrealizuje swój plan, a jeśli nie... Cóż, wtedy się zobaczy...


Wiedział, co ma robić. Dlatego też zaczął szukać sposobu, by wejść do Świątyni, choć doskonale wiedział, że to nie będzie łatwe.


Aruell
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 42

sobota, 4.czerwca.2011, 00:06

Witajcie Kochani!


Przed Wami rozdział, który jest bez wątpienia przełomowy dla całego opowiadania BM. Jak już wspominałam, jest to również mój ulubiony rozdział, jak do tej pory. Za chwilę się okaże, czy również Wy, Drodzy Czytelnicy, tak go polubicie. ;)


Wątek poboczny jest w tym rozdziale szczątkowy, ale myślę, że mi to wybaczycie. ^^


Załączam rysunek, który może nie wyszedł mi do końca, ale zawsze to coś ;)


I jeszcze jedno, w tę sobotę dodam też moją refleksję na temat BM. Może Was to zainteresuje ;)


A teraz już nie zatrzymuje i życzę miłego czytania ;D


Pozdrawiam ^^


P.S.  Mała informacja. BM bedzie dodawane również w każdą sobotę, regularnie. A zatem będą 3 notki BM w  tygodniu. ;)


***



32 dzień cuadrilu 8976 roku, Egharia: Veolia – Eolium (Rezydencja Theliny), noc


Ren całował Ellę powoli i namiętnie, choć z pewną delikatnością. Gładził jej plecy, obejmując ją, a ona coraz bardziej traciła nad sobą kontrolę. Zacisnęła pięści na jego tunice. Wyczuł w niej rosnące zniecierpliwienie. Przestała już myśleć i skupiła się na uczuciach, które odczuwała w tej chwili. Gdy całował jej szyję, rozpinała mu tunikę, drżącymi rękoma, którą on potem sprytnie zdjął, w przerwie między pocałunkami. Przeszył ją miły dreszcz, gdy dotknęła jego nagiego i gorącego torsu.


-        Już nie masz wątpliwości? – szepnął, zdejmując ramiączka jej sukienki i pozwalając, by opadła na podłogę, odsłaniając jej nagie ciało.


-        Nie... Będzie co ma być. Potem będę się martwić... – wtuliła się w jego ciepłą pierś, a on się uśmiechnął i sprytnie wziął ją na ręce.


-        Słusznie...


-        Ren... – zaczęła, gdy niósł ją do sypialni i spojrzała mu w oczy – Mogę cię jeszcze o coś zapytać? – zarumieniła się.


-        Pytaj... – zaśmiał się – Nie musisz prosić o pozwolenie. – rzekł, kładąc ją na dużym łóżku.


-        Kim ja dla ciebie jestem? – spytała niepewnie, nie wiedząc, czego się spodziewać, a on był zaskoczony.


-        Dlaczego pytasz o coś takiego?


-        T-tak po prostu... – zakłopotała się i zaczęła skubać rąbek prześcieradła, nie mając odwagi spojrzeć mu w oczy.


Ren zaśmiał się. Tak naprawdę, rozumiał to pytanie i dlaczego chciała poznać odpowiedź. Nie należała do kobiet, które oddają się dla sportu, wiedział o tym doskonale. Potrzebowała jakiejś więzi, uczucia... Zasępił się. Naprawdę bowiem uważał, że nie jest dla niej odpowiednim mężczyzną, właśnie przez wzgląd na tę kwestię. Jednak po chwili skupił się na tym, co ma jej odpowiedzieć.


Kim dla niego była? Na pewno nie kochanką, z przyczyn oczywistych, choć już wkrótce miało się to zmienić. Przyjaciółką również nie, za krótko się znali, by nawiązała się między nimi taka długotrwała więź. Nie była też tylko znajomą, bo za dużo razem przeżyli i rozmawiali. Kim więc była dla niego ta złotowłosa piękność? – głowił się, zdumiony, że nie umie odpowiedzieć na takie proste pytanie. W końcu postanowił wyznać pierwszą myśl, która mu przyszła do głowy, gdy tylko je usłyszał.


-        Nie musisz odpowiadać... – Ella nie wytrzymała napięcia. Te kilka sekund trwały za długo, ale wtedy ujrzała jego poważną twarz i lśniące zielone oczy.


-        Jesteś dla mnie kimś bardzo ważnym... – usłyszała nagle i zatkało ją – Kimś, o kim nie chciałbym nigdy zapomnieć... – rzekł niskim, ciepłym głosem, gładząc jej policzek.


Ella zamarła. Nie spodziewała się po nim takiej odpowiedzi i zarumieniła się. Poczuła w sercu coś ciepłego. To było takie niezwykłe. Była dla niego ważna? Z jakiegoś powodu poczuła ogromną radość i ulgę. Tak się ucieszyła, że uroniła pojedyncze łzy szczęścia, ku zdumieniu Rena.


-        Dlaczego płaczesz? – zmartwił się, był pewien, że powiedział coś miłego i otarł jej łzy.


-        To ze szczęścia... – mruknęła zarumieniona, wprawiając go w jeszcze większe zdumienie – Dziękuję, że mi to powiedziałeś. Nie marzyłam o takich słowach...– przytuliła się do jego piersi i usłyszała jego przyspieszone bicie serca.


Ren nie wiedział, jak na to zareagować. Jedno zdanie ją tak ucieszyło? – zdziwił się. Był jednak szczerze poruszony. Ta dziewczyna wręcz marzyła o każdym czułym słowie i geście z jego strony, Czekała na zapewnienie, że nie jest dla niego tylko obcą i nic nie znaczącą kobietą ani balastem. Czekała na dowód sympatii, przywiązania, a najlepiej czegoś więcej... Coś go ścisnęło w środku. Naprawdę nie był dla niej dobrym partnerem...


-        Przepraszam, Ello... – przytulił ją – Dlaczego musiałaś się zakochać akurat we mnie...? Nie jestem dla ciebie odpowiedni. – zaskoczył ją.


-        Co ty mówisz, Ren? – spojrzała mu w oczy z wielkim zdumieniem.


-        Potrzebujesz kogoś delikatniejszego, czulszego, kto będzie cię kochał i stale okazywał swoje uczucia... – rzekł łagodnie, odgarniając jej włosy za ucho, a ona otworzyła oczy szeroko ze zdumienia.


-        Nieprawda! Nie mów mi, kogo potrzebuję, sama wiem to najlepiej. Gdyby było tak, jak mówisz, to pewnie nie zakochałabym się w tobie... – wręcz się oburzyła – Kocham wszystkie twoje wady i zalety. Poza tym, to nieprawda, że jesteś nieczuły i niedelikatny. Dlaczego tak o sobie mówisz? Owszem może i jesteś czasem zbyt bezpośredni, pewny siebie, arogancki czy zarozumiały. Może i sprawiasz wrażenie zimnego drania, ale...  To tylko pozory! Ja to wiem... Kiedy bowiem przestajesz grać i się wygłupiać, widać, że jesteś troskliwą i ciepłą osobą o dobrym sercu...


-        Ello, ja... – Ren był w kompletnym szoku, słysząc to wszystko.


-        Jesteś wspaniałym mężczyzną... – zarumieniła się – Nie wyobrażam sobie, bym mogła pokochać kogoś innego tak, jak ciebie... I wierz mi, nie chodzi mi tylko o twoją urodę. Oprócz niej, masz w sobie to coś, co sprawiło, że oszalałam na twoim punkcie... – rzekła szczerze, po czym spuściła wzrok, zakłopotana swoją bezpośredniością. Czyżby to był jego wpływ? Czy to on ją zmieniał? Pewnie tak.


Ren patrzył na nią w osłupieniu. Nie spodziewał się po niej takiego wyznania. Po raz pierwszy od bardzo, bardzo dawna był szczerze wzruszony. Przywykł do tego, że ludzie mówią o nim, że jest nieczułym i wrednym draniem. Nie dbał o to. Większość go szanowała, tylko dlatego, że się go bała. Był wszak silny i wiecznie owiany tajemnicą. Kiedy więc usłyszał słowa Elli, poczuł coś dziwnego w środku. Był tym tak poruszony, że nie mógł się już dłużej hamować. Niespodziewanie pocałował ją mocno i zdecydowanie.


Ella była zaskoczona intensywnością tego pocałunku. Był inny niż wszystkie pozostałe. Całował ją z uczuciem, którego wcześniej nie wyczuwała. To było tylko jej podświadome wrażenie, niemniej jednak jej serce nie pozostało obojętne na emocje, które w niej wzbudził. Chciała wziąć wszystko, co zamierzał jej ofiarować. Gdy oderwał się od jej ust, zobaczyła zaskoczenie w jego oczach. Sam był pewnie zdumiony swoja reakcją. Dotknęła jego policzka z przymkniętymi oczami. Intuicyjnie poczuła w tej chwili, że to właśnie jemu najbardziej brakowało szczerej czułości, ciepła i odrobiny dobroci.


-        Kocham cię, Ren... – szepnęła, a on nic nie odpowiedział, tylko pocałował ją znowu.


Objęła go więc rękoma wokół szyi, jakby się bała, że jej ucieknie. Tymczasem on całował jej szyję i dekolt z taką czułością, że cicho wzdychała. To było takie przyjemne. Było inaczej niż w Veronie. Wtedy był ostrzejszy, mniej delikatny, wręcz zadziorny... Kiedy zaś teraz z czułością pieścił jej piersi i brzuch, nie wiedziała, co się dzieje. Bawiła się jego włosami, gładziła jego ramiona i tors, gdy tylko miała okazję. Słyszała swój przyspieszony oddech i szalone bicie serca, podobnie, jak i jego. Każdy jego dotyk powodował u niej fale dreszczy. Nie otwierała oczu, rozkoszując się chwilą maksymalnie, od czasu do czasu zaciskając palce na jego plecach. A za każdym razem, gdy odważyła się na niego spojrzeć, napotykała jego pożądliwe, zielone spojrzenie, które mówiło jej jednoznacznie, czego teraz chciał.


Ren był bowiem równie podniecony, jak ona. Jej skóra była taka delikatna i gorąca, tak kusząca i miła w dotyku. Nie mógł się nią nasycić i całował ją bez opamiętania. Droczył się z nią, raz całując ją delikatnie, a raz wręcz przygryzając jej skórę. Czasami też łaskotał ją językiem w czułych dla niej miejscach. Badał jej ciało i odkrywał jego sekrety, co doprowadzało ją niemal do szaleństwa. Czuł, że jest już bardzo  zniecierpliwiona. Specjalnie przedłużał chwile, w których była już prawie na szczycie, aby to trwało i trwało... W końcu i jemu cierpliwość wysiadła...


Poczuł wtedy, że nadszedł odpowiedni moment, powrócił do jej ust i pocałował je zaskakująco delikatnie. Spojrzał jej w oczy i odgarnął z jej nieco spoconej twarzy zagubione kosmyki włosów.


-        Jesteś gotowa? – szepnął łagodnie, powstrzymując się na chwilę resztkami sił.


-        Jeszcze pytasz...? – była zbyt rozpalona, by o tym myśleć, a on się zaśmiał, po czym wypowiedział zabezpieczające zaklęcie i powoli w nią wszedł.


Prawie krzyknęła, ale w tym momencie zamknął jej wargi namiętnym pocałunkiem. Przez chwilę się nie ruszali, całując się namiętnie. Jednak zaraz potem zaczęli szukać wspólnego rytmu i dość szybko go odnaleźli.


Kochali się coraz intensywniej, ich ciała rozpalał żar nie do opisania, napędzany zniecierpliwieniem i oczekiwaniem na finał.  Zatracili się zupełnie, zmieniając do woli tempo i rytm tego szalonego stosunku. Przewracali się, jednocześnie gwałtownie wpijając w swe usta. Tracili kontrolę nad oddechem, mając wrażenie, że zaraz się uduszą, aż do chwili, gdy oboje poczuli, że są już na szczycie...


Z obu ich ciał, drżących z emocji, wydobył się nagle błękitny blask, który połączył się w jedno światło. Kajdanki, tak długo łączące ich dłonie, zalśniły i zniknęły bezpowrotnie, a oni usłyszeli swoje wzajemne myśli i poczuli emocje. To było tak intensywne doświadczenie, że przez chwilę mieli oczy szerokie, jak talerze. Kilka sekund później jednak, światło zniknęło, a oni opadli zdyszani na materac i leżąc na sobie, usiłowali uspokoić swój oddech oraz rozszalałe serca.


Wyczerpani i spoceni, zdali sobie właśnie sprawę, że stało się... Teraz byli jednością już nie tylko ciałem, ale i duszą, na wieczność...


***


Sobota, 2 stycznia 2012 roku, Ziemia: Londyn – Podziemia Kościoła St. Bartholemew the Great (Prywatne Komnaty Serilli), około 7:00.


Serilla zerwała się gwałtownie ze snu, zlana potem. Sapała przez chwilę, próbując się uspokoić i złapała się za serce.


-        Co to było? Co to za uczucie? – zadrżała – Ella... Coś musiało się wydarzyć...


Poważnie zaniepokojona, poszła wziąć prysznic. Gdy strumienie wody, pod dużym ciśnieniem, masowały jej kształtne ciało, w jej głowie kłębiło się coraz więcej czarnych myśli. Nigdy wcześniej nie poczuła czegoś takiego...


To był potężny impuls magicznej energii, jakby zderzyły się ze sobą dwie dusze Miryończyków. Jedna z nich była na tyle silna, że musiała to być Ella... Ale kim była ta druga? Co to mogło być, skoro wyczuła to nawet tutaj, w zupełnie innym świecie? Czy Elli coś się stało? Zadrżała i zakręciła wodę.


Nie potrafiła okiełznać swojego niepokoju i uznała, że musi jak najszybciej porozmawiać z boginią Mirą. Tylko ona mogła wiedzieć, co się stało w Egharii...



<3
_________________________________________
Adres większego obrazka:
http://img196.imageshack.us/img196/8469/ellairen3sr.jpg
Aruell
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 41

czwartek, 2.czerwca.2011, 00:12

Witajcie!


W tym rozdziale dowiecie się, jak Ella i Ren mogą dopełnić rytuału zainicjowanego przez Verie. Natomiast w sobotę dodam rozdział, na który zapewne tak czekacie... ;P


Zapraszam serdecznie i jak zwykle czekam na wrażenia ;)


Załączam też rysunek Elli z Renem w tle ;) Potraktujcie go jako zapowiedź kolejnego rozdziału ;)


Pozdrawiam romantycznie ;)


***


32 dzień cuadrilu 8976 roku, Egharia: Veolia – Eolium, późne popołudnie


Ren i Ella podjęli już decyzję. W końcu nie było z czego wybierać i wiedzieli, że muszą zaryzykować połączenie dusz, żeby usunąć te kajdanki.


Arcykapłanka Thelina wróciła do nich, jak obiecała, po godzinie i od razu przeszła do sedna sprawy.


-        Jaką podjęliście decyzję? – spytała łagodnym głosem.


-        Chcemy usunąć kajdanki. – rzekli jednocześnie, a ona się uśmiechnęła. Wiedziała, że tak będzie.


-        Dobrze. A zatem połączą się wasze dusze, a czar Verii zostanie dokończony, ale pamiętajcie, że od tego nie ma odwrotu. – przypomniała jeszcze.


-        Trudno... – westchnął Ren – To jak mamy to zrobić? – spytał beznamiętnie, spodziewając się kolejnego nudnego rytuału.


-        Istnieje tylko jeden sposób na dokończenie tego czaru... – odeszła od nich kilka metrów, dając im znak, żeby poszli za nią – Musicie się połączyć w akcie seksualnym. – dokończyła, a oni zdębieli. Zwłaszcza Ella, o mało co nie zemdlała z wrażenia.


-        Chodzi o seks? – Ren był w szoku.


-        Tak. Dlatego akurat w tym, nie mogę wam pomóc. – zaśmiała się, widząc ich zarumienione twarze.


Arcykapłanka zaprowadziła zdumioną dwójkę do strzeżonego budynku za świątynią i wyjaśniła, że jest to jej rezydencja. Pokazała im też inne, w których mieszkały kapłanki oraz klasztor. Jednak budynek, należący do Theliny, był największy i  naprawdę przepiękny. Przypominał dworek z czasów romantyzmu na Ziemi. Również wnętrze było bogato urządzone i ciepłe. Podziwiali to miejsce, aż dotarli do drzwi na trzecim piętrze.


-        Proszę, oto wasz pokój. Zamieszkacie tutaj, na czas pobytu w Eolium.  – rzekła radośnie – To specjalny apartament dla moich gości.


-        Ależ, pani... Nie możemy... – zdumiał się Ren.


-        Nic nie mów. Ocalisz nasz kraj, nasz lud przed chorobą. Zasługujesz na właściwą gościnę z naszej strony. – wyjaśniła – Poza tym, tutaj Elli włos z głowy nie spadnie. Chronić ją będą święte mury świątynne i wszyscy kapłani Eolium, ze mną włącznie, kiedy ciebie nie będzie. Jestem pewna, że zależy ci na jej bezpieczeństwie. – uśmiechnęła się do niego, a on ukłonił się nisko.


-        Dziękuję, pani. – rzekł pokornie, po czym podziękowała również Ella.


-        Za chwilę kapłanki przyniosą wam kolację i gorącą herbatę. – oznajmiła – Pozostaje mi więc życzyć wam miłego wieczoru i nocy. – uśmiechnęła się znacząco i odeszła spokojnym krokiem.


Ella i Ren spojrzeli na siebie porozumiewawczo i weszli do środka. Mieli wrażenie, że przenieśli się do pałacu. W środku był bowiem przestronny salon z drewnianym kominkiem i regałem, pełnym różnych książek, tuż obok białej. skórzanej kanapy i dwóch szerokich foteli. Zaraz przy nich stał mały, szklany stoliczek z wazonem, wypełnionym niebieskimi kwiatami. Ściany miały ciepły, beżowy kolor. Wszędzie stały duże, doniczkowe kwiaty. Zachwyceni, obejrzeli sąsiedni pokoik, który był mini jadalnią. Znajdował się w nim drewniany, owalny stół i krzesła. Pokoje były jasne, gdyż były tam duże okna z subtelnymi storami w jasnobrązowym kolorze. Potem obejrzeli sypialnię, przytulną i z dużym łożem, otoczonym wiszącymi, przezroczystymi tkaninami oraz przestronną łazienkę z szeroką wanną i prysznicem. Wszędzie znajdowały się subtelne akcenty, typu posążki, wazoniki, świece czy ozdobne porcelany. Zaniemówili, gdy obejrzeli całość apartamentu.


-        Zaiste widać, że to rezydencja Arcykapłanki całego kraju. – podsumował Ren.


-        Tu jest pięknie, jak w bajce... – dodała oczarowana Ella.


Chwilę później poszli wziąć prysznic i ubrali czyste rzeczy, które leżały przygotowane specjalnie dla nich w łazience. Ona założyła przewiewna, długą sukienkę w kolorze białym, a on tunikę i spodnie, o tej samej barwie. Gdy zaś odświeżeni wrócili do jadalni, kolacja już na nich czekała na stole wraz z herbatą. Kapłanki musiały przynieść to, kiedy się myli. Uśmiechnęli się więc do siebie i zasiedli do kolacji.


***


Piątek, 1 stycznia 2012 roku, Ziemia: Szwajcaria - domek w górach, około 23:30


David tak długo pytał Mary o to, co się stało, że w końcu mu powiedziała. O wszystkim. O nieszczęsnym seksie bez zabezpieczenia, możliwości ciąży i kłótni z Thomem. David przez chwilę myślał, że dostanie zawału. Gdy skończyła opowiadać, zapadło długie milczenie. Nie mogła tego znieść.


-        Jestem taka wściekła na siebie! Jak mogłam być taka głupia i nieostrożna? – znów zaczęła płakać.


-        Spokojnie, jeszcze nie wiesz, czy jesteś w ciąży... – z trudem przeszło mu to przez gardło.


Był zły na Thoma i na siebie, że tak łatwo się poddał i zostawił Mary w jego rękach. Thom znów ją zranił. Tym razem jednak jeszcze dobitniej. Przeczuwał, że to się tak skończy od samego początku, ale Mary wciąż powtarzała, że się zmienił... Poza tym, widział, jak promienieje szczęściem. Postanowił więc dać spokój. Jednak teraz...


-        A jeśli tak? Davidzie, co ja wtedy zrobię? – spojrzała mu w oczy z bólem – Nie chcę być samotną matką, a ciąży nie usunę... Nie byłabym do tego zdolna...


-        Poradzimy sobie... – rzekł łagodnie, a ona była w szoku.


-        „My”? – spytała odruchowo.


-        Tak. Jeśli okaże się, że jesteś przy nadziei, zrobię wszystko by ci pomóc. Na pewno nie będziesz sama... – zapewnił.


-        Dav... Proszę przestań. – odwróciła głowę – Kiedy tak mówisz, czuję się jeszcze gorzej. – żałowała znów, że ośmieliła się tu do niego przyjść i żalić mu się.


-        Jak to?


-        Dlaczego ty miałbyś mi pomagać? Nie zasłużyłam sobie... Poza tym to nie twój problem ani dziecko... – uroniła kilka łez i dotknęła jego policzka – Proszę, nie bądź dla mnie taki dobry... Lepiej na mnie nakrzycz! Wyzwij od idiotek, uderz, cokolwiek! – krzyczała.


-        Mary! – ujął jej twarz w dłonie i zmusił by spojrzała mu w oczy – Nie gadaj głupot. Wszystko będzie dobrze. Nie panikuj na zapas i pamiętaj, że masz mnie. Ja zawsze ci pomogę, słyszysz? Nieważne, jaki problem to będzie...


-        Dav... Dlaczego jesteś dla mnie taki dobry? – nie mogła tego zrozumieć.


-        Bo cię kocham, Mary... – rzekł poważnie, z niepokojem w oczach, a ją zatkało.


***


Egharia: Veolia – Eolium (Rezydencja Theliny), wieczór


Posiłek był pyszny, zjedli go spokojnie, niewiele rozmawiając. Potem, pijąc gorącą herbatę, zaczęli rozmowę. Ella nie mogła przestać myśleć o sposobie, w jaki mieli połączyć swe dusze.


-        Nie mogę uwierzyć, że musimy... No wiesz, by pozbyć się tych... W  życiu nie pomyślałabym, że do zdjęcia kajdanek wystarczyło tylko...  – mówiła chaotycznie i zarumieniała się, patrząc raz na filiżankę herbaty, a raz na niego, a on się zaśmiał.


-        Jak tak się zastanowić, to gdyby nam wtedy nie przerwano, kajdanki same by zniknęły. – zauważył i uśmiechnął się widząc, że poczerwieniała na wspomnienie tamtej chwili.


-        No tak... – przełknęła ślinę, zaczęła się bowiem denerwować.


-        Nie martw się, kotku... – obniżył specjalnie głos – Tym razem nikt nam nie przeszkodzi... – zapewnił, a ona aż podskoczyła, słysząc te słowa.


Ren zauważył, że zaczęła nerwowo przebierać rękami, pod stołem i odstawił filiżankę. Postanowił skończyć z żartami. Wstał i wyciągnął do niej dłoń.


-        Chodź, Ello. – zadrżała, słysząc w jaki sposób to powiedział, ale podała mu rękę – Dlaczego jesteś taka spięta? – spytał, gdy chwycił jej dłoń.


-        Nie wiem...  – spojrzała na niego zarumieniona.


-        Ostatnim razem byłaś znacznie śmielsza... – zachichotał.


-        Wtedy było inaczej. To przez ten czar... Wciąż o nim myślę... – poczuł jej drżenie i pociągnął ją ku sobie, po czym objął ją mocno od tyłu.


-        No to przestań o tym myśleć... – rzekł jej prosto do ucha. a jej serce przyspieszyło, gdy poczuła jego oddech na szyi.


-        Staram się... – drgnęła, gdy uniósł jej rękę i pocałował wnętrze dłoni. Drobny gest, a wzbudził w niej takie pożądanie. To co będzie dalej?


-        A może cię już nie pociągam, co? – spytał z przekąsem, odwracając ją przodem do siebie. Zobaczył wtedy, jak wyczekuje i reaguje na każdy jego dotyk.


-        Przestań... Wiesz, że cię pragnę, nic się nie zmieniło w tej kwestii... – mruknęła, przymykając oczy, kiedy dotknął jej policzka gorącą dłonią.


-        Tak, wiem o tym doskonale, skarbie... – rzekł wesoło i pocałował ją delikatnie w usta, sprawiając, że powoli odpływała.


***


Ziemia: Szwajcaria - domek w górach, około 00:10


Mary patrzyła na niego w osłupieniu. Niby o tym wiedziała, ale teraz, gdy usłyszała to z jego ust, zupełnie nie wiedziała, jak się zachować. Dopiero David przerwał to długie milczenie, jakie zapadło.


-        Wiem, że to wiesz... – uśmiechnął się do niej – Ale musiałem to powiedzieć.


-        Dav, ja...


-        Nic nie mów. Nie oczekuję, że odwzajemnisz moje uczucia. Chcę tylko, żebyś wiedziała, że jesteś dla mnie najważniejsza na świecie i dlatego nie pozwolę, byś tak płakała. – pogłaskał ją po policzku, a ona zadrżała. Ciepło, bijące od Davida wręcz ją poraziło – Dlatego też, możesz na mnie zawsze liczyć. A teraz już uspokój się. Będziemy się martwić, jak rzeczywiście okaże się, że jesteś w ciąży, a co do Thoma... – urwał, bo w tym momencie Mary wtuliła się w niego tak mocno i niespodziewanie, że go zatkało.


Zarumienił się, czując jej ciepło i miękkie ciało przy sobie. Zawahał się chwilę, ale w końcu objął ją mocno i przytulił do siebie. Chciał, by ta chwila trwała wiecznie. Nadal nie wierzył, że trzyma ją w ramionach.


Po chwili Mary poczuła coś dziwnego. Jakieś delikatne uczucie, które sprawiło, że się wręcz zawstydziła. Nie rozumiała, dlaczego. Przecież wiele razy już tuliła się do Davida. Czemu więc teraz jej serce zabiło mocniej? Wystraszyła się tego i odsunęła nieśmiało spuszczając wzrok. David odgadł po jej minie o co chodzi, więc zabrał ręce i wstał.


-        Weź sobie prysznic. Pościelę ci łóżko w pokoju gościnnym. – rzekł łagodnie i już miał odejść, ale złapała go za rękę i spojrzała w oczy.


-        Dav... dziękuję. – nie wiedziała, co innego powiedzieć, a on uśmiechnął się tylko do niej ciepło i poszedł do pokoju obok.



_____________________________________________________________


Adres większego obrazka: http://img641.imageshack.us/img641/1158/ellarensr.jpg

Aruell
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 40

wtorek, 31.maja.2011, 00:09

Witajcie!


Pora na 40 już rozdział BM ;)


Tym razem nie będzie komentarza odautorskiego. Życzę tylko miłego czytania i czekam na wrażenia. ;)


Pozdrawiam magicznie ;*


***


32 dzień cuadrilu 8976 roku, Egharia: Veolia – Eolium, po południu


Thelina obserwowała reakcje tej dwójki i nawet trochę im współczuła. Widziała bowiem, że nie są gotowi na „więź dusz”, a nawet nie powinni jej zawierać. Nie pozostawiono im jednak wyboru.


-        Skoro innej drogi nie ma, to jak mamy dokończyć ten rytuał? – spytał zrezygnowany.


-        Powoli, Alrenie. Czy wiadomo ci coś więcej na temat tego czaru? – rzekła poważnie.


-        Wiem tylko tyle, że wymaga obopólnej zgody i łączy dusze dwóch osób... – zamyślił się.


-        Zgadza się, ale nie wiesz najważniejszego. – stwierdziła z lekkim współczuciem – Gdy już dopełnicie rytuału, prawdopodobnie żadne z was nie będzie w stanie żyć w związku z inną osobą. Połączą się bowiem wasze dusze i będziecie mogli zobaczyć uczucia, a nawet myśli drugiej osoby. Będziecie wiedzieć, co robi druga strona, gdy będzie gdzieś daleko. Wasze myśli będą wciąż krążyć koło drugiej połówki duszy. Mało tego, w każdym kolejnym życiu będziecie siebie szukać i jeśli nie znajdziecie, nie zaznacie szczęścia. To największa, najbardziej radykalna i najświętsza więź w świecie magii, na którą, w starożytnych czasach, decydowali się bardzo zakochani w sobie ludzie... Nie wszyscy byli potem z tego zadowoleni, ale nie było już wtedy odwrotu... To dlatego zakazano kontaktów z Veriami, ale to pewnie już wiecie od Eru. – mówiła zatroskana, patrząc na ich, w pełni usprawiedliwiony, szok.


-        To niemożliwe... – Ella załamała  ręce – Jeśli więc wrócę do domu, będę ciągle myślała o Renie i nigdy nie zaznam szczęścia w miłości? A jeśli nie zgodzę się na tę więź, to w ogóle nie wrócę od domu, bo kajdanki nie znikną? – mówiła łamiącym się głosem.


-        Tak, Ello. Przykro mi naprawdę, ale nie ma innego wyjścia... – odparła szczerze – To samo czeka Rena... – spojrzała na niego ze współczuciem, a on złapał się za głowę z nerwów.


-        Co też te Verie sobie myślały...? – mruknął zszokowany Alren – Co to za wybór? To kpina! – jego złość narastała.


-        Myślę, że musicie to przedyskutować, przemyśleć. Takiej decyzji nie można podjąć pochopnie. – rzekła ze spokojem Thelina – Zostawię was tutaj na godzinę. Przez ten czas, podejmijcie proszę decyzję. – dodała, wychodząc z sali.


***


Piątek, 1 stycznia 2012 roku, Ziemia: Szwajcaria - domek w górach, około 23:10


David właśnie wziął prysznic. Powinien się położyć, ale po tym jak przespał pół dnia, nie był senny. Ubrał niedbale niebieski podkoszulek i czarne, sportowe spodnie i usadowił się wygodnie w fotelu. Zamierzał poczytać książkę, którą już dawno planował przestudiować, ale nie miał na to czasu. Już miał zamiar przeczytać pierwszą stronę, gdy usłyszał głośne pukanie. Zdumiał się nie lada.


Kto mógł do niego pukać na tym odludziu? Kto wiedział o tym domku i o tym, że ktoś tu jest? Zaniepokoił się i wziął ze sobą haczyk, nim podszedł do drzwi, które bardzo ostrożnie otworzył. Gdy jednak zobaczył, kto przed nim stoi, z wrażenia wypuścił przedmiot  z ręki, który z hukiem upadł na podłogę. Patrzył na nią zszokowany, nie wierząc własnym oczom. Zamarł w bezruchu. Prędzej spodziewałby się tu diabła, niż Mary...


-        Mogę wejść? – spytała nieśmiało, opatulona po uszy płaszczem i szalikiem. Na dworze było mroźno i śnieżnie, zwłaszcza, że były to góry. Dopiero, gdy się odezwała, otrząsnął się i wpuścił ją do środka.


Weszła i nawet nie zaczęła się rozbierać, tylko od razu zasłoniła twarz rękoma, widząc szczery niepokój i troskę w oczach przyjaciela, który patrzył na nią pytająco. Rozpłakała się. Jego widok sprawił, że coś w niej pękło. Od razu pożałowała, że tu przyleciała.


-        Mary... – zaniepokoił się – Co się stało?


-        Wybacz... Nie powinnam była tu przyjeżdżać. – załkała – Lepiej już pójdę. Zapomnij, że tu byłam,... – chciała wyjść, ale zablokował jej drogę.


-        O nie, kochana. Tak łatwo się nie wymkniesz. – rzekł poważnie – Najpierw mi powiesz, co się stało.


Mary spojrzała na niego smutnymi oczami i nagle kichnęła.


-        Zdejmij w końcu te mokre ciuchy. – skarcił ją – Zaparzę ci gorącej herbaty, bo jeszcze mi się przeziębisz. – westchnął i poszedł do kuchni, a ona rozebrała się i usiadła na kanapie, obok kominka.


Czuła się okropnie. David był dla niej dobry i troskliwy, jak zawsze. Tak, jakby nic się nie stało. To było nie do zniesienia. Nie skarżyłaby się, gdyby nie chciał jej widzieć albo zachowywał dystans. Ale co miała począć w obliczu tego ciepłego uśmiechu i oczu, wyrażających szczere zmartwienie? Objęła się ramionami, tak strasznie było jej za siebie wstyd. Jednak wtedy wrócił David z kuchni i wręczył jej herbatę, po czym usiadł naprzeciwko, w fotelu i spojrzał na nią poważnie.


-        A teraz mów, co się stało...


***


Egharia: Veolia – Eolium, po południu


Ella i Ren siedzieli długo w milczeniu, aż w końcu dziewczyna nie wytrzymała napięcia i rozpłakała się, ukrywając twarz przed Renem.


Czuła się bowiem strasznie. Po co poszła nad to przeklęte jezioro? To jej wina... Jakimś cudem obudziła Verie, więc to przez nią te kłopoty... Mogła to znieść, wiedząc, że kajdanki zostaną zdjęte i wszystko wróci do normy. Jednak teraz wiedziała już, że to co zrobiła, przysporzyło Renowi problemu, którego nie da się rozwiązać i w dodatku będzie trwać wiecznie. Nie... To już nie jest problem. Ona mu zniszczyła życie! Odebrała mu wolność... i sobie też. Nie mogła znieść tej myśli...


Kochała go, to prawda. Chciałaby z nim być, ale... Nie takim kosztem! Nie przez konieczność! Nie przez czary! Nie bez jego zgody... Mimo iż go kochała, nie zgodziłaby się teraz na zwykły ślub, a co dopiero na związek dusz przez wieczność! Poza tym on jej nie kochał... Był więc jeszcze bardziej poszkodowany, niż ona. Poza tym, jeśli nawet to zrobią... to ona wróci do domu. Czy naprawdę nie będzie w stanie pokochać nikogo innego? Znów o tym pomyślała i to dobiło ją jeszcze bardziej.


Ale co mogła teraz zrobić? Była bezradna... Łzy płynęły strumieniami, aż w końcu Ren nie mógł na to dłużej patrzeć i położył jej rękę na ramieniu. Nie ruszyła się jednak, tylko zaczęła do niego mówić drżącym głosem.


-        Ren... Błagam, wybacz mi! – łkała, a on był zaskoczony. Był zamyślony i teraz nie wiedział, o co jej chodzi – To wszystko moja wina! To przeze mnie! Po co ja poszłam nad to cholerne jezioro? Gdybym tego nie zrobiła...  Nic by się nie stało. Nie miałbyś tych wszystkich przykrości ani tego problemu teraz... Ren, wybacz mi.. Wybacz... Ukarz mnie, jeśli tylko chcesz... Zasłużyłam sobie. Możesz mnie nawet zabić, nie będę mieć ci tego za złe... – mówiła coraz bardziej absurdalne rzeczy, aż urwała, gdy szarpnął ją za ramię tak mocno, że mimowolnie spojrzała mu w oczy.


Zadrżała na widok opanowanych, skupionych zielonych oczu i jego poważnej twarzy. Był zły? Miał prawo... Jednak złość Alrena wynikała z czego innego, niż myślała.


-        Uspokój się do cholery! – wycedził przez zęby – Przestań wygadywać głupoty! Po co miałbym cię karać czy zabijać? Odbiło ci?! – krzyczał, widząc szczery lęk w jej oczach.


-        Ale... – głos się jej załamał.


-        Nie mógłbym zrobić ci krzywdy... Myślałem, że już to wiesz...– odwrócił głowę, nieco urażony, że w ogóle o czymś takim pomyślała.


-        Wiem... Przepraszam, po prostu nie wiem, co ze sobą zrobić... – spuściła głowę, ale wtedy złapał ją za podbródek i zmusił by na niego spojrzała.


-        Posłuchaj uważnie, Ello. Nie jesteś niczemu winna. To nie twoja wina, że poszłaś nad tamto jezioro. Skąd miałaś wiedzieć, że zjawią się tam Verie? Wiem, że je obudziłaś. Nadal nie wiem, jakim cudem, ale jestem pewien, że nie zrobiłaś tego specjalnie. Wiem też, że o nic nie prosiłaś. Wszystkiemu winne są same Verie...


-        Ale one mówiły, że widzą moje życzenie w moim sercu... Dlatego to moja wina. – rzekła smutno, nie mogąc patrzeć mu w oczy.


-        Ello, jesteśmy tylko ludźmi. To normalne, że mamy różne ukryte pragnienia. Często egoistyczne... – urwał, ocierając jej łzy i lekko się uśmiechając – Myślę, że wiem już, co ujrzały Verie w twoim sercu... – zaskoczył ją.


-        Jak to? – zdumiała się.


-        Byłaś wtedy zagubiona, przerażona... Bałaś się zostać sama w obcym świecie. Znałaś tylko mnie i zaufałaś mi, a ja odszedłem. Myślałaś, że już się nie zobaczymy, że jesteś zupełnie sama i nigdy już nie wrócisz do domu... – mówił spokojnie – Dlatego podświadomie pewnie chciałaś bym wrócił. Chciałaś, bym był z tobą i ci pomógł. Może nawet już wtedy byłaś mną zafascynowana... Myślę, że to właśnie zauważyły Verie i uznały, że jeśli cię ze mną połączą, to spełnią twe życzenie. – dokończył, a Ella zaniemówiła.


-        Sam widzisz, że to moja wina...


-        Ello, nawet jeśli Verie właśnie to zobaczyły w twoim sercu, to wcale nie musiały od razu łączyć naszych dusz. Pewnie zrobiły to, bo o to najczęściej prosili je ludzie w przeszłości. Mogły przecież, po prostu sprowadzić mnie nad to jezioro lub skuć nas normalnymi kajdankami... To był przypadek, Ello.


-        Ale gdybym tam nie poszła... – nie dawała za wygraną.


-        Cholera, jeśli jeszcze raz powiesz, że to twoja wina, to cię chyba ukatrupię! – syknął – Powiedziałem już, że jesteś niewinna. Dociera? – zdenerwował się, a Elli serce przyspieszyło, jednak tym razem nie ze strachu. Mimo, że to nie zabrzmiało najlepiej, to poczuła coś ciepłego w sobie, jakieś miłe uczucie.


-        Tak... – odparła cicho, ocierając łzy – Ale, co teraz zrobimy, Ren? To, że mnie nie winisz, nie rozwiązuje problemu...


Alren pomyślał przez chwilę, a potem spojrzał na nią z lekkim zmęczeniem na twarzy.


-        Wydaje mi się, że nie ma nad czym myśleć, Ello. – stwierdził z przekonaniem – Jeśli nie usuniemy tych kajdanek, to po pierwsze, nie wrócisz do domu już nigdy, a przecież o to nam chodzi. A po drugie i tak będziemy na siebie skazani do śmierci i wiecznie skrępowani. To nie jest ani przyjemne ani bezpieczne w takim świecie, jak ten. Sama dobrze wiesz, ilu mam wrogów. Nie chcę cię na to dłużej narażać.


-        Wiem, że to najrozsądniejsze wyjście, ale przeraża mnie ten czar... Wrócę do domu i będę przez wieki za tobą tęsknić, ale trudno. Niech to będzie moja kara za egoistyczne pragnienia... Ale ty Ren.. Co z tobą? – spojrzała na niego ze smutkiem – Nie chcę byś cierpiał... – dodała ściszonym głosem, a on westchnął.


-        I znów nie myślisz o sobie, tylko o mnie. – zauważył, a ona się zarumieniła – Ello, dobrze wiesz, że nie wierzę w miłość. Nie będzie to dla mnie większym problemem. – powiedział zdecydowanie.


-        Teraz tak mówisz, ale co powiesz, jak spotkasz tą jedyną, niezwykłą kobietę?


-        Cóż..  – zaśmiał się cicho – Wydaje mi się, że trudno będzie spotkać bardziej niezwykłą kobietę od ciebie. – zaśmiał się, a jej serce przyspieszyło. Była tak zaskoczona, że zabrakło jej słów.


-        C-co ty mówisz... – zarumieniła się.


-        Nic takiego. – uśmiechnął się, widząc jej czerwoną twarz – Po prostu dostrzegam jeden przykry skutek tej sytuacji... Ja też będę za tobą tęsknił...


Aruell
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 39

czwartek, 26.maja.2011, 00:35

Witajcie!


Pora na obiecany bonus. ;) W tym rozdziale dowiecie się... a nie, nie będę Wam psuć przyjemności. Sami zobaczycie ;)


Przy okazji kilka słów organizacyjnych. Oto harmonogram notek na czerwiec:


Poniedziałek – Queen of light


Wtorek – Blask Miryonu


Środa – Ostatnie życzenie


Czwartek – Blask Miryonu


Piątek – Pamiętniki do QofL


Rozpisałam sobie wszystko, więc raczej odstępstw już nie będzie, no chyba, że mnie skutecznie namówicie^^ (dotyczy tylko BM)


Pozdrawiam i czekam na wrażenia! ;)

***

32 dzień cuadrilu 8976 roku, Egharia: Veolia – Eolium, po południu


Alren milczał przez długi czas. Cena, jaką musiał zapłacić za rozdzielenie z Ellą, jej powrót do domu i uzyskanie interesujących go informacji, była bardzo wysoka. Zdawał sobie sprawę, że w tej odludnej krainie, nadal żyją Lodowe Smoki, które wciąż żywią urazę do ludzi, po tych wszystkich polowaniach. Wiedział, że znalezienie i zdobycie mearu będzie niesamowicie trudnym zadaniem. Jednak lubił takie wyzwania i uznał, że to dobra okazja, by się sprawdzić. Poza tym musiał pomóc mieszkańcom tego kraju, miał tu bowiem wielu przyjaciół, których za nic nie chciałby stracić przez taką okropną chorobę. Dlatego też postanowił się zgodzić.


-        Dobrze, pani. Przysięgam na mój honor, że zdobędę mear. – obiecał, a Thelina się szczerze ucieszyła. Wiedziała, że wcale nie musiał się zgodzić i nawet planowała odpuścić, jeśli by odmówił, bo wiedziała, że bardzo dużo zażądała.


-        Jeśli dotrzymasz słowa, będę ci dozgonnie wdzięczna, podobnie jak cały lud Veolii i jej wysokość, królowa Araya. Po powrocie otrzymasz wszystko, czego zażądasz. – zapewniła radośnie.


-        Wystarczy, że zrobisz pani to, o co prosiłem na początku. – rzekł łagodnie.


-        Oczywiście. Zacznijmy więc od kwestii powrotu Elli do jej świata... – uśmiechnęła się do zakłopotanej dziewczyny – Nie ruszaj się, Ello... – rzekła i zamknęła oczy.


Arcykapłanka była zdumiona, odkrywając, kim jest Ella. Jednak zauważyła, że nie jest tego świadoma, więc postanowiła na razie milczeć. Chciała przedtem zamienić o tym kilka słów z Alrenem, na osobności, co w tej chwili było niemożliwe. Otworzyła oczy i ponownie się do niej uśmiechnęła.


-        Pochodzisz z równoległego wszechświata, a dokładnie z Ziemi. Zgadza się? – spytała, a Ella skinęła głową, zachodząc w głowę, skąd ona to wie.


-        Pani, czy wiesz, jak ona może wrócić? – Ren był tym szczerze przejęty.


-        Tak. Przygotuję rytuał, który odeśle ją do domu. Będzie to wymagało sporego wysiłku, ale jeśli przyniesiesz mear, będzie o wiele łatwiej... – powiedziała szczerze – Niemniej bez niego też się powinno udać. – zapewniła, widząc rosnącą determinację na twarzy Alrena i niepokój Elli.


-        Z pewnością przyniosę mear... – zadeklarował Ren.


-        W takim razie, zaczekamy z tym rytuałem do twego powrotu, Alrenie. – uśmiechnęła się Thelina.


-        Wielmożna pani... – zaczęła nieśmiało Ella – Chyba najpierw trzeba rozwiązać kwestię tego... – uniosła rękę, wskazując na kajdanki.


-        Tak... Zaraz się tym zajmiemy... – spojrzała na kajdanki w skupieniu – Z tego co zrozumiałam, pojawiły się w wyniku czarów Verii, które spełniły jakieś twe życzenie, tak Ello? – zwróciła się do niej.


-        Tak, ale ja naprawdę nie wypowiedziałam żadnego życzenia... Nie wiem, co to było ani dlaczego akurat Ren... – rzekła zakłopotana po długim milczeniu, a Arcykapłanka się zamyśliła – Pamiętam tylko, ze Verie dziękowały mi za obudzenie ich z długiego snu... Ale ja nic nie zrobiłam, przysięgam... – mówiła nerwowo, a Thelina przeżyła szok.


Zdawała sobie doskonale sprawę z niezwykłości tej sytuacji. Od początku zastanawiała się, skąd się wzięły w Veolii Verie. Teraz usłyszała odpowiedź – to Ella przebudziła Verie... Ale jakim cudem? Mimo iż wiedziała, kim jest ta złotowłosa dziewczyna i bez wątpienia było to niesamowite, to jednak nadal było to o wiele za mało, by zrobić coś takiego. Czyżby to dziewczę skrywało jeszcze więcej tajemnic? Po dłuższej chwili poddała się, obiecując sobie, że pomyśli o tym później. Teraz musiała skupić się na tych kajdankach...


-        Zaraz się dowiemy, co to za kajdanki... – uśmiechnęła się – Podejdźcie tutaj... – wskazała im magiczny krąg na podłodze, daleko za stołem, przy którym siedzieli.


***


Piątek, 1 stycznia 2012 roku, Ziemia:  Londyn – dom Mary, około 15:17


Pierwsza obudziła się Mary. Było już późne popołudnie. Ostrożnie podniosła się do pozycji siedzącej i od razu chwyciła za głowę, bo potwornie ją bolała. Ach... Skąd znała to uczucie? Ano tak, jak się upiła, to zawsze miała okropnego kaca. Dopiero po chwili, zauważyła, że jest naga, a obok wciąż jeszcze śpi – Thom. Aż podskoczyła. Co się stało? W sumie oczywiste... Jej wzrok padł na zabrudzenie na pościeli. Denerwowało ją, że prawie nic nie pamięta ze swego pierwszego razu. Złapała się za głowę. Jak mogła pójść z nim do łóżka tak szybko? Westchnęła i zwaliła wszystko na alkohol. W tej chwili coś ją tknęło i gdy dotarło do niej znaczenie tej myśli, zerwała się gwałtownie z łóżka. Jak mogła być taka głupia? Szybko zaczęła budzić Thoma, który niechętnie, ale w końcu otworzył oczy i uśmiechnął się do niej.


-        Cześć, kotku...


-        Thom! Powiedz mi... – spojrzała mu w oczy – Zabezpieczyłeś się?


Przez chwilę patrzył na nią tępo, ale w końcu dotarły do niego jej słowa.


-        Cholera! Nie... – już się obudził.


-        O nie... – opadła nagle z sił – Co my zrobiliśmy? Nie powinniśmy tak po pijaku... – zadrżała.


-        Nie martw się. Na pewno nie zaszłaś w ciążę... – ochłonął.


-        Skąd wiesz? – bąknęła – A co jeśli tak? – spojrzała na niego z przerażeniem.


-        Wszystko da się załatwić. – odparł zwyczajnie.


-        Co masz na myśli? – zirytowała się jego obojętną postawą.


-        Jeśli się tak zdarzy... – zaczął – Usuniesz ciążę i po kłopocie. Zajmę się załatwianiem i pieniędzmi. Nie martw się.


-        Co?! – nie mogła uwierzyć własnym uszom – A zapytałeś mnie o zdanie? – ciśnienie jej rosło.


-        Nie i nie mam takiego zamiaru. Nie chcę żadnych bękartów! – zdenerwował się i zaczął się nerwowo ubierać.


-        Nie poniósłbyś odpowiedzialności? – była w szoku.


-        Po co ta bezsensowna rozmowa? Nawet jeszcze nie wiesz, czy zaszłaś w ciążę! – krzyknął.


-        Wyjdź! – wrzasnęła, a on spojrzał na nią zdumiony.


-        Co? – był zaskoczony jej furią.


-        Słyszałeś. Wynoś się z mojego domu! I to zaraz! – wydarła się na niego.


Była tak wściekła, że rzucała w niego jego rzeczami i dosłownie wypchała go ze swego domu, nie dając mu nic powiedzieć, po czym zatrzasnęła drzwi.


Wciąż jeszcze drżąc, usiadła na podłodze, pod drzwiami i zaczęła płakać. Wkurzała się na Thoma i cały świat. Najbardziej jednak na siebie, że była taka głupia. Jak mogła? Jak mogła być taka zaślepiona? Poczuła do siebie odrazę. Zaczęła modlić się, żeby los oszczędził jej kłopotów i wstydu na całe życie – by nie była w ciąży. Co ona narobiła? Łzy jej leciały strumieniami.


Chciała by ktoś ją przytulił. Chciała, by to wszystko okazało się tylko złym snem i wtedy pomyślała o kimś, kto zawsze dawał jej wsparcie w takich chwilach i zaniosła się jeszcze większym płaczem. David... Nie wyobrażała sobie jednak, by mogła teraz pójść się do niego wyżalić. Zraniłaby go tym... Mimo wszystko jednak zapragnęła go zobaczyć i usłyszeć jego ciepły głos. Choćby miał ją odtrącić...


***


Egharia: Veolia – Eolium, po południu


Posłusznie poszli we wskazane, przez Arcykapłankę miejsce i wtedy Thelina wypowiedziała jakieś magiczne zaklęcie. Otoczyło ją jasne, białe światło, które potem przeszło na nich. Wszystko trwało tylko chwilę, a gdy tylko Arcykapłanka skończyła, od razu zauważyli szok, malujący się na jej twarzy. Stała przez chwilę w osłupieniu...


Ren się zdenerwował, gdy pomyślał, że pewnie zauważyła, że Ella jest duchem i nie wiedział, czego się spodziewać. Ella natomiast wciąż była wystraszona i czuła, że mina Theliny nie wróży nic dobrego.


Tymczasem Thelina potwierdziła swoje domysły, odnośnie pochodzenia Elli i sama nie mogła w to uwierzyć, jak to możliwe. A więc jednak... Westchnęła, uspokajając swe emocje. To musiało poczekać.


-        Moi drodzy... – zaczęła w końcu, opanowanym głosem – Obawiam się, że nie mam dla was dobrej wiadomości, w tej sprawie. – dokończyła, a oni spojrzeli na nią zmartwieni.


-        Jak to? – wyrwało mu się.


-        Verie rzuciły na was czar „więzów dusz”... – powiedziała, po czym wróciła do stołu wraz z nimi.


-        Co takiego? Jesteś pewna, pani? – na jego twarzy malowało się przerażenie, które udzieliło się Elli, choć nic nie zrozumiała.


-        Tak. Oznacza to, że zamiarem Verii było połączenie waszych dusz nierozerwalnym więzłem. – wyjaśniła.


-        Ależ, pani! Coś takiego jest możliwe tylko za zgodą obu stron! – Ren zdawał się wiedzieć, o co chodzi.


-        Zgadza się, dlatego też skuły was kajdankami, by wymusić ową zgodę. – spojrzała im w oczy i ujrzała strach – Tylko, gdy oboje się zgodzicie na dokończenie, rozpoczętego przez nie, rytuału połączenie dusz, kajdanki znikną. Nie istnieje żadna inna możliwość ich zdjęcia. – mówiła poważnie.


-        Chcesz powiedzieć, pani... – zaczął Ren, wciąż zszokowany – To znaczy, że kajdanki znikną tylko, jeśli oboje zgodzimy się na tą więź dusz?


-        Tak. Jak już mówiłam, Verie już was wstępnie połączyły... Teraz potrzeba tylko jeszcze jednej rzeczy do dopełnienia czaru.


-        Już nas połączyły? Ale jak to? – zdziwił się, myślenie przychodziło mu z coraz większym trudem.


-        Nie zauważyliście pewnej zmiany, odkąd zostaliście skuci? – spytała nagle, zaskakując ich – Nie zaczęliście być dla siebie milsi? Nie stworzyła się wami żadna więź emocjonalna? Czy nie macie wrażenia, że znacie się od zawsze, kiedy trwa to tylko kilka dni? – zasypała ich retorycznymi pytaniami, a oni zbaranieli.


Ren i Ella spojrzeli po sobie, nie wierząc w to, co słyszeli. Czyli, to że się polubili, to zasługa czaru Verii? Ren nie mógł tego zaakceptować, a Ella mimowolnie pomyślała o tym, jak Ren zachowywał się na początku ich znajomości, a jak potem, po skuciu kajdankami i zauważyła wyraźną różnicę... Jednak również ona nie mogła w to uwierzyć. Była pewna, że to była naturalna kolej rzeczy, że nawiązała się między nimi nić porozumienia. Thelina zdawała się odgadywać ich myśli.


-        Nie oznacza to oczywiście, że polubiliście się tylko dzięki czarom. – dodała z lekkim rozbawieniem, widząc ponownie ich szok – Po prostu Verie stworzyły wam warunki do bliższego zapoznania się z sobą. Cała reszta to już naturalna kolej rzeczy...  – wyjaśniła, a oni nieco się uspokoili.


-        Wielmożna Thelino. Co w takim razie możemy zrobić? – spytał po namyśle Ren.


-        Musicie podjąć bardzo ważną decyzję. – rzekła poważnie – Możecie albo dokończyć rytuał połączenia waszych dusz albo żyć z tymi kajdankami do śmierci.


-        Ależ co to za wybór, pani! – zdenerwował się Ren.


-        Innej drogi nie ma, Alrenie...

Aruell
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 38

środa, 25.maja.2011, 16:34

Witajcie Kochani ;)


Miałam dodać ten rozdział dziś po północy, ale zrobię to teraz, bo mam czas. ;)


Przed nami początek pierwszej, bardzo ważnej rozmowy, która będzie kontynuowana w kolejnych rozdziałach. ;)


Oprócz tego co nieco o Nicku i planach wroga Rena i Elli. ;)


Miłego czytania!


Pozdrawiam ;)

***

32 dzień cuadrilu 8976 roku, Egharia: Veolia – Eolium, poranek


Ella i Ren z samego rana opuścili zajazd i poszli do jakiejś spokojnej kawiarenki na kawę i małą przekąskę. Gorący napój smakował Elli nawet bardziej niż w Leosie. Ta kawa była delikatniejsza w smaku, ale jednocześnie pobudzała. Śniadanie również było smaczne, jednak dziewczyna nie potrafiła się cieszyć chwilą.


-        Ren, co teraz? – spytała ze smutnymi oczami, gdy opuścili już kawiarnię.


-        Idziemy do Świątyni Eonior na spotkanie z Theliną. Już najwyższy czas... – rzekł, próbując ukryć fakt, że nie może się tego doczekać, by nie było jej przykro.


Miał po prostu tyle pytań, że wręcz marzył o rychłym poznaniu odpowiedzi. To nie było tak, że cieszył się, że pozbędzie się Elli, choć ona właśnie tak odebrała jego zniecierpliwienie i poganianie. Poczuła smutek, ale nie była zdziwiona. Nic nie powiedziała, tylko spokojnie poszła z nim na główną ulicę Eolium.


Pogoda była śliczna, słoneczna i dość ciepła, jak na Veolię. Dziś wszystko wydało jej się ładniejsze, wyjątkowe. Żegnała się bowiem po cichu z tym światem. Może nie był dla niej zbyt przyjazny, ale i tak go polubiła. W końcu spotkała tu jego... Ren natomiast milczał całą drogę i odezwał się dopiero, gdy zatrzymali się przed gmachem świątyni.


Ella spojrzała z zachwytem na białą, kryształową i półprzezroczystą budowlę o strzelistych wieżyczkach, w kształcie sopli lodowych. Otoczona była parkiem dziwnych drzew, o kryształowych kuleczkach, zamiast liści, w kolorze jasnobłękitnym. Miejsce wyglądało na zimne, ale i niezwykle piękne.


Ren chwycił ją za rękę widząc, że się denerwuje i razem weszli do środka. Było tam niesamowicie jasno, jakby słoneczne promienie przenikały ściany budowli i odbijały się wewnątrz. To był niezapomniany widok.


Wkrótce napotkali kapłanki w białych szatach i włosach, zaczesanych w warkocze, długie aż do podłogi, które oznajmiły im, że muszą mieć pozwolenie na audiencję u Arcykapłanki Veolii. Ren przekazał więc im swoje dane i po kilku minutach, kapłanki wróciły do nich, z łagodnymi uśmiechami na twarzach.


-        Możecie wejść do zamkniętych komnat świątyni. Arcykapłanka oczekuje na was w pokoju modlitewnym. – wyjaśniła białowłosa ze spokojem.


-        Dziękujemy... – Ren ukłonił się im i poszli do głębszych komnat świątyni, aż dotarli do komnaty modlitewnej.


W okrągłym i małym pomieszczeniu, Arcykapłanka klęczała przed posągiem jakiegoś mężczyzny, zapewne bogiem tej krainy, oświetlona z góry światłem słonecznym. Wyglądała jak prawdziwy anioł. Wyczuła ich i odwróciła się do nich, gdy tylko wstała. Ella aż otworzyła buzię z zachwytu, widząc jak piękna osoba przed nimi stoi.


Arcykapłanka miała bowiem lśniące, rozpuszczone białe włosy do samej podłogi, ciemnoniebieskie szaty i srebrny diadem na czole z diamentem w środku. Jej oczy były błękitne i nie wyrażały żadnych emocji. Miała też jasną karnację i szlachetne rysy twarzy. Jednym słowem, była bardzo piękna.


-        Witajcie, kochani. – rzekła aksamitnym głosem, przyglądając się im uważnie – Alrenie vhe Adhenos, czekałam na ciebie. Jednak zanim przejdziemy do twej sprawy, wyjaśnij mi obecność tej kobiety, przy twoim boku...


-        Wybacz, wielmożna pani. Wiele się wydarzyło, gdy zmierzałem na to spotkanie... – wyjaśnił, kłaniając się jej nisko i pokazując Elli, by zrobiła to samo.


-        A zatem musisz mi wszystko opowiedzieć.  – odparła stanowczym głosem – To z pewnością jest interesująca historia... – rzekła, zauważając kajdanki, które łączyły ich ręce. Doskonale wiedziała, że są magiczne.


Thelina zaprowadziła ich do osobnej komnaty, gdzie zasiedli przy okrągłym stole, naprzeciwko niej. Ella milczała i wyglądała tak, jakby była onieśmielona obecnością tej kobiety. Bił od niej prawdziwy majestat, który wzbudzał w niej respekt.


Ren tymczasem opowiedział jej wszystko. Począwszy od przybycia Elli, przez zdarzenia nad jeziorem Eloy, aż do ustaleń z Eru – o nieznanym uroku rzuconym przez Verie. Arcykapłanka nie kryła zdumienia słysząc tę historię i teraz przyglądała się Elli, z rosnącym niepokojem.


-        Właśnie w tej sprawie przybywamy tu razem, pani. Chcielibyśmy prosić o pomoc w usunięciu tych kajdanek... oraz sugestię, jak Ella mogłaby wrócić do swego świata. – zakończył Ren i wlepił w nią swój, pełny nadziei, wzrok.


-        Rozumiem... – rzekła Arcykapłanka – Obiecuję zrobić wszystko, co w mej mocy, by wam pomóc, jednak chciałabym prosić o coś w zamian. – powiedziała poważnie.


-        Mów, pani. – Ren zastanawiał się, jakiej ceny zażąda.


-        Ta prośba jest skierowana do ciebie, Alrenie... O ile mi wiadomo, jesteś niezwykle potężnym wojownikiem i magiem, który ma bardzo unikalne pochodzenie... – mówiła powoli, a Ren wstrzymał oddech. Czyżby wiedziała? Ale skąd?!


-        Pani... – głos mu zadrżał.


-        Tak, wiem, kim jesteś, Alrenie. – odparła z uśmiechem, widząc jego szok.


-        A-ale skąd? – nie mógł zrozumieć. Nikomu bowiem o tym nie mówił, oprócz Elli.


-        Mój drogi, jestem Arcykapłanką Veolii. Wiem znacznie więcej niż inni. – zamknęła na chwilę oczy – Jednak nie musisz się obawiać, nikomu nie zdradzę twego sekretu. Twój ród uratował mi kiedyś życie, więc stoję po twej stronie. – zapewniła z łagodnym uśmiechem, a Ren odetchnął z ulgą, choć nadal był zszokowany.


-        A zatem... Jaka jest twoja prośba, pani? – spytał poważnie, zachodząc w głowę, o co może chodzić.


***


Egharia: Veolia – Veron (okolice (Motelu „Eryonus”), ranek


Ghin opuścił właśnie motel, w którym jakiś czas temu byli Alren i Ella. Był bardzo zadowolony, bowiem dowiedział się, że jego cel tu był. Recepcjonistka opowiedziała mu, o ich dziwnym zniknięciu w środku nocy.


Domyślał się, że zmierzają do Eolium i już wiedział, gdzie ich szukać. Teraz musiał tylko wymyślić, jakiś dobry plan, by się pozbyć Alrena. Wiedział, że w otwartej walce nie ma z nim szans. Wiedział też, że jest zbyt mądry, by wpaść w jakąś pułapkę albo dać się nabrać na zatrute jedzenie czy picie lub wybuchową niespodziankę. Zdawał sobie sprawę, że nie wolno nie doceniać wroga. Przekonał się o tym już w Lesie Sverse i nie zamierzał popełnić tego błędu ponownie.


Nagle go oświeciło. Przecież on jest z kobietą! – uświadomił sobie. W jego głowie zaświtał pomysł, by wykorzystać tę kobietę do pokonania Alrena. Teraz tylko musiał to dokładnie przemyśleć i zaplanować.


***


Egharia: Veolia – Eolium, około południa


Thelina wypiła łyk gorącej herbaty, którą przyniosły im kapłanki, pozbierała myśli i oznajmiła Renowi, jaka jest jej prośba.


-        Jak może już wiecie, w Veolii szerzy się straszna epidemia. Leczenie tradycyjne, zielarstwo i biała magia niestety nie pomagają i ludzie masowo umierają. Jest coraz gorzej... – zaczęła – Niestety nawet moja wiedza okazała się zbyt uboga, by sobie z tym poradzić, więc udałam się po pomoc do Syriany w Alorii.


-        Do Arcykapłanki całej Egharii? – oczy Alrena, aż rozszerzyły się z wrażenia, a tymczasem Ella usiłowała coś zrozumieć z tej rozmowy.


-        Tak. Niech Harios obdarzy ją wieczną łaską za jej wiedzę. Wyjaśniła mi bowiem, na czym polega ta choroba i podpowiedziała, jak stworzyć lekarstwo.


-        A zatem. Co to za choroba? – dopytywał się, wciąż nie widząc tu dla siebie żadnej roli.


-        Z jakiś przyczyn, choroba ta przyspiesza proces starzenia się i zmusza dusze do opuszczenia ciał chorych, co oczywiście oznacza śmierć. Tyczy się to wszystkich, dzieci i osób starszych.


-        To straszne, pani... – zasmucił się, przypomniał sobie dziewczynkę z Veronu, która opowiadała o śmierci swoich rodziców. A więc tak umarli... – Jest mi bardzo przykro, ale w czym ja mógłbym tu pomóc?


-        Do stworzenia lekarstwa potrzebny jest unikalny minerał mear, który możesz zdobyć tylko ty, Łowco Dusz... – rzekła zdecydowanie, a Alrena aż zmroziło – Wiesz, o czym mówię, prawda?


-        Tak, pani... – odparł pokornie – Mear, zwany „łzami bogów”, powstał wieki temu z niewinnych dusz Lodowych Smoków, które zginęły w czasie polowań na te zwierzęta, z rąk żądnych mocy przodków Cehronów. Podobno można go znaleźć tylko w jednym miejscu w Egharii... W Dolinie Lodowych Smoków, w Veolii, głęboko w jaskiniach gór Eol, Dhevys i Rhys.


-        Dokładnie tak. Spodziewałam się po tobie wiedzy na ten temat. – uśmiechnęła się do niego – Możesz jednak nie wiedzieć, że mear jest niewidzialny dla zwykłych Egharczyków, nawet dla mnie i Syriany. Tylko jeden lud mógł i może nadal go zobaczyć... Tylko dlatego też, minerał ten jeszcze istnieje i nie został całkowicie wydobyty przez ludzi.


-        Tylko mi nie mów, pani, że to... – był w szoku.


-        Tak, to Heryoni – Łowcy Dusz są w stanie go zobaczyć. Dlatego też tylko ty możesz znaleźć ten minerał, niezbędny do stworzenia leku na tą straszną chorobę i ocalenia Veolczyków. Oto moja prośba, Alrenie. Zdobądź odrobinę tego surowca. – zakończyła, akcentując każde słowo, a Ren pogrążył się w zadumie.


***


Piątek, 1 stycznia 2012 roku, Ziemia:  Madryt – okolice Klubu „Deseo”, około 7:10


Nick i Carmen szli spokojnym krokiem po ulicy, po szalonej nocy sylwestrowej. Odprowadzał ją do domu, gdyż Alejandro znalazł sobie inną, interesującą kobietę i za pozwoleniem swej partnerki tanecznej, pojechał z tamtą dziewczyną, Bóg jeden wie, dokąd.


-        To było zabawne... – zaśmiał się, na wspomnienie tamtej chwili.


-        Co? – spojrzała na niego pytająco.


-        To, jak przybiegł do ciebie się zapytać, czy może pojechać z tamtą dziewczyną i zostawić cię samą... – nadal miał to przed oczami. Mistrz Świata w tańcu wydał mu się słodkim i niewinnym chłopakiem, choć na parkiecie grał prawdziwego torreadora.


-        Ach... No on już taki jest. – zaśmiała się również – Słodki, kochany Andy.


-        Czemu tak na niego mówisz?


-        Taka ksywka. – odparła z rozbawieniem – Na mnie mówią Karmelka.


-        Długo się znacie? – spytał z ciekawości, a ona uśmiechnęła się do niego.


-        Od dzieciństwa. Przyjaźnimy się od bardzo dawna. – wyjaśniła.


-        No zauważyłem, że rozumiecie się bez słów, dlatego myślałem... – urwał i zarumienił się nagle.


-        Wyglądasz słodko, gdy się tak rumienisz. – zachichotała, a on się zawstydził. Jeszcze nikt nie mówił o nim, że jest „słodki” – Nie martw się, miedzy mną a Alejandro nigdy do niczego nie dojdzie. Próbowaliśmy kiedyś i owszem, ale szybko zrozumieliśmy, że możemy się tylko przyjaźnić. – rzekła szczerze.


-        Czemu miałbym się martwić? – zaskoczyła go.


-        Tylko mi nie mów, że się mną nie interesujesz... – przymrużyła oczy, gdy zatrzymali się przed jej domem, a jego zatkało. Odwrócił głowę, po czym spojrzał jej w oczy.


-        Nie mówię... – rzekł cicho, a ona roześmiała się, cmoknęła go w policzek i weszła po schodkach, w kierunku swego domu.


To do jutra. – pomachała mu i zniknęła sprzed nosa, a on właśnie wtedy zdał sobie sprawę, że wpadł po uszy.
Aruell
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Część II - Rozdział 37

poniedziałek, 23.maja.2011, 22:47

Witam!


No to zaczynamy Część II Blasku Miryonu, pt. „Tajemnica Elli” ;D Jest to część dość długa, bowiem kończy się dopiero na ok. 60 rozdziale, ale mam nadzieję, że będziecie chcieli więcej... ;)


Początek dość niewinny, no może nie u Mary, ale cieszcie się spokojem u Rena i Elli, bo niedługo zrobi się gorąco, dosłownie i w przenośni (tajemnice się skurczą, o!) ;P


Załączam też obiecany rysunek Rena na otwarcie nowej części. ;)



To jest link do większego obrazka ( bo ten powyżej jest tak pomniejszony, że widać już zamglenie, ale większego dać w miniaturze nie mogę ;/ ):


http://img821.imageshack.us/img821/8232/princerennorhensr.jpg


Miłego czytania i czekam na wrażenia ;)


***


Blask Miryonu


Część II – „Tajemnica Elli”




*


31 dzień cuadrilu 8976 roku, Egharia: Veolia – Eolium, wieczór


Kiedy oboje wkroczyli do stolicy Veolii, zachwyt Elli pięknymi budowlami, ozdobnymi drzewami i tłumem ludzi, krzątających się po mieście, stopniowo ustępował miejsca smutkowi i zwątpieniu. Kiedy emocje opadły, jak bumerang powróciły do niej myśli o tym, po co w ogóle tu przybyli...


Mieli spotkać się z Theliną – Arcykapłanką Veolii, aby usunęła kajdanki, które przez długi czas łączyły ich ręce. Miała się też dowiedzieć, jak wrócić na Ziemię... Zadrżała. Zrobiło jej się nagle bardzo zimno i z trudem powstrzymywała łzy, które same cisnęły się jej do oczu, gdy pomyślała, co to wszystko oznacza.


Jej gwałtowny spadek nastroju od razu wyczuł Alren i przyglądał jej się uważnie. Wiedział o czym myślała. Sam miał mieszane uczucia, z tym związane. Chciał jak najszybciej porozmawiać z Theliną, jednak ostatecznie postanowił z tym trochę poczekać. Czuł, że musi porozmawiać z Ellą, albo przynajmniej jej wysłuchać, gdyż widział, że próbuje mu coś powiedzieć, od jakiegoś czasu. Pomyślał, że mogą pójść do Arcykapłanki rano, a teraz przenocują w jakimś bezpiecznym miejscu. Znał takie jedno...


-        Ello, chodź tędy. – wskazał na wąską i dość ciemną uliczkę – Zanim odwiedzimy Thelinę, powinnyśmy odpocząć po tej trudnej przeprawie. Co o tym myślisz? – spytał łagodnie.


-        Dobrze... – w jej głosie nie było żadnego entuzjazmu, co najwyżej ledwie wyczuwalna ulga.


Nim się obejrzeli, byli już na miejscu, przed niewielkim zajazdem dla podróżników o nazwie „U Dablesa”.  Nie wyglądał ani zbyt czysto ani bogato. Ella skrzywiła się, widząc brodatych mężczyzn z butelkami wina i fajkami, przed drzwiami do środka.


-        Ren... Co to za rudera? – szepnęła z nieskrywanym niezadowoleniem, a on mimowolnie się zaśmiał.


-        Może nie jest to pięciogwiazdkowy hotel, Ello, ale z pewnością będzie tu bezpiecznie. Nikt z moich wrogów, raczej nie wpadnie na pomysł, że tu nocujemy. – wyjaśnił, ale nadal nie była do końca przekonana – Chodź, odwiedzimy mojego starego znajomego. – pociągnął ją delikatnie.


W środku Ren zamienił kilka słów z gospodarzem zajazdu – Dablesem, który jak się okazało, był tym znajomym, o którym wspomniał. Nieduży i dość otyły starszy facet, obrzucił Ellę spojrzeniem pełnym uznania i spojrzał na Rena znacząco.


-        No stary, muszę przyznać, że masz dobry gust, jeśli chodzi o kobiety. – rzekł chrapliwym głosem i zaśmiał się.


-        Dzięki. – zignorował uwagę – Potrzebujemy pokoju i czegoś na ząb. – rzekł kładąc na ladę kilka monet.


-        Jasna sprawa... – zaśmiał się i wręczył mu jakiś klucz.


-        I jeszcze coś, Les... Nas tu nie ma, rozumiesz? – szepnął do niego poważnie, a on jakby zrozumiał przesłanie.


-        Oczywiście, stary. Od czego są przyjaciele. – mruknął – Idźcie już. Za chwilę coś wam przyniosę.


Ella sprawiała wrażenie co najmniej spiętej. To miejsce się jej nie podobało tak samo, jak gospodarz, ale nie wątpiła w Rena. Na pewno wiedział, co robił. Poszła więc z nim na górę i po chwili weszli do pokoju. Nie zdążyli się jeszcze dobrze rozebrać, kiedy ktoś zapukał. Był to Dables, który przyniósł im obiecaną, ciepłą kolację i grzane wino. Potem dobrze zamknęli pokój. Ren zasłonił okna i zapalił tylko kilka świec, które stały na szafkach nocnych, po obu stronach sporego łóżka.


Ella zauważyła, że wnętrze nie jest takie złe, jak się mogło zdawać z zewnątrz. Było tu owszem skromnie, ale ciepło. W niewielkim pokoju znajdował się jeszcze mały stolik, szafka i dwa krzesła. Łazienka była ciasna i zawierała tylko skromny brodzik i ubikację, ale o dziwo pomieszczenie wydawało się dość czyste, jak na taki zajazd.


Gdy złotowłosa usiadła na łóżku, obok Rena, poczuła przypływ wielkiego zmęczenia. Ostatniej nocy nie spała przez zamieć śnieżną, więc jej organizm wręcz domagał się snu. Było jej to nie na rękę, gdyż za żadne skarby nie chciała przespać ostatniej, jak się jej zdawało, nocy z Renem. Dlatego też chętnie zgodziła się na prysznic, mając nadzieję, że nieco ją rozbudzi.


***


Piątek, 1 stycznia 2012 roku, Ziemia:  Londyn – dom Mary, około 5:20


Sylwester w Londynie dobiegł już końca. Mary i Thom wzięli taksówkę i właśnie zatrzymali się przed domem blondynki. Opuścili samochód chwiejnym krokiem, upojeni i zmęczeni. Gdy zaś byli już pod drzwiami do jej domu, przyszedł czas się pożegnać.


-        Dziękuję, Mary... To był wspaniały sylwester... – wyszeptał Thom i pocałował ją krótko w usta.


-        Już idziesz? – mruknęła niezadowolona – Może wejdziesz na kawę? – spojrzała na niego błagalnie, a on zaśmiał się cicho.


-        Skoro nalegasz... – rzekł zalotnie i wszedł z nią od domu.


Kiedy byli już wewnątrz, Mary zachwiała się i wylądowała w jego ramionach. Widział, że jest naprawdę nieźle wstawiona i nie myśli racjonalnie. On też był podpity, ale nie aż tak, by nie wiedzieć, co robi.


-        Darujmy sobie te kawę, Mary. Za dużo wypiłaś... – szepnął i wziął ją na ręce, po czym zaniósł do jej sypialni.


-        Sugerujesz, że jestem pijana? – bąknęła oburzona i złapała go za klapy marynarki, kiedy już położył ją na łóżku.


-        Tak, skarbie. Dlatego powinnaś się przespać. – rzekł czule, ale ona go pocałowała w usta, tak namiętnie, że zadrżał.


Zaskoczyło go to, jaka potrafiła być odważna i bezpośrednia. Poczuł, że jest gorącą kobietą. Była zupełnie inna, niż wtedy, kiedy ją poznał. Nie widział jej jeszcze tak wstawionej, ale taka Mary go kręciła. Taka seksowna i pewna siebie... Pociągała go, jak cholera. Powstrzymał się jednak jeszcze na chwilę.


-        Jeśli pocałujesz mnie jeszcze raz, to już stąd nie wyjdę. – mruknął jej do ucha, nieco żartobliwie, a ona się zaśmiała.


-        W takim razie... – szepnęła – Zostajesz dziś ze mną... – po tych słowach znów go pocałowała, a on nie czekał już na kolejne zaproszenie.


Objął ją mocno i namiętnie pocałował. Gwałtownymi ruchami zdejmował jej sukienkę i bieliznę, co ją dodatkowo nakręcało. Nie pozostała mu dłużna i równie szybko zdejmowała z niego ciuchy. Thom przywarł do jej rozpalonego ciała. Całowali się i głaskali napaleni, ciężko dysząc i słuchając swoich rozszalałych serc. Mary gładziła bez opamiętania jego śniade i dobrze umięśnione ciało. On zaś pieścił ją w taki sposób, że miała dreszcze na całym ciele. Zatraciła się zupełnie i nagle krzyknęła z bólu. Thom zatrzymał się i spojrzał na nią zdumiony...


-        Dlaczego mi nie powiedziałaś, że to twój pierwszy raz? – szepnął, ledwo nad sobą panując – Byłbym delikatniejszy...


-        Nie gadaj tyle.... – mruknęła, ocierając kilka łez i pocałowała go znowu.


Kontynuowali po chwili. Thom był zaskoczony ilością energii, jaka miała w sobie ta dziewczyna. Nie miał czasu na rozważania, czy dobrze robią. Nie teraz, kiedy był w niej. Kochali się jak dwaj narkomani, którzy dorwali się do swych używek. Spragnieni siebie nawzajem, szybko osiągnęli szczyt i zaraz potem opadli na łóżko, ciężko dysząc.


Zasnęli szybko, ze zmęczenia i nadmiaru alkoholu, przepełnieni szczęściem i nawet nie zdawali sobie sprawy, że z tego wszystkiego, nie pomyśleli, by się zabezpieczyć...


***


Egharia: Veolia – Eolium (Zajazd „U Dablesa”), noc


Rozebrali się i razem weszli pod prysznic. Odkręcili gorącą wodę i do razu poczuli się o wiele lepiej. Potrzebowali tego po tym mrozie i śniegu. Gdy się już umyli, zauważył, że totalnie odpłynęła gdzieś myślami. Objął ją od tyłu delikatnie i szepnął do ucha.


-        O czym tak myślisz, moja droga? Nie martw się, jeszcze się nie rozstajemy... – serce jej przyspieszyło, gdy to usłyszała. Czy czytał w jej myślach?


-        Ale już niedługo prawda? – odparła smutno po chwili, a on milczał – To ostatnie chwile, kiedy jesteśmy razem... Czuję to. – ukryła twarz w dłoniach, nie chcąc by widział jej ból, który odczuwała z tego powodu.


-        Ello... – zaczął delikatnie, nie wiedząc, co ma robić, a ona odwróciła się do niego przodem.


-        Nie chcę wracać... – wypaliła nagle, a on był w szoku.


-        Daj spokój, nie wiesz, co mówisz... – uśmiechnął się nerwowo.


-        Wiem, Ren... Nawet jeśli wrócę na Ziemię, nic już nie będzie takie, jak dawniej... Jak mam normalnie żyć, pamiętając te wszystkie przygody, miejsca, ciebie...?  – mówiła, pociągając nosem od czasu do czasu i unikając jego wzroku.


-        Na Ziemi na pewno też jest wielu przystojnych mężczyzn. – zażartował, choć z wielkim trudem przeszło mu to przez gardło – Z czasem o mnie zapomnisz... – urwał, gdy zobaczył, jakim wzrokiem na niego spojrzała.


-        To niemożliwe, Ren... – mówiła z taką szczerością, że aż poczuł się dziwnie – Niemożliwe... – powtórzyła mimowolnie i spuściła wzrok, walcząc z zamykającymi się powiekami.


-        Chodźmy już spać. Widzę, że oczy same ci się zamykają. Jutro porozmawiamy... – powiedział cicho.


-        Nie! Nie chcę spać... – objęła go mocno.


-        Uspokój się. – rzekł bardziej zdecydowanie – Idziemy spać.


Ella próbowała jeszcze protestować, ale nie pozwolił jej. Powycierali się więc i położyli do łóżka. Alren przykrył ją dokładnie i z ciężkim sercem patrzył na jej smutną twarz i walkę z opadającymi powiekami.


W tej chwili miał naprawdę mieszane uczucia. To właśnie dlatego na początku nie chciał się angażować. Wiedział, że to się tak skończy. Wiedział, że będzie im potem ciężko się rozstać. Jednak, jak tak teraz o tym myślał, to za nic nie oddałby tych wszystkich chwil, które z nią przeżył. Były absolutnie bezcenne.


Westchnął i wtedy zobaczył, jak wyciągnęła rękę, by pogładzić go po policzku. Jej dotyk był taki delikatny i czuły, że przymknął na chwilę oczy.


-        Ren... Możesz mnie pocałować? – poprosiła, a on lekko drgnął.


Nie odpowiedział jej, tylko powoli się zbliżył i delikatnie musnął jej usta. Ten pocałunek był krótki i niezwykle czuły. Samotna łza mimowolnie spłynęła jej po policzku, co poruszyło Rena, który to zauważył. Aż tak się do mnie przywiązała? – pomyślał ze smutkiem. Cofnął się ostrożnie, a ona wtuliła się w jego pierś, zamykając oczy. Nie miała już sił walczyć ze zmęczeniem i po chwili zasnęła, czując jego ciepło. Objął ją delikatnie i z ciężkim sercem sam również zasnął.

Aruell
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 36

czwartek, 19.maja.2011, 01:04
Witajcie ;)

Pora na ostatni rozdział Częśći I Blasku Miryonu. ;)
Na pożeganie tej części poznacie jeden z sekretów Alrena (przypomnijcie sobie słowa Cesarzowej Oriany ze wstępu, to zrozumiecie, o co jej chodziło ^^), ale od razu mówię, że to wciąż nie jest cała prawda o jego tożsamości. ^^
Oprócz tego poznacie dalsze losy Nicka i Carmen na sylwestrze. ;)

Tak z innej beczki... Gdy już przeczytacie ten rozdział i znajdziecie czas, bardzo bym prosiła o odpowiedź na 2 pytania:

1) Która część BM podobała się Wam bardziej - Wprowadzenie czy Część I oraz dlaczego. ;)
2) Która scena z opowiadania BM podobała się Wam najbardziej i dlaczego. ;)

Chciałabym się zorientować, czy wolicie bardziej wątki skupiające się wokół uczuć bohaterów, czy może wolicie więcej magicznych opisów otoczenia oraz wątków fantasy? Akcje z wrogiem na planie głównym, czy raczej dalszym?

Od tego będzie być może zależeć konwencja kolejnych części. Dlatego zachęcam do zabrania głosu. ^^

Miłego czytania i pozdrawiam ;)


P.S. Do końca tygodnia pojawi się też streszczenie Części I, zgodnie z tradycją. Na pewno okaże się przydatne. ;)

Część II, pt. "Tajemnica Elli" rozpocznie się już w najbliższy wtorek.
Przygotowałam też dla Was  niespodziankę w postaci rysunku Rena, na otwarcie nowej części. ;)


***

31 dzień cuadrilu 8976 roku, Egharia: Veolia – równina (okolice Veronu), poranek


Alren roześmiał się widząc, jak Ella boi się każdego ruchu zwierzęcia. Wyczuł bowiem, o co chodzi.


-        Ello... Boisz się koni? – spytał bez pardonu, a ona się zarumieniła ze wstydu.


-        Tak. – odparła cicho – Lubię na nie patrzeć, ale jeździć, to zupełnie co innego...


-        Nie martw się, przecież będę z tobą. – szepnął jej z przekąsem na ucho, po czym posadził ją jednym ruchem na jednorożcu, a potem sam usadowił się zaraz za nią.


Czuł, jak dziewczyna zesztywniała, więc objął ją jednym ramieniem, a drugą ręką stworzył magiczne wodze, którymi pokierował konia, który na razie spokojnie szedł. Wiedział, że nie może jej zaserwować od razu galopu, bo jeszcze mu zemdleje ze strachu.


Ella bała się tego kołysania i sytuacji, ale czuła też jego ramię i ciepło za sobą, co skutecznie skierowało jej myśli na inne tory. Alren był taki silny i tajemniczy... Czuła, że coraz bardziej traci dla niego głowę. Wtedy przypomniało jej się o czym mieli rozmawiać i wstrzymała oddech.


-        Ren, to kim ty w końcu jesteś?


-        Widzę, że nie możesz się już doczekać. – jej zniecierpliwienie go rozbawiło -  No dobrze, ale pamiętaj... – zaczął.


-        Wiem, to ma zostać między nami. – odparła automatycznie, a on się zaśmiał. Szybko się uczyła.


-        Pochodzę z rodu Heryonów, których nazywano „Łowcami Dusz”... – spoważniał.


-        Nazywano? Czemu mówisz w czasie przeszłym? – zdziwiła się.


-        Bo najprawdopodobniej tylko ja ocalałem z tej rodziny... – zasmucił się, a Ella była w szoku.


-        Co takiego? Ale jak to? – tak się przejęła tymi słowami, że zupełnie zapomniała o tym, że jest na koniu – Więc twoi rodzice...


-        Tak, nie żyją. – odparł sucho, ukrywając ból, który z tego powodu odczuwał.


Ella się zamyśliła. To było zbyt przejmujące, by mogła puścić to mimo uszu. A więc Ren jest sierotą, ostatnim ze swego rodu? Tylko dlaczego? Nie miała jednak odwagi go o to spytać.


-        Mówiłeś, że nazywano was Łowcami Dusz... Skąd ta nazwa? – w sumie się domyślała, ale wolała zapytać.


-        Dawno temu mój ród zajmował się polowaniami na potępione dusze, egzorcyzmami wszelkiego rodzaju i poszukiwaniami zagubionych dusz. Stąd nazwa łowców. – wyjaśnił, a źrenice Elli się rozszerzyły z wrażania.


-        Więc to dlatego tyle wiedziałeś o duchach w Lesie Sverse i potrafisz kontrolować dusze? – wywnioskowała, a on się uśmiechnął.


-        Tak. Nasz ród posiadał bardzo unikalne, rozwinięte umiejętności magiczne, związane z duszami. Począwszy od widzenia niewidzialnych duchów, aż po ich kontrolę i niszczenie. Co więcej, tylko my byliśmy w stanie opanować tego rodzaju magię. Mój ród był bardzo szanowany w dawnych czasach, ale w końcu ludzie zaczęli się nas bać, co doprowadziło do stopniowego wybijania mojego ludu... Kiedy się urodziłem, była nas już tylko garstka. – dodał jeszcze, a dziewczyna przełknęła ślinę. Teraz już rozumiała.


-        Dobrze znasz Veolię, czy to jest twój dom? – spytała chcąc zmienić nieco temat. Myślała sobie, że to możliwe, skoro jest tu tyle duchów i magicznych stworzeń.


-        Nie... – zaskoczyła go tym pytaniem i przez chwile się zastanawiał, ile jeszcze może jej powiedzieć – Veolia nie jest moją ojczyzną, choć znam ją bardzo dobrze. – odparł szczerze.


-        To skąd pochodzisz? – była niesamowicie ciekawa.


-        Z Norhenu, Ello. – odparł poważnie, a ona zamarła słysząc tą nazwę.


-        To niemożliwe...


Zapadła długa chwila milczenia. Ella analizowała wszystkie informacje, które otrzymała od Rena, z szokiem wymalowanym na twarzy. Przypomniał jej się wygląd tamtego skrytobójcy. To dlatego był tak łudząco podobny do Rena – obaj pochodzą z tego samego kraju. Tylko dlaczego jego rodacy, chcą go zabić? Czy dlatego, że jest z tego rodu, którego się zaczęto bać? Nie, to nie mogło być to. To zbyt okrutne – potrząsnęła głową. Dziewczynę rozbolała głowa od tego wszystkiego. Zupełnie się nie spodziewała takiego obrotu sprawy.


Alren przyglądał się jej badawczo, ale nie odzywał się. Szczerze mówiąc, nie miał ochoty ciągnąć tego tematu. Poza tym zbliżało się południe i powinni się pospieszyć, jeśli chcą zdążyć przed zachodem Słońca.


-        Ello, musimy przyspieszyć. – wybił ją z zadumy – Złap się mocno... – posłał jej lekki uśmiech, a ona automatycznie mocniej go objęła.


Kiedy jednorożec zaczął galopować i strasznie trzęsło, Ella zamknęła oczy ze strachu. Wtuliła się w Rena, jak mała dziewczynka, bojąca się burzy i zaczęła się modlić w duchu, by byli już na miejscu.


***


Czwartek, 31 grudnia 2011 roku, Ziemia:  Madryt – Klub „Deseo”, około 23:40 – 00:00


Carmen i Nick tańczyli od kilkunastu minut salsę. Na początku był nieco nieśmiały, ale szybko okazało się, że Nick ma w sobie ukryty dar do tańca. Szybko się uczył kroków i miał dobry słuch. Zaimponował tym Carmen, choć nic mu nie powiedziała. Nagle zagrano pierwszą, odkąd weszli na parkiet, bachatę. Nick znów zwątpił, bo o ile zdążył poznać kilka kroków salsy, tego tańca nie znał. Nie mógł jednak uwierzyć, że uczyła go najprawdziwsza mistrzyni.


-        To jest bachata... – powiedziała wesoło i przybliżyła się do niego, była teraz bardzo blisko – W tym tańcu partnerzy są tuż przy sobie... – dodała, łapiąc specyficzną „ramę”.


-        Rozumiem... – szepnął nieśmiało, gdyż właśnie poczuł jej perfumy i gorące ciało. Zakręciło mu się w głowie.


-        Ugnij mocno kolana, o tak... – instruowała, a on był zahipnotyzowany jej bliskością – A teraz w lewo... i w prawo... O tak, to jest basic. – wyjaśniła z uśmiechem.


Nick szybko załapał, o co chodzi w tym tańcu. Nie wydał mu się trudny. Wymagał głównie jednej rzeczy – odważnej akcji bioder. Tańczył z nią coraz śmielej i lepiej, upajając się niezwykłym uczuciem, jakim było dla niego trzymanie jej w ramionach. Nadal nie wierzył, że akurat z nią tańczy. Może marzenia się jednak spełniają? – pomyślał i oddał się tańcowi zupełnie.


Zatracili się w gorących rytmach i nie puszczali swych rak aż do czasu, kiedy zbliżała się północ. Przygotowano wtedy kieliszki z szampanem dla wszystkich. Zrobiło się głośno. Carmen musiała zająć się powitaniem Nowego Roku. Wkrótce zgasły wszystkie światła i zaczęło się wielkie odliczanie. Wszyscy głośno wymieniali ostatnie sekundy Starego Roku.


-        Tres! Dos! Uno! Nowy Rok!! – dało się słyszeć radosne okrzyki i wiwaty oraz odgłosy odkorkowywania butelek. Reflektory zaczęły szaleć, mrugając różnokolorowymi światłami..


Nick z lekkim zakłopotaniem próbował się zorientować w sytuacji, która nastała po północy. Wszyscy składali sobie życzenia, obojętnie, czy kogoś znali czy nie, więc co chwila ktoś go ściskał i całował w policzki. Był tym zaszokowany. Bezpośredniość ludzi w tym miejscu i ich ciepło szczerze go poruszyła. W końcu sam zaczął robić to samo, bo nawet mu się to spodobało. Kiedy więc, po kilkunastu osobach, trafił na Carmen, odruchowo ją wyściskał.


-        Szczęśliwego Nowego Roku... – urwał, widząc, kogo obejmuje – Carmen... – dokończył, a ona się uśmiechnęła i pocałowała go w oba policzki.


-        Wzajemnie, Nicku... – rzekła wesoło i nagle spoważniała, będąc tak blisko niego. Poczuła, że coś ją do niego ciągnie.


Ich twarze były od siebie oddalone tylko o kilka centymetrów. Nick, kierowany nagłym, wewnętrznym impulsem, dotknął wargami jej ust i złożył na nich czuły, namiętny pocałunek. Była w szoku. Zadrżała. Po chwili się ocknął i dotarło do niego, co zrobił. Szybko odsunął się i zaczął unikać jej wzroku.


-        Przepraszam... – wyszeptał zawstydzony – To był impuls... – zarumienił się i wtedy odważył się na nią spojrzeć. Ujrzał najpierw jej zaskoczenie, a potem uśmiech.


-        Nie ma za co. – zaśmiała się – Było nawet miło... – dodała z zalotnym spojrzeniem i poszła ściskać kolejnych ludzi, zostawiając go osłupionego na parkiecie.


***


Egharia: Veolia – Okolice Eolium, wczesny wieczór



Ella i Ren przemieszczali się galopem przez cały dzień przez wielką równinę, aż dotarli do kolejnego veolskiego jeziora. Później podążali jego brzegiem i dziewczyna miała okazję podziwiać niezwykłą wodę w tym zbiorniku, która miała jasny, fioletowy kolor i była tak czysta, że można było bez problemu dostrzec dno. Od Alrena dowiedziała się, że jest to jezioro Liuma, nad którym leży stolica Veolii. Byli więc coraz bliżej celu ich podróży.


Kiedy Słońce powoli chyliło się już ku zachodowi, w końcu dotarli na miejsce. Zatrzymali się i spoglądali przed siebie na ogromne miasto, rozciągające się aż po horyzont. Widok zapierał dech w piersi. Przez chwilę, złotowłosa myślała, że to sen.


Podziwiała liczne budynki, wyłącznie w białym kolorze, o srebrzystych dachach, między którymi zalśniły właśnie błękitne kule świetlne. Gdzieś daleko w głębi miasta dostrzegła wysokie wieże pałacu i świątyni. Stolica leżała bezpośrednio nad jeziorem, więc domy blisko brzegu, zdawały się mieć fioletową poświatę i odbijały się w wodzie. Poczuła wyraźnie niepowtarzalny klimat tego miejsca. Jednak to, co zachwyciło Ellę najbardziej, to niewyobrażalnie wielki wodospad jasnofioletowej wody i początek gór na linii horyzontu, które stanowiły odległe tło dla miasta. Stolica wyglądała niesamowicie, zwłaszcza teraz – o zachodzie Słońca.


-        Witaj w Eolium, Ello... – zaśmiał się Ren, widząc, że jest oczarowana tym miejscem.


-        Mój Boże... – westchnęła – Zaiste zasługuje na miano stolicy tego kraju. – podsumowała.


Po chwili Ren zsiadł z jednorożca i pomógł zejść Elli. Musieli pożegnać się z Rovenem. Lepiej, żeby nie musieli tłumaczyć przed mieszkańcami miasta, jakim cudem pozwolił im się dosiąść.


Alren poklepał z wdzięcznością piękne zwierzę po szyi, po czym zbliżył swą rękę do jego czoła i wyszeptał kilka słów, które sprawiły, że symbol, którym naznaczył konia, zniknął i odzyskał on wolność duszy. Od razu zaczął się nerwowo szamotać, ale Ren spojrzał mu głęboko w oczy i po chwili Roven uspokoił się, po czym najzwyczajniej w świecie pobiegł z powrotem, do swoich braci. Przez jakiś czas patrzyli, jak piękny jednorożec się od nich oddala, a potem skierowali się w stronę miasta.


Mieli nadzieję, że Arcykapłanka w Eolium będzie w stanie im pomóc. Chodziło o to, by pozbyć się kajdanek, by Ella mogła wrócić od domu, a Alren poznać odpowiedzi na nurtujące go pytania. Thelina była ich nadzieją i bardzo na nią liczyli. Nie mogli jeszcze wtedy wiedzieć, że to, co wydarzy się w najbliższym czasie, całkowicie odmieni ich życie i to niekoniecznie tak, jakby sobie tego życzyli...


Ciąg dalszy nastąpi...

Aruell
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 35

wtorek, 17.maja.2011, 00:17
Witam!

Zapraszam na kolejny roizdział BM. ;) Jest to przedostatni już rozdział Części 1 całego opowiadania ;)
Poza tym jest chyba najdłuższy w tej części, bowiem pojawia się w nim wiele wątków, jak: postanowienie Davida, problem wroga, romantyczne i dramatyczne chwile dla Elli oraz Rena, spotkanie z jednym ze zwierząt veolskich oraz zapowiedź rozwiania pewnej tajemnicy, sami już zobaczycie, czyjej. ;)

Nie przedłużając, zapraszam i czekam na wrażenia. ;)
Pozdrawiam ;*

***


31 dzień cuadrilu 8976 roku, Egharia: Veolia – Veron (Motel „Eryonus”), noc


To było niezwykłe doświadczenie. Ella trzymała się kurczowo Rena, kiedy lecieli z niemałą prędkością przed siebie, wysoko nad miastem. Miryon wraz z drugim Księżycem i gwiazdami zdawał się być bliżej niż zazwyczaj i zachwycił dziewczynę. Po chwili odważyła się spojrzeć w dół. Zamarła na widok tysięcy świateł w kolorze błękitnym, które oświetlały Veron. Wyglądały tak pięknie, że Ella zapomniała o grożącym im niebezpieczeństwie i o tym, jak wysoko nad ziemią się znajdują.


Alren odczuwał wyraźny spadek mocy, przez używanie tych czarów, ale widział już w oddali koniec miasta, więc musiał wytrzymać jeszcze tylko chwilę. Spojrzał na twarz Elli i ujrzał błysk w jej oczach. Uśmiechnął się i przydusił ją do siebie jeszcze bardziej. Dziewczyna zareagowała i spojrzała na niego, po czym otarła mu kropelki potu z czoła. Jej niespodziewany i delikatny dotyk go poruszył. Spojrzał na nią z czułością i znów się uśmiechnął na widok jej rumieńców. Chwilę później dziewczyna wtuliła się w niego, jak w poduszkę, aż poczuł, że jego ciało zalewa jej ciepło. Jakie to było przyjemne... Jednak nie mógł stracić znów czujności. Zwłaszcza iż zdawał sobie sprawę, że pełno tu skrytobójców i łatwo mogą wpaść w pułapkę.


Po chwili zauważył, że Ella posmutniała, więc postanowił do niej zagadać.


-        Co się dzieje?


-        Nic... – skłamała, rumieniąc się – To nic takiego. – zerknął na nią pytająco i zaraz odgadł jej myśli, gdy mocniej zacisnęła pięść na jego ubraniu.


-        Nie bądź taka zawiedziona, Ello... – zaśmiał się, a ona spojrzała na niego z wyrzutem.


-        Tylko mi nie mów, że jest ci to obojętne... że nam przerwano... i to w takiej chwili... – mówiła z przerwami, gdyż jej serce znów zaczęło niespokojnie bić.


-        Może tak miało być... – odparł poważniej, patrząc znów przed siebie, a ona nie wiedziała, jak ma to rozumieć.


Patrzyła na niego badawczo, ale nie mogła nic odczytać  z jego twarzy. Kiedy się mu tak intensywnie przyglądała, przypomniała sobie, o ataku w motelu i w jej głowie zrodziły się nieznośne pytania. Postanowiła zaryzykować i je zadać. Najwyżej jej nie odpowie.


-        Ren... – wybiła go z zamyślenia – Dlaczego tamten chciał cię zabić? Czy Norheni też ścigają cię przez twoje zainteresowania?


-        Nie. To zupełnie inna kwestia. – odparł, odwracając od niej wzrok.


-        Jaka? – jej głos wyrażał szczerą troskę.


-        Proszę, nie pytaj mnie o to, Ello. To bardzo osobista sprawa...– spoważniał, a jego oczy nabrały mrocznego wyrazu.


Poczuła coś nieprzyjemnego na ten widok. Co on takiego ukrywa? Najpierw Cehroni, a teraz Norheni... Dlaczego ma tylu wrogów? Kim właściwie jest? – w jej głowie rodziły się kolejne pytania.


-        Przepraszam, po prostu dziwie się, że masz tylu wrogów... – posmutniała.


-        Nie myśl o tym tyle. To moje problemy, które ciebie nie dotyczą. Nie pozwolę, by coś ci się stało przez to, że jesteś ze mną. – zapewnił, patrząc jej w oczy – Czy możemy zakończyć ten temat? – spytał chłodniejszym tonem.


-        Dobrze... – rzekła nieco zawiedziona i natychmiast poczuła, że się obniżają.


Chwilę później wylądowali za miastem, na śniegu i Ren postawił ją na nogi.


-        Idziemy dalej pieszo... – rzekł krótko z nieprzeniknionym wyrazem twarzy, a ona tylko skinęła głową.


***


Egharia: Veolia – okolice Veronu, noc


Ghin i jego żołnierz rozbili właśnie obóz niedaleko Veronu. Kapitan przeczuwał bowiem, że jego cel udał się właśnie do tego miasta. Kiedy jego podwładny pobiegł do Veronu po coś do jedzenia, on ogrzewał się przy ognisku, aż nagle poczuł potężną aurę i wystraszył się, rozpoznając, do kogo ona należy.


Zwrócił głowę w tamtą stronę i ujrzał Thara, który pojawił się znikąd i stał teraz nad nim z poważnym wyrazem twarzy.


-        Generał Thar? – przeraził się.


-        Ghin. – usłyszał ostry ton głosu – Wciąż jeszcze nie wykonałeś swej misji? Ile jeszcze mam czekać?


-        Wybacz, panie. Okazało się, że zabicie go nie jest takie proste... – skłonił się nisko zlękniony – Ma on niesamowite umiejętności szermierskie i magiczne... Może mógłby się przysłużyć cesarstwu? Szkoda zabijać takiego wojownika... – odważył się to powiedzieć.


-        Milcz, durniu! – syknął – Jesteś po prostu słaby. Chcesz się wykręcić od wykonania tej misji? Wiesz, co Cesarzowa Oriana robi z takimi, jak ty? – zakpił.


-        Nie! Błagam... Nie wydawaj mnie jej, panie... Mam jeszcze 3 dni. – zaczął drżeć ze strachu – Na pewno zabiję Alrena!


-        Mam nadzieję. Inaczej zostaniesz zabity, chyba o tym wiesz? – rzekł poważnie – I jeszcze coś... Pamiętaj, Ghinie, że żołnierz nie analizuje rozkazów, tylko je wypełnia. – dodał jeszcze, po czym zniknął, jak duch.


Ghin uspokajał oddech. Był przerażony. Wiedział, że zostało mu mało czasu. Wiedział, że musi jakoś sobie poradzić z tym mężczyzną. Od tego zależało bowiem jego życie, bez względu na to, czy misja ta mu się podobała czy nie.


***



31 dzień cuadrilu 8976 roku, Egharia: Veolia – równina (okolice Veronu), noc


Alren i Ella maszerowali w ciemną noc po równinie, pokrytej śniegiem. Jedynym światłem była mała kula w dłoni Rena. Nie było tu drzew, tylko ogromny, otwarty teren. Pewnie dlatego wiatr był tak odczuwalny i nieprzyjemny. Jakby tego było mało znów padał śnieg i było bardzo zimno. W pewnej chwili Ella mimowolnie chwyciła dłoń Alrena.


-        Co jest? – zdziwił się.


-        Nie lubię takich otwartych przestrzeni, wolę zamknięte... – mruknęła – A tu, mam wrażenie, że z każdej strony coś na nas czyha i wyskoczy znienacka.


-        Tak... To bardzo możliwe, ale nie w taką pogodę. – stanął nagle i spojrzał w niebo, zastanawiając się nad czymś – Nie jest dobrze, Ello...


-        Co się dzieje? – przeraziła się.


-        Zbliża się zamieć śnieżna... – mruknął, intensywnie myśląc, co robić – Jeśli nas dopadnie, nie przeżyjemy... Wiatr dorównuje wtedy sile huraganowi, widoczność spada do zera, a temperatura gwałtownie się obniża. Nie mamy ze sobą nic przydatnego, a w pobliżu nie ma ani jaskiń ani drzew. Jednym słowem, nasza sytuacja jest nieciekawa... – analizował głośno sytuację.


-        T-to co zrobimy? – zlękła się.


-        Cóż, ekstremalne sytuacje, wymagają ekstremalnych metod przetrwania. – podsumował, a ona zastanawiała się, co miał przez to na myśli – Odsuń się na tyle, ile zdołasz... – zaskoczył ją tym, ale posłuchała.


Zaraz potem zobaczyła jak z jego rąk wydobywają się silne płomienie, które wypaliły w ziemi wielką dziurę, pod pewnym kątem. Przeraziła się. Po chwili Ren wypowiedział kolejne zaklęcie i lodowe ścinany tego otworu zamieniły się w kamień. Podziwiała jego dzieło zszokowana, zastanawiając się, co jeszcze potrafi zrobić.


-        Ja to możliwe? – nie mogła uwierzyć.


-        Nie ma czasu, wchodzimy do środka. To będzie nasz schron. – rzucił krótko.


-        A-ale... – myśl o nocy, spędzonej w dziurze, w środku zamieci śnieżnej ją zmroziła.


-        Szybko! – zdenerwował się i wciągnął ją do środka siłą.


Kiedy już wczołgali się do środka, zostawił na początku pseudo-jaskini barierę ochronną, a chwilę później zamieć śnieżna się zaczęła. Towarzyszył temu okropny hałas wiatru. Cała sytuacja była tak przerażająca, że Ella wtuliła się Alrena i drżała ze strachu oraz zimna.


-        Ren, przeżyjemy tę noc? – spytała cicho, ogrzewając się przy małym płomieniu zielonego ognia, unoszącego się nad ręką Rena.


-        Mam nadzieję... – odparł szczerze i przytulił ją mocniej do siebie.


***



Czwartek, 31 grudnia 2011 roku, Ziemia:  – domek w górach, około 23:00


David właśnie się wykąpał i ubrany w biały szlafrok wszedł do salonu. Wyjął kieliszek i szampana, postawił na stoliczku i usiadł na fotelu, przy kominku. Czekał na północ, by wznieść toast za Nowy Rok. Było mu okropnie smutno. Pierwszy raz odkąd poznał Mary, spędzał sylwestra sam.


Spojrzał w jasny płomień w kominku i nagle ujrzał roześmianą twarz Mary. Potrząsnął głową, myśląc, że chyba już oszalał. Czemu wciąż o niej myśli? Po co się tak dręczy? Przecież ona jest już zajęta... Musi się z tym pogodzić! – ganił siebie w duchu. Ukrył twarz w dłoniach, gdy tylko poczuł, że łzy napływają mu do oczu.


-        Cholera, Mary... – zaklął po nosem – Czemu ja za tobą tak szaleję...? Czemu jeszcze ci tego nie powiedziałem? Jestem takim tchórzem... – oparł się bezradnie o podparcie fotela.


David dobrze wiedział, że Mary już się domyśliła jego uczuć. Była mądra kobietą, a on kiepsko ukrywał swe uczucia. Jej ostatni telefon tylko potwierdził jego domysły. Mimo to, czuł się z tym źle, że nie powiedział jej tego osobiście... Nagle poczuł w sobie przypływ determinacji. Jak nigdy dotąd.


-        Tak... Muszę to zrobić... To nic, że mnie nie kochasz... Nadal mogę, a nawet muszę to zrobić... – przekonywał siebie samego.


Odgarnął do tyłu swoje brązowe włosy i ponownie spojrzał w ogień, którego blask odbijał się w jego zdecydowanych, szarych oczach.


-        Muszę, inaczej zwariuję... Inaczej nigdy nie pójdę naprzód. – mówił do siebie jak w transie – Muszę ci powiedzieć, jak bardzo cię kocham, Mary...  Nawet jeśli i tak już to wiesz, muszę...


***


32 dzień cuadrilu 8976 roku, Egharia: Veolia – równina (okolice Veronu), świt


Kiedy zbliżał się świt, zamieć ustała. Ren i Ella mieli szczęście, że trwała tak krótko. Nie spali tej nocy, za bardzo się bali, więc byli bardzo zmęczeni, kiedy w końcu wygramolili się ze schronu.


-        Możemy ruszać dalej... – rzekł Ren, rozglądając się.


-        Jak ja nienawidzę tego śniegu... – westchnęła ciężko.


-        Nic na to nie poradzisz. Idziemy. – zarządził.


Wiatr się uspokoił, a śnieg nie padał. Jedyne co, to biały puch sięgał im powyżej kolan, co bardzo utrudniało wędrówkę.


Minęła dopiero godzina, a Ella już miała wrażenie, że nie zrobi już ani kroku więcej. Była wykończona. Wtedy jednak, usłyszała dziwny dźwięk. Coś się zbliżało.


-        Co to jest? – wystraszyła się, a Alren wskazał jej coś po prawej.


-        Roveny, zwane „Zimowymi Rumakami”. – odparł z uśmiechem, bowiem uznał to za dar od losu.


-        Piękne...


Ella zachwyciła się stadem białych zwierząt, podobnych do jednorożców, ze srebrnymi rogami, które z niezwykłą gracją posuwały się naprzód po równinie, na tle wschodzącego Słońca, którego promienie odbijały się od śniegu.


-        Ello, obiecaj mi coś. – spojrzał na nią – Obiecaj, że nikomu nie powiesz o tym, co za chwilę zobaczysz... – rzekł poważnie, a ona się wystraszyła.


-        Obiecuję. – odparła, bo cóż innego mogła zrobić.


-        Nie ruszaj się więc... – powiedział jeszcze, po czym otoczyła go, znana jej już, zielona aura energii.


Ella spojrzała w jego świecące, zielone oczy i nagle zesztywniała widząc, że ich kolor zmienił się na intensywny fiolet. Zadrżała widząc, jak otacza całe jego ciało. Uniósł się nieco nad ziemią. Jego czarne włosy falowały pod wpływem wiatru, podobnie, jak białe ubranie.


Po chwili koncentracji, Alren wypowiedział zaklęcie w nieznanym języku i skierował wiązkę swej fioletowo – zielonej energii w stronę jednego z tych jednorożców, kiedy ich stado zaczęło się już oddalać. Koń trochę się szamotał, gdy magia Rena wnikała w jego ciało, ale po kilku sekundach uspokoił się, zawrócił i podbiegł do nich. Ella cofnęła się wystraszona, gdy zwierzę zatrzymało się, jakiś metr przed nimi. Mężczyzna wyczarował jakiś symbol na czole jednorożca, po czym jego aura zniknęła i znów wyglądał normalnie. Był tylko lekko zdyszany, jakby kosztowało go to sporo wysiłku.


-        Ren... O co tu chodzi? Co ty zrobiłeś? – nie rozumiała, wciąż nie odrywając oczu od pięknego stworzenia, które stało przed nimi.


-        Zawładnąłem duszą tego Rovena. Pojedziemy na nim do Eolium. Dzięki temu zajmie nam to zaledwie dzień i wieczorem będziemy na miejscu. – wyjaśnił, widząc jej zdumienie.


-        C-co zrobiłeś? T-to jest wykonalne? – przeraziła ją jego moc.


-        Tak, jednak jest to ściśle tajna i zakazana w Egharii technika, charakterystyczna tylko dla rodu, z którego pochodzę. Dlatego nie możesz nikomu powiedzieć, że...


-        Rozumiem... Nic nie powiem. – przerwała mu, a on się tylko lekko uśmiechnął – Ale... – zawahała się, chcąc go o coś spytać.


-        Powiedz mi, czy moją dusza też byś potrafił tak zawładnąć? – nie wytrzymała, bo to pytanie nasunęło jej się automatycznie, a on się roześmiał, że myślała o czymś takim.


-        Szczerze? – przyciągnął ją do siebie, aż poczuła jego oddech na twarzy – Tak, Ello. Mógłbym zapanować nawet nad twoją duszą, gdybym tylko chciał. – dziewczyna zadrżała, słysząc te słowa.


-        Ren...  – spojrzała mu w oczy – Kim ty jesteś? – powiedziała, nie wiedząc już, czy ma go podziwiać, czy się bać.


-        No dobrze... Powiem ci w drodze... – uśmiechnął się tajemniczo, postanawiając, że nie będzie tego dłużej ukrywał i pociągnął ją w stronę jednorożca.

Aruell
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 34

piątek, 13.maja.2011, 23:21
Witajcie ;)

Ponieważ Eniee ładnie poprosiła, wrzucam dziś bonusowo kolejny rozdział ;)
Jeśli chodzi o autorski komentarz... Mam nadzieję, że mi wybaczycie takie, a nie inne rozwiązanie TEJ sytuacji... ^^ (domyślicie się, o co mi chodzi)

Pozdrawiam ;)

***

31 dzień cuadrilu 8976 roku, Egharia: Veolia – Veron (Motel „Eryonus”), noc


Ella i Ren osuszyli się nieco ręcznikami, a potem weszli do ciepłego pokoju. Alren zauważył kilka świeczników i jednym zaklęciem wszystkie naraz zapalił. Utworzył się niepowtarzalny klimat, nawet w takim tandetnym pokoju, jak ten. Uśmiechnął się na widok jej lśniących oczu. Zauważył jej zdenerwowanie, które całkowicie rozumiał. Zbliżył się do niej od tyłu i przytulił ją delikatnie.


-        Jeśli nie chcesz... – zaczął łagodnym tonem.


-        Chcę. – ujrzał determinację w jej spojrzeniu – Tylko... trochę się boję. – dodała szczerze.


-        Będę delikatny. – zapewnił, szepcząc jej do ucha, a chwilę później była już na jego rękach.


Spojrzała mu w oczy i zadrżała, widząc w nich pożądanie. Położył ją delikatnie na dużym łożu i zdjął ręcznik, który owinęła sobie wokół piersi. Ella przełknęła ślinę, nie wiedząc jak silnych emocji się spodziewać i wtedy Ren się do niej uśmiechnął.


-        Zdradzić ci sekret? – zaśmiał się cicho.


-        Jaki? – nie była  w stanie myśleć, kiedy jego twarz była tuż przy niej.


-        Pamiętasz ten czar, który rzuciłem, byś nie miała koszmaru?


-        Tak... Co z nim? – zaniepokoiła się.


-        Tak się składa Ello, że rzucający ten czar ma wpływ na sen czarowanego i w nim uczestniczy. – powiedział zmysłowym tonem głosu, a Ella zamarła – To dlatego śniłaś o mnie. Dlatego też wiem dokładnie, co ci się wtedy śniło. Byłem tam razem z tobą...


-        Ty podstępny...! – zabrakło jej odpowiedniego słowa, była okropnie czerwona i zawstydzona, a on się zaśmiał – To dlatego byłeś taki pewny siebie! – bąknęła, udając obruszenie.


-        Nie, to tylko potwierdziło moje domysły. Od samego początku na mnie leciałaś. – uśmiechnął się szczerze – A dzisiaj... – znów spoważniał.


Jej serce biło już jak szalone, wszystko się w niej gotowało, emocje ją wręcz rozsadzały – frustracja i pożądanie, złość i zniecierpliwienie. Nie miała już sił z tym walczyć i zdjęła ręcznik z jego bioder. To był dla niego aż nadto jasny sygnał.


-        Ziółko, ty moje... – szepnął tak zmysłowo, że zesztywniała, a chwilę potem poczuła jego usta na swoich.


W tym pocałunku nie było już cienia niewinności. Był głęboki i namiętny. Odebrał jej oddech i nabrała nerwowo powietrza, dopiero gdy przeszedł do jej szyi. Zamknęła oczy i drżała z każdym jego kolejnym pocałunkiem coraz bardziej. Bawiła się jego włosami, gładziła jego gorącą, napięta skórę pleców i ramion, kiedy on pieścił jej dekolt. Gdy zaś doszedł do jej piersi, nie wiedziała już na jakim jest świecie. Emocje, których doznawała przerosły jej najśmielsze oczekiwania. Tamten sen był tylko namiastką uczuć, których doświadczała w tej chwili.


Alren był równie podniecony. Jej skóra była taka gorąca, miękka i gładka. Miała cudowny zapach. Jej drżenie i płonące ogniem policzki tylko go nakręcały. Miał przyspieszony oddech, a serce mu waliło jak szalone. Całował teraz jej brzuch, pieszcząc piersi dłońmi i czując jej ręce w swoich włosach. Oderwał się od niej i przesunął ręką od jej szyi, aż po pępek, zupełnie jak w tamtym śnie, a Ella myślała, że zaraz umrze z rozkoszy, choć to była dopiero gra wstępna.


Odważyła się otworzyć oczy i spojrzała na niego, był znów tuż przy niej. Objęła go, a on pocałował ją w usta. Jednocześnie wyczuła jego palce w najbardziej intymnym miejscu. Poczuła silny spazm, wstrząsający jej ciałem, aż nagle Ren zerwał się i gwałtownie odwrócił na plecy.


Gdy zdumiona znów na niego spojrzała, wciąż drżąc, ku swemu przerażeniu zobaczyła, że trzyma w dłoni ostrze, skierowane prosto w niego, które w ostatniej chwili złapał. Mimowolnie zerknęła w sufit i ujrzała tam jakąś postać, która zdawała się być przyczepiona stopami do górnej ściany.


-        Kim ty do cholery jesteś?! – wrzasnął Alren, wściekły na siebie, że nie wyczuł go wcześniej. Wiedział, że to podniecenie uśpiło jego czujność. Jeszcze ułamek sekundy i byłby trupem.


Jednak zamaskowana postać nie odpowiedziała, tylko ponownie zaatakowała go jakimiś ostrzami, niczym ninja. Ren nie miał na sobie ani ubrania ani broni, więc wezwał barierę ochronną, która odrzuciła napastnika i jego sztylety, po czym przeszył go ognista strzałą, którą wypuścił z dłoni. Wróg zginął na miejscu, a Ella patrzyła z przerażeniem, co się dzieje, dopiero teraz odzyskując zmysły i zdolność trzeźwego myślenia.


***



Ziemia: Londyn – sylwester w pałacu, około 23:00


Thom i Mary zrobili sobie przerwę w zabawie i poszli w jakieś ustronne miejsce. Odkryli oszklony taras, z którego roztaczał się piękny widok na ośnieżony i świąteczny Londyn, nocą. Jakimś cudem byli tam wtedy sami, bo większość gości szykowała się już na powitanie Nowego Roku.


Thom objął Mary od tyłu, czule i delikatnie, a ona miała wrażenie, że rozpłynie się ze szczęścia.


-        Wiesz co, sam się sobie dziwie, że byłem takim głupcem kiedyś...


-        Co masz na myśli? – nie zrozumiała.


-        Jak mogłem nie zakochać się w tobie już wtedy, gdy się poznaliśmy? Byłem głupcem, doprawdy... Ale może tak miało być? – mówił spokojnie, patrząc jej w oczy, gdy się odwróciła do niego zdumiona.


-        Thom...


-        Może musiałem się jeszcze czegoś nauczyć? – uśmiechnął się do niej – Może musiałem dojrzeć, by zauważyć, jak wspaniała jesteś. – pogładził ją po policzku.


-        Czemu mi wszystko to mówisz? – zarumieniła się.


-        Tak jakoś mnie naszło na refleksje pod koniec roku... – wyznał i przytulił ją do siebie.


Miała mieszane uczucia. Z jednej strony to, co powiedział, poruszyło jej serce, ale z drugiej – dziwiła się jego zmianą. Teraz widziała to wyraźnie. Bardzo się zmienił, nie do poznania wręcz... Poza tym wszystko działo się tak szybko, tak nagle, że nie wiedziała już, co o tym myśleć. Jednak uczucie szczęścia i jego bliskość skutecznie zakłócały jej racjonalne myślenie.


-        Kocham cię, Mary... – usłyszała nagle i spojrzała na niego zdumiona, powiedział to bowiem pierwszy raz.


-        Naprawdę? – uroniła łzy wzruszenia.


-        Tak... – wyszeptał z uśmiechem i pocałował ją czule w usta.


Mary w jednej chwili zapomniała o wszystkich wątpliwościach. Tyle razy wyobrażała sobie tą chwilę... Wtuliła się w niego mocno, wdychając jego zapach i chłonąc jego ciepło. Czuła się tak, jakby była w niebie, jakby miała skrzydła i za chwilę mogła wznieść się w powietrze. Nie sądziła, że jest w stanie tak się zatracić. Co prawda zakochała się w nim dawno temu, ale nie przeżywała czegoś takiego. Może dlatego, że była za smarkata? Może dopiero teraz, kiedy była już w pełni dorosłą kobietą, była w stanie odczuwać prawdziwe emocje? W każdym razie, chciała, by ta chwila trwała wiecznie...


***


Egharia: Veolia – Veron (Motel „Eryonus”), noc


Ren zasłonił usta Elli widząc, że z przerażenia chce krzyczeć. Uspokoił się nieco i mówił do niej szeptem.


-        Nie krzycz, bo będziemy mieli kłopoty. – wyjaśnił, a ona skinęła głową, wciąż jeszcze drżąc z podniecenia i strachu – Musimy się ubrać i szybko opuścić to miejsce. Wiedzą, że tu jesteśmy.


-        Ale kto? – wciąż była przestraszona.


-        Skrytobójcy z Norhenu... – rzekł z ponurym wyrazem twarzy.


Nie miał co do tego wątpliwości, odkąd zdjął maskę zabitego agenta. Nosił czerwoną opaskę na czole, identyczna, jaką on zazwyczaj ubierał. Miał też tak samo czarne włosy i ciemną karnację, zupełnie jak on.


Ella też zauważyła pewne podobieństwo między nimi, ale nie miała czasu na pytania, bo Ren wciąż ją poganiał. Za pomocą magii usunął ciało zabitego agenta z pokoju motelu. Potem ubrali się, zabrali swoje rzeczy i już mieli wychodzić, kiedy Ren stanął jak wryty, wyczuwając coś.


-        Zaczekaj... – powstrzymał ją przed wyjściem drzwiami.


Zamknął oczy i za pomocą magii ujrzał w całym Veronie około tysiąca Norhenów. Zapewne nie wszyscy byli skrytobójcami, ale to i tak nie wyglądało dobrze.


-        Musimy opuścić to miasto i to zaraz. – rzekł zdecydowanie.


-        Ależ wciąż jeszcze nie mamy zapasów... No i... – Ella się zlękła.


-        Nie możemy tu zostać. Jest ich znacznie więcej, a są oni o wiele silniejsi od Cehronów. – zapewnił i pociągnął ją w stronę okna.


-        Chyba nie chcesz... – popatrzyła na niego, jak na wariata – To jest czwarte piętro!


-        Ello, właśnie nadszedł czas, byś udowodniła mi, że mi ufasz. – rzekł jak najbardziej serio, aż jej ciarki po plecach przeszły.


-        To znaczy? – przełknęła ślinę.


-        Zamierzam użyć lewitacji, by opuścić Veron. Wiesz, co to jest? – spytał, patrząc jej w oczy.


-        Latanie? – zrobiła oczy wielkie jak talerze.


-        Tak. Wezmę cię na ręce i polecimy kilka kilometrów. Dodatkowo użyję aury niewidzialności. Zadziała tylko wtedy, kiedy zaufasz czarującemu, czyli mi. Inaczej ty będziesz widzialna, rozumiesz? – spytał poważnie.


-        Chyba tak, ale...


-        Nie mamy czasu, Ello. – spojrzał jej w oczy – Ufasz mi czy nie?


-        Ufam. – odparła pewnie.


Nie czekał już ani chwili dłużej, tylko wziął ja na ręce i wypowiedział jakieś zaklęcie. Spojrzeli w lustro na ścianie pokoju i nie zobaczyli swego odbicia. Zadziałało, więc mu zaufała. Alren odetchnął z ulgą i otworzył okno.


-        Naprawdę umiesz latać? – ogarnął ją nagły strach.


-        Nie martw się, nie puszczę cię.  – zapewnił – Ten czar jednak strasznie wyczerpuje magiczną energię, a z niewidzialnością to już w ogóle. Jeśli więc nas złapią, będę w stanie używać tylko miecza. – dodał jeszcze.


-        Aha... – objęła go mocniej za szyję.


-        Jeśli masz lęk wysokości, to lepiej zamknij oczy. – rzekł szybko, po czym wyskoczył z okna.


Ella przez chwilę zamarła, ale po kilku sekundach ujrzała, że są już wysoko, nad budynkami miasta i oczom nie wierzyła.



Aruell
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 33

czwartek, 12.maja.2011, 00:13
Witam Kochani ;)

Pora na kolejny, z moich ulubionych, rozdział BM. Następny będzie jego kontynuacją, ale po kolei... ;)
Przed nami ciąg dalszy sylwestra Nicka oraz co ważniejsze - znaczące wydarzenie między Ellą i Renem (zwłaszcza dla Elli), nawet jeśli... a nie, na razie nie powiem ;P
Pewnie się domyslicie, dlaczego kolejne dwa rozdziały tak bardzo lubię, więc nie będę przedłużać. ;)

Miłego czytania ;)

***

31 dzień cuadrilu 8976 roku, Egharia: Veolia – Veron (Motel „Eryonus”), późny wieczór


Kiedy Ella i Ren przekroczyli próg całkiem sporego motelu i podeszli do recepcji, od razu powitała ich uśmiechnięta kobieta w białym uniformie.


-        Witamy serdecznie w Motelu „Eryonus”! Jeden czy dwa pokoje? – spytała automatycznie, po czym jej wzrok padł na kajdanki i zdziwiła się nie lada.


-        To taki zwyczaj w naszych stronach. – Ren zareagował natychmiast, nim nabrała podejrzeń – Po ślubie pary skuwają się kajdankami. – dokończył, a Ellę zatkało. Mogłaby przysiąc , że się przesłyszała.


-        Aaach! Rozumiem! – rozpromieniła się recepcjonistka i obdarzyła ich szerokim uśmiechem – W takim razie apartament dla nowożeńców. Akurat mamy jeden wolny, jakby czekał na państwa. – dodała wesoło.


Ren zapłacił za nocleg, a Ella wciąż nie wierzyła w to, co się tu działo. Ren powiedział, że są małżeństwem? Sama myśl o tym słowie przyprawiła ją o łomot serca. Nim otrząsnęła się z szoku, byli już na czwartym piętrze. Myślała, że wezmą jakiś zwykły pokój, a tymczasem, gdy otworzyli apartament, zatkało ją.


To było przestronne pomieszczenie o jasnoróżowych ścianach, z drewnianymi meblami, czerwonymi kotarami i wielkim łożem w kształcie serca, niedaleko okna.


-        Co za tandeta... – wymknęło jej się, a Ren wybuchł niepohamowanym śmiechem słysząc jej uwagę.


-        Pewnie myślą, że zakochani widzą wszystko na czerwono i różowo. – zaśmiał się, a ona pokręciła głową – Ale to i tak lepsze od noclegu w jaskini czy na dworze, nie sądzisz? – Ella zarumieniła się na wspomnienie o jaskini. Pamiętała bowiem doskonale, co wydarzyło się w gorących źródłach.


Ren zamknął pokój od środka na klucz i spojrzał na lekko zakłopotaną Ellę. Pomógł jej zdjąć płaszcz, sam zrobił to samo, po czym stanęli na środku pokoju i rozglądali się.


-        Może kąpiel, kochanie? – spytał, widząc łazienkę z dużą wanną, również w kształcie serca.


-        K-kochanie? – spłonęła rumieńcem, słysząc w jaki sposób to powiedział.


-        Och, widzę, że moja kochana żona znów udaje niewiniątko. – przymrużył oczy, a ona zamarła – Nie dam się na to nabrać, ziółko. – zażartował, a Ella bezradnie się skrzywiła i powtarzała sobie w duchu, by nie zrobić z siebie znów idiotki. Znała już przecież jego poczucie humoru i tendencję do przekomarzania.


-        Jak widzę, mój drogi mąż już mnie trochę poznał. – odpowiedziała na żart, co go lekko zaskoczyło, ale pozytywnie. Czas najwyższy, by wyluzowała.


-        Pozwól, że pomogę ci się rozebrać... – mruknął, zbliżając się do niej, jak tylko odkręcił kran, by napełnić wannę wodą.


-        Nie trzeba! Poradzę sobie... – bąknęła, jednak była tak zdenerwowana, że nie mogła odpiąć ani stanika ani spodni, co rozbawiło Alrena, który zdążył się już rozebrać całkowicie.


-        Jednak przyda się sprytna rączka męża. – rzekł wesoło i jednym ruchem wziął ją na ręce. Odruchowo złapała go za szyję i spojrzała na niego zdziwiona.


-        Co ty wyprawiasz, Ren? – złościła się.


-        Wygłupiam się. – odparł z wyszczerzonymi zębami, stawiając ją na nogi tuż przed wanną i stojąc za nią, rozpiął jej stanik, a potem spodnie, które dziewczyna odłożyła na bok.


Ella przełknęła ślinę czując jego gorący oddech na plecach i nie miała odwagi się do niego odwrócić, zwłaszcza, że czuła, a nawet widziała, jaki jest podniecony. Wówczas zobaczyła, jak zakręcił kran, a potem nalał jakiegoś płynu do środka i utworzyła się gruba warstwa piany. Zerknęła na niego ukradkiem,


-        Wskakuj do wody. – uśmiechnął się.


Po chwili oboje byli już w całkiem sporej wannie i siedzieli obok siebie, otoczeni przez białą pianę. To było cudowne uczucie. Woda była gorąca, a płyn wydzielał ładny, kwiatowy zapach.


Ella szybko zauważyła, że Alren się jej bacznie przygląda i zarumieniła się. Nie zbliżał się do niej, mimo iż dobrze wiedziała, że ma na to ochotę. Nie wątpiła, że dotrzyma słowa, ale im dłużej na niego patrzyła, tym bardziej miała ochotę się na niego dosłownie rzucić. Jeszcze nigdy nie czuła czegoś takiego. Kochała go. Mimo iż czasem budził w niej wątpliwości i nie umiała mu jeszcze w pełni zaufać, to jednak go kochała. Gdyby coś mu się stało... chyba by umarła. Wielokrotnie byli w niebezpieczeństwie i drżała wtedy o jego życie. Wiedziała, że to już nie jest tylko zauroczenie. To coś więcej.


Zdawała sobie sprawę, że on nie odwzajemni jej uczuć i pamiętała dobrze jego słowa. Wiedziała, że czuje do niej tylko pożądanie, jak każdy normalny mężczyzna i pewną sympatię. Przeczuwała, że będzie strasznie cierpieć, gdy się już rozstaną i tęsknić za nim całe życie... Jednak w tej chwili nie obchodziło ją to, jeszcze mogła przy nim być. Nie wyobrażała sobie też, że przez cały ten czas będzie tylko na niego patrzeć. Już nie...


Za chwilę pomyślała znów o Eolium. Jeśli Arcykapłanka ich rozdzieli i powie jej, jak wrócić na Ziemię, to będzie ich koniec... Ona wróci do domu, a on zostanie tutaj i wyruszy w dalszą podróż. Na pewno tak będzie... Ta myśl ją przerażała.


Nie chciała go zostawiać, nie chciała się z nim rozstawać już nigdy. Jeśli jednak było to nieuchronne, to chciała wykorzystać w pełni czas, który im został. Wtedy podjęła ostateczną decyzję...


***



Czwartek, 31 grudnia 2011 roku, Ziemia:  Madryt – Klub „Deseo”, około 22:30


Nick i Carmen poszli do garderoby, na tyłach klubu. Kobieta otworzyła szafkę i wyjęła z niej czarny podkoszulek  bez rękawów, ale aż po szyję, który Alejandro często zakładał od tańców latynoamerykańskich.


Nick podziwiał piękne, długie nogi Carmen, które wystawały spod krótkiej, jasnożółtej i dopasowanej sukienki na ramiączkach, która doskonale prezentowała się na jej ciemnej skórze. Pożerał ją wzrokiem. Miała idealną figurę. Kiedy się z powrotem do niego odwróciła, gwałtownie i odwrócił wzrok, co nie uszło jej uwadze. Przemilczała to jednak i tylko się uśmiechnęła.


-        Dlaczego jeszcze pan nie zdjął tej brudnej koszuli? – zdziwiła się – Proszę. Pożyczę panu tę koszulę. Andy na pewno się nie obrazi. Jutro wieczorem dostanie pan swoją wypraną i wyprasowaną, jeśli tylko pan przyjdzie. – zapewniła, wciąż zawstydzona, że wylała na niego wino. Jeszcze jej się nigdy coś takiego nie zdarzyło.


-        Na pewno przyjdę... – rzekł, patrząc jej w oczy, po czym zdjął brudną koszulę i wręczył jej z lekkim uśmiechem.


Carmen nie mogła się oprzeć, by nie spojrzeć na jego obnażoną klatę. Musiała przyznać, że miał wspaniałe ciało. Szerokie ramiona i wyraźnie zaznaczone mięśnie. Nie był osiłkiem, ale na pewno miał coś wspólnego z pływaniem lub innym sportem. Jego jasna skóra i długawe, faliste złoto-blond włosy były dla Carmen prawdziwie egzotyczne i rzadko spotykane. W Hiszpanii dominowali bowiem ciemnoskórzy bruneci. Przez co nieznajomy wydał jej się szczególnie atrakcyjny, zwłaszcza iż był przystojny. Ukryła jednak swoje zainteresowanie i zapakowała jego brudną koszulę do reklamówki. Gdy spojrzała na niego ponownie, miał już na sobie czarny podkoszulek, który pasował mu do spodni.


-        Do twarzy panu w czarnym kolorze. – rzekła szczerze, lekko się rumieniąc, a on się uśmiechnął.


-        Dziękuję. Nazywam się Nick Foxell. – wtrącił, wyciągając ku niej dłoń – Zapomnijmy o oficjalnej formie, dobrze?


-        Dobrze. Mów mi więc Carmen. – zaśmiała się delikatnie i uścisnęła mu rękę – Jak się bawisz? – zapytała zwyczajnie, a on się zmieszał.


-        Dobrze... Siedzę sobie i podziwiam tych rozradowanych ludzi. Ten klub jest niesamowity i mają tu znakomite drinki.


-        Siedzisz? – prawie krzyknęła – No coś ty? Chcesz przesiedzieć sylwestra? Dlaczego nie tańczysz?


-        Bo nie umiem... – zakłopotał się – Nie to, co ty... – spojrzał na nią z podziwem w oczach, a ona się zarumieniła lekko.


-        No nie... Tak być nie może. W tym klubie wszyscy muszą się dobrze bawić, bez wyjątku! – pokręciła głową – Chodź! – krzyknęła otwierając drzwi.


-        Dokąd? – nie zaskoczył.


-        Na parkiet, oczywiście. – zaśmiała się.


-        Ale... – zawahał się i podrapał w głowę, ale wtedy chwyciła go za rękę.


-        Nie martw się, poprowadzę cię. – dodała życzliwie, a jemu serce przyspieszyło – No chyba, że nie chcesz ze mną tańczyć... – spojrzała na niego zalotnie, a on zacisnął pięść na jej dłoni.


-        Żartujesz? – prychnął zarumieniony – O niczym innym, w tej chwili, nie marzę...


***


Egharia: Veolia – Veron (Motel „Eryonus”), noc


Alren zastanawiał się, nad czym Ella tak intensywnie rozmyśla i kiedy miał już o to zapytać, niespodziewanie podniosła się i przybliżyła do niego, a potem bez ostrzeżenia go pocałowała w usta. Alren był tak zaskoczony, że nie wiedział, co robić. Gdy skończyła ten delikatny i niezdarny pocałunek, objęła go mocno, wokół szyi.


-        Ren, proszę, nie odtrącaj mnie... Chociaż raz, chociaż dziś, proszę... – szepnęła mu nieśmiało do ucha, postanowiła bowiem pójść na całość, a jego zatkało.


-        Ależ Ello... Co ty mówisz? – był w szoku.


-        Wiem! – krzyknęła mu prosto w twarz, poczym ściszyła głos – Wiem, że mnie nie kochasz... Ale ja kocham ciebie. Nie wiem, jak długo jeszcze będę mogła cię kochać... Chcę więc stworzyć sobie wspomnienia. Zostaną we mnie na zawsze, gdy się już rozdzielimy. – rzekła, patrząc mu w oczy z nadzieją.


-        Ello... – zatkało go, gdy zrozumiał, co miała na myśli.


-        Kocham cię, pragnę... Do szaleństwa... Sama nie wiem, jak to możliwe... – przytuliła się do niego mocno, a on nadal był w szoku – Chcę, żebyś to był ty... Proszę, jeśli pociągam cię choć trochę... – urwała, chowając twarz w jego piersi, aż mu serce przyspieszyło.


Bez słowa ją przytulił, mocno i zdecydowanie. Bądź co bądź, był też tylko mężczyzną. I tak ledwo nad sobą panował, przebywając cały czas tak blisko tej piękności. Mógł sprawiać pozory opanowanego, ale w głębi duszy pragnął jej tak samo mocno, jak ona jego. Nie mógł się więc już powstrzymywać...


Ella nie mogła wytrzymać dłużej tego napięcia i pocałowała go ponownie. Alren wyczuł w niej niesamowite podniecenie, zniecierpliwienie, oczekiwanie i... strach? Nie wiedział, jak to dokładnie określić, ale coś go ścisnęło w środku. Zachowywała się tak, jakby już jutro mieli się rozstać na zawsze. Spojrzał więc na nią swoimi zielonymi oczami i uśmiechnął się. Pogładził ją po policzku, a ją przeszył miły dreszcz.


-        Nadal nie umiesz całować, droga żonko... – zażartował, a ona poczerwieniała.


-        To mnie naucz, drogi mężulku. – odparła po chwili, a on się krótko zaśmiał i wtedy pocałował ją drugi raz w życiu.


Przymknęła oczy, delektując się tym czułym i delikatnym pocałunkiem. Dosłownie rozpływała się w jego ramionach. Oddech jej przyspieszył i poczuła, że jeśli Ren znów ją odtrąci, to chyba oszaleje.


Gdy skończył pocałunek, Ella wystraszyła się, że zaraz znów powie coś głupiego, albo zacznie się z nią droczyć, ale on tylko patrzył intensywnie w jej oczy.


-        Na pewno tego chcesz? Nie będzie odwrotu... – rzekł poważnie.


Zamiast odpowiedzi znów go pocałowała. Pragnęła go tak bardzo, że sama się sobie dziwiła. Alren rozbudził w niej wszystkie uśpione instynkty, nad którymi stopniowo traciła kontrolę, aż do tej chwili.


-        W takim razie, chodźmy... – szepnął jej do ucha, kiedy się do niego przytuliła.

Aruell
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 32

wtorek, 10.maja.2011, 00:11
Witajcie ;)

Oto pierwszy rozdział BM w tym tygodniu. Mam nadzieję, że się Wam spodoba ;)
Dowiecie się m. in., jak wygląda Veron i życie w tym mieście oraz, jak Nick poznał Carmen osobiście ;)

Miłego czytania,
pozdrawiam ;)


***

31 dzień cuadrilu 8976 roku, Egharia: Veolia – Veron, wieczór


Po ostatniej, dość dziwnej sytuacji w męskiej toalecie, Ella i Ren zjedli prostą kolację w tym samym barze, gdyż zamieć jeszcze się nie skończyła. Okazało się, że Ren trzymał pieniądze przy sobie i a nie w bagażu, który stracili. I całe szczęście. Za to musieli znosić rozbawione spojrzenia gości lokalu, którzy byli przekonani, że dobrze wiedzą, co oni robili w tej toalecie. Nawet barman znacząco mrugnął do Elli oczkiem w pewnej chwili. Nie można było się im dziwić zwłaszcza, że Ren i Ella byli skuci kajdankami. Złotowłosa była zawstydzona, domyślając się, o co chodzi, natomiast Alrena ta sytuacja zwyczajnie bawiła. Jak niewiele trzeba, by powstały plotki. – pomyślał.


Kiedy śnieg przestał padać i opuścili bar, był już wieczór. Dopiero teraz Ella mogła się rozejrzeć po tym mieście. Zauważyła, że architektura i budowa przypomina Leos. Budynki były białe, a oświetlenie magiczne i niebieskie. Mieszkańcy Veronu nosili stroje w tych dwóch kolorach, tak samo, jak w Leosie. Dostrzegła jednak pewną różnicę.


Wszędzie były różne stoiska –  otwarte i pełne ludzi nawet teraz, wieczorem. W okolicy znajdowało się mnóstwo pojedynczych kupców, którzy chodzili od osoby do osoby, oferując swoje towary. Miasto to rozkwitło na nowo życiem, mimo iż ledwo co skończyła się śnieżyca i jeszcze chwilę temu nie było tu nikogo. Ten widok zachwycił Ellę.


-        To miasto kupców i handlu. – wyjaśnił Ren, widząc jej ciekawość – Można tu spotkać wszystkie narody z Egharii i otrzymać praktycznie każdy towar, o ile ma się czym zapłacić, a ceny są tu naprawdę różne. – zaśmiał się, na samo wspomnienie swej ostatniej wizyty w tym miejscu.


-        Niesamowite. – szeroko otworzyła oczy z wrażenia.


Ella poczuła przypływ energii, gdy mijali liczne stragany, zapełnione przeróżnymi rzeczami. Wprawdzie połowy tych rzeczy nie rozpoznawała, ale wyglądało wspaniale, jakby była na międzynarodowym targu. To wrażenie dodatkowo wzmacniali ludzie o różnym kolorze skóry i włosów, w różnokolorowych strojach.


Alren widząc jej zachwyt, postanowił pokazać jej kilka rzeczy, mimo iż wiedział, że powinni jak najszybciej iść do motelu, by jak najmniej osób ich widziało. Chciał jednak by się trochę rozerwała. Po chwili pokazał jej stragan z barwnymi tkaninami, które wyglądały, jak jedwab.


-        Widzisz te tkaniny? To szlachetny materiał z Norhenu. Mają tam najpiękniejsze tkaniny w Egharii. – wyjaśnił.


-        Są cudowne! – wpadła niemal w euforię – Ach! Jakie śliczne! – krzyknęła, gdy jej wzrok padł na swoisty jubiler, pełen wymyślnych ozdób ze złota, srebrna i nieznanych kruszców oraz całej masy różnokolorowych kamieni. Tych matowych i tych, niczym brylanty. Biżuteria to zawsze był jej konik.


-        To słynna cehrońska biżuteria. – rzekł zdecydowanie, a ona na chwilę zamarła, słysząc tą nazwę. Cehroni...


Ren zauważył jej reakcję i pokazał jej szybko coś innego, by za długo o tym nie myślała. W sumie Ella zobaczyła wiele wspaniałych rzeczy – od niezwykłych tkanin, po małe zwierzątka z różnych krajów, nietypowe potrawy i inne przedmioty.


W końcu dotarli do gmachu motelu dla obcokrajowców i już mieli wejść do środka, gdy Ella kątem oka zobaczyła malutki namiocik z drobiazgami, rozłożony na uboczu, w którym sprzedawała mała dziewczynka. Nie wiedzieć, czemu chciała tam podejść, mimo protestów Rena,  że i tak na dużo sobie pozwolili. W końcu jednak jej uległ i poszli w tamtą stronę.


***



Czwartek, 31 grudnia 2011 roku, Ziemia:  Madryt – Klub „Deseo”, około 22:00



Nick właśnie pił kolejnego drinka, przy stoliku i z zachwytem patrzył z jaką radością i swobodą tańczą, obecni tu, ludzie. On sam nie umiał, więc wolał nie zabierać miejsca innym na parkiecie. Co prawda, doskonale znał walca, tango i fokstrota, które chętnie tańczył na bankietach, ale tańce łacińskie to była dla niego kompletna zagadka. Zawsze myślał, że są zbyt wulgarne, ale teraz zrozumiał, że to było głupie. Obserwował zupełnie obcych sobie ludzi, którzy w tańcu zdawali się być niczym kochankowie, a po zakończeniu go, znów byli sobą. Dla nich taniec to była gra, zabawa i tyle. Oczywiście nie brakowało też par zakochanych, jednak zauważył, że nie mieli oni problemu, by bawić się z innymi. Wymieniali się partnerami i nie skupiali się tylko na swej połówce. Podobało mu się to.


To, co go jednak najbardziej interesowało, to momenty, kiedy na scenę wychodziła prowadząca imprezę – Carmen. Patrzył wtedy tylko na nią i słuchał jej jak zahipnotyzowany. Jednak, ponieważ bawiła się głównie z Alejandro lub była zajęta organizacją, nie miał szansy się do niej zbliżyć. Westchnął. Nagle poczuł, że musi się przewietrzyć.


Kiedy zbliżał się już do wyjścia, poczuł coś mokrego na plecach, a zaraz potem lekkie uderzenie. Odwrócił się i zobaczył zmieszaną Carmen. Serce mu podskoczyło, gdy była tak blisko, że mógł zajrzeć jej w oczy. Zastanawiał się, czy to nie sen... Dopiero, gdy się odsunęła i zaczęła go przepraszać, wrócił na ziemię.


-        Proszę mi wybaczyć, straszna gapa ze mnie! Wypiorę panu tę koszulę... – kłopotała się, przypatrując się plecom Nicka.


Mężczyzna, nieco zdezorientowany i otumaniony piękną tancerką, zerknął do tyłu i dopiero wtedy zobaczył ogromną plamę po winie, na swej białej koszuli. Cicho zaklął pod nosem.


-        O cholera! – złapał się za głowę – Nie mam nic na przebranie... – zganił się za to, przecież na takie imprezy zawsze zabiera się jakiś ciuch na zmianę. Dlaczego o tym zapomniał?


-        Proszę pójść ze mną... – rzekła szybko brunetka.


-        Nie... Nie trzeba... – próbował się bronić – Plama w końcu wyschnie... – zaskoczyło go to, że nie umiał się przy niej sensownie wysłowić.


-        Żartuje pan? Strasznie rzuca się w oczy. – zdumiała się – W garderobie pożyczę panu koszulę Alejandro. Rozmiar powinien się zgadzać...


-        Aaa, pani chłopaka...? – odparł automatycznie.


-        Nie... – zaśmiała się – Skąd ten pomysł? Andy to tylko mój partner taneczny. – wyjaśniła, choć sama w sumie nie wiedziała, po co.


-        Aha... – poczuł ulgę.


-        Chodźmy. – rzuciła  z uśmiechem, widząc w jego oczach zainteresowanie jej osobą i zaprowadziła go na tyły klubu.


Nick, wciąż jeszcze nie do końca pewny, czy to nie sen lub nadmierna ilość alkoholu, posłusznie poszedł za nią, nie wiedząc dokąd go zaprowadzi ta wyjątkowa, ostatnia noc tego roku.


***


Egharia: Veolia – Veron, wieczór


Ella nieśmiało podeszła do tego straganu i podziwiała różne drobiazgi i błyskotki, które wyglądały na ręcznie robioną biżuterię. Alren stał obok obojętnie, gdy nagle jego wzrok przykuły dwa wisiorki z szafirami. Od razu zauważył, że nie były to zwyczajne, egharskie kamienie, ale te magiczne, pochodzące z Miryonu. Były niezwykle rzadkie i... zakazane.


Spojrzał zdumiony na dziewczynkę, której wygląd świadczył o tym, że była bardzo biedna i z pewnością nieświadoma tego, co miała wśród towarów. Na oko dawał jej jakieś 12 lat. Zaraz potem dostrzegł, że te same wisiorki bardzo spodobały się Elli. Dlaczego to go nie dziwiło? Westchnął i powiedział do małej.


-        Weźmiemy te dwa wisiorki. – rzekł zdecydowanie, dając jej specjalnie za dużo monet.


Cena była absurdalnie niska, zapewne dlatego, że dziewczynka nie zdawała sobie sprawy z tego, jak cenne były te kamienie, a zwykli klienci nie dostrzegali różnicy między nimi, a zwykłymi szafirami.


-        Proszę pana, dał pan mi za dużo... – zakłopotała się cichutkim głosem, podając mu dwa wisiorki, które szybko schował.


-        Nie, zatrzymaj to. Na pewno ci się przydadzą. – uśmiechnął się do niej, a na jej smutnej buzi zagościł łagodny rumieniec.


Ella była w szoku, że Ren kupił te wisiorki, ale jeszcze bardziej zaskoczyło ją to, że dał jej więcej pieniędzy, niż trzeba. Poczuła ciepło na sercu, gdy patrzyła na niego z boku. Czuła, że oprócz pożądania, zaczyna się w niej rodzić coś głębszego, że zaczyna go coraz bardziej cenić, jako osobę.


-        Dziękuje panu, bardzo! – ucieszyła się mała.


-        Powiedz mi, drogie dziecko, dlaczego jesteś tu sama. Gdzie twoi rodzice?  Zainteresował się, wiedząc, że prawo Veolii zabrania handlować dzieciom.


-        Umarli... – rzekła smutno – Na tę nową chorobę. – w jej oczach pojawiły się łzy.


-        Chorobę? – zaniepokoił się.


-        Tak, panuje w Veolii od jakiegoś czasu i zabija ludzi. Przyszła ze wschodu i nie ma na nią lekarstwa. Moja mamusia i tatuś byli kupcami... Zarazili się, jak pojechali do Eolium po towary i zmarli kilka dni temu. – wyjaśniła.


Ella zadrżała słysząc nazwę stolicy. Czyżby panowała jakaś epidemia? Poza tym współczuła tej małej. Alren zaś wyglądał na zmartwionego.


-        Przykro mi. – rzekł szczerze – Jednak nie możesz sprzedawać tu tych rzeczy. Jeśli przyłapie cię straż, aresztują cię. – powiedział najłagodniej, jak umiał.


-        Wiem... Ale muszę za coś żyć. – zasmuciła się – Kiedy rodzice zmarli, zabrano nasz dom, a mnie do domu dziecka. Niestety okazało się, że jest przepełniony i nie mogli mnie przyjąć. – powiedziała jeszcze, a Alren się zamyślił i w końcu wpadł na pewien pomysł.


-        Zrobimy tak. Oddasz mi pewną przysługę, a ja załatwię ci podróż do Leosu. Tam na pewno znajdziesz dla siebie dom. Ludzie są bardziej życzliwi niż tutaj i jest spokojniej.


-        Ale... – zdumiała się.


-        Znasz niejakiego Fhina? – spytał ją niespodziewanie.


-        Tak! To taki starszy pan, który zawsze opowiada różne historie pod starym drzewem. – odparła z entuzjazmem.


-        Posłuchaj uważnie. – podszedł do niej blisko z Ellą i przykucnął do niej – Pójdziesz do niego jutro rano i powiesz mu, by zabrał cię od Leosu. Ma cię zaprowadzić do Bena Oghayo i powiedzieć, by pomógł ci dostać się do domu dziecka w Leosie. Rozumiesz?


-        Ale tak za darmo? – zdziwiła się, a Alren się zaśmiał, czując że ta mała będzie kiedyś dobrym kupcem.


-         Wystarczy, że powiesz Fhinowi, że w ten sposób spłaci dług u Alrena i dasz mu to. – rzekł wesoło i podał jej kartkę, na której coś naskrobał piórem – Poradzisz sobie?


-        Tak! Ale... dlaczego pan to dla mnie robi? – zdziwiła się – Nie mogę nic zaoferować za pańską pomoc, oprócz tego, co tu mam.


-        Pomyślmy... Wystarczy, że powiesz mi, skąd masz te dwa wisiorki, które od ciebie kupiłem. To będzie twoja zapłata. – uśmiechnął się, a mała się rozpromieniła.


Ella słuchała wszystkiego z boku i próbowała zrozumieć Alrena. Co mu chodziło po głowie? Pomagał jej bezinteresownie, czy ze względu na te wisiorki? Nie mogła się  w tym połapać.


-        Mamusia mówiła, że pochodzą z jaskini góry Eol daleko za Eolium... Podobno świeciły tam błękitnym światłem. Mama dostała je od pewnego wędrowca jakiś czas temu w podzięce za gościnę. Wiem tylko tyle... – powiedziała szczerze, a Renowi zalśniły oczy. Pomyślał, że musi przy najbliższej okazji się tam udać.


-        Dziękuję, bardzo mi pomogłaś. – uśmiechnął się do niej – Pamiętasz wszystko? Wiesz, co masz zrobić? – chciał się upewnić.


-        Tak, poradzę sobie! Jestem panu strasznie wdzięczna! – tak się ucieszyła, że objęła go za szyję i pocałowała w policzek, ku jego zdumieniu, po czym pozbierała rzeczy ze straganu i pobiegła gdzieś w miasto.


Alren zaśmiał się i wstał z powrotem na nogi. Z miny Elli wnioskował, że kompletnie się pogubiła i jest nie lada zaskoczona. Zignorował to i tylko się do niej uśmiechnął.


-        Chodźmy już do tego motelu... – zaproponował, a Ella wzruszyła ramionami, postanawiając dać sobie z tym spokój.


Cokolwiek to było i jakiekolwiek Ren miał intencje, zrobił coś dobrego dla tej małej, co sprawiało, że miała dla niego coraz większy szacunek.

Aruell
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 31

sobota, 7.maja.2011, 00:02
Witajcie  ;)

Dziś nie będzie długiej przedmowy. Za chwilę i tak wszystkiego się dowiecie ;)
Podpowiem tylko, że w Veronie nastąpi kolejny przełom w relacji Rena i Elli.
Pozdrawiam ;)

P.S. Załączam rysunek Rena w ziemskim stroju, może się Wam spodoba ;)

***

31 dzień cuadrilu 8976 roku, Egharia: Veolia – Veron (Ruiny Asgharu), popołudnie


Było późne popołudnie, kiedy Ren ocknął się w tym dziwnym miejscu. Pierwsze, co zrobił, to sprawdził, co z Ellą. Na szczęście tylko zemdlała, więc chwycił ją w ramiona, by nieco ją ogrzać, gdyż powrócili już do normalnego klimatu Veolii.


Rozejrzał się. Wszędzie był śnieg, ale bez trudu zauważył, że znajdują się w jakiś ruinach, ukrytych między drzewami. Zerknął na niebo – było pochmurne, przeczuwał, że zbliża się śnieżyca. Wszędzie panowała głucha cisza i nie widział ani jednej żywej duszy. Dziwne. Gdzie ten teleport ich przeniósł? Przez chwilę pomyślał, że może przez te wszystkie wieki nie działał już tak dobrze, jak kiedyś i wylądowali w zupełnie innym miejscu, ale wtedy jego wzrok padł na identyczną płytę teleportu, jak w Kryształowym Gaju. Odgarnął śnieg i zobaczył inkantacje teleportacyjne oraz wyraz „Asghar”. Zamarł. Już wiedział, gdzie się znajdują i bardzo się tym zaniepokoił.


-        Ello! Ello, obudź się! – krzyczał, potrząsając nią nieco, aż otworzyła oczy – W porządku? – spytał już spokojniej.


-        Chyba tak... – odparła zarumieniona widząc, że jest w jego ramionach – Gdzie jesteśmy? – spytała, wzdrygając się, gdy poczuła mroźny wiatr. Znów ta zima...


-        W Ruinach Asgharu... – rzekł cicho – Musimy jak najszybciej opuścić to miejsce, Ello.


-        Dlaczego? – zaniepokoiła się.


-        Powiem ci po drodze, ale teraz chodź. – pociągnął ją w stronę, widocznego już stąd, wyjścia z tego małego lasku.


Ella oglądała po drodze ruiny, pokryte śniegiem, rozsiane wszędzie dookoła. Ren wyglądał na zaniepokojonego, co nie wróżyło nic dobrego. Znała go już wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że nigdy nie jest tak poważny bez powodu.


-        Ren, powiesz mi, co to za miejsce? – spytała ostrożnie.


-        To ruiny starożytnego miasta kapłanów. Nic dziwnego, że teleport z Gaju prowadzi akurat tutaj. – stwierdził po dłuższej chwili namysłu – To było bardzo ważne miejsce w dawnej Veolii i w ogóle Egharii...


-        To w czym problem?


-        To miejsce zostało przeklęte, przez najeźdźcę z Cehronu, który wieki temu podbił Veolię. – wyjaśnił – Mimo iż potem Veolia odzyskała niepodległość, klątwy z tego miasta nie zdołali zdjąć nawet najwięksi kapłani... Dlatego to miejsce nadal jest zniszczone i opuszczone. Nie wolno tu wchodzić, pod karą więzienia, a nawet śmierci. Dlatego, nikt nie może nas zobaczyć, a będzie to trudne, zważywszy na to, że Veron jest bardzo blisko stąd... – wyjaśnił, w czym rzecz.


-        Aha... – zmartwiła się. Zauważyła, że w Veolii jest wyjątkowo dużo przeklętych miejsc i bardzo surowe prawo – No ale tu wcale nie jest tak źle, czemu mówisz, że to miejsce jest przeklęte? W porównaniu do Lasu Sverse... – urwała widząc, że Ren kiwa przecząco głową.


-        To coś zupełnie innego. Klątwa tego miejsca polega na tym, że zatruwa ona myśli i dusze osób, które tu wchodzą. Innymi słowy chodzi o opętanie, które każe ci zabijać. Po tym poznają, że ktoś tu był. W ciągu doby, od opuszczenia tych ruin, ujawnia się owe szaleństwo. Opętani, którzy zdołali kogoś zabić, zostają uśmiercani za karę, a ci co nie – oczyszczani z czaru i zamykani do więzienia na długie lata. Verończycy są przeczuleni na tym punkcie...– wyjaśnił, kiedy zbliżali się do wyjścia z lasku.


-        Ren... – urwała na chwilę – Tylko mi nie mów, że my też zostaliśmy opętani...


-        Za całą pewnością, Ello... – odparł, wzbudzając w niej lęk.


***



Egharia: Veolia – okolice Lasu Sverse, popołudnie


W specjalnym, magicznie ogrzewanym namiocie, rozbitym zaraz za lasem, siedział sobie zadowolony Ghin. Był przekonany, że z dusz Alrena i tej dziewki nic nie zostało. Zanim jednak wybrał się do stolicy, by ogłosić wykonanie misji, wysłał swojego ostatniego żołnierza, by znalazł ich szczątki na dowód dla królowej. Wiedział bowiem, że na słowo mu nie uwierzy. Spodziewał się dziś powrotu swego posłańca i nie pomylił się.


Żołnierz wrócił z poszukiwań i zameldował się w jego namiocie. Był wyczerpany. Zauważył, że miał strach w oczach, ale zwalił to na ten las.


-        I co, znalazłeś coś? – spytał ze zniecierpliwieniem.


-        Przykro mi, panie, ale... – urwał, uspokajając oddech – Nie znalazłem nic, oprócz ich bagażu. Żadnego szkieletu ani ciała, nic.


-        Co? To niemożliwe! Było tam ze dwadzieścia Urlaków i sześciu Hurów. Nie mogli tego przeżyć! Nawet nasza królowa nie dała by sobie z tym rady! – zdenerwował się – Powinny zostać nienaruszone ciała. Oni nie zadają fizycznych ran!


-        Przykro mi, panie... Może zdołali uciec?


-        Poszukałeś ich śladów za lasem? – zapytał nerwowo.


-        Tak, okolica wygląda tak, jakby nikt nie opuścił lasu. Nie znalazłem żadnego śladu ucieczki...


-        Ani trupów ani śladów, cholera! – zaklął pod nosem jeszcze kilka razy – Przecież nie rozpłynęli się w powietrzu!


-        Wygląda na to, że mogą być teraz wszędzie, panie... – zauważył zaniepokojony żołnierz.


-        Musimy ich zaleźć i to szybko. Mam czas tylko do końca tego tygodnia. Zostały mi ledwo 4 dni! Jeśli nie wypełnię misji... – urwał, a w jego oczach pojawił się lęk – Trzeba było załatwić ich osobiście, ale trudno. Ruszamy natychmiast na poszukiwania!


-        Tak jest!


***


Egharia: Veolia – Veron, późne popołudnie


Ella i Alren opuścili ruiny i znaleźli się na otwartym polu, pokrytym śniegiem. Było okropnie zimno i właśnie zaczęła się śnieżyca. Ren złapał Ellę za rękę, by pomóc jej iść po wiatr, w stronę miasta. Pogoda zrobiła się tragiczna, ale mimo to powoli posuwali się naprzód.


-        Jak zimno... -  zadrżała Ella.


-        Dasz radę, wbrew pozorom ta śnieżyca może nas uratować. – rzekł niespodziewanie.


-        Jak to? – nie zrozumiała,


-        Dzięki niej prawie nic nie widać. Nikt nie będzie wiedział, skąd idziemy. – wyjaśnił, a ona przyznała mu rację, choć i tak klęła na tę zamieć pod nosem.


Dziewczyna wciąż nie mogą zapomnieć o słowach Rena, że na pewno zostali opętani. Bała się tego, co się może stać. Nie chodziło nawet o groźbę kary, ale o to, że oboje będą żądni zabijania. Wyobraziła sobie siebie, zabijającą Alrena lub odwrotnie – jak on uśmierca ją... Potrząsnęła głową, powtarzając sobie w kółko, że to niemożliwe.


Wtedy właśnie dostrzegła zarys miasta i kilka minut później weszli do jakiegoś budynku. Odsapnęli od wiatru i zimna, czując ciepło i wreszcie coś widzieli. Na pierwszy rzut oka, miejsce to wyglądało na jakiś bar, prawie zupełnie zapełniony przez różnych ludzi, w różnorodnych strojach. Chciała przyjrzeć się temu wnętrzu bliżej, ale wtedy Alren pociągnął ją w stronę jakiś drzwi.


Ella zdążyła tylko kątem oka zobaczyć, że to męska toaleta i chciała od razu zaprotestować, ale Ren zasłonił jej usta i chwilę później znaleźli się w kabinie z toaletą, którą Ren natychmiast zamknął na zasuwkę. Dziewczyna aż poczerwieniała z zawstydzenia.


-        Oszalałeś? – syknęła półszeptem – To przecież...


-        Nieważne, Ello... – machnął na to ręką – Potem ponarzekasz. Teraz ściągnij tunikę, tylko szybko! – powiedział zdecydowanie, a Elli serce stanęło.


Dziewczyna zastanawiała się w osłupieniu, co mu strzeliło do głowy. Chyba nie zamierzał TEGO zrobić i to teraz, w tym miejscu – głowiła się zakłopotana. Przez myśl jej przemknęło, że to może być sprawka tego opętania i zalał ją zimny pot.


Alren badał jej zachowanie z podobną nieufnością i widząc, że nie zamierza nic zrobić, jednym szarpnięciem rozpiął jej płaszcz, a potem tunikę.


-        Co robisz? – przeraziła się nie na żarty, próbując go powstrzymać, ale bezskutecznie. Był od niej silniejszy.


-        Przymknij się choć na chwilę!  - zdenerwował się, widząc, że znów panikuje – Nie mam czasu... – warknął, a jej strach wzrósł jeszcze bardziej.


Ze łzami w oczach próbowała protestować, kiedy przydusił ją siłą do ściany i zdjął jej stanik. Zamknęła w końcu oczy, niemal pewna, że ją zgwałci, a on tylko się skrzywił, domyślając się o czym myślała. Jednak nie miał czasu, by cokolwiek tłumaczyć, tylko przyłożył całą dłoń do jej skóry, w miejscu serca, między piersiami. Wstrzymała oddech, czując jego gorąca rękę i wtedy...


Poczuła coś dziwnego, jakby po jej ciele rozchodziła się jakaś ciepła energia, która wywołała lekkie mrowienie. Zdumiona otworzyła oczy i zobaczyła zielone, świecące oczy Rena. Przeżyła szok słysząc, jak szepcze jakieś zaklęcie, wpatrując się w nią intensywnie. Potem cofnął dłoń i wyciągnął z jej ciała czarną smugę jakby mgły, która skupił w formie kuli, a potem zniszczył zieloną energią, wychodzącą z jego ręki. Ella nie wiedziała, co się dzieje i tylko obserwowała to wszystko ze zdumieniem. Kilka minut później Alren to samo zrobił na sobie. Przyłożył sobie dłoń do nagiej klaty i wyjął taką samą czarną smugę, którą w ten sam sposób zniszczył. Dopiero po tych czynnościach spojrzał na Ellę z lekkim rozczarowaniem w oczach.


-        Teraz możesz się ubrać... – rzekł, odwracając głowę, a do Elli dotarło, co właśnie zrobił.


-        Ren, czy ty... – zamarła w bezruchu.


-        Tak, usunąłem z naszych ciał opętanie. Teraz jesteśmy czyści. Nic nam nie będzie. – zapewnił, zapinając swoją tunikę.


-        Czemu mi nie powiedziałeś? Czemu tak nagle? Ja myślałam...  – urwała widząc ten sam zawód w jego oczach, co przed chwilą.


-        Wiem, co pomyślałaś... – zakpił, a jej zrobiło się strasznie wstyd – Musiałem działać szybko. Ten zły czar mógł się uaktywnić w każdej chwili, a i tak długo szliśmy z tamtych ruin... – wyjaśnił i ubrał swój płaszcz.


Do Elli dotarło, że znów go zawiodła. Jak mogła pomyśleć, że ją zgwałci? Po tym wszystkim co jej powiedział, co przeszli razem... Poczuła do siebie odrazę. Dwa razy obiecała mu, że będzie mu ufać i dwa razy udowodniła, że tak nie jest. W końcu nie wytrzymała i ukryła twarz w dłoniach, zasłaniając łzy, które same zaczęły jej płynąć.


-        Co ty wyprawiasz, Ello? – zdziwił się i podszedł do niej jeszcze bliżej – Hej... – mruknął i niemal siłą zabrał jej ręce z buzi.


Alren zdziwił się widząc jej szczere łzy i czując, że drży. Chwilę później Ella nerwowo chwyciła jego tunikę i schowała twarz w jego piersi.


-        Wybacz mi, Ren... – załkała – Proszę, wybacz mi... Tak strasznie mi wstyd... – głos się jej załamał.


-        Uspokój się... – był zszokowany jej reakcją.


Owszem zawiodło go to, że nadal mu nie do końca ufała i myślała, że ją skrzywdzi, ale nie uważał tego za powód do takiego lamentu. Wiedział bowiem, że jej nieufność wynikała z sytuacji i z tego, że właściwie nic o nim nie wie. Trudno ufać bezgranicznie komuś, kogo się nie zna. Westchnął i odsunął ją od siebie, po czym zmusił by na niego spojrzała. Zobaczył niepewność w jej oczach.


-        Nie płacz już, to bez sensu. – rzekł zdecydowanie – Nie gniewam się, słyszysz? – otarł jej kolejną łzę, a ona poczuła się jeszcze gorzej.


Wolałaby już, żeby na nią nakrzyczał, niż okazywał dobroć i ciepło. Powycierała jednak łzy i spojrzała na niego już spokojniejsza.


-        Ren, ja już naprawdę ci...


-        Ciii.. – przyłożył jej palec do ust, wiedząc, że znów chce coś deklarować – Zaufanie, to nie jest coś, co można kupić, czy zdobyć w kilka dni. Słowa nic nie znaczą... Mam nadzieję, że kiedyś... z głębi serca mi zaufasz, a ja tobie. – dodał z uśmiechem, otwierając zasuwkę – A teraz chodźmy już stąd.


Chwilę później wyszli z męskiej toalety, jak gdyby nigdy nic, a Ella zastanawiała się, skąd w tym silnym i na pozór szorstkim mężczyźnie tyle dobroci i ciepła. Przy nim czuła się taka malutka, kapryśna i głupia, że aż było jej wstyd.


Aruell
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 30

czwartek, 5.maja.2011, 00:05
Witajcie ;)

Oto drugi rozdział w tym tygodniu. ;)
Dowiecie się czegoś ważnego o Thomie, co zapewne sprawi, że polubicie go jeszcze mniej. :p
Ponadto pora na kolejny sen Elli - ciekawe, czy coś z niego wywnioskujecie? I co to będzie? ;)
Od tego rozdziału zaczynamy też sylwestrową noc na Ziemi. ^^
Ella i Ren wyruszą też w dalszą podróż, a dokąd ich zaprowadzi, przekonacie się w kolejnych rozdziałach. ^^

Miłego czytania,
pozdrawiam ;)

***

31 dzień cuadrilu 8976 roku, Egharia: Veolia – Kryształowy Gaj, noc i poranek


Ella otworzyła oczy i przeraziła się. Pierwsze co bowiem ujrzała to lśniące ostrze, wymierzone w jej głowę. Odskoczyła odruchowo i przewróciła się, upadając na tyłek. Stało się, ten koszmar jednak powrócił... Mężczyzna w złoto – czerwonych szatach uznał jej milczenie za próbę zatuszowania prawdy i przyjął agresywną postawę.


-        Skoro nie chcesz powiedzieć, kim jesteś.. – wziął zamach – Zginiesz w tej chwili!


Natychmiast po tych słowach Ella, jakby w zwolnionym tempie, widziała, jak ostry miecz zbliża się do niej. Poczuła, że zaraz umrze i zamknęła oczy, nie mogąc na to patrzeć i wtedy...


Z jej ciała wydobyło się znajomo wyglądające, błękitne światło, a gdy zniknęło, Ella zobaczyła swoją bransoletę na nadgarstku. Zaraz potem ujrzała szok mężczyzny, który natychmiast odsunął się od niej i uklęknął przed nią, jak przed jakąś królową. Nie wiedziała, co ma o tym myśleć, więc powoli wstała i obserwowała zmieszana twarz przystojnego i długowłosego bruneta.


-        Wybacz mi pani, ma zuchwałość. Nie wiedziałem, z kim mam do czynienia. Możesz mnie ukarać, jeśli taka twa wola. – usłyszała jego niski i pokorny głos i zdumiała się nie lada.


-        Pani? Ale.. .ja... nie rozumiem...– odparła pewnie.


-        Nie rozumiesz, bo jeszcze nie wiesz, kim jesteś. – rzekł, patrząc na nią nieziemskimi, złotymi oczami.


-        Już to chyba słyszałam, gdzieś... – zamyśliła się – To kim jestem? – spytała automatycznie.


-        Musisz to sama odkryć, pani. To właśnie jest powód, dla którego tu jesteś... – usłyszała i wówczas...


Ella otworzyła oczy i ujrzała światło dzienne. Sen się skończył. Na jej twarzy malowała się zaduma i zdziwienie. Jestem tu, by się dowiedzieć, kim jestem? – myślała intensywnie. Tylko o co mu chodziło? O tamto miejsce we śnie, czy też Egharię? – w jej głowie rodziło się pytanie za pytaniem.


Dopiero po chwili, uświadomiła sobie, że opiera głowę na kolanach Rena i wstrzymała oddech, zerkając na niego gwałtownie. Jeszcze spał. Mocno i twardo. Chyba nigdy jeszcze go takiego nie widziała. Zawsze wyglądał, jakby czuwał. Teraz, kiedy wiedział, że jest tu bezpiecznie, mógł sobie odbić brak snu. To był tak słodki widok, że powoli zapominała o swoim śnie. Podniosła się delikatnie i nie mogła się powstrzymać, by go dotknąć.


Odgarnęła nieposłuszny kosmyk włosów z jego twarzy i delikatnie pocałowała go w policzek. To było tylko muśnięcie, ale obudziło Rena. Na widok zielonych oczu, Ella spłoszona odsunęła się, ale ją przytrzymał. Przybliżył swa twarz do niej i ze złośliwym uśmiechem powiedział:


-        Cześć, ziółko. Widzę, że psocisz już z samego rana...


***


Czwartek, 31 grudnia 2011 roku, Ziemia:  apartament Thoma, około 17:00


Thom powoli szykował się do wieczoru, pogwizdując sobie wesoło w swoim apartamencie, przed lustrem. Nagle usłyszał swoją prywatną komórkę, więc usiadł wygodnie na kanapie i odebrał.


-        Tak, wuju? – spytał nieco oficjalnym tonem głosu.


-        Dlaczego jeszcze nie wracasz? – spytał niski, chrapliwy głos -  Miałeś tylko podpisać jeden kontrakt w Londynie...


-        A po co mam się spieszyć z powrotem? Zrobiłem sobie urlop. Chyba mi się należy? – odparł obojętnie – Wrócę za dwa tygodnie.


-        Urlop? Tylko mi nie mów, że znów jakaś kobieta... – był wyraźnie niezadowolony.


-        A co jeśli tak? – zadrwił nieco.


-        Zwariowałeś? Przecież jesteś... – urwał, słysząc głośny śmiech Thoma.


-        No i co z tego, że jestem zaręczony? Przecież ten ślub to jeden, wielki kontrakt. – rzekł pewnie – Nie widzę powodu, dla którego miałbym być jej wierny, zwłaszcza, że jeszcze się nie pobraliśmy.


-        Nie masz szacunku dla kobiet... – oburzył się.


-        Nie tobie mnie oceniać. – prychnął – Zgodziłem się na ten cholerny ślub, dla dobra naszej firmy i zamierzam dotrzymać słowa, ale nic poza tym. Tylko tyle powinno cię interesować. – warknął do telefonu.


-        Może dla ciebie to tylko kontrakt, ale pragnę ci przypomnieć, że ona cię kocha. Jak możesz być taki bezduszny? – staruszek westchnął bezradnie.


-        Kocha? – zakpił – Daj spokój. To przez nią wpadliśmy w pułapkę! A potem raptem jej tatuś dobrodusznie zaoferował pomoc, pod warunkiem, że się pobierzemy... To nazywasz miłością? – syknął.


-        Thom... – zatkało go.


-        W każdym razie... – westchnął ciężko – Katy wyjechała na 2 tygodnie. O niczym się nie dowie. – głos Thoma zabrzmiał przerażająco oschle.


-        Nie o to chodzi! Jak już się pobierzecie, to też będziesz ją tak traktował? – staruszek liczył, że poruszy choć trochę jego moralność.


-        To już nie twoja sprawa! – krzyknął – A teraz wybacz, szykuję się na bal...


-        Kim jest ta kobieta? – zapytał w końcu.


-        To moja dawna przyjaciółka...


-        Jasne... Przyjaciółka! – zadrwił – Gdybyś darzył ją takim uczuciem, nie robiłbyś jej czegoś takiego. Ciekawe, co powie, jak się dowie o twoim ślubie...


-        Nie mam już czasu. Do zobaczenia. – przerwał mu i rozłączył się.


Wrócił potem do wiązania muchy i pogwizdywania. Miał gdzieś tą całą farsę i nie zamierzał się teraz nią przejmować. Miał ciekawsze rzeczy do roboty, z których nie chciał rezygnować.


***


Egharia: Veolia – Kryształowy Gaj, poranek



Alren i Ella zjedli już posiłek, napili się i ubrali. Byli już przygotowani na wyruszenie w podróż do Veronu. Musieli jeszcze tylko znaleźć portal, który prowadził do tego miasta. Powędrowali więc na sam środek wyspy, bowiem tym był Kryształowy Gaj i znaleźli śliczną i ozdobna kapliczkę.


Ella zachwyciła się białą budowla. Kapliczka wyglądała, jak altana, podtrzymywana przez cztery cieniutkie kolumny,  z ołtarzem na jej samym środku, na którym świecił się przezroczysty, biały kryształ. Był podświetlany od góry przez promienie Słońca, które wpadały do środka przez dziurę w dachu. Dookoła kapliczki rosły te same niezwykłe drzewa, co wszędzie. Prowadziły do niej cztery ścieżki, z różnych stron wyspy. Ten widok oczarował Elle zupełnie, zwłaszcza klejnot, w którym utkwiła swój wzrok na dłużej.


-        Co to jest? – spytała zachwycona.


-        Najświętsza Kaplica Veolii. – odparł z lekkim uśmiechem, sam był bowiem zdumiony, że dane mu jest widzieć ją osobiście – A ten kryształ to Veo, najświętszy artefakt w Veolii, który potrafi uleczyć każda ranę i każdą chorobę. Z tego co mi jednak wiadomo, tylko nieliczni mogli tu przebywać, a więc tylko garstka mogła korzystać z jego mocy. Nie można go stąd wynieść, bo Kryształowy Gaj zniknie, a kryształ przestanie istnieć. – opowiadał jej, patrząc na piękny przedmiot.


-        Fascynujące... – odparła szczerze.


-        Owszem, ale nie tego szukamy. – rzekł po chwili.


Alren i Ella rozglądali się  w okolicach kaplicy, aż nagle złotowłosa zobaczyła coś jakieś 200 m dalej, między drzewami i pokazała to miejsce Renowi. Oczy mu się rozszerzyły na ten widok. Podbiegli tam szybko i ze zdumieniem oglądali ten dziwny obiekt.


Na ziemi leżała ogromna, okrągła płyta marmurowa, w której wyrzeźbione były jakieś dziwne znaczki, wzdłuż obwodu koła. Wokół niego stały cztery wysokie kolumny, a nad każdą z nich unosiła się mała, świetlna kula, w kolorze białym.


-        Czy to jest... – zaczęła Ella.


-        Tak, to jest starożytny teleport. Niesamowite... – zachwycił się – Czytałem o tym wiele razy, ale nigdy nie miałem okazji zobaczyć żadnego, bo wszystkie zniszczono lub rozpadły się z biegiem czasu. Wspaniały... – szepnął i dotknął kolumny. Ella z łatwością zauważyła, że naprawdę fascynował się czasami starożytnymi. Przez chwilę bowiem był w innym świece.


-        Wiesz, jak go użyć? – spytała, nie mając o tym najmniejszego pojęcia.


-        Tak. Z tego co wiem, należało stać na środku okręgu i wypowiedzieć inkantacje, zapisane na tej płycie. – wyjaśnił – Czas to sprawdzić w praktyce. – pociągnął ją na sam środek koła i zaczął przyglądać się dziwnym znaczkom, które Ella skojarzyła z językiem chińskim na Ziemi.


-        Umiesz to przeczytać? – zastanawiała się, gdzie kończy się wiedza Alrena, która ją zawsze zdumiewała. Jak to możliwe, że tyle wiedział, będąc tak młodym człowiekiem?


-        To starożytny język kapłanów veolskich, dawno już martwy. Na szczęście zachowały się księgi, uczące tego języka, choć nikt już ich nie studiuje, bo jest najzwyczajniej w świecie bezużyteczny.


-        Tylko mi nie mów, że się go nauczyłeś... – Ella spojrzała na niego z szeroko otwartymi oczami, a on się tylko do niej znacząco uśmiechnął i chwycił ją z rękę.


Chwilę później ujrzała te same zielone oczy, które już widziała w lesie Sverse i aurę w tym samym kolorze, która roztaczała się wokół niego. Ciarki ją przeszyły, gdy usłyszała kilka niezrozumiałych wyrazów. Obserwowała zaskoczona, jak z każdym słowem Rena, białe kule nad kolumnami przybierają zielony kolor, podobnie jak i znaki na płycie. Zerwał się wiatr, niewiadomo skąd, po czym zaczęła się wokół nich formować jasna, zielona kula światła. Ostatnie co poczuła, zanim zobaczyła ciemność przed oczami, to mocny uścisk ręki Alrena, po czym straciła przytomność.


***


Ziemia:  dom Mary; pałac, około 19:00



Mary ubrana w piękną, czerwoną sukienkę i złotą biżuterię, czekała z niecierpliwością na Thoma. Zjawił się punktualnie.


-        Ślicznie wyglądasz... – pochwalił i wręczył jej bukiet róż,


-        Dziękuję, ty też... – zerknęła na jego czarny smoking.


-        To idziemy? – spytał z entuzjazmem, a ona skinęła nieśmiało głową.


Opuścili więc jej dom i wsiedli do limuzyny, która zawiozła ich pod pałac, w którym miał odbyć się bal. Rozebrali się i rozejrzeli w środku.


Mary była zachwycona tym miejscem, tak pełnym przepychu. Orkiestra, wielka sala, najbardziej wymyślne potrawy w części restauracyjnej, wszystkie te suknie i ozdoby.... To była prawdziwa bajka. Thom uważnie śledził jej reakcje.


-        Podoba ci się, prawda? – spytał z nieziemskim uśmiechem.


-        No jasne! – krzyknęła podekscytowana, po czym zarumieniła się, zdając sobie sprawę, że powiedziała to odrobinę za głośno.


-        To może zatańczymy?  - spytał, szarmancko wyciągając ku niej dłoń, a ona oczarowana chętnie mu ją podała.


Zaczęli tańczyć walca angielskiego. Było cudownie, wręcz płynęli po parkiecie. Mary nie spodziewała się po nim takiej szarmancji, elegancji i obycia w wyższych sferach. Chociaż, jak tak się dłużej zastanowić, ze swoją obecną pozycja i majątkiem, należał już do śmietanki towarzyskiej Wielkiej Brytanii. Na pewno zdążył się już wiele nauczyć, co było ewidentnie widać. I pomyśleć, że kiedyś był biedny, jak mysz kościelna.


Wiedziała, że wychowała go matka, a ojca nie znał. Nigdy się od niej nie dowiedział, kim jest ten człowiek i zawsze miał do niego żal, że odszedł od jego matki, kiedy ta była w ciąży. Nienawidził go wręcz. Jednak te informacje były aktualne kilka lat temu. Może się już coś zmieniło? Może się czegoś o nim dowiedział? Wtedy uświadomiła sobie, że nadal nie dowiedziała się, jakim cudem biedny chłopak w tak krótkim czasie osiągnął tak wiele? Czy był na tyle zdolny i obrotny, że sam do tego doszedł, a może ktoś mu w tym pomógł? Zaciekawiło ją to.


Nie rozważała jednak tego dalej, bowiem skończyli taniec i poszli zjeść jakiś przysmak na kolację oraz skosztować najlepszego wina w kraju. Obiecała sobie, że pogada z nim o tym innym razem.

Aruell
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 29

wtorek, 3.maja.2011, 01:14
Hej ;)

Przedstawiam kolejny rozdział. ;)
Nie będzie tym razem przedmowy, gdyż w komentarzu zapowiadałam już ten rozdział.
Zatem bez przedłużania, zapraszam do czytania. ;)


Pozdrawiam ;)

***


Środa, 30 grudnia 2011 roku, Ziemia: Szwajcaria – domek w górach, około 19:00



David dopiero co przyjechał do swego domku w górach. Szybko się rozpakował. Zamierzał tu spędzić 3 dni i pojeździć na nartach, jak za dawnych czasów. Miał nadzieję, że to pozwoli mu choć przez chwilę nie myśleć o Mary. Zwłaszcza teraz, kiedy był niemal pewien, że stracił ją na zawsze. Wiedział to już wtedy, gdy zobaczył Thoma w restauracji. Westchnął i rozpalił w kominku, wstawiając jednocześnie wodę na herbatę.


Kiedy zrobiło się ciepło, usiadł na swoim ulubionym fotelu, pokrytym sztuczną, niedźwiedzią skórą i ze smakiem pił gorący napój. Uwielbiał to miejsce. Rozejrzał się i stwierdził, że nic się tu nie zmieniło od czasów, kiedy przyjeżdżał tu z rodzicami.


Domek był drewniany i urządzony zgodnie z tradycją tutejszych mieszkańców, przytulny i ciepły. Poza tym zostało w nim wiele wspomnień, które tak sobie cenił. To właśnie dlatego go lubił. Czas tu się zatrzymał. Nie było zgiełku dużego miasta, pośpiechu – cisza i spokój. Tylko las i góry wokół.


Przymknął oczy i zasmucił się. Mimo iż obiecał sobie, że nie będzie się dołował, nie mógł wyprzeć z umysłu wizji Mary i Thoma razem. To bolało. Bolało jak cholera, aż łzy same cisnęły mu się do oczu.


***



30 dzień cuadrilu 8976 roku, Egharia: Veolia – Kryształowy Gaj, noc


Ren wpatrywał się w nią ze zdumieniem, kiedy zmieszana unikała jego wzroku.


-        Ello... Czy ty właśnie dałaś mi pozwolenie na seks? – wciąż nie wierzył, że to powiedziała. Ten wniosek wydał się mu nie tyle absurdalny, co niespodziewany.


-        Przepraszam... Zapomnij, że to usłyszałeś... – zmieszała się, besztając siebie w duchu. Wtedy zauważyła, że się do niej zbliżył i uparcie patrzył w oczy.


-        Już drugi raz chciałaś mi się oddać... – zaśmiał się, nadal zszokowany.


-        Nie! Tamto się nie liczy... – zakłopotała się – Wtedy się bałam... A-a teraz...


-        A teraz się mnie nie boisz? – był naprawdę rozbawiony – To źle. – zażartował.


-        Ren... – spojrzała na niego błagalnie.


-        Ello, nie poznaje cię. – uśmiechnął się do niej -  A może dopiero zaczynam cię poznawać, co? – zaśmiał się ponownie. Potrafiła go zaskoczyć i zrobiła to już wielokrotnie.


-        W sumie, to ja sama siebie nie poznaję... – zarumieniła się i uśmiechnęła do niego lekko.


Wciąż czuła napięcie, myśląc, co on teraz zrobi z tą wiedzą. Nie musiał się już przecież hamować. Alren odgadł jej myśli.


-        Już mówiłem, nie wykorzystam sytuacji. – odparł poważnie – Jestem zaszczycony, że wybrałaś mnie na swego kochanka, ale nie mogę tego zrobić... – dodał szczerze, choć z lekkim rozbawieniem.


-        Jak to? – nie zrozumiała.


-        Ello... – spojrzał na nią z pogodnym wyrazem twarzy – Gdyby to nie był twój pierwszy raz, to nie byłoby sprawy, ale...


-        Ren, ja...... – dotarło do niej, do czego zmierzał.


-        Myślę, że powinnaś poczekać na kogoś, kto będzie cię kochał... – wszedł jej w słowo – Pierwszy raz jest najważniejszy i powinnaś się dobrze zastanowić, zanim kogoś wybierzesz. – dodał z powagą, jakby sam dobrze wiedział, o czym mówił.


Ellę zdziwiła jego postawa. Nie spodziewała się po nim takiej „rycerskości”, ale zaraz potem zastanowiły ją jego słowa. Wyczuwała w tym coś głębszego. Nie, żeby się z nim nie zgadzała. Miał całkowitą rację, ale poczuła, że mówił z własnego doświadczenia. Potwornie ją to zainteresowało, ale nie zebrała w sobie dość odwagi, by go o to spytać.


-        Chodź, zjemy kilka owoców na kolację. – zakończył niewygodny temat.


-        No dobrze... – uśmiechnęła się do niego.


Mimo wszystkiego, i tak była szczęśliwa szczęśliwa, mogąc przy nim być i teraz dziękowała w duchu Veriom za te „przeklęte” kajdanki. Gdyby nie one, nie poznałaby bliżej tego mężczyzny i zapewne gniłaby teraz w Leosie.


***



Ziemia: Londyn – dom Mary, około 21:00


Mary właśnie się wykąpała i położyła do łóżka. Była wykończona. Najpierw rozmowa z Davidem, potem wizyta u Elli, później zabiegi upiększające w salonie kosmetycznym, a na koniec jeszcze kolacja z Thomem. To był długi dzień. Smutny, ale i ekscytujący zarazem. Nie mogła doczekać się już jutrzejszego wieczoru.


Bal miał się odbyć w pięknym, zabytkowym pałacu z uczestnictwem prawdziwej orkiestry. To miała być impreza dla vipów i bogaczy, luksus jednym słowem. Mary była strasznie podekscytowana. Wyobrażała sobie siebie w ramionach Thoma, jak z nim tańczy, całuje się... Rozmarzyła się i totalnie odpłynęła. W końcu jednak pomyślała, że musi się wyspać, by mieć jutro siły do zabawy. Usilnie starała się nie myśleć o tym, co ją czeka i dzięki temu jakimś cudem zasnęła, mając słodkie sny.


***


Egharia: Veolia – Kryształowy Gaj, noc


Ella i Ren omówili przy kolacji plan na jutro. Po śniadaniu mieli teleportować się do Veronu, by uzupełnić zapasy. Zamierzali przenocować w motelu i jak najmniej rzucać się w oczy.


Złotowłosa westchnęła, patrząc w gwiazdy. Nie chciała opuszczać tego miejsca. Było jej tu tak dobrze – spokój, cisza, woda i żywność, ciepło i Ren na wyłączność. Marzenie. Kiedy się tak zamyśliła, nie zauważyła, że Ren całkiem się już rozebrał i patrzył na nią z uśmiechem.


-        Czas się wykąpać, nie sądzisz?


-        Racja... – szepnęła zarumieniona i zaczęła się rozbierać.


Tym razem jednak nie było scen. Zwyczajnie ściągnęła bieliznę i mimo zakłopotania na twarzy, nie stawiała najmniejszego oporu, kiedy weszli do dużego stawu z czystą i ciepłą wodą. To zdumiało Rena. Czyżby tamten zabieg był skuteczny? Czy wystarczyło tylko ją skłonić do wyznania, by przestała się go wstydzić? Nawet jeśli, to był pod wrażeniem, że tak szybko się zmieniała, dosłownie na jego oczach. Patrzył na nią z uśmiechem, aż w końcu nie wytrzymała.


-        Czemu tak mi się przyglądasz?


-        Tak sobie... – odparł od niechcenia – Obserwuję zmiany... – dodał z uśmiechem, po czym zanurzył się całkowicie i zaraz wynurzył, dokładnie przed nią.


Ella zamarła na widok wyłaniającego się Rena. Patrzyła, jak zaczarowana na krople wody, spływające po jego śniadym ciele, na mokre, czarne włosy i zielone oczy.


-        Umyjesz mi plecy? – spytał zwyczajnie, a jej serce na chwilę stanęło, ale oczywiście skinęła twierdząco głową.


Dziewczyna badała liczne, choć w pełni zagojone, blizny na jego plecach, zastanawiając się, ile cierpienia go kosztowały i gdzie się ich nabawił, przy swoich umiejętnościach. Gładziła jego napiętą skórę, panując nad swoim oddechem z coraz większym trudem, aż przerwał jej cichy śmiech Rena.


-        Myślę, że są już czyste... – zaśmiał się – Myjesz je już dobre pięć minut.


-        Aaa, j-jasne...  – zarumieniła się, a on znów zanurkował i wynurzył się za jej plecami.


-        Teraz moja kolej... – na te słowa puls Elli niespokojnie przyspieszył.


Złotowłosa, aż drgnęła, gdy dotknął jej skóry, a Ren czuł pod palcami jej rosnące podniecenie. Kiedy więc skończył myć jej plecy, stanął tuż za nią i przybliżył twarz do jej ucha, gładząc jednocześnie jej plecy z góry na dół, wzdłuż kręgosłupa.


-        Już są czyste... – szepnął zmysłowym tonem, a Elli ciarki przeszły po całym ciele, lecz kiedy się odwróciła, Ren był już w bezpiecznej odległości od niej i pokazywał jej, by wyszła razem z nim z wody.


Westchnęła. Znów się z nią droczył, choć tym razem było to znacznie subtelniejsze.


***


Ziemia: Madryt – dom Nicka, około 22:00


Nick leżał w swoim łóżku we własnym apartamencie i patrzył w sufit. Od wczorajszej nocy wiedział, jak i gdzie chce spędzić sylwestra. Przestały go interesować bale dla wyższych sfer, długie suknie i słodkie walce, wykonywane przez orkiestry. W ogóle o tym nie myślał. Wszystko za sprawą tego jednego tańca...


Gdy poczuł ten klimat klubowy, radość i beztroskę ludzi, którzy maja gdzieś konwenanse i po prostu cieszą się chwilą... Gdy poczuł, jak jego serce bije w rytmie tej muzyki... Gdy zobaczył ten taniec, który zdawał się go porywać... Zrozumiał, że też chce spróbować, należeć do tej grupy ludzi, tańczyć i bawić się jak normalny człowiek.


Oddał więc bilety na wielki bal i zakupił jeden z ostatnich – na sylwestra w klubie „Deseo”. Zapowiadano uczestnictwo orkiestry kubańskiej i co ważniejsze – udział mistrzowskiej pary w roli prowadzących imprezę. W ten sposób promowali swoją nową szkołę tańca, choć jego w tej chwili najbardziej interesowało, że znów zobaczy śliczną Carmen. Może nawet uda mu się z nią zatańczyć? – westchnął, jak zakochany nastolatek.


Chwycił się za głowę i przeczesał włosy palcami. Co się z nim stało? Wciąż nie mógł uwierzyć, że tak go to wkręciło. Starał się też nie myśleć o pięknej Hiszpance, ale kiepsko mu to wychodziło. Wysoki poziom emocji, nie pozwalał mu zasnąć, choć wiedział, że musi, jeśli chce w pełni cieszyć się jutrzejszym sylwestrem.


***


Egharia: Veolia – Kryształowy Gaj, noc


Minęła godzina i zbliżała się północ. Spojrzała na Alrena, jak podpierał się teraz o drzewo, szukając wygodnej pozycji do snu. Utkwiła wzrok w jego nogach. Miała wielką ochotę się na nie położyć, ale wahała się. Jednak obiecała sobie, że będzie mówić głośno o swoich pragnieniach, nawet jeśli miałaby usłyszeć odmowę.


-        Ren... Mogę ci położyć głowę na kolanach? – zaskoczyła go tak prozaicznym życzeniem.


-        Pewnie... – zaśmiał się cicho, że pyta go o coś takiego.


Dziewczyna zarumieniła się delikatnie i położyła wygodnie, kładąc mu głowę na nogach. Był taki ciepły. Lubiła jego ciepło. Ren parzył na nią z uśmiechem, gdyż leżała twarzą do niego i nagle pogładził ja po policzku. Nie mógł się oprzeć. Wyglądała tak słodko. Spojrzała na niego maślanymi oczami, czując delikatny dotyk jego ręki. Nie odzywała się, nie chcąc by przestał ją głaskać, zwłaszcza że zaraz później zaczął bawić się jej miękkimi włosami. Uwielbiała, jak ktoś dotykał jej głowy i włosów. To było takie miłe, usypiające...


-        Śpij dobrze, Ello... – rzekł łagodnie, a ona niedługo potem zasnęła.

Aruell
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 28

czwartek, 28.kwietnia.2011, 01:58
Hej ;)

Zgodnie z nowym porządkiem, wrzucam dziś kolejny rozdział. ;)

Miłego czytania.
Pozdrawiam ;)

***

30 dzień cuadrilu 8976 roku, Egharia: Veolia – Kryształowy Gaj, po południu


Ren z rozbawieniem przyglądał się obruszonej Elli, która siedziała tyłem do niego i usiłowała uspokoić swe rozszalałe z emocji serce. Złość i namiętność to była wybuchowa mieszanka. Nigdy nie sądziła, że to może być takie intensywne uczucie. Jej policzki płonęły i zastanawiała się, o czym z nim porozmawiać, by nie myśleć o tamtym pocałunku. W końcu przypomniała jej się pewna kwestia.


-        Ren... – powiedziała w końcu – Mogę cię o coś spytać?


-        Jasne. – zaśmiał się widząc, że jej twarz nadal jest czerwona jak pomidor, kiedy odwróciła się  z powrotem do niego.


-        Czemu tamci... jak im tam było... Cehroni, chcą cię zabić? Co to za królowa? Czemu wydała taki rozkaz?


-        Nie wszystko naraz, Ello... – westchnął, przeczuwał, że w końcu o to spyta i nawet się dziwił, że dopiero teraz – To długa historia...


-        Chyba mamy trochę czasu? – mówiła prosząco, bowiem naprawdę ją to martwiło.


-        To wszystko przez moje hobby... – rzekł tajemniczo, ale poważnie.


-        Hobby? Żartujesz sobie? – zdziwiła się.


-        Nie, Ello. Najkrócej mówiąc... Interesuję się czymś, co jest zakazane. Dlatego oni mnie ścigają. Łamię tym prawo Egharii.  – spojrzał na nią, a ona była w szoku.


-        Jesteś przestępcą? – zakpiła.


-        Poniekąd jestem.  – rzekł szczerze – No dobrze... powiem ci, o co chodzi. – dodał po zastanowieniu.


-        Cesarstwo Cehron jest najpotężniejszym królestwem na tym świecie. Kolonizuje i zawiera sujesze z licznymi państwami, ale najważniejsze jest to, że oni ustalają ogólne prawo w Egharii. Są bowiem najwięksi, najbardziej wpływowi oraz stanowią pozostałość po starożytnym Wielkim Królestwie Egharii... – mówił powoli.


-        Nie bardzo rozumiem.


-        Musiałbym ci opowiedzieć historię Egharii, żebyś zrozumiała, ale teraz mi się nie chce. – westchnął obojętnie – W każdym razie, w Egharii istnieje prawo, którego złamanie karane jest dożywotnim więzieniem lub śmiercią.


-        Co to za prawo?


-        Głosi ono, że nie wolno interesować się i zajmować pewną starożytną kulturą. Nie wolno szukać śladów i pozostałości po niej ani nawet wymawiać publicznie nazwy tego królestwa. Wszelkie księgi na ten temat są spalane, a czytanie ocalałych i ukrytych zwojów jest zabronione. Innymi słowy, Cehroni, jako potomkowie pradawnych Egharczyków, chcą wymazać wszystkim z pamięci istnienie tego państwa... – mówił z odrazą w głosie, więc Ella od razu zgadła, że się z tym prawem nie zgadza.


-        Ale o jakie królestwo chodzi? – zaciekawiła się.


Ren spojrzał w jej szafirowe oczy i znów sobie przypomniał jej przybycie do tego świata. Intuicyjnie czuł, że ma ona coś wspólnego z tym krajem, ale nie umiał tego wyjaśnić.


-        Chodzi o starożytne Królestwo Miryonu, Ello... – rzekł, akcentując wyraźnie każde słowo.


-        Miryon... Masz na myśli ten błękitny księżyc? – zdziwiła się – To na nim było jakieś królestwo?


-        Tak, i to nie było byle jakie, ale nie pytaj mnie o nic więcej i tak już za dużo ci powiedziałem.


-        Co? Czemu? – rozczarowała się.


-        Możesz mieć potem przez to kłopoty, jeśli odkryją, że to wiesz. Pamiętaj, nikomu i nigdzie nie wspominaj o tym, co ci powiedziałem ani nie wymawiaj słowa „Miryon”, obiecaj mi to! – rzekł nerwowo i spojrzał jej prosto w oczy, aż się nieco wystraszyła.


-        Obiecuję... – rzekła cicho, a on się odsunął – Czyli mam rozumieć, że ty interesujesz się tym królestwem i szukasz pozostałości po nim, co jest równoznaczne ze złamaniem prawa i dlatego chcą cię zabić? – analizowała jego słowa i nie mogła w to uwierzyć.


-        Tak.  - potwierdził, odgarniając włosy do tyłu.


Ella zamyśliła się. Ta sytuacja kojarzyła jej się z czasami średniowiecznymi na Ziemi, kiedy palono książki, odbywały się wojny krzyżowe i inkwizycja. Zastanawiała się, czy to czasem nie jest coś podobnego.


-        Ren...  – odezwała się w końcu - Czy ta kultura jest, aż taka ciekawa, że warto dla niej ryzykować życiem? – spytała z ciekawości.


-        Dla mnie tak, ale nie pytaj już o nic... – niecierpliwił się.


-        No ale czemu oni tego zabraniają? – nie mogła tego zrozumieć.


-        Ello!– krzyknął i spojrzał na nią znacząco.


-        Przepraszam, już o nic nie zapytam... – westchnęła nieco zawiedziona.


Ta tematyka, nie wiedzieć czemu, bardzo ją zainteresowała. Słowo „Miryon” było jej takie bliskie... W końcu dała sobie i Renowi spokój z tym tematem. Cieszyła się, że w ogóle jej coś powiedział. Dzięki temu dowiadywała się o nim różnych nowych rzeczy. A nic ją teraz bardziej nie interesowało, niż poznawanie Alrena – jej towarzysza podróży oraz osoby, w której się zakochała.


Ella po dłuższym zastanowieniu, odkryła, że coraz mniej jej zależy na powrocie do domu i ta myśl zaczęła ją już nawet przerażać...


***



Środa, 30 grudnia 2011 roku, Ziemia: Londyn – Szpital, około 13:00


Mary weszła do sali swojej siostry i usiadła obok niej. Spojrzała na nią ze smutkiem, chwyciła ją za rękę i zaczęła do niej mówić, wiedząc, że i tak nie odpowie.


-        Ello, kochanie... Jutro ostatni dzień starego roku. Jaka szkoda, że cię za nami nie ma. – rzekła cicho – O tylu rzeczach chciałabym ci opowiedzieć, porozmawiać... Ciekawe co byś powiedziała, gdybyś wiedziała, że chodzę z Thomem... – zaśmiała się cicho, wyobrażając sobie szok Elli.


Pogładziła jej rękę i spojrzała na jej śliczną twarz. Prawdziwa Śpiąca Królewna – pomyślała.


-        Może gdybyś tu była, doradziłabyś mi, co zrobić z Davidem... Widzisz, ten wariat się chyba we mnie zakochał... Zupełnie nie wiem, co robić. – powstrzymała łzy, które napłynęły jej do oczu – Eh, ale ja jestem głupia. Przychodzę tu, wyżalić się z problemów miłosnych, kiedy ty śpisz i nie możesz przeżywać żadnych emocji... To takie niesprawiedliwe... Choć z drugiej strony... – zastanowiła się.


Spojrzała w okno i zasępiła się jeszcze bardziej.


-        Z drugiej strony, może to dobrze, że akurat teraz śpisz. Nie wyobrażam sobie twojego smutku w tego sylwestra, gdybyś się dowiedziała o zdradzie Nicka i o tym, że pojechał sobie do Madrytu, zacząć nowe życie, kiedy ty miałaś taki straszny wypadek. – krew się w niej zagotowała -  Poza tym... – spojrzała na bransoletę, na jej nadgarstku – Dzieją się tu dziwne rzeczy, odkąd zasnęłaś, wiesz? Nie rozumiem tego i boję się, że grozi ci jakieś niebezpieczeństwo...


Mary westchnęła ciężko, nie wiedząc już co myśleć. W końcu wstała, zbierając się do wyjścia. Pocałowała jeszcze tylko siostrę w czoło, na pożegnanie i szepnęła ze smutnymi oczami.


-        Szczęśliwego Nowego Roku, Ello.


***


Egharia: Veolia – Kryształowy Gaj, wieczór



Ella przyglądała się Renowi i rozmyślała. Jednocześnie od jakiegoś czasu, coraz bardziej odczuwała ból pleców. Domyślała się, że to przez to ostatnie nocowanie na skalistym podłożu, w zbiorniku wodnym czy na ziemi. Nie była przyzwyczajona do tak ekstremalnych noclegów. Mimowolnie masowała sobie plecy na różne sposoby, wpatrując się w niezwykłą przyrodę tego miejsca. Okazało się bowiem, że w nocy, tutejsze liście, trawa i kwiaty świeciły, jak neony, dając sporo światła. To był magiczny i niezwykły widok.


Jej zachowanie przykuło uwagę Rena, który z kolei przez większość czasu patrzył na Miryon na niebie. Obserwował ją przez chwilę i zrozumiał, o co chodzi.


-        Plecy dokuczają? – spytał z lekkim uśmiechem, gdyż coś mu przyszło do głowy – Może cię pomasować?


-        C-co? – zakrztusiła się, bowiem piła właśnie wodę – Zwariowałeś? – zarumieniła się.


-        Chciałem tylko pomóc. – zaśmiał się serdecznie z jej reakcji – A więc znów bawimy się w kotka i myszkę, co? – zażartował, a ona się zawstydziła.


Mimo iż doskonale wiedziała, że to czysta prowokacja, uległa jej. Odwróciła się do niego plecami i odgarnęła włosy do przodu, dając mu znak, że się zgadza.


-        Niech będzie... Tylko delikatnie, naprawdę mnie bolą... – mówiła prawie szeptem.


-        Oczywiście... – również szepnął, nadal rozbawiony – Zaufaj mi.. – dodał z przekąsem, a ona spojrzała na niego wymownie, ale nie zmieniła pozycji.


Zerknął na jej plecy i starał się nad sobą panować, kiedy rozpinał jej stanik i dotykał gorącej, aksamitnej skóry.


-        Połóż się na brzuchu. – powiedział zwyczajnie, a ona posłuchała, zastanawiając się, czy się czasem nie wkopała w niezłe tarapaty.


Gdy już położyła się wygodnie, poczuła jego gorące i duże dłonie na plecach, które zaczęły ją delikatnie masować. Była zaskoczona, gdy odkryła, że Alren jest świetnym masażystą. Naprawdę miał do tego dar. Ból znikał z każdym jego ruchem, a na całym ciele poczuła przyjemne mrowienie. Zamknęła oczy, delektując się jego dotykiem.


-        Jakie to przyjemne... – wzdychała – Masz złote ręce..  Gdzie się tego nauczyłeś? - mruknęła, a on się zaśmiał.


-        Nie chcesz wiedzieć. – odparł z rozbawieniem, a ona wyobraziła sobie, ile kobiet w życiu już tak masował i puls jej przyspieszył na samą tę myśl.


-        No ok, koniec tego dobrego... – powiedział po kilkunastu minutach masażu, a zaraz potem psotnie pocałował środek jej pleców, wzdłuż linii grzbietu.


Gdy Ella poczuła ten pocałunek, gwałtownie poderwała się z ziemi. Ren nieświadomie trafił w jej wrażliwe miejsce i przez chwilę myślała, że serce jej wyskoczy. Obróciła się przodem do niego i znaleźli się teraz w bardzo intymnej pozycji.


Ella leżała na placach, a Ren był tuż nad nią, podpierając się rękoma. Słyszała, jak bije jej serce. Wpatrywała się w jego oczy i dostrzegła w nich pożądanie. Widziała, że walczył ze sobą. Chwila ta trwała i trwała, aż Ella poczuła, że jeśli zaraz czegoś nie zrobi, nie wytrzyma tego napięcia. Już chciała się podnieść i go pocałować, kiedy on powoli się odsunął i zmieszany swoimi emocjami, spojrzał przed siebie.


-        Wybacz... – usłyszała jego cichy głos – Nie martw się, nie wykorzystam sytuacji. – zapewnił po chwili, posyłając jej delikatny uśmiech, a ona nie wiedziała w pierwszej chwili, jak zareagować.


Ella ubrała z powrotem stanik i zastanawiała się nad sobą. Tak naprawdę to była trochę rozczarowana, ale i zła na siebie, że tak łatwo ulegała pożądaniu. Nie chciała wyjść na „łatwą”, ale to było silniejsze od niej. Okazało się, że to on bardziej nad sobą panuje, niż ona. Miała mieszane uczucia.


-        Nie przepraszaj... – spojrzała na niego zawstydzona – Tak szczerze, to... Nie przeszkadzałoby mi to, gdybyś to był ty... – zobaczyła jego szok i dopiero wtedy uświadomiła sobie, że powiedziała głośno, co myślała.


Od razu zaczęła gorączkowo szukać pretekstu, by zmienić temat, a on zastanawiał się, czy się właśnie nie przesłyszał.

Aruell
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 27

wtorek, 26.kwietnia.2011, 00:05
Hej ;)
Mam dla Was kolejny rozdział, mam nadzieję, że się spodoba. ;)
Tym razem nie będę przedłużać. ^^"
Zapowiadam tylko kolejną zmianę harmonogramu dodawania notek. ;) Ponieważ napisałam do przodu dość sporo rozdziałów, będę wstawiać 2 na tydzień - we wt i czw.
Jeżeli się zdarzy tak, że nie będę miała wybitnie czasu, jeden rozdział zostanie pominięty, o czym poinformuję.
Myślę, że ten porządek będzie obowiązywał do wakacji. ;)

Pozdrawiam i zapraszam do czytania ;)

***

30 dzień cuadrilu 8976 roku, Egharia: Veolia – Kryształowy Gaj, ranek


Kiedy Ella powoli otworzyła oczy, pierwsze co ujrzała, to jasnobłękitne niebo. Zerwała się i zobaczyła, że Ren śpi obok niej. Odetchnęła z ulgą. Dopiero potem dostrzegła kryształ, który dostała od tamtych duchów i zaczęła rozglądać się po okolicy. Gdy zobaczyła, gdzie się znaleźli, zamarła z zachwytu.


Łagodne promienie Słońca odbijały się od niewysokich drzew, które miały normalne liście, tylko że białe, przezroczyste i lśniące jak kryształy. Ich kory również był tego koloru, ale matowe i nieco chropowate. W tym miejscu rosło mnóstwo takich drzew. Z całą pewnością był to gaj. Gdy Ella napatrzyła się na te rośliny, spojrzała w dół i zdumiała się na widok białej trawy i kwiatów – mieniących się jak brylanty w Słońcu. Sięgnęła wzrokiem dalej i ujrzała mały staw, w którym była czysta woda. Jednak najbardziej zdumiewające w tym miejscu było to, że było tu ciepło. Jakieś dwadzieścia parę stopni. Było to szokujące, zważywszy na to, że zdążyła już się przyzwyczaić do mrozów Veolii.


Nie mogła uwierzyć, że to wszystko widzi. Co to za miejsce? – pomyślała.


Wtedy znów spojrzała na kryształ, leżący koło niej i zastanawiała się, czy to możliwe, żeby przeniósł ich do tego świętego miejsca, które tamte duchy nazwały Kryształowym Gajem. Tak czy owak, postanowiła obudzić Rena. Nie wymagało to większego trudu, bowiem po chwili szturchania mężczyzna otworzył oczy i przeżył szok widząc, że jest całkowicie zdrowy oraz gdzie się znajduje.


-        Ello... – zawahał się, nie wiedząc, czy to nie sen – Co się stało?


-        Sama tego nie rozumiem... – powiedziała szczerze – Ale opowiem ci, co się wydarzyło po tym, jak strąciłeś przytomność.


Dziewczyna zdała mu dokładną relacje i widziała, jak stopniowo pogłębia się szok Alrena. Nie mógł w to uwierzyć. Kiedy Ella skończyła opowieść pierwsze, co zrobił, to spojrzał na jej bransoletę. Wyglądała znajomo, ale nie mógł sobie za cholerę przypomnieć, gdzie widział coś takiego.


-        Kim ty jesteś, Ello? – nie mógł zrozumieć tamtej sytuacji.


-        Nie pytaj mnie o nic, nie wiem, czemu to się pojawiło... ani co to było za światło...


Ren zamilkł i bacznie się jej przyglądał. Przypomniał sobie blask, który poprzedził pojawienie się Elli i ten potem, kiedy spała. Powróciła tamta myśl, która przyszła mu do głowy, kiedy analizował wtedy sytuację. Wszystko dlatego, że wiedział, iż oczyszczenie Hurów graniczy z cudem. Nie udało się to żadnemu największemu magowi ani kapłanowi w tym świecie, a wielu próbowało, po tamtej straszliwej bitwie pod Sverse. Ren zdawał sobie też doskonale sprawę, że tak potężną moc miał tylko jeden lud. Nie chciał jednak dopuścić do siebie myśli, że Ella mogłaby mieć coś wspólnego z Miryonami. Pochodziła przecież z innego świata. Jak mogłaby należeć do ludu tego starożytnego królestwa? Zwłaszcza, że został on całkowicie wytępiony. Potrząsnął głową. Uznał bowiem, że musi być inne wytłumaczenie i obiecał sobie, że porozmawia o tym z Arcykapłanką Veolii.


-        Ciekawe, gdzie właściwie jesteśmy... – Ella przerwała tą ciszę, gdyż nie mogła jej dłużej znieść.


-        Z tego, co wiem... – odezwał się w końcu, postanawiając dać sobie z tym na razie spokój –  Kryształowy Gaj jest w innym wymiarze, blisko Veronu – miasta, w którym mieliśmy się zatrzymać i uzupełnić zapasy. Jednak... to niezwykłe, że tu jesteśmy.


-        Czemu? – spytała z ciekawości.


-        To magiczne i święte miejsce, dlatego jest tu zupełnie inaczej. Tak ciepło i ładnie. – wyjaśnił, wstając i prostując kości – Wstęp tutaj mieli tylko najwyżsi kapłani i władcy Veolii w czasach starożytnych. Można było się tu dostać tylko mając klucz, będący teleportem zarazem, których było dokładnie siedem. Niestety w czacie licznych wojen, wszystkie zniknęły. Zostały albo zniszczone albo przepadły. Takim oto sposobem, od tamtej pory, nikt nie odnalazł tego miejsca, zwanego „Rajem Veolii” – zrobił pauzę, biorąc jasnobłękitny kryształ do ręki.


-        Nie wiedziałam, że to takie niezwykłe... – zdumiała się.


-        To wręcz niesłychane! Nie sądziłem, że tego dożyję ani że zobaczę to miejsce... – sam w to nie wierzył – Dostałaś klucz od ducha arcymaga, który miał go przy sobie, w czasie tamtej bitwy. To prawdziwy cud... – zaśmiał się podekscytowany.


Ren wiedział, że będą potrzebowali cudu, by wyjść z opresji w tamtym lesie, ale nie sądził, że zdarzy się on naprawdę. Spojrzał wtedy na Ellę, jakby chciał rozwiązać zagadkę jej istnienia. Była nie tylko piękna, ale i tajemnicza. Zdał sobie sprawę, że jest w niej uśpiona jakąś nieznana i potężna moc. Czuł, że nie jest tylko zwykłym, przypadkowym duchem... Zresztą zaczął już nawet wątpić, czy w ogóle jest duchem, jak sądził na początku. Ella zaczęła go fascynować. Zapragnął odkryć jej sekrety. Wtedy ponownie z zamyślenia wyrwał go jej głos.


-        Ren... – zasmuciła się – Niestety straciliśmy cały nasz bagaż...


-        Nie szkodzi... – uśmiechnął się delikatnie – Zdobędziemy wszystko w Veronie.


-        To co teraz robimy?


-        Odpoczniemy przez jedną dobę tutaj i wyruszymy do Veronu. Gdzieś tu jest na pewno teleport do tego miasta. Przynajmniej tak było napisane w księgach o Kryształowym Gaju, które czytałem...


-        Dobry pomysł... Jesteś jeszcze słaby. – zauważyła to wyraźnie, mimo iż był fizycznie cały i zdrowy – Tylko co my będziemy tu jeść?


-        Z tego co wiem, rosną tu owoce, które są jadalne, a woda jest zdatna do picia.


-        O! Chyba je widzę! – wskazała na kilka drzew dalej, na których wisiały długie, jak banany, białe owoce.


Ella i Ren uśmiechnęli się do siebie i poszli ich spróbować.


***



Środa, 30 grudnia 2011 roku, Ziemia: Londyn – dom Mary, około 11:00


Mary była niewyspana tego ranka. Nadmiar emocji nie dał jej spać. Na samo wspomnienie o wczorajszym wieczorze, serce mocnej jej biło. Było tak romantycznie, tak nierealnie, że wciąż się zastanawiała, czy to nie był sen. Ale wtedy spojrzała na suknię na wieszaku, przygotowaną na jutrzejszy bal i już wiedziała, że to się działo naprawdę. Nagle zapragnęła podzielić się z kimś swoim szczęściem i pierwsza osoba, która jej przyszła do głowy to... David. Jednak nim z rozpędu wcisnęła guzik, by do niego zadzwonić, przypomniała sobie ostatnie sytuacje i dotarło do niej, że to niezbyt dobry pomysł.


Przez chwilę myślała, co robić, aż uznała, że mimo wszystko zadzwoni, by go przeprosić za swoje zachowanie w szpitalu. Nie lubiła być z kimś skłócona na przełomie starego i nowego roku. Wzięła więc głęboki wdech i zadzwoniła do swego przyjaciela.


-        Tak słucham. – usłyszała jego ciepły głos i od razu posmutniała, sama nie wiedząc, dlaczego.


-        Cześć, Dav, to ja... – rzekła cicho.


-        Stało się coś? – spytał słysząc jej niepewny głos.


-        Nie... tylko... Strasznie mi głupio, że tak na ciebie naskoczyłam w szpitalu, przepraszam. – rzekła szczerze.


-        Aaa to... Daj spokój, byłaś zdenerwowana, rozumiem. – usłyszała, że się cicho zaśmiał – Skoro już dzwonisz, może byśmy się spotkali tak popołudniu pogadać?


-        Przykro mi Dav, jestem już umówiona. Spotkamy się chyba dopiero w Nowym Roku... – rzekła smutno, wiedząc, że będzie mu przykro.


-        Thom, prawda? – bardziej stwierdził, niż spytał.


-        Tak... Wczoraj się zeszliśmy, a jutro idziemy na bal sylwestrowy razem. – próbowała maksymalnie ukryć ekscytację.


-        To chyba dobrze. – stwierdził cicho, czując wielki ból w sercu, ale nie dając po sobie tego poznać – Pewnie skaczesz z radości. W końcu spełniło się twoje marzenie. – dodał łagodniej, a ona niemal czuła jego smutek przez telefon.


-        Tak... – zrobiła pauzę – A ty? Co będziesz robił w sylwestra? – spytała, by zmienić niewygodny temat.


-        Pojadę w góry, do swego domku. – oznajmił, gdyż już sobie to zaplanował – Tam, gdzie uczyłem cię jeździć na nartach. – dodał zwyczajnie, a ona poczuła się jeszcze gorzej. To było dla nich szczególne miejsce.


-        Ale tak sam? – spytała smutno.


-        Nie, pojadę  z kumplem. – skłamał, wiedziała o tym, ale nie chciała tego komentować – Muszę kończyć. Jestem w metrze i zaraz wysiadam. Miłej zabawy, Mary. Życzę ci szczęścia, należy ci się. – po tych słowach się rozłączył, a Mary miała ochotę się rozpłakać.


David był jej bardzo bliski, za nic nie chciała go skrzywdzić. Ostatnio dużo o tym myślała i w końcu dopuściła do swej świadomości fakt, jaki jest powód takiego zachowania Davida. To ją dobijało. Wiedziała, że zadaje mu straszny ból, chodząc z Thomem. Dlaczego musiał się w niej zakochać? Dlaczego akurat w niej? Nie chciała go stracić ani ranić, ale nie potrafiła też zrezygnować z miłości do Thoma. Znajdowała się w fatalnej sytuacji. Nie chciała wybierać między miłością a przyjaźnią. Przeczuwała jednak, że cokolwiek zrobi, ktoś zostanie zraniony i ta myśl ją przerażała.


***


Egharia: Veolia – Kryształowy Gaj, około południa


Ella i Ren najedli się do syta dziwnych owoców w Kryształowym Gaju, napili smacznej i czystej wody oraz rozebrali, gdyż ich grube ubrania były nie do zniesienia, przy panującej tu, letniej temperaturze. Usiedli sobie nad kolejnym dużym stawem, który odkryli nieco dalej. Zanurzyli nogi w ciepłej wodzie i wygrzewali się na Słońcu, odpoczywając po trudnej przeprawie w Lesie Sverse.


Ren miał na sobie tylko spodnie, które podwinął do kolan, a Ella pozostała tylko w koronkowej, białej bieliźnie. Było im tak przyjemnie, że nawet nie potrzebowali rozmawiać. Cisza ich uspokajała, leczyła zlęknione tamtym lasem dusze. Zrozumieli, czemu nazywano to miejsce „Rajem Veoli”.


Kiedy tak siedzieli i Ella zebrała w rękach włosy, żeby je związać w kitkę, Ren kątem oka dostrzegł ranę na jej plecach i dotknął jej, by upewnić się, czy dobrze widzi. Ella wstrzymała oddech, gdy poczuła jego gorącą dłoń na swej nagiej skórze. Nie przejęła się w ogóle bólem, jaki poczuła na poruszonej ranie.


-        Dlaczego ci tego nie uleczyli? – zdziwił się, wyszeptując zaklęcie lecznicze, które sprawiło, że kilka sekund później nie było już śladu po tej ranie.


-        Pewnie przeoczyli. Ale nie szkodzi... – zarumieniła się, gdy na niego spojrzała – Ważne, że ciebie uleczyli dokładnie. – dodała, zauważając dziwny wyraz twarzy Alrena.


Poczuł on bowiem nieznane mu ciepło w sercu, słysząc te słowa. Wzruszył się jej szczerą troską o niego.


-        Myśl też czasem o sobie, Ello... – zaśmiał się serdecznie – Zdrowy egoizm jest potrzebny.


-        Daj spokój... – odwróciła głowę.


-        Wracając jeszcze do tamtego... Nie wiem, jak to zrobiłaś, ale ocaliłaś mi życie, więc... Dziękuję. – powiedział łagodnie.


-        Nie dziękuj mi...  Gdyby nie ty, już dawno byłabym martwa... – odparła i zaczęła skubać trawę, usiłując nie myśleć o wyglądzie Rena.


Jego ciepła i pogodna twarz oraz czuły ton głosu zbyt silnie działały na jej zmysły. Po chwili usłyszała jego cichy śmiech i poczuła jego dłoń na ramieniu. Zaraz potem delikatnie pociągnął ją do tyłu, aż dotknęła plecami miękkiej trawy i spojrzała na niego zaskoczona. Uśmiechał się łagodnie, po czym zbliżył do niej, nadal trzymając dłoń na jej ramieniu, na wypadek, gdyby zechciała uciec.


Ella zarumieniła się, zastanawiając się, czy naprawdę chce to zrobić, czy też znów się z nią droczy. Wtedy jednak poczuła, że dotknął jej ust gorącymi wargami. Był delikatny i czuły. Zamknęła oczy, czując miły dreszcz na ciele. Rozpływała się. Chwilę później Ren pogłębił pocałunek, rozpalając ogień w jej piersi. Nie wiedziała co się dzieje, kiedy odbierał jej oddech coraz zachłanniej, aż w końcu przestał i spojrzał na jej czerwoną twarz. Przełknęła ślinę na widok zieleni jego oczu. Z wrażenia nie mogła mówić. Było znacznie lepiej, niż sobie wyśniła...


-        Tak się całuje, moja droga... – zaśmiał się, unosząc jedną brew, a ona zrozumiała aluzję.


-        Hej! No proszę cię...


-        Ciii... – przyłożył jej palec do ust – Potraktuj to jako nagrodę za uratowanie mnie w Lesie Sverse. – puścił jej oczko i cofnął się, a ona cala czerwona nie wiedziała czy mu przyłożyć, że znów się z nią droczył czy cieszyć, że pocałował ją już nie we śnie, tylko naprawdę.



Aruell
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 26

piątek, 22.kwietnia.2011, 00:20
Hej ;)
Przed Wami kolejny rozdział, w którym dużo się będzie działo.;) Mam nadzieję, że nasunie Wam też kolejne pytania, bowiem odkryję co nieco szczegółów - zwłaszcza dotyczących Elli.
W tej części dowiecie się, jak skończy się przygoda Elli i Rena z upiorami lasu oraz zobaczycie, co takiego spotka Nicka ;) (a to, co go poruszy, spotkało mnie samą kiedyś, sami zobaczycie o co mi chodzi ^^)
To chyba tyle słowem wstępu, a zatem nie przedłużam już i zapraszam ;)

Miłego czytania! ^^

P.S. Dziś szablon tego bloga został dokończony, to jest pojawiła się podstrona "O mnie" - link. Jeśli macie ochotę zajrzeć, zapraszam ;) (Dzięki Haru ; ***)

***

29 dzień cuadrilu 8976 roku, Egharia: Veolia – Las Sverse, noc


Ella i Ren stali nieruchomo otoczeni przez tłum Urlaków. Ren, który otrząsnął się już z szoku, odetchnął z ulgą, nie widząc żadnego Hura wśród nich. Zaczął znów myśleć racjonalnie. Schował miecz, wiedząc, że w walce z nimi na nic się nie zda. Zastanawiał się, które zaklęcie wywoła na tyle silne światło, by zniszczyć taką ilość Urlaków. Wtedy zauważył drżenie Elli, była wpatrzona w jeden punkt i pobladła. Od razu się zorientował, co się dzieje.


-        Ello! Zamknij oczy!


-        J-ja... on.. o-on...


-        Zamknij oczy do cholery! – wrzasnął na nią i ostatecznie, sam je jej zasłonił dłonią, przyciskając ją plecami do swej piersi – Zapomniałaś, co ci mówiłem? Ich widok może zabić! Nie można koncentrować wzroku na żadnym z nich, to jedyny sposób, by nie wpaść w ich sidła, rozumiesz? – mówił jej wprost do ucha i kiedy poczuł, że się uspokoiła cofnął rękę.


-        Tak...  – szepnęła i spojrzała na niego niepewnie.


-        Najlepiej zamknij oczy.


Ella posłuchała i wtedy Urlaki rzuciły się do ataku, a Ren nie mając czasu, by myśleć nad zaklęciem, wypowiedział pierwsze, które mu przyszło do głowy i po chwili jasne światło zniszczyło ponad połowę duchów, a pozostałe się zawahały. Ren nie czekał na oklaski i ponawiał zaklęcie, aż zniknęły wszystkie Urlaki.


-        Udało się... – ucieszyła się Ella, ale wtedy zobaczyła, że Ren ukląkł. Był już wyczerpany.


-        Ren! Nic ci nie jest?


-        Musimy... – urwał – Musimy wyjść z tego lasu... Wciąż wyczuwam obecność Hurów. Jeśli... Jeśli się na nich natkniemy, nie będziemy mieli szans.


-        Dobrze, chodź... – urwała, gdy zobaczyła kilka metrów przed nimi sześć potwornych istot.


-        O nie! – zauważył je Ren – To już koniec...


***



Wtorek, 29 grudnia 2011 roku, Ziemia: Madryt – Klub nocny „Deseo”, około 22:00


Nick był nie lada zaskoczony, kiedy zobaczył, ile ludzi przybyło do klubu po 22:00. Zrobił się prawdziwy ścisk. W pewnej chwili myślał nawet o zmianie lokalu, bo było za głośno, jednak zorientował się, że wszyscy na coś czekają i pchają się, by zdobyć najlepsze miejsce wokół parkietu, który o dziwo był pusty. Zaintrygowało go to. Zastanawiał się, o co tu biega i wtedy zauważył, że na podwyższeniu usadowili się właśnie muzycy i zaczęli sprawdzać sprzęt. Czyżby jakiś koncert? Raczej nie. A może jakiś występ taneczny? Nick popijał kolejne z rzędu mojito i zabijał czas zastanawianiem się, co tu się święci, aż od chwili, gdy wszystko stało się jasne.


Zgasły światła i jasno było teraz już tylko na obszarze parkietu. Zrobiło się o wiele ciszej. Na środek wyszła ładna Hiszpanka i powitała wszystkich.


-        Witam serdecznie wszystkich tu obecnych. Mam przyjemność zapowiedzieć występ zawodowej pary tanecznej: Alejandro Moreno i Carmen Flores, którzy w tym roku zdobyli mistrzostwo kraju w kategorii tańców latynoamerykańskich. Niedawno też otworzyli swoją Akademię Tańca w Madrycie, w której oprócz zawodowych tancerzy, uczą także amatorów tańca. Znajduje się w budynku, tuż za naszym klubem. Proszę państwa, przed wami tegoroczni mistrzowie! – mówiła z entuzjazmem, a gdy skończyła, rozległy się oklaski i okrzyki, witające tancerzy, którzy właśnie weszli na parkiet i ukłonili im się nisko.


Nick z początku obserwował wszystko z pewną rezerwą, sceptycyzmem. Taniec nigdy go nie interesował. Nie znał się na tym i został tylko przez zwykłą, ludzką ciekawość. Musiał jednak przyznać, że tancerka, którą miał przed oczami, była śliczna.


Carmen była średniego wzrostu Hiszpanką o ciemnej karnacji, brązowych oczach i długich, falistych, czarnych włosach. Miała subtelne rysy twarzy i zmysłowe spojrzenie. Jej ciało było idealnie zaokrąglone i wysportowane. Poruszała się  z gracją, ale zdecydowanie. Uśmiech zaś miała zniewalający. Wyglądała zjawiskowo w seksownej i krótkiej, czerwonej sukience i Nick przyłapał się na tym, że nie może oderwać od niej wzroku.


Chwilę później przygotowali się do tańca i rozbrzmiała muzyka. Wraz z pierwszym już taktem muzyki i ruchem tancerzy, Nick zamarł. Miał wrażenie, że dźwięki bębnów, clavesów i pozostałych instrumentów przenikają wprost do jego duszy. Nie interesował się tańcem, ale lubił muzykę latynoamerykańską, więc wiedział, ze była to rumba. Jednak to był tylko początek...


Kiedy raz spojrzał na tańczącą Carmen, odpłynął w inny wymiar. Wstrzymał oddech, gdy zobaczył, jak rytmicznie uderza stopami o parkiet, tak precyzyjnie, tak mocno, że aż miał wrażenie, że jego serce zaczyna wystukiwać rytm tej rumby. Rejestrował każdy jej ruch i spojrzenie. Miał wrażenie, że płynie po parkiecie, a jej ciało jest całkowicie kontrolowane przez muzykę. Akcentowała każde uderzenie w muzyce, wyglądało to niesamowicie. Przełykał ślinę widząc, jak zmysłowo porusza biodrami. Ileż seksapilu było w jej kocich ruchach... Śledził też jej dłonie, którymi raz dotykała partnera, a raz siebie. Poczuł narastające pożądanie, gdy wyobraził sobie, że jest na miejscu Alejandro. Zrobiło się mu gorąco.


Przez cały utwór nie wiedział, gdzie jest. Nie słyszał ani nie widział niczego poza nią i tą muzyką. Był poruszony, jak nigdy w życiu. Poczuł, że go ciągnie... Ciągnie do tańca... do niej...


Kiedy ucichł ostatni dźwięk, a tancerze się pokłonili, nagle się obudził z transu. Nawet nie był w stanie bić braw. Wiedział tylko, że aż spocił się z emocji i słyszał swoje rozszalałe serce. Co się z nim stało? Co to za uczucie?


Kilka minut później para taneczna zniknęła bezpowrotnie i nie widział już ich ani razu, choć siedział w klubie do jego zamknięcia, w nadziei, że jeszcze ujrzy zmysłową Carmen. Wciąż nie mógł się uspokoić. Nigdy nie czuł czegoś takiego. Nigdy nie stracił nad sobą kontroli. Nigdy nie poniosły go emocje tak, jak dziś. Przeczuwał, że nie zaśnie tej nocy. Sam nie mógł uwierzyć, że wszystko to przez jeden taniec...


***


Egharia: Veolia – Las Sverse, noc


Ella i Ren patrzyli z lękiem na sześć duchów, przypominających z wyglądu postaci wojowników i kapłanów. Jednak zamiast oczu mieli czarne plamy, które wzbudzały niesamowity strach. Ich aura była tak przepełniona nienawiścią, że oboje zadrżeli.


-        Co teraz zrobimy, Ren? – spytała łamiącym się głosem.


-        Nie wiem...  - odparł szczerze – Gdybym był zdrowy, mógłbym powstrzymać jednego, ale z sześcioma nie miałbym szans...


-        Och nie... Czyli zginiemy? – zadrżała.


-        Spokojnie... Nie możesz się bać, bo twoje lęki się zmaterializują i będzie jeszcze gorzej... – rzekł cicho – Wiem, że to trudne, ale spróbuj.


Ella była naprawdę w trudnej sytuacji. Widziała, jak Ren cierpi. Zbliżało się do nich sześć Hurów, których nie można było pokonać i jeszcze miała się nie bać. Nie potrafiła i nagle ich oczom ukazał się drugi Ren, który wyglądał, jak Hur.


Stało się tak zapewne dlatego, że w tej chwili Ellla najbardziej obawiała się, że Alren umrze. Jej lęk zmaterializował się więc pod postacią jego trupa, który teraz zamierzał ją zabić. Hurowie zaczęli wysysać jej duszę, ku przerażeniu Alrena, który widział, co się dzieje, ale nie mógł nic zrobić poza blokowaniem ataków swojej kopii.


-        Ello! Ello! – nawoływał, kiedy zaczęła już tracić przytomność – Ja nie umrę, rozumiesz? Nigdy! Przecież ci obiecałem! – potrząsnął nią, próbując pokonać jej lęk.


Zadziałało. Ella spojrzała na niego i uspokoiła się patrząc w jego zielone oczy. Wtedy zjawa trupa Rena zniknęła, a jej dusza chwilowo była bezpieczna. Co z tego jednak, kiedy Hurowie już ich otoczyli. Oboje przytulili się do siebie. Ren nie miał już sił myśleć. Poza tym stracił dużo krwi i powoli zasypiał, ku rozpaczy Elli.


-        Ren! – wydała z siebie okrzyk rozpaczy, kiedy z zamkniętymi oczami wyszeptał jakiś czar, trzymając ja za rękę.


Chwilę później ich oboje otoczyła bariera jasnozielonej energii. Ella ze zdumieniem patrzyła, jak ataki Hurów zostały odparowane przez lśniąca błonę i zerknęła na Rena z przerażeniem.


-        Ren, co to jest?


-        Bariera życia... – wyszeptał, patrząc na nią przymrużonymi oczami i łagodnym uśmiechem – Dopóki bije me serce, będzie cie chronić...


-        Przestań! Proszę... To cię wykańcza, prawda?


-        Tracę przytomność, Ello... Przepraszam, że nie mogę zrobić nic więcej... choć obiecałem... chronić... – gdy to powiedział, usnął na jej kolanach, a ona zaczęła płakać i błagać go, by otworzył oczy.


Spojrzała na Hurów i na kolejne ataki, które odbijały się od coraz słabszej bariery Rena. Nie mogła na to patrzeć. Wiedziała, że ta bariera, to Ren i poczuła straszliwy ból w sercu, że chronił ją do ostatniej kropli krwi, nawet kiedy był już nieprzytomny. Wydała z siebie przeraźliwy krzyk i nagle przed oczami mignął jej pewien obraz...


Nie miała pojęcia czemu tak niespodziewanie przypomniała sobie o swoim śnie. Ujrzała bowiem, oczami wyobraźni, tamtą bransoletę i nagle poczuła, że jej serce przyspiesza. Krew zaczęła jej wrzeć w żyłach, dusiła się. To było znajome uczucie...


Zupełnie nie wiedziała co robić, gdy bez ostrzeżenia z jej ciała wydobyło się jasne, błękitne światło. Było tak silne, że musiała zamknąć oczy. A kiedy je otworzyła, zauważyła na swym lewym nadgarstku bransoletę ze swego snu. Była w szoku. Nie wiedziała, czy się cieszyć, czy bać. Wtedy dopiero zauważyła, że bariera Rena i  Hurowie zniknęli, a zamiast nich otaczały ją teraz jasne duchy, o przyjemnej aurze.


-        Dziękujemy ci, pani... – rzekł jeden z nich, a ona aż podskoczyła.


-        Kim jesteście? Co się stało? – nie mogła uwierzyć w to, co widziała.


-        Jesteśmy poległymi wojownikami i kapłanami, uwięzionymi i przeklętymi w tym miejscu. Oczyściłaś nas i nasze dusze są wreszcie wolne. Dziękujemy. – powiedział drugi.


-        Oczyszczone? A-ale jak?


-        Dzięki twojemu światłu... – dodał trzeci.


-        Przepraszamy, że mieliście przez nas kłopoty... – rzekł czwarty, który przypominał kapłana i wyciągnął rękę nad Ellą i Renem – Pozwól, że uleczę twego przyjaciela, pani... – powiedział, po czym łagodne światło spowiło Alrena.


Gdy zniknęło nie było na nim ani jednego zadrapania. Nawet strój wrócił do dawnej formy. Ella była zdumiona, nie wiedziała co się dzieje. Nie wiedziała już, czy to sen czy jawa. Nic nie rozumiała.


-        Niedługo się obudzi. – powiedział piąty duch.


-        Ocaliłaś nasze dusze, więc pozwól, że się odwdzięczymy... – odezwał się szósty i ostatni, w szacie maga i po chwili w dłoni Elli pojawił się jasnobłękitny kryształ.


-        Co to jest?


-        Teleport i klucz do Kryształowego Gaju. Użyj go, a przeniesie was właśnie tam, gdzie będziecie bezpieczni. To święte miejsce – wyjaśnił.


-        Ale jak mam go użyć?


-        Wypowiadając słowa tego zaklęcia: Kharamon shirello. – odpowiedział - Powodzenia i jeszcze raz... Dziękujemy! – rzekły wszystkie duchy naraz, znikając bezpowrotnie.


Kompletnie zaskoczona i zdezorientowana Ella patrzyła na kryształ w swej dłoni, próbując przekonać samą siebie, że to nie jest sen. Po chwili pomyślała, że nic nie szkodzi spróbować.


-        Kharamon shirello! – krzyknęła, a kryształ rozbłysł niebieskim światłem i kilka sekund później, w Lesie Sverse nie było już ani Elli ani Rena.

Aruell
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 25

wtorek, 19.kwietnia.2011, 23:22
Cześć ;)
Przedstawiam bonusowo kolejny rozdział ;)
W tym rozdziale kończymy z sielanką. Ella i Ren będą musieli zmierzyć się z wielkim niebezpieczeństwem... ;)
Poza tym warto zwrócić uwagę na to, dokąd pójdzie Nick, bowiem to miejsce będzie się pojawiać w dalszych częściach dość cęsto. ^^
Pozdrawiam i miłych wrażeń życzę ^^

***



Wtorek, 29 grudnia 2011 roku, Ziemia: Londyn – Centrum handlowe, około 21:00


Mary i Thom szli powoli ośnieżonym chodnikiem, podziwiając świąteczne dekoracje – lampki pozawieszane na wystawach sklepowych i latarniach, świecące choinki, gwiazdy i mikołaje. Był dość mroźny wieczór, ale nie było im zimno.


Mary szła w milczeniu co chwila, ukradkiem zerkając na rękę Thoma, co on w końcu zauważył. Uśmiechnął się i chwycił jej dłoń, ściskając mocno. Spojrzał w jej błękitne oczy z takim wyrazem twarzy, że nie była w stanie powstrzymać rumieńców. W końcu Thom zatrzymał się, stanął przed nią i patrzył z powagą na tę drobną istotę z czułością, a ona zastanawiała się, co chce zrobić.


-        Mary... – rzekł łagodnie – Czemu mi nie powiedziałaś? Dlaczego wtedy skłamałaś? Przecież nic bym ci nie zrobił...


-        Bałam się... – odparła szczerze – Byliśmy tak różni... Poza tym, wiedziałam, że nie jesteś mną zainteresowany...


-        No ale przecież... Musiało być ci przykro. Gdybym wiedział, nie dopuścił bym do tych sytuacji, nie zwierzałbym się z podbojów miłosnych... Czuję się teraz okropnie.


-        To już przeszłość, Thomie... – spojrzała mu w oczy – Wiesz, czemu się zmieniłam? Bo znienawidziłam siebie taką, jaką byłam i postanowiłam to zmienić, więc w sumie powinnam ci podziękować.


-        Przestań... Byłaś słodka i kochana.


-        Ale to było za mało, byś mnie pokochał, prawda? – uśmiechnęła się smutno, a jego coś ukłuło w sercu.


Poczuł przypływ czułości i gwałtownie ją objął, a ona była tak zaskoczona, że nie wiedziała, co robić.


-        Głuptasek. – usłyszała w jego głosie troskę i zrobiło jej się cieplej na sercu.


Objęła go również i zarumieniła, czując ciepło płynące z jego ciała. Chciała, by ta chwila trwała wiecznie. Jednak Thom w końcu się odsunął i uśmiechnął do niej.


-        Ale masz rację, to już było. Teraz jest inaczej. Teraz wszystko się zmieni... – rzekł łagodnie, a jej serce mocniej zabiło, kiedy zaczęła się zastanawiać, co miał przez to na myśli.


Nie miała jednak czasu na analizę, bo zdjął rękawiczki i ujął w gorące dłonie jej zimną od mrozu twarz. Poczuła przyjemne mrowienie na policzkach i spojrzała mu głęboko w oczy. Chwilę później już drugi raz dzisiaj ją pocałował. Tym razem jednak delikatnie i bardzo czule. Muskał swoimi wargami jej drżące z emocji usta, jednocześnie przyciskając ją do siebie. Zamknęła oczy i odpłynęła. To naprawdę nie jest tylko sen. To sen na jawie...


***



29 dzień cuadrilu 8976 roku, Egharia: Veolia – Las Sverse (Jasknia Ersloy), ranek



Ella i Ren właściwie przegadali całą noc. Ren nie chciał zasypiać, bo musiał czuwać nad ich bezpieczeństwem, a Ella za bardzo się bała tego miejsca. Z samego rana opuścili gorące źródła i wąskim przesmykiem dostali się do kolejnego korytarza, który prowadził do wyjścia z jaskini.


-        Jeśli się pospieszymy, może uda się opuścić jaskinię jeszcze dzisiaj. Wtedy nie będziemy musieli spędzać tu drugiej nocy.


-        A czy ona kończy się już za lasem? – spytała szeptem.


-        Prawie... Od wyjścia już tylko godzina drogi do końca tego buszu. – odparł z niepokojem w głosie.


Z jakiegoś powodu miał złe przeczucia. Spodziewał się, że ci, co ich śledzą już się kapnęli, że wyprowadził ich w pole i teraz zastanawiał się, co zrobią. Pędzą gdzieś za nimi, czy szykują jakąś pułapkę? Martwił się, bo nie mogąc używać magii raczej nie dałby im rady, będąc skutym z Ellą. Pocieszał się jedynie tym, że oni też nie mogliby jej stosować, ale znowu było ich znacznie więcej. Wyczuł wtedy pięcioosobową grupę. Jego niepokój narastał i chciał jak najszybciej opuścić to miejsce.


-        Szybko biegnijmy! – krzyknął, a Ella nie protestowała i dorównała mu kroku.


***



Ziemia: Madryt – Klub nocny „Deseo”[1], około 21:00


Nick wszedł do nowo otwartego klubu, o którym tyle słyszał. Planował zamelinować się gdzieś w kącie i wypić w spokoju drinka.


Rozejrzał się, było trochę pustawo, ale dopiero co otworzyli lokal, więc zapewne jeszcze ktoś tu przyjdzie. Fakt ten miał wyraźny plus – mógł sobie wybrać miejsce do siedzenia. Upatrzył sobie stolik w kącie, na podwyższeniu, przy którym stała wygodna sofa. Zasiadł wygonie, zamówił mojito i oglądał wnętrze.


Ściany miały ciepły, żółty kolor. Stoliki, bar i inne detale były drewniane i gustowne. W kątach stały wysokie, rozłożyste palmy w donicach, odbijające się w  wypastowanym, całkiem sporym, parkiecie na środku pomieszczenia. Na ścianach wisiały różne obrazy – przeważnie, namalowane farbami olejnymi, plaże tropikalne i wyspy. Wszędzie, po bokach i na suficie umieszczone były drobne lampy, które rzucały ciepłe, pomarańczowe światło w całym klubie.


Nick był zachwycony tym wnętrzem, zwłaszcza, że całość dopełniała rozbrzmiewająca muzyka latynoamerykańska i śliczne kelnerki. Czuł, że polubi to miejsce i będzie tu często przychodził.


Wtedy jeszcze mężczyzna nie wiedział, że prawdziwa natura tego miejsca ujawnia się po 22:00... Nie wiedział też, że ta noc zapoczątkuje nieodwracalne zmiany w jego życiu...


***


Egharia: Veolia – Las Sverse, późne popołudnie


Po długim marszu i biegu na przemian, udało im się dotrzeć do wyjścia z jaskini. Kiedy ujrzeli światło dzienne, poczuli ulgę. Do końca lasu było już niedaleko.


-        Usiało się... Może zdążymy przed zachodem wyjść z lasu. – ucieszył się.


-        A nie moglibyśmy zrobić przerwy, jestem wykończona... – Ella nie miała już sił.


-        Nie wytrzymasz jeszcze godziny? – spytał poważnie.


-        No dobrze, spróbuję... Chodźmy dalej. – rzekła po chwili odpoczynku.


-        Nigdzie już nie pójdziecie! – usłyszeli nagle i zastygli w bezruchu.


Alren odzyskał zmysły, po opuszczeniu jaskini, więc wyczuł, że są otoczeni przez piątkę wojowników, a przed nimi stał ich kapitan. Przerażona Ella przylgnęła do pleców Rena, który przyjął postawę bojową i wyjął swój miecz.


-        Cehroni, jak sądzę?! – warknął Alren do ich szefa, który uśmiechał się złośliwie widząc, w jakiej jego cel jest sytuacji.


-        Zgadza się. Jestem Ghin, kapitan Cesarstwa Cehron, a to moi ludzie. – rzekł z wyższością – Ty zaś jesteś Alren vhe Adhenos.


-        Czego chcecie?


-        Przybyliśmy wykonać polecenie naszej pani – Cesarzowej Oriany.


-        Jeśli myślicie, że takie mięczaki jak wy są w stanie mnie zabić, to jesteście w błędzie! – szydził z nich.


-        Arogancki jesteś! – żachnął się Ghin – W takim razie... Przekonajmy się! – krzyknął, dając znak do ataku.


Ren skupił się i w kilka sekund wypowiedział zaklęcie, które wywołało falę czerwonego ognia. Zabiła ona od razu dwóch żołnierzy i wystraszyła resztę.


-        Ostrzegałem. – burknął Ren – Pamiętajcie, że tu mogę już używać magii.


-        Tsk! Do cholery! Bierzcie go, przecież jest skuty i walczy tylko jedną ręką! – warknął Ghin i ruszył ponownie do ataku.


Ren zablokował większość ataków, choć zdołali go mocno zranić w ramię i nogę, kiedy osłaniał Ellę, ku jej rozpaczy. Sytuacja wyglądała nieciekawie, ale Ren zabił kolejnych dwóch żołnierzy dzięki sprytowi i niecodziennym umiejętnościom. Został więc tylko jeden wojownik i jego dowódca, który nie mógł wyjść z podziwu, że ten mężczyzna wykończył jego drużynę w takiej sytuacji. Jego żołnierze należeli przecież do elitarnej jednostki! Zaczął podejrzewać, że to istotnie nie jest byle kto... Takich skomplikowanych technik szermierskich uczą przecież tylko w... Nie, to niemożliwe! – potrząsnął głową. To myśl była zbyt absurdalna, by ją zaakceptować.


-        Wynoście się! Nie chcę więcej zabijać! – wrzasnął Ren, który był nieugięty w swej postawie, mimo iż mocno krwawił.


-        Nie ma mowy! Musisz zginąć, inaczej królowa mnie zabije! – warknął i już chciał ruszyć do kolejnego ataku, kiedy nagle się zawahał.


Sparaliżowany spojrzał w ciemny las i poczuł zimny dreszcz. Jednocześnie to samo wyczuł Alren i też zamarł z przerażenia.


-        Haha, wygląda na to, że nie będę musiał zabijać cię osobiście... – zaśmiał się i wykorzystując moment zaskoczenia, rzucił na nich jakieś zaklęcie, które sprawiło, że nie mogli się poruszyć.


-        Co robisz? Z łatwością złamię takie proste zaklęcie! – zakpił Ren, nadal zaniepokojony tym, co wyczuwał.


-        Wiem, ale w twoim stanie, zrobisz to nie szybciej niż za parę minut, a wtedy one już tu dotrą... – zaśmiał się Ghin – Ten las będzie waszym grobem! – krzyknął jeszcze, po czym uciekł razem ze swoim żołnierzem.


Ella nie wiedziała, co się dzieje. Nie rozumiała niczego z ich dialogów, a już tym bardziej tego, dlaczego tak nagle uciekli. Miała najgorsze przeczucia, zwłaszcza, że widziała teraz prawdziwy strach na twarzy Alrena – chyba pierwszy raz, odkąd go poznała. Zastanawiała się, czego się tak bał. Jednak nie chciała mu przeszkadzać pytaniami, widząc, że próbuje zdjąć z nich ten unieruchamiający czar.


Ren spocił się z wysiłku, ale w końcu zdjął to zaklęcie i odzyskali swobodę ruchu, po czym natychmiast szarpnął Ellą.


-        Szybko! Uciekamy! – rzekł ze strachem w głosie.


-        Ależ Ren! Trzeba opatrzyć twoje rany... – zaprotestowała, nie mogąc patrzeć na tą krew.


-        Nie ma czasu. Musimy stąd uciekać, nie rozumiesz, co do ciebie mówię? – syknął nieprzyjemnym tonem.


-        C-co się dzieje? – spytała, kiedy już biegli w stronę wyjścia z lasu.


-        Urlaki... Otaczają nas. – rzucił krótko, a Ellę zmroziło.


-        Ale... jak to?


-        Krew to najlepszy wabik na Urlaki i Hurów... Teraz rozumiesz? – warknął, nie przestając ją ciągnąć za sobą.


Ren był przerażony. Wyczuwał ponad dwadzieścia Urlaków i co gorsza – sześciu Hurów, zaledwie kilkadziesiąt metrów za nimi. Modlił się, by zajęły się trupami i nie podążyły za zapachem jego krwi. Obawiał się jednak najgorszego i po chwili jego koszmar się spełnił.


-        Co to jest? - spytała nerwowo Ella, widząc coś przed nimi.


-        Urlaki... – odparł szeptem, bez cienia wątpliwości.


Ella i Ren gwałtownie się zatrzymali, gdy dostrzegli wokół siebie kilkadziesiąt kościotrupów, emanujących czarno-fioletową aurą. Ich oczodoły świeciły na czerwono i budziły okropny wstręt. Ella zadrżała na ten odrażający widok i poczuła, jak paraliżuje ją strach. Ren przełknął ślinę i pomyślał, że jeśli chcą przeżyć ten wieczór, będą potrzebowali cudu.


~ Aruell






[1] deseo m – pragnienie, żądza, życzenie (hiszp.)



Aruell
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 24

czwartek, 14.kwietnia.2011, 22:18
Witajcie, wrzucam piątkowy rozdział już dzisiaj. Jest to kolejna część, którą bardzo lubię i mam nadzieję, że Wam też przypadnie do gustu. ;)
Nastąpi bowiem pewien nieodwracalny zwrot akcji w relacajch Elli i Rena. Dlaczego? Pewnie się domyślicie.;)

Nie przedłużam już i zapraszam do czytania. ;)
Pozdrawiam ;)

***


28 dzień cuadrilu 8976 roku, Egharia: Veolia – Las Sverse (Jasknia Ersloy)



Ella patrzyła na Rena w osłupieniu, nie mogąc uwierzyć, że tak łatwo wpadła w jego emocjonalną pułapkę. Nie miała żadnego pomysłu, jak się z tego wykręcić, zwłaszcza, że wciąż z trudem oddychała.


-        Ja... Przepraszam... – zawstydziła się i spuściła wzrok.


-        Nie przepraszaj, bo nie ma za co.  – westchnął - Po prostu przyznaj w końcu, że się we mnie zakochałaś i przestań odstawiać te cyrki. – rzekł całkiem poważnie, patrząc jej w oczy.


Widząc jej szok, zastanawiał się, czy nie przesadził z bezpośredniością.  Zdążył już zauważyć, że do niej nie przywykła, ale wiedział też, że to lubiła. Dobrze się zastanowił, czy w ogóle poruszać ten temat i doszedł do wniosku, że choć takie zachowanie Elli było zabawne, to na dłuższą metę, nie przyniosłoby nic dobrego, a nawet mogłoby go zacząć irytować. Postanowił więc zlikwidować tą barierę między nimi, żeby mogli przynajmniej przebywać w swoim towarzystwie, bez zbędnego skrępowania. Alren chciał, by Ella wyluzowała, ale szczerze mówiąc, nie wiedział, jak zareaguje.


-        Ja? Zakochana w tobie? – powiedziała w końcu oszołomiona


-        Tylko mi nie mów, że nadal nie jesteś tego świadoma. Masz to wypisane na twarzy i właśnie dlatego tak mnie to bawi. – wyjaśnił – Zaprzeczasz sama sobie.


-        Cz-czekaj... co ty...


-        Z jednej strony się boisz bliskości, a z drugiej o niej marzysz. Tak to wygląda i to mówi mi twoje ciało. Właśnie to widzę w twoich oczach, gdy na mnie patrzysz. Przyznaj, że tak jest, a będzie ci lżej i nie wypieraj się, bo ja i tak już to wiem i nie zmienię zdania, nawet jeśli zaprzeczysz. – mówił rzeczowo, a ona zaniemówiła.


Ella wiedziała, że tak jest i zdawała sobie sprawę, że Alren to wie, a jednak gdy usłyszała to z jego ust, nie wiedziała, co ma ze sobą zrobić. Poczuła się bezsilna i ostatecznie postanowiła przestać się bronić przed tym, co czuła. Dotarło do niej w końcu, dlaczego tak się ośmieszała, odkąd go poznała. Chciała ukryć na siłę coś, co było widać od razu. Była śmieszna. Jednocześnie nie wiedziała, dlaczego do tego dopuściła. Czemu brnęła w to głupie zachowanie? Co chciała osiągnąć? Westchnęła bezradnie i spojrzała w oczy Rena, który czekał na jej reakcję.


-        Masz rację... – przyznała – To było głupie z mej strony. Nigdy wcześniej nie miałam takich problemów, ale nigdy też nie czułam, czegoś takiego... To uczucie mnie ogłupiło, spadło na mnie jak grom z nieba. W dodatku cała ta sytuacja ze zmianą świata. Jestem rozbita wewnętrznie...


-        Nie tłumacz się. Kiedy się tłumaczysz, stawiasz siebie w pozycji winnej, a przecież nic złego nie zrobiłaś. – rzekł z łagodnym uśmiechem – Po prostu trochę wyluzuj. Ja naprawdę cię nie zjem. A jeśli chodzi o seks...Gdybym chciał cię przelecieć, dawno bym to zrobił. – zaśmiał się.


-        Ren... – zawstydziła się.


-        Skoro to sobie wyjaśniliśmy... Powiesz mi w końcu prawdę? – jego oczy błyszczały. Sam nie wiedział do końca, czemu tak chciał to usłyszeć z jej ust, choć znał już jej uczucia.


-        No dobra... Przyznaję się. Zakochałam się w tobie. Nie wiem, czy to już miłość, ale na pewno jestem zafascynowana. A przed chwilą nie uciekłam, bo chciałam tego... no,... pocałunku. – postawiła wszystko na jedną kartę i poczuła niesamowitą ulgę, gdy w końcu to powiedziała, a on się uśmiechnął.


-        Lżej ci? – zaśmiał się.


-        Tak...ale poroszę, nie żartuj sobie z tej sytuacji, bo... – zawahała się i odwróciła wzrok – To jest dla mnie ważne...


Rena zatkało. Tego się nie spodziewał i wtedy nagle posmutniał. Jak po takich słowach miał jej powiedzieć, jaki ma stosunek do miłości? Zasępił się, jednak nie zamierzał jej okłamywać.


-        Nie będę sobie żartował z twoich uczuć... – zapewnił -  Ale musisz wiedzieć, że ja nie uznaję miłości, Ello... – rzekł poważnie.


***


Egharia: Veolia – Las Sverse (Jasknia Ersloy)



Tymczasem w innej części jaskini grupa zakapturzonych ludzi natrafiła na ślepy zaułek. Okazało się, że połknęli haczyk, zostawiony przez Alrena i poszli trzecim korytarzem, który jak się zdołali przekonać – prowadził donikąd. Szef grupy był wściekły.


-        Ten gnojek nas wykiwał! – wrzasnął, waląc w ścianę.


-        Ale jak to możliwe? Czyżby nas wyczuł?


-        To wasza wina, durnie! Nie zamaskowaliście swojej obecności, kiedy byliśmy przed wejściem do groty! Zapomnieliście, z kim mamy do czynienia? To nie jest jakiś tam złodziejaszek czy włóczęga!


-        Przepraszamy, szefie... To co teraz?


Wysoki mężczyzna, który był ich kapitanem, warknął na nich nieprzyjaźnie, po czym spojrzał na rękojeść swego miecza, na którym było wygrawerowane jego imię – „Ghin” i zamyślił się. Po dłuższej chwili wymyślił pewien plan.


-        Już wiem, co zrobimy... Ruszajmy! Musimy zdążyć przed kolejnym zachodem! – krzyknął jeszcze, po czym cała grupa pobiegła z powrotem do wyjścia.


***


Egharia: Veolia – Las Sverse (Jasknia Ersloy)



Ella patrzyła na Rena ze zdziwieniem. Nie mogła uwierzyć w słowa, które usłyszała.


-        Nie uznajesz miłości? Ale jak to?


-        Potraktuj to dosłownie. – odparł zwyczajnie – Nie wierzę w miłość. Podróżowałem po całym świecie i prawdziwej miłości jeszcze nie widziałem. Wiem, że istnieje pożądanie, namiętność, zauroczenie, fascynacja, obsesja, sympatia i przyjaźń, ale miłości nie ma. – rzekł jak najbardziej poważnie.


-        Nieprawda! Miłość istnieje! – zupełnie zapomniała o tej sytuacji sprzed chwili.


-        O? Czyżbyś jej doświadczyła? – spytał z niedowierzaniem.


-        Tak. – odparła głośno – To znaczy tak mi się wydaje...


-        Nie brzmi przekonująco, moja droga. – zaśmiał się cicho – Masz kogoś w swoim świecie? – zaskoczył ją tym pytaniem.


-        Tak... i nie... – odparła niepewnie.


-        Weź się zdecyduj. – zakpił sobie.


Ella się zamyśliła. Nie wiedziała, czy ma mu to powiedzieć. Sama się zastanawiała, czy to była rzeczywiście miłość. Nie była już tego pewna. Poczuła, że nawet, gdyby teraz wróciła do domu, to pewnie nie potrafiłaby już dłużej z nim być. Nie tylko dlatego, że ją olewał i straciła cierpliwość, ale również dlatego, że dzięki Renowi odkryła uczucia, których nie zaznała przy Nicku. W końcu zdecydowała się mu opowiedzieć. Co jej szkodziło.


-        Na Ziemi... – zaczęła – Miałam chłopaka. Nazywał się Nick i planowaliśmy się pobrać...


-        O proszę! – poczuł w sobie dziwną zazdrość, ale zignorował to.


-        Kochałam go, chyba... W każdym razie, na pewno bardziej niż on mnie. – rzekła smutno – Wiem, że był biznesmenem i dlatego często wyjeżdżał, ale i tak było mi przykro. Widywaliśmy się bardzo rzadko, często tylko na parę godzin. Ciągle tylko obiecywał, że następnym razem zostanie dłużej, że jak się pobierzemy, to będziemy podróżować razem i takie tam... Mimo to, zanim tu trafiłam unikał mnie, nie wiem do dziś, dlaczego i może nigdy się nie dowiem...


-        I to według ciebie jest miłość? – zakpił – Wychodzi na moje, miłość nie istnieje.


-        Ren... – przerwała mu, choć zaczęła mieć wątpliwości – Nie mów tak..


-        Ale tak ja to widzę. Może łączyło was pożądanie albo zauroczenie? Z tego, co opowiadasz, wychodzi na to, że raz na jakiś czas się spotkaliście, może zaliczyliście numerek i mówiliście sobie do widzenia. Czym to się różni od relacji kochanków? – zadrwił.


Dopiero teraz zauważył, że Ella poczerwieniała i zanurzyła się głębiej, aż po szyję, jakby chciała się schować.


-        Hej... Co jest?


-        My... My nie byliśmy kochankami. – ledwo jej to przeszło przez gardło.


-        CO? – nie dotarło do niego – Czekaj, tylko mi nie mów, że wciąż jesteś... – jego szok się pogłębiał.


-        Tak... ale proszę nie mówmy o tym. – zawstydziła się.


Ren nie mógł w to uwierzyć. Po dłuższym milczeniu, westchnął ciężko.


-        Miłość nie istnieje. To tylko ułuda, w którą wierzymy, by było nam łatwiej żyć. – odpowiedziała mu cisza.


-        Ren... – Ella koniecznie chciała zakończyć temat o niej i Nicku – Skoro nie wierzysz w miłość, to znaczy, że jej nie zaznałeś? – spytała szczerze.


-        Zgadza się. Miałem wiele kobiet. Przyjaciółki i kochanki. – mówił to tak zwyczajnie, że aż mu zazdrościła tej swobody – Jednak żadnej nie kochałem... – dodał poważnie i zamyślił się.


Ella stwierdziła, że jego pierwsze słowa były szczere, ale ostatnie zdanie wypowiedział w taki sposób, że poczuła, jakby coś ukrywał. Nie mogła tego wiedzieć, ale miała rację. Ren bowiem celowo pominął pewien szczegół.


-        Ren... Powiedziałeś mi to wszystko, bym nie robiła sobie nadziei, tak? – wróciła do tego, co ją najbardziej interesowało.


-        Tak. – rzekł szczerze – Nie przeszkadzają mi twoje uczucia, ale nie oczekuj ode mnie miłości, w którą nie wierzę.


-        Aha... czyli oprócz sympatii... – zasmuciła się, a Ren uważnie się jej przyglądał.


-        Jeśli chcesz spytać o to, czy mnie pociągasz... – zaśmiał się, gdy ujrzał jej rumieńce. Zrozumiał, że odgadł jej myśli i chwycił jej podbródek – To jak najbardziej tak jest. Jesteś piękna i seksowna, więc to chyba naturalne, że mnie pociągasz. Powinnaś bardziej siebie doceniać. – zaśmiał się, a Ella spłonęła rumieńcem, widząc szczerość w jego zielonych oczach.


Dziewczyna poczuła uczucie szczęścia w sercu. Usłyszała komplement z jego ust, chyba pierwszy, odkąd go poznała. Mimo iż mówił, że nie wierzy w miłość, to jeśli jej pożąda i ją lubi, oznacza to, że nie jest mu obojętna. Poczuła radość tak wielką, że zapragnęła go pocałować, nie bacząc na ryzyko odrzucenia. Idąc za impulsem, podniosła się i dotknęła jego ust, muskając je delikatnie.


Ren był tak zaskoczony, że go sparaliżowało. W życiu by się tego po niej nie spodziewał. Ta kobieta była tak nieprzewidywalna, że nie wiedział już, co o niej myśleć. Przekonał się, że dobrze mu się wydawało. W tej nieśmiałej i niewinnej dziewczynie siedziało jej uśpione, drugie oblicze. Dotyk jej miękkich warg był tak przyjemny, że przymknął oczy. Nie spodziewał się, że ten niezdarny pocałunek poruszy jego serce.


Po chwili Ella cofnęła się sama zaskoczona swoim śmiałym krokiem, nie wiedząc, co myśleć o tym łagodnym uśmiechu Alrena, który wpatrywał się teraz w nią uważnie.


-        Doprawdy niezłe z ciebie ziółko, Ello... – usłyszała nagle i zarumieniła się.


***


Wtorek, 29 grudnia 2011 roku, Ziemia: Londyn – Centrum handlowe, około 20:00


Mary i Thom zjedli smaczną kolację w milczeniu. Dziewczyna bowiem wciąż nie mogła uwierzyć w to co stało się dwie godziny temu. Z trudem docierało do niej, że Thom wyznał, że jest nią zainteresowany... No i ten pocałunek... Wielokrotnie sobie to wyobrażała, ale nie sądziła, że na żywo będzie sto razy lepszy, niż w marzeniach.


-        Mary... Masz ochotę na spacer, zanim odwiozę cię od domu? – spytał Thom, chcąc przerwać milczenie.


-        Co? – ocknęła się – J-jasne... – dodała zakłopotana, a on się zaśmiał.


-        Wiesz co, wyglądasz tak, jakbyś czekała na to całe życie. – zażartował, ale zaraz spoważniał, widząc jej rumieńce i znaczącą minę – Hej... Czekaj, tylko mi nie mów...


-        Dobrze myślisz... – spojrzała mu nieśmiało w oczy – Kocham cię, odkąd pamiętam... – wyznała szczerze, a jego zatkało.


-        C-co ty mówisz? – nie mógł uwierzyć – Ale przecież powiedziałaś...


-        Wiem, co powiedziałam, ale to było kłamstwo. – rzekła zawstydzona, a on zamarł w bezruchu – Przepraszam...


Mary przypomniała sobie, jak kiedyś Thom spytał ją czy się czasem w nim nie zakochała, ale zaprzeczyła, choć to nie była prawda. Zwaliła rumieńce i całą resztę na nieśmiałość. Wtedy zaczęła się ich przyjaźń. Z początku Thom nie do końca jej wierzył, że nic od niego nie czuje, ale potem zapomniał o tym i nie męczył jej pytaniami. A kiedy zdecydowała się mu powiedzieć... Znalazł sobie dziewczynę, w której się zakochał. To jej przypomniało, że miała go o coś spytać, ale teraz nie był na to odpowiedni moment.


-        Chciałam ci powiedzieć, naprawdę, ale wtedy właśnie zwierzyłeś mi się, że zacząłeś chodzić z Katy, a niedługo potem wyjechałeś razem z nią z Londynu... – tłumaczyła powoli, widząc jego zmieszanie.


-        Mary... – wydusił z siebie tylko tyle, gdy zdał sobie sprawę, co to wszystko oznacza.


Pomyślał o tych wszystkich imprezach, na których byli razem. Jak musiała się czuć, gdy podrywał inne dziewczyny? No i Katy... Chciała mu wyznać miłość, a on jej wtedy powiedział, że właśnie kogoś znalazł na stałe. Jak ona się musiała czuć? A powiedziała tylko, że życzy mu jak najlepiej... Przed oczyma mignęło mu tysiące sytuacji, w których zauważył u niej różne dziwne zachowania i miny, które powinien był odczytać, a nie zrobił tego. Zakładał, jak jakiś dureń, że naprawdę uważa go tylko za przyjaciela. Poczuł się strasznie... Jak ostatni idiota.


Tymczasem Mary badała jego reakcje z rumieńcami na policzkach, próbując odgadnąć jego myśli. Nie wytrzymywała już tego napięcia.


-        To idziemy na ten spacer? – spytała w końcu cicho, a on tylko skinął głową.

Aruell
Nastrój: Sesja...
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 23

poniedziałek, 11.kwietnia.2011, 23:49
Witam i zapraszam na kolejny bonus ;)

W niniejszym rozdziale coś się poruszy w relacjach Elli i Rena, co zaowocuje później. ;) Pojawi się też wątek Mary i Thoma. ;) Mam nadzieję, że się Wam spodoba ;)
Miłego czytania!

***

28 dzień cuadrilu 8976 roku, Egharia: Veolia – Las Sverse (Jasknia Ersloy)



Ren i Ella maszerowali w głąb jaskini już kilka godzin. Dziewczyna trzymała się bardzo blisko mężczyzny, gdyż nie lubiła ciemności, a światło, które wydzielała mała kula w dłoni Alrena, było dla niej niewystarczające. Wiedziała tylko, że ściany groty są czarne, jest zimniej niż na zewnątrz i regularnie słychać tu jakieś odgłosy, odbijające się echem. Bardzo chciała zająć się rozmową z Renem, ale przykazał jej że ma być cicho, więc nie mogła.


W końcu zatrzymali się na rozstaju dróg. Oto przed nimi ukazało się rozgałęzienie na trzy osobne korytarze jaskini.


-        I co teraz?  - szepnęła zaniepokojona.


-        Cicho... – syknął.


Po chwili wyrwał jej z głowy jeden włos, aż ja zabolało, po czym zabrał jej chustkę, nie wyjaśniając przy tym niczego. Pociągnął ją w stronę ostatniego wejścia. Szli przez jakiś czas, po czym Ren zostawił tu chustkę i jej włosy, a następnie zawrócili i skierowali się w pierwszy korytarz.


Ella próbowała zrozumieć jego zachowanie. Tłumaczyła sobie, że może oznacza teren, na wypadek, gdyby się zgubili. Tak bardzo chciała go o to spytać, że uporczywie się na niego gapiła, co on w końcu wyczuł.


-        Idziemy do gorących źródeł. – wyszeptał.


-        Co? – Ella była pewna, że się przesłyszała.


-        Zbliża się noc i będzie bardzo zimno. – wyjaśnił cicho – Na szczęście ten korytarz prowadzi do sieci komór, wypełnionych gorąca wodą. Tam przeczekamy noc. – wyjaśnił.


-        Skąd to wszystko wiesz? Znasz to miejsce? – nie mogła się powstrzymać.


-        Jak własną kieszeń. – rzekł obojętnie – Szybko, musimy zdążyć przed zachodem, bo zamarzniemy na śmierć. Noce tutaj są lodowato mroźne, nie to, co na powierzchni.


Ella postawiła nie zadawać całej listy pozostałych pytań, zwłaszcza dotyczących chustki i włosów. Pobiegła za nim, zastanawiając się w duchu, kim jest Alren, skoro zna tak dobrze jaskinię w upiornym lesie i wie tak dużo o duchach?


Tymczasem Ren uśmiechnął się do siebie, jakby uknuł perfidny plan. Wszystko, co zrobił, było celowe. Był przekonany, że jego plan nie zawiedzie.


***


Wtorek, 29 grudnia 2011 roku, Ziemia: Londyn – Centrum handlowe, około 18:00


Thom przyjechał po Mary o 16:00 i zabrał do centrum handlowego, mimo jej niechęci. Wiedział, ze buszując po markowych sklepach, nabierze ochoty na zakupy. Przymierzyła całą masę sukienek i w końcu ubrała tę, która sprawiła, że Thom zamarł.


Kiedy wyłoniła się z przymierzalni w długiej, krwistoczerwonej sukience, o szerokiej spódnicy i gorsetowej górze, której materiał zdobiony był czarną koronką, mężczyźnie szczena opadła. Mary wyglądała bowiem zjawiskowo. Od razu poszedł ją kupić, nim ona zdążyła zaprotestować. Podziękowała mu potem zarumieniona, wciąż mając w pamięci jego reakcję, po czym zdecydowali się coś zjeść.


Kiedy wjeżdżali na najwyższe piętro, by pójść do restauracji i mijali świątecznie przystrojone centrum handlowe, Mary biła się z myślami. Od dawna coś jej nie dawało spokoju. To było cudowne... ale czy nie zbyt piękne? Nie wiedziała jednak, jak miałaby o to zapytać. Jej zasępioną twarz zauważył Thom.


-        Co się dzieje, Mary? – spytał, zatrzymując się pod jedną z wielkich choinek, na której paliły się czerwone lampki.


-        Co? A nic.... Nic takiego... – zarumieniła się – Po prostu nie mogę w to wszystko uwierzyć...


-        Ale w co? – zaśmiał się serdecznie.


-        No... że tu jesteśmy. Zjawiłeś się nagle po latach i od razu zaprosiłeś mnie na obiad, a teraz sylwester... i ta sukienka... – spojrzała w bok, nie mając odwagi spojrzeć na niego – Wiem, że od dawna jesteśmy przyjaciółmi, ale to chyba już mocno wykracza poza progi przyjaźni...


-        Nie planowałem tego... Na początku chciałem tylko zjeść z tobą obiad i powspominać stare czasy, ale wtedy odkryłem, jak bardzo się zmieniłaś od mojego wyjazdu... – odparł poważnie, łapiąc ją za podbródek, by spojrzała na niego –  Stałaś się taka zmysłowa, kobieca i pewna siebie... Stałaś się taka, jaką zawsze chciałaś być. Zafascynowało mnie to. Mimowolnie poczułem, że chcę poznać lepiej tą nową Mary. – uśmiechnął się do niej, a jej serce przyspieszyło.


Naprawdę, tak myślał? – zastanawiała się gorączkowo. Czy to możliwe?


-        Jeśli więc ci to nie przeszkadza, chciałbym wyjść poza naszą, starą przyjaźń... – spojrzał na nią z błyskiem w oku, a ją zatkało.


-        Chcesz powiedzieć, że...


-        Tak, podobasz mi się, Mary. Podoba mi się twoje nowe oblicze...  – zaśmiał się widząc, że jest w szoku.


-        Nie wierzę... – tylko tyle była w stanie powiedzieć. Czyżby jej marzenia i sny stawały się rzeczywistością?


-        Mam ci to udowodnić? – uśmiechnął się zabójczo i bez ostrzeżenia pochylił nad nią.


Dotknął jej ust  tak łapczywie, że aż zadrżała. Pocałunek był namiętny i zdecydowany. Poczuła ogień w piersi i zaczęła tracić oddech, a kiedy przerwał pocałunek, lekko się zachwiała z nadmiaru emocji. Wpatrywała się w jego oczy zdumiona, nie wierząc do końca w to, co się właśnie stało.


***


Egharia: Veolia – Las Sverse (Jasknia Ersloy)


Zbliżała się noc. Oboje odczuwali to na własnej skórze. Robiło się coraz zimniej. Na szczęście wtedy dotarli na miejsce. Od razu się zorientowali, czując o wiele wyższą temperaturę. W bladym świetle, Ella zauważyła ogromne pomieszczenie, w którym unosiła się para wodna. Było tu kilka komór o różnej pojemności i szerokości, wypełnionych gorącą wodą. Ella żałowała, że nie mogła zobaczyć dokładnie, jak wygląda to miejsce, ale nie miała czasu dłużej nad tym myśleć, bo poczuła, że Ren się rozbiera.


-        Co robisz? – zadrżała na samą myśl o rozbieraniu się w tym miejscu.


-        Nie będę wchodził do wody w ubraniu.  – burknął Ren, nie widząc w tym nic dziwnego – Ty też musisz się rozebrać.


-        Ale...


-        Moja droga, tą noc spędzimy w wodzie. – westchnął – No chyba, że wolisz zadowolić się ciepłem pary wodnej. – zakpił, a ona westchnęła.


Chcąc nie chcąc, Ella również się rozebrała i po chwili oboje weszli do gorącej wody. Zrobiło się im bardzo przyjemnie. Było też jaśniej, gdyż Alren wyjął pozostałe kule i poustawiał je dookoła zbiornika. Ella jednak nadal nie czuła się komfortowo. Co prawda, przerabiała już to w łazience u Bena, ale jednak mycie trwało najwyżej godzinę, po czym się ubierali, a teraz mieli siedzieć tak nadzy do rana. Przełknęła ślinę na samą tę myśl. Tak się zamyśliła, iż nie zauważyła, że Ren wyjął jedną z ostatnich już kanapek i postawił za sobą.


-        Weź sobie, jeśli chcesz. – rzekł zwyczajnie, jedząc swoją porcję ze smakiem.


-        Ok...


Ella zganiła samą siebie za to, że zastanawia się, jak sięgnąć po tą kanapkę, nie ocierając się o Rena. Bała się tego podświadomie, co z łatwością dostrzegł Ren.


-        Co ty wyprawisz, Ello? – zaśmiał się, a ona aż odskoczyła potykając się o jego nogę pod wodą.


Złapał ją bez trudu, przytrzymując za rękę i znacząco uśmiechnął się na widok tych rumieńców. Zakłopotana dziewczyna, podziękowała cicho, sięgnęła po kanapkę i szybko odsunęła się od niego na taką odległość, jaką tylko pozwalała jej długość ręki i kajdanek. Po chwili usłyszała wybuch śmiechu mężczyzny i spojrzała na niego, nieco obruszona, że znów jest pośmiewiskiem.


-        Nie śmiej się ze mnie... – szybko połknęła ostatni kęs i spojrzała w bok, wciąż zawstydzona, a Ren w końcu się opanował.


-        Oj Ello, powiedz mi jedną rzecz... – spojrzała na niego pytająco –  Czy ja gryzę albo parzę? A może myślisz, że rzucę się na ciebie, jeśli tylko mnie dotkniesz? – zaśmiał się ponownie, a ona obruszyła.


-        Nic takiego nie powiedziałam!


-        To dlaczego boisz się mnie dotknąć, kiedy jestem nagi? – wypalił, patrząc jej w oczy, ze złośliwym uśmiechem.


Dobrze wiedział, jaki jest powód jej zachowania, ale miał ochotę się z nią podroczyć. Była taka śliczna, kiedy się złościła.


-        Nie boję się. – udała foch.


-        Akurat! Przecież widzę, że tak jest... – zakpił, popijając kilka łyków wina, które miał ze sobą.


-        Nieprawda. Mówisz tak, by mnie zdenerwować.


-        W takim razie... – odłożył butelkę – Udowodnij mi, że się mylę. A wtedy przestanę się z tego naśmiewać. – zaproponował.


-        Co? – zlękła się, zachodząc w głowę, co on znów kombinuje.


-        To proste. Wystarczy, że mnie dotkniesz na tyle wyraźnie, że ci uwierzę. – wyszczerzył zęby. Świetnie się bowiem bawił.


-        To nie jest śmieszne. – bąknęła zawstydzona.


-        Widzisz? A jednak się boisz... – prowokował ją.


-        Nie! Udowodnię ci, że nie.. – zdenerwowała się.


Przypomniała sobie o obietnicy, którą sobie złożyła, że przestanie robić z siebie idiotkę przy tym mężczyźnie. Niestety, jak dotąd kiepsko jej to wychodziło, ale nie zamierzała się poddawać. Raz kozie śmierć – pomyślała i zbliżyła się do niego tak, że byli teraz naprzeciw siebie, zanurzeni w wodzie do pasa.


Ren śmiało podziwiał jej kształtny biust, do którego przylepiło się kilka mokrych, złotych kosmyków jej włosów, a potem spojrzał w jej błyszczące oczy i zarumienioną buzię. Poczuł coś dziwnego w sobie. Przyłapał się na tym, że im dłużej na nią patrzył, tym większą miał ochotę sam ją dotknąć. Czekał jednak cierpliwe na to, co ta dziewczyna zamierzała zrobić.


Ella czuła, jak szybko krew krąży w jej żyłach. Miała wrażenie, że zaraz eksploduje. W końcu zebrała się w sobie i zrobiła to, co podpowiadało jej serce. To, co wielokrotnie chciała już zrobić wcześniej. Przyłożyła swoją dłoń do jego policzka i gładziła go delikatnie. Przeszył ja miły dreszcz. Kiedy zaś zaczęła już tonąć w zieleni jego oczu, wystraszyła się tego uczucia i cofnęła rękę.


-        Coś słaby ten dowód... – mruknął tak nisko, że aż się wzdrygnęła.


-        A co byś jeszcze chciał? – udała obruszenie, by ukryć zakłopotanie.


-        Uwierzę ci, jeśli mnie obejmiesz. – wyjaśnił, a ją zamurowało.


O ile nie miała z tym już problemu, gdy byli ubrani i lubiła się do niego przytulać, w tej sytuacji nie mogła sobie tego wyobrazić. Przed oczami mignęły jej obrazy z tego snu o plaży i potrząsnęła szybko głową. Walczyła ze sobą tak bardzo, że Renowi zrobiło się jej szkoda. Może przesadzał?


-        No nie bój się, kociaczku. – zażartował, a Ella posłała mu zabójcze spojrzenie.


Wtedy, ku swemu zdumieniu, Ren poczuł jak Ella otacza go ramionami wokół piersi i przytula się do jego torsu. Zaskoczyła go tym. Już myślał, że się nie odważy. Swoją drogą serce mu przyspieszyło, gdy poczuł jej miękkie piersi na swoim ciele oraz skórę - gorącą i delikatną, niczym jedwab.


Tymczasem Ella starała się panować nad sobą i nad tym co czuła. Najbardziej w dotykaniu Rena ją przerażał fakt, że może się mu nie oprzeć. Nigdy bowiem nie czuła takiej namiętności do mężczyzny. Dopiero, gdy go spotkała. Kiedy po dłuższej chwili milczenia, nie doczekała się żadnej reakcji Alrena, odważyła się na niego spojrzeć. Gdy zobaczyła, jak się do niej łagodnie uśmiechał, zarumieniła się jeszcze bardziej.


-        No niech będzie, że wygrałaś. – rzekł wesoło, po czym objął ją swoimi ramionami.


Ella zadrżała czując jego silne, gorące ręce na plecach i odruchowo rozchyliła usta. Nie wiedziała, co się dzieje. Jego dotyk przenosił ją w inny wymiar. Zesztywniała, gdy Ren przybliżał się do jej twarzy. Był coraz bliżej, ale ona ani myślała uciekać. Tak bardzo tego chciała, że zapomniała o wstydzie, o tym, co wypada a co nie. W pewnym momencie zamknęła oczy. Jej usta dosłownie łaknęły jego ust i kiedy już czuła jego oddech na twarzy, a emocje sięgały zenitu, niespodziewanie poczuła jego wargi przy swoim uchu.


-        Jak na kogoś, kto bał się mnie dotknąć, jesteś teraz wyjątkowo spokojna. – szepnął jej z przekąsem na ucho, a ona gwałtownie otworzyła oczy i poczerwieniała ze złości. Znów się z nią bawił.


-        Ty...! – syknęła chcąc go uderzyć w pierś pięścią, ale złapał jej rękę i przyciągnął ponownie do siebie.


-        Hmm czyżbyś była rozczarowana?


-        C- co? – zawahała się – Nie... – zarumieniła się, gdy zrozumiała sens tych słów.


-        Doprawdy? A mnie się wydaje, że niezłe z ciebie ziółko, kochanie... – rzekł znów z przekąsem, a Ella zamarła.


Rysunek Alrena (w stroju Norhenów) ^^




Link do większego obrazka: 


http://img132.imageshack.us/img132/1183/ren4wiksze.jpg


~ Aruell

Aruell
Nastrój: Wiosna, ach ta Wiosna! ;D
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 22

niedziela, 10.kwietnia.2011, 03:36
Cześć Wam ;)
Miałam wrzucić rozdział koło drugiej po południu, ale nie wiem, czy zdążę, więc wrzucam teraz. Na jedno chyba wyjdzie. ;)
Przed Wami rozdział, który raczej zapowiada dalsze wydarzenia (a będą one ciekawe ^^), ale mam nadzieję, że się Wam spodoba. Zdradzę Wam selkret, iż następne dwa rozdziały należą do tych moich ulubionych, spośród ulubionych. ^^
Ponieważ wena mi baaardzo dopisuje, jeśli chodzi o to opowiadanie, mogę spokojnie wrzucić jeszcze jeden a nawet dwa bonusowe rozdziały do najbliższego piątku, jeśli tylko zechcecie. ;)
A teraz zapraszam już na ten rozdział i życzę miłego czytania ;)

P.S. Mam dla Was narysowanego Alrena, ale rysunek bardziej pasuje do kolejnych rozdziałów, więc wrzucę go razem z 23. częścią. ^^ Na pewno się Wam spodoba ;P

***

28 dzień cuadrilu 8976 roku, Egharia: Veolia – Las Sverse



Ella znajdowała się teraz w ciemnej i nieprzytulnej przestrzeni, unosząc się  w próżni. Nie czuła absolutnie nic, oprócz obojętności. Zdawała sobie świetnie sprawę, że to kolejny sen i nawet cieszyła się, że nie jest to ten koszmar, w którym mężczyzna, niczym książę arabski, zagroził jej śmiercią.


Rozglądała się mimo to, próbując dostrzec coś więcej niż ciemność, ale bezskutecznie. Za jakiegoś powodu miała wrażenie, że już kiedyś była w takiej sytuacji, tylko kiedy? Nie mogła sobie tego za nic przypomnieć.


Wtedy jednak jej rozmyślania przerwał błysk szafirowego światła, które przyjęło ostatecznie formę świecącej, błękitnej gwiazdy. Ku jej zdumieniu, po chwili wydobył się z jej strony jakiś kobiecy głos. Elli przypomniało się, że kiedyś słyszała coś takiego, ale ten z pewnością był inny – bardziej zdecydowany i wladczy.


-        Ello... – usłyszała swe imię – Ello... – głos dalej nawoływał, jakby domagał się jej odzewu.


-        Kim jesteś i czego chcesz? – zaniepokoiła się złotowłosa.


-        Jestem przyjazną ci duszą, która przeniknęła do twego snu, aby dać ci coś ważnego... – rzekł tajemniczo kobiecy głos.


-        Dać mi coś? – zdziwiła się.


Wówczas Ella zobaczyła kolejny błysk światła, który po chwili zamienił się  w śliczną, złotą bransoletę z dużym szafirem, która unosiła się teraz tuż przed nią, jakby lewitowała.


-        Co to jest? – dziewczyna poczuła coś dziwnego, gdy tylko spojrzała na ten przedmiot, ale nie umiała tego opisać.


-        To Święta Bransoleta twej duszy, Ello... Weź ją, a pomoże ci odkryć prawdę...


-        Co? Jaką prawdę znowu? – nie rozumiała.


-        Kiedyś pojmiesz, o czym mówię, a teraz załóż tą bransoletę. – dodała niecierpliwie, z naciskiem.


Ella nie chciała tego robić, wyczuwała w tym jakiś podstęp. Za wiele było niewiadomych, by słuchać obcego głosu nawet we śnie, ale niestety nie miała wyboru. Jej ciało zaczęło się samo poruszać, wbrew jej woli i dotknęło przedmiotu, który emanując światłem, chwilę później pojawił się na jej lewym nadgarstku. Bransoleta natychmiast zalśniła i otoczyła całą Ellę błękitna aurą.


W tej również chwili dziewczyna poczuła się bardzo dziwnie. Jakby ogień płonął w jej wnętrzu. To nie było przyjemne. Serce jej waliło, oddech przyspieszył, a krew wrzała w żyłach. Nie wiedziała, co się z nią dzieje. Nie umiała nad tym zapanować, aż w końcu ...


Ella zbudziła się ze snu, ciężko dysząc i nerwowo się rozejrzała. Dopiero, gdy zerknęła na swój nadgarstek i nie znalazła na nim żadnej bransolety, ulżyło jej. Chwilę później ujrzała zaniepokojoną twarz Alrena i zauważyła, że jest już dzien. Odetchnęła wtedy pełną piersią. Już po koszmarze – pomyślała.


-        Znowu miałaś zły sen? – spytał Ren, który nie spał już od jakiegoś czasu.


-        Tak, choć mogło być gorzej... – westchnęła.


-         Nie dziwię się, że miałaś koszmar śpiąc w tym lesie, po przygodzie z żywiołakiem i mojej historii, o tym miejscu. – podsumował z lekką ironią w głosie, podając jej kanapkę na śniadanie.


-        Ehhh, nieważne... – odparła zrezygnowana, po czym w milczeniu zjedli posiłek, nabierając sił na dalszą podróż.


***


Wtorek, 29 grudnia 2011 roku, Ziemia: Londyn – mieszkanie Mary



Mary przysługiwał dziś wolny dzień, ale kompletnie nie miała ochoty nic robić. Spała do południa. po nocnych atrakcjach w szpitalu, a teraz jedząc, mocno spóźnione śniadanie, w kuchni rozmyślała o tym, co wczoraj powiedziała Davidowi.


Czuła się z tym źle, że tak nie niego naskoczyła. Wiedziała, że to nie był ktoś, kto by kłamał, nawet jeśli chodziło o zjawiska paranormalne. Jednak mimo to, w tamtej chwili miała go za świra. Nie była pewna, czy nadal tak nie myśli, ale nie wątpiła w jego szczere i dobre intencje. Martwił się o Ellę i ona o tym wiedziała. Choćby dlatego nie powinna się tak zachować. W dodatku to on ostatecznie wymyślił jakieś rozwiązanie. Głowa ją rozbolała od tego wszystkiego. Czuła, że musi z nim pilnie porozmawiać. Powodów do tego przybywało. Nie dość, że coś się między nimi popsuło od pojawienia się Thoma, to jeszcze teraz to.... Sprawy się nawarstwiały. Westchnęła ciężko i nagle usłyszała swój telefon.


-        Tak, słucham?


-        Cześć, Mary! – rozpoznała głos Thoma.


-        Thom? O co chodzi? – zdziwiła się.


-        Zapomniałem cię ostatnio spytać, czy masz już jakieś plany na sylwestra...


-        Nie, nie mam i nie zamierzam ich mieć. – odparła ciężko.


-        Hej, co jest? Stało się coś? – wyczuł jej podły nastrój.


-        Tak jakby... – nie chciała z nim o tym gadać.


-        Nie możesz się zamknąć w czterech ścianach. Sylwester jest tylko raz w roku, nie możesz go przespać. Musisz się odreagować. – upierał się – Może pójdziesz ze mną na bal?


-        Bal? Z tobą? – serce jej przyspieszyło, gdy sobie to wyobraziła – Ale jak to...


-        Zwyczajnie. Zapraszam cię. – zaśmiał się – Idziesz, czy nie? – kusił ją.


Mary przez chwilę milczała. Miała wprawdzie swoje problemy i zmartwienia, ale uczucie do Thoma, sprawiało, że nie mogła zmarnować takiej okazji. Nawet jeśli nie powinna i tak zapragnęła pójść.


-        Ale ja nie mam sukienki... – mruknęła zmieszana.


-        To nie problem. Jeśli masz czas, możemy pojechać popołudniu na zakupy do centrum handlowego. – zaproponował.


-        No coś ty... Nie stać mnie ma...


-        Zapomnij o pieniądzach. 16:00 może być? – spytał, nie czekając na jej odpowiedź.


-        Eee no może... ale...


-        No to do zobaczenia o czwartej. – dodał wesoło i rozłączył się, a Mary nie wiedziała, co ma ze sobą zrobić.


Poczuła bowiem, że powoli traci panowanie nad sytuacją i relacja z Thomem zaczęła nabierać niespodziewanego charakteru. To ją dziwiło, jednak tak długo marzyła, by się nią kiedyś zainteresował, że teraz, kiedy tak się stało, nie chciała dopuszczać wątpliwości do głosu.


***


Egharia: Veolia – Las Sverse


Ella i Ren szli już kilka godzin, pośród drzew i gęstych zarośli, uważając na śnieg, który w każdej chwili mógł spaść im na głowy z koron drzew. Nie było tak zimno, jak w nocy, ale i tak co najmniej minus dziesięć mógłby pokazać termometr, gdyby go mieli przy sobie. Milczeli, odkąd zjedli śniadanie, aż w końcu dziewczyna nie wytrzymała.


-        Ren... Czy mi się zdaje, czy idziemy w innym kierunku, niż wczoraj? – spytała niepewnie.


-        O, spostrzegawcza jesteś! – zdziwił się – Nie sądziłem, że zauważysz...


-        A więc jednak? To dokąd ty nas prowadzisz?


-        Do Jaskini Ersloy. Już niedaleko. – rzucił szybko.


-        Do jaskini? – szczerze się zdumiała – Ale jak to? Po co?


-        Ponieważ jest to najbezpieczniejsza droga, prowadząca do wyjścia z Lasu Sverse. Idąc jaskinią, unikniemy całej rzeszy duchów na powierzchni. Poza tym, ta droga ma jeden, poważny plus...


-        Jaki?


-        Urlaki i Hurowie nie mogą wejść do tej jaskini. To pomoże nam uniknąć najgorszego niebezpieczeństwa.


-        A co takiego tam jest, że nie mogą? – dopytywała się.


-        Ta jaskinia jest święta, Ello – westchnął zrezygnowany, widząc, że znów jest strasznie ciekawska – Dlatego poza niewinnymi Lifinami i neutralnymi żywiołakami, żaden duch o negatywnej aurze nie może tam wejść, bo zostanie zniszczony. – wytłumaczył najlepiej, jak umiał.


-        To super! Czyli będziemy bezpieczni? – ucieszyła się – W takim razie szybko, biegnijmy tam!


-        Na twoim miejscu powstrzymałbym ten entuzjazm. – spojrzał na nią, zatrzymując się – Ta droga ma też istotną wadę. – dodał z naciskiem.


-        Jaką? – zwątpiła.


-        Nie można tam używać żadnej magii. – rzekł krótko – A to znaczy, że będziemy prawie bezbronni i nie będziemy mogli korzystać z zielonego ognia, tylko z prawdziwego, z tym że w jaskini nie ma drzew.


-        To niedobrze... – zmartwiła się – Będzie też ciemno?


-        Kwestię ciemności da się załatwić, mam ze sobą pewne przydatne przedmioty, które świecą, ale nie rozwiążą one problemu zimna.


-        No ale to i tak lepsze niż umrzeć z rąk Urlaka czy Hura, prawda? – rzekła po dłuższym zastanowieniu.


-        Dlatego właśnie tam zmierzamy. – rzekł od niechcenia.


Ren i Ella poszli dalej. Chwilę później byli na miejscu i ujrzeli niewielką grotę, prowadzącą w głąb ziemi. Była ciemna i straszna, więc Elli ciarki przeszły po placach, ale tak czy owak, musieli tam wejść.


Zanim jednak to zrobili, Ren gwałtownie się zatrzymał i spojrzał w tył, ku zdumieniu Elli. Wyczuł bowiem obecność grupy ludzi i do razu pomyślał o skrytobójcach lub żołnierzach z Cehronu lub Norhenu. Był pewien, że czyhają na ich życie i już teraz obmyślał strategię działania.


-        Ren, czy coś jest nie w porządku? – zaniepokoiła się Ella.


-        Nie... Wydawało mi się. – skłamał, odwracając wzrok – Chodźmy już! – Ella uspokoiła się i skinęła głową, po czym oboje weszli do środka.


***


Ziemia: Londyn – dom Davida, około 14:00



David odpoczął po nocnym dyżurze i zastanawiał się, co robić przez resztę dnia. Pomyślał o Mary, żeby umówić się z nią na spotkanie, ale odpisała mu sms-em, że będzie zajęta. Westchnął więc i postanowił się przejść, mimo mroźnej pogody. Jednak kiedy się ubierał, z szafy wypadło źle postawione, małe pudełko. Schylił się, by je podnieść i wówczas wpadł na pomysł, by przejrzeć jego zawartość, gdyż dawno do niego nie zaglądał. Usiadł więc na fotelu, przy kominku i otworzył pudełko. Zamarł, gdy od razu na samym wierzchu ujrzał swoje rodzinne zdjęcie.


Wyjął je ostrożnie i przyjrzał się swoim rodzicom. Jego mama była piękną szatynką, a tata – przeciętnej urody blondynem. On zaś miał na tej fotce miał jakieś pół roku. Pani Johnson trzymała go na rękach i uśmiechała się do niego. David nawet się nie zorientował, kiedy po jego policzku spłynęła samotna łza. Odłożył zdjęcie i otarł łzy. Ponieważ zaś był w melancholijnym nastroju, zaczął wspominać swoich rodziców.


Jego matka była malarką. Sprzedawała obrazy, robiła wystawy i była powszechnie znana w swej branży, jako „wróżka kwiatów”. Malowała bowiem głównie kwiaty właśnie – w pejzażu, wazonach, bukietach itd. Była dla niego bardzo dobra i uczyła go zasad oraz wrażliwości, które uważała za najważniejsze. To zapewne dlatego, w szkole mówili, że jest zniewieściały i trochę niemęski. Jego ojciec natomiast był dobrym chirurgiem, ale rzadko bywał w domu, przez taką pracę, więc nie miał dużego wpływu na jego wychowanie. Za to, jak David później sam odkrył, odziedziczył po nim talent lekarski i zamiłowanie do medycyny. Zawsze mawiał, że miał wspaniałych rodziców. Nie miał na co narzekać. Jednak pewnego dnia, jego szczęście się skończyło...


To było rok po tym, jak skończył medycynę i zaczął praktyki. Jego ojciec poleciał na międzynarodową konferencję lekarzy do Nowego Jorku i zabrał ze sobą żonę. David nie pojechał, bo miał wtedy pracę i nie mógł sobie wziąć wolnego. Nigdy nie zapomniał tego okropnego telefonu dzień później od ich wyjazdu, w którym usłyszał kondolencje od policjanta. Okazało się bowiem, że taksówka, którą jechali jego rodzice na lotnisko, by wrócić od domu, zderzyła się z tirem. Nikt z nich nie przeżył. To był dla niego szok. Nie dotarło to do niego, dopóki nie ujrzał trumien swoich rodziców w Londynie...


Tkwił w żałobie przez ponad dwa lata i całkowicie oddał się pracy, by nie myśleć o tej tragedii. Pracował tak ciężko, że szybko stał się jednym z najlepszych neurologów w Londynie i zrobił karierę. Nie umiał jednak się pogodzić ze śmiercią rodziców ani z niczego cieszyć. Dopiero, gdy poznał Mary jego życie się odmieniło...


Ta dziewczyna, która go oczarowała, a potem została jego przyjaciółką, ostatecznie wyciągnęła go z tego marazmu i dała nowy powód do życia. Uśmiechnął się smutno i przejrzał pozostałą zawartość pudełka. Natknął się w nim na stare zdjęcie z ich wspólnej wycieczki w góry, do jego domku letniskowego, gdzie Mary siedziała na śniegu z nartami na nogach.


Przypomniał sobie, że kiedy robił jej tę fotkę, dopiero co upadła na pupę. Stawiała wtedy pierwsze kroki na nartach, a  on był jej nauczycielem. Sam umiał jeździć doskonale, bowiem to było hobby jego rodziców, które przekazali mu już w dzieciństwie.


Westchnął ciężko i zamknął pudełko. Po tym wszystkim miał jeszcze większą chandrę i potrzebę spaceru, więc szybko udał się do pobliskiego parku, aby się przejść.


~Aruell

Aruell
Nastrój: Wena, wena mnie rozsadza! ;D
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 21

piątek, 8.kwietnia.2011, 18:20
Witajcie! ^^
Przed Wami drugi rozdział Części I tego opowiadania. Tym razem nie będzie przedłużania.

Mam tylko jedną, malutką prośbę do czytających to opowiadanie (także tych, którzy nie komentują) - wpiszcie się proszę do Księgi Gości. Będzie mi niezmiernie miło. ;)

I jeszcze jedna, mała informacja - w niedzielę około 14:00 dodam bonusowo kolejny rozdział. Mam nadzieję, że spodoba się Wam ta niespodizanka. ^^

Zapraszam i życzę miłego czytania! ;)
Pozdrawiam ^^

***


27 dzień cuadrilu 8976 roku, Egharia: Veolia - Las Sverse, noc



Przerażona Ella usiłowała cokolwiek dostrzec i nasłuchiwała uważnie, nie wiedząc czego się spodziewać. Nagle poczuła gwałtowne szarpnięcie Rena, który przycisnął ją mocno do drzewa i trwał tak w bezruchu, tuż przy niej. Czuła na plecach twardą korę i ból po uderzeniu, ale jedyne, o czym była w stanie myśleć, to o strachu i bliskości Alrena. Serce waliło jej jak szalone, kiedy usłyszała jego szept.


-        Nie ruszaj się i bądź cicho, a wszystko będzie dobrze.


-        A-ale... C-co się dzieje? – odparła drżącym głosem – Nic nie widzę...


-        Ale ja widzę... – gdy to powiedział, odważyła się spojrzeć w jego oczy i wtedy zamarła.


Świeciły bowiem teraz zielonym światłem i przyprawiły ją o ciarki na plecach. Wystraszyła się go, chciała o coś spytać, ale wtedy spojrzała mimowolnie w punkt, w który uparcie się wpatrywał i zamarła na widok tego stworzenia.


Kilka metrów dalej, nad ziemią unosił duch, płonący żywym, czerwonym ogniem. Jego oczy były czarne i z pewnością wyrażały wrogość wobec nich. Płomienie nie podpalały drzew ani krzewów, ale i tak wyglądał przerażająco. Ella domyśliła się, że to Żywiołak Ognia i chciała sobie przypomnieć słowa Rena na ich temat, ale była tak sparaliżowana strachem, że nie mogła. Na szczęście Ren zdawał się zachowywać zimną krew.


-        Siedź cicho, bo inaczej się nie uda! – powtórzył z naciskiem, po czym odsunął się od niej powoli i wolną ręką wezwał magicznie jakiś przedmiot.


Ella rozpoznała coś, jakby okarynę lub harmonijkę i coś jej zaczęło świtać, a kiedy Alren zaczął grać spokojną i piękną melodię – olśniło ją. Muzyka! To była ta metoda, o której mówił. Spojrzała na Żywiołaka i zdumiała się, widząc, że wyglądał teraz znacznie bardziej pokojowo. Im dłużej Ren grał, tym duch zdawał się być senniejszy, aż w końcu po kilku długich minutach, zasnął wśród krzewów, a Alren przestał grać.


-        Idziemy! – powiedział zdecydowanie – Kiedy się obudzi, nie będzie o nas pamiętał, ale nie możemy tu zostać. Musimy zmienić miejsce naszego obozu.


Do Elli z trudem docierały jego słowa. Była zbyt przejęta i wystraszona, ale poszła za nim grzecznie, kiedy tylko szarpnął kajdankami.


***


Wtorek, 29 grudnia 2011 roku, Ziemia: Madryt – Biuro Nicka



Nick nie mógł się tego ranka skupić na pracy. Wciąż miał w głowie tą wczorajszą scenę na dachu restauracji. Jego niepokój był tym i większy, że Sara nie dawała znaku życia. Wydzwaniał do niej już niezliczoną ilość razy. Podświadomie obawiał się, że zrobi jakieś głupstwo.


Kiedy pił kolejną kawę z rzędu i próbował się uspokoić, do jego gabinetu weszła Sara, uśmiechnięta, jak gdyby nigdy nic.


-        Sara? Co ty tu do cholery robisz? – zdziwił się i zdenerwował zarazem.


-        Przepraszam za spóźnienie. Przyniosłam dokumenty do podpisania na dziś... – odparła ignorując jego słowa.


-        Czekaj chwilę, zadałem ci pytanie. – rzucił ostro.


-        Pracuję. – udała zdumienie.


-        Nie możesz teraz pracować, Saro. Powinnaś odpocząć i skorzystać z pomocy psychoterapeuty. To, co zrobiłaś wczoraj, świadczy o tym, że jej potrzebujesz.  – mówił sucho.


-        Jak możesz? – łzy napłynęły jej do oczu.


-        Spójrz na siebie, jesteś rozhuśtana emocjonalnie. Absolutnie nie możesz pracować. – mówił rzeczowo.


-        Zwalniasz mnie? – dodała słabym głosem.


-        Nie... – zawahał się, bowiem miał na to wielką ochotę, ale uznał że teraz to mogłoby być zbyt niebezpieczne – Wysyłam cię na roczny urlop zdrowotny. – dokończył tonem, nie znoszącym sprzeciwu.


-        Ale ja nie chcę... – zasmuciła się.


-        Moja decyzja jest ostateczna. – rzekł zdecydowanie – Posłuchaj, Saro. Jeśli chcesz tu wrócić po roku czasu, musisz się poddać terapii, rozumiemy się? Taki jest mój warunek.


Sara przez chwilę nie wiedziała, co ma robić ani powiedzieć, ale w sumie nie dziwiła się mu. Zrobiła wczoraj zamieszanie. Ostatecznie postanowiła się zgodzić.


-        Dobrze, szefie... – szepnęła, pożegnała się i wyszła z jego gabinetu.


Nick czuł, że podjął najlepszą w tej sytuacji decyzję i uświadomił sobie, że musi znaleźć nową sekretarkę. Zamknął oczy, bo poczuł przypływ zmęczenia na samą myśl o tych rozmowach kwalifikacyjnych i formalnościach. W końcu postanowił pójść po pracy do tego nowego klubu, który podobno dopiero wczoraj otworzyli, a o którym już dziś usłyszał wiele dobrego.


***


Egharia: Veolia - Las Sverse, noc


Ella i Alren szli w kompletnych ciemnościach przez jakieś pół godziny, aż dotarli do niewielkiej groty skalnej, którą Ren uznał za doskonałe schronienie. Ponownie zapalił zielony płomień i mogli się ogrzać.


Dopiero teraz uważnie przyjrzał się Elli, która siedziała skulona i nieobecna, patrząc w ogień. Zastanawiał się, jak ją uspokoić.


-        Ello... Nadal się boisz? – spytał bez pardonu, patrząc w jej zlęknione oczy, by wybudzić ją z szoku – Nic się przecież nie stało i już po wszystkim. – dodał po chwili.


-        A jeśli znów nas znajdzie? A co jak przyjdą te pozostałe? Co zrobimy?! – mówiła drżącym głosem to, co w tej chwili nie dawało jej spokoju.


-        Uspokój się. – rzucił zdecydowanie widząc, że panikuje.


-        Zabiją nas, prawda? Jesteśmy skuci i nie możesz się bronić tak, jakbyś był sam... Przeze mnie, możesz zginać... Przez to, że jesteś na mnie skazany... – mówiła chaotycznie i nerwowo, nie mając odwagi patrzeć mu w oczy, a on się zdziwił.


-        W tej sytuacji martwisz się o mnie? – był w szoku, kompletne go zaskoczyła tym zdaniem – Myślałem, że boisz się o siebie.


-        Też, oczywiście, ale w sumie, to i tak nie jest mój świat... – rzekła smutno – Może tylko jeśli tu umrę, będę mogła wrócić do domu... – zastanawiała się.


-        Nie mów tak! – zdenerwował się – Nie możesz umrzeć!


Przez chwilę zastanawiał się, czy nie powiedzieć jej prawdy o tym, że jest duchem i jeśli jakimś sposobem jej dusza zostanie zniszczona, obróci się w nicość i po prostu przestanie istnieć. To go przerażało najbardziej. Ella zdziwiła się jego gwałtowną reakcją.


-        Ren, przecież nie możesz mnie cały czas chronić... – rzekła zakłopotana – Chciałabym być bardziej pożyteczna, a tymczasem jestem tylko twoim balastem.


-        Znowu zaczynasz? – zdenerwował się i szarpnął nią tak, że znalazła się twarzą w twarz z nim – Co mi obiecałaś w Leosie? – spytał dość ostro, a ona intensywnie myślała nad odpowiedzią, aż ją olśniło.


-        Że ci zaufam? – spytała niepewnie, przełykając ślinę na widok tego głębokiego spojrzenia.


-        Właśnie, a oprócz tego, że będziesz mnie słuchać. – dokończył – A tymczasem nie robisz ani jednego ani drugiego. Nie ufasz mi i nie słuchasz mnie. – podsumował.


-        Wybacz, ja tylko... tak się wystraszyłam, że...  – urwała, gdyż powoli zaczęła znów myśleć racjonalnie.


Ella zamyśliła się. Rzeczywiście, Alren miał rację. Obiecał, że ją ochroni i tak było. Unieszkodliwił żywiołaka i nawet włos im z głowy nie spadł, mimo skucia kajdankami. Uświadomiła sobie, że pozwoliła by strach i panika zamąciły jej w głowie. Nieco się zasępiła. Uważała się za bardziej odważną, ale jak widać, życie zweryfikowało jej pogląd. Dochodząc do tego wniosku, uznała, że jest mu winna kilka słów.


-        Ren... – spojrzała na niego po dłuższej chwili i zauważyła, że się jej bacznie przygląda. Zarumieniła się mimowolnie – Przepraszam, spanikowałam. Dziękuję ci też za wszystko. Będę ci ufać od tej pory. – zapewniła, a jej głos zabrzmiał bardziej zdecydowanie, niż za pierwszym razem.


-        Nie deklaruj, że będziesz mi ufać, tylko po prostu ufaj. – uśmiechnął się do niej – Obiecałem, że nic ci nie będzie i dotrzymam słowa. – po tych słowach, delikatnie przesunął palcem po jej policzku i zatrzymał się na jej ustach, które nim obrysował, po czym Ella gwałtownie się odsunęła, a on cofnął rękę, sam nieco zdziwiony tym, że to zrobił.


Serce Elli waliło jak szalone. Dotyk Rena wywołał przyjemny dreszcz i jeszcze intensywniejsze rumieńce na policzkach. Trwała w bezruchu przez chwilę, a potem odwróciła się do niego bokiem, próbując uspokoić to dziwne uczucie w brzuchu. Ren miał szczerą ochotę się z nią podroczyć, ale uznał, że miała już wystarczająco dużo wrażeń i nie będzie jej denerwował. Westchnął więc głośno, co zwróciło uwagę Elli.


-        Spróbuj zasnąć, bo nie będziesz miała sił na wędrówkę, a wierz mi, przed nami długa droga. – powiedział zwyczajnie i sam oparł się o ścianę groty, szukając wygodnej pozycji do drzemki.


-        Nie ma szans, bym zasnęła. Za bardzo mnie przeraża ta ciemność i odgłosy, nie mówiąc o... – urwała, bowiem zobaczyła, jak Ren otwiera na nią swoje wolne ramię.


-        Chodź i nie marudź już. – rzekł krótko, a ją zatkało.


Przez chwilę wahała się, czy ma to zrobić. Jednak to zaproszenie było tak kuszące, że musiała z niego skorzystać. Przytuliła się więc do niego ostrożnie, a on zdecydowanie objął ją ramieniem i lekko do siebie przytulił, zamykając z uśmiechem oczy.


Elli zrobiło się niesamowicie przyjemnie, kiedy poczuła jego ciepło. Nie straszne jej już były panujące tu mrozy. Upajała się jego zapachem i nasłuchiwała rytmu serca. Był równy i zdecydowany, zupełnie, jak on sam. Natomiast sam fakt, że Ren ją przytulał i że w ogóle wyszedł z taką inicjatywą, zdumiewał ją najbardziej. Gdy odważyła się na niego spojrzeć, wciąż miał zamknięte oczy. Czyżby zasnął? Wpatrywała się więc długo w jego profil, walcząc z pokusą, by dotknąć jego twarzy, aż w końcu zasnęła.


Tymczasem Ren wcale nie spał, tylko czuwał i gdy zauważył, że usnęła, spojrzał na nią z uśmiechem. Słyszał bardzo dobrze jej szybko bijące serce i wiedział, że się mu przyglądała, ale nie reagował. Lubił tą jej nieśmiałość, zakłopotanie i ciągłe ukrywanie uczuć. Była przy nim tak słodka i naiwna zarazem, że aż dziw brał. Jednak po chwili pomyślał, że to może nawet lepiej, bo gdyby była zaborcza i zdecydowana, pewnie już dawno oparłby się jej wdziękom. A tak, jakoś tak nie potrafił... Za to chętnie się z nią, z tego powodu, przekomarzał i mimo wszystko był pewien, że kiedyś Ella pozbędzie się tego wstydu i niepewności, a wtedy z łatwością zdobędzie prawie każdego mężczyznę, być może nawet... jego samego? Oczywiście, o ile wcześniej nie zniknie... Tą smutną myślą, zakończył swe rozważania na temat przyszłości, gdyż dotarło do niego, że coraz bardziej martwi go ten problem.


***


Tymczasem w gdzieś w Lesie Sverce zebrała się grupka zakapturzonych postaci, które z pewnością nie były duchami. W zupełnej ciemności dało się usłyszeć krótką wymianę zdań.


-        Pamiętajcie, nie możecie zawieść! – syknął wysoki mężczyzna – Jeśli On nie zginie do końca tego tygodnia, Thar mnie zabije, a wraz ze mną i was. Miejcie to na uwadze...


-        Ale szefie, trudno będzie go tu znaleźć... – rzekł niepewnie jeden  z pozostałych.


-        Durnie! – zdenerwował się – Myślcie trochę! Dopiero tu wszedł i to podobno nie sam, tylko z jakąś laską, więc to chyba oczywiste, że wybierze najbezpieczniejszą drogę! A jest nią...


-        Ale tam przecież nie można...


-        Wiem.


-        Będziemy bezb... – nie dawał za wygraną.


-        Zamknąć się! Jutro tam pójdziemy i załatwimy go razem z ta babką, jasne?


-        Tak jest... – odparli niechętnie, po czym wszyscy się ulotnili, jakby jednak byli duchami.

Aruell
Nastrój: Weekend w domciu ^^
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Część I - Rozdział 20

piątek, 1.kwietnia.2011, 18:51
Witam ponownie! ;)
Czas zacząć właściwą treść opowiadania. ^^ Podróż Elli i Rena dopiero się zaczęła... Co napotkają na swej drodze? Czego się o sobie dowiedzą? O jaką nadzieję chodzi? O tym właśnie, już niedługo, w tej części...
Zatem zapraszam i życzę miłego czytania ;)

***

Blask Miryonu


Część I – „ W poszukiwaniu nadziei”




27 dzień cuadrilu[1] 8976 roku, Egharia: Veolia - Las Sverse




W mroźnej krainie - Veolii, zbliżał się powoli wieczór. Robiło się coraz ciemniej i zimniej, ale na szczęście nie padał śnieg, a niebo było pogodne. Ella i Ren dopiero niedawno weszli do Lasu Sverse, a już musieli się zatrzymać, gdyż podróż w tym miejscu, w nocy nie była dobrym pomysłem.


Wybrali na obóz niewielką dolinę, zarośniętą gęstymi krzewami, które były tylko nieznacznie pokryte śniegiem, bowiem większość białego puchu zatrzymywały korony wysokich drzew. Ren użył magii, by usunąć część roślin i powstała mała polanka, gdzie spokojnie mogli rozpalić ognisko. Dopiero wtedy Ella sobie uświadomiła, że nie mają nic na opał.


-        Ren... Chyba musimy iść po drewno... – rzekła nieśmiało, kiedy już zdjęli swoje tobołki z pleców.


-        Nie, nie musimy. – odparł niespiesznie i wyszeptał kilka słów pod nosem.


Po chwili na środku polanki, pojawił się zielony płomień, który unosił się kilka milimetrów nad ziemią i palił się samoistnie. Dziewczynę zatkało.


-        Skoro możesz robić takie cuda, to czemu w czasie podróży do Leosu używałeś normalnego ognia? – zaciekawiło ją to.


-        Bo na tym ogniu nie można nic upiec.  – usiadł blisko źródła światła - Ten płomień jest nieszkodliwy, dlatego jest najlepszy w takim zarośniętym terenie, jak ten. Jeśli włożysz do niego rękę nic się nie stanie. Nie oparzy cię ani nie podpali ubrania. Daje tylko ciepło i światło, nic poza tym.


-        Coś takiego...? – nie mogła się nadziwić.


-        Jak mi nie wierzysz, to spróbuj. – zaśmiał się, bowiem jej zdumienie go bawiło.


Ella przez chwile się zastanawiała, ale w końcu przeleciała ręką nad płomieniem i nie stało się zupełnie nic. To było dla niej fascynujące.


-        Widzisz? Mówiłem. – uśmiechnął się i podał jej porcję jedzenia.


Na szczęście, na razie nie musieli się martwić o żywność, bo wzięli jej spory zapas z domu Bena. Ella usiadła obok niego i jedząc swoiste kanapki, zastanawiała się, co to za miejsce. Miała tyle pytań, że postanowiła zaryzykować i skłonić Alrena do rozmowy.


-        Ren...? – spojrzała mu w oczy, kiedy on w skupieniu badał okolicę wzrokiem, jakby warował, czy coś się nie zbliża.


-        Tak? – na chwilę na nią zerknął.


-        Możesz mi coś powiedzieć o tym lesie? Co to za miejsce?


-        Naprawdę chcesz wiedzieć? Możesz mieć przez to problemy z zaśnięciem. – odparł szczerze, ale z przekąsem.


-        Trudno. I tak na razie nie jestem senna. – mruknęła – Poza tym, wolę posłuchać opowieści, niż śnić koszmary. – nadal obawiała się, że zobaczy ciąg dalszy tamtego strasznego snu.


-        Dobrze więc, opowiem ci historię tego lasu. – zaśmiał się, widząc jej zniecierpliwienie – Tylko pamiętaj, że cię ostrzegałem. – dodał po chwili już poważniej.


***


Noc z 28 na 29 grudnia 2011 roku, Ziemia: Londyn - Szpital


Mary dosłownie wbiegła do sali Elli, jak tylko dotarła do szpitala i zastała tam wystraszonego Davida. Już chciała o coś pytać, kiedy w oczy rzuciła jej się, świecąca błękitnym blaskiem, bransoleta na nadgarstku Elli. Podeszła do niej i próbowała jej dotknąć, ale poczuła coś, jakby delikatne porażenie prądem, więc odruchowo cofnęła rękę.


-        Co to jest, do cholery? – zdenerwowała się – Skąd to się tu wzięło?


-        Nie wiem, co to jest, ale to przez tamta kobietę...


David przypomniał jej, jak opowiadał na ich randce o dziwnej reporterce i co zdarzyło się przed chwilą na jego dyżurze, co bardzo zdziwiło i zaniepokoiło Mary.


-        Trzeba ją znaleźć! – postanowiła siostra Elli.


-        Ale jak? Nic o niej nie wiemy. Poza tym... – zawahał się – Nie możemy się z nią spotkać bezpośrednio.


-        Jak to? Niby dlaczego nie?


-        Mary... Wiem, że to szaleństwo, ale myślę, że mamy do czynienia z czymś nadnaturalnym i niebezpiecznym. – nie wiedział, jak to powiedzieć.


-        Co? O czym ty bredzisz? – była w szoku.


-        Słuchaj, nie sądzisz, że to dziwne od samego początku? Najpierw to cudowne ozdrowienie, potem śpiączka mimo w pełni zdrowego ciała, później ta bransoleta, która raczej nie wygląda normalnie i w dodatku ta kobieta... – westchnął, widząc, że Mary dziwnie się na niego patrzy – Ona mnie jakby zaczarowała. Nie mogłem się ruszać, a jej oczy świeciły, jak małe lampki. To nie jest normalne...


-        Racja, to nie jest normalne, że mówisz takie bzdury! Mam rozumieć, że spotkałeś czarownicę albo ducha? – niedowierzała.


-        Nie wiem, kim ona jest! – zdenerwował się – A skoro twierdzisz, że mówię bzdury, to jak wyjaśnisz ozdrowienie Elli?


-        Może to naprawdę był cud? – zawahała się.


-        Cud?  - zakpił - Szczerze, to prędzej uwierzę w siły nadprzyrodzone, niż w religijne cuda. Możesz o mnie myśleć, co chcesz, ale ja nie żartuję. Gdybyś spotkała tą kobietę, zrozumiałabyś... – dodał już spokojniej.


-        W takim razie będę tu przychodzić co nocy, aż ją spotkam. Póki co, myślę, że jesteś przemęczony. – odburknęła – Ta bransoleta pewnie ma jakieś latarki w środku, jak większość zabawek, i dlatego tak świeci, a ty robisz z tego akcję  rodem z Archiwum X


-        Nie jestem szalony ani przemęczony! – zdenerwował się – Poza tym to bez sensu byś zarywała noce, by czekać na kogoś, kto może już w ogóle nie wrócić do szpitala. – stwierdził fakt.


-        Przecież nie mogę tego tak zostawić! A co jeśli następnym razem zrobi jej krzywdę? – krzyczała na niego, a on się chwilę zastanowił i wtedy przyszedł mu do głowy pewien pomysł.


-        Wiem, co zrobimy. – oznajmił – Pogadam z dyrektorem i ochroną, by założyli w tej sali ukrytą kamerę i podsłuch. Wtedy ochrona będzie miała na oku to pomieszczenie i jak coś będzie interweniować. Poza tym, gdyby tu wróciła, możemy się dowiedzieć, jak dokładnie wygląda, co pomogłoby nam w poszukiwaniach.


-        Dobry pomysł! – sama się zdziwiła, że to takie proste – Trzeba tak zrobić. – dodała i lekko się uśmiechnęła, bowiem było jej trochę głupio, że się z nim sprzeczała, kiedy on mówił wszystko w dobrej wierze


***


Egharia: Veolia - Las Sverse


Ella wpatrywała się w Rena, uważnie słuchając jego opowieści. Była ciekawa, czemu straszył, że po niej nie zaśnie.


-        Las Sverse to inaczej Las Dusz. – zaczął w końcu, wpatrując się w zielony płomień przed nimi – Potraktuj to dosłownie, Ello. Tu nie znajdziesz żywych, nie mieszkają tu ani zwierzęta ani tym bardziej ludzie. To swoiste cmentarzysko. Nikt więc bez ważnego powodu się tu nie zapuszcza. Prawie wszyscy omijają ten las brzegiem jeziora Eloy.


-        Dlaczego? Bo tu straszy? – zaśmiała się, choć poczuła przypływ adrenaliny po tych słowach.


-        Też... – zrobił nieznośną pauzę – Oczywiście są tu kapryśne duchy, które lubią straszyć, ale w sumie są niegroźne. Nazywają się Lifiny. Często opuszczają las i niepokoją wioski wokół niego. Niestety zdecydowana większość mieszkańców tego lasu, to nie są tylko psotliwe szkodniki... – Ren spoważniał i znów badał otoczenie czujnym wzrokiem.


-        Więc kto tu jeszcze mieszka? – spytała z rosnącym niepokojem.


-        Jest tego całe mnóstwo, Ello. Wszelkiego rodzaju zjawy, upiory, duchy i duszki. Widzialne i niewidzialne...– westchnął, widząc jak łaknie wiedzy –  W każdym razie, z pewnością należy się obawiać Żywiołaków, gdyż mogą z łatwością zabić bezbronnego lub niedoświadczonego człowieka. – wyjaśnił.


-        A czym one są? – to pytanie nasunęło się jej automatycznie.


-        Są cztery rodzaje żywiołaków: ziemi, wody, powietrza i ognia. Każdy z nich włada odpowiednim żywiołem i jest równie niebezpieczny. Całe szczęście jednak, że należą do tych widzialnych duchów, więc można je zawczasu zauważyć i uciec. Gdyby jednak doszło do konfrontacji, najlepiej jest zagrać jakąś melodię lub zaśpiewać. To je uspokaja i usypia, co daje możliwość ucieczki. – opowiadał, wzbudzając coraz większe zainteresowanie Elli.


-        Widzę, że dużo o tym wiesz.... – zauważyła.


-        Owszem... Jednak mimo wszystko Zywiołaki to łagodniejsze duchy tego lasu. – mówił dalej – Są bowiem też nieumarli, których nazywamy Urlakami. Wyglądają jak szkielety, zombi itp., ale nie są materialni.  – Ellę przeszył dreszcz, nie znosiła widoku szkieletu – Urlaki mogą być widoczne, ale potrafią się też maskować i ty, na przykład, nie mogłabyś ich wtedy ujrzeć. Wyszkoleni magowie i kapłani oraz wojownicy z łatwością sobie z nimi poradzą, nie lubią bowiem światła, które je osłabia i niszczy. Jednak pozostali najczęściej nie przezywają spotkania z nimi.


-        Umierają ze strachu? – wysiliła się na kiepski żart, mimo iż tak naprawdę ta historia podobała się jej coraz mniej.


-        Dokładnie tak. Widok Urlaków jest tak obrzydliwy, że powoduje szybki zgon. Wywołują też halucynacje twojej własnej śmierci, co zwykle przyspiesza sprawę. – Ren mówił to tak poważnie, że Ella poczuła ciarki na plecach.


-        No to nieciekawie... – głos jej się załamał, a Ren się roześmiał.


-        Boisz się? – szepnął bardzo powoli, drocząc się z nią.


-        Wcale nie! – skłamała, starając się uspokoić.


-        Skoro tak, to powiem ci o jeszcze jednym mieszkańcu tego lasu, którego nawet ja nie chciałbym spotkać... – znów miał poważną minę, a Ella wstrzymała oddech – Mianowicie chodzi o Hurów, znanych jako „wieczne zjawy”. Są to dusze wojowników, magów i kapłanów, którzy polegli w wielkiej bitwie pod Sverse wieki temu.


-        Co to była za bitwa?


-        Ehh nocy by zabrakło, by o tym opowiedzieć... W każdym razie, wtedy nie było tu jeszcze tego lasu, tylko wielka równina. Bitwa była straszna, bo poległo w niej ponad 600 tysięcy ludzi, w ciągu jednej nocy. W dodatku nie zginęli w sposób normalny, lecz od siły rażenia zakazanego zaklęcia czarnej magii, które więzi dusze w świecie żywych, na ograniczonym obszarze. Oto, kim są Hurowie. Równina zaś stała się przeklęta i zapomniana, jako że była więzieniem tych dusz i dlatego wyrósł tu ten gęsty las. By zyskać spokój i trafić do zaświatów, każdy Hur, musi zabić co najmniej 5 żywych i pożreć ich dusze. – zrobił pauzę, a Elli zrobiło się nagle bardzo zimno – Teraz sobie policz, że takich Hurów jest w tym lesie około 600 tysięcy i  każdy z nich tylko marzy, by zabić 5 osób i zyskać wieczny spokój...


Ren zamyślił się na chwilę, gdyż to właśnie Hurowie martwili go najbardziej oprócz skrytobójców. Nurtowało go też, czy Ella, będąc specyficznym duchem, nie jest czasem wabikiem dla mieszkańców tego lasu. Wiedział bowiem, że duchy przyciągają się wzajemnie, więc kiedy on dla większości duchów jest niezauważalny, w przypadku złotowłosej może być zupełnie odwrotnie. Zastanawiał się więc, jaką drogą pójść, by było najbezpieczniej.


Ella zaś była już nieźle wystraszona i zaczęła żałować, że w ogóle chciała usłyszeć tą historię. Zwłaszcza, że odkąd zrobiło się ciemno, widziała jakieś pojedyncze, jasne obiekty w odmętach nocy i słyszała coraz częściej dziwne odgłosy.


-        Ale pewnie i na nich jest jakiś sposób? – spytała, by rozładować napięcie.


-        Tak, choć tylko najlepsi go znają - Arcykapłani, Generałowie i Arcymagowie. Tylko oni mają wystarczającą moc i wiedzę, by się sobie z nimi poradzić. Jednak jest to o tyle trudne, że Hurowie widzą ludzkie lęki i mogą to wykorzystać.


-        Nie bardzo rozumiem...


-        Przykładowo, jeśli boisz się węży, zobaczysz jak najbardziej realnego węża, który może cię zabić ukąszeniem lub udusić. Twój lęk się więc materializuje i wspomaga Hura, który w międzyczasie pożera twa duszę, aż przestaniesz istnieć.  – zamknął na chwilę oczy – Dlatego mówiłem, że nie chciałbym się  z nimi spotkać i lepiej módl się, by tak było... Na razie chyba już wystarczy, co Ello?. – dał jej do zrozumienia, że skończył opowieść, a ona aż podskoczyła, gdy tylko nieznacznie podniósł głos.


-        Ostrzegałem... – zaśmiał się, widząc, że jest kompletnie przerażona.


Nagle zgasł zielony płomień i zapadła całkowita ciemność. Jednocześnie oboje usłyszeli przeraźliwy ryk, więc Ella odruchowo mocno chwyciła się Rena, aż poczuł jej nie udawane, silne drżenie.


Co to za cholerstwo? Lifiny? Urlaki? A może... Hurowie? – panikowała, widząc wokół tylko nieprzeniknioną ciemność.






[1] Cuadril – nazwa miesiąca, odpowiadającego Kwietniowi na Ziemi. (język egharski)



Aruell
Nastrój: Zjazd...
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 19

wtorek, 29.marca.2011, 22:15
Witajcie ;) Czas na ostatni rozdział Wprowadzenia do opowiadania "Blask Miryonu". Później zacznie się główna, właściwa treść i prawdziwa przygoda Alrena i Elli.
Jednocześnie zapowiadam, że w piątek pojawi się streszczenie całego Wprowadzenia, które może się okazać bardzo pomocne przed rozpoczęciem kolejnej części. ;)
Zapraszam serdecznie i życzę miłego czytania. ^^

***

Zdenerwowany David wpadł do dyżurki, jak szalony i całe szczęście, że nikogo tam akurat nie było, bo mógłby się go wystraszyć. Szybko wyciągnął swoją komórkę. Nie chciał budzić Mary tak, jak ostatnio, ale uznał, że to nie może czekać. Zadzwonił więc do niej i po chwili usłyszał jej zaspany głos.


-        Mary, wybacz, że cię budzę, ale to ważne... – rzekł niespokojnie, a ona była zdumiona, że się w końcu odezwał po tym ostatnim długim milczeniu.


-        Co się dzieje? – spytała jeszcze sennie.


-        Musisz tu przyjechać i to zobaczyć! Chodzi o Ellę... – powiedział to w taki sposób, że Mary od razu się obudziła.


-        Coś się jej stało?


-        Nie, nie... To znaczy chyba nie... Po prostu tu przyjedź... – rzekł niepewnie, nie wiedząc, czego oznaką jest tamta bransoleta.


-        Dobrze, zaraz tam będę! – rzuciła jeszcze, po czym się rozłączyła, a on wrócił do sali Elli i przyglądał się jej z rosnącym niepokojem, bowiem ozdoba na jej ręce nadal świeciła, jak latarnia.


***


Piękna kobieta patrzyła na nieco zdenerwowanego generała z góry. Była dość poirytowana, mówiąc delikatnie.


-        Czy znalazłeś już księcia i tą przeklęta kobietę? – spytała ostro, mimo że znała już odpowiedź.


-        Przykro mi, wasza wysokość, ale przepadli jak kamień w wodę. Jednak nasi szpiedzy są już w każdym kraju Egharii, więc na pewno szybko ich znajdziemy. – zapewniał, co jednak nie zadowoliło królowej.


-        Wkrótce zobaczymy, ile warte są twoje słowa, generale. Mam nadzieję, że nie zapomniałeś, jak ważna jest ta misja? – spojrzała na niego z grozą w oczach, aż zadrżał.


-        Oczywiście, że nie, królowo. – przełknął ślinę.


-        Daję ci miesiąc. Jeśli do tego czasu nie wypełnisz tego zadania, wiesz, co się z tobą stanie, prawda? – uniosła dłoń i demonstracyjnie przyzwała potężny, szkarłatny płomień, a on się nieco cofnął ze strachu.


-        Tak, wasza wysokość. – ukłonił się jej ponownie, a ona się uspokoiła i posłała mu władczy uśmiech.


Thar chciał się wycofać, by czym prędzej zająć się tą sprawą, ale królowa po chwili milczenia zatrzymała go jeszcze na chwilę.


-        Generale...


-        Tak? – spojrzał na nią zdziwiony, nie wiedząc czego się tym razem spodziewać.


-        Zapomniałam cię spytać o jeszcze jedną, drobną sprawę. – powiedziała tajemniczo – Czy Łowca Dusz zwiedza już zaświaty? – świdrowała go wzrokiem.


-        Niestety jeszcze nie, pani. – Thar ponownie przełknął ślinę – Jednak wiemy, już gdzie jest i przysięgam, że jeszcze w tym tygodniu zginie. Posłałem już Ghina, by zakończył definitywnie tą sprawę.


-        To świetnie. Wprawdzie myślałam, że już nie żyje, ale skoro wiecie już, gdzie jest, to nie powinno to długo potrwać. Dla mnie najważniejsza jest ta pierwsza misja, co do tej drugiej nie przewiduję problemów. – rzekła z przerażającym wyrazem twarzy - Możesz teraz odejść, generale i pamiętaj, co ci powiedziałam.


-        Tak jest, wasza wysokość. – ukłonił się królowej i wyszedł, a ona podeszła do balustrady tarasu i spoglądała na swoje królestwo w skupieniu.


***


Serilla jeszcze tej nocy, jak tylko wróciła ze szpitala, poszła do ciasnej, prywatnej kapliczki w siedzibie Bractwa Miryonu, uklękła przed nią i zaczęła się modlić, wyraźnie zaniepokojona.


-        Bogini Miro, błagam cię wysłuchaj mych słów i zaszczyć mnie swą obecnością. – brzmiało to jak zaklęcie i tak po części było, gdyż po chwili w miejscu posążka jakiejś kobiety, pojawił się jakby jej duch rozjaśniając pomieszczenie bladoniebieskim światłem.


Bogini Mira była niezwykle piękna - o długich do kostek, blond włosach, czarnym krótkim topie i dopasowanej, długiej spódnicy. Oprócz tego miała złotą biżuterię i przewiewny szal. Na jej czole zaś lśnił znak podwójnego półksiężyca – jeden był niebieski a drugi srebrny. Natomiast jej duże oczy miały cudowny i nieziemski szafirowy kolor. Wyglądała majestatycznie i sprawiała wrażenie potężnej.


-        Po co mnie wezwałaś, Serillo. – spytała dźwięcznym głosem.


-        By cię błagać o opiekę nad dziewczyną, którą Ziemianie nazwali „Ellą”. Właśnie wręczyłam jej świętą bransoletę, by mogła odkryć swą tożsamość i moc, ale obawiam się, że bez twej pomocy, pani, nie uda jej się. – rzekła z obawą w głosie.


-        Wiem, o wszystkim co się dzieje na Ziemi i w Egharii, Serillo, zatem wiem też o niej. Obserwuję ją i sadzę, że powinnaś bardziej w nią wierzyć, zamiast prosić mnie o opiekę nad nią.


-        Wybacz mi mą zuchwałość, pani. – skłoniła się nisko – Ale Egharia jest taka niebezpieczna... a ona jeszcze nic nie wie... – martwiła się na głos.


-        Serillo, zaufaj jej. Kiedy nadejdzie czas, wypełni swe przeznaczenie. – powiedziała zdecydowanie bogini – Tymczasem jest w dobrych rękach, osobiście o to zadbałam, więc do czasu przebudzenia, nic jej nie będzie. – zapewniła, po czym rozpłynęła się jak mgła, zostawiając Serillę samą w zamyśleniu.


***


W Leosie zbliżało się południe, kiedy Ren i Ella powoli opuszczali miasto. Dziewczyna z lękiem w oczach podziwiała mijane budynki i obserwowała mieszkańców Leosu. Miała spore obawy co do tej podróży.


Najbardziej ją martwiły niebezpieczeństwa, o których mówił Ren, ale których specjalnie jej nie wyjaśnił. Miała przeczucie, że to nie będzie łatwa podróż, pozbawiona przygód i trochę się tego bała. Po drugie niepokoił ją fakt, że cały czas będzie skuta z Renem kajdankami, zwłaszcza, że miała już próbkę takiego życia w domu Bena. Na sam wspomnienie od razu się rumieniła. Poza tym miała obawy, czy uda im się zniszczyć te kajdanki. Co jeśli nie? Co zrobi, jeśli będą skuci tak do śmierci? Wzdrygnęła się. Jakby tego było mało, miała też coraz większe wątpliwości, co do tego, czy uda jej się wrócić na Ziemię, do domu i to ją dodatkowo przygnębiało, nie mówiąc już o tym, że w ogóle dziwiło ją, jak tu trafiła i po co. Poczuła się przytłoczona całą tą sytuacją i ilością niewiadomych.


Kiedy tak szła smutna i zamyślona, zauważył to Ren i jakby czytając jej w myślach, zrozumiał, o co chodzi.


-        Nie myśl o tym tyle, bo osiwiejesz. – bąknął od niechcenia.


-        Skąd wiesz, o czym myślę? – nawet na niego nie spojrzała.


-        Nietrudno się domyślić.


-        Nie potrafię być taka spokojna, jak ty. – rzekła z lekką irytacją w głosie.


-        A kto powiedział, że ja jestem spokojny? – spytał, patrząc na nią i dopiero wtedy ich oczy się spotkały. Ellę nieco zdziwiły jego słowa.


-        Jak to? – dopytywała się.


-        To że tak wyglądam, nie znaczy, że taki jestem.  – westchnął - Ello, tak naprawdę, to nic o mnie nie wiesz, więc nie mów takich rzeczy. – powiedział dość chłodnym tonem, czego do końca nie rozumiała.


Skąd u niego taki zmienny nastrój? Może naprawdę martwił się o tą podróż i stąd takie zachowanie? Czyżby chodziło o to nieznane zagrożenie? A może taka już jego natura? Serce zaczęło jej szybciej bić, gdy sobie przypominała kilka jego twarzy, które już widziała.


Potrafił być zimny i nieprzyjemny, przerażająco niebezpieczny, ironiczny i zaczepny, ale także zabawny - lubił się z nią droczyć i przekomarzać oraz również - bardzo ciepły, troskliwy i pogodny, a uśmiech miał niesamowicie rozbrajający. Zaczęła się zastanawiać, ile jeszcze innych obliczy ma Alren i czy będzie jej dane je ujrzeć.


Serce jej znów niespokojnie zabiło, gdy uświadomiła sobie, że chciałaby wiedzieć o nim wszystko. Nawet ją samą zdumiał fakt, że tak szybko Ren zawładnął jej myślami. Nie zapomniała o Nicku, ale musiała sama przed sobą szczerze przyznać, że prawie w ogóle o nim nie myślała, odkąd przybyła do tego świata. Wiedziała też, że to, co czuła będąc przy Nicku całkowicie różni się od tego, co czuje przy Renie. Nigdy wcześniej nie czuła takiego pożądania, napięcia, niepokoju i bezpieczeństwa zarazem. Miotały nią sprzeczne emocje. Nick wydawał jej się teraz nijaki i nudny przy intrygującym, tajemniczym i skomplikowanym Renie. Nie umiała tego racjonalnie wyjaśnić, a może nie chciała?


Rozmyślała tak długo, aż poczuła, że Ren się zatrzymał i usłyszała jego głośne westchnięcie. Spojrzała więc na niego i znów zaskoczył ją jego łagodny uśmiech.


-        Rozchmurz się w końcu. Powiedz sobie, że jutro to wielka niewiadoma i szkoda czasu na planowanie i zamartwianie się o nie. Traktuj każdy, trwający dzień, jakby był ostatnim w twym życiu. Bierz od niego wszystko, rób to, na co masz ochotę i niczego nie odkładaj na jutro. Dzięki temu nigdy nie będziesz żałować, cokolwiek się wydarzy... Tego się nauczyłem podróżując po tym świecie.  – powiedział poważnie, patrząc przed siebie – Dlatego nie marnuj czasu na strach i rozmyślanie o przyszłości, o ile nie jest to absolutnie konieczne i ciesz się tym dniem. – dopowiedział, patrząc już w jej oczy i uśmiechnął się, widząc, jak ją zamurowało.


-        Nie wiedziałam, że taki z ciebie filozof... – wypaliła nagle zdumiona, a on się roześmiał.


-        Mówiłem, że jeszcze wielu rzeczy o mnie nie wiesz.  – rzekł z przekąsem.


Ella się uśmiechnęła na widok jego pogodnej twarzy. Od razu poczuła się lepiej. W międzyczasie coraz bardziej zbliżali się do lasu, który był już bardzo dobrze widoczny. Oboje nie wiedzieli, co ich czeka w przyszłości. Oboje nie wiedzieli więc, że ta podróż wszystko zmieni...



~ Aruell

Aruell
Nastrój: Dlaczego doba ma tylko 24 godziny...
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 18

środa, 23.marca.2011, 00:06
Witam wszystkich moich czytelników, tych udzielających się i "cichych wielbicieli" tej historii. Przedstawiam przedostatni rozdział wprowadzenia. ;)
W tej części oprócz kłopotów Nicka, pożegania Elli i Rena z Benem i Elen, pojawi się motyw wroga/zła, czy jak tam to nazwać. Mam nadzieję, że Was zaintryguje... ;P
Pozdrawiam wiosennie i miłego czytania życzę! ^^


***



Nick właśnie otwierał swój samochód, chcąc wrócić do apartamentu, kiedy usłyszał odgłosy paniki tłumu. Zdziwiony zerknął w stronę źródła dźwięku i wtedy zobaczył sporą grupę ludzi wpatrzoną gdzieś w górę z przerażeniem. Ponieważ to go zaintrygowało, podszedł od nich i sam też tam popatrzył. Wtedy zamarł. Na krawędzi dachu budynku, w którym znajdowała się restauracja, stała zapłakana kobieta. Nick zadrżał, rozpoznając w niej Sarę.


-        Jasna cholera! Czy jej odbiło? – syknął walcząc z paniką i nie czekając ani chwili dłużej, zaczął biec po schodach pożarowych na górę, dzwoniąc jednocześnie po policję i pogotowie przez komórkę.


Gdy dobiegł na sam szczyt, zbliżył się ostrożnie do Sary, aż mogła go zobaczyć.


-        Saro, co ty wyprawiasz? Złaź stamtąd natychmiast! – krzyknął, a ona uroniła kolejne łzy.


-        Po co? Po co mam żyć, skoro mnie nie kochasz! – odparła równie głośno, a jego zatkało.


-        I to ma być powód by się zabić? Czy ty nie masz rodziny, własnych marzeń? Jak możesz sobie odbierać z takiego powodu życie? Złaź natychmiast! – tracił cierpliwość, a może tylko nerwy mu puszczały, na samą myśl, że miałby kolejną, po Elli, osobę na sumieniu.


-        Nie mam rodziny już od dawna! A moje jedyne marzenie właśnie mi odebrałeś! – zachwiała się, a jemu serce na chwilę stanęło – Odkąd cię spotkałam, pracowałam i żyłam tylko dla ciebie, w nadziei, że w końcu odwzajemnisz moją miłość. Kiedy się wtedy kochaliśmy, poczułam że marzenie się spełnia, ale okazało się, że to tylko błąd, o którym mam zapomnieć! – łkała, a Nick odchodził od zmysłów. Usłyszał jednak syreny, więc pomyślał, że musi jeszcze przez chwilę ją powstrzymać, a potem się nią zajmą.


-        Saro, proszę cię, podaj mi rękę. – wyciągnął ją ku niej – Jeśli się zabijesz, nigdy nie będę twój, ale dopóki żyjesz, zawsze będziesz miała szansę. – rzekł specjalnie ją prowokując, a ona się zawahała, tworząc sobie kolejną iskierkę nadziei w sercu.


-        Naprawdę tak uważasz? – spytała nieśmiało.


-        Tak. – rzekł, zauważając policję na dachu – Podaj mi rękę... - patrzył na nią tak intensywnie, jakby chciał ją zahipnotyzować i coś w tym było, bowiem jej dłoń powoli zbliżała się od niego, aż był w stanie ją złapać.


Nick pociągnął ją i znalazła się bezpiecznie na dachu, przez chwilę do niego przytulona. Po czym policjanci odsunęli ją od niego, co zaskoczyło Sarę.


-        Co robicie? Puszczajcie!


-        Zakłóciła pani porządek publiczny i planowała samobójstwo. Musi panią zbadać lekarz. Dopiero wtedy panią puścimy. – wyjaśnił jeden z nich.


-        Nick! Zrób coś! Dlaczego mnie zabierają? – w jej oczach był widoczny obłęd, co zszokowało Nicka, który i tak był zdumiony, kogo miał za sekretarkę – Dlaczego nie reagujesz? – krzyczała dalej, ale on zupełnie ją ignorował, był zbyt przejęty tym wszystkim, co się wydarzyło.


Sarę zabrano, a Nick po dłuższym czasie pojechał do domu, usilnie próbując nie myśleć o zaistniałej sytuacji, choć było to niezwykle trudne, a wręcz niewykonalne.


 


***


 



Ren i Ella byli już gotowi do podróży, ubrani stali teraz przed drzwiami, patrząc na zaniepokojonego Bena i smutną Elen. Pożegnali się i mieli już wychodzić, kiedy Alren zamyślił się patrząc na białowłosą dziewczynę tak uporczywie, że aż się zarumieniła.


Myślał o minionej nocy i o tym, co wtedy usłyszał. Fakt, że złamie tej dziewczynie serce, sprawiał mu ból. Czuł, że jeśli jej czegoś zaraz nie powie, będzie żałował całą drogę do Eolium.


-        Elen... – zaczął ze smutnym uśmiechem na twarzy, co ją zaskoczyło i co próbowali rozgryźć Ella z Benem – Przepraszam...


-        Co? Ale za co? – zupełnie nie wiedziała, o co mu chodzi.


-        Przepraszam cię z całego serca! – powiedział głośnio i objął ją mocno wolną ręką, przyciskając do siebie.


Elen przytuliła się od niego i mocno zarumieniała, nie rozumiejąc jego zachowania. Mimo zdziwienia, czuła, jak jej puls przyspiesza. Dawno nie była tak blisko niego. Ben natomiast kompletnie zdębiał, gdyż pierwszy raz widział taki wyraz twarzy Rena. Zdumiał on też Ellę, która znów poczuła ten wewnętrzny niepokój. Powróciła myśl, że tą dwójkę łączy coś wyjątkowego, do czego ona nie ma prawa się wtrącać. Uświadomiła sobie, że jest zazdrosna, ale zupełnie nie wiedziała, jak ma się zachować, więc po prostu milczała, patrząc w bok.


-        Ren... Co jest grane? – spytała w końcu Elen, odsuwając się od niego, ale on milczał.


-        Powiem ci innym razem, kiedy będziemy sami. – rzekł łagodnie, spoglądając na chwilkę na Ellę, co sprawiło, że przez chwilę poczuła się jak intruz.


-        No dobrze... Kiedy się znów zobaczymy? – spytała z nadzieją w oczach.


-        Jak tylko załatwię sprawy w Eolium, to wpadnę na dłużej. – obiecał, a na się uśmiechnęła.


Wymienili jeszcze kilka zdań, po czym Ella i Ren opuścili dom Bena i skierowali swe kroki w stronę lasu Sverce.


 


***


 


David westchnął. Kolejny nocny dyżur. Ostatnimi czasy bardzo nie lubił tej zmiany, głównie przez te incydenty.


Ponieważ miał akurat chwilę spokoju, postanowił zajrzeć do Elli. Nie wiedzieć, czemu ciągle czekał na kolejny cud, który by ją obudził z tego dziwnego snu. Kiedy zaś skierował swe kroki w stronę jej sali, poczuł, jak przeszywają go ciarki po plecach. Zobaczył bowiem znajomy widok – tajemniczą kobietę, wychodzącą z sali Elli. Na chwilę go sparaliżowało, ale tym razem nie dał się tym omamić i podbiegł do niej szybko. Złapał ją za rękę i odwrócił ku sobie.


-        Kim pani jest? – spytał ostro, a ona spojrzała na niego ponownie tymi świecącymi oczami, z nieprzeniknionym wyrazem twarzy. Te ślepia go zahipnotyzowały i znów nie mógł się poruszyć.


-        Znowu ty? – spytała obojętnie – Z resztą nieważne. Po prostu się nie wtrącaj, a nic złego ci się nie stanie. – rzekła z przebiegłym uśmiechem na twarzy i zniknęła powoli, wychodząc spokojnie ze szpitala.


Dopiero, gdy wyszła, David odzyskał kontrolę nad ciałem. Przez chwilę jeszcze drżał, ale gdy w końcu się uspokoił, zrozumiał, że to nie sen. Ostatnio mu się nie przewidziało i teraz też nie. Nie miał wątpliwości co do tego, że z pewnością nie była to żadna reporterka. Znów zaniepokoił się o Ellę, więc pobiegł szybko sprawdzić, co u niej.


Nagle stanął jak wryty, gdy tylko zobaczył złotowłosą, śpiącą w zupełnych ciemnościach ze świecącą bransoletą na prawym nadgarstku. Zamarł, doskonale wiedząc, że przed wizytą tamtej kobiety, Ella jej nie miała, pomijając już fakt, że świecidełko nie wyglądało na zwykłą biżuterię.


 


***


 


Tego ranka, gdzieś w Egharii, pewna kobieta właśnie wyszła na taras olbrzymiego pałacu i zapatrzyła się w pusty, matowy klejnot, który obracała w swej dłoni.


Miała na sobie długą, czerwoną suknię – z dopasowanym i zdobionym złotymi haftami gorsetem oraz szeroką, wielowarstwową spódnicą. Była obwieszona złotą biżuterią, począwszy od dużych kolczyków i naszyjnik, aż bransolety. Jej długie, faliste i kruczoczarne włosy łagodnie opadały na jej ramiona oraz plecy i sięgały mniej więcej do łydek. Karnację miała bardzo ciemną, niczym Brazylijczycy na Ziemi i nieskazitelną. Na pięknej twarzy najbardziej zwracały uwagę duże, złote oczy wraz z idealnie wyprofilowanymi brwiami oraz pełne, czerwone usta.


Jednak mimo iż była to niezwykła kobieta, z pewnością nie była zadowolona. Wpatrywała się bowiem z nieukrywaną wściekłością w mały klejnot i mruczała do siebie pod nosem.


-        Jak śmiałeś mi to zrobić?! – syknęła, zaciskając pięść na kamieniu i odrywając od niego wzrok – Myślisz, że wygrałeś? Mylisz się. To jeszcze nie koniec. Przysięgam, że osiągnę swój cel i nawet Ty mi w tym nie przeszkodzisz!– krzyczała przed siebie z tarasu, a jej złote oczy lśniły z gniewu.


Wkurzona rzuciła kryształem o posadzkę na tarasie, ale nie pozostawiło to na nim najmniejszej rysy. Oddychała ciężko przez chwilę, po czym uspokoiła się nieco i poprawiła fryzurę.


-        Wezwać Thara! – krzyknęła nagle, po czym coś się poruszyło wewnątrz budynku.


Nie minęła minuta, kiedy jakiś mężczyzna wszedł do środka i ukląkł przed tą kobietą.


Był wysoki, całkiem przystojny i dobrze zbudowany, ubrany w czerwone złote szaty. Miał krótką kitkę czarnych włosów i niezwykłe, również złote oczy.


-        Wżywałaś mnie, wasza wysokość? – spytał bardzo niskim głosem.


-        Tak, mój drogi generale. Mam do ciebie małe pytanie... – rzekła z nieskrywaną irytacją.


 

Aruell
Nastrój: Marzę o beztrozce, która jest teraz nieosiągalna... ;I
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 17

środa, 16.marca.2011, 01:02
Witam! Powoli zbiżamy się do końca wprowadzenia. Zostały jeszcze dwa rozdziały, a później rozpocznie się właściwa akcja opowiadania. ;)
Czas uchylić rąbka tajemnicy o tym, jak David poznał Mary oraz kim jest Thom. Tymczasem Ella i Ren szykują się do wspólnej podróży... Poza tym Nicka czeka poważna rozmowa z Sarą. Mam nadzieję, że się Wam spodoba ;)
Zamieszczam rysunek Elli i Rena - nie jest to żadna rewelacja, co jest wynikem tego, że kompletnie nie mam weny do rysowania, ale nie bądźcie zbyt zawiedzeni. Szykuję coś lepszego na zakończenie pierwszego etapu opowiadania. ^^"
Pozdrawiam i miłego czytania!


***



Popołudnie w Londynie było bardzo mroźne, jednak David czuł, że musi się przewietrzyć. Poszedł więc na krótki spacer wzdłuż ulicy, przy której mieszkał, w kierunku starego parku. Szedł niespiesznym krokiem, rozmyślając o Mary. Domyślał się, że jest teraz z Thomem i nie umiał myśleć o niczym innym, jak o tamtej historii.


To było dwa lata temu, dokładnie wtedy, gdy poznał Mary. Pamiętał doskonale tamten dzień, kiedy ta śliczna dziewczyna zaczęła pracę w jego szpitalu. Od pierwszego wejrzenia był nią zauroczony. Była wtedy zupełnie inna, niż obecnie – spokojna, cicha, bardzo wrażliwa i delikatna. Uśmiechała się do wszystkich, była serdeczna i miła dla pracowników oraz pacjentów. Na początku miała same problemy i wpadki zawodowe, z których on ją zawsze ratował. Uśmiechnął się na wspomnienie, jak uczył ją wszystkiego, bo wiadomo – teoria teorią, ale praktyka zawodowa to zupełnie inna sprawa. Mary była mu bardzo wdzięczna, dobrze się dogadywali i obdarzyli sympatią.


Gdy minął miesiąc, David zdobył się w końcu na odwagę, by zaprosić ją na obiad. Zgodziła się. Ucieszył się jak dziecko. Po obiedzie poszli razem na drinka, gdyż Mary miała na to ochotę. Miało być fajnie. Kiedy jednak trochę wypiła, dowiedział się szokujących rzeczy.


Ta uśmiechnięta dziewczyna, od początku była taka tylko z pozoru. Tak naprawdę maskowała swoje cierpienie. Pod wpływem alkoholu opowiedziała mu o Thomie, którego bardzo kochała od czasów studiów pielęgniarskich. Poznała go na imprezie studenckiej i zakochała się w nim niedługo potem. Ponieważ zaś była wtedy nieśmiała, nie powiedziała mu. Zakumplowali się mimo tego dość szybko. Ona „cicha myszka”, a on przebojowy chłopak – uzupełniali się. Był dla niej bardzo dobry i uczył, jak korzystać z życia. Przyjaźnili się długie 4 lata. Gdy w końcu zdecydowała się wyznać mu miłość - on ją uprzedził i powiedział, że znalazł dziewczynę, którą kocha i że zostali niedawno parą. Zdruzgotana Mary udała dobrą przyjaciółkę i pogratulowała mu, ostatecznie nie mówiąc o swoich uczuciach. Jednak strasznie to przeżyła, myśląc, że gdyby powiedziała mu wcześniej, to może coś by z tego wyszło. A teraz było już za późno. Jakby tego było mało, niedługo potem Thom wyjechał z kraju. To był dla niej straszny cios. Długo płakała.


Żaliła się Davidowi wtedy w barze, że ma złamane serce i nigdy się już nie zakocha. Był zdołowany widokiem jej łez i od tamtej pory ją pocieszał. Natomiast jej ulżyło, że się wygadała i miała kogoś, przy którym nie musiała udawać. Wyciągał ją na różne spacery, zakupy i wypady do miasta, by się pozbierała i udało się. W końcu postanowiła zapomnieć o wszystkim i zacząć od nowa. W efekcie – bardzo się zmieniła.


Stała się otwarta, bezpośrednia i odważna. Zaczęła ubierać się śmielej i bardziej seksownie, stała się też duszą towarzystwa, korzystając  z wieloletnich nauk Thoma. Myślała bowiem, iż to dlatego, że taka nie była - nie udało jej się zdobyć serca Thoma i straciła szansę na miłość. To dlatego postanowiła więc się zmienić i tak się stało.


Od tamtej rozmowy w barze, zaprzyjaźniła się z nim i któregoś razu, na spacerze zażartował, co to by było, gdyby zostali parą. Ona wtedy powiedziała rozbawiona, że nie wyobraża sobie tego i że nie chciałaby, by romantyczne uczucia zniszczyły ich cudowną przyjaźń. Ukrył wtedy rozczarowanie i od tamtej pory nie mógł zdobyć się na odwagę, by wyznać jej miłość. Obawiał się utraty zaufania i dobrych stosunków z Mary.


A teraz? Co teraz miał zrobić? Zastanawiał się nad tym, wchodząc do zaśnieżonego parku. Zaśmiał się smutno na myśl, że popełnił ten sam błąd, co Mary kiedyś z Thomem – za długo zwlekał. Teraz, kiedy w końcu postanowił jej powiedzieć, los znów pokrzyżował mu plany - Thom wrócił i zaprosił Mary na obiad. Czy to znaczy, że nie jest im pisane być razem? Czy między Thomem a Mary może do czegoś dojść? Nieważne, jak długo na tym myślał, miał nieodparte wrażenie, że uczucie, z którym Mary nie do końca się wtedy nie uporała, może powrócić. To natomiast oznaczało, że naprawdę zawsze już będą tylko przyjaciółmi, a to zaś sprawiało, że było mu ciężko na sercu. Właściwie to był zrozpaczony i zły na siebie, aż miał ochotę się rozpłakać.


Zrezygnowany westchnął i skupił się na podziwianiu choinek, pokrytych śniegiem, by uspokoić myśli i odzyskać jako taką równowagę duchową.


 


***


 


Po śniadaniu Ella i Ren wrócili do pokoju gościnnego, by przygotować się do podróży do Eolium. Dziewczyna była już zdrowa, więc nie było powodu, by przedłużać pobyt u Bena.


Ella nie miała dużo do pakowania – wzięła tylko dwa stroje na zmianę od Elen, grzebień i kilka innych drobiazgów. Ren w zasadzie był już spakowany wcześniej. Zabrał tylko ubranie na zmianę od Bena. Dziewczyna od śniadania uważnie obserwowała Rena. Niby zachowywał się normalnie, ale wyglądał tak, jakby coś go gryzło od samego rana. Ella nie wiedziała o rozmowie w nocy, którą Alren usłyszał, ale widziała, jak Ren i Elen unikają swojego wzroku i ograniczają dialogi do minimum. Nie miała jednak odwagi go o to spytać.


-      Co tak dumasz? Przebierz się.  –  rzekł niecierpliwym tonem i wskazał na białe szaty, przygotowane dla nich obojga – By iść w dalszą drogę, musimy ubrać veolskie ubrania, by nie zwracać na siebie uwagi, rozumiesz?


-       Tak, za chwilkę. - odparła krótko – Hmm... Mogę o coś spytać? – dodała po chwili.


-       Jasne. – rozpiął koszulę i zamierzał ubrać białą tunikę.


Marudził przy tym pod nosem, że musi używać magii nawet do tak prozaicznej rzeczy, jak ubieranie się. Normalnie bowiem, nie mógłby ani zdjąć ani założyć żadnej koszuli czy tuniki, mając skutą rękę. Ella zaś nie patrzyła na niego, by nie rozpraszać się widokiem jego nagiego torsu, co wywołało na jego twarzy lekki uśmiech.


-      Jak daleko jest do Eolium? Jak tam dotrzemy? – spytała z ciekawości i obawy przed nieznanym.


Alren westchnął. Spodziewał się tego pytania prędzej czy później. Gdy ubrał już białe spodnie i buty oraz opaskę na czoło, usiadł obok niej i zaspokoił jej ciekawość.


-      Eolium jest daleko na wschód od Leosu. To będzie długa podróż... – urwał, by nabrać powietrza – Pójdziemy tam pieszo, nie mamy innego wyjścia. Musimy przejść przez Las Sverse i dotrzeć do Jeziora Liuma, nad którym leży stolica. Po drodze jednak zajdziemy do miasta Veron, które jest mniej więcej w połowie drogi, by uzupełnić zapasy i trochę odpocząć. – wyjaśnił najlepiej, jak umiał.


-      Widzę, że dobrze znasz ten kraj... – wywnioskowała.


-      Owszem. – nie rozwinął jednak tematu.


-      Ile czasu potrwa podróż? – spytała z niepokojem.


-      Umiarkowanym marszem powinniśmy dotrzeć do Veronu w 3 dni, a potem jeszcze ze 2 dni potrwałaby droga do samego Eolium. To jest, jeśli oczywiście nie będziemy mieli po drodze nieprzewidzianych przeszkód, co jest raczej wątpliwe... – zasępił się.


-      Jest tu aż tak niebezpiecznie?  - wystraszyła się.


-      Nie pamiętasz już przygody z Shenami? – zdziwił się – A uwierz mi, zwierzęta nie są tu największym zagrożeniem.


-      Jak to? – dociekała, ale Ren nie odpowiedział, tylko się zamyślił. Nie miał zamiaru jej tego wyjaśniać. Uznał bowiem, że wspomnienie o skrytobójcach tylko zwiększyłoby jej strach.


-      Posłuchaj... – powiedział, spoglądając w jej oczy. Ujrzała wtedy determinację i szczerość na jego twarzy – Nic ci się nie stanie. Nie pozwolę cię skrzywdzić. Musisz mi tylko zaufać i obiecać, że będziesz mnie słuchała. – rzekł zdecydowanie.


-      Dobrze, obiecuję... – była nieco zaskoczona jego powagą, a on odetchnął z ulgą.


-      W takim razie, ubierz się w końcu. Wspomogę cię w tym magią. Szkoda czasu. – zarządził.


Ella bez słowa szybko przebrała się w taki sam strój, jaki miał on, tylko w wersji damskiej, czyli – białą tunikę, spodnie i wysokie buty oraz srebrny, szeroki pas, po czym oboje poszli wypić herbatę.


 


***


 


W Madrycie zapadła już noc. Przed jedną z najbardziej luksusowych, restauracji zatrzymała się czarna limuzyna, z której najpierw wysiadł Nick a następnie Sara. Weszli do środka i zajęli zarezerwowane miejsca. Nick zamówił wyśmienitą kolację i czerwone wino, bacznie obserwując kobietę, która promieniała szczęściem.


Sara, ubrana w elegancką czarną sukienkę, z błyszczącymi oczami przyglądała się wystrojonemu w ciemny garnitur i krawat mężczyźnie. Była przekonana, że po długim czasie milczenia, w końcu otrzyma odpowiedź i spodziewała się odwzajemnienia jej uczuć, skoro Nick zadbał o taką oprawę tego spotkania.


-        Jak się zapewne domyślasz, Saro. – zaczął Nick – Zaprosiłem cię tu, by wyjaśnić tamtą sprawę.


-       Mów. – nie mogła się już doczekać, pijąc pierwszy łyk wina.


-       Chciałbym cię przeprosić za swoje zachowanie i niekompetencję, zważywszy na to, że jestem twoim szefem... – zrobił pauzę, starając się mówić jak najdelikatniej – Byłem wtedy pijany i nie wiedziałem, co robię.


-    Nie masz za co przepraszać. – zachichotała na wspomnienie tamtego gorącego wieczoru, a on się skrzywił.


-      Owszem mam. – westchnął ciężko – Saro, pochlebia mi, że mnie kochasz, ale ja nic do ciebie nie czuję i nie sadzę, by to się kiedyś zmieniło. Dlatego proszę zapomnij o mnie i o tamtej nocy. – powiedział to w końcu, a ją zatkało.


-      Ale... jak to...? – straciła grunt pod nogami.


-      Przespałem się z tobą, bo byłem pijany, wściekły na los i Ellę oraz po prostu głupi. Nie oczekuję, że mi wybaczysz. Mam jednak nadzieję, że nasze stosunki będą od tej pory wyłącznie służbowe tak, jak przed tamtą nocą. – powiedział konkretnie, zaś Sara zaczęła drżeć, łzy jej napłynęły do oczu. Nie tak sobie wyobrażała ten wieczór.


-     Czyli...  nadal ją kochasz? – spytała z bólem w głosie.


-     Wybacz. – odwrócił wzrok.


-    Jesteś okrutnym, bezwstydnym draniem! – wrzasnęła na niego głośno, co zwróciło uwagę innych gości restauracji, a potem bez słowa ubrała płaszcz i wybiegła z budynku.


Zszokowany jej reakcją Nick przez chwilę chciał za nią pobiec, ale doszedł od wniosku, że będzie lepiej, jak zostawi ją teraz w spokoju. Nie przejął się zbytnio tym, co może teraz czuć ta dziewczyna. Zapłacił za kolację i po kilku minutach również opuścił restaurację. Czuł się dużo lepiej, gdyż miał już za sobą tą rozmowę. Teraz mógł zacząć od nowa, a przynajmniej tak mu się wtedy zdawało...


Aruell
Nastrój: Walczę z wiosennym lenistwem...
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 16

wtorek, 8.marca.2011, 22:14
Witajcie kochani ;)
Na dobry początek - Wszystkiego dobrego Kobitki!
Ponieważ nie możecie się już doczekać ciągu dalszego, wrzucam następny rozdział, który powinien pasować na Nasz dzień. ;) Czekam na wrażenia. ;)

Pozdrawiam serdecznie i życzę miłego czytania ;)


***


Ren skupił się maksymalnie, by usłyszeć rozmowę między Benem i Elen w salonie. Żałował teraz, że jest skuty z Ellą i nie może podejść bliżej, nie budząc jej przy tym. Wzmocnił nieco swój słuch magią i posłuchał, o czym rozmawiały dwie bliskie mu osoby.


-        Nie płacz, Elen... – szepnął Ben z troską do córki – Powiedz, co się stało?


-        Nic takiego, tato... – otarła kilka łez – Po prostu czuję, że tracę bezpowrotnie swoją szansę... – szlochała, wtulając się w jego ramiona, a on poklepał ją po plecach.


-        Kochanie, wiem, jak się czujesz, ale pamiętaj, że nie można nikogo zmusić do miłości. Nikt nie ma wpływu na to, kiedy i w kim się zakocha. To tyczy się zarówno ciebie, jak i Rena... – urwał, nie mówiąc już wprost, że w takim razie, Ren może wybrać Ellę.


-        Wiem, ale ja tak bardzo go kocham... – wydmuchała nos w chusteczkę – Chciałam mu wyznać miłość, kiedy tylko złoży nam wizytę. Nie obchodziło mnie, co mi odpowie. Chciałabym tylko, żeby wiedział...


-        Nadal możesz to zrobić, skarbie. – próbował ją pocieszyć – Wiem, że jesteś ważna dla Rena i na pewno nigdy by cię nie skrzywdził. Jeśli chcesz mu powiedzieć, to zrób to. Na pewno cię nie wyśmieje...


-        Ale tato, jak mam to zrobić, kiedy ciągle widzę go z Ellą. Wiem, że jest z nią skuty, ale nie w tym rzecz... Widzę, jak na nią patrzy i serce mi się kraje, gdy tak się o nią troszczy. Nigdy też nie słyszałam, by przy kimś innym tak często się śmiał, a odkąd tu są razem, jest tak niemal cały czas... – znów kilka łez spłynęło jej po policzku – Już się ze sobą zżyli, choć znają się tak krótko, a przecież będą na siebie skazani jeszcze całą drogę do Eolium i na pewno o wiele lepiej się poznają. Kto wie, co się potem wydarzy...


-        Kochanie... – w głosie Bena dało się słyszeć bezradność.


-        Tato, czuję, że nie mam szans na jego miłość. Przynajmniej nie taką, jaką bym chciała. Nie mam szans z tą kobietą. Jestem pewna, że pozostanę dla niego tylko przybraną siostrą...


-        Uspokój się... - znów ją przytulił – To niemal pewne, że Ella zniknie z naszego życia. Nie pytaj mnie, skąd to wiem, ale zaufaj mi. Tak będzie. Wiem, że to brzmi okrutnie, ale wtedy będziesz miała jeszcze szansę. Jeśli tak bardzo go kochasz, nie poddawaj się. – poradził jej, a ona tylko kiwnęła głową.


Tymczasem Alren od paru dobrych minut trwał w bezruchu. Zupełnie go zatkało, kiedy usłyszał, że Elen go kocha i zrozumiał, jak trudna musi być dla niej sytuacja, w której znalazł się wspólnie z Ellą. Zrobiło mu się też przykro, gdyż Elen miała rację. Zawsze patrzył na nią jak na młodszą siostrę, nigdy jak na kobietę i nie sądził, by mogło się to zmienić. Poczuł ciężar na sercu, wiedząc, że złamie serce dziewczynie, która jest dla niego ważna. Długo się potem zastanawiał, co powinien w tej sytuacji zrobić? Co jej powiedzieć? Czuł bowiem, że nie może tego tak zostawić i udawać, że nie słyszał tej rozmowy. Westchnął ciężko i spojrzał na śpiącą Ellę. Czy naprawdę traktował ją na tyle wyjątkowo, że Elen pomyślała, że coś między nimi jest? Czy między nim a nią rzeczywiście może coś się wydarzyć? Jeszcze niedawno był pewien, że nie i że nie będzie zadawał się z duchem, ale teraz nie był już o tym tak przekonany. Czuł, że polubił trochę Ellę, choć znają się tak krótko, nie mówiąc o tym, że podobała mu się fizycznie. To zaś oznaczało, że nie jest mu już tak obojętna, jak na początku i że wszystko może się zdarzyć.


 


***


 


W Londynie było już późne popołudnie. Thom przyjechał po Mary do szpitala tak, jak wczoraj obiecał i pojechali do jednej z droższych restauracji w mieście. Mary poruszała się trochę, jak w amoku, nie wierząc, że to się dzieje naprawdę.


Kiedy już się rozebrała i zasiadła przy elegancko zastawionym stoliku, przyglądała się uważnie Thomowi, który przeglądał kartę i składał zamówienie.


Miał na sobie czarny, elegancki garnitur i jasnożółtą koszulę. Włosy zaczesał żelem do tyłu i gdyby nie kolczyk w uchu, którego nie zdjął, mogłaby go nie poznać. Taki strój nie do końca pasował do wizerunku i charakteru, jaki zapamiętała. Poczuła się trochę spięta, nie tak, jak wczoraj, kiedy był ubrany zupełnie w swoim stylu. Rozumiała jednak, że taka restauracja wymagała innego stroju i również dlatego czuła się nieswojo, będąc w zwykłych, czarnych spodniach i niezbyt szykownej, czerwonej bluzce. Po chwili Thom zauważył jej zmieszanie.


-        Coś się stało?


-        Nie, tylko mogłeś mnie uprzedzić, że pójdziemy to takiej eleganckiej restauracji. Trochę się głupio czuję w takim stroju. – zakłopotała się.


-        Nie przejmuj się czymś takim. – zaśmiał się cicho – Cokolwiek masz na sobie, zawsze wyglądasz ślicznie. – powiedział, patrząc jej w oczy, a ją zatkało. Nigdy bowiem nie prawił jej komplementów.


-        Co u ciebie? – spytała, chcąc zmienić temat, gdyż serce zaczęło jej bić niespokojnie.


-        Lepiej ty zacznij, słyszałem o wypadku Elli. Jak to się stało u licha? – widząc szczerą troskę w jego oczach, Mary poczuła się swobodniej.


Opowiedziała mu ostatnie wydarzenia, a on jej współczuł. Potem zjedli przepyszny obiad i odnaleźli wspólny język, jak za dawnych czasów. Im dłużej Mary z nim rozmawiała, tym lepiej się czuła, dochodząc do wniosku, że chyba nie zmienił się aż tak bardzo, jak sądziła na początku.


-        A jak tam twoje interesy? – spytała z ciekawości.


-        Znakomicie. Rozbudowałem sieć swoich hoteli i stale podnoszę ich standard. Wszystko jest w jak najlepszym porządku i interes się kręci. – uśmiechnął się do niej.


-        Nie do wiary, mam wrażenie, że dopiero co wczoraj wyjechałeś z marzeniami, a dziś jesteś już bogatym biznesmenem. Wszystko ci się świetnie układa, zazdroszczę ci. – rzekła szczerze.


-        Nie wszystko... – wypił nieco wina z kieliszka.


-        Jak to? – spojrzała na niego badawczo.


-        Mam szczęcie w interesach, ale nie w miłości. – zaśmiał się – A jak u ciebie, Mary? Spotkałaś już swego księcia? – spytał z ciekawości, choć oczy mu błyszczały w nadziei, że zaprzeczy.


-        Nie... – rzekła nieśmiało, rumieniąc się. Przecież nie mogła mu powiedzieć, że to jego uznawała niegdyś za swego księcia z bajki.


-        Nie wierzę ci. – uśmiechnął się – Taka piękność musi być już zajęta.


-        To samo mogłabym powiedzieć o tobie. – odwzajemniła uśmiech.


Po chwili oboje się roześmiali i miło spędzili cały wieczór, wspominając dawne dzieje i dyskutując o najświeższych nowinkach. Mary czuła podświadomie, że uczucie, które w sobie uśpiła i schowała głęboko w sercu, powoli się budzi i wraca do łask. Nie była tym zdziwiona, bo wiedziała, że tak to się skończy, jeśli przyjmie jego zaproszenie. Trochę się bała ponownego zawodu, ale postanowiła zaryzykować, gdyż tylko on potrafił doprowadzić jej serce do szaleństwa.


 


***


 


Ella ocknęła się pod jakimś drzewem. Nie mając pojęcia, gdzie się znajduje, rozejrzała się po okolicy i po chwili zamarła z wrażenia. Odkryła bowiem, że jest na tropikalnej plaży. Zatrzymała się pod palmą na wyżynie i podziwiała egzotyczny busz, który rozpościerał się wokół niej. Upajała się zapachem różnych, barwnych kwiatów i nie mogła uwierzyć, że to wszystko widzi. Gdy poszła w stronę, z której wiał silny wiatr, burzący jej złote włosy, zobaczyła cudowne, lazurowe morze sięgające, aż po horyzont. Jego wysokie fale uderzały z rozmachem o brzeg, zapełniony kolorowymi muszelkami. Szybko pobiegła na tą wspaniałą plażę, by przyjrzeć się bliżej błękitnej wodzie. Chodząc zaraz potem po białym, piasku i zanurzając stopy w ciepłym morzu, zastanawiała się, czy to nie zbyt piękne, nawet jak na sen.


Kiedy usiadła w lekkiej, letniej i białej sukience na płazy, wystawiając twarz do Słońca i myślała, że nie mogłoby być lepiej, usłyszała czyjeś kroki. Przez chwilę bała się, że ktoś zburzy jej spokój, ale strach szybko ustąpił miejsca zdumieniu i ekscytacji, bowiem ujrzała Rena. Szedł teraz w jej stronę niespiesznym, ale równym krokiem, tylko w dżinsowych spodniach. Na jego szyi wisiał ozdobny sznur z kilkoma, białymi muszlami, które kontrastowały z jego opalonym torsem. Czarne włosy falowały na wietrze, nie skrępowane opaską na czole, którą zazwyczaj nosił.


Widok, tak wyglądającego, mężczyzny przyspieszył jej puls, zwłaszcza, że nawet nie zauważyła, kiedy znalazł się tuż przy niej i spoglądał na nią pożądliwie swoimi zielonymi oczami. Chciała się cofnąć, ale złapał ją za ramiona i pochylił się w jej stronę.


-        Co robisz? – jęknęła, kierując się ostatnimi siłami zdrowego rozsądku.


-        Oboje wiemy, że tego właśnie pragniesz, tylko nie chcesz się przyznać. – mruknął niskim tonem głosu, aż ciarki ją przeszyły.


Dziewczyna nie była w stanie dłużej się opierać i podała się mu. Ren uśmiechnął się zabójczo, a potem ponownie się nachylił i dotknął wargami jej ust. Tak jak myślała, były niezwykle miękkie i cudnie całowały. Jednak  rozkosz, którą poczuła, przerosła jej oczekiwania. Powoli pogłębiał pocałunek, rozpalając ogień w jej piersi i jednocześnie gładził jej plecy. Czuła jego gorące dłonie przez cienką, białą sukienkę. Nawet się nie zorientowała, kiedy usta Rena powędrowały niżej, wzdłuż jej szyi i zaczęły pieścić jej dekolt. Przymknęła oczy, gdyż było to nader przyjemne uczucie i zaczęła bawić się jego włosami, przeczesując je palcami. Zadrżała, gdy Ren wziął ją na ręce i po chwili - posadził na białym piasku, ani trochę nie zmniejszając dystansu między nimi. Zsunął niezbyt delikatnie ramiączko sukienki, schodząc jeszcze niżej, a ona już nawet nie próbowała się opanowywać, gładząc bez opamiętania jego plecy i tors, wedle woli i oddając się pieszczotom mężczyzny. Za nic w świecie nie chciałaby przerywać tej chwili. Kilka minut później leżała już naga na plaży, kiedy Ren całował każdy centymetr jej ciała. Drżała z podniecenia, a delikatny piasek tylko wzmagał jej doznania. Wtedy Ren narysował linię na jej ciele dłonią, począwszy od szyi aż po pępek i schodził coraz niżej. Jego ręka znalazła się w najbardziej intymnym obszarze, była już bardzo blisko i...


Ella zerwała się i gwałtownie usiadła na łóżku, ciężko dysząc z nadmiaru emocji. Odgarnęła włosy do tyłu, gdy uświadomiła sobie, że to był tylko sen. Wtedy dopiero spojrzała na mężczyznę, siedzącego obok niej i aż podskoczyła na znajomy widok jego obnażonej piersi.


Alren natomiast przyglądał się jej badawczo swoimi zielonymi oczami i popijał spokojnie wodę ze szklanki, oparty lekko o poduszkę. Diabelsko się uśmiechał, jakby dokładnie wiedział, co jej się śniło. Ella milczała. Widział, jak próbuje się opanować i ukryć rumieńce.


-        Jesteś cała czerwona. Cóż to za perwersje ci się śniły, co?  – wypalił niespodziewanie, zbliżając się nieco do niej, a ona o tyle samo się odsunęła – Tylko mi nie mów, że odegrałem w twoim śnie główną rolę...– dodał z rozbawieniem.


-        Jesteś okropny! – krzyknęła niemal natychmiast - To znaczy... – poczuła, jak przyspiesza jej serce na samo wspomnienie tego snu.


-        Mniejsza o to... – zaśmiał się głośno, ale niezłośliwie – Grunt, że nie był to koszmar, prawda? – spytał dla formalności, bo znał już odpowiedź.


-        N-nie... Z pewnością... – powiedziała prawie szeptem, nadal zakłopotana.


-        Widzisz, mówiłem, że ten czar jest niezawodny. – stwierdził z zadowoleniem – Tylko nie myśl sobie, że będę go rzucał każdej nocy. To był wyjątek, pamiętaj. – jednak Ella nie odpowiedziała.


Spojrzała tylko na niego z wdzięcznością, a on się uśmiechnął. Przyglądała mu się przez chwilę i wyobraziła sobie, co by było, gdyby Ren zrobił to samo na jawie, co w jej śnie. Na samą myśl, aż się wzdrygnęła i odwróciła wzrok.


-        Co? Znów masz nieczyste myśli? – zakpił, widząc jej rumieńce.


-        Przestań! – bąknęła, nerwowo odwracając głowę.


-        Chodź już na śniadanie. Liczę na to, że opowiesz nam ze szczegółami o swoim śnie. – zaśmiał się serdecznie wiedząc, jak zareaguje.


-        Nie! Nie ma mowy! – zdenerwowała się i oburzyła jednocześnie, że nadal ciągnie tą samą grę.


-        Tylko żartowałem. – uśmiech nie znikał z jego twarzy - Dobrze wiem, co ci się śniło. – dodał z przekąsem.


-        Co? – przez chwilę zdębiała - No proszę cię... nie drocz się już ze mną... – mruknęła bezradnie, czując, że znów jest obiektem humorystycznym.


- Wybacz, nie mogłem się oprzeć pokusie. – nadal nie krył swego rozbawienia, po czym bez słowa pociągnął ją w stronę łazienki, którą musieli zaliczyć przed śniadaniem. Poszła za nim zawstydzona i zrezygnowana czując, że czekają ją bardzo trudne czasy.
Aruell
Nastrój: Życie potrafi zaskoczyć ;)
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 15

czwartek, 3.marca.2011, 13:45
Witam ;) Z okazji tłustego czwartku wrzucam bonusowo kolejny rozdział. ;)
Pora w końcu definitywnie wyjaśnić, co tak naprawdę zaszło mędzy Nickiem a Sarą, będziecie mogli sami ocenić stopień jego winy. ;)
Przede wszystkim jednak rozegra się nietypowa scenka między Ellą a Renem, jedna z moich ulubionych, mam nadzieję, że również i Wy ją polubicie ;P
Przepraszam za błędy i zapraszam ^^

***

Ella z przerażeniem w oczach weszła z Renem do łazienki. Miała wrażenie, że zaraz zemdleje, bo mimo iż czuła się już lepiej, to nadal była słaba. Tymczasem on był rozbawiony zakłopotaniem dziewczyny.


Gdy tylko Ella zobaczyła, do czego przymierza się Ren, szybko odwróciła się i zamknęła oczy. Zrobiła to tak gwałtownie, że mężczyzna parsknął śmiechem. Miał nawet problem z załatwieniem się, bo nie mógł przestać się śmiać. Natomiast Ella z każdą sekundą była coraz bardziej czerwona.


-        Teraz twoja kolej. – rzekł wesoło.


-        N-nie, ja jeszcze nie muszę. – odparła zakłopotana, a on znów się roześmiał widząc, jak zaczyna już tańczyć.


-        Daj spokój, przecież widzę, że musisz. Nie będę podglądał. – z jego twarzy nie znikał uśmiech.


Ella chcąc, nie chcąc - czuła, że dłużej nie wytrzyma. Przełknęła ślinę i załatwiła się, zdziwiona, że on naprawdę nie spojrzał na nią ani razu. To ją nieco uspokoiło, ale gdy skończyła nadeszło najgorsze.


Alren bowiem, na jej oczach, ściągał poszczególne części garderoby, aż stanął przed nią całkiem nagi. Był zwrócony do niej tyłem, ale to już wystarczyło do tego, by serce dziewczyny zaczęło wariować. Był przecież tak blisko, na wyciągnięcie ręki, skuty z nią kajdankami. Nie wierzyła, że to się dzieje naprawdę i przez chwilę zaczęła szczerze żałować, że poszła nad to przeklęte jezioro i to wszystko się wydarzyło. Gdyby nie to, nie miałaby takich problemów emocjonalnych, jak teraz.


-        Postaram się cię nie ochlapać, choć to może być trudne. – rzekł z nieco złośliwym uśmiechem i wszedł do czegoś, co przypominało brodzik w kabinie prysznicowej, na Ziemi.


-        Czekaj! C-co ty... – chciała jakoś zaprotestować, ale zupełnie nie wiedziała jak. Miała teraz wyciągniętą, skutą rękę przed siebie, by on mógł się umyć.


-        Spokojnie, w przeciwieństwie do ciebie, nie wstydzę się swego ciała, więc jeśli chcesz możesz sobie patrzeć, ile dusza zapragnie. – rzekł z  przekąsem i odwrócił się do niej przodem.


Ellę zatkało - trwała w bezruchu, jak zaczarowana, z szeroko otwartymi oczami. Przełknęła ślinę, gdy zobaczyła, jak woda spływa po jego śniadym ciele, a mokre i długie, czarne włosy opadają na ramiona i plecy. Nagle uświadomiła sobie co robi i znów szybko się odwróciła, zasłaniając sobie oczy.


-        Ja przepraszam, nie chciałam podglądać! Wybacz mi! – nie wiedziała, co ma powiedzieć, a on zakręcił wodę i ponownie zaczął się śmiać.


Ponieważ jednak nie usłyszała długo żadnej odpowiedzi, gwałtownie zwróciła się w jego stronę i przeprosiła go głośniej, ale wtedy właśnie uświadomiła sobie, że Ren stoi już tuż przed nią, ze znaczącym uśmiechem na twarzy. Chciała się cofnąć, ale przytrzymał ją za nadgarstki i przybliżył się do jej twarzy.


-        Uspokój się. Przecież już powiedziałem, że możesz patrzeć, jeśli chcesz. – nie spodziewał się, że będzie miał taki ubaw ze zwykłej, porannej toalety.


-        Ale... – Elli zrobiło się gorąco, bo był bliżej, niż pozwalała na to przyzwoitość, w dodatku całkowicie obnażony i mokry.


-        Wyluzuj i idź się umyć. – westchnął.


-        Co? Nie, nie chcę... – poczuła, że za chwilę oszaleje i marzyła o tym, by wyjść już z tej cholernej łazienki.


-        Co się tak peszysz i tak już wszystko widziałem. – prychnął, a ona zalała się rumieńcem, na samo wspomnienie tamtej sytuacji, kiedy chciała mu się oddać, gdy ten tylko się z nią drażnił – No już. Nie mam zamiaru spędzać tu całego dnia, kobieto. Jeśli zaraz nie pójdziesz, sam cię rozbiorę i umyję. No chyba, że tego właśnie chcesz... – urwał dotykając guzika koszuli, którą miała na sobie.


Jednak ona szybko odskoczyła. Była zła na siebie, że jest pośmiewiskiem, odkąd tu weszła i że jest taka skrępowana, kiedy on jest tak wyluzowany – co w końcu dostrzegła. Postanowiła nie dawać mu już powodów do śmiechu i schowała swój wstyd gdzieś głęboko, w sobie. Powiedziała sama do siebie, że będzie, co ma być i obiecała się tego trzymać.


-        Puszczaj! Sama to zrobię, ty bezwstydny draniu! – burknęła ze złością i szybko się rozebrała, co jeszcze bardziej rozwaliło Rena. Opanował się jednak i nonszalancko pokazał jej drogę do brodzika.


Zakłopotana, wciąż zła na siebie, Ella wzięła prysznic i co chwila zerkała na Rena, który jednak nie zwracał na nią uwagi, susząc sobie włosy ręcznikiem wolną ręką. Nie wiedzieć, czemu poczuła lekki zawód. Czy liczyła na to, że będzie ją oglądał? Tylko dlaczego? By sprawdzić, czy interesuje Alrena? Zganiła siebie w duchu za tak absurdalne myśli i ze złością zakręciła kran.


-        Skończyłaś już? – rzekł już normalnie, nieco zniecierpliwiony. Naprawdę bowiem miał już ochotę coś zjeść i wypić, zamiast ślęczeć w tej łazience, co trwało już prawie godzinę.


-        Nie poganiaj mnie! – krzyknęła sfrustrowana i zakłopotana, a wtedy poślizgnęła się na mokrym brodziku, chcąc z niego wyjść.


Upadłaby, gdyby Ren jej w porę nie złapał. Czas się zatrzymał, gdy ich twarze znalazły się tak blisko siebie, że czuli swoje oddechy na swych rozchylonych ustach. Czuła jego duże i gorące dłonie na nagich plecach oraz napięte mięsnie jego grzbietu, gdy odruchowo oplotła go ramionami wokół szyi. Patrzyli sobie głęboko w oczy i słyszeli swoje bijące serca. Nawet Renowi nie było już do śmiechu, poczuł bowiem to samo, co ona – dziwną i nieokiełznaną siłę przyciągania.


Po chwili odsunęli się od siebie w milczeniu, unikając swoich spojrzeń i założyli ponownie ubrania. Słowa były zbędne. Ich serca wciąż bowiem jeszcze biły szybciej po tej sytuacji, choć oboje starali się to ukryć przed druga osobą. Dopiero po kilkunastu minutach uspokoili się na tyle, by wyjść z łazienki na śniadanie.


 


***


 


W Madrycie Słońce było już wysoko, a niebo bezchmurne. Nick siedział w swoim gabinecie, w siedzibie swej firmy. Zrobił sobie właśnie przerwę w pracy i popijał hiszpańską cafe carajillo, czyli z dodatkiem koniaku i rozmyślał o wieczorze. Musiał sobie przypomnieć wszystkie szczegóły tamtego zdarzenia, jeśli chciał wyjaśnić Sarze swoje stanowisko w tej sprawie. Niechętnie sięgnął pamięcią do tamtego fatalnego dnia.


To było 3 miesiące przed wypadkiem Elli, kiedy to będąc cały dzień na konferencji w Londynie, zapomniał o jej urodzinach. Strasznie się wtedy pokłócili przez telefon. Dziewczyna zarzuciła mu, że prawie się nie widują, nawet gdy są w tym samym mieście i zasugerowała, że powinni zerwać. Nie chciała się z nim spotkać. Nick nie mógł tego przetrawić, choć było w tym dużo jego winy. Tego samego dnia stracił ważny kontrakt, więc był dodatkowo przybity niepowodzeniem w pracy.


Zdołowany, poszedł wieczorem do jednego z latynoskich klubów i nieźle sobie tam popił. Właściwie to był kompletnie pijany. Spotkał tam wtedy Sarę, która zaniepokojona zaczęła go szukać i znalazła. Wyprowadziła go na świeże powietrze, gdzie na tyle wytrzeźwiał, iż zwierzył jej się ze swoich problemów osobistych i zawodowych. Była taka miła i zdawała się go rozumieć. Wyciągnęła go na parkiet, by go rozweselić. Poddał się chwili i tańcowi, by zapomnieć o problemach. Nawet nie zauważył kiedy się już całowali, namiętnie i rozwiąźle. Kilka minut potem byli już przed budynkiem najbliższego hotelu.


Na nieszczęście Nicka, widziała ich wtedy Mary, która robiła zakupy w sklepie naprzeciwko. Ich zachowanie było na tyle jednoznaczne, że Mary od razu zrozumiała, co się dzieje. W tamtej chwili jeszcze o tym nie wiedział, ale potem Mary nie omieszkała go przy najbliższym spotkaniu spoliczkować i nazwać bezwstydnym zdrajcą. Niedługo później zawarli tamtą umowę, z której nie zdążył się wywiązać, bo Ella miała wypadek.


Kochali się wtedy z Sarą całą noc, a gdy się obudził następnego dnia i na trzeźwo zobaczył, co zrobił - załamał się totalnie. Nie mógł uwierzyć, jak do tego doszło ani sobie tego wybaczyć. Tymczasem Sara była wniebowzięta i po przebudzeniu, wyznała mu miłość. Zatkało go i przytłoczony nadmiarem mieszanych uczuć, po prostu wyszedł z hotelu. Gdy spotkali się ponownie w pracy, unikał tematu i trwało to do dziś. Zauważył jednak zmianę w zachowaniu Sary, która przestała traktować go jak szefa i stała się bardziej bezpośrednia, gdy byli sami. To go niepokoiło, tak samo jak to, że go kochała, ale głupi nie chciał podejmować tego tematu. Teraz wiedział, jak wielki był to błąd i miał szczery zamiar go dziś naprawić.


Najbardziej jednak żałował, że nie miał szansy wyjaśnić tego Elli, którą jednak nadal kochał i przerażał go fakt, że taka możliwość może nigdy nie nadejść. Dręczył się też tym, że ją zaniedbywał i przez niego miała taki straszny wypadek. Mając więc do wyboru ciągłe dobijanie się tym - wybrał izolację od dziewczyny i ucieczkę, którą tłumaczył „nowym początkiem” w Hiszpanii. Miał nadzieję, że ten ciepły kraj choć częściowo zaleczy jego rany, wywołane przez jego własną głupotę i wstyd.


 


***


 


Czas szybko mijał i w Leosie nastał już wieczór. Zmęczeni Ella i Ren poszli położyć się do łóżka. Dziewczyna była wykończona. Wszędzie musiała iść z nim, robić wszystko razem i cały czas mieć się na baczności, będąc tak blisko niego, czy tego chciała czy nie. Na samą myśl, że będzie tak całą drogę do Eolium, robiło jej się słabo. Jednak pomimo zmęczenia, nie chciała zasnąć, co szybko zauważył Ren.


-        Dlaczego nie idziesz spać? – spytał zwyczajnie.


-        Nie chcę. – odparła szczerze.


-        Bo co? Śpiąc szybciej odzyskasz siły po chorobie.


-        Czuję się już dobrze. – dalej go zbywała.


-        Podziękuj za to Eru, ale to nie znaczy, że możesz o siebie nie dbać. Mów prawdę, o co chodzi? – Alren nauczył się już rozpoznawać, kiedy coś ukrywa lub kłamie.


-        Boje się... – szepnęła, patrząc w bok – Boję się, że znów mi się przyśni tamto miejsce... Boję się tego, co stanie się dalej... Tak bardzo się boję, że sen nie przychodzi. – wyznała, a  Ren westchnął.


-        Jeśli chodzi tylko o to, to może mogę ci pomóc. – rzekł z uśmiechem, po chwili zastanowienia i przyłożył dwa palce do jej czoła.


-        C-co robisz? – zdenerwowała się i spojrzała na niego.


-        Spokojnie, rzucę tylko na ciebie czar, który sprawi, że przyśni się ci coś pięknego. Innymi słowy - ujrzysz we śnie to, co byś chciała zobaczyć lub przeżyć. Tego kapłańskiego czaru nie można nadużywać, ale dziś zrobię dla ciebie wyjątek, bo widzę, że serio masz zamiar całą noc czuwać. To jak, może być? – spytał, unosząc brew, a Ella nie wiedziała, czy może mu zaufać.


-        Ale na pewno tak będzie?


-        Tak. Jeśli jutro znów obudzisz się po koszmarze, będę ci usługiwał cały dzień, umowa stoi? - zaśmiał się z jej zakłopotanej miny, a ona westchnęła i kiwnęła głową, że się zgadza.


Ren wyszeptał kilka słów i na jej czole pojawiła się mała plamka zielonego światła. Kilka sekund później Ella spała już jak zabita. Ren uśmiechnął się do siebie, przykrywając ją dokładnie kołdrą i również zamierzał iść spać, jednak wtedy usłyszał cichy płacz Elen oraz głos Bena, dobiegający z salonu i zaniepokoił się...

~ Aruell
Aruell
Nastrój: Niezdrowy ten dzień, ale dobry ;3
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 14

wtorek, 1.marca.2011, 22:46

Witam po raz pierwszy na moim nowym blogu wszystkich moich stałych czytelników, którzy pamiętają początki tej historii na onecie. ;) Mam nadzieję, że się Wam tu spodoba ;)


Witam również wszystkich pozostałych i zapraszam do zapoznania się z tym opowiadaniem, jeśli tylko macie na to ochotę i czas. W Archiwum znajduje się bowiem to, co zostało opublikowane wcześniej, na onecie. ;)


Chciałabym w tym momencie bardzo podziękować Haru, która wykonała dla mnie szablon, który tu widzicie. Dziekuję Ci z całego serca, Haru! <3


Jeśli chodzi o dodawanie nowych notek. Kolejne części opowiadania będę wrzucała regularnie raz w tygodniu - co środę. Jednak nie wykluczam mozliwości, że jeśli będę miała więcej czasu, wrzucę dodatkowo jeszcze jeden, taki bonus. (np. gdy stwierdzicie, że nie wytrzymacie do nast. środy ;P) ;) Pojawią się też krótsze notki, w międzyczasie, dotyczące bloga i tej historii.



*


Niniejszy rozdział zawiera dość długi opis snu Elli, ale zapamiętajcie wszystko dobrze, bo zarówno miejsce, jak i ten pan, będzie wielokrotnie się pojawiał w tym opowiadniu i nie jest przypadkowe. ;)


Pora też zacząć nowy wątek związany z Nickiem. ;)


Pojawi się też zapowiedź nieco ciekawszej scenki w nast. rozdziale z Ellą i Renem... ^^ (raczej się domyślicie, w jakim miejscu...;P)


Miałam wstawić teraz rysunek tego pana ze snu Elli, ale wybaczcie nie miałam sił go skończyć. Pokażę go, kiedy będzie gotowy. ;)


W zamian za to, wstawiam rysunek z logo szablonu.


Nie przedłużając, zapraszam na nowy rozdział. Pozdrawiam serdecznie ;)





***






Złotowłosa dziewczyna w błękitnej sukni otworzyła powoli oczy. Zamrugała kilka razy i zorientowała się, że widzi jasno granatowe niebo, spowite niezliczonymi gwiazdami, znajomo wyglądającą planetę i srebrny księżyc. Ponadto świeciło też Słońce, sprawiając, że ziemia, na której się znajdowała, była jasna jak za dnia. Takie połączenie wywarło na niej niesamowite wrażenie. Zdawało jej się, że jest jednocześnie dzień i noc. Wstała i rozejrzała się.


Rozpoznała ogród i pałac oraz wielką bramę, która również wyglądała znajomo. Ponownie usłyszała słodki śpiew, dobiegający zza drzwi. Podeszła do niej i dotknęła ostrożnie dłonią. W efekcie – zaczęła się ona samoistnie otwierać, a kobiecy głos zamilkł bezpowrotnie, jakby miał na celu tylko ją zwabić do tego miejsca. Zawahała się nieco wystraszona nagła ciszą, po czym zajrzała nieśmiało do środka.


Zobaczyła ogromny dziedziniec pałacowy. Okazało się, iż ta brama nie prowadziła bezpośrednio do pałacu, tylko była częścią potężnego muru, który go otaczał. Ostrożnie weszła na szeroki, wyłożony jasnym marmurem, chodnik. Stanęła na środku i podziwiała kolumnady, zdobione tak misternie, jak te - w stylu korynckim, które stały dookoła okrągłego placu oraz po obu stronach każdej z czterech ścieżek, które odchodziły od niego w różne zakamarki obszaru pałacowego. Dziewczyna oczywiście zauważyła różne zabudowania otaczające miejsce, w którym stała, ale najbardziej ją interesował sam pałac, do którego prowadziły kolejne strome i szerokie schody. Pokonała je więc pospiesznie i spojrzała na wielkie, mające z siedem metrów wrota, które stały przed nią otworem. Po ich obu stronach paliły się ozdobne latarnie, zawieszone na ścianie, a ich światło, co ją już w ogóle nie zdziwiło - było błękitne. Ten kolor dominował w tym miejscu bez dwóch zdań. Kierowana ciekawością weszła do środka i zamarła z wrażenia.


Spodziewała się białego lub niebieskiego wnętrza, a tu pałac zaskoczył ją zupełnie innym wystrojem. Kroczyła po błyszczącej podłodze, wykonanej z ciemnego marmuru. Jego kolor przypominał mahoń, wymieszany ze złotymi akcentami. Szybko znalazła się w olbrzymim, przestrzennym holu. Po lewej i prawej stronie znajdowały się ciężkie, zdobione drzwi – w sumie było ich cztery. Naprzeciw niej zaś były wysokie schody, prowadzące na wyższe piętro oraz do piątych i największych wrót. Pokryte były częściowo przez długi i czerwony dywan, który kończył się u wejścia do pałacu. Było tam jasno, gdyż wszędzie znajdowały się niezwykłe, podłużne okna. Wszelkie poręcze, okiennice, świeczniki oraz bajeczne żyrandole wiszące pod wysokim sufitem, które zdążyła już zauważyć, były wykonane ze złota. Ściany miały jasno brzoskwiniowy i ciepły kolor, a na podłodze, co kilka metrów, stały pokaźne wazony, wypełnione na przemian czerwonymi i żółtymi kwiatami. Dziewczyna nie mogła oderwać oczu od tego wnętrza i rozochocona, chciała jak najszybciej obejrzeć resztę pałacu.


W tym oszołomieniu nie zauważyła, że na szczycie schodów ktoś się pojawił i bacznie się jej przyglądał od kilku minut.


Kim jesteś, nieproszony gościu? – usłyszała nagle niski, przenikliwy głos, który odbił się echem o ściany i gwałtownie zwróciła się w stronę mężczyzny, który stał na górze i patrzył na nią z nieprzyjazną miną.


Przyjrzała się wysokiej osobie w czarnych spodniach i wysokich butach oraz czerwonej, ozdobionej złotymi haftami, tunice i płaszczu, sięgającym podłogi - w tym samym kolorze. Był on zapięty piękną klamrą na klatce piersiowej. Strój doskonale podkreślał jego ciemną karnację. Włosy miał czarne niczym smoła, gęste i długie, aż do kolan, opadające luzem na plecy. Pojedyncze, krótsze kosmyki zasłaniały nieco jego duże i niezwykłe złote oczy oraz przystojną twarz, o subtelnych rysach. Według złotowłosej dziewczyny, wyglądał jak książę z „Baśni tysiąca i jednej nocy”. Z trudem zdołała coś wyksztusić, oczarowana tajemniczym mężczyzną.


- Ja...? – spytała z lękiem w głosie, bowiem nie spodziewała się nikogo spotkać. Myślała, że będzie tak, jak do tej pory i nie ujrzy żywej duszy.


- A widzisz tu kogoś jeszcze? – rzekł ostrzej, gdy zaś nie doczekał się odpowiedzi, skoczył tak wysoko i szybko, że byłoby to niemożliwe dla człowieka i sekundę później, znalazł się tuż przed nią, przykładając jej jednocześnie ostrą szablę do gardła – Powiedz prawdę albo giń! – posłał jej śmiercionośne spojrzenie, a ona zadrżała myśląc, że zaraz umrze.


- Nie! Błagam, nie! – wrzasnęła, budząc się gwałtownie i sapiąc głośno ze zdenerwowania.


- Co się stało? – Rena obudził jej krzyk, jednak nim zdołał się zorientować, co się dzieje, poczuł, jak roztrzęsiona dziewczyna wtula się w niego mocno. Domyślił się, o co chodzi – Spokojnie, to tylko zły sen...


- To było okropne... Boję się... – mówiła cicho, ciągle jeszcze pod wpływem tej mary.


Ren poczuł, jak dziewczyna drży i westchnął ciężko, po czym objął ją wolną ręką i przytulił do siebie delikatnie.


 


***


 


W Madrycie nastał kolejny świt. Promienie Słońca delikatnie rozjaśniały budynek pięciogwiazdkowego hotelu - The Westin Palace, gdzie przebywał Nick.


Siedział teraz w salonie apartamentu, na jasnej kanapie i spoglądał zamyślony w kieliszek z czerwonym winem, stojący na niskim, szklanym stoliku, naprzeciw niego. Postanowił właśnie kupić nowy apartament w Madrycie na własność i zostać tu na stałe, gdyż uznał to za wysoce korzystne. Jego biznes miał się najlepiej właśnie tutaj. Kochał ten kraj, jego klimat i tych ludzi, no i najważniejsze – Ella była daleko stąd. Miał szczery zamiar zacząć tu wszystko od nowa. Musiał jeszcze tylko dokończyć jedną sprawę – poważnie porozmawiać z Sarą.


Nie miał pojęcia, jak przyjmie to, co miał jej do powiedzenia. Jednak postanowił sobie, że jeśli nie będzie w stanie tego zaakceptować, będzie zmuszony ją zwolnić i znaleźć nową sekretarkę. Szczerze mówiąc, nawet byłby zadowolony z tego faktu, bowiem ta kobieta notorycznie kojarzyła mu się z Ellą i całą tą sytuacją.


Kiedy już się psychicznie przygotował, zadzwonił do Sary na komórkę.


- Tak, szefie? – usłyszał jej zaspany głos. Najwyraźniej dopiero wstała.


- Chciałbym cię zaprosić na prywatną kolację dziś wieczorem. Nie masz nic przeciwko? – spytał rzeczowo.


- Nie... Skądże. Bardzo chętnie! – ucieszyła się, jakby czekała na coś takiego cały czas.


- W takim razie jesteśmy umówieni na dwudziestą. – zarządził.


- Dobrze. – odparła entuzjastycznie.


- To tyle, do zobaczenia. Nie spóźnij się od pracy. – rzekł jeszcze i rozłączył się.


 


***


 


Ella uspokoiła się w ramionach Rena, po tamtym koszmarze i gdy odzyskała świeżość umysłu, dotarło do niej, co właśnie robi. Serce jej mocniej zabiło, gdy poczuła pod palcami jego mięśnie i kiedy ciepło tego mężczyzny przechodziło na jej ciało. Odsunęła się ostrożnie. Jej twarz była teraz mocno zarumieniona i nie miała odwagi spojrzeć mu w oczy z zakłopotania.


- Przepraszam... nie powinnam... – rzekła cicho, patrząc w dół. Natomiast Ren się uśmiechnął, widząc znajomy widok. Zawsze tak wyglądała, gdy była blisko niego i czuła się niezręcznie. Uważał to za urocze.


- Jak się czujesz? – zupełnie zignorował jej słowa, a ona podniosła głowę.


- L-lepiej... – odparła cicho.


- To widać. – stwierdził wesoło, a ona jeszcze bardziej się zarumieniła – No dobrze, to w takim razie chodźmy do łazienki się umyć. – stwierdził, tłumiąc śmiech, bowiem podejrzewał, jak Ella zareaguje.


- Co?! – prawie krzyknęła z zaskoczenia – J-jak to... r-razem? – język jej się plątał ze zdenerwowania.


- Wiesz... Raczej nie mamy wyboru. – rzekł, unosząc znacząco lewą rękę i pokazując kajdanki – Nie mam zamiaru przez coś takiego zarosnąć brudem. Poza tym mam też potrzeby fizjologiczne, podobnie jak ty. – starał się mówić rzeczowo, żeby nie zauważyła, jak bardzo go bawi ta sytuacja.


Ellę kompletnie zatkało. Niby było to oczywiste, ale wcześniej nie pomyślała o tym aspekcie, a raczej „skutku ubocznym” bycia skutym kajdankami. Na samą myśl o braku prywatności w czasie mycia czy załatwiania, zadrżała i zalała się rumieńcem.


- Ale... - nie wiedziała co powiedzieć – No przecież my...


- Pospiesz się, już i tak długo nie byłem w toalecie, a nie będę się już załatwiał do wiadra, skoro możesz chodzić.  – rzekł zdecydowanie, choć z lekkim przekąsem, ciągnąc ją za sobą, by wyszła z łóżka.


Dziewczyna, z lękiem w oczach, wstała i poszła za nim, próbując się opanować. Jednak im bliżej byli łazienki, tym szybciej biło jej serce. Najbardziej przerażał ją fakt, że w tej sprawie nie będzie żadnego możliwego kompromisu także przez całą podróż do stolicy. Oprócz tego bała się, jak zachowa się w tej zupełnie nowej i z pewnością kłopotliwej sytuacji. Nie znała siebie aż tak dobrze, nie mówiąc już o Renie.


 


***


 


Mary siedziała w dyżurce pielęgniarek, pijąc kawę w czasie krótkiej przerwy w pracy. Była smutna i zamyślona. Bezwiednie wyjrzała przez małe okno i patrzyła w milczeniu na zaśnieżoną ulicę i drzewa. Martwiło ją ostatnie zachowanie Davida. Nie rozmawiali od tamtego czasu i żałowała, że dziś znów miał nocny dyżur, co oznaczało, że się rozminą, choć pracują w tym samym szpitalu.


Westchnęła ciężko, bo nie mogła przestać myśleć o tamtej sytuacji i tym niezręcznym uczuciu, które im towarzyszyło w drodze powrotnej. Po rozważaniach doszła do wniosku, że na pewno miało to związek z tym, że spotkali Thoma. Mimo iż nie rozumiała, dlaczego to tak przygnębiło przyjaciela, miała nieodparte wrażenie, że w jakiś sposób go zraniła. Nagle w jej głowie coś zaświtało. Zaczęła kojarzyć fakty i słowa Davida i dochodziła do niezwykle zaskakującej myśli - może David jest w niej...  Nie dokończyła jej, bo przybiegła koleżanka i przekazała polecenie lekarza, które musiała niezwłocznie wykonać.


Kiedy potem wróciła jeszcze na chwilę do dyżurki, by wypić kolejną kawę, nie myślała już o tamtym, gdyż uznała to za absolutnie niemożliwe, by David się w niej zakochał. A może o prostu nie chciała przyjąć do wiadomości takiej ewentualności?


Mary była już tak przybita, że wyobraziła sobie dla odmiany, jak będzie przebiegało jej spotkanie z Thomem dziś po południu. Gdy jego obraz pojawił się jej przed oczami, zarumieniła się. Jednak obiecała sobie, że nie będzie tamtą, łatwo zakochującą się, studentką i nie podda się zmów jego urokowi. Pamiętała bowiem, jak było ostatnio i nie chciała przeżywać tego jeszcze raz. Nastawiła się więc, że to będzie tylko przyjacielskie spotkanie po latach.



"Princess"



~ Aruell

Aruell
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 13

sobota, 26.lutego.2011, 14:35
Zapraszam na nowy rozdział. ;) Czas pokazać Rena z nieco innej strony, ciekawe co na to powiecie... ;p Tym razem akcja skupi się więc bardziej na naszej głównej parce ;)
Z góry przepraszam za błędy i życzę miłego czytania.

Pozdrawiam ;)


***


Przerażony Alren zaniósł nieprzytomną Ellę do łóżka i usiadł obok niej, patrząc na Eru, która ją badała, błagalnym spojrzeniem.


-       Co jej jest? Powiedz wreszcie! – sam był zdumiony, że tak się tym przejmuje.


-       To nic takiego, tylko zemdlała. – stwierdziła pewnie, a on odetchnął z ulgą – Ale ma bardzo wysoką gorączkę, dreszcze i poci się. Chyba w końcu nie wytrzymała tego wszystkiego: podróż w trudnych warunkach, zimno, ostatnia przygoda nad jeziorem i stres - dużo przeszła. Nic dziwnego, że się rozchorowała. – westchnęła, szczerze jej współczując.


-       No tak... – zmartwił się, dotykając jej rozpalonego czoła - A ja jeszcze na nią krzyczałem... – poczuł się trochę odpowiedzialny za jej stan.


-       Nie obwiniaj się. Wyzdrowieje. To wygląda na zwykłe przeziębienie. Pójdę do siebie i przygotuję lekarstwo. Gdy podasz je dziś wieczorem i jutro rano, to pojutrze będzie zdrowa. – w jej głosie nie było cienia wahania - Do tego czasu zmieniaj jej okłady oraz pilnuj, by dużo piła i było jej ciepło.


-       Dobrze... – szepnął, zastanawiając się, co też oznacza ten pojawiający się uśmiech, na twarzy Eru – No co? – w końcu nie wytrzymał, a ona zachichotała.


-       Nic. Po prostu, kiedy się martwisz, wyglądasz znacznie bardziej uroczo niż zazwyczaj. – zaśmiała się serdecznie, a on się zarumienił. Chciał coś powiedzieć, zaprotestować, ale uznał, że to bez sensu.


Po chwili pożegnali się, bowiem Kapłanka musiała iść przygotować miksturę leczniczą dla Elli.


Tymczasem wrócili Ben i Elen, którzy szybko włączyli się do opieki nad dziewczyną. On porządnie rozpalił w kominku i przyniósł dodatkowy koc, a Elen zanosiła Elli i Renowi posiłki oraz napoje. Alren natomiast czuwał nad nią i troskliwie zmieniał jej zimne okłady.


Po południu Ella otworzyła oczy i zdumiała się na widok zmartwionej twarzy Rena, który wyrzynał właśnie, w misce z wodą, kawałek szmatki.


-       Alren? – mruknęła zdziwiona, a on natychmiast na nią spojrzał – Co się dzieje?


-       Rozchorowałaś się... – rzekł, kładąc jej okład na głowę.


-       Ale... kiedy...


-       Nic nie mów, powinnaś teraz spać. Dzięki temu szybciej wyzdrowiejesz. Eru przyniesie wieczorem lekarstwo, więc wszystko będzie dobrze. – Ellę zdumiała jego troska, a delikatny i ciepły ton głosu sprawił, że zrobiło jej się bardzo miło. Była to przyjemna odmiana po wcześniejszym krzyku i złości.


-       Nie chcę spać... – mruknęła szczerze.


-       O czym ty mówisz? Musisz...– dotknął jej czoła i zasępił się – Nadal masz wysoką gorączkę... – urwał, bo Ella, z półprzymkniętymi oczami, złapała go za tą rękę i przyłożyła jego dłoń do swojego policzka, po czym wtuliła się w nią. Czując jego ciepło, uśmiechnęła się lekko, po czym szybko ponownie zasnęła.


Alren zupełnie nie wiedział, co ma o tym myśleć. To był niby nic nie znaczący, delikatny gest z jej strony, ale zupełnie zbił go z tropu. Było w nim tyle uczucia, tyle tęsknoty, że aż poczuł się nieswojo. Delikatnie zabrał rękę i usiłował się uspokoić.


Miał coraz mniej wątpliwości, że życzenie Elli rzeczywiście było związane z jego osobą. Powoli utwierdzał się w przekonaniu, że ta złotowłosa dziewczyna musiała być nim zauroczona. Już wcześniej to zauważył, ale starał się o tym nie myśleć. Teraz jednak zastanawiał się, czemu Ella się do niego tak przywiązała. Może to dlatego, że właśnie akurat na niego spadła, że był pierwszą osobą, którą tu spotkała? A może to tylko siła pożądania, pociąg fizyczny, który i on odczuwał? Siedział więc rozdarty resztę dnia, wpatrując się w śpiącą Ellę. Nadal nie był zadowolony, że wpakowała go w taką kłopotliwą sytuację, ale jakoś nie potrafił się już dłużej złościć po tym ostatnim geście i po tym, jak się rozchorowała.


***


David z lękiem w oczach przyglądał się gościowi, który podszedł do stolika, przy którym siedziała Mary. Czuł się tak, jakby ktoś wbił mu nóż w plecy. Marzył, by to było tylko złudzenie, ale nie... Niestety to był on. Thom – jedyny mężczyzna, którego Mary kochała. Łudził się, że już nigdy nie pojawi się ponownie w ich życiu i Mary o nim zapomni, ale najwyraźniej się mylił. On wrócił i David podświadomie wiedział, że to dla niego bardzo niekorzystne. Ze smutkiem patrzył jak początkowe zdumienie Mary zmienia się powoli w zachwyt. Serce mu się ściskało, gdy widział rumieńce, które próbowała ukryć w czasie rozmowy z Thomem. Powoli tracił wszelką nadzieję na jej miłość, kiedy patrzył na jej błyszczące ze szczęścia oczy. Przeczuwał, że z takim rywalem nie ma szans.


Po kilkunastu minutach Thom odszedł, a zdołowany David powrócił do stolika.


-       David! Wiesz, kogo przed chwilą widziałam? Nie uwierzysz! – prawie krzyczała z podekscytowania.


-       Thoma. – odparł beznamiętnie.


-       Zauważyłeś go wracając? – domyśliła się.


-       Tak. – odpowiadał krótko, bo nie miał sił na nic więcej.


Przejęta Mary nic nie zauważyła i zdała mu dokładną relację z ich rozmowy, promieniując szczęściem. Thom zaprosił ją jutro na obiad, by mogli nadrobić zaległości, a ona oczywiście się zgodziła. Natomiast przygnębienie Davida stale wzrastało.


-       Aj, wybacz, że tyle gadam – puknęła się w czoło – A właśnie, miałeś mi coś powiedzieć, prawda? Co takiego? – powróciła do tematu, jednak David ani myślał, w tej sytuacji, wyznawać jej miłość.


-       To nic ważnego. – odparł, spoglądając w bok – Późno już. Chyba pora się zbierać, co? Odprowadzę cię do domu. - rzekł obojętnie, a Mary wreszcie zauważyła totalną zmianę w jego zachowaniu, odkąd wrócił z toalety.


-       Co się stało? – zmartwiła się – Jesteś zły, że tyle gadam o Thomie i przerwałam „tylko nasz” dzień? – spytała z niepokojem.


-       Skądże. – skłamał i zmusił się do uśmiechu – Widzę, że nadal go kochasz, choć nie widziałaś go całe dwa lata... – rzekł cicho po chwili, trochę zbaczając z tematu, a ona nie potwierdziła, ale też i nie zaprzeczyła. Była trochę zagubiona, zwłaszcza że czuła, iż David nie mówi jej prawdy, do czego nie była przyzwyczajona.


Później opuścili restaurację. David dotrzymał Mary towarzystwa, aż dotarli do jej mieszkania, ale przez całą drogę milczał, a Mary wraz z nim. Była już pewna, że coś jest nie tak. Podejrzewała, że ma to związek z Thomem, ale nie miała odwagi go o to spytać. Nie rozumiała, czemu przyjaciel zachowuje się tak dziwnie. Pożegnali się krótko i każde z nich wróciło do swego domu, z tym samym dyskomfortem psychicznym.


***


Wieczorem Ren obudził Ellę, bo musiał podąć jej lekarstwo, które właśnie przyniosła Eru. Dziewczyna niechętnie wypiła, niedobrą w smaku, miksturę i patrzyła na niego w milczeniu.


-       Chcesz się czegoś napić? – spytał zwyczajnie.


-       Herbaty, jest taka dobra tutaj... – mruknęła.


-       Dobrze, zaraz powiem Elen, by jej przyniosła.


Ella nadal była zdziwiona jego troską. Czuła, że musi coś powiedzieć, ale nie bardzo wiedziała jak.


-       Alrenie... – zaczęła – Wiesz... Ja chciałabym cię przeprosić. – dodała nieśmiało, patrząc mu w oczy, a on się zdziwił.


-       Za co?


-       Bo widzisz... Spadłam na ciebie znikąd i od tamtej pory sprawiam ci same kłopoty. Przeszkodziłam ci w podróży, a teraz nie wiem jak, ale znowu wpakowałam cię w tą maskaradę z kajdankami... Przepraszam. – mówiła szczerze i on widział to w jej spojrzeniu – Wiem, że mnie nie lubisz, nie chcesz mieć ze mną nic wspólnego i obwiniasz mnie o to wszystko... Proszę wybacz mi. – mówiła dalej, choć patrzyła wtedy w bok.


-       Nic takiego nie powiedziałem... – obruszył się.


-       Nie musiałeś, ja to czuję. Wiem, że starasz się być miły i nie pozwolisz, by coś mi się stało, ale dobrze rozumiem, że jesteś na mnie wściekły i nie mam o to żalu. – zrobiła pauzę, a on milczał, bo go zamurowało – Mam nadzieję, że w Eolium Arcykapłanka zniszczy te kajdanki, a wtedy będziesz znów wolny. Do tego czasu, wybacz mi... – zakończyła prawie szeptem, a jemu było strasznie głupio.


Ren dobrze wiedział, dlaczego Ella tak myślała. W końcu ciągle na nią warczał i krzyczał. Jednak tak szczerze, to był zły na siebie i na los, ale nie na nią. Gdy patrzył na tę dziewczynę, chciał jej pomóc i to go w nim najbardziej irytowało. Zdecydował więc, że musi jej coś wyjaśnić.


-       Ello, to nie tak... – zaczął, patrząc w kajdanki – Ja wcale nie jestem zły na ciebie, choć mogło to tak wyglądać. Jestem zdezorientowany i wkurzony na los, że nam coś takiego zgotował. Poza tym nie wiem, czemu tak się stało...


-       Ja o nic nie prosiłam, przysięgam... – przerwała mu, wiedząc do czego zmierza.


-       Wierzę ci... – rzekł cicho, patrząc na nią, a ją zatkało – Przemyślałem to, kiedy spałaś. To możliwe, że Verie urzeczywistniły twoje życzenie, bez twej zgody i ingerencji. Wybacz, że w złości posądziłem cię o kłamstwo. Nie powinienem był. – dokończył, a Ella ucieszyła się, że jej uwierzył. Jednocześnie zmartwiła się, co w takim razie wróżki uznały za jej marzenie i dlaczego skuły ją z Renem kajdankami. Odgoniła jednak tę myśl, bo co innego zaprzątało teraz jej umysł.


-       Czy to znaczy... – zaczęła ostrożnie – Czy to oznacza, że jest szansa, że mnie nie nienawidzisz? – spojrzała w jego zielone oczy i przełknęła ślinę. Sama była zdziwiona, czemu to dla niej takie ważne.


-       Nie żywię do ciebie żadnych negatywnych emocji, Ello. – zapewnił z lekkim uśmiechem. Nadal mu było wstyd, że sprawił, iż ta dziewczyna tak pomyślała – Wiem, że czasem bywam niemiły, szorstki i krzyczę, ale to nie znaczy, że cię nienawidzę. – poprawił kołdrę tak, by dokładnie zakrywała Ellę, a ona miała wrażenie, że zaraz rozpłynie się ze szczęścia.


-       Cieszę się. – szepnęła nieśmiało, a na jej twarzy pojawiły się rumieńce, co nieco rozbawiło Rena.


-       Właśnie widzę. – zaśmiał się, a ona zawstydziła.


Wówczas do pokoju weszła Elen i przyniosła herbaty. Wypili ją ze smakiem, w milczeniu. Później Ella, zmęczona chorobą i emocjonującą rozmową z Alrenem, szybko ponownie zasnęła. Również on niedługo potem położył się spać po ciężkim dniu.


***


W Londynie już dawno zapadła noc. W siedzibie Bractwa Miryonu słychać było wyraźnie głośny, chóralny śpiew. Serilla klęczała przed ołtarzem razem z resztą, a nad nim lśniła szafirowa kula światła. Wyglądało to tak, jakby z ciała każdego, obecnego tu człowieka, ulatniała się błękitna energia, kumulująca się w tej kuli, która z każdą chwilą była jaśniejsza, aż w końcu zgasła - po wielkim wybuchu niebieskich promieni. Ustały wtedy wszelkie śpiewy, a Serilla wzięła w dłoń przedmiot, który leżał teraz na środku ołtarza i uniosła go do góry tak, aby wszyscy go zobaczyli.


Była to złota, niczym włosy Elli, ozdobna bransoleta wysadzana małymi diamentami oraz pojedynczym, dużym, mieniącym się i wypolerowanym szafirem, którego kolor był dokładnie taki sam, jak barwa oczu tej dziewczyny.


-       Bracia i siostry! Święta Bransoleta naszej Pani jest gotowa! – odpowiedziały jej entuzjastyczne krzyki zadowolenia – Jutro o północy założę ją naszej Pani, a wtedy nie tylko stanie się w pełni jedną z nas, ale będzie mogła też odkryć swą moc oraz korzystać z niej w dowolnej chwili. Radujmy się! – powiedziała donośnym głosem.


Później znów dało się słyszeć kilka pieśni, aż mistyczne spotkanie dobiegło końca.

Aruell
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 12

sobota, 26.lutego.2011, 14:33
Zapraszam na kolejny rozdział. Czas skomplikować sprawy Davida i Mary. Tym razem więc trochę spokojniej u Elli i Rena, ale nie martwcie się, to dopiero początek ich przygody, a obiecane scenki już niedługo. ;)
Przepraszam za ewentualne błędy i życzę miłej lektury. x)


***



Do Londynu zawitał nowy dzień. Pogoda pozastawiała wiele do życzenia. Było pochmurno, bardzo zimno i jakby tego było mało, wszędzie leżały ogromne ilości śniegu, które już od wczorajszej nocy sprawiały poważne problemy kierowcom i pieszym oraz służbom porządkowym, które usiłowały przywrócić miastu funkcjonalność.


David widząc, jakie są utrudnienia na drogach, zdecydował się pojechać po Mary metrem. Kilka minut przed dziesiątą czekał na nią w umówionym miejscu, na lotnisku. Gdy tylko przyszła, przywitali się i pojechali z powrotem do centrum Londynu. Gdy dotarli na miejsce, Mary spojrzała na niego pytająco.


-       To co robimy? – uśmiechnęła się do niego.


-       Może na dobry początek pójdziemy na kawę. Myślę, że przyda się nam gorący napój i coś słodkiego. Co o tym sądzisz?


-       Dobry pomysł, tylko do której kawiarni by tu pójść? - rozejrzała się wymownie po jednej z głównych ulic Londynu.


-       Znam jedno takie miejsce...– uśmiechnął się tajemniczo.


Mary chciała dociec, jakie, ale powiedział, że to niespodzianka, więc nie naciskała. Ponoć nie było to daleko stąd, więc poszli pieszo.


Kiedy mijali, w umiarkowanym tempie, tłumy ludzi, Mary poślizgnęła się na oblodzonym chodniku i byłaby już upadła, gdyby nie David, który ją złapał i podtrzymał. Przez chwilę byli bardzo blisko siebie, znacznie bliżej niż zazwyczaj, co wprawiło ich oboje w dziwne zakłopotanie. Gdy tylko Mary odzyskała równowagę, odsunęli się od siebie.


-       Musisz uważać, jest bardzo ślisko. – rzekł całkiem zwyczajnie i uśmiechnął się na widok jej zawstydzonej twarzy, po czym nastawił swoje ramię – Chodź. Tak będzie bezpieczniej, nie sądzisz?


-       Chyba tak... – rozpromieniała się, łapiąc go pod rękę i wyrzucając z głowy to nieznane uczucie, które przez chwilę poczuła.


David zaprowadził Mary do kawiarenki znajdującej się na uboczu, z dala od ulicy, w bardzo starej kamienicy. Gdy tylko przekroczyli jej próg, od razu przypadła dziewczynie do gustu.


Wnętrze było gustownie urządzone, przytulne i ciepłe, a całości dodawała uroku muzyka bossa novy, która tam leciała oraz rozkoszny zapach kawy. Usiedli przy drewnianym stoliku, na wiklinowych fotelach z czerwonymi poduszkami, gdzieś w kącie. Mary podziwiała rozłożyste palmy, stojące w różnych miejscach pomieszczenia. Na złocistych ścianach zawieszono pomarańczowe, małe lampki, które emanowały przyjemnym światłem. Dziewczyna poczuła się, jak w brazylijskiej knajpce i od razu zrobiło jej się cieplej. David w tym czasie zdążył już zamówić dwie kawy hawajskie oraz kawałki ciasta czekoladowego, które bardzo szybko podano.


Mary wypiła nieco napoju i przyjrzała się rozebranemu już przyjacielowi. Miał na sobie elegancką, kremową koszulę, rozpiętą nieco przy kołnierzu i skórzaną, jasnobrązową marynarkę oraz spodnie w tym samym kolorze. Musiała przyznać, że świetnie wyglądał w tym stroju. Po chwili, odwróciła od niego wzrok, zastanawiając się, czemu nieustannie ma wrażenie, że coś jest nie tak. Czuła się, jakby była na randce, a nie przyjacielskim spotkaniu. Ponieważ jednak było przyjemnie i dobrze czuli się w swoim towarzystwie, machnęła na to ręką.


-       O czym tak myślisz, Mary? – zapytał w końcu rozbawiony jej długim milczeniem.


-       O niczym specjalnym... – skłamała, patrząc w bok – To miejsce rzeczywiście jest świetne. – pochwaliła kawiarenkę.


-       Wiedziałem, że ci się spodoba. – uśmiechnął się, nie mogąc się nadziwić, że Mary tak ślicznie wygląda w zwyczajnych jeansach i luźnym swetrze koloru indygo – A tak poza tym, jak tam wizyta rodziców? - zaczął temat.


-       Dobrze, na szczęście nie było tak źle. Dość dobrze znieśli podróż i wizytę w szpitalu. – odparła krótko – A jak u ciebie? Dyżur dał ci się we znaki?


-       Raczej tak, poza tym zdarzyło się coś dziwnego... – urwał, przypominając sobie wizytę tamtej dziwnej kobiety w szpitalu.


-       To znaczy? – zainteresowała się – Co się stało?


David opowiedział jej ze szczegółami tamto zdarzenie. Ponieważ miało ono związek z Ellą, Mary zaniepokoiła się.


-       Czy ta kobieta coś jej zrobiła?


-       Nie... Sprawdziłem dokładnie, zupełnie nic się nie zmieniło. Może to była tylko jakąś dziwna reporterka, a ja po prostu ze zmęczenia miałem zwidy. – powiedział jej to, czym sam sobie to wytłumaczył.


-       Ci dziennikarze... Skoro Elli nic nie jest, to nie ma się czym przejmować. – rzekła Mary, dając sobie spokój z tą sytuacją i nie chcąc psuć miłego nastroju.


Potem ponownie zmienili temat i zaczęli gawędzić o wszystkim i o niczym, przyjemnie spędzając razem czas.


***


Alren i Ella przywitali się z Eru w salonie, a Ben i Elen poszli na poranny spacer, gdyż Kapłanka powiedziała, że ich obecność może być bardzo krepująca, zważywszy na temat, jaki mieli podjąć. Elen nie była zadowolona z takiego obrotu sprawy, ale posłusznie wyszła ze swoim ojcem, nie mając innego wyjścia.


Ella siedziała zdenerwowana obok Rena, który zaczął rozmowę, gdy tylko Kapłanka zajęła miejsce w fotelu, naprzeciw nich.


-       Nie trzymaj mnie już dłużej w niepewności, dowiedziałaś się czegoś? – spytał z nadzieją w oczach.


-       Tak, ale niestety to ci się raczej nie spodoba, Alrenie... – urwała, patrząc na wystraszoną Ellę, a on zmarszczył czoło.


-       Proszę, powiedz to bez zbędnego przedłużania. – nastawiał się psychicznie na najgorsze.


-       Dobrze... - westchnęła ciężko – Wiem, co to były za wróżki i co prawdopodobnie zrobiły... – wlepiła wzrok w kajdanki, sama nie wierząc, że jest świadkiem czegoś takiego. Była bowiem zszokowana swoim odkryciem.


-       Więc...? – Ren się niecierpliwił, a Ella wstrzymała oddech.


-       Miałam dobre przeczucie. To rzeczywiście były starożytne, magiczne istoty, które jednak zniknęły wieki temu, po Szkarłatnej Nocy. Nie widziano ich od tamtego czasu i uznano za wymarłe... – urwała na chwilę – Ale cóż, przynajmniej od wczoraj wiemy już, że to nieprawda. Najważniejsze jest jednak to, że to nie są zwyczajne wróżki. To małe, ale niezwykle potężne istoty, które cieszyły się niegdyś ogromnym szacunkiem. Nazywano je Duchami Życzeń. Niełatwo było je znaleźć ani zasłużyć na ich pomoc, ale każdy pragnął je spotkać i zyskać ich zaufanie. Słynęły bowiem z tego, że potrafiły spełnić każde marzenie. Mieszkały kiedyś tu, na Egharii, ale nie pochodzą stąd, tylko... z Miryonu. – zrobiła pauzę widząc szok, malujący się na twarzy Rena.


-       Chyba żartujesz... – tylko tyle zdołał odpowiedzieć.


-       Niestety nie, Alrenie. Jak zapewne już się domyślasz, to były Verie...


-       Jasna cholera... – powiedział sam do siebie, przeczesując nerwowo włosy. Doskonale bowiem wiedział, co to oznacza.


-       Słyszałeś o nich, prawda? – bardziej stwierdziła fakt, niż spytała.


-       Tak... – był już bardzo zdenerwowany – Nie tylko potrafiły spełnić każde życzenie, nawet najbardziej absurdalne, ale ich czary były nieodwracalne. Ponoć nie można było cofnąć swego życzenia i obowiązywało nie tylko do śmierci, ale czasem nawet po niej. Niemożliwe też było złożenie drugiej prośby, bowiem wróżki urzeczywistniały tylko jedno życzenie człowieka w ciągu jego życia. Z czasem uznano to za bardzo niebezpieczne, właśnie ze względu na tą nieodwracalność i zakazano kontaktów z Veriami.


-       Wiesz nawet więcej, niż się spodziewałam... – zdziwiła się – Nieustannie mnie zadziwiasz, Renie. – w odpowiedzi mężczyzna tylko lekko się uśmiechnął.


-       Co ważniejsze... – zawahał się – Czy to oznacza, że już do śmierci będę skuty z Ellą kajdankami? – przeraził się swoich własnych słów, a złotowłosa nie mogła i nie chciała uwierzyć w to, co słyszała i miała wrażenie, że głowa boli ją jeszcze bardziej niż wcześniej.


-       Przykro mi to mówić, ale to wysoce prawdopodobne. – zasmuciła się – Niestety chyba nic ani nikt nie zdoła przerwać tych kajdanek ani cofnąć czaru Verii...


-       Czyli nie ma nadziei? To niemożliwe! – załamał się.


-       Poczekaj. Uspokój się... – pokazała mu, że jeszcze nie skończyła – Szperając w starych księgach, przeczytałam, że choć cofnięcie czarów Verii było i jest niemożliwe, to można je w jakiś sposób zmienić lub załagodzić. Wszystko zależało od treści danego życzenia. Niestety potrafili to zrobić tylko najwięksi magowie i kapłani.


-       Ale skoro tak, to wciąż jest nadzieja, że ktoś jednak będzie mógł pomóc, prawda? – ucieszył się, jak dziecko, które dostało upragnionego lizaka.


-       Tak. Myślę, że powinieneś zacząć od Theliny - Arcykapłanki Veolii, do której się i tak się wybierałeś na audiencję. W końcu nie ma potężniejszej osoby w tym kraju, niż ona. – odparła z uśmiechem na twarzy, a Ren odetchnął z ulgą, że nie wszystko jeszcze stracone.


-       W porządku, w takim razie wiem, co mam robić. Tylko... – zamyślił się – Nadal nie mogę zrozumieć, jakim cudem w ogóle do tego wszystkiego doszło? – wciąż nie mógł pogodzić się z sytuacją, w której się znalazł.


Zapadła długa, nieznośna cisza. Ella z lękiem patrzyła w podłogę, walcząc z bólem głowy, a Eru przyglądała się bacznie jej i Renowi.


-       Nie wiem, skąd i ani dlaczego Verie się pojawiły. Nie pojmuję też, czemu zwróciły uwagę akurat na Ellę, ale wiem na pewno, że z jakiejś przyczyny postanowiły spełnić jej życzenie, a ono zaś musiało mieć związek z tobą, Ren. – wyjaśniła najlepiej, jak umiała.


-       Zgadzam się. – rzekł pewnie i spojrzał na Ellę wymownie – Może w końcu coś powiesz, co? – dziewczyna zadrżała, widząc jego złość.


-       Ello, czego dokładnie sobie zażyczyłaś? – Eru spytała prosto z mostu, a ona czuła, że dłużej nie wytrzyma tego napięcia.


-       Ja.. Niczego sobie nie zażyczyłam, naprawdę... – do jej oczu napłynęły łzy, gdy zobaczyła, że jej nie wierzą.


-       Kłamiesz! – Ren był wściekły, że nie dość, że go w to wpakowała, to jeszcze nie miała zamiaru się przyznać.


-       Nie kłamię! One zjawiły się niewiadomo skąd, same mnie zaczepiły i mówiły, że spełnią moje życzenie... Nim coś odpowiedziałam, już mnie otoczyły... – tłumaczyła chaotycznie – Bredziły coś, że nie muszę nic mówić, bo wiedzą, czego chcę, a potem... a później...  – zawahała się - Straciłam przytomność, a gdy się obudziłam, byłam już skuta z Renem, ale przysięgam, że o nic je nie prosiłam... Musicie mi uwierzyć... – wypowiedź Elli poruszyła i zdziwiła zarówno Eru jak i Alrena, więc przez chwilę milczeli.


Natomiast złotowłosa dziewczyna czuła się już bardzo źle i zakręciło jej się w głowie. Zaczęła się chwiać, aż w końcu opadła nieprzytomna na kanapę.


Przerażony tym Ren chwilę później potrząsał dziewczyną, krzycząc by się obudziła, a równie wystraszona Eru szybko podbiegła do Elli, by sprawdzić, co jej jest...


***


Po pobycie w kawiarni, Mary i David poszli na zakupy. Dziewczyna uparła się bowiem, by kupić mu prezent. Obeszli wiele sklepów i ostatecznie Mary kupiła przyjacielowi nowy, elegancki zegarek, a on był tym zachwycony.


Nie, żeby nie miał w domu żadnego, bo stać go było nawet na droższe zegarki. Po prostu było to coś od niej - kobiety, którą kochał nad życie, więc było wyjątkowe. Później skierowali się do restauracji na obiad, przy którym wspominali miłe chwile z przeszłości, jednak odkąd David otrzymał prezent, nie mógł przestać myśleć o celu, w jakim w ogóle zaproponował Mary wspólny dzień. Obiecał sobie powiedzieć jej w końcu, co do niej czuje. Jednak minęła już ponad połowa dnia, a on jeszcze tego nie zrobił. Zdenerwował się, że znów jest takim okropnym tchórzem, więc spojrzał poważnie na Mary, która popijała teraz sok pomarańczowy i pomyślał sobie – teraz albo nigdy.


-       Mary... - zawahał się – Muszę ci coś powiedzieć.


-       Co takiego? – nagła powaga przyjaciela ją nieco rozbawiła, ale im dłużej na niego patrzyła, tym bardziej nabierała przekonania, że chodzi o coś ważnego – No powiedz wreszcie, bo zaczynam się martwić!


-       Nie, to nic złego... Ja tylko... – zaczął, ale przerwał mu kelner, który przyszedł zabrać talerze i spytać, czy nie życzą sobie deseru.


Mary zamówiła więc lody truskawkowe z bitą śmietaną dla nich obojga, mimo iż David swoim lekarskim zwyczajem ostrzegał, że to nie jest odpowiednia pora roku na zimne desery.


-       No więc, co miałeś mi powiedzieć? – powróciła do tematu, a on znów się zdenerwował. Chciał uciec i w sumie tak właśnie zrobił.


-       Za chwilkę, muszę pójść do łazienki.


-       Ok., tylko się pospiesz, bo umieram z ciekawości. – ta sytuacja zaczęła ją bowiem znów bawić i zastanawiała się, co też takiego go dręczyło.


Minęło kilka minut. David jeszcze nie wrócił, a dziewczyna beztrosko zajadała się lodami, gdy nagle usłyszała męski, barytonowy głos.


-       Mary...? – urwał – To ty, prawda? – w jego głosie było słychać zdziwienie i radość zarazem.


Mary spojrzała na wysokiego, śniadego i przystojnego mężczyznę, o czarnych włosach, stojącego przy jej stoliku i przyglądającego się jej uważnie z promiennym uśmiechem. Był ubrany w modne czarne spodnie i koszulę, rozpiętą przy kołnierzu oraz skórzaną kurtkę w tym samym kolorze. Na szyi lśnił złoty łańcuch, a w lewym uchu – okrągły, mały kolczyk. Dziewczyna zamarła na widok, tak znajomo wyglądających, brązowych oczu.


-       T-Thom? – ledwo to wykrztusiła, nie mogąc uwierzyć, że to właśnie jego widzi.


W tej samej chwili z daleka ujrzał go i rozpoznał również David, który dopiero co wyszedł z toalety...


 


Thom:

Aruell
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 11

sobota, 26.lutego.2011, 14:30
Czas na kolejny rozdział. Mam nadzieję, że zawarta w nim scena z Ellą i Renem się Wam spodoba. Rozpocznie bowiem cykl pełnych namiętności i emocji sytuacji. ;p Zapraszam ^^
Pozdrawiam ;)


***



Ella nie wiedziała, gdzie się znajduje. Wszędzie było ciemno i cicho. Dopiero, gdy jej wzrok przystosował się do mroku, wstrzymała oddech, rozpoznając to miejsce. Dobrze znała te meble i delikatne firanki przy oknach oraz ten zapach pieczonej kaczki, którą zwykła robić jej siostra na święta. Wiedziała już, że była w mieszkaniu, który wspólnie z nią wynajmowała w Londynie. Podekscytowana myślą, że te wróżki rzeczywiście spełniły jej największe marzenie i dzięki nim wróciła do domu, pobiegła szybko do pokoju Mary i zobaczyła, jak śpi ona w swoim łóżku. Serce załomotało jej z radości. Czy to możliwe? Roztrzęsiona z emocji podbiegła do niej.


-       Mary! Mary, obudź się! Wróciłam do domu! Wróciłam! – krzyczała bez opamiętania, ale ona nie reagowała. Co więcej, Ella nie była w stanie jej dotknąć, zupełnie jakby była tam tylko duchem – Nie, proszę... Wstań i powiedz, że jestem tu naprawdę... – dodała z bólem w głosie, a w oczach pojawiły się łzy. Szczęście szybko przerodziło się w lęk i rozpacz, gdy pojęła, że coś jest nie w porządku.


Nagle usłyszała jakiś szmer w drugim pokoju, więc pobiegła tam, by sprawdzić co to takiego. Zamarła, gdy zobaczyła chrapiącego na swoim łóżku tatę i mamę, zaraz obok niego. Co tu robią jej rodzice? Mimo iż była w szoku, nie potrafiła powstrzymać łez wzruszenia. Podeszła do nich niespiesznie.


-       Mamo! Tato! Obudźcie się! Czemu mnie nie słyszycie? No już.. – łkała, bezskutecznie dotykając łóżka, gdyż jej ręce przechodziły przez nie, jakby była tylko zjawą.


Ella nie mogła przestać płakać. Nieważne, ile razy się starała, ani Mary ani jej rodzice nie reagowali. Zdołowana spojrzała na swoje biurko i rozpoznała stojące na nim zdjęcie.


-       Nick...  – urwała, gdy zorientowała się, że nie może nawet podnieść ramki z fotografią.


Przyglądała się przystojnemu blondynowi i nagle przypomniała sobie ich rozmowę, kiedy tamtego dnia wracała z zakupów. Znów poczuła tą złość, ale i tak wiele by dała, by go na żywo zobaczyć i móc ochrzanić za tamto zbywanie. Kiedy myślała ze smutkiem o Nicku, spojrzała na lustro, w którym tak lubiła się przeglądać. Podeszła bliżej i o dziwo nie ujrzała w nim swego odbicia. Przeraziła się i zasłoniła oczy.


-       Nie... Nie! Dlaczego? Ja chcę do domu! – płakała – Czemu trafiłam do tamtego świata? Po co?Nie chcę tam wracać... Chcę tu zostać, proszę... – mówiła, nie wiadomo do kogo. Być może do osoby lub siły, która była odpowiedzialna za tą sytuację.


Kiedy ponownie spojrzała w lustro, aż podskoczyła widząc w nim Alrena. Patrzył na nią swoimi zielonymi oczami i zdawał się do niej przybliżać, po czym jednak odwrócił się tak, jakby chciał znów odejść. Coś ukłuło ją w sercu. Chciała coś powiedzieć, ale nie wiedziała co. W końcu wydobyła z siebie tylko jedno słowo...



-       Ren! – krzyknęła, a jej głos był przesiąknięty bólem. Po chwili zorientowała się, że znajduje się w ciemnym pokoju, w domu Bena.


Otarła pot z czoła i próbowała się uspokoić. To był tylko kolejny koszmar. Tym razem jednak sprawił, że była strasznie przybita, bo przypomniał jej ludzi, którzy zostali na Ziemi i jej dom. Wszystko, co kochała i co było jej drogie, zostało tam. Tutaj nie miała nikogo ani niczego swojego...


Nagle poczuła opór i chłód na skórze, gdy próbowała się poruszyć. Zdziwiona spojrzała najpierw na swój nadgarstek, gdzie ku swemu zaskoczeniu ujrzała kajdanki, a chwilę potem - na rękę, do której była przykuta. Podniosła wzrok, by zobaczyć, kto leży po jej prawej stronie i zamarła.


-       Alren? Co on tu robi? Co to za kajdanki? O co tu chodzi, do cholery! – myślała gorączkowo, próbując ustalić, czy to już rzeczywistość, czy też kolejny sen.



***



David właśnie wychodził ze swego gabinetu, by zrobić kolejny obchód, podczas swego nocnego dyżuru, gdy kątem oka zobaczył, jak ktoś wychodził z pokoju Elli.


Stanął i przyjrzał się kobiecie o kręconych, brązowych włosach w eleganckim płaszczu,kiedy zamykała cicho drzwi. Intrygowało go, co to za osoba zwłaszcza, że niebyła raczej znajomą pacjentki. Już miał ochotę podejść bliżej, gdy zwróciła głowę w jego stronę i nagle zobaczył jej święcące, niebieskie oczy. Ten widok go sparaliżował. Nie był w stanie się ruszyć dopóki, nie zniknęła mu z pola widzenia.


Gdy szok minął, oparł się o ścianę i gorączkowo myślał, co to było. Czy miał zwidy ze zmęczenia? Kim była ta kobieta i czemu tak dziwnie się poczuł? Co to były za oczy? Po chwili pospiesznie poszedł sprawdzić, co z Ellą, ale wszystko było w porządku. Uspokoił się. Przez myśl mu przeszło, że mogła to być jakaś szalona reporterka, a reszta była złudzeniem, ale nie był przekonany. Nie po tym ostatnim cudownym ozdrowieniu, który wstrząsnął jego racjonalizmem. Czuł, że musi o tym powiedzieć Mary, ale nie zamierzał jej budzić. Obiecał sobie jednak, że jutro o tym z nią porozmawia. Postanowił też coś zrobić, by pokój Elli był pod stałym nadzorem. Nie podobało mu się, że wchodzą tam niezidentyfikowani ludzie. Gdy już całkiem ochłonął, kontynuował obchód.



***



Serce Elli biło jak szalone, gdy szeroko otwartymi oczami wpatrywała się w twarz Alrena, którego jej krzyk o dziwo nie obudził. Nie mogła uwierzyć, że go widziani w to, że jest z nim skuta kajdankami. Wtedy przypomniała sobie oblicze dziwnych wróżek i zaistniałą sytuację. Omal nie podskoczyła z wrażenia, gdy uświadomiła sobie, co mogło się wydarzyć, kiedy już straciła przytomność. Pamiętała obietnicę wróżek - spełnienia jej najskrytszego pragnienia i doszła do wniosku, że musiała zajść straszna pomyłka. Najbardziej pragnęła wrócić do domu, a tymczasem nadal była w tym dziwnym świecie i ponadto została przykuta do Alrena. Nie rozumiała, co on tu robił, skoro opuścił Leos jeszcze wieczorem. Nie chciała w ogóle dopuścić do świadomości możliwości, że wróżki wcale się nie pomyliły i dobrze wiedziały, co robią. Mimo wszystko, sytuacja, w której się teraz znalazła, wydawała się jej zbyt absurdalna, by mogła ją zaakceptować.


Westchnęła i ponownie spojrzała na bruneta, przy swoim boku. Jej serce znów przyspieszyło. Poczuła jak palą ją policzki. Zaczęła się denerwować, gdy zrozumiała, co się święci. Przeczuwała, co usłyszy od Rena, kiedy się obudzi i wyobraziła sobie, co może jej zrobić. Zadrżała na samą tę myśl. Przecież on nie chce mieć z nią nic wspólnego. To ona bezczelnie zburzyła jego spokój i zakłóciła podróż, a teraz... Szybko jednak odgoniła wszystkie niespokojne myśli, gdyż przyprawiały ją o ból głowy. Po czym bezradnie skupiła się na podziwianiu mężczyzny przy swoim boku, od którego nie mogła oderwać oczu. Tylko teraz mogła bez przeszkód i całkiem otwarcie mu się przyjrzeć.


Kruczoczarne włosy ułożyły się chaotycznie na białej poduszce, a pojedyncze kosmyki opadały na jego przystojną twarz. Na śniadej twarzy najbardziej rzucała się w oczy blizna pod lewym okiem. Dodawała mu drapieżnego wyglądu. Jego usta były takie pełne i kuszące. Wyobraziła sobie, jakie muszą być miękkie i jak cudnie całować. Na samą myśl zrobiło jej się gorąco i na chwilę oderwała wzrok od Rena, spoglądając w okno. Usiłowała się opanować, ale bardzo szybko znów na niego spojrzała. Podziwiała jego tors, który był teraz nagi, tylko nieznacznie zasłonięty kołdrą. Pierwszy raz widziała go obnażonego do pasa i przełknęła ślinę, podziwiając jego muskuły i wyrzeźbione ciało. Widać było, że był silny i wysportowany, jak na wojownika przystało. Nie mogła się oprzeć pokusie i bardzo delikatnie dotknęła jego śniadej skóry na ramieniu. Przeszyły ją dreszcze, gdy poczuła jaka jest gorąca i napięta.


Nagle podskoczyła jak oparzona, gdyż Alren niespodziewanie chwycił ją za rękę, którą go głaskała. Gwałtownie przewrócił się tak, że Ella znalazła się pod nim i przydusił jej ręce do łoża, na wysokości głowy. Patrzył jej przy tym prosto w oczy z nieskrywaną złością, co sprawiło, że zamarła w bezruchu. Wstrzymała oddech. Odczuwała mieszankę paraliżującego strachu i niesamowitego pożądania, zwłaszcza, że był teraz tak blisko niej.


-                 Masz mi coś do powiedzenia, Ello? – rzekł swoim niskim, pewnym głosem, a ona oprzytomniała i naprawdę zaczęła się go bać, choć nadal za najbardziej niebezpieczne uważała uczucia, jakie w niej teraz wzbudzał.


-                 Ja...? A co mam mówić? – głos jej zadrżał – Ja też nie rozumiem... Czemu my, no wiesz... Co to za kajdanki? – ledwo mogła mówić z nadmiaru emocji.


-                 Tylko ty znasz odpowiedź na to pytanie i liczę, że mi to wyjaśnisz. – burknął nieprzyjemnym tonem – Poszedłem nad jezioro i wtedy te cholerne wróżki mnie do ciebie przykuły! Może mnie oświecisz i powiesz, dlaczego?! – syknął.


-                 Ale ja naprawdę nie wiem, czemu... – broniła się, a serce łomotało jej w piersi.


Alren dobrze wiedział, że ona coś ukrywa, gdyż ostatniego zdania nie powiedziała mu w oczy. Jednak słyszał w jej głosie niepewność, więc po części mogła to być prawda. Ponieważ zaś czuł, jak drży i słyszał, jak dyszy ze zdenerwowania, odpuścił. Pomyślał, że dokończą tę rozmowę, gdy przyjdzie Eru. Mimo tego, nadal nie zmienił swej pozycji.


-                 Niech ci będzie... – rzekł dziwnym tonem głosu, a jego twarz przybrała raptem przebiegły wyraz. Ella nie zauważyła tego i odetchnęła, że nie drąży tematu z kajdankami, bo sama nie wiedziała, co mogłaby jeszcze powiedzieć.


-                 Możesz się odsunąć? – spytała niepewnie, próbując ukryć rumieńce, co w tej sytuacji było absolutnie niemożliwe – Trochę mi gorąco... - tłumaczyła się.


-                 Co ty nie powiesz? A to ciekawe, czemu... – ironizował -  Na dworze jest mróz, a w pokoju nie jest zbyt ciepło. – zbliżył się do niej, a jej puls znów gwałtownie przyspieszył.


-                 To.... z nerwów. – usiłowała się wymknąć, ale on nadal przyduszał jej ręce do łóżka, więc nie mogła się poruszyć - To dość nietypowa sytuacja, więc to oczywiste, że jestem niespokojna... – ledwo to powiedziała, gdyż poczuła jego gorący oddech na swej twarzy. Zakręciło jej się w głowie od tych narastających emocji. Mimowolnie rozchyliła usta i spojrzała w bok. Poczuła bowiem, że całkiem oszaleje, jeśli jeszcze choć przez chwilę będzie patrzeć w jego magnetyczne, zielone oczy.


-                 Z nerwów, co...? – zaśmiał się kpiąco – Wiesz, co myś... – nie zdołał dokończyć, bo przerwał mu delikatny głos.


Należał do Elen, która właśnie weszła do pokoju. Zamarła na widok Alrena będącego w tak dwuznacznej pozycji z Ellą. Miała ochotę uciec, tak bardzo była tym zmieszana. Poza tym coś ją ukłuło w serce. Mężczyzna zauważył jej reakcję i odsunął się od złotowłosej.


-                 O co chodzi, Elen? – spytał już normalnym tonem, ukrywając dziwne uczucie, które wywoływało w nim zachowanie tej dziewczyny.


-                 Ja... Nie chciałam przeszkodzić... – mówiła niepewnie – Miałam przekazać, że przyszła już Kapłanka Eru. Czeka na was w salonie... – rzekła zakłopotana, starając się nie okazać swych prawdziwych emocji.


-                 Doskonale, zaraz przyjdziemy. – ucieszył się - Nie mogę się już doczekać, kiedy się dowiem, jak zakończyć to całe szaleństwo... – burknął z nie udawaną złością, co nieco uspokoiło Elen, która zaraz potem wyszła.


Tymczasem Ella wpatrywała się w kajdanki, które łączyły ich ręce i starała się odzyskać równowagę po poprzedniej sytuacji na łóżku i rozmowie. Robiło się niebezpiecznie i dziękowała Bogu, że przyszła Elen. Jednocześnie odczuwała ból głowy tak, jakby czepiała się jej jakaś choroba, co było całkiem możliwe po podróży do Leosu tylko w płaszczu i kąpieli w jeziorze na mrozie. Miała jednak nadzieję, że los oszczędzi jej kolejnego problemu i nic jej nie będzie.


-                 Rusz się. Nie mam zamiaru znowu cię nieść. -  Ren posłał jej nieprzyjemne spojrzenie, które pasowało do równie ponurego tonu jego głosu.


Poprzedni, chwilowy czar prysł i Alren znów zachowywał się tak, jak zazwyczaj, odkąd go poznała – czyli był chłodny i niemiły. Ella nic więc nie odpowiedziała, tylko posłusznie poszła za nim do salonu, na spotkanie z Kapłanką Eru.

Aruell
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 10

sobota, 26.lutego.2011, 14:28
Przedstawiam kolejny rozdział. Czas uchylić rąbka tajemnicy, którą owiana była pewna kobieta, będąca w ukryciu przez całe opowiadanie, od prologu. Mam nadzieję, że się Wam spodoba.
Przepraszam za błędy i zapraszam do czytania ;)




***



Około północy, najstarszy kościół w Londynie - St Bartholemew the Great prezentował się imponująco. Podświetlany od dołu złotawymi światłami, wyglądał niezwykle groźnie i urzekał unikalną architekturą. Jednak jeszcze bardziej niesamowite było wnętrze tej normańskiej budowli. Liczne kolumnady, bardzo wysoki sufit i dość surowy wystrój tworzyły niezwykły, sakralny nastrój. W nocy zaś wnętrze przybierało wręcz mroczny i tajemniczy klimat, który dodatkowo potęgowała śmiertelna cisza. Można było odnieść wrażenie, że jakieś dusze ukrywają się w czeluściach ciemności, czyhając na odważnych, którzy zdecydują się na zwiedzanie kościoła o tej porze. Mimo tego, tej nocy sakralna budowla miała gości.


Jakaś kobieta szła właśnie wolnym, ale pewnym krokiem między, grubymi kolumnami. Miała na sobie długi, błękitny płaszcz i założony na głowę kaptur, spod którego wystawało kilka kosmyków brązowych, kręconych włosów. Jej kroki odbijały się głośnym echem w całym kościele. Podeszła od ołtarza i wyciągnęła dłoń nad podłogę, zaraz za nim. Wyszeptała kilka słów i nagle błękitne światło utworzyło prostokąt na podłożu. Gdy zniknęło, przed kobietą stanęło otworem wejście schodami do podziemia, którego normalnie tam nie było. Zaczęła schodzić w dół, a otwór zniknął chwilę później.


Krocząc schodami w bardzo wąskim przejściu, nawet nie patrzyła w małe dziurki w ścianach po obu stronach. Samoistnie zapałały się w nich niebieskie kule, gdy tylko się do nich zbliżała i gasły ponownie, gdy je mijała. Kiedy była już na samym dole, wyszła prosto na kamienny taras, z którego rozpościerał się niezwykły widok.


To wyglądało tak, jakby znalazła się w kopii kościoła, do którego weszła, znajdującej się w jego podziemiach. Ogromna komnata zawierała identyczne kolumnady od samego dołu, aż do drugiego piętra i również miała wysoki sufit. Na marmurowej posadzce znajdowały się liczne rzędy ławek, zapełnione zakapturzonymi ludźmi, a z przodu był ołtarz, na którym paliły się świece o błękitnych płomieniach.


Kiedy kobieta szła kolejnymi schodami na sam dół, słyszała chóralne śpiewy w języku, który z pewnością nie był angielskim ani żadnym innym, znanym na Ziemi. Gdy tylko dotknęła nogą podłogi na parterze, wszystkie głowy zwróciły się ku niej i natychmiast zapanowała śmiertelna cisza. Wolnym krokiem dotarła do ołtarza i stanęła za nim, na podwyższeniu. Błękitne światło podkreślało jej oczy, o tym samym kolorze, i powagę,  jaka malowała się na jej twarzy. Zdjęła kaptur, co uczynili też pozostali i zaczęła przemawiać do tłumu. Byli tam wszyscy – dzieci, starcy, kobiety i mężczyźni, których dzieliło bardzo wiele, ale jedno łączyło –  mieli niebieskie oczy.


-                      Witajcie, bracia i siostry! Ja, Serilla - Arcykapłanka Bractwa Miryonu, zebrałam was tu dzisiaj, by ogłosić coś bardzo ważnego. – zrobiła pauzę – Wszyscy znamy historię naszych praprzodków i tak samo pamiętamy legendę, która zrodziła się wraz z ich upadkiem. Jak wiecie, związana jest z nią przepowiednia zniknięcia Hariosa. Dziś mogę was zapewnić, że ta prastara legenda zaczęła się wypełniać... – przerwała, gdy w sali zapanował szum zdziwienia i spekulacji.


Serilla uniosła rękę i ponownie zapanowała cisza. Wszyscy czekali na wyjaśnienia.


-                      Bracia i siostry, 3 dni przed okresem, który ludzie nazywają Świętem Bożego Narodzenia, padał błękitny śnieg. Widziałam na własne oczy, jak dziewczyna, której oczy były szafirowe, przeniosła się do Egharii. To musi być Ona! – kobieta za pomocą magii, stworzyła przed tłumem obraz Elli w chwili, kiedy miała wypadek, by zobaczyli to samo, co ona wtedy. Na ich twarzach pojawiło się przerażenie i nadzieja zarazem - Jej ciało spoczywa teraz w londyńskim szpitalu, a dusza zmaterializowała się już na tamtym świecie. To oznacza, że ten czas nadszedł... Niedługo zaczną się ciężkie czasy dla Egharii. Nasza Pani musi mieć więc dużo siły i odwagi, by odkryć prawdę i wypełnić swe przeznaczenie. Od jej sukcesu zależy nasz los, więc módlmy się! Módlmy się o jej powodzenie! Dodajmy jej sił naszą energią! Połączmy nasze sny w jedność! A wtedy nasze wygnanie, trwające już tak wiele tysięcy lat, dobiegnie końca. Arherio vhas! – krzyknęła głośno, a chór za nią powtórzył.


Gdyby, ktoś tam teraz był i przypadkiem to usłyszał, na pewno ciarki by mu przeszły po plecach i pomyślałby, że znalazł się w siedzibie jakiejś chorej sekty.


Kobieta uniosła obie ręce w górę i zaczęła śpiewać dziwną religijną pieśń w nieznanym języku, a nad jej głową pojawiła się błękitna kula światła. Tak samo zrobili wszyscy tam obecni i tyle samo lśniących obiektów zawisło nad nimi, rozświetlając mrok w pomieszczeniu. Na nadgarstkach wszystkich tu obecnych lśniły srebrne bransolety, wysadzane szafirami. Ich śpiew zaś odbijał się echem o ściany, a wszędzie wokół unosiła się niepowtarzalna, sakralna i magiczna atmosfera.


***


Zszokowany Alren wpatrywał się w metalowe, srebrne kajdanki, którymi skuta była jego ręka. Nie mógł uwierzyć w to, co widział i myślał sobie, że to jakiś chory żart dziwnych wróżek. Gwałtownie więc zwrócił się w stronę jeziora, by dorwać jedną z nich, ale ku swemu zdziwieniu zobaczył, że już ich nie ma. Zniknęły. Ukląkł bezradnie i położył dziewczynę obok siebie. bo ręce mu już ścierpły od jej noszenia.


Wszystko się w nim gotowało ze złości, ale próbował się opanować. Spojrzał na Eru, która równie zszokowana patrzyła w jezioro. Wyglądała tak, jakby dostała do rozwiązania zagadkę, której nie może rozszyfrować. Zagadał więc do niej.


-       W porządku?


-       Tak... choć zupełnie nie rozumiem tego, co tu się stało. Jak żyję nigdy nie widziałam takich wróżek ani czarów... – znów się zamyśliła.


-       Dziwne, przecież kapłanki powinny chyba znać wszystkie stworzenia, żyjące na tej planecie... – zastanawiał się głośno.


-       Też mi się tak zdawało, ale jeśli mogę ufać swej wiedzy, to te istoty nie są z Egharii. – Eru sama nie wierzyła w to, co mówi.


-       Świetnie! Najpierw dziewczyna z innego świata na mnie spada z nieba, a teraz obce wróżki mnie z nią skuwają kajdankami! – zakpił ze złością w głosie – Świat zwariował... – urwał widząc zdumioną minę kobiety.


Eru patrzyła na niego pytająco. Nie wiedziała bowiem o jego przygodzie z Ellą. Alren zaś nie był w nastroju na zdawanie relacji, ale było dla niego oczywiste, że w tej sytuacji Kapłanka powinna o tym usłyszeć. Opowiedział jej więc, w największym skrócie wszystko, co go spotkało – począwszy od tego, jak Ella spadła na niego z nie wiadomo skąd, a skończywszy na fakcie, że jest duchem. Eru nie mogła w to uwierzyć. Przyglądała się teraz bacznie dziewczynie, głowiąc się, jak to możliwe. Doskonale rozumiała, jakim fenomenem zdawała się być ta złotowłosa istota. Uznała jednak, że nie czas na to i położyła rękę na ramieniu Rena, w geście współczucia i zrozumienia, nie męcząc go żadnymi pytaniami.


-       Rozumiem twoje zdenerwowanie, ale... – urwała, dochodząc do wniosku, że takie pocieszanie jest bez sensu – Nieważne. Siedź spokojnie, spróbuje ci to zdjąć... – powiedziała wystawiając ręce nad srebrnym przedmiotem, a Ren modlił się w duchu, by jej się udało, choć miał złe przeczucia.


Intuicja jak zwykle go nie zawiodła, bowiem po niemal godzinie przywoływania różnych czarów, nawet tych najpotężniejszych, Eru nie była w stanie choćby drasnąć tych kajdanków. Udali się nawet do kowala i zbrojmistrza, którzy używali na nich najtwardszych i najostrzejszych mieczy i toporów, ale skutek był ten sam. Za każdym razem wyglądały jak nowe. Z każdym niepowodzeniem nastrój Rena się pogarszał, a niepokój Eru wzrastał.


-       To na nic... – rzekła w końcu, kiedy zatrzymali się na placu głównym Leosu – Obawiam się Alrenie, że to są kajdanki chronione niezwykle potężną, starożytną magią. Nie uda mi się ich zdjąć. Myślę, że nie obejdzie się bez wiedzy Arcykapłanki w Eolium. Tylko ona może ci teraz, o ile to w ogóle możliwe, pomóc. – westchnęła bezradnie.


-       To mnie pocieszyłaś, Kapłanko. – prychnął Ren, który był bardzo zły na los, że mu coś takiego zgotował.


-       Przykro mi, naprawdę... – wyraziła szczery żal.


-       Wiem, to nie twoja wina. Jestem po prostu wściekły... – uspokoił się, uświadamiając sobie, że się na niej wyżywa – I tak zmierzałem do Arcykapłanki z tym, że nie przewidywałem podróży z ogonem w postaci Elli, z którą ta wyprawa będzie o wiele trudniejsza. Zwłaszcza, że mówiłaś, iż wszędzie są skrytobójcy z Cehronu... – zamknął oczy, czując nagły przypływ wielkiego zmęczenia.


-       Rzeczywiście, ale chyba nie masz wyboru... – powiedziała ze smutkiem - Do rana postaram się poszukać w starych księgach informacji o tych wróżkach, może to coś pomoże... Tymczasem powinieneś chyba przenocować u Bena. – zasugerowała.


-       Masz rację... – nie zdążył dokończyć, bo usłyszał za sobą znajomy głos.


-       Ren! – krzyczała dziewczyna z białym warkoczem, zatrzymując się przed nim i dysząc ciężko po długim biegu - Nareszcie cię znalazłam...


-       Elen? Co ty tu robisz? – zdziwił się.


-       Szukałam cię. Gdy się zorientowałam, że Ella zniknęła, ojciec powiedział mi, że będziesz u Kapłanki aż do świtu i polecił ci o tym powiedzieć... – urwała, patrząc na złotowłosą dziewczynę, którą znów trzymał na rękach – Jednak widzę, że już wiesz, a nawet ją znalazłeś. Ale... co to za kajdanki? – zauważyła w końcu i bardzo się zdziwiła.


-       Proszę nie mówmy teraz o tym... – westchnął ciężko.


Kapłanka Eru położyła rękę na ramieniu Rena, więc spojrzał na nią pytająco.


-       Odpocznij. Rano powiem ci, jeśli się czegoś dowiem. – rzekła łagodnie – Naprawdę ci współczuję... – dodała szczerze, po czym pospiesznie wróciła do Kościoła, a Ren ukłonił jej się z wdzięcznością za cierpliwość do niego i chęć pomocy.


Elen, przez całą drogę do swego domu, domagała się od Alrena, by powiedział jej, co się stało, ale on milczał. Szedł przed siebie równym krokiem, gorączkowo zastanawiając się, co jeszcze się wydarzy i co ma zrobić, by wszystko było takie, jak dawniej.


***


Po przemowie i modłach w siedzibie Bractwa Miryonu - Serilla, wraz z kilkoma wyższymi rangą kapłankami, poszła do osobnej, małej komnaty i omawiała z nimi najbliższy rytuał.


-       Posłuchajcie. Udam się dziś do naszej Pani po „kolor jej oczu” i złoty włos, dzięki czemu jutro o północy będziemy mogli stworzyć dla niej Świętą Bransoletę. Wy zaś przygotujcie wszystko pozostałe, zrozumiano? – rzekła Serilla pewnym tonem, nie znoszącym sprzeciwu.


-       Tak jest, Arcykapłanko. – dygnęły przed nią i wyszły z sali.


Serilla zamyśliła się jeszcze przez chwilę, a potem wyruszyła w odwiedziny do Elli.


***


Tymczasem Alren opowiedział w skrócie Benowi ostatnie wydarzenia i zamierzał iść do łóżka. Ponieważ jednak był skuty z Ellą, był zmuszony spać z nią. Położył ją obok siebie na szerokim łożu, w pokoju gościnnym przyjaciela i sam też usadowił się zaraz obok. Zamknął oczy, ale sen nie przychodził. Obawiał się, że za dużo miał wrażeń, by to było możliwe. Westchnął więc ciężko i spojrzał na śpiącą Ellę.


Złociste kosmyki jej włosów błyszczały w błękitnym blasku księżyca, którego subtelne promienie wpadały do pokoju przez okno. Jej cera była nieskazitelna, usta pełne i czerwone, a rzęsy jej dużych oczu były gęste i długie. Jego wzrok mimowolnie poszedł niżej, objął jej odsłonięty dekolt i zatrzymał się na kształtnym, całkiem sporym biuście. Nieświadomie przełknął ślinę i spojrzał na jej dłonie. Nie wiedzieć czemu, chwycił jedną z nich i podziwiał delikatność jej skóry. Mimo że nie pierwszy raz ją dotykał, nie miał wcześniej czasu, by się skupiać na takich detalach, jak teraz. Ella cała wyglądała jak anioł. Każdy element ciała, jaki widział, uznał za idealny. Nagle uświadomił sobie, że pomyślał, iż nigdy nie widział tak pięknej kobiety, choć zwiedził całą Egharię. Niczym omamiony jej urodą, odgarnął kosmyk włosów z twarzy, który wchodził jej do ust. Gdy dotknął jej policzka, przeszył go dreszcz, więc szybko odsunął rękę, zdumiony swoją własną reakcją. Nagle potrząsnął głową, ganiąc siebie za to, po czym spojrzał na kajdanki, by się zdenerwować i nie myśleć o piękności, która leżała obok niego.


Ren z trudem odwrócił wzrok od Elli i wolną dłoń położył sobie na twarzy, pocierając oczy. Usiłował zapanować nad swoimi emocjami i myśleć racjonalnie. Obiecał sobie, że nie będzie się przywiązywał do ducha z innego świata, który o dziwo ma ciało, w dodatku takie... Znów potrząsnął głową, by odgonić te uporczywe myśli o jej urodzie. Nie! Nie może... To wbrew naturze! Duchy nie powinny egzystować z żywymi ludźmi na tym samym świecie, a już tym bardziej - nawiązywać z nimi jakiś bliższych relacji, to nienormalne. Gdy już upewnił się, że znów myśli racjonalnie, wyciszył umysł, zamknął oczy i po dłuższej chwili jakoś zasnął.


 


Serilla:



Aruell
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 9

sobota, 26.lutego.2011, 14:25
Witam ponownie wraz z kolejnym rozdziałem. Mam nadzieję, że Was pozytywnie zaskoczy. ;)

Przepraszam za błędy i życzę miłego czytania ^^




***




W Londynie czas szybko mijał. Tego ranka zaczął się drugi i ostatni dzień świąt. Pogoda nie była już tak ładna jak wczoraj, bowiem było pochmurno i zimno, a od nocy nieustannie padał śnieg, którego wciąż przybywało.


Nick jadł właśnie zamówione śniadanie, wyglądając co chwila przez okno. Był w depresyjnym nastroju, gdyż nie potrafił sobie poradzić z uczuciami i poczuciem winy, które nadal go dręczyły. Myślał, czy by nie pojechać z powrotem do Madrytu. Może tamtejsze otoczenie i ciepły klimat, poprawiłyby mu humor? W końcu, co miałby tu robić? Na co czekał? Zaklął pod nosem myśląc, że jak głupi ma nadzieję, że Ella lada moment się obudzi, a wtedy on wyjaśni wszystko i będzie jak dawniej. Zganił siebie w duchu i czując rosnącą frustrację, już ostatecznie zdecydował się wyjechać. Obiecał sobie tylko, dowiadywać się na bieżąco, o stanie Elli. Kiedy wstał, by się przebrać, usłyszał telefon.


-       David, co się z tobą dzieje? Wiesz, ile spotkań służbowych już odwołałam? Ocknij się, bo zmarnujesz wszystko, nad czym ostatnio pracowałeś. – prawiła mu kazanie.


-       Saro... – rzekł nieco poirytowany – Zapominasz się. – jego głos był chłodny i nie znoszący sprzeciwu.


-       Ale... – zawahała się, zaskoczona jego tonem.


-       Przypominam ci, że ty jesteś sekretarką, a ja twoim szefem, więc mogę robić, co mi się podoba i tobie nic do tego. – w odpowiedzi usłyszał chwilę milczenia.


-       Tak jest. – odparła z niezadowoleniem w głosie.


-       Jutro lecimy do Madrytu, przygotuj wszystko i poumawiaj mnie na spotkania z tymi panami, w najbliższym tygodniu. – po tych słowach, zwyczajnie się rozłączył.


Uświadomił sobie, że za bardzo jej pobłażał i obiecał, że zrobi z tym porządek. Musiał wyjaśnić Sarze kilka kwestii, łącznie z incydentem sprzed paru miesięcy i zganił siebie za to, że do tej pory jeszcze tego nie zrobił.



***


W Leosie, niedaleko jeziora, znajdował się wysoki, biały budynek, przypominający duży kościół. Jedynie co było inne, to symbole na szczycie wieżyczek i witrażach okiennych. Jako całość imponował prostotą i pięknem zarazem. Otoczony był gajem przedziwnych drzew o cienkich, czarnych konarach i zwisających w dół liściach, wyglądających jak sznureczki bladoniebieskich, małych kuleczek. Gdzieniegdzie unosiły się w powietrzu świecące błękitne kule, służące jako latarnie, nadając temu miejscu szczególnie magiczny klimat.


W środku budynku, w jednej z bocznych komnat, stał długi, drewniany stół, na którym paliły się dwa czteroramienne świeczniki, rzucając ciepłe światło na twarze dwóch osób, które przy nim siedziały.


-       W takim razie będę się już zbierał, Kapłanko. – rzekł Alren grzecznym tonem, wstając od stołu i kłaniając się jej nisko – Dziękuję za wszystkie informacje i pomoc. Jestem ci dozgonnie wdzięczny.


-       Cieszę się, że moja wiedza okazała się pomocna. Mam nadzieję, że odnajdziesz swoje odpowiedzi. Będę się też modlić do Hariosa, by miał cię w swej opiece, bowiem każda ścieżka prawdy najeżona jest wieloma niebezpieczeństwami. – powiedziała wstając i patrząc na niego z obawą w oczach.


-       Będę uważał, Kapłanko Eru. – odparł zdecydowanie i spojrzał na nią badawczo, gdy dostrzegł, że nad czymś się nagle zamyśliła.


Eru była dość młodą, niewysoką i drobną kobietą w długiej błękitnej sukni kapłańskiej i srebrnej biżuterii. Jej białe włosy sięgały podłogi, a w jasnozielonych oczach, można było dostrzec niezwykłą mądrość. Z zaniepokojeniem patrzyła teraz na palącą się świecę.


-       Czy coś cię trapi? – spytał w końcu.


-       Tak. Zanim pójdziesz, mam dla ciebie pewne ostrzeżenie. – spoważniała nieco, a Ren uważnie słuchał – Uważaj na ludzi z Cehronu. – powiedziała szeptem.


-       Co? – zdziwił się – Przecież nie powinno ich być w tym kraju!


-       Nawet jeśli Cehroni mają zakaz wstępu do Veolii, to szpiedzy i skrytobójcy i tak są wszędzie. Zawsze byli i będą. – tłumaczyła mu – Z tym, że wczoraj otrzymałam raport ze stolicy od Arcykapłanki, iż ilość agentów z tego kraju się podwoiła.


-       Rozumiem... – zamyślił się – To komplikuje sprawę. Nie dość, że Norheni i tak ciągle na mnie polują, to jeszcze Cehroni...


-       Niepokoi mnie to. Myślę, że oni już wiedzą, że tu jesteś i chcą cię dopaść. – rzekła smutno - Ryzykujesz podwójnie, że w drodze do Eolium cię złapią i zabiją... – urwała, gdy Alren dał jej znak, że chce coś powiedzieć.


-       Dziękuję za troskę, Kapłanko Eru, ale wyruszę do stolicy. Obiecuję jednak, że będę bardzo ostrożny.  – zapewniał widząc, że nadal nie jest przekonana, czy może go tak po prostu puścić.


-       Wiem, znam cię – uśmiechnęła się lekko – Zdaję sobie sprawę, że żadna siła nie odwiedzie cię od wyznaczonego celu, ale musiałam cię ostrzec.


Alren klęcząc, ucałował jej rękę w geście szacunku i pożegnania, a potem podniósł się, by opuścić pomieszczenie. Niespodziewanie poczuł przeszywający ból głowy i gwałtownie się za nią złapał.


-       Co to? Co się dzieje? – ledwo mógł mówić.


-       Starożytna magia... – odparła pewnie Eru, której wprawdzie nic nie dolegało, ale wyczuwała tę aurę.


-       Jaka? Co ty mówisz? – skierował się w jej stronę, tracąc już powoli przytomność.


-       Zaraz ci pomogę... – rzekła szybko i jakimś kapłańskim zaklęciem pozbawiła go tego bólu.


-       Dziękuję, myślałem, że mi łeb pęknie... – westchnął ciężko i spojrzał na nią pytająco – Czy ty powiedziałaś coś o starożytnej magii?


-       Tak, wyczuwam ją nad jeziorem Eloy... – odparła, patrząc w jego kierunku – Musimy to sprawdzić! – zarządziła.


-       Jesteś tego pewna? To może być niebezpieczne... – zawahał się.


-       Nie możemy czekać! Mieszkańcom Leosu może grozić coś strasznego! – krzyknęła, po czym oboje niezwłocznie opuścili jej komnatę.



***



Mary wraz z rodzicami cały ranek i popołudnie spędzili w szpitalu, przy Elli. Wspominali stare czasy, kiedy mieszkali wszyscy razem w jednym domu.


Mary z zapałem opowiadała na głos różne zabawne historie związane ze świętami, jak na przykład - kiedy obie z siostrą, jako kilkuletnie maluchy, wstawały o północy w wigilię, by pilnować Świętego Mikołaja. Chciały na własne oczy zobaczyć, jak przynosi im prezenty i jak wygląda. Niestety nigdy im się to nie udawało, bo zawsze wtedy zjawiała się ich babcia i zaganiała je do łóżka tłumacząc, że jeśli nie zasną, on nie przyjedzie. Zawsze się wtedy pytały babci, czy w takim razie kiedykolwiek go zobaczą, a ona z uśmiechem im odpowiadała, że na pewno – gdy dorosną. Rodzice z kolei opowiadali, jak zrywali boki ze śmiechu, gdy ich dwa małe brzdące buszowały pod choinką i szybko dobierały się do prezentów, a potem liczyły, czy mają po tyle samo cukierków. Było jeszcze wiele takich historii. Mary śmiała się z rodzicami i miło spędzili ten czas, choć tak naprawdę to chcieli, by Ella się obudziła i dołączyła do opowiadania. Liczyli na kolejny cud, który otworzyłby jej oczy. Niestety. Ona nadal spała.


Wieczorem wrócili do domu Mary, gdzie ona szykowała kolację. Nie robili świątecznej uczty, ale wypadało zjeść coś lepszego niż kanapki czy pizza na wynos, dlatego Mary wczoraj przygotowała swój specjał - kaczkę z jabłkami i kilka innych smakołyków oraz kupiła czerwone wino. Kiedy krzątała się po kuchni i odgrzewała potrawy, jej mama ustawiała naczynia i sztućce na stole, a tata oglądał telewizję. Nagle odezwała się komórka Mary, więc dziewczyna wyskoczyła z kuchni, by odebrać.


-       Cześć, nie przeszkadzam? – usłyszała znajomy głos.


-       Nie, David. Właściwie to już skończyłam i zaraz zaczniemy jeść kolację. – wyjaśniła – Coś się stało?


-       Nie, nic... Chciałem tylko spytać, kiedy byśmy mogli się spotkać?


-       Ach no tak! Obiecałam ci dzień. Hmm...  – zastanowiła się - W sumie rodzice mają jutro samolot o 10:05, więc potem mam wolne. W dodatku to mój ostatni dzień urlopu, potem muszę wracać do pracy, więc pasowałoby mi jutro właśnie... – myślała głośno.


-       W porządku, to może o 10:30 na lotnisku? Odebrałbym cię. – zaproponował.


-       Ok. To jesteśmy umówieni. – powiedziała łagodnym tonem – A właśnie, co teraz robisz? Może wpadniesz na kolację? – spytała zwyczajnie.


-       Nie mogę, mam dziś nocny dyżur... – w jego głosie było słychać zawód.


-       Oj biedaku, szkoda. – odparła szczerze.


-       Jutro sobie odbiję z nawiązką. – zaśmiał się – Muszę już jechać do szpitala. Wesołych Świąt, Mary i pozdrów rodziców.


-       Dobrze, wzajemnie. – rzekła i rozłączyła się, śmiejąc się z badawczych spojrzeń mamy i taty.


Mary zasiadła do stołu i opowiedziała im o tym, jak David jej ostatnio pomagał i jakim jest wspaniałym przyjacielem. Kaczka była pyszna, a wieczór, jak na takie okoliczności, całkiem miły.



***



Kiedy Ren i Eru dotarli do jeziora, stanęli jak wryci na widok tego, co tam się działo. Nad jasnozieloną wodą unosiła się w powietrzu złotowłosa dziewczyna, która zdawała się być nieprzytomna. Otaczała ją niezliczona ilość srebrnych światełek, które sprawiały, że obraz zapierał dech w piersiach. Alren był szczególnie zdziwiony, gdyż rozpoznał, kim jest tamta kobieta.


-       Ella? Co ona tu robi? – powiedział wreszcie, budząc się z szoku.


-       Znasz ją? – zdziwiła się kapłanka.


-       Tak, ale nie pytaj mnie o to teraz...  Co to jest do diabła? Jak to przerwać? – niepokoił się, podbiegając do brzegu jeziora.


-       Nie jestem pewna... – odparła szczerze – Muszę się skupić, daj mi minutę...


W tej samej chwili, niespodziewanie srebrne światełka zaczęły lecieć w stronę Alrena, który odruchowo się cofnął.


-       Uważaj! – krzyknęła Eru, wymawiając jakieś zaklęcie. Niestety zostało odparowane przez małe wróżki, które właśnie oboje dostrzegli.


-       Co tu się do cholery dzieje? – krzyknął Ren, kiedy zaczął się unosić tak, jak Ella.


Chwilę później kapłanka z przerażeniem patrzyła, jak Ren zbliża się do złotowłosej dziewczyny, a srebrne wróżki zaczęły kręcić się coraz szybciej i szybciej wokół nich, aż przypominało to jedną, wielką kulę światła, która w jednej chwili eksplodowała, wyrzucając jasne promienie we wszystkie strony świata. Zasłoniła oczy, bo światło było zbyt oślepiające. Kiedy spojrzała z powrotem w tamtą stronę zobaczyła Rena, zanurzonego po kolana w wodzie i trzymającego nieprzytomną Ellę na rękach. Migoczące wróżki zaś unosiły się w bezruchu nad nimi, niczym lśniące gwiazdy.


-       Nic ci nie jest? – spytała przerażona Eru podbiegając do niego, jak tylko wydostał się z wody. Wyglądał na otumanionego i zdezorientowanego.


-       Chyba nie, choć jednego nie rozumiem... – odparł, patrząc na Ellę.


Gdy kapłanka chciała spytać - czego, wskazał jej wzrokiem na swoją lewą rękę. Skierowała więc tam swe oczy i zdziwiła się na widok czegoś promieniującego jasnym, białym światłem, które otaczało jego nadgarstek, a także prawą rękę dziewczyny, którą trzymał.


-       Co to jest? – zastanawiała się, przypatrując się temu uważnie.


-       Też chciałbym wiedzieć. Pojawiło się w wyniku tamtych czarów, kiedy byliśmy obok siebie... – Ren był wyraźnie zmieszany zaistniałą sytuacją.


-       Czekaj... To coś się zmienia... – przerwała mu Eru widząc, że rzecz przestaje powoli świecić.


Nagle na jej twarzy namalowało się jeszcze większe zdziwienie, kiedy w końcu rozpoznała przedmiot.


–      Alrenie... – przez chwilę się zawahała - To są kajdanki! – krzyknęła zszokowana, on zaś mało nie upuścił nieprzytomnej Elli z wrażenia.

Aruell
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 8

sobota, 26.lutego.2011, 14:22

Witam ponownie ;)


Na początek, chciałbym powiedzieć, że bardzo cieszy mnie rosnące zainteresowanie tą historią. Dziękuję za wszystkie miłe słowa. Postaram się Was nie zawieść. ^^


Kolejne dwa rozdziały, począwszy od tego, to czas pierwszego zwrotu akcji
w przygodzie Elli, która jeszcze się dobrze nie zaczęła. Nadeszła też pora,
by udowodnić, że Egharia to iście magiczny świat, gdzie może się zdarzyć wszystko...

Nie przedłużając, tradycyjnie przepraszam za wszelkie błędy


i zapraszam na ciąg dalszy... ^^




***




Złotowłosa dziewczyna stała na stopniu bardzo wysokich i szerokich schodów i rozglądała się ze zdumieniem. Skądś znała widok tego nocnego nieba oraz dziwnej mgły, spowijającej zielony gaj, znajdujący się nieco niżej i wysokie wieże pałacu, gdzieś daleko w górze.


-       Czy ja tu już kiedyś nie byłam? – pomyślała, robiąc kilka kroków naprzód i ciągnąc za sobą długą, błękitną suknię.


Wtedy dopiero usłyszała znajomy, kobiecy głos. Słodki śpiew dobiegał z oddali. Ponownie nim oczarowana dziewczyna, pospiesznie pokonała schody. Na szczycie chwilę odpoczęła i spojrzała przed siebie z zaciekawieniem. Ujrzała wówczas prostą ścieżkę, zrobioną z jasnego, wypolerowanego marmuru, w którym odbijało się gwieździste niebo. Prowadziła ona przez przepiękny ogród, wypełniony po brzegi bajecznymi kwiatami w kolorze niebieskim i białym na zmianę. Gdy zachwycona spojrzała, co jest za nim, zauważyła pałac, który wcześniej znajdował się za mgłą. Oczarował ją swym pięknem i bogactwem.


Był tak wielki, że nie mogła go w całości ogarnąć wzrokiem. Dostrzegła jednak bez trudu, że miał skomplikowaną konstrukcję - kilka pięter i kilkadziesiąt wieżyczek o różnej szerokości, ze spadzistymi, srebrnymi dachami. Jego ściany zaś miały jasnobłękitny kolor i w określonych miejscach były ozdobione wyrzeźbionymi, roślinnymi motywami. W jego oknach nie paliły się jednak żadne światła, jakby był opustoszały.


Zdawało jej się, że ten śpiew dobiegał właśnie stamtąd, więc powoli szła w jego kierunku, upajając się po drodze cudownym zapachem roślin. Nim się zorientowała, znalazła się już pod olbrzymią, złotą bramą, wysadzaną szafirami i diamentami. Chciała jej dotknąć, ale się zawahała, gdyż nagle zerwał się silny wiatr, trzepocząc jej suknią i burząc długie włosy. Gdy je odgarnęła, mimowolnie spojrzała w niebo. Wtedy dostrzegła całkiem sporą planetę i jej biały, niewielki księżyc całkiem niedaleko stąd. Zaciekawiona wpatrywała się w nią chwilę i przyznała, że z pewnością nie była to Ziemia, choć wyglądała dość podobnie. Wyciągnęła w jej stronę rękę, jakby chciała jej dosięgnąć i wtedy... na tle tej zielono-niebieskiej planety, zobaczyła podobiznę mężczyzny z blizną pod okiem, która chwilę później rozmyła się niczym mgła.


-       Alren! – krzyknęła dość głośno i dopiero po kilku sekundach zrozumiała, że to był tylko kolejny, dziwny sen.



***


Elen z oporem otworzyła oczy, bowiem krzyk zza ściany przedwcześnie ją obudził. Leniwie wstała z łóżka, chcąc sprawdzić, co to było i weszła cichutko do pokoju Elli. Rozejrzała się w nim sennym spojrzeniem i chwilę potem, już całkiem obudzona, wbiegła z krzykiem do sypialni ojca.


-       Tato, obudź się! – szarpnęła nim, kiedy on smacznie spał.


-       C-co się dzieje? To jeszcze nie świt... - mruknął niezadowolony.


-       Wstań szybko! Ona... zniknęła! – głos jej nieco drżał.


-       Co?! – Ben zerwał się na równe nogi – Jak to?


-       Sprawdziłam wszędzie. Nie ma jej... – była tak samo zdumiona.


-       Czyżby ona już... Nie! Niemożliwe... Idziemy jej poszukać. – zadecydował w końcu.


W pierwszej chwili pomyślał, że mogła zniknąć dosłownie, ale potem sobie uświadomił, że jest na to o wiele za wcześnie, więc musiała wyjść z domu. Nie rozumiał jednak, czemu to zrobiła ani dokąd mogła pójść.



***



W Londynie było wczesne popołudnie, kiedy Mary siedziała wraz z Katy i Johnem Dreamson w samochodzie. Właśnie odebrała ich z lotniska i pojechali od razu do szpitala. Kiedy teraz wysiadali, zauważyła, że jej rodzice są bardzo zdenerwowani tym, że za chwilę zobaczą Ellę.


-       Nie martw się, mamo. Wygląda normalnie. – zapewniła, mając nadzieję, że nie zapyta jak to możliwe, bo nie umiałaby odpowiedzieć.


-       Wiem, słyszałam w telewizji o tym całym cudzie, ale jakoś w to nie wierzę. Muszę to zobaczyć na własne oczy. – rzekła sceptycznym tonem. Natomiast ojciec stał w milczeniu, przeżywając to po swojemu.


Gdy kilka minut później oboje otworzyli drzwi do sali Elli, stanęli jak zaczarowani na środku pomieszczenia, przyglądając się złotowłosej córce, na której ślicznej buzi nie było najmniejszej skazy.


-       Wygląda, jakby spała... – odezwał się zdumiony John.


-       Bo śpi, tato. – rzekła Mary, przynosząc im dwa rozkładane krzesła – Tylko nie wiadomo, kiedy się obudzi... – dodała ze smutkiem.


-       To niesamowite... – matka nadal nie wierzyła i podeszła do córki – Więc mówili prawdę... – głaskała ją po głowie z czułością. Z każdą chwilą jednak zaskoczenie zmieniało się w smutek.


-       Tak... – Mary się zamyśliła i usiadła obok rodziców, przy łóżku siostry.


-       Skoro jest zdrowa, to dlaczego jeszcze się nie obudziła? – Katy zadała to samo pytanie, które stawiali sobie wszyscy po kolei, z lekarzami na czele.


-       Obawiam się, że nigdy się nie dowiemy, mamo...  – rzekła Mary bezradnie.


Kiedy rodzice Elli byli pogrążeni się w zadumie wraz ze swą starszą córką, nie zauważyli, że ktoś ich obserwował z korytarza, przez szybę. Wysoki blondyn opierał się o ścianę, obok okna i spoglądał przez nie ze smutkiem i wstydem.


Gdy Nick tu przyszedł i zobaczył Ellę, która wyglądała tak, jak przed wypadkiem - przeżył szok. Potwierdziły się słowa prasy i telewizji o cudownym ozdrowieniu, w które nie wierzył. Z jednej strony poczuł ulgę, widząc jej dawne piękno, a z drugiej – zrobiło mu się jakoś dziwnie nieswojo i przykro... Chciał do niej wejść, ale gdy zobaczył, kto jest w środku - nie miał odwagi. Wiedział, jak zareagowałaby Mary i wolał tego uniknąć, więc niczym zbity pies, wyszedł cicho ze szpitala.



***



Atramentowe, nocne niebo pokryte było teraz niezliczonymi gwiazdami, jednak uwagę Elli przyciągał głównie Szafirowy Księżyc, który przyćmiewał swym blaskiem ten drugi – srebrzysty. Stała nad ogromnym jeziorem, przy którym leżało miasto i patrzyła w jego wodę. Była jasnozielona i tak czysta, że mogła bez trudu dostrzec pływające w niej różnokolorowe ryby. Najbardziej ją zadziwiało, że mimo iż wokół wszystko pokrywał śnieg i z pewnością był mróz, woda ta nie była zamarznięta, tylko wręcz bardzo ciepła. Stąd zapewne wszechobecna para, unosząca się tuż nad nią.


Dziewczyna ubrana w strój od Elen i gruby, biały płaszcz sama nie wiedziała, czemu tu przyszła. Gdy się obudziła, po tamtym dziwnym śnie, nie mogła przestać myśleć o Alrenie i czuła, że jeśli zostanie dłużej w pokoju, to się udusi. Musiała się przewietrzyć, pomyśleć w samotności, a to miejsce było piękne i przyciągnęło ją swoim urokiem.


Niestety na krótko podziw natury uwolnił ją od nieznośnych myśli, bowiem szybko zaczęły krążyć ponownie wokół Rena. Już sam kolor wody przypominał jej o jego oczach... W końcu doszła do wniosku, że jest strasznie głupia. Dlaczego tak tęskniła za kimś kogo znała zaledwie dobę? Co on jej takiego zrobił, że nie mogła przestać o nim myśleć? Jak nazwać to, że oczekiwała od niego rzeczy niemożliwych? Kiedy stała się taka samolubna? Kucnęła bezradnie i potarła oczy, które już były zwilżone.


-       Muszę być silna! Przecież nie należę do mazgai... – próbowała wrócić do Elli, którą była na Ziemi, a którą przyćmił swoją osobowością zupełnie obcy mężczyzna oraz cała ta sytuacja, w której się nagle znalazła – Powinnam myśleć o tym, jak wrócić do domu, a nie o jakimś tam Renie, którego ledwo znam! Co się ze mną stało? Muszę się ocknąć z tego stanu... – usiłowała przekonywać samą siebie.


Mimo starań, na nic to się zdało i nadal było jej smutno. Nieważne, ile nad tym myślała, nie miała żadnego pomysłu, jak mogłaby powrócić na Ziemię ani nawet - gdzie zacząć szukać pomocy. Do jej oczu ponownie napłynęły łzy.


-       Nie! Nie będę płakać! Znajdę drogę do domu i wrócę! – krzyknęła ze złości, łapiąc się za głowę, ale słone kropelki i tak spływały jej po twarzy, spadając prosto do jeziora – Na pewno... – dodała już mniej zdecydowanie.


Kiedy Ella walczyła ze sobą i swoimi emocjami, nawet nie zauważyła, że woda w jeziorze zmieniła kolor na szafirowy - od jej łez, a tuż przed nią, nie wiadomo skąd, pojawiły się świecące srebrnym blaskiem kule, które unosiły się tuż nad nią. Było ich tak wiele, że pokrywały całą powierzchnię zbiornika wodnego.


-       Nie płacz, moja pani... – Ella usłyszała delikatny kobiecy głos.


Dobiegał on z wnętrza jednej z kul, która była tuż przed nią i zaskoczona przyjrzała się jej dokładniej. Dopiero wtedy zauważyła, że środku unosiła się mała istotka, przypominająca wróżkę. Patrzyła na nią ze zdumieniem, a ona się uśmiechnęła.


-       Czemu jesteś tak zaskoczona, pani. Nie rozpoznajesz nas?


-       Was? – odparła bez namysłu, podziwiając lśniącą, srebrną sukienkę na istotce wielkości małego ptaka. Jej białe włosy sięgały do kostek, miała też duże niebieskie oczy i szpiczaste uszy, niczym elf. Podobne wróżki znajdowały się w każdej z kul, co również dopiero teraz zauważyła.


-       To dość dziwne, zważywszy na to, że byłaś w stanie nas obudzić... - była trochę zawiedziona – Jednak to nieważne, w nagrodę za uwolnienie nas z długowiecznego snu, spełnimy twoje największe życzenie... -  jej głos był niezwykle subtelny.


-       Spełnicie życzenie? – Ella odpowiadała mechanicznie, nie mogąc uwierzyć w to, co widziała i słyszała – Nie bardzo rozumiem, jak mogłam was przebudzić. Ja nic nie zrobiłam...


-       Mylisz się, pani. Wygląda na to, że jesteś nieświadoma swej prawdziwej tożsamości. My zaś my nie możemy ci jej zdradzić. To coś, co musisz odkryć sama. – wyjaśniła jedna z wróżek – A teraz pozwól, że zrealizujemy twe najskrytsze marzenie. – dodała i nagle setki małych istotek zaczęło wirować wokół Elli, która nic nie zrozumiała z tych słów i była zdezorientowana.


-       Ale ja jeszcze niczego sobie nie zażyczyłam... – rzekła, nieco przytomniejąc.


-       Nie musisz tego robić, wiemy dokładnie, czego pragnie twe serce... – powiedziały chórem, a Ella poczuła, że unosi się w powietrzu, otoczona przez chmarę małych, srebrnych wróżek i gorączkowo myślała, czy nie wpakowała się przypadkiem w jakieś tarapaty...




Mary Dreamson:



Aruell
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 7

sobota, 26.lutego.2011, 14:20

Słowem wstępu powiem, że wraz z tym rozdziałem jesteśmy prawie na półmetku wprowadzenia do całego opowiadania. Pojawią się jeszcze kolejne problemy i pytania, które zaczną się wyjaśniać potem, we właściwej treści "Blasku Miryonu". Mam nadzieję, że się Wam spodoba ^^


W najbliższym czasie zamierzam zamieścić notkę o bohaterach i inspiracji, która natchnęła mnie do napisania tej historii.


 


A teraz czas na ciąg dalszy...


Przepraszam z góry za wszelkie błędy i zapraszam do czytania. ;)


 


***


 


Na środku wielkiego placu, z okazji świąt postawiono ogromną choinkę, którą przyozdobiono niebieskimi bombkami i srebrnymi łańcuchami. Przyciągała uwagę wszystkich przechodniów, którzy ochoczo robili jej zdjęcia.


Wśród tego tłumu była też kobieta w czarnym, eleganckim płaszczu i białym szaliku, która podeszła bardzo blisko choinki. Na jej młodej twarzy pojawił się uśmiech, gdy przyglądała się swojemu odbiciu w błękitnej bombce. Lekki wiatr poruszył jej długie, kręcone i brązowe włosy, więc automatycznie je przygładziła. Gdy patrzyła na wiszące ozdoby, jej niebieskie oczy lśniły w Słońcu. W końcu przyciągnęły uwagę mężczyzny, stojącego obok. Oczarowany piękną nieznajomą, zagadnął do niej.


-       Przepraszam, może mi pani powiedzieć, która godzina?


-       Za pięć minut wybije południe. – odparła dźwięcznym głosem.


-       Dziękuję... – urwał, zastanawiając się, jak pociągnąć tę rozmowę i zerkał co chwila na nią z uśmiechem.


-       Chce mnie pan zaprosić na kawę? – spytała wprost, śmiejąc się z jego zaskoczonej miny.


-       Oczywiście! To znaczy będzie to zaszczyt... – ucieszył się myśląc, że jakoś wzbudził jej zainteresowanie.


-       W takim razie z przykrością muszę odmówić. – odparła z przebiegłym wyrazem twarzy, a on zdębiał.


-       Słucham? Ale... dlaczego? – najwyraźniej go to zdziwiło.


-       Ma pan piękną żonę i dwuletnia córkę, oto powód. – powiedziała z nieco złośliwym uśmiechem i poszła przed siebie, nawet się nie żegnając.


Mężczyzna zaś wyglądał tak, jakby zobaczył ducha. Skąd ona mogła wiedzieć? Czy spotkał kobietę - jasnowidza? Po chwili emocje opadły i zrobiło mu się wstyd. Co go napadło, by ją zaczepiać? Przecież kochał swoją małżonkę i dziecko. Usiłując o tym zapomnieć, włączył się w tłum.


***


Ben patrzył uważnie na Alrena, którego twarz była teraz nieco zmieszana. Zastanawiał się, o co chodzi, bowiem nie był to typ, który lubił prosić o cokolwiek. Wręcz stronił od takich sytuacji. Fakt, że nie przyszedł sam, podpowiadał mu nieco, czego będzie dotyczyć ta prośba, ale chciał to usłyszeć.


-       Mów śmiało. – niecierpliwił się już.


-       Czy mógłbyś się zaopiekować tą dziewczyną? – cały czas myślał intensywnie, jak ma to powiedzieć.


-       Mam ją tu gościć, aż wrócisz po nią z podróży?


-       Nie... – urwał  - Aż sama zniknie. – Ren odwrócił wzrok, bowiem mówienie o Elli przychodziło mu z trudem.


-       Co? – zaskoczył go zupełnie – Jak to zniknie?


-       Ona jest duchem, Ben... – rzekł prawie szeptem, a jego przyjaciel wybałuszył oczy i omal nie upuścił filiżanki z wrażenia.


Alren opowiedział mu, co widział i że prawdopodobnie za około pół roku, Ella przestanie istnieć lub wróci tam, skąd przybyła. Ben nie mógł uwierzyć w tą opowieść i nie rozumiał jej fenomenu, więc był nie lada zszokowany. Domyślał się jednak, co czuł jego przyjaciel i sam też posmutniał, bo zrobiło mu się jej żal. Potem zapadła długa i nieznośna cisza. Prośba była bowiem dość skomplikowana, zważywszy na to, kim miałby się opiekować.


-       Dobrze, zatrzymam ją u siebie – odparł w końcu -  Ale tylko przez rok. Jeśli do tego czasu nie zniknie, będziesz musiał ją zabrać i zdecydować, co dalej. Umowa stoi? – rzekł po dłuższym zastanowieniu.


-       Stoi. – odparł Alren z ulgą w głosie, po czym uścisnęli sobie dłonie – Z tym, że ona nie wie, że jest duchem i proszę niech tak pozostanie... Jeśli zajdzie taka potrzeba, powiem jej to osobiście. Póki co, nie chcę jej niepotrzebnie denerwować.


-       Dlaczego nie? Myślę, że ma prawo wiedzieć... – zdziwił się.


-       Po prostu... Zrób, o co cię proszę, dobrze? – rzekł cicho, wstając z kanapy – Musisz mi zaufać, Ben. – dodał tajemniczo, patrząc mu w oczy.


-       W porządku, ufam ci. Nic jej nie powiem. – odparł po namyśle, choć nadal mu się to nie podobało i podniósł się z fotela.


-       Dziękuję, przyjacielu. - uśmiechnął się z wdzięcznością – Obiecuję, że kiedyś ci to wynagrodzę.


-       Nie musisz, Ren – zaśmiał się starzec – I tak mam u ciebie dożywotni dług. Mogę więc dla ciebie zrobić chociaż tyle.


***

Mary była już po odświeżającym prysznicu. Czuła się teraz o wiele lepiej. Szukając Davida, weszła do jego kuchni. Zamierzała mu jeszcze raz podziękować i pójść do domu. Nie znalazła go jednak, więc usiadła przy stole i pogrążyła się w zadumie. Im dłużej myślała, tym bardziej pogarszał się jej nastrój, aż znów miała ochotę się upić. Najbardziej martwiła się teraz dzisiejszym przyjazdem rodziców do Londynu.


Przez wypadek Elli, nie zamierzali robić żadnej uczty świątecznej, ale w zamian za to wspólnie ustalili, przez telefon, że przylecą do stolicy zobaczyć, co z ich młodszą córeczką i razem spędzą ten czas. Z jednej strony cieszyła się, że przyjadą i nie będzie sama, ale z drugiej - troskała się o ich zdrowie. Tata był chory na serce i już dwa razy miał zawał. Obawiała się, że widok Elli w szpitalu może tylko pogorszyć sprawę. Tu cieszyła się, że cudem jej wygląd wrócił do normy. Gdyby miał zobaczyć ją z tamtymi strupami i szwami, mógłby się całkiem załamać. Natomiast mama również była schorowana i w dodatku źle znosiła podróże samolotem. Mary oparła się bezradnie i zerknęła na zegar, wiszący na ścianie. Zbliżała się 9:00. Westchnęła i wlepiła wzrok w pustą szklankę na blacie.


-       Coś się stało? – usłyszała nagle znajomy głos. To David właśnie wszedł do środka.


-       Nie... Nic takiego, po prostu trochę się martwię wizytą rodziców. Przyjadą ok. południa.


-       Będzie dobrze. Jakby coś się działo, dzwoń o każdej porze. – uśmiechnął się, a Mary zrobiło się ciepło na sercu.


-       Nie wiem, jak mam ci dziękować... – wstała i objęła go krótko, co go nieco poruszyło, po czym spojrzała mu w oczy – Słuchaj, co byś chciał ode mnie dostać? Mamy święta, a ja nic dla ciebie nie mam. Nie miałam głowy do wymyślania prezentów, przepraszam...


-       Nie musisz, rozumiem cię. Nie musisz też mi nic dawać. – uśmiechnął się i wstawił czajnik z wodą na herbatę.


-       No proszę cię... Czuję się trochę głupio, bo ostatnio nie miałam dla ciebie czasu. A ty pomogłeś mi wczoraj, wspierasz mnie teraz po tym wypadku i w ogóle jesteś moim najlepszym przyjacielem... – wymieniała z lekkim zakłopotaniem – Chcę ci coś dać, odwdzięczyć się...


-       Może być wszystko? – zaśmiał się cicho, odwracając się do niej, a ona kiwnęła porozumiewawczo głową – W takim razie daj mi swój jeden dzień. – zaproponował.


-       Co? – zdziwiła się.


-       Wystarczy mi jeden dzień spędzony z tobą. – wyjaśnił, nie patrząc jej w oczy, jakby się bał, że domyśli się powodu, dla którego tak bardzo tego pragnął.


-       Tylko tyle? – nie mogła się nadziwić – Nie ma sprawy! – odpowiedziała z szerokim uśmiechem, obmyślając po cichu plan, że zaciągnie go do sklepu, by sobie coś wybrał. Była już zdecydowana kupić mu wartościowy prezent.


David rozpromienił się i zalał im herbatę. Walczył ze sobą, by nie skakać z radości na myśl o tym dniu. Miał szczery zamiar dobrze go wykorzystać. Po chwili pili spokojnie herbatę, gawędząc o byle czym.



***

Ren ubrał już swój odzyskany, czarny płaszcz i właśnie zakładał na plecy swoje tobołki. Poprawił nieco włosy, przeczesując je palcami i spojrzał na przyjaciela, który przyglądał mu się z zatroskaniem.


-       Naprawdę już idziesz? Zostań chociaż na noc... – prosił starzec.


-       Nie mogę... – spuścił wzrok, by nie widzieć błagalnego spojrzenia Bena.


-       Pożegnaj się chociaż z Elen i nową znajomą. – nalegał – Elen będzie bardzo zawiedziona, jeśli tak odejdziesz. Długo cię nie widziała.


-       Wiem, ale nie chcę tego przedłużać. Będzie mnie błagała, żebym został a Ella... Chcę się jak najszybciej z nią rozstać. – dodał szybko.


-       Nie lubisz jej? – zainteresował się Ben, bowiem nigdy nie widział u niego takiego zachowania. Nie miał on nigdy problemu w relacjach z kobietami i lubił ich towarzystwo. Czyżby coś się zmieniło? A może po prostu Ella tak dziwnie na niego wpływała?


-       Nieważne, czy ją lubię czynie. Nawet nie wiem, czym ona jest... – zawahał się przez chwilę, a Ben nadal uważnie go obserwował - Muszę jak najszybciej dotrzeć do stolicy. Zajdę tylko do Eru i o świcie ruszam w drogę. Tylko nie mów o tym Elen, bo będzie mnie szukać, a nie chcę, by się szlajała po Leosie w środku nocy.


-       Dobrze... – odparł Bez ze zrezygnowaniem myśląc, że on i tak nie zmieni swych planów - Ciągle szukasz śladów tej upadłej cywilizacji, prawda? – zmienił temat wiedząc, co od lat zaprząta głowę jego przyjaciela.


-       Tak. Mam się spotkać z Arcykapłanką w Eolium, która podobno badała kiedyś tę kulturę. Uzyskałem w końcu pozwolenie na audiencję. – rzekł tajemniczo, stojąc naprzeciwko Bena pod drzwiami.


-       Proszę, zrezygnuj z tego. – rzekł starzec poważnie – To bardzo niebezpieczne. Przecież wiesz, że nie można nawet mówić o Miryonie, a co dopiero szukać pozostałości po jego imperium. Wszystko, co się tyczy Szafirowego Księżyca, jest zakazane. To temat tabu... – urwał bo Ren położył mu palec na ustach.


-       Wiem, przyjacielu, ale muszę to zrobić. – rzekł z uśmiechem.


-       Dlaczego? – zdenerwował się - Jak cię złapią, możesz przez to spędzić życie w lochach albo nawet zginąć. Póki jesteś w Veolii może i jest w miarę bezpiecznie, ale inne kraje nie są tak neutralne, jeśli chodzi o Miryon, jak my. – próbował go przekonać, choć wiedział, że to daremny trud.


-       Dziękuję ci, że się martwisz – objął go ramionami – Ale niepotrzebnie. Nic mi nie będzie. – rzekł serdecznym tonem – Nie zapominaj, kim jestem, Ben. – uśmiechnął się do niego, kierując do drzwi.


-       Ech, ale z ciebie uparciuch... – westchnął bezradnie – Tylko odwiedź nas niedługo. Elen naprawdę za tobą bardzo tęskni.


-       Wiem, obiecuję, że wpadnę po wizycie w stolicy. – ukłonił się przyjacielowi i nacisnął klamkę, wpuszczając do środka mroźne powietrze - Do zobaczenia, Ben.


-       Uważaj na siebie, Ren.Proszę... – pożegnał go w drzwiach z lękiem w oczach i patrzył, jak odchodzi, dopóki nie zniknął za zakrętem.


Ledwo gospodarz domu zamknął drzwi, a już zobaczył po swej prawej stronie stojące dwie kobiety, które wpatrywały się w niego pytająco.


-       Tato. Gdzie jest Ren? – spytała Elen z zawodem w oczach, choć podświadomie znała odpowiedź.


-       Wyszedł już. Nie szukaj go. Prosił tylko, bym ci przekazał, że przeprasza. Obiecał odwiedzić nas po wizycie w Eolium. – rzekł łagodnie, a ona zasępiła się.


-       Czemu on mi to ciągle robi? – w jej oczach stanęły łzy, ale powstrzymała je widząc Ellę, która nadal stała, oparta o ścianę i wpatrywała się ze smutkiem w okno.


-       Drogie dziecko – rzekł Ben do złotowłosej – Chodź tu do nas, musimy porozmawiać. – był bardzo delikatny, jakby się bał, że wystarczy jeden błąd, by dziewczyna rozsypała się na kawałeczki.


Widział, jak źle znosi tę sytuację i rozstanie z Alrenem i trochę się o nią niepokoił. Jednocześnie intrygowała go jej dziwna więź z Renem, która zdołała się utworzyć, zaledwie po dobie znajomości. Im dłużej też na nią patrzył, tym miał większe wątpliwości, że jest ona duchem, ale nie śmiał wątpić w słowa przyjaciela. Od tego wszystkiego poczuł przypływ zmęczenia, więc postanowił jak najszybciej powiedzieć, co trzeba i pójść spać.


Minęła jakaś godzina, kiedy starzec wyjaśnił już Elli, że będzie teraz u nich mieszkać. Obiecał się nią zaopiekować i pomóc jej zacząć tu nowe życie. Wyraził też nadzieję, że wkrótce zaakceptuje ich jako swą przybraną rodzinę i odnajdzie tu szczęście.


Ella wysłuchała wszystkiego w milczeniu, tylko przytakując  w odpowiednich momentach. Wiedziała, że mogła skończyć o wiele gorzej i powinna podziękować Alrenowi za ratunek, ale jakoś nie umiała się cieszyć. On odszedł. W sumie, nie zaskoczyło ją to. Sam jej przecież powiedział, że tak będzie. Jednak mimo tego, miała jakąś wewnętrzną, niezrozumiałą nadzieję, że się rozmyśli i osobiście pomoże jej znaleźć sposób na powrót do prawdziwego domu, na Ziemi. Po chwili zganiła siebie za takie samolubne pragnienia. Naprawdę była wdzięczna Benowi za życzliwość i gościnę, bo wcale nie musiał tego dla niej robić, co wyrażało jej spojrzenie w jego stronę, gdy skończył mówić. Gospodarz to zrozumiał i uśmiechnął się.


-       Idź do swego pokoju, Ello i odpocznij. Wystarczająco dużo dziś przeszłaś. Jutro porozmawiamy. – zasugerował.


-       Dobrze, dziękuję.  – odparła cicho, idąc posłusznie za Elen do swego nowego pokoju, myśląc ze łzami w oczach, jak poradzi sobie w tym obcym świecie i czy w ogóle kiedyś wróci do domu...

Aruell
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 5 i 6

sobota, 26.lutego.2011, 14:13

Tradycyjnie przepraszam za wszelkie błędy i życzę miłego czytania ;)


***


W Londynie większość ludzi była teraz pochłonięta przygotowaniami do jutrzejszego Bożego Narodzenia. Piękne dekoracje miasta rozświetlały mroźną noc i wprawiały mieszkańców w bajkowy, świąteczny nastrój. Jednak nie wszyscy mieli teraz powody do radości.


Mary siedziała w jednym z barów, nieopodal szpitala i piła mocne drinki. Jeden po drugim, bez opamiętania. Nie potrafiła sobie poradzić z wypadkiem swej siostry ani tym, co się z nią stało zeszłej nocy. Postanowiła więc się upić, by o tym nie myśleć, czego zwykle nie robiła. Kiedy siedząc przy barze, chciała zamówić kolejną porcję alkoholu, usłyszała ciepły, męski głos, tuż za sobą.


-       Ta pani już ma dość, dziękuję – rzekł do barmana, który skinął tylko porozumiewawczo głową i podszedł do innych klientów. – Mary, nie poznaje cię. – te słowa były już skierowane bezpośrednio do niej, więc odwróciła się półprzytomnie i rozpoznała Davida.


-       Aaaa – przeciągnęła nienaturalnie – Doktorek przyszedł mi prawić kazania... – krzyknęła trochę za głośno i kilku gapiów skierowało na nich wzrok. Westchnął i chwycił ją za rękę, by siłą wyprowadzić z baru, ale ona ani drgnęła.


-       Chodź ze mną, Mary! – syknął jej prawie do ucha i pociągnął nieco mocniej. Ona zaś dalej stawiała opór, aż w końcu się zachwiała. Chciał pomóc jej utrzymać równowagę, ale wtedy wzięła zamach i uderzyła go mocno w twarz.


-       Zabieraj łapy zboczeńcu! – wrzasnęła, a on był w szoku. Niektórzy klienci baru spojrzeli na niego krzywo a inni cicho chichotali po kątach. Gdy już się z tego otrząsnął, naprawdę się zdenerwował.


-       Skoro tak stawiasz sprawę, to nie mam wyboru – jednym ruchem wziął ją na ręce i od razu skierował się ku drzwiom.


-       Puszczaj! - broniła się, machając nogami i odpychając go dłońmi, robiąc przy tym dużo hałasu a on tylko kiwał głową przepraszająco, w stronę gapiących się ludzi.


-       Zapomnij... – rzekł do niej zdecydowanie i wyszedł na zewnątrz, do swego samochodu.


David nie zważał już na przechodniów, którzy również z rozbawieniem, przyglądali się komicznej scenie na parkingu i pilotem otworzył auto. Uchylił drzwi swojego BMW z serii coupe i wsadził ją na tylne siedzenie, zamykając je potem szybko. Mary chciała wysiąść, ale była zbyt pijana, by trafić po ciemku na klamkę. Mężczyzna usiadł za kierownicą i włączył się w ruch uliczny. Nie wiedział, gdzie ona dokładnie mieszka, więc postanowił zabrać ją do siebie.


Jadąc, zerkał co jakiś czas w lusterko, by sprawdzić co z Mary, ale wyglądało na to, że alkohol zmulił ją już do tego stopnia, że nie miała sił protestować. Siedziała więc grzecznie, wyglądając przez boczną szybę ze znużeniem. Westchnął i zatrzymał się przed swoim, dużym domem. Szybko uwinął się z bramą i parkowaniem w garażu, a potem poszedł wyciągnąć Mary z samochodu.


-       Nie chcę... – mruknęła, gdy przymierzał się do wzięcia ją na ręce – Zostaw mnie tutaj.


-       Nie marudź. – odparł i dopiął swego, ignorując jej nieporadny opór i zanosząc ją do pokoju gościnnego. Zręcznie położył ją na szerokim łożu i rozpiął swój płaszcz, bo zrobiło mu się gorąco z wysiłku..


-       Gdzie ja jestem? – rozejrzała się półprzytomnie po pięknie urządzonym i przytulnym pomieszczeniu.


-       W moim domu.


-       Gdzie? – myślenie przychodziło jej z wielkim trudem.


David zignorował ponowne pytanie i zdjął jej buty a następnie przykrył kołdrą.


-       Co robisz? Ja nie chcę spać... – rzekła, walcząc z ciężkimi powiekami i próbowała wstać, ale jej nie pozwolił.


-       Ależ chcesz, Mary. Jesteś bardzo śpiąca.– zaśmiał się w końcu, bo ta sytuacja była dość nietypowa.


-       Przecież mówię, że nie... ja nie...– nie dokończyła, bo w tej chwili zasnęła.


David odetchnął z ulgą. Nie spodziewał się, że kiedykolwiek ją taką zobaczy, ale potrafił zrozumieć jej zachowanie. Siedział teraz obok niej i bacznie się jej przyglądał.


Jej złoto blond włosy, normalnie starannie zaczesane w modny paź, znajdowały się teraz w artystycznym nieładzie. Blada twarz zdradzała długotrwałe zmęczenie a pełne usta, pokryte rozmazaną już pomadką, miała nieco rozchylone.


To właśnie na nich skupił swój wzrok. Przez myśl mu przeszło, by ją pocałować, ale szybko potrząsnął głową i wstał z łóżka. Oparł się plecami o ścianę i przeczesał włosy palcami a potem wlepił w nią swój wzrok i zamyślił się. Jej widok bowiem ponownie skłonił go do refleksji na swój temat.


David zawsze uważał się za dobrego człowieka i niezłego lekarza. Powodziło mu się - wybudował sobie ładny dom, miał dobry samochód i pracę, którą lubił. Tylko pozazdrościć a jednak nie był do końca szczęśliwy. Nie potrafił sobie ułożyć życia uczuciowego. Dlaczego? Odpowiedź była prosta – zwyczajnie bał się miłości. Najbardziej w sobie nienawidził właśnie tego - tchórzostwa. Normalny facet, na jego miejscu, już dawno wyznałby Mary swe uczucia, ale on tego jeszcze nie zrobił. Po dwóch latach bliskiego kontaktu, nadal nie zebrał w sobie dość odwagi. Wszystko dlatego, że kiedyś powiedziała mu, że nie wyobraża go sobie jako kogoś innego, niż przyjaciela. To zdanie powracało do niego jak bumerang za każdym razem, gdy zamierzał się w końcu przyznać. Bał się też, że może uznać jego wyznanie za żart lub co gorsza, ucierpiałaby na tym ich znajomość. Nie potrafił się zdobyć na to ryzyko i dlatego tkwił nadal w tym samym miejscu, ukrywając swe uczucia. Czuł się z tym źle, ale nic z tym też nie robił. Westchnął ciężko i zdołowany wyszedł cichutko z pokoju.


***






Tymczasem w krainie śniegu i mrozu, bitwa się właśnie zaczęła. Wszystko działo się bardzo szybko. W tej samej chwili, kiedy Sheny rozpoczęły swój atak, Alren bez słowa powalił Ellę na ziemię, by mieć większe pole manewru. Dziewczyna upadła, lądując w śniegu i zapiszczała z bólu. Chciała krzyknąć, że jest brutalny, ale wtedy ujrzała coś niesamowitego. Nie mogły się z tym równać żadne filmy akcji ani przedstawienia teatralne, które obejrzała w życiu.


Na mężczyznę skoczyły najpierw dwa wilki. Zrobił unik i prawie zderzyły się ze sobą w powietrzu. Sekundę później spadły na ziemię już martwe. Ella z przerażeniem zauważyła długie cięcia pod ich gardłami, choć nie widziała, kiedy ani jak je zrobił. Rozwścieczone śmiercią kompanów pozostałe zwierzęta, rzuciły się do jednoczesnego ataku a było ich około siedmiu. Dziewczyna jak zaczarowana patrzyła, z jaką finezją, gracją i szybkością poruszał się Alren. Wyglądało to tak, jakby tylko tańczył z Shenami a nie walczył. Można by się dać nabrać, gdyby nie ich trupy, które jednak, co jakiś czas, padały na glebę. Ella prawie nie dostrzegała jego ruchów a czasem nawet jego samego i zastanawiała się, czy to w ogóle jest możliwe. Niecałe dwie minuty później było po walce. Wyczerpany, oparł się o zakrwawiony miecz, który wbił w ziemię i przyglądał się, z przygnębieniem, martwym wilkom.


Ella była tak wystraszona, że przez chwilę patrzyła na niego nieruchomo. Dopiero, gdy się uspokoiła, podniosła się, trzepiąc ze śniegu.


-       Udało ci się. Wygra...– nie zdołała dokończyć, bowiem coś powaliło ją na ziemię. Rozpoznała na swoich plecach łapy wilka i usłyszała jego warczenie tuż nad głową. Zamarła w bezruchu z przerażenia, zalał ją zimny pot.


Alren był w szoku. Nie zauważył go. Musiał się dobrze ukryć, co pewnie nie było wcale takie trudne, dzięki białemu futru. W jednej chwili rozpoznał w nim przywódcę stada i zrozumiał powagę sytuacji. Natychmiast się ocknął, użył jednej z tajnych technik i raptem znalazł się przed wilkiem tak szybko, że zwierzę nawet tego nie zauważyło. Po chwili jednym cięciem pokonał go, odrzucając w bok. Martwe ciało przywódcy, wraz z głośnym upadkiem, dołączyło do pozostałych. Potem zasapany upuścił miecz i z lękiem spojrzał na Ellę, która leżała na ziemi i się nie ruszała.


-       Nic ci nie jest? – spytał naprawdę wystraszony, dotykając jej ramienia. Po czym odetchnął z ulgą, widząc, że jest cała.


Alren delikatnie głaskał ją po plecach, by się uspokoiła, aż w końcu powoli się podniosła. Rozejrzała się ostrożnie i przeraziła obrazem ogromnej ilości krwi, doskonale widocznej na śniegu i martwych Shenów dookoła. Mimo iż ten widok poruszył ją dogłębnie, nie zasłoniła oczu, tylko spojrzała na Alrena, który kucał teraz przy niej ze zmartwionym wyrazem twarzy. Wtedy dopiero coś w niej pękło i bez ostrzeżenia wtuliła się w niego najmocniej, jak umiała.


-       Hej! Co ty wyprawiasz? – zaskoczyło go to i próbował ją odsunąć.


-       Tak się bałam! – ścisnęła go mocniej – Proszę, pozwól mi tak przez chwilę zostać. – głos jej drżał z nadmiaru wrażeń.


Mężczyzna westchnął bezradnie i przytulił Ellę, obejmując ją ramionami.


-       Już dobrze. Nie bój się... – odparł bardzo łagodnie, co w połączeniu z jego dotykiem, wywołało w niej burzę nieznanych dotąd emocji. Poczuła jak gorąco zalewa całe jej ciało. Wystraszyła się tego i zakłopotana odsunęła się od niego gwałtownie.


Alren najpierw spojrzał na nią ze zdziwieniem a potem, widząc jej zarumienioną twarz uśmiechnął się, rozumiejąc już wszystko. Bez słowa wstał a potem pomógł jej się podnieść, podając jej dłoń.


Ellę uderzyło to, jaki potrafił być delikatny, przy swojej sile. Był nieco gruboskórny i nieprzewidywalny, ale umiał też być miły i miał piękny uśmiech. Mimo wszystko, im dłużej z nim przebywała, tym większą czuła do niego słabość, co zaczęło ją przerażać.


Alren ochłonął, podniósł swój miecz i wyczyścił go w śniegu a potem schował do skórzanej pochwy i spojrzał ponownie na pole bitwy ze smutkiem.


-       Biedne zwierzęta... – rzekł szczerze, kucając przed jednym z nich.


-       Żałujesz, że je zabiłeś? – zdziwiła się nieco.


-       Oczywiście! – burknął oburzony, z nutką złości w głosie – Gdyby nie ty, nie musiałbym.  – dodał z żalem, a Elli zrobiło się trochę przykro.


-       Nie broniłbyś się, gdybyś był sam?


-       Nie. Użyłbym czaru, żeby je zmylić i uciekłbym. Ale z tobą, to by było niemożliwe, zwłaszcza że nas otoczyły, więc musiałem walczyć. – Ella wreszcie zrozumiała, po czym przyjrzała się wilkom i również zrobiło się jej ich szkoda, choć mogły ją zabić.


Alren zauważył, jak patrzyła na martwe Sheny i jego twarz nieco złagodniała. Cieszył się, że nie była całkiem obojętna.


-       Cóż, co się stało, to się nie odstanie. Odprawię im tylko szybki pochówek i ruszamy dalej.


Ella nie wyobrażała sobie ile, może potrwać pogrzeb takiej ilości wilków, więc się zdziwiła, ale wtedy zobaczyła, że on coś szepcze pod nosem, z zamkniętymi oczami a potem dotyka ziemi. Chwilę później jasne światło spowiło cały obszar walki a gdy znikło, zorientowała się, że oprócz białego śniegu, nie było tam już nic. Zupełnie jakby ta bitwa się nie odbyła. Spojrzała na niego zszokowana, z otwartą buzią i oczami wielkimi jak talerze.


-       Nie pytaj, jak to zrobiłem, bo i tak tego nie zrozumiesz – odparł znów chłodnym tonem – Idziemy, inaczej nie zdążymy przed zmrokiem!


-       W porządku... – odparła zawiedziona, że kolejny raz wybudował miedzy nimi niewidzialny mur.


Wędrując miedzy wysokimi drzewami, przez niekończący się busz, zaczęła się zastanawiać, co zrobi, kiedy będą już w na miejscu i przyjdzie jej się z nim rozstać? Może to było dziwne, ale nie umiała sobie tego wyobrazić. Podświadomie uważała go za jedynego przyjaciela, choć przecież się nie znali. Miała przeczucie, że jeśli jego przy niej nie będzie, zginie w tym dziwnym, magicznym świecie a przecież w mieście ich drogi mają się rozejść... Im bliżej więc znajdował się cel ich podróży, tym bardziej jej lęk narastał.

Rozdział 6 (zjadłam go w Archiwum przepraszam ^^")

Nieco dłuższy rozdział niż zazwyczaj, ale mam nadzieję, że się Wam spodoba. Dziękuję za wszystkie miłe słowa i komentarze, które pojawiły się do tej pory. Tradycyjnie z góry przepraszam za wszelkie błędy. Miłego czytania! ;)



***


Kolejny poranek zawitał do stolicy Wielkiej Brytanii i to nie byle jaki, bowiem dziś był pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia. Pogoda była wyjątkowo piękna, jak na zimową porę. Owszem mróz doskwierał niemiłosiernie, ale niebo było bezchmurne, a wiatr nie dokuczał tak, jak wczoraj. Najwyraźniej w nocy spadł niewielki śnieg, bowiem wszędzie znajdowała się jego cienka warstwa, mieniąca się w promieniach Słońca.


W prywatnym apartamencie, w centrum Londynu panowała cisza.  Przez okna wpadały jedynie złociste promienie, które odbijały się w stojącej nieopodal dużej choince. Bombki i łańcuchy mieniły się, jak zaczarowane i przykuły uwagę Nicka, który od dłuższego czasu siedział wygodnie na skórzanej sofie z kieliszkiem whisky w dłoni i rozmyślał.


Nie mógł zapomnieć ostatniej rozmowy z Mary, a widok poharatanej twarzy Elli prześladował go po nocach. Czuł się winny. Miał wrażenie, że gdyby wtedy nie odwołał spotkania przez telefon, to nie zdenerwowałaby się i byłaby ostrożniejsza. Może wówczas nie miałaby tego wypadku. Jej obraz znów pokazał mu się przed oczami i tylko go dobił. Nie dość, że popełnił straszne głupstwo i zranił Ellę, to jeszcze czuł się odpowiedzialny za jej wypadek i za to, że może się już nigdy nie obudzić. Myśl, że nie będzie mógł jej tego wszystkiego powiedzieć, przeprosić i będzie musiał żyć z tym do śmierci - przytłaczała go. Oparł się o siedzenie, zakłopotany mieszanymi uczuciami, jakie nim teraz miotały i wtedy usłyszał telefon.


-       Tak, Saro? – spytał beznamiętnie, pijąc kolejnego łyka whisky.


-       Nick! Szybko włącz telewizor! – krzyczała do słuchawki.


-       Po co? – zdziwił się. Nie miał ochoty na oglądanie telewizji.


-       Po prostu, zrób to. – mówiła z naciskiem.


-       Dobrze już, uspokój się...


Nick niechętnie wstał i włączył jeden z informacyjnych kanałów. Spojrzał w ekran bez cienia zainteresowania i nagle zamarł. Jego twarz z każdą sekundą przybierała coraz bardziej zszokowany wyraz.


-       Jasna cholera! Co to ma znaczyć?


-       Mówiłam, że to ważne.– westchnęła.


-       To jakiś żart? – nie wierzył ani w jedno słowo, które usłyszał ani nawet w to, co widział.


-       Nick, też tak zareagowałam, ale to prawda. Zadzwoniłam do dyrektora szpitala, by to sprawdzić. – zawahała się – To naprawdę cud...







Alren i Ella maszerowali już cały dzień, nie licząc krótkiego postoju. Dziewczynie już całkowicie obrzydł widok ośnieżonych drzew, którymi z początku się tak zachwycała. Miała wrażenie, że w ogóle się nie posuwają naprzód, tylko krążą w kółko. Dla niej wszystko wyglądało tu tak samo, nieważne jak długo szli. W końcu ogarnęło ją wrażenie, że nigdy nie dotrą do celu i zaczęła marzyć tylko o odpoczynku, bowiem była już potwornie zmęczona.


-       To tutaj – usłyszała nagle i zauważyła, że Alren się zatrzymał. Oparł się o jedno drzewo i spoglądał gdzieś w dal.


Dopiero teraz Ella zauważyła, że są na skraju lasu a dalej znajduje się jakaś ogromna dolina. Podeszła do niego niepewnie i zamarła z wrażenia.


W oddali rozciągało się olbrzymie jezioro, tym razem niezamarznięte, którego krystalicznie czysta woda miała jasnozielony kolor. Można było też zauważyć, że jego brzegi porastały wysokie, fioletowe i niebieskie rośliny, przypominające trzciny. Jednak to, co było najpiękniejsze, to wielkie miasto, rozciągające się nad jeziorem, aż po horyzont. Fantazyjne, różnej wysokości budynki miały wyłącznie biały kolor, a światła w całej osadzie lśniły bladoniebieskim blaskiem. Całość wyglądała tym bardziej imponująco, gdy daleko w tle rozciągał się bajeczny, pomarańczowo - czerwony zachód Słońca.


-       Witaj w Leosie, Ello. – rzekł z uśmiechem, widząc jej oczarowanie i ruszył dalej.


Z tego zachwytu, nawet nie zauważyła, kiedy dotarli już do samego miasta i zatrzymali się przed jednym z dużych domów. Podziwiała bowiem finezyjnie zdobione budynki, dziwne rośliny i białowłosych mieszkańców w strojach, o tym samym kolorze. Dopiero pukanie Alrena sprawiło, że wróciła na ziemię.


Grube, drewniane drzwi powoli się otworzyły i ich oczom ukazała się urodziwa, młoda dziewczyna o fiołkowych oczach i długich, białych włosach, splecionych w misterny warkocz. Miała na sobie zdobioną, błękitną sukienkę a na jej początkowo niepewnej twarzy, z czasem pojawił się szeroki uśmiech.


-       Ren, wróciłeś! – ucieszyła się i rzuciła mu się na szyję. W tej samej chwili coś ukłuło Ellę w środku, a jej spojrzenie posmutniało.


-       Witaj, Elen. Puszczaj już, bo mnie udusisz... – mruknął równie uradowany na jej widok. Odsunęła się więc, a potem zauważyła, że nie przyszedł sam i spojrzała na niego z lekkim zdziwieniem.


-       Nawet nie pytaj – uprzedził ją -  Jest twój tata? – spytał, wchodząc z Ellą do środka. Nie musiał jednak czekać na odpowiedź, bowiem Ben siedział na kanapie, przy rozpalonym kominku.


-       Na Hariosa, co ty tutaj robisz? – zdziwił się mężczyzna i wyściskał Alrena z radości – A to kto? – spojrzał na wystraszoną dziewczynę, która stała przed nim w skórzanych trzewikach, owinięta tylko czarnym, męskim płaszczem.


-       To Ella Dreamson... –zawahał się, nie bardzo wiedząc, jak wyjaśnić jej pojawienie się – W każdym razie, zaraz ci wszystko opowiem.






Mary zmrużyła oczy, gdy promienie Słońca zaczęły ją razić. Otworzyła je powoli i podniosła się. Wtedy poczuła silny, pulsujący ból głowy, więc złapała się za nią i zaklęła pod nosem. Dopiero po chwili zauważyła, że z pewnością nie jest w swoim domu. Rozejrzała się po pokoju z niepokojem a zaraz potem sprawdziła, co ma sobie. Była w tym samym ubraniu, co wczoraj, gdy poszła odwiedzić Ellę w szpitalu. Jednak nie mogła sobie przypomnieć, co było po tym, jak z niego wyszła ani tym bardziej, jak się tu znalazła. Wówczas otworzyły się drzwi i zobaczyła mężczyznę z mokrą głową, w czarnym szlafroku trzymającego tacę w dłoniach.


-       David? – krzyknęła zaskoczona – Co ty tu robisz?


-       Ja? Mieszkam. To mój dom – odparł, nieco rozbawiony widząc jej otwartą z wrażenia buzię a ją zamurowało.


-       Przyniosłem ci śniadanie. Chałka z dżemem truskawkowym i rozpuszczalna bez cukru. – dodał, stawiając je na nocnej szafce, tuż obok. Dobrze wiedział, co zwykle rano jadała. Ona zaś w osłupieniu spojrzała na tacę myśląc, że chyba jeszcze się dobrze nie obudziła.


-       Ale co się stało? Co ja tu robię? – nie mogła zrozumieć i usiłowała sobie coś przypomnieć.


David wziął więc głęboki oddech i ze szczegółami opowiedział Mary, co się stało minionego wieczoru, patrząc z uśmiechem na jej rosnące zaskoczenie.


-       Niemożliwe! Uderzyłam cię? – krzyknęła, nie mogąc w to uwierzyć.


-       Owszem, nawet nazwałaś mnie zboczeńcem. – zaśmiał się, kiedy nerwowo poprawiła włosy.


-       Kurde, jak mogłam się tak upić, żeby nic nie pamiętać? – odparła zdołowana, wiedziała, że on nigdy by nie kłamał ani nie żartował w taki sposób, więc to musiała być prawda – Ja... Przepraszam cię... – złapała się za głowę. Zrobiło się jej okropnie głupio i wstyd za siebie.


-       Nie ma sprawy, czego się nie robi dla przyjaciół. Weź to – podał jej dwie tabletki, które przed chwilą wyjął z szafki – To pomoże na kaca.


Mary bez wahania je połknęła, w końcu był lekarzem, a potem zjadła śniadanie, mimo iż nie miała apetytu. Pijąc kawę obserwowała Davida, który w tym czasie rozmawiał z kimś przez komórkę, pod oknem.


Była zawstydzona swoim wczorajszym zachowaniem i jednocześnie doceniała jego pomoc. Ostatnio nie miała dla niego zbyt wiele czasu i czuła, że powinna mu to wynagrodzić. Przyznała, że ma wielkie szczęście mając takiego przyjaciela przy sobie. Kiedy jednak przyglądała się mu teraz, w jego domu, w którym była wcześniej tylko raz w życiu, czuła się jakoś dziwnie. Zignorowała to jednak i zagadała, gdy skończył rozmawiać przez telefon i znów usiał obok niej.


-       Mogę wziąć prysznic? – spytała zwyczajnie, przysuwając się bliżej niego.


-       Jasne, nie krępuj się – odparł z uśmiechem – Przyniosę ci jakiś ręcznik.


-       Dziękuję, jesteś kochany. – przyznała szczerze.


David uśmiechnął się tylko, po czym chciał wstać z łóżka. Jednak wtedy poczuł jej rękę na swoim ramieniu a zaraz potem – krótki, ale czuły pocałunek Mary na swoim policzku. Na jego zdumionej twarzy szybko pojawiły się rumieńce, których nie zdołał ukryć, choć odwrócił głowę prawie natychmiast.


-       Zarumieniłeś się? – zaśmiała się, gdyż była po prostu rozbawiona jego reakcją. Jednak, gdy zobaczyła zakłopotanie na jego twarzy, spoważniała nieco – David...


-       Wydaje ci się... – odparł niepewnie, po czym wyszedł szybko z pokoju.


Mary nie wiedziała, jak nazwać to, co przed chwilą poczuła. Było coś dziwnego w zachowaniu przyjaciela. Nigdy jej obecność go nie krepowała, więc nie rozumiała jego zakłopotania. Może to dlatego, że tu nocowała a on był z natury bardzo nieśmiały? A może jej się rzeczywiście tylko przewidziało? Ostatecznie postanowiła o tym dłużej nie myśleć i poszła wziąć prysznic.





Ella siedziała zdenerwowana na skórzanej, brązowej sofie w dużym jasnym pomieszczeniu. Naprzeciw znajdował się drewniany stół z błękitnym wazonem, do którego włożono kwiaty podobne do lilii. A za nim byli Ben i Elen. Ich zdumione twarze oświetlał kominek, który był tuż obok.


Wysłuchali niezwykłej historii Alrena, co chwila zerkając na milczącą Ellę, z zainteresowaniem. W międzyczasie, poczęstowali gości gorącą herbatą, która szczególnie zasmakowała złotowłosej dziewczynie.


-       Ech, zrozumiem, jeśli mi nie uwierzycie... – zakończył opowieść nieco bezradnie.


-       Ren, wiem, że nigdy byś nie zmyślił czegoś takiego. Fakt, że to doprawdy niesłychane, ale wierzymy ci. – rzekł z uśmiechem starzec.


Ben był dobrze zbudowany i szczupły. Miał krótkie, białe włosy i srebrną, cienką opaskę na głowie. Jego twarz była pogodna i tylko nieznacznie pomarszczona. Najbardziej jednak zwracały uwagę ciemnofioletowe oczy.


-       Elen, zaprowadź panienkę do swego pokoju i pożycz jej jakieś kobiece ubranie. Dość już się namarzła w czasie tej podróży. – rzekł ciepłym głosem.


-       Dobrze, ojcze. – dygnęła przed nim i z uśmiechem wskazała Elli drogę. Dziewczyna poszła więc za nią, choć niechętnie. Nie chciała opuszczać Alrena, bowiem tylko przy nim, jak na razie, czuła się bezpiecznie, a poza tym miała nieodparte wrażenie, że gdy się rozdzielą, to więcej go nie zobaczy.


Gospodarz domu odczekał,aż drzwi od salonu się zamkną i spojrzał z powagą na starego przyjaciela.


-       Powiedz mi, co cię tu sprowadza? – zapytał, wiedząc, że nie złożył im wizyty bez ważnego powodu.


-       Jeśli to nie problem... – zawahał się, martwiąc się, czy to nie za wiele – Chciałbym cię o coś prosić.


Nick:



Aruell
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 4

sobota, 26.lutego.2011, 14:11

Przepraszam z góry za wszelkie błędy i literówki. Miłego czytania. Pozdrawiam ;)


***


Alren nie mógł tej nocy zasnąć. Raz, że warował, by zapewnić śpiącej Elli bezpieczeństwo a dwa – rozmyślania nad nią samą, nie dawały mu spokoju. Zastanawiał się, jak to możliwe, że duch, którym niewątpliwie była, ma ciało i to w dodatku tak doskonałe?


Wiedział oczywiście, że istnieją zaklęcia, które potrafią wykonać materialne „pojemniki”dla dusz. Najczęściej były to przedmioty podobne do urn lub amulety. Taka magia była dość powszechna, zwłaszcza wśród tych magików, którzy nie mogli pogodzić się z czyjąś nagłą śmiercią. Wierzono, że obecność zmarłych w tych amuletach przynosi ukojenie po ich stracie i szczęście. Jednak ciała podobne do zwierzęcych lub ludzkich to co innego. Były bardzo rzadko spotykane, wręcz legendarne. Mogli je bowiem stworzyć tylko najpotężniejsi magowie, których nie było wielu w Egharii.


Wyglądało więc na to, że tak jest w przypadku Elli, ale nawet jeśli, to Alrenowi nadal coś tu nie pasowało. Te, mityczne wręcz, ciała nie przypominały dokładnie oryginałów i istniały przez ściśle określony czas, maksymalnie do pół roku.Poza tym nie potrzebowały ani pożywienia ani napojów. Mało tego - nie oddychały ani nie miały wyczuwalnego pulsu. Wiedział też doskonale, że mimo iż w tych „pojemnikach” znajdowały się prawdziwe dusze, które poruszały się i wyrażały emocje, to nie mogły one nic powiedzieć, bo złamałyby tym pośmiertny pakt milczenia i zostały wysłane za karę w nicość, na całą wieczność. To były więc tylko imitacje osób, napędzane czystą magią, które towarzyszyły tym magom przez krótki czas a potem obracały się w proch. W swoim życiu Alren widział jedno takie ciało, więc był pewny, że się nie myli. Dlatego też miał wątpliwości co do Elli...


Przede wszystkim, w przeciwieństwie do tamtych, mogła mówić. Odczuwała ona głód i pragnienie. Czuł jej oddech i słyszał bicie serca, gdy wtedy do niej podszedł. Jej ciało z zewnątrz niczym się nie różniło od jego i gdyby nie użył swojego szczególnego daru, nigdy by nie powiedział, że Ella jest duszą w imitowanym, magicznym ciele. Nie było mowy o pomyłce, ale nie rozumiał tego w ogóle. Zastanawiał się, kto lub co byłoby na tyle potężne, by stworzyć taką żyjącą materię, klon oryginału? Wtedy sobie przypomniał o szafirowym blasku, który poprzedził przybycie Elli oraz ten, sprzed paru minut i mimowolnie spojrzał na Miryon.


Nagle coś mu zaświtało w umyśle, intuicja podpowiadała najbardziej nieprawdopodobne wyjaśnienie tego fenomenu. Na jego twarzy malowało się więc tym większe przerażenie, im bardziej do niego docierało znaczenie tej myśli. Szybko więc spuścił wzrok, łapiąc się za głowę, która rozbolała go od tego wszystkiego.


-       Nie... – szepnął – To niemożliwe. To nie może być to... –usiłował wyprzeć ten pomysł z głowy i sięgnął po butelkę wina, by się napić.


Spojrzał bezradnie na śpiącą Ellę. Westchnął i zastanawiał się, czy to wszystko nie jest tylko snem. Może powinien pójść spać a jak się obudzi, to jej tu nie będzie i tylko pośmieje się z tej nocnej mary. Niestety, nieważne ile razy się szczypał w rękę, zawsze odczuwał ból. To była rzeczywistość. Potem było tylko gorzej, bo bił się z myślami, czy powiedzieć jej jutro, że jest duchem, czy nie.  A może ona już wie? W jego głowie rodziły się kolejne, nieznośne pytania, więc sfrustrowany walnął pięścią w ziemię. Zaraz potem wystraszył się, czy jej nie obudził, ale Ella spała jak zabita. W końcu zdecydował, że nie wspomni jej o tym ani słowem i zaczął marzyć o chwili, gdy już rozstaną się w mieście. Miał nadzieję odzyskać wtedy spokój ducha i kontynuować swą podróż.


***






W szpitalu, w którym leżała Ella, od samego rana panował wielki szum. Przyczyną nie był normalny ruch, lecz przypadek cudownego ozdrowienia złotowłosej dziewczyny.


David miał pełne ręce roboty, odkąd tylko przyszedł do pracy. Nie zdążył się jeszcze dobrze zorientować, co się dzieje a już zawołano go na naradę lekarzy. Wyjaśniono mu sytuację i polecono, by zajmował się tylko Ellą. Jego pozostałych pacjentów mieli przejąć koledzy. Ktoś musiał zrobić dokładne badania i bez przerwy ją obserwować, więc uznano, że on będzie się do tego najlepiej nadawał. Nie mając specjalnego wyboru, David zgodził się i mimo szoku, wyruszył do pracy. Zadzwonił tylko szybko do Mary, by ją przed tym wszystkim uprzedzić.


Badania Elli przebiegły całkiem sprawnie, ale ich wyniki przyprawiały o ból głowy nawet najmądrzejszych lekarzy. Nikt nie potrafił racjonalnie wyjaśnić, jakim cudem po jednej nocy, jej ciało było całkowicie zdrowe. Tak samo dziwne było, że w tym stanie nadal była w śpiączce. Ostatecznie nie udało się niczego ustalić i zespół niechętnie przyznał, że nawet jeśli Ella nadal śpi, takie ozdrowienie to cud.


Jakby tego było mało, David musiał cały czas przeganiać gapiów spod szyby do jej sali i zabraniać, by ktokolwiek niepożądany wchodził do środka. W końcu wezwał ochronę, by zadbała o porządek na korytarzu, gdyż zainteresowany był cały tłum pacjentów a nawet personel. Doktor słyszał też, iż plotka o tym zdarzeniu trafiła już do dziennikarzy, więc spodziewał się rychłego nawału reporterów, chcących opisać ten fenomen. Przewidując to wszystko, dokładnie poinformował o faktach dyrektora szpitala, jak tylko przybył, by podjął odpowiednie kroki bezpieczeństwa. Około jedenastej, usiadł zmęczony przy łóżku Elli i podziwiał jej anielską urodę, zastanawiając się, jak to możliwe. Wtedy do sali wpadła Mary i osłupiała na widok swej siostry.


-       Czy ja śnię? – gładziła jej złociste włosy oraz nieskazitelną, brzoskwiniową cerę, w zupełnym szoku.


-       Jeśli to sen, to wszyscy w tym szpitalu mamy taki sam.  – westchnął bezradnie.


-       Ale jak to się stało? – nie mogła zrozumieć.


-       Wierz mi, Mary. Nie mam pojęcia. Jak żyję, nie widziałem czegoś takiego. Zrobiłem wszystkie badania. Z punktu widzenia medycyny, jej ciało jest całkowicie zdrowe. Jest tylko jedno „ale”. – spojrzał na Ellę i zmarszczył czoło.


-       Jakie? – spytała, choć domyślała się odpowiedzi.


-       W tym stanie, już dawno powinna się obudzić, ale niestety to pozostało bez zmian. Nadal jest w głębokiej śpiączce. Niestety nie potrafimy wyjaśnić, dlaczego. – stwierdził z ciężkim sercem.


-       Jak to? Przecież macie najnowszy sprzęt i najlepszych lekarzy! – ta bezradność ją irytowała.


-       Przykro mi - rzekł szczerze - Obawiam się, że przypadek Elli dalece wykracza poza nasze rozumowanie... - zapadła chwila milczenia.


Stanął przed oknem, w którego szybie odbijały się jego smukła twarz, szare oczy i krótkie, brązowe włosy. Zadumał się.


-       Może to zabrzmi śmiesznie, ale gdy na nią patrzę, mam wrażenie, że jej dusza jest gdzieś indziej i dopóki nie wróci do ciała, ona się nie obudzi. – wyznał swą osobistą opinię, na temat tego wydarzenia.


-       Nie wierzę, że powiedziałeś coś takiego. - Mary była w szoku, słysząc to od lekarza i racjonalisty.


-       Ja też. – westchnął i uśmiechnął się, nie bardzo wiedząc, co innego może zrobić.


***






Do zaśnieżonej krainy, zawitał rześki poranek. Promienie Słońca odbijały się we wszechobecnym, białym puchu i obudziły śpiącą Ellę. Zmrużyła oczy, odzwyczajona już od tak silnego światła i zdziwiła się, że niebo jest zielono - niebieskie niczym morze, po czym ostrożnie się podniosła. Czuła wszystkie kości i mięśnie po nocy, spędzonej na twardej ziemi, więc cicho jęczała. Gdy już w pełni oprzytomniała, uświadomiła sobie, gdzie i z kim jest. Gwałtownie zwróciła się ku Alrenowi i spojrzała na niego, kiedy on nie zwracając na nią uwagi, zwijał swoje manatki i gasił ognisko.


-       Dzień dobry – rzekła nieśmiało.


-       Czy dobry, to się dopiero okaże – burknął – Załóż ten pasek. Nie możesz cały czas trzymać płaszcza. Musisz mieć wolne ręce.


-       Dobrze... – posłusznie wykonała jego polecenie, nieco zawiedziona ponownym chłodem w jego głosie.


-       Aha, mam też dla ciebie te trzewiki. Znalazłem je w swoich rzeczach. Nie są za ciepłe i na pewno za duże, ale lepsze to, niż gdybyś miała iść boso po śniegu.


-       Dziękuję – odparła cicho, mocno zawiązując buty.


-       Idziemy. – rzekł krótko i zdecydowanie.


-       Tak szybko? – zdziwiła się – Nic nie zjemy?


-       A widzisz tu gdzieś śniadanie? Myślisz, że jedzenie spada tu z nieba, jak ty wczoraj? – jego ton był nawet bardziej nieprzyjemny, niż wcześniej.


-       Racja... – odparła zaskoczona, że jest, aż tak szorstki. Nie wiedziała, czemu ma wrażenie, że jest znacznie gorzej, niż wczoraj.


-       Na co czekasz? – warknął, wybijając ją z zamyślenia, po czym powoli zaczęła za nim iść.


Elli było przykro, że Alren zachowywał się tak, jakby była natrętną muchą, której się chce jak najszybciej pozbyć. Miała nadzieję, że będzie nieco milszy, zwłaszcza, że widziała jeszcze wczoraj jego uśmiech. Żeby o tym dłużej nie myśleć, w czasie marszu, oglądała tutejszą przyrodę.


Jej uwagę przykuły drzewa, które w nocy wydawały się normalne, ale teraz widziała, że znacznie się różniły od tych na Ziemi. Były bardzo wysokie i miały niesamowicie grube pnie, okryte głębokimi bruzdami a ich kora mieniła się ciemnofioletowym kolorem. Pod śniegiem, Ella dostrzegła bardzo dziwne liście, przypominające kryształowe kulki, przyczepione do drzewa. Tak bardzo ciekawiło ją, jak się nazywają, że odważyła się, po długiej przerwie, odezwać do Alrena.


-       Co to za gatunek? – wskazała je głową.


-       Po co ci to wiedzieć? – zdziwił się.


-       Po prostu lubię rośliny – w końcu studiowała na Ziemi botanikę.


-       To Heninys. Jedyne drzewa, które rosną tylko przy ujemnej temperaturze. Są magiczne i dlatego mogą przetrwać w takich trudnych warunkach.  – postanowił zaspokoić jej ciekawość, gdyż czuł się trochę winny przez swoje zachowanie. Nie potrafił jednak przestać myśleć o tym, co odkrył minionej nocy i ciągle próbował to zrozumieć, co było powodem jego frustracji i złości.


Ella ucieszyła się, że się odezwał i postanowiła pociągnąć go jeszcze za język.


-       Do jakiego miasta idziemy? Daleko jeszcze? – spytała z lekkim niepokojem w głosie.


-       Coś taka marudna? Maszerujemy dopiero godzinę – Ella posmutniała, bo znów był niemiły – Zmierzamy do Leosu. Z jednym postojem, dotrzemy tam późnym wieczorem, więc uzbrój się w cierpliwość. – ledwie co wypowiedział te słowa a oboje usłyszeli głośne i liczne odgłosy jakiś zwierząt.


Zatrzymali się gwałtownie a Alren instynktownie przyjął postawę obronną i zasłonił zdezorientowaną Ellę. Czuli, że są otoczeni, że się zbliżają, ale ponieważ wszędzie był gęsty las, nic nie widzieli.


-       Co to jest? – spytała szeptem, wystraszona dziewczyna.


-       Sheny, lodowe wilki – rzekł szybko i bez cienia wątpliwości– Siedź cicho i trzymaj się blisko mnie, zrozumiałaś?


-       Ale... – w jej głosie słychać było lęk.


-       Żadnych ale! – zdenerwował się i powolutku wyjął cienki i długi miecz z pochwy, przy pasie, który zalśnił w promieniach Słońca.


Ella jeszcze nie widziała takiej twarzy Alrena. Była maksymalne skupiona i śmiertelnie poważna. Będąc blisko niego, czuła jak napina mięśnie a w jego zielonych oczach ujrzała błysk zabójcy. Wyglądał naprawdę przerażająco, ale i niesłychanie atrakcyjnie zarazem.


Nagle usłyszeli przeraźliwe wycie i w jednej chwili zobaczyli całe stado białych wilków, biegnących ze wszystkich stron, prosto na nich.




Dr David Johnson:

Aruell
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 3

sobota, 26.lutego.2011, 14:06
Witajcie ponownie! Zapraszam na ciąg dalszy i tradycyjnie przepraszam z góry za błędy. ;)

***

Od dłuższego czasu Ella była bardzo zamyślona. Patrzyła w płomienie ognia i usiłowała sobie przypomnieć, gdzie słyszała słowo Miryon, ale bezskutecznie. Wtedy znów spojrzała na Szafirowy Księżyc, prosząc go w myślach o odpowiedź. Nie zdawała sobie jeszcze sprawy, jak bardzo jego kolor był podobny do barwy jej oczu. Zupełnie, jakby łączyła ich niezwykła, mistyczna więź.

-       Jesteś głodna? – usłyszała po kilkunastu minutach milczenia i spojrzała na Alrena ze zdziwieniem.


Wyglądał na zmieszanego, jakby nie podobało mu się, że coś zakłóciło jego spokojną, samotną podróż. Nie potrafił jednak być na tyle okrutny, by nie zaproponować nieznajomej nic do jedzenia czy picia. W odpowiedzi, Ella tylko nieśmiało skinęła głową i przyglądała mu się ukradkiem.


Mężczyzna zaś, szykując dla niej porcję, próbował uporządkować myśli. Nie był przygotowany na gości w tej bezludnej puszczy, w dodatku spadających mu dosłownie na głowę. Nie miał kontroli nad wydarzeniami tego wieczoru i nie ogarniał ich, co go nieco irytowało. Od jej przybycia, obserwował ją z dystansem i chłodem, jednak z czasem, zaczęła go bawić zakłopotana i słodka twarz Elli, więc chwilami się nawet uśmiechał.


Nie wiedzieć czemu, widok jego łagodnej twarzy i uniesionych kącików ust poruszył ją i z trudem ukryła rumieńce pod płaszczem, zakrywając nim policzki. Spojrzała w bok i zganiła siebie za to dziwne uczucie. Dlaczego, im dłużej na niego patrzyła, tym bardziej chciała go lepiej poznać? Przecież spotkała go zaledwie pół godziny temu a niedługo i tak się rozstaną. Nie chciała sama przed sobą przyznać, że Alren ją pociągał. W końcu miała swojego Nicka, którego kochała, mimo iż jest teraz w innym świecie. Przywołała w pamięci jego obraz, by odpędzić myśli o nieznajomym, ale wtedy przypomniała sobie ostatnie 2 miesiące i rozmowę telefoniczną. Ogarnęła ją ponownie złość. Potrząsnęła głową, by pozbyć się negatywnych emocji i westchnęła ciężko. Gdy znów spojrzała w stronę zielonookiego, kucał tuż przed nią, trzymając w dłoniach drewnianą deseczkę z kawałkiem królika oraz butelkę jakiegoś napoju i patrzył na nią, jakby czekał, aż się ocknie z zamyślenia.


-       Proszę, nie wiem co tam jadacie na twoim świecie, ale zapewniam, że to bardzo smaczne mięsko. – przekonywał, zauważając jej wahanie.


-       Dziękuję. – odparła, szybko spuszczając wzrok. Serce zaczęło jej bowiem łomotać, kiedy był tak blisko i wystraszyła się, że może to usłyszeć.


-       Co się tak chowasz? – spytał rozbawiony, widząc, że zakryła już wszystko, poza oczami i czubkiem głowy – Wiedz, że w swoim życiu, nie raz już widziałem nagą kobietę, więc wyluzuj. – dodał z przekąsem.


-       Zimno jest... – wolała tego nie komentować. Nietrudno było jej sobie wyobrazić, że Alren ma powodzenie u płci pięknej.


-       Mam cię ogrzać? – jego twarz przybrała teraz nieco złośliwy wyraz, ponadto zbliżał się do niej coraz bardziej.


W pewnej chwili, zaskoczona tym Ella nie wytrzymała i odskoczyła jak oparzona, ciągnąc za sobą płaszcz. Jednak nie przewidziała, że Alren też go złapie. Postanowił bowiem się z nią trochę podrażnić. Przez chwilę się siłowali. Jednak ona wiedziała, że nie ma z nim szans i gdyby chciał, z łatwością by to jej odebrał. Przestała więc ciągnąć i puściła.


-       Wygrałeś... – rzekła cicho, patrząc w bok – Rób co chcesz, w końcu jesteś tylko mężczyzną... – ledwo przeszło jej to przez gardło.


Normalnie, w życiu by tak nie powiedziała, ale teraz było inaczej. Znajdowała się w obcym świecie, którego nie zna. Nie miała dokąd iść a bez okrycia i pożywienia czekałaby ją, na tym zimowym pustkowiu, pewna śmierć. Wolała też nie myśleć o możliwych zagrożeniach, czyhających w lesie, więc nawet nie próbowała. Nie była na tyle silna, by unosić się w tej sytuacji honorem i dumą, choć przez myśl jej to nie raz przeszło. Przyznała sama przed sobą, że jest zdana na łaskę tego mężczyzny, więc nie ma specjalnego wyboru.


Alren zaś, od kilku minut patrzył w osłupieniu na drżącą z zimna kobietę, pocierającą nerwowo ramiona. Jej złote, długie i lśniące włosy opadały faliście na obnażone ramiona i kształtne piersi a w szafirowych, przerażonych oczach odbijało się światło ogniska. Musiał przyznać, że wyglądała bardzo kusząco i poczuł rosnące w nim pożądanie, jednak ze wszystkich sił starał się zapanować nad sobą, jak wtedy, gdy na niego spadła. To, że się tak szybko poddała, uderzyło go. Dotarło do niego, że musiał ją wystraszyć, choć chciał tylko zażartować. Zrobiło mu się głupio.


Ella przełykała z trudem ślinę, słysząc, że Alren się zbliża. Nie miała odwagi na niego spojrzeć. A gdy był już przy niej, zamknęła oczy, jakby nie chciała widzieć samej siebie w tej sytuacji. Jej bujna wyobraźnia podsuwała milion różnych rzeczy, które on może jej teraz zrobić i wtedy poczuła na swym policzku jego gorący oddech. Puls jej gwałtownie przyspieszył i zrozumiała, że pierwszy raz w życiu przeżywa podobne emocje. Napięcie stale rosło, sięgając już prawie zenitu. Miała wrażenie, że jeszcze chwila a serce wyskoczy jej z piersi i... wówczas poczuła tylko ciepło płaszcza, którym on z powrotem ją owinął. Zdumiona, ostrożnie otworzyła oczy i ujrzała jego poważną twarz, tuż przy sobie.


-       U was to normalne, czy tylko ty jesteś taka głupia? – w jego głosie było słychać nutkę złości. Zdążył już bowiem zamaskować swoje zakłopotanie.


-       S-słucham? – kompletnie nie wiedziała, jak na to zareagować.


-       Ech, nieważne – westchnął bezradnie, odwracając się do niej tyłem, by ukryć zmieszanie – Na przyszłość, nie oddawaj swego ciała tak łatwo.


-       Co?! - te słowa uderzyły w nią jak grom z jasnego nieba.


Sparaliżowana szokiem, nie wiedziała, czy ma go wyzwać od najgorszych za bawienie się jej uczuciami, czy się cieszyć, że jednak nie zamierzał jej niczego zrobić. Miała ochotę mu przywalić ze złości. Gdy jednak chciała mu już wygarnąć, usłyszała jego cichy głos.


-       To z tym płaszczem... – starał się mówić obojętnym tonem – To było niepotrzebne, zapomnij o tym.


-       Czy ty właśnie mnie przeprosiłeś? – zaskoczył ją zupełnie po raz kolejny.


Nie usłyszała odpowiedzi. Widziała tylko, że unikał jej spojrzenia. Postanowiła o tym nie myśleć i spróbowała w końcu tego królika. Okazało się, że był bardzo smaczny, więc zjadła całą porcję.


***






W Londynie wybiła właśnie północ, gdy drzwi do sali powolutku się otworzyły.


Do ciemnego pomieszczenia weszła jakaś kobieta w czarnym płaszczu z kapturem, z którego wystawało tylko kilka kosmyków brązowych, kręconych włosów. Spod rękawa zaś wyłaniała się srebrna, zdobiona bransoleta, wysadzana szafirami.


Podeszła cicho do łóżka Elli i po chwili na jej twarzy pojawił się tajemniczy uśmiech.


-       Witaj ponownie, moja droga. Ostatnio byłaś nieco ładniejsza, ale to nie jest ważne – powiedziała dźwięcznym głosem, po czym pochyliła się nad nią – Widziałaś już Miryon? – szepnęła jej do ucha.


Po dłuższej chwili, kobieta się wyprostowała i zaczęła bawić  kosmykiem swych włosów. Rozejrzała się po sali, by potem ponownie na nią spojrzeć z błyskiem w oczach.


-       Oczywiście, że widziałaś... – odpowiedziała za Ellę – Ale czy odkryłaś już, kim jesteś?


Jej twarz spoważniała i chwyciła delikatnie dłoń Elli.


-       Nie wiesz... – stwierdziła ze smutkiem – W takim razie pozwól, że ci w tym pomogę. – uśmiechnęła się nagle diabelsko i wypowiedziała kilka słów w nieznanym języku i z jej dłoni wyłoniła się niebieska kula światła, która szybko otoczyła całą Ellę. Szafirowy blask wnikał stopniowo do jej wnętrza, lecząc przy tym wszelkie rany. Zniknęły szwy, strupy, stłuczenia i siniaki a złamana ręka się zrosła. Nadal jednak pozostawała w śpiączce.


-       Teraz będzie ci łatwiej – zaśmiała się  - Pozwoliłam sobie też przewrócić ci dawną urodę, chyba się nie gniewasz? Ciekawa jestem, jak na to zareagują ludzie... – dodała po chwili rozbawiona i zrobiła kilka kroków w stronę drzwi.


Zanim wyszła, odwróciła głowę w jej stronę i uśmiechnęła się szeroko.


-       Miło było cię poznać, Ello. Do zobaczenia wkrótce... – szepnęła, po czym niezauważenie opuściła salę.


***






Alren nie odezwał się od tamtej sytuacji ani słowem. Nie rozumiała w sumie dlaczego, ale było jej z tego powodu dziwnie smutno. Wiedziała już, że mimo iż bywał szorstki i nieobliczalny, nie zrobiłby jej krzywdy. Poza tym polubiła jego ciepły, niski głos i bez niego czuła się samotnie. Chwilę później ponownie zganiła siebie w duchu, że znów za dużo o nim myśli i wlepiła wzrok w wysoki płomień ogniska.


-       Idź już spać – odezwał się w końcu. Jego twarz nie wyrażała żadnych emocji, zupełnie jak na samym początku – Jutro o świcie wstajemy. Musisz być wypoczęta, bo czeka nas długa droga do miasta.


-       Nie wiem, czy uda mi się zasnąć w takich warunkach. – odparła bez zastanowienia.


-       Przykro mi, to nie hotel, tylko środek lasu. Nie wyczaruję ci łóżka i kołderki. – znów usłyszała ten złośliwy ton.


-       Na to wygląda – poddała się – To... dobranoc. – westchnęła ciężko.


Położyła się bardzo blisko ogniska, porządnie opatulona długim i szerokim płaszczem Alrena a potem zamknęła oczy,modląc się o sen, na który wcale nie musiała długo czekać. Liczne przeżycia skutecznie i szybko ją uśpiły.


Minęło kilkadziesiąt minut. Ella już głęboko spała a on patrzył w gwiazdy, szukając utraconego spokoju ducha. Nagle znów ujrzał ten sam, szafirowy blask i szybko zerknął w jej stronę. Światło otaczało całe jej ciało, po czym wniknęło do jej wnętrza. Wstał gwałtownie z wrażenia i poszedł sprawdzić, co z nią, ale gdy przyjrzał jej się po chwili, wyglądała już normalnie.


Gdy ochłonął, ogarnęło go dziwne uczucie, które dobrze znał. Długo się zastanawiał, czy powinien to zrobić, ale czuł, że musi, dla własnego spokoju i komfortu psychicznego. Poza tym, teraz była ku temu dobra okazja.


Upewnił się, że Ella na pewno śpi, wziął głęboki oddech i zamknął oczy. Stojąc tuż nad nią, powiedział kilka słów, po czym otworzył gwałtownie oczy, które świeciły teraz zielonym blaskiem. Podobne światło otaczało całe jego ciało. Wówczas spojrzał na Ellę tak, jakby chciał ją prześwietlić rentgenem i po kilku minutach, zakończył czar. Usiadł bezradnie, z szokiem wymalowanym na twarzy. To, co zobaczył całkowicie go zaskoczyło, mimo iż widział już wielokrotnie podobne rzeczy. Wpatrywał się w niewinną twarz Elli i zrobiło mu się nagle bardzo smutno.


-       Tak, jak myślałem, Ello – westchnął ciężko – Jesteś duchem...



Aruell
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 2

sobota, 26.lutego.2011, 13:51
Tradycyjnie przepraszam z góry za wszelkie błędy i literówki. Mam nadzieje, że się Wam spodoba i zachęcam do komentowania.
Pozdrawiam ;)


***

Ella leżała w bezruchu, na nieznajomym mężczyźnie, patrząc ciągle w jego oczy. Serce biło jej jak szalone, miała przyspieszony oddech i lekko drżała. Była w takim szoku, że nie mogła się ani poruszyć ani cokolwiek powiedzieć. Co to za miejsce? Co to za facet? Co ja tu robię? Pytania tego typu krążyły jej uparcie po głowie i tylko pogłębiały przerażenie dziewczyny.


Tymczasem mężczyzna ochłonął już z pierwszego zaskoczenia. Zmrużył oczy i cicho westchnął. Nie rozumiał całej tej sytuacji, nie miał też zamiaru tak dalej leżeć.


-       Hej ty... – usłyszała jego niski głos – Może byś już tak ze mnie zeszła? – dopowiedział po chwili, widząc, że dziewczyna nadal nie ma zamiaru się odsunąć.


-       Co? – odparła zaskoczona, przytomniejąc w końcu. Wtedy dopiero poczuła mroźny podmuch wiatru, na swoim obnażonym ciele, i zadrżała, wtulając się niego bardziej, zamiast odejść – Jak zimno...


-       No jasne. Zwłaszcza, że masz bardzo odpowiedni strój na zimową pogodę. – zakpił, odpychając ją siłą. Ella wylądowała na ziemi, blisko ogniska a on wstał i otrzepał się ze śniegu, po czym przyglądał jej się bardzo uważnie z góry.


-       Jesteś okropny! – zezłościła się, automatycznie zasłaniając rękoma swe piersi i podkurczając nogi.


-       Kim jesteś?  – udał, że nie słyszał ostatniej uwagi. Wyglądał też na niewzruszonego jej nagością, co ją irytowało i dziwiło zarazem.


-       O to samo mogę spytać ciebie – burknęła z mieszanką zakłopotania i złości, pocierając, drżące z zimna, ciało.


Nieznajomy ponownie westchnął i bez słowa zdjął swój czarny płaszcz, którym po chwili owinął dziewczynę. Niespodziewany, ciepły gest z jego strony zaskoczył Ellę. Podziękowała mu cicho i odprowadziła go wzrokiem, gdy wracał na swoje miejsce przy ognisku, już tylko w ciemnozielonej tunice.


Dopiero teraz zauważyła takie szczegóły jego wyglądu, jak czerwona opaska na czole czy srebrny medalion i kolczyki. Nosił też czarne spodnie i wysokie buty.Przekonała się, że jest bardzo wysoki i dobrze zbudowany. Gdy spojrzała na jego rzeczy, które leżały nieopodal, rozpoznała długi miecz, łuk i strzały oraz kilka małych pakunków i pomyślała sobie, że albo jest wojownikiem albo myśliwym albo bandytą. Ten wniosek specjalnie ją nie pocieszył, gdyż pomyślała, że może nie być tak bezpieczna w jego towarzystwie, jak się wydaje.


-       Pozwól, że się powtórzę – powiedział bardzo poważnie, przerywając jej analizę sytuacji – Kim jesteś?


-       Ella Dreamson – odparła niepewnie i opatuliła się dokładniej– A ty?


-       Jestem Alren – rzekł od niechcenia -  Pytając, miałem na myśli twoje pochodzenie anie imię. Nawet w tym świecie, nikt normalny nie spada z nieba. – rzekł nieco złośliwie.


-       Jak to z nieba? – zdumiała się.


-       No co, może jeszcze nie pamiętasz? – spojrzał na nią ze zrezygnowaniem – Zamierzałem właśnie zjeść spokojnie kolację, kiedy oślepił mnie niebieski blask a ty spadłaś na mnie znikąd. Liczę na to, że mi to wyjaśnisz...


-       Ja... – zdenerwowała się – Nie wiem. Jestem tak samo zszokowana, jak ty. Pamiętam, że szłam londyńską ulicą a potem... – urwała, usiłując sobie coś przypomnieć – No właśnie nie rozumiem tego, co było później. Miałam jakiś dziwny sen a potem nagle zobaczyłam twoje oczy i... – przerwała, uświadamiając sobie, jak bezsensownie to wszystko brzmi.


-       Zaraz, zaraz. Powiedziałaś, że gdzie szłaś?


-       Ulicą w Londynie... – odparła zdziwiona, że akurat o to spytał.


-       To jakieś miasto? – jego szok się pogłębiał.


-       No pewnie – wzięła go za durnia – To przecież stolica Wielkiej Brytanii...


Mężczyzna zamyślił się, patrząc w jasny płomień ogniska a potem spojrzał na nią z pełną powagą.


-       Na tym świecie nie ma ani takiego kraju ani miasta...


-       K-kpisz sobie? – szeroko otworzyła oczy ze zdumienia, ale jego postawa mówiła jej wyraźnie, że nie żartuje.


-       To oznacza tylko jedno. To nie jest twój świat, Ello.


***





Późnym wieczorem, Mary siedziała w sali, przy łóżku swojej siostry. Była w strasznym stanie psychicznym. Kilka godzin temu przekazała rodzicom tą okropną nowinę, przez telefon. To była bardzo trudna rozmowa, więc była wykończona. W dodatku sam widok Elli też nie napawał optymizmem, choć cieszyła się, że jednak żyje. Zastanawiała się, jak to możliwe? Czemu tak się stało? Dlaczego jej kochanej siostrze przydarzyło się coś takiego? Uznała, że to wielce niesprawiedliwe i uroniła kilka kolejnych łez. Gdy tak rozmyślała, usłyszała. że ktoś wszedł do sali i zerknęła, niemal pewna, że zobaczy znów jakąś pielęgniarkę lub lekarza, którzy często tu zaglądali. Jednak kierując wzrok w tamtą stronę, ujrzała, stojącego w osłupieniu, mężczyznę.


Doskonale znała tą niewinną twarz, którą zawsze uważała za niezwykle fałszywą. Miał też nieco długawe, blond włosy i szczupłą sylwetkę, ale ponieważ nie był w jej typie, nie zwracała na to większej uwagi. Patrzyła tylko z gniewem w jego niebieskie oczy i próbowała zapanować nad złością, która się w niej zbierała.


-       Co tu robisz, Nick? – rzekła nieprzyjemnym tonem – Czyżbyś sobie przypomniał, że masz tu dziewczynę?


-       Witaj Mary, nie złość się. Możemy pogadać o tym później – urwał i podszedł do łóżka - Co z Ellą? – przyglądał się jej z bólem w oczach, gładząc jej dłoń kciukiem.


-       Jest w głębokiej śpiączce, nie wiadomo, czy się obudzi ani czy wtedy będzie normalna, to chciałeś usłyszeć? – czuła, że za chwilę nie wytrzyma. Nie znosiła tego typa z całego serca i nie mogła przeboleć, że jej siostra się w nim zakochała.


-       To niemożliwe... – przeraził się, wlepiając wzrok w śpiącą Ellę.


-       Och nie udawaj takiego kochasia. Niedobrze mi się robi! – zezłościła się Mary i gwałtownie wstała.


-       Nie udaję – obruszył się – To okropne! Czemu musiało ją spotkać takie nieszczęście... -  zasępił się.


-       Dość! Powiedziałam ci już, pamiętasz? – siłą odciągnęła go od łóżka i trzymała za klapy marynarki. Była wściekła.


-       Uspokój się. – zaskoczyła go jej agresja.


-       Nie ma mowy! Umowa była taka, że nie powiem o tym Elli, tylko wtedy, jeśli zrobisz to osobiście – mówiła prawie przez zęby – Zgodziłeś się, więc ustąpiłam, bo uznałam, że lepiej będzie, jak usłyszy to od ciebie. – dodała z bólem w głosie.


-       Wiem, przepraszam, że zwlekałem – odwrócił wzrok.


-       Ty to nazywasz zwlekaniem? Miałeś to zrobić ponad 2 miesiące temu – krzyczała – Ale nie, wolałeś uciekać od tego. Spławiałeś ją raz po raz, ciągle odwołując spotkania. Karmiłeś ją głupimi wymówkami a ona biedna tęskniła i cierpiała, mając nadzieję, że znajdziesz w końcu dla niej czas, nieświadoma tego, jaki jesteś naprawdę. – jej oczy były tak pełne gniewu, że budziły coraz większe poczucie winy Nicka – A teraz jest za późno. – ściszyła głos, odeszła od niego i spojrzała na Ellę – Teraz to już nie ma znaczenia.


-       Ona się obudzi, na pewno... – rzekł trochę nie na temat, bo zrobiło mu się strasznie za siebie wstyd.


-       Wyjdź! – usłyszał nagle głośny rozkaz i spojrzał na nią smutno – Wynoś się i rób co, chcesz. Jesteś teraz wolny. Nie musisz się już nią przejmować, o ile kiedykolwiek tak było.


-       Ale... – chciał się bronić, jednak widząc jej spojrzenie, spuścił głowę i cicho wyszedł z sali. Natomiast Mary znów zbierało się na płacz, tym razem - ze złości.


***





Ella wpatrywała się w niego w zupełnym szoku. Nie mogła uwierzyć w to, co właśnie usłyszała, choć rzeczywiście to wszystko od początku było bardzo dziwne.


-       Skoro to nie mój świat, to jaki? – to pytanie nasunęło jej się automatycznie.


-       To jest Egharia. A dokładnie znajdujemy się w kraju Veolia, na dalekiej północy. – odpowiedział niechętnie, bowiem nie miał zamiaru służyć za przewodnika i gorączkowo myślał, jak by tu się jej pozbyć.


-       Nie do wiary. Czyli nie jestem już na Ziemi? – nie wiedziała już, co jest snem a co rzeczywistością – Co ja teraz zrobię? Jak mam wrócić? – pytała przerażona wizją, że może nie zobaczyć już swego domu.


-       To już twój problem. – odparł bez zastanowienia.


-       Jak możesz? Zostawisz mnie tu samą, na pastwę losu? – była oburzona i bezradna jednocześnie.


-       Niezupełnie – dodał po chwili – Rano zaprowadzę cię do najbliższego miasta i wtedy się rozstaniemy. Myślę, że znajdziesz tam kogoś chętnego do pomocy.


-       Niby jak? Nie mam pieniędzy ani niczego innego. – tłumaczyła się nerwowo.


-       Zdaj się na swój urok osobisty – zaśmiał się przebiegle i puścił jej oczko, po czym zajął się porcjowaniem upieczonego królika – Moja decyzja jest ostateczna, wiec nie próbuj namawiać mnie, bym ci pomógł, bo nie zmienię zdania. – dodał zdecydowanie. Nie potrzebował kobiety do towarzystwa w swej podróży.


Ella spojrzała na niego z wyrzutem, choć rozumiała go trochę. Obca dziewczyna spadła na niego znikąd i żąda pomocy, w dodatku za nic. Westchnęła. Nawet na Ziemi nie ma nic za darmo, czemu tu miałoby być inaczej? Przerażało ją jednak, co nią dalej będzie. Jak sobie poradzi w nieznanym świecie, zupełnie sama, nie mając niczego przy sobie? Zamknęła oczy na chwilę, by się uspokoić a potem spojrzała w górę na nocne niebo, na którym nie było już prawie w ogóle chmur. Zadziwiła ją ilość lśniących tam gwiazd, jednak to nie one zwróciły jej uwagę. Ujrzała bowiem dwa księżyce – jeden mniejszy i srebrzysty, zupełnie jak ten, który dobrze znała a drugi znacznie większy, o pięknym, szafirowym kolorze. Patrzyła na niego z uśmiechem, bo ten widok sprawiał, że robiło jej się cieplej na sercu.


Tymczasem Alren przyglądał się jej uważnie i zastanawiał się, kim jest ta dziewczyna. z jakiego świata przybyła oraz po co. Zaczął się też mimowolnie o nią martwić, co go nieco irytowało.


-       Widzę, że są tu dwa księżyce. Są cudowne – rzekła nagle szczerym i niewinnym głosem, który dziwnie go poruszył – Zwłaszcza ten drugi, niebieski... Ma jakąś nazwę? – spytała odruchowo.


Mężczyzna spojrzał w górę a na jego twarzy pojawił się lekki uśmiech. Nie dziwiło go, że przyciągnął on jej uwagę.


-       Owszem, to Miryon – zrobił pauzę – Ale najczęściej mówią na niego po prostu - Szafirowy Księżyc. – zamilkł, zaś Ellę coś ukłuło w środku, jakby już gdzieś to słyszała.



Rysunek Alrena:

Aruell
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Rozdział 1

sobota, 26.lutego.2011, 13:43
Witam serdecznie i zapraszam na ciąg dalszy. Przepraszam za błędy i życzę miłego czytania. ;)

***

Blask Miryonu

Tom I

Wprowadzenie

Niby miała oczy otwarte, ale nie mogła dostrzec swego ciała. Ilekroć usiłowała dojrzeć choćby swe dłonie, widziała tylko czarną czeluść bez końca... Czyżby oślepła? Serce powinno bić jej jak szalone ze strachu, który niewątpliwie czuła a jednak nie słyszała jego bicia. Do jej uszu nie docierały też żadne inne dźwięki, choćby najmniejszy szmer. Zatem, czy również ogłuchła? Poza tym, nawet bez tych dwóch zmysłów, powinna czuć grawitację do jakiegoś podłoża, tymczasem miała wrażenie, że unosi się zawieszona w próżni, gdzie prawa fizyki nie działają i otacza ją tylko nicość. Gdy chciała dotknąć swego ciała czy choćby nim poruszyć, wziąć głęboki oddech, ku jej zdumieniu, doszła do wniosku, że jest duchem, który nie może się ruszać ani oddychać... Z przerażeniem stwierdziła sama przed sobą, że jedyne czego jest pewna, to tego, że myśli i wie, kim była, nim znalazła się w tym stanie.Jednak nieważne, jak bardzo się starała, nie mogła sobie przypomnieć, co robiła wcześniej...

Im więcej myślała, tym większa ogarniała ją panika. Chciała coś zrobić, ale szybko przekonała się, że jest całkowicie bezradna. Co dalej? Czy jedyne, co jej zostało, to czekać na śmierć? A może już umarła i dlatego tak jest? Czy zatem przez wieczność jej świadomość będzie zawieszona w próżni? Kiedy miała przed sobą najczarniejsze wizje swego dalszego losu, niespodziewanie usłyszała w środku swej głowy ciepły, kobiecy głos. Brzmiał bardzo znajomo, zupełnie jak ten z jej snu.


-       Dlaczego patrzysz w ciemność? Szukaj światła...


-       Przecież tu nie ma światła – odparła Ella, choć nie usłyszała swych słów.


-       Ależ jest, wystarczy, że poszukasz go w swej duszy. Sięgnij do serca swego umysłu i dotknij błękitnego promyku nadziei. Jeśli tego nie zrobisz, twa dusza obróci się w nicość... – w słodkim głosie dało się słyszeć smutek.


-       Ale...– dziewczyna nie rozumiała.


-       Niechaj Cię prowadzi Blask Miryonu... – głos zniknął, nieważne, ile razy Ella nawoływała, odpowiadała jej tylko cisza.


Po chwili, nie mając większego wyboru, zaczęła się koncentrować na sobie, wyciszać wszystkie negatywne myśli i lęki, szukając spokoju wewnętrznego. Zdawało jej się, że trwa to całe wieki, ale nic się nie działo. Już miała się poddać, aż nagle oślepił ją silny, niebieski blask.Widok, który miała przed sobą, był tak piękny, że nie umiała tego opisać. Ciepłe światło jakby wołało ją do siebie. Miała wrażenie, że wypełnia cale jej wnętrze i nadaje materialny kształt. Poddała się przyjemnemu uczuciu, nie myśląc o niczym innym. Poczuła spokój i wtedy usnęła...


***


 


Doktor David Johnson właśnie wyszedł ze swego gabinetu w jednym z największych szpitali w Londynie. Marzył tylko o kilku godzinach snu po bardzo ciężkim dniu. Minęła szesnasta i kończył już swą zmianę. Jednak czuł, że nie może pójść do domu, dopóki nie przyjdzie Mary. Naprawdę nie wiedział jak ma jej to powiedzieć. Święta już za kilka dni a tu taka tragedia... Denerwował się. Wielokrotnie w swej karierze mówił pacjentom takie rzeczy bez zająknięcia, ale gdy chodziło o kobietę, którą kochał całym sercem – nie potrafił być tak opanowany. Idąc wolnym krokiem, zatrzymał się przy sali nr 205, gdzie leżała złoto blond dziewczyna i patrzył na nią ze smutkiem przez okno w ścianie, aż usłyszał głos pełen panicznego strachu.


-       David! Policja... – głos jej zadrżał, gdy zatrzymała się przed nim, ciężko dysząc – Policja powiedziała, że samochód...  On... Gdzie ona jest? Co z nią? Nic jej nie jest prawda? – gdy Mary spojrzała swoimi niebieskimi oczami, pełnymi lęku i nadziei na Davida, pomyślał, że zaraz mu serce pęknie.Niewiele myśląc mocno ją przytulił, nie zważając na to, że są w miejscu publicznym.


-       Uspokój się, pogadamy u mnie w gabinecie – starał się mieć jak najłagodniejszy głos.


Mary spojrzała na niego niepewnie i kątem oka zobaczyła coś za szybą. Zastygła w bezruchu, rozpoznając swą siostrę. Nie bacząc na protesty Davida, wbiegła do sali i zamarła na ten widok.


Do oczu napłynęły jej łzy, gdy ujrzała poharataną, zapełnioną strupami i szwami twarz dziewczyny oraz owiniętą bandażami całą głowę i gips na ręce.


Gdy ocknęła się z pierwszego szoku,podbiegła do łóżka i zaczęła panicznie wołać jej imię, ale bezskutecznie.


-       Uspokój się – rzekł z bólem David, odciągając ją siłą od Elli– Chodź ze mną.


-       Zostaw mnie! Muszę ją obudzić! – szarpała się – Ona śpi!Muszę ją tylko obudzić! – wrzeszczała, jednocześnie płacząc. Zachowywała się całkowicie irracjonalnie.


-       To nic nie da! Ona się nie obudzi, rozumiesz? – wykrzyczał w końcu. Po czym puścił Mary i odwrócił wzrok. Nie mógł znieść jej spojrzenia.


-       Co powiedziałeś?  -rzekła takim tonem, że był to raczej zarzut niż pytanie.


***


 


Tymczasem w Madrycie, w jednym z luksusowych lokali, Nick pił właśnie spokojnie swój ulubiony drink i rozmyślało Elli.  Układał sobie w głowie, co jej powie, gdy się spotkają na Święta. Wiedział, że musi z nią poważnie porozmawiać i że nie będzie to miła pogawędka. Wtedy usłyszał znajomy głos.


-       Nick!  – krzyknęła do niego, u wejścia do baru, wysoka brunetka.


-       Sara? Skąd wiedziałaś, że tu będę? – był wyraźnie zdziwiony widokiem swojej sekretarki.


-       Nieważne... – spojrzała w bok, zatrzymując się przed nim – Ella miała wypadek!


-       Co? – mało nie upuścił szklanki na podłogę z wrażenia – O czym ty mówisz?


-       Podobno potrącił ją samochód i jest w śpiączce, ale nie znam szczegółów. – oznajmiła, ostrożnie dobierając słowa.


-       Jedziemy do Londynu. – rzucił bez zastanowienia, co wcale nie zaskoczyło Sary, choć poczuła w sercu dziwny niepokój.


***


 


Mary i David znajdowali się w jego gabinecie. Ona siedziała bez słowa na krześle,drżąc z emocji. Już nawet nie płakała, myśląc że to jakiś cholerny koszmar i zaraz się z niego obudzi. On stał przy oknie i wyglądał przez nie zamyślony.


To była najcięższa rozmowa w jego karierze lekarskiej. Musiał wytłumaczyć ukochanej, że Ella jest w głębokiej śpiączce i przy takim urazie głowy, nawet jeśli się kiedyś obudzi, to z pewnością nie będzie już tą samą osobą. Najprościej mówiąc – upośledzaną umysłowo. Ponadto mogą pojawić się inne problemy zdrowotne. Pozostałe obrażenia były tak małe w porównaniu z tym, że nawet o nich nie wspomniał.


-       Czy ona... – Mary przerwała ciszę – Naprawdę już nigdy nie będzie taka jak dawniej? – spojrzała na niego, szukając kontaktu wzrokowego,jakby się bała, że może ją okłamać.


-       Przykro mi  – rzekł szczerze.


-       Jak ja to wszystko powiem rodzicom? – zasłoniła usta drżącą dłonią. W jednej chwili hamulce puściły i znów zaczęła płakać. David podszedł do niej i mocno przytulił, jakby chciał w ten sposób ulżyć jej w bólu choć wiedział, że to niemożliwe.


***


 


Pojedyncze płatki śniegu powoli opadały na liczne drzewa rozległego lasu i ukrywały, coraz bardziej zamarzniętą, taflę jeziora w jego sercu. Podczas gdy wokół można było odczuć silny mróz i ostre powietrze, w jednym miejscu było przytulnie i ciepło a nawet unosił się nad nim przyjemny zapach pieczonego mięsa, który od czasu do czasu, zwabiał głodne zwierzęta. Łatwo było zauważyć rozpalone ognisko, pod jednym z drzew, przy którym siedział samotnie jakiś mężczyzna.


Miał długie, kruczoczarne włosy, które opadały na jego czarny, gruby płaszcz. Duże,zielone oczy zdawały się znać wszelkie tajemnice tego świata. Na śniadej, przystojnej twarzy, można było dostrzec raczej starą bliznę po ranie ciętej, która znajdowała się pod jego lewym okiem i o dziwo specjalnie go nie szpeciła,tylko dodawała groźnego, tajemniczego wyglądu.


Sprawiał wrażenie przyzwyczajonego do takich trudnych warunków i tylko niecierpliwie sprawdzał, czy upolowany królik już się dobrze przyrumienił.


Niespodziewanie oślepił go blask błękitnego światła, znajdującego się niewiele wyżej, niż siedział. Zasłonił oczy ramieniem a gdy błysk się zmniejszył, spojrzał ostrożnie w górę i w tej samej chwili coś go przygniotło do ziemi. Syknął z bólu, po uderzeniu w głowę o drewno na opał, a potem otworzył oczy, by zobaczyć, co jest grane. Zamarł, gdy zobaczył leżącą na nim, całkiem nagą kobietę o złocistych, falistych włosach i pełne zaskoczenia, wpatrujące się w niego, szafirowe oczy.




Aruell
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii

Blask Miryonu - Prolog

czwartek, 17.lutego.2011, 22:08

Witam serdecznie i zapraszam na początek tej historii. Zaczynamy od części zerowej - czyli Wprowadzenia, które w sumie jest dość długie i ma na celu przedstawienie najważniejszych postaci oraz wątków. Mam nadzieję, że się Wam spodoba. Zapraszam ;)


***


Zewsząd dało się słyszeć słodki, kobiecy głos, który odbijał się od pachnących wiosną drzew w pobliskim gaju. Delikatne płatki kwiatów opadały na złociste włosy i brzoskwiniowe ciało dziewczyny, która zwabiona pięknym śpiewem, przechodziła obok. Idąc za pieśnią, skierowała swe kroki ku szerokim, marmurowym schodom, w których odbijały się jasnoniebieskie światła. Gdy podniosła głowę, usiłując dojrzeć ich końca, zobaczyła w oddali wysokie wieże pałacu, spowite poranną mgłą. Jej szafirowe oczy zalśniły z zachwytu i nagle zapragnęła, jak najszybciej dotrzeć na sam szczyt. Pospiesznie pokonywała kolejne stopnie, unosząc nieco długą błękitną suknię. Była już blisko, już prawie na miejscu, aż niespodziewanie usłyszała okropny krzyk i ...


-        Co... Co się dzieje? – mruknęła półprzytomnie jasnowłosa dziewczyna, nie otwierając jeszcze oczu. Poruszyła się tylko nieznacznie pod białą kołdrą


-        Do jasnej cholery! Jak długo mam cię jeszcze budzić? – ktoś wołał ją głośno, wyraźnie poirytowany – Wiesz, która godzina? 13:20!


-        Która?! – oprzytomniała wreszcie.


-        Słyszałaś. Witaj w naszym świecie, Ello – zakpiła sobie jej siostra, która dopiero co wróciła z nocki, w jednym z londyńskich szpitali.


-        Jak to możliwe? Przecież nastawiłam budzik na 9:00... Bateria siadła? –


z zakłopotaniem się wygramoliła i zabrała za ścielenie lóżka.


-        To już nieważne – westchnęła Mary – Jestem padnięta, idę się przespać a ty lepiej zrób zakupy, bo lodówka świeci pustkami.


-        Nic dziwnego, skoro tyle jesz... – bąknęła  22 – latka, chowając pościel. Jej siostra spiorunowała ją wzrokiem a potem poszła się położyć. Wiedziała, że Ella zrobi co trzeba.


Około godziny później, złotowłosa dziewczyna szła jedną z licznych, ruchliwych ulic Londynu, obładowana papierowymi torbami. Kupiła już niemały zapas jedzenia i inne potrzebne produkty. Idąc w kierunku kamienicy, w której razem z siostrą wynajmowały mieszkanie, mijała ludzi podnieconych radosną, świąteczną atmosferą tudzież szałem zakupów.


-        No tak, to już za 3 dni... – spojrzała na ogromną choinkę, stojącą na placu, przez który przechodziła.  –  Szkoda, że nie ma ani grama śniegu. Nie będzie białych świąt – pomyślała, kierując się w wąską uliczkę.


Przez głowę przewijało jej się setki rzeczy, które były do zrobienia przed wyjazdem do rodzinnego domu. Trzeba było posprzątać, kupić ostatnie prezenty... W chwili, gdy owe rozmyślanie sięgało już apogeum, Ella usłyszała swój telefon. Gdy zerknęła, kto dzwoni, ogarnęła ją dziwna złość.


-        Co tym razem, Nick? – spytała z niepokojem, bowiem ostatnio ilekroć jej chłopak do niej dzwonił, chodziło o odwołanie ich spotkania.


-        Ello, kochanie. Wiem, że ci obiecałem, ale nie pójdziemy dziś na kolację. Bardzo cię przepraszam, muszę zostać jeszcze 2 dni w Madrycie. – w jego głosie było słychać nie tyle smutek, co strach, że ona zaraz się wścieknie, w czym było dużo racji.


-        Och, doprawdy? – wybuchła – Co ty nie powiesz? Wiesz, ile razy już to słyszałam? Jak nie Madryt to Paryż, jak nie Paryż to Berlin i tak w kółko. Ostatni raz spotkaliśmy się w połowie października, pamiętasz w ogóle?  - zrobiła pauzę, zbierając siły, by wykrzyczeć mu wszystko, co jej leżało na sercu.


-        Ello, naprawdę przepraszam... – jego głos był coraz bardziej napięty.


-        Co mi po twoich przeprosinach? Minęły już 2 miesiące a ty ciągle nie masz dla mnie nawet godziny. W dodatku nie dzwonisz i nie piszesz. Jak wyślesz sms-a raz na tydzień, to jest super – wrzeszczała do telefonu z rozgoryczeniem – A teraz jeszcze się mi mówisz, że znów miałam tylko głupią nadzieję, że tym razem na pewno przylecisz...


-        Uspokój się, chyba wiesz, że nie robię tego specjalnie. Naprawdę pracuję. – urwał a w jego głosie słychać było niepewność – Obiecuję, że w święta wszystko sobie odbijemy. Wybacz mi jeszcze ten jeden raz, proszę...


-        Zastanowię się – odparła już obojętnie, rozłączając się.


Wszystko się w niej gotowało ze złości, ale tak naprawdę najbardziej ją wkurzała bezradność i to głupie uczucie, które nie pozwalało jej z nim zerwać. Najgorsze, że wiedziała, co robi, wiążąc się z biznesmenem a jednak mimo to, po roku, nadal nie mogła zaakceptować tego, że on ciągle jest w trasie. Zastanawiała się, czy Nick rzeczywiście jest jej księciem z bajki, jak sądziła jeszcze dwanaście miesięcy temu, czy też to ona jest po prostu zbyt samolubna, by z nim być...


Wtedy mimowolnie przypomniała sobie swój dziwny sen o pięknym pałacu i by już nie myśleć o chłopaku, starała się przywołać w pamięci jak najwięcej szczegółów tej nocnej mary. Ponieważ szła tak zamyślona, wkroczyła na pasy, nie zważając na czerwone światło...


Nagle usłyszała głośny pisk opon, dzięki któremu momentalnie oprzytomniała. Ale było już za późno... Jakby w zwolnionym tempie zwróciła się twarzą do źródła dźwięku. Zobaczyła oślepiające reflektory samochodu a zaraz potem -  dziwny blask szafirowego światła. To było ostatnie, co dostrzegła, nim odrzucona siłą uderzenia, upadła na jezdnię, koziołkując kilka razy. Liczne zakupy rozprysły się w promieniu kilkudziesięciu metrów. Dało się słyszeć odgłosy paniki wśród świadków zdarzenia, zaraz potem -  nawoływania przerażonego kierowcy auta.  Ktoś do niej podbiegł, ktoś zemdlał na widok dużej ilości krwi, ktoś dzwonił po karetkę...


Jednocześnie z nieba zaczął sypać błękitny śnieg, który opadał m.in. na ciemny płaszcz kobiety, stojącej za rogiem i przyglądającej się ciału Elli z powagą. Widziała ona błyski nad złotowłosą dziewczyną, niewidoczne dla innych, zwykłych ludzi.


-        A więc to byłaś ty... – mruknęła pod nosem, kierując się w przeciwną stronę niż tłum, zainteresowany wypadkiem i jednocześnie zdziwiony nienormalnym kolorem śniegu – Pozdrów ode mnie Miryon... -  dodała jeszcze, uśmiechając się do siebie tajemniczo i zniknęła za zakrętem.


Aruell
Nastrój: Nie mogę już patrzeć na śnieg... ; (
Kategoria: brak kategorii