miryon
Blask Miryonu (tom II) - Część VIII - Rozdział 207
czwartek, 17.maja.2012, 00:00Witajcie!
Zaczynamy nową część „Blasku Miryonu”, ostatnią w tym tomie. Jak zapowiadałam, jest ona nieco inna od pozostałych, a dlaczego – na pewno się domyślicie.
Mam nadzieję, że ten etap opowiadania się Wam mimo wszystko spodoba i nie zabijecie mnie za to, co się w jego trakcie wydarzy. ^-^’
Pozdrawiam serdecznie i życzę miłego czytania!
Aru
***
Blask Miryonu
Tom II
Część VIII – „Poszukiwania Arelli”
Rozdział 207
7 dzień leovanu 8976 roku, Norhen – Henvaron (Pałac Królewski), świt
Czarnowłosa i zielonooka dziewczyna kroczyła pośród krzewów i drzew bajecznego, królewskiego ogrodu. Pogoda była przepiękna. Złote Słońce wolno snuło się po błękitnym niebie. Ptaki śpiewały, ścigając się, czyj trel jest ciekawszy i donośniejszy. Kolorowe motyle wdzięcznie unosiły się nad dywanem kwiatów, we wszystkich kolorach tęczy. Łagodny wiatr zafalował jej długimi włosami i czerwoną suknią. Westchnęła. Podeszła do uroczej fontanny, z której tryskała lazurowa i czysta woda. Uśmiechnęła się do ptaków, trzepoczących skrzydłami po powierzchni wody i ćwierkających radośnie.
- Jak cudownie – mruknęła do siebie. – Mogłabym się nie budzić.
Wówczas mimowolnie zapatrzyła się na wodę i zanurzyła w niej dłoń. Była nagrzana przez Słońce. Przyjemna. I nagle wręcz poparzyła jej rękę. Dziewczyna szybko ją cofnęła i z lękiem spojrzała w wodne lustro. Ku jej zdumieniu zawirowało, tworząc mglisty obraz, który stawał się coraz wyraźniejszy, aż mogła zobaczyć szczegóły. To, co ujrzała, było przerażające.
Płomienie. Krew. Porozrzucane miecze. Ujrzała ciało mężczyzny o jasnych włosach, przebitego na wylot ostrą włócznią. Zadrżała, rozpoznając w nim Gorda. Później zobaczyła jeszcze gorszą wizję – martwą Ellę, leżącą w kałuży własnej krwi. Wzdrygnęła się. Kiedy jednak ukazał jej się obraz Alrena, umazanego krwią z mieczem w dłoni, zesztywniała. Jego oczy były czarne i puste. Uśmiech złowrogi i bezlitosny.
Nie wytrzymała dłużej i odsunęła się od fontanny, zamykając oczy. Potrząsała głową z niedowierzaniem.
- To niemożliwe. On by tego na pewno nie zrobił! – jęknęła do samej siebie.
Niespodziewanie z fontanny wyskoczył mężczyzna w czarnym stroju. Rozpoznała go natychmiast. Mimo iż spojrzenie i aurę miał inną. Była pewna, że to Alren. Spoglądał na nią z góry, jego oczy zapłonęły zielonym blaskiem i wówczas zrozumiała, co on chce zrobić.
- Nie. Nie zrobisz tego.
- Oddaj mi swą duszę, siostrzyczko.
- Nieeee! – wrzasnęła i wówczas...
Zbudziła się. Akiya dyszała głośno, cała spocona i roztrzęsiona. Rozejrzała się panicznie i uspokoiła dopiero wtedy, gdy zrozumiała, że znajduje się w swojej sypialni. Jej krzyk był jednak tak głośny, że od razu przybiegły służące, by zapytać, czy wszystko w porządku. Odprawiła je, prosząc, by przekazały jej matce, że musi z nią koniecznie porozmawiać.
***
Pół godziny później
W sypialni Akiyi panowała cisza pełna napięcia i złej aury. Księżniczka stała przy oknie i zamyślona patrzyła na piękny ogród królewski, a jej zdenerwowana matka siedziała na ozdobnym fotelu, nieopodal.
Królowa Renalia niepokoiła się stanem psychicznym swej córki. Od kilku dni miewała ona straszliwe koszmary, których bohaterem był Alren. Dziś znów się to powtórzyło. Ich matka również odczuwała pewien niepokój, ale nie taki, jak jej córka. Z zaniepokojeniem czekała na to, co Akiya miała jej do powiedzenia, z samego rana. Fakt, że nie chciała nawet zjeść śniadania, tylko dodatkowo ją martwił.
- Jadę do Lorionu, mamo – oznajmiła nagle.
- Co? Do Lorionu? A po co?
- Odwiedzić Syrianę.
- Jaki możesz mieć od niej interes? – Zaniepokojenie matki Aki wzrastało z każdą chwilą.
- Muszę się dowiedzieć, co słychać u Elli, Alrena i Gorda. Jeśli ktoś ma to wiedzieć, to właśnie ona.
- Czemu tak nagle, Aki?
- Mam złe przeczucia. Te sny... To nie może być przypadek. Coś się wydarzy lub już wydarzyło. Muszę się dowiedzieć, co. – Spojrzała na matkę zdecydowanie.
- Ależ Aki...
- Mamo, martwię się o brata. Naprawdę się martwię. Nie uspokoję się, dopóki z nim nie porozmawiam. Wtedy wrócę.
- Akiyo, to zły pomysł. Oni są teraz w trakcie niebezpiecznej i ważnej misji, więc...
- Wiem, co chcesz powiedzieć – przerwała jej. – Ale mylisz się. Nie będę dla nich ciężarem. Potrafię o siebie zadbać.
- Aki. Posłuchaj mnie! – Renalia złapała ją za dłonie i spojrzała w jej oczy ze smutkiem. – Wiem, że świetnie walczysz, ale wojna to co innego. To walka na śmierć i życie. To nie ćwiczenia.
- Zdaję sobie z tego sprawę. Mimo to, zaryzykuję.
- Aki, proszę... Nie idź.
- Muszę – odparła z naciskiem. – Nie potrafię tego wytłumaczyć, ale czuję, że jeśli tego nie zrobię, będę żałować do końca życia. Poza tym... Pomijając to, królewskie życie to nie dla mnie. Odkąd sięgam pamięcią, skakałam po drzewach, polowałam w lasach, łowiłam ryby, ćwiczyłam fechtunek, podstawy magii i sztukę kontroli naszych mocy. Byłam wciąż w ruchu, wolna, jak ptak. A tu się zwyczajnie duszę.
Akiya podeszła do garderoby i otworzyła ją na oścież, pokazując matce cały rząd sukni. Potem odsunęła szuflady komody, z kolekcją biżuterii, która zalśniła w porannym Słońcu. Spojrzała na to wszystko wymownie, a potem odwróciła się do Renalii. Na twarzy malowała się powaga.
- Te szaty i ozdoby są piękne, naprawdę, ale ja nadal lepiej się czuję w spodniach. Ten pałac jest cudowny, ogród też, ale czuję się tu, jak w więzieniu – tłumaczyła. – Chcę ujrzeć prawdziwy świat, przeżywać przygody, lepiej poznać brata, który zniknął równie szybko, jak się pojawił. Chcę im pomóc tak, jak potrafię. Zrobić coś, a nie bezczynnie czekać, ciesząc się królewskimi luksusami, aż Ella uratuje nasz świat. Dlatego muszę iść.
- Rozumiem, że żadne słowa cię nie powstrzymają?
- Żadne. I nie próbuj, proszę, zatrzymywać mnie siłą. To na nic...
- Oh, Aki – Renalia ją uściskała. – Umrę tu, zamartwiając się o ciebie.
- Poradzę sobie, mamo. Obiecuję, że wrócę – rzekła ciepło i ucałowała rodzicielkę.
- Weź chociaż kogoś ze sobą...
- Nie. Pójdę sama – uśmiechnęła się lekko. – Zjem coś i ruszam w drogę.
Renalia już nic nie powiedziała. Westchnęła. Nie dość, iż wciąż niepokoiła się o Rena, to teraz przyjdzie jej się martwić jeszcze o Aki. Nie sądziła, że ta dwójka będzie się tak przyciągać.
Z jednej strony rozumiała Akiyę, jej lęk o brata i pragnienie wolności, poznawania świata, ale z drugiej wiedziała, że czeka ją trudna droga. Niestety prawdziwa rzeczywistość bywa okrutna i straszna, pełna przeciwności, fałszywych i wrogich ludzi oraz całej masy innych niebezpieczeństw. Królowa obawiała się, że do tej pory „trzymana pod kloszem” Aki, nie zniesie prawdziwego obrazu świata lub co gorsza – spotka ją nieszczęście. To był jednak jej wybór i musiała go uszanować.
***
Oshelion – Hoser (dom Aigona), wieczór
Ella przez całą noc nie zmrużyła oka. Następny dzień snuła się po pokoju gościnnym u Aigona. Nie przełknęła niczego, ku zmartwieniu Gorda, który z kolei przeżywał to wszystko na swój sposób. Thelina musiała wrócić do Veolii. Jej urząd nie pozwalał jej za długo przebywać w innym kraju.
Złotowłosa przepłakała wiele godzin, ganiąc się za to, że pozwoliła mu wtedy pójść samotnie do Leosu. Przecież wiedziała, że coś się wydarzy. Nastał kolejny wieczór, a ona wciąż myślała o tym, co opowiedziała jej Thelina wczoraj, po przybyciu. Nie mogła w to, w dalszym ciągu, uwierzyć.
Ben zginął. Elen ocalała tylko dzięki Alrenowi, który został porwany. To brzmiało tak nieprawdopodobnie... Jednak Ella nie wątpiła w ani jedno słowo Theliny.
*
Dzień wcześniej
- Jak to został porwany? – wyjąkała złotowłosa, wlepiając w Thelinę przerażone spojrzenie.
- Kiedy Alren dotarł do Leosu, znalazł tam ciało martwego Bena, a zaraz potem spotkał niejaką Sylvię, generała Cehronu, która groziła mu śmiercią Elen, jeśli on się nie podda. Alren nie zamierzał siedzieć bezczynnie, ale wówczas Sylvia go wyśmiała, że nie może jej nic zrobić. Pojawił się drugi generał – Xallos z jakimś kryształem w dłoni. Alren ponoć zamarł na widok tego przedmiotu i wówczas Sylvia podstępnie pozbawiła go przytomności, a potem wszyscy zniknęli – zakończyła opowieść.
- Tak po prostu dał się podejść? – zdumiał się Gord. – Aż trudno mi w to uwierzyć.
- Podejrzewam, że on wiedział, czym jest ten kryształ, czego my nie wiemy. Poza tym był rozgoryczony śmiercią Bena. Wystarczyła chwila nieuwagi. Najwyraźniej, nawet on ma słabsze strony.
- Ale skąd ty to wszystko wiesz, Thelino? – spytała Ella drącym głosem.
- Od Elen. Dziewczyna pozbierała się w końcu i poszła do Eru. Następnie obie teleportowały się do mojej świątyni, gdzie roztrzęsiona i zapłakana dziewczyna zdała mi dokładną relację z tego, co się wydarzyło w Leosie.
- Biedna... Przeżyła coś tak strasznego. W dodatku została teraz sama – martwiła się Ella, choć jej myśli krążyły wokół Rena.
- To prawda. Wciąż jest w szoku, ale nie martw się. Ja i kapłanki zaopiekujemy się nią. Zostanie u nas tak długo, jak będzie chciała – zapewniła Thelina.
- To dobrze. Tylko – Gord zawahał się – co teraz?
*
Obecnie
„Co teraz?” - to pytanie nie dawało Elli spokoju. Jednak nie dane jej było dalej się umartwiać, gdyż do pokoju wszedł Gord, uprzednio pukając. Niósł ze sobą gorącą zupę i grzanki. Popatrzył na nią krytycznie, a potem oznajmił:
- Nie wyjdę stąd, dopóki tego nie zjesz. Od wczoraj nie wzięłaś niczego do ust. Wystarczy.
- Nie mam apetytu – odparła.
Gord postawił tacę na stole, a potem usiadł obok niej. Był poważny i szczerze zmartwiony.
- Posłuchaj. Musisz jeść. Przecież on nie umarł. Na pewno żyje i ma się świetnie, tylko z jakiegoś powodu wciąż jeszcze nie wrócił.
- Poczekajmy jeszcze jeden dzień. – Spojrzała na niego błagalnie.
- Ello, to ty tu dowodzisz. Jednak zauważ, że nie możemy sobie pozwolić na dłuższą przerwę. I tak wiele czasu zajęło twoje szkolenie. Musimy jak najszybciej odnaleźć świątynie, Arellę i Siriusa. Jeśli Oriana nas uprzedzi, to będzie po nas.
- Wiem. Ja to wszystko wiem! – krzyknęła i wstała gwałtownie. – Tylko...
Siła, z jaką przed chwilą wybuchła, nagle gdzieś zniknęła i Ella spoglądała teraz na podłogę całkiem nieobecna. Była zagubiona i tak smutna, że Gord nie mógł na to patrzeć. Wstał więc i objął ją mocno. Broniła się nieco, po czym dała upust emocjom i rozpłakała się. Pokołysał nią lekko i odsunął się, gdy wyczuł, że się uspokoiła. Zmusił ją, by usiadła przy stole i kucnął przed nią, chwytając jej dłonie.
- Ello. Jestem pewien, że Alrenowi nic się nie stało. Jesteście połączeni. On znajdzie cię wszędzie. Wróci, gdy będzie mógł. Tymczasem my powinniśmy iść naprzód.
- Wiem. Chyba masz rację. – W jej oczach ujrzał obojętność i pustkę.
- Dobrze, ale najpierw coś zjedz. Koniec postu. Musisz mieć siły, by sprostać kolejnym wyzwaniom.
Uśmiechnął się do niej, więc odwzajemniła się mu tym samym. Była mu wdzięczna za troskę. Zjadła kolację w jego towarzystwie. Potem, gdy pili herbatę, Gord raczył ją różnymi zabawnymi opowieściami, by na chwilę nie myślała o problemach. Raz nawet się zaśmiała, gdy historia była wyjątkowo zabawna. Co chwilę jednak powaga gościła na jej twarzy.
Krótko przed północą, Ella i Gord przerwali rozmowę, słysząc dziwne odgłosy. Jakby pomrukiwania zwierząt. Potem usłyszeli paniczny krzyk Aigona i szybko zeszli na dół, do niego. Stał tam, cały blady, tyłem do drzwi i patrzył na nich błagalnie.
- Pomóżcie!
- Co się dzieje?
- Hieny...
- Co? – zdziwiła się Ella.
- Lodowe Hieny otoczyły mój dom! Są wszędzie. Cale mnóstwo!
- A czego one tu chcą? – zdumiał się Gord i wyjrzał przez okno.
Zobaczył jedno zwierzę i nagle zrozumiał. Jeden rzut oka zupełnie mu wystarczył do ocenienia sytuacji.
- Mamy problem. To nie są prawdziwe Lodowe Hieny. To przyzwane magicznie bestie.
- To znaczy, że...
- Tak, Ello. Wiedzą, że tu jesteśmy i mają jasne zamiary.
Tego pana już chyba przedstawiać nie trzeba, prawda? ^^
Blask Miryonu (tom II) - Część VII - Rozdział 187
wtorek, 3.kwietnia.2012, 00:00Witajcie!
Zaczynamy kolejną, siódmą część „Blasku Miryonu”. :)
Jako że wszystkich części jest 12, teoretycznie jesteśmy na półmetku BM. Praktycznie jednak za nami już 2/3 całości, a nie połowa. Pozostałe 6 części są bowiem znacznie krótsze od poprzednich. Innymi słowy pomalutku zbliżamy się do akcji końcowych. I tak jednak publikacja potrwa do końca tego roku, więc to w sumie za wcześnie, by tak o tym mówić.
Ale do rzeczy. Ta część będzie przejściową między tym, co było, a tym co będzie. Od VIII części bowiem stopniowo zrobi się mroczniej i zacznie dominować czysta akcja. Tak, czy inaczej mam nadzieję, że VII część przypadnie Wam do gustu. :)
Życzę miłego czytania i pozdrawiam :)
Aru
***
Blask Miryonu
Tom II
Część VII
„W krainie Elfów”
Rozdział 187
30 dzień ruanu 8976 roku, Elmeron – Eron (Hotel Aisunavoes), poranek
Ella zbudziła się po długim śnie i pomacała łóżko, nie otwierając oczu. Szukała Alrena, ale nie wyczuła go. Otworzyła oczy i potwierdziła, że jest w tym pokoju sama. Westchnęła zrezygnowana i poszła się odświeżyć. Potem narzuciła na siebie śliczną, elficką, jedwabną podomkę w kolorze błękitnym, a następnie wyszła na niewielki taras największego w tym mieście hotelu. Nie poczuła wiatru, jak tego oczekiwała. Zapomniała, że tutaj trudno o jakikolwiek powiew. Cały kraj Elfów mieścił się bowiem w gęstym buszu.
Spoglądała z góry na bajkowe miasto, umieszczone między gigantycznymi drzewami, zwane Eron, które jak słyszała, mieściło się w północno-zachodniej części Elmeronu. Przenieśli się tutaj wczoraj, wczesnym rankiem, za pomocą magicznego kręgu teleportacyjnego w Henvaronie. Ona, Alren, Gord, Soana oraz Calina. Jednak wczoraj z ich piątki została tylko trzyosobowa grupka.
Calina i Soana wyruszyły do Elmarasii – stolicy Elmeronu. Jej była nauczycielka musiała udać się na obowiązkową audiencje u Królowej Miyosere, a przy okazji miała zgłosić powrót Caliny do Elmeronu. Syriana zwolniła ją z obowiązku służby kapłańskiej, którego dziewczyna już nie chciała spełniać, ale Elfka wciąż musiała jeszcze uzyskać zgodę królowej na powrót do domu. Ella zdołała się od niej dowiedzieć, że pragnie ona otworzyć sklep zielarski i z całego serca życzyła jej powodzenia.
W Eronie została więc tylko Ella, Alren i Gord. Mało brakowało, by nie dołączyła do nich Akiya, jednak ktoś wyraźnie zaoponował, aby wyruszyła z nimi. Ella westchnęła. Rozumiała zachowanie Alrena i nawet go poparła, ale z drugiej strony żałowała Aki. Dobrze wiedziała, jak bardzo chciała ona pojechać z nimi. Jednak to było zbyt ryzykowne i niebezpieczne, dlatego musiała zostać. Ella usiadła na tarasie, nie mając póki co nic innego do roboty.
Pijąc gorącą herbatę, którą przyniosła jej pracownica hotelu, przypomniała sobie pożegnanie z Akiyą, Renalią i przyjaciółmi w Norhenie.
Dzień wcześniej, poranek
Akiya wpatrywała się w Alrena z żalem. Zdecydowanie nie podobała jej się decyzja, którą podjął wraz z Ellą i Renalią. Czuła ogromny zawód, gdyż miała nadzieję, że w końcu się stąd wyrwie i zobaczy kawałek świata. Od narodzin widziała tylko wyspę Kher. Teraz zaś, jako Księżniczka Norhenu, nie mogła poruszać się swobodnie po tym kraju, no chyba, że z eskortą. Z jednego więzienia w drugie – pomyślała.
- Akiyo, proszę zrozum. Ta wyprawa jest niebezpieczna – Ella starała się jakoś wytłumaczyć jej ich motywy.
- Wiem. Ale ja nie jestem dzieckiem i potrafię o siebie zadbać! – zaprotestowała.
- Och, Aki. Wiek nie ma tu nic do rzeczy. To dla twego bezpieczeństwa – Renalia spojrzała na nią karcąco. – Gdyby Ren mógł, to by cię ze sobą zabrał.
- Ale...
- Mówisz, że nie jesteś dzieckiem, a tak się właśnie zachowujesz – warknął Gord, któremu działała już na nerwach ta rozmowa. – Rozkapryszona księżniczka.
- Gordzie... – Ren spojrzał na niego nieprzyjemnym wzrokiem, a on prychnął.
- Co? Może nie mam racji? Gdyby to nie była twoja siostra, zgodziłbyś się ze mną – odparł, a Ren westchnął. – Poczekam na was na zewnątrz – dorzucił i wyszedł.
Akiya patrzyła w jego stronę z oburzeniem, ale z drugiej strony zrozumiała przesłanie. Irytowało ją, że Gord miał rację, więc zmieniła postawę.
- Idźcie już. Rozumiem wszystko – odparła już spokojnie. – Tylko uważajcie na siebie.
- Oczywiście – uśmiechnęła się do niej Ella.
Złotowłosa pożegnała się z Akiyą i Renalią. Królowa uściskała syna, a potem obie zostawiły Rena i Akiyę samych. Wiedziały, że powinny. Księżniczka zerknęła na niego ukradkiem i zawstydziła się, widząc jego łagodny uśmiech.
- Aż tak się na mnie gniewasz, że nawet się ze mną nie pożegnasz? – spytał, podchodząc bliżej.
- Ja tylko chciałam cię lepiej poznać. Zobaczyć coś... – nie dokończyła, bo Alren objął ją od tyłu i pokołysał, jak dziecko. Zarumieniła się nieznacznie.
- Wiem, Aki – jego głos był ciepły – ale nie chcę, by coś ci się stało. Kiedy już zapanuje pokój, nadrobimy stracony czas – dodał łagodnie i puścił ją. Spojrzała na niego z nadzieją w oczach.
- Obiecujesz?
- Tak.
Akiya westchnęła, a potem uwiesiła się na nim, obejmując go wokół szyi. Podniósł ją bez trudu, aż pisnęła zaskoczona, a on się zaśmiał. Postawił ją z powrotem. Uściskała go, cofnęła się i zmieszała, czując jego dłoń na głowie. Pogłaskał ją z pożegnanym uśmiechem na twarzy i wyszedł.
Aki widziała z tarasu, jak Ella, Gord i Alren żegnali się z Theliną, Serabell i innymi przyjaciółmi, przed wyruszeniem do Elmeronu. Było jej smutno. Poza tym miała niedobre przeczucie, że coś może pójść nie tak, że może już nigdy więcej nie ujrzeć swego brata. To ją przerażało. Nie chciałaby tego. Nie znosiła swoich przeczuć, gdyż nazbyt często się sprawdzały.
Nagle złowiła spojrzenie Gorda, który zerkał na nią z dołu z kamienną twarzą. Nie wiedziała, dlaczego zrobiło jej się gorąco i szybko schowała się w komnacie. Potem potrząsnęła głową i wzięła się w garść. Zrzuciła suknię i ubrała męski strój, a później poszła poćwiczyć fechtunek tak, jak zwykła to robić od dzieciństwa na wyspie Kher. Nie zamierzała bowiem „księżniczkować”, tylko zostać wojowniczką. Zupełnie, jak jej brat...
Obecnie
Ella przestała rozmyślać o ostatnich wydarzeniach, słysząc wyjątkowo piękną melodię, graną zapewne na lutni i flecie. Spojrzała w dół i na środku placu głównego Eronu, ujrzała dwa piękne elfy. Ona grała na flecie, a on na lutni. Wokół nich zabrała się grupka słuchaczy, oczarowanych muzyką. Przyleciało kilka kolorowych ptaków, które zawtórowały muzykom swoim trelem, latając wokół nich. Nie minęło kilka chwil, a elfy, zgromadzone na placu, zaczęły wesoło tańczyć.
Ella słyszała od Rena, jakie są cechy narodowe Elfów. Zamiłowanie do muzyki, poezji i tańca – zajmowały istotne miejsce wśród nich. Mimo iż zazwyczaj nie okazywały emocji, były opanowane i zrównoważone, to gdy słyszały melodie, zazwyczaj śmiały się i bawiły. Taka to elficka uczuciowość.
Złotowłosa uśmiechnęła się. Nagle zapragnęła zejść na dół i przespacerować się po Eronie. Nie miała jeszcze okazji obejrzeć całego miasta, a Kraina Elfów wyjątkowo jej się spodobała. Natura i magia. Uwielbiała je obie. Już zdecydowała się przebrać i wyjść z hotelu, gdy usłyszała jakże znajomy głos za sobą.
- Wybierasz się gdzieś? – Jego niski głos, jak zwykle działał na jej zmysły. Zerknęła z uśmiechem na Alrena i nagle zamarła. – Co się stało? – spytał z rozbawieniem, zbliżając się do niej.
Ella wstrzymała oddech na widok Alrena w tym stroju. Czarna, przekładana z przodu tunika z długim rękawem, umocowana szeroką szarfą, służącą za pas. Wąskie spodnie i wysokie, skórzane buty w kolorze hebanu. Ubranie wykonano z magicznego materiału, który choć był lekki, przypominający satynę, miał odporność kolczugi. Na dłoniach Ren miał skórzane, czarne rękawice bez palców, w prawym uchu swój ulubiony kolczyk w kształcie krzyża, a na piersi medalion, ukryty pod tuniką.
- Ren... – wyksztusiła, rumieniąc się. Jego zielone, magiczne spojrzenie, znaczący uśmiech i ten strój stanowiły dla niej mieszankę wybuchową.
- Widzę, że podoba ci się moje nowe ubranie – odparł, śmiejąc się. – Jakaś ty słodka, Ello – mruknął, zatrzymując się tuż przed nią.
- O co ci chodzi? – bąknęła ostrożnie.
- Po takim długim czasie, nadal rumienisz się na mój widok, jak zakochana nastolatka – rzekł z przekąsem, a ona udała obruszenie.
- Co w tym dziwnego? – odparła ostro i zaraz potem drgnęła, czując jego gorącą dłoń na policzku. Wpatrywał się w nią tak intensywnie, że puls jej przyspieszył.
Alren nic nie odpowiedział, tylko złożył na jej ustach rozwiązły pocałunek. Ciarki przeszły jej po plecach. Dlaczego? Dlaczego czuła się tak, jakby wciąż zakochiwała się w nim na nowo? Westchnęła. Objęła go mocno, a potem popatrzyła w oczy, rozmarzona i uśmiechnięta.
- Wyglądasz cudownie – pochwaliła z rumieńcami na twarzy. – Tak męsko, seksownie, niebezpiecznie... – mruczała, jeszcze raz mu się przyglądając.
- Przyjąłem do wiadomości – Puścił jej oczko. – A teraz powiedz, gdzie chciałaś iść.
- Na spacer – odpowiedziała. Weszła do komnaty i zrzuciła podomkę, na jego oczach. – Chcę zobaczyć miasto. Pójdziesz ze mną? – zerknęła na niego, sięgając po czystą bieliznę w szafie.
- Chętnie, ale jeśli nie ubierzesz się w minutę, to nigdzie nie pójdziemy. A przynajmniej nie od razu... – rzekł spokojnie i tak znacząco, że Ella parsknęła śmiechem.
- Napaleniec.
- Prowokujesz mnie.
- Mam cię nie prowokować? - spytała zalotnym tonem. – Przecież to lubisz...
- Nie zaprzeczę, ale moja wytrzymałość na twoje wdzięki też ma swoje granice. Chyba, że o to ci właśnie chodzi – rzekł, przyglądając się bezwstydnie, jak zakłada bieliznę na nagie ciało.
Ubrała się szybko, dając mu do zrozumienia, że tylko się z nim droczyła. Jednak i tak nie mógł pozbyć się uśmiechu z twarzy. Z aprobatą przyjrzał się jej błękitnej sukience, jakie zwykły nosić elfickie czarodziejki. Ella wyglądała w niej ślicznie.
Kilka minut później oboje opuścili hotel i udali się na powolny spacer dookoła Eronu. Podziwiali niezwykłe budynki na drzewach lub „przyklejone” do ich pni. Nigdzie indziej w Egharii nie można było zaleźć podobnych domów. W mieście panował półmrok gdyż gęste korony gigantycznych drzew, przysłaniały Słońce. Światło zapewniały ozdobne latarnie ze święcącymi na zielono kryształami, zamiast żarówek czy też ognia. Nadawały temu miejscu niezwykły klimat. Charakterystyczne dla Elmeronu były misterne zdobienia nie tylko na ubraniach, w postaci haftów, ale także w architekturze, płatnerstwie i jubilerstwie. W Eronie przeważał kolor zielony, brązowy i biały. Nie występowały tu ostre barwy. Nawet specjalnie wyselekcjonowane kwiaty w ozdobnych ogródkach, które lubiły półmrok, miały pastelowe kolory. Przez miasto płynął niewielki strumyk, nad którym zbudowano kilka urokliwych mosteczków. Szum wody i liści działał kojąco na wszystkich, którzy tu przebywali. To, co najbardziej zadziwiło Ellę, gdy tylko tu przybyła, to spokój i cisza. Nikt tu nie krzyczał, nie biegał, nie wykonywał gwałtownych ruchów ani nie kłócił się. To była oaza harmonii. Każdy gość miał obowiązek dostosować się do takiej atmosfery, która była charakterystyczna dla Elmeronu.
Elli to odpowiadało, wiec nie miała problemu z asymilacją. Alren, choć miał wybuchowy charakter, potrafił się kontrolować. Pomagał mu fakt, że spędził w tym kraju kilka lat. Z ich trójki najtrudniej przychodziło to Gordowi, który nie był tak spokojny, jak się mogło wydawać na pierwszy rzut oka. Był przyzwyczajony do głośnej komunikacji i wyrazistej gestykulacji, która tu nie była mile widziana. Poza tym, jak Ella zauważyła, nie czuł się za dobrze w lesie. Jak dotąd jednak nie sprawiał żadnych kłopotów.
- A właśnie... – odezwała się po długim milczeniu. – Gdzie jest Gord?
- Został w Wieży Isgharon. Zaczeka tam na nas.
- Zaczeka? – zdumiała się. – Po co? Co to za miejsce?
- Tam rozpoczniesz drugi etap szkolenia. To siedziba tutejszych magów i najlepsza szkoła magii w Elmeronie. Eron z niej słynie.
- Aha...
- Umówiłem nas już na spotkanie z Mistrzem Ulgriffem, kiedy spałaś. Odbędzie się dziś wieczorem – mówił dalej. – To on będzie cię uczył.
- Eh, znowu to samo... – westchnęła. – Mam nadzieję, że to szkolenie nie będzie tak nerwowe, jak tamto.
- Ja też, Ello, mam taką nadzieję.
_________________________________________
Na dobry początek VII części - Alren i Ella :) (rysunek jest już trochę stary, ale co tam ;P)
Blask Miryonu (tom II) - Część VI - Rozdział 154
czwartek, 19.stycznia.2012, 00:00Witajcie!
Zaczynamy kolejną - VI część opowiadania "Blask Miryonu". Tym samym jesteśmy dokładnie w połowie całej opowieści. ;) Mam nadzieję, że się Wam spodoba. Powiem jeszcze tylko tyle, że to ostatnia część w klimacie sielankowo-bajkowym w całej historii, choć nie zabraknie w niej niebezpiecznych przygód i tajemnic.
W tej części poznacie największe sekrety, krążące wokół Alrena, jak sama nazwa wskazuje. Mam nadzieję, że jesteście ciekawi? ;) Domyślam się, że większość z Was przypuszcza, kim może być Alren i co to za tajemnice, ale i tak mam andzieję, że kilka razy się zdziwicie i jestem ciekawa, jak spodoba się Wam jego historia. ;)
Miłego czytania i czekam na wrażenia!
***
Blask Miryonu
Tom II
Część VI – „Tożsamość Alrena”
***
Rozdział 154
15 dzień ruanu 8976 roku, Shall, popołudnie
Ren patrzył zupełnie sparaliżowany na Ellę, której serce przestało bić i desperacko leczył ją różnymi zaklęciami. Nie przynosiło to jednak żadnego efektu. Wtedy wkroczyła Syriana, która wreszcie się ocknęła z szoku.
- Odsuń się! Ja się tym zajmę!
- Nie! Ello...
Nie myślał racjonalnie i Gord aż musiał go siłą odciągnąć od leżącej złotowłosej.
- Uspokój się! Jeśli ktoś może jej teraz pomóc, to tylko Syriana! – wrzasnął blondyn, z całej siły trzymając szarpiącego się Alrena.
W końcu brunet opanował się, widząc, jak Arcykapłanka spowiła Ellę potężnym, białym światłem. Wówczas Alren zerknął w bok i dostrzegł uciekającego już strzelca, który wypuścił tę strzałę. Używał lewitacji, ale nie mógł być magiem, gdyż leciał bardzo powoli – co świadczyło o braku umiejętności kontroli energii magicznej. W oczach Rena zapłonął zielony, gniewny płomień.
- Puszczaj! – syknął do Gorda i uwolnił się jednym ruchem od jego rąk, a następnie stanął na balustradzie tarasu i wyciągnął rękę w stronę uciekiniera.
- Zostaw! – krzyknął Gord, widząc, co ona zamierza. – Jest za daleko. Żadna magia ani strzała go już nie dosięgnie!
- A żebyś się nie zdziwił! – warknął.
Alrena otoczyła aura Heryona, która przyprawiła wszystkich i ciarki na plecach. Po chwili zaś, z jego dłoni wystrzeliły niezwykle szybkie promienie zielonej energii, które w ułamku sekundy dosięgły uciekającego wroga, mimo iż był już poza zasięgiem zwykłej magii i strzał. Zaraz potem Gord ujrzał, jak dusza tego człowieka opuszcza jego ciało, ściskana przez zieloną magię Rena. Zwłoki mężczyzny natychmiast spadły w dół, tymczasem Ren zaciskał pieści i tym samym jego moc ciaśniej oplątała tę duszę.
Gord i Soana byli zbyt wstrząśnięci, by jakoś zareagować i dopiero Lingorus odważył się interweniować. Zdecydowanie podszedł od rozwścieczonego Alrena.
- Wystarczy! Już go zabiłeś! Nie musisz niszczyć jego duszy! – krzyczał zrozpaczony. – Chłopcze, proszę, opanuj się. Nie nadużywaj swej mocy!
Dopiero te słowa trafiły do Rena, który jakby obudził się z transu i opuścił rękę. Dusza zmarłego rozproszyła się, udając się do zaświatów, a Alren uspokoił swoją aurę i spojrzał nieco zmieszany na swego mistrza, który uśmiechnął się do niego. Lingorus cieszył się, że go powstrzymał. Wiedział, że używanie takiej magii jest zakazane i wielce nieetyczne, a niszczenie dusz to najgorsza z możliwych zbrodni. Nie chciał więc, by Alren miał kłopoty. W tym samym momencie światło Syriany zniknęło, a Arcykapłanka opadła z sił. Soana szybko podtrzymała jej ciało, kiedy ta dyszała ciężko.
- Zrobiłam wszystko, co mogłam. – wyksztusiła. – Chyba się udało.
Tylko to powiedziała, a Alren podbiegł szybko do Elli i wziął ją w ramiona. Ucieszył się, czując ciepło jej ciała i słysząc bijące serce.
- Ello... Ello! Obudź się... – w jego głosie było słychać rozpacz.
Wszyscy pozostali również czekali w napięciu, aż w końcu złotowłosa uniosła powieki.
- Ren? – szepnęła i uśmiechnęła się. – Dlaczego drżysz? – Czuła to wyraźnie.
- Kotku... – wyjąkał i przytulił ją do siebie, roniąc łzy i zdumiewając tym absolutnie wszystkich. – Dzięki niebiosom.
Nikt jeszcze nie widział go w takim stanie. Najpierw furia, a potem łzy ulgi i szczęścia. Nie było wątpliwości, że Ella była dla niego wszystkim i woleli nie myśleć, co by było, gdyby dziewczyna rzeczywiście umarła. Odetchnęli z ulgą. Mirella żyła, a więc wraz z nią - nadzieja.
Ella objęła ukochanego delikatnie, po czym ucałowała jego usta tak słodko, jak tylko potrafiła i otarła jego łzy, ze wzruszeniem patrząc w jego wciąż przerażone, zielone oczy.
- Już dobrze. Nic mi nie jest – mówiła spokojnie. – Nie umarłam. Uspokój się już – rzekła, całując go znowu.
- Całe szczęście, że to się dobrze skończyło... – westchnęła Syriana, która odzyskała już część sił i mogła wstać.
- Dziękuję... – usłyszała Arcykapłanka i spojrzała na niego, zaskoczona tak ciepłym tonem jego głosu, a potem uśmiechnęła się lekko.
- Nie ma za co – odparła cichutko. – Zostawmy ich samych – zwróciła się do pozostałych, a oni posłuchali i razem z nią opuścili taras.
***
Pół godziny później, komnata Syriany
Gord, który nie mógł się uspokoić po ostatnich wydarzeniach, poszedł do Arcykapłanki, w nadziei, że rozmowa z nią przyniesie mu ulgę. Syriana wiedziała, w jakim celu przyszedł blondyn, więc o nic nie pytała, tylko delikatnie się do niego uśmiechnęła i zaprosiła go do stołu, na herbatę.
- Wiem, co cię martwi, ale wierz mi, niesłusznie.
- Ależ Pani! Nie miałem pojęcia, że on jest zdolny do czegoś takiego... Słyszałem trochę o Heryonach, ale żeby potrafili bez żadnego wysiłku wydzierać z ciał dusze i nawet je niszczyć?
- Na pewno to też wiedziałeś, ale nie chciałeś w to wierzyć.
- Może i tak... W każdym razie, jak pomyślę, że on mógłby nas wszystkich pozabijać jednym ruchem ręki, a nawet zniszczyć nasze dusze i zarazem całkowicie unicestwić nasze istnienie, ciarki mi przechodzą po plecach – wyznał szczerze.
- Boisz się go? – spytała, patrząc mu w oczy, a on nieco zbladł.
- Już wcześniej się go obawiałem, bo jest znacznie silniejszy, niż ja, ale mimo to, był to bardziej respekt i szacunek, niż strach. Teraz jednak jestem naprawdę przerażony!
- To naturalne. Właśnie z tego powodu ród Heryonów wytępiono niemal całkowicie. Podejrzewam, że ocalało tylko kilka osób, które ukrywają się teraz gdzieś w Egharii, lękając się śmierci.
- Nie mogę powiedzieć, że jestem zdziwiony, że są znienawidzeni. Posiadają nieludzki dar. Mogą się bawić w bogów.
- Gordzie – przerwała mu Syriana i zmusiła, by spojrzał jej w oczy. – Rozumiem twoje obawy, ale musisz spróbować zaufać Alrenowi. Mimo że posiada taką moc, nie jest złym człowiekiem. Tym razem rozgniewał się na tyle, że użył swej mocy w zakazany sposób. Potrafię go zrozumieć. Wystraszył się, że Mirella umrze i chciał ukarać winowajcę tej zbrodni.
- Ale jeśli raz nie potrafił się kontrolować, to wystarczy, że Ella znajdzie się w niebezpieczeństwie lub coś innego wyprowadzi go z równowagi i to się powtórzy. Wybacz, Arcykapłanko, ale jak mam czuć się bezpiecznie przy kimś takim?
- Cóż, będziesz musiał znaleźć z nim wspólny język, bo będziesz podróżował razem z nim – rzekła bardziej zdecydowanie. – Być może, za jakiś czas poznasz go lepiej i przestaniesz się go bać. Poza tym, jeśli tak bardzo martwi cię, że będzie nadużywał swej mocy, będąc przy nim, możesz go powstrzymać i nie wolno ci się wtedy wahać.
- Masz rację – przyznał, że to było logiczne. – I tak nie mam wyboru – zaśmiał się smutno, czując, że to będzie najtrudniejsza podróż w jego życiu.
Nie dość, że będzie musiał znosić bliskość Alrena i Elli, której pożądał równie mocno, jak brunet, to jeszcze miał świadomość, jak nieludzko potężny jest główny Shiryen Alorii. Syriana zdawała się znać jego myśli, bo położyła rękę na jego ramieniu.
- Nie martw się. Będzie dobrze. Nie zostałeś Shiryenem przez przypadek. Jesteś silny i inteligentny, zatem dasz sobie radę i nawet nie myśl, że jesteś zbędny w tej misji. Pamiętaj, że od waszej trójki, zależeć będą losy tego świata. To duża odpowiedzialność, ale i powód do dumy – mówiła rzeczowo, zaskakując nieco Gorda, który uśmiechnął się, czując się już o wiele lepiej.
- Dziękuję za te słowa otuchy, Pani – ukłonił jej się. – Przyznaję, że mimo iż nie podobał mi się twój plan szkolenia Elli, to nadal cię szanuję – zapewnił, zdumiewając ją.
- Cieszę się – odparła ciszej. – Idź teraz i przygotuj wszystko do wyjazdu. Jutro wyruszycie do Airos, skąd polecicie do Norhenu. Nie ma co zwlekać, skoro Norheni wiedzą, że Alren tu jest.
- Airos? Myślałem, że popłyniemy statkiem.
- Nie. To zbyt niebezpieczne. Wody wokół wyspy są bardzo zdradzieckie. Użyjecie gryfów.
- Ależ to przecież bardzo drogi transport!
- Nie zapominaj, mój drogi, że Mirella jest Księżniczką Miryonu. Jeśli wszystko się uda, stanie się najpotężniejszą i najbogatszą kobietą na świecie. Co więc znaczą gryfy w obliczu tej perspektywy? – zaśmiała się, a Gord wciąż w to nie wierzył. – Poinformowałam już Donira z Airos, że przybędziecie. Gryfy będą więc na was czekały. A teraz idź już.
- Tak jest.
***
Tymczasem, w innej części pałacu
Alren już się uspokoił, ale nie wypuszczał Elli z objęć. Był też bardzo milczący, gdy oboje szli w stronę jej komnaty. Natomiast Ella dziwiła się, widząc przerażenie w oczach każdego napotkanego służącego czy służącej, nie mówiąc już o straży pałacowej, jak tylko widzieli Alrena. Było to na tyle zauważalne, że poczuła się dziwnie.
- Ren... Czy mi się wydaje, czy oni wszyscy się ciebie boją? - Spojrzała na ukochanego ze zdumieniem. – Dlaczego?
- To moja wina – odezwał się wreszcie. – Użyłem zakazanej magii Heryonów, więc nic dziwnego, że są przerażeni.
- To znaczy jakiej?
Alren westchnął i opowiedział, co się stało po tym, jak trafiła ja strzała. Dziewczyna słuchała tego wszystkiego z niesamowitym zdziwieniem. Z jednej strony dziwiło ją, że Rena aż tak poniosło i że użył tej magii, o której tylko jej do tej pory opowiadał, a z drugiej – zastanawiała się, czemu wszyscy, aż tak się go boją. Przecież wiadome było, że Ren nie zrobiłby czegoś takiego ani służbie ani strażnikom, nikomu, kto był niewinny i nie zasługiwał na śmierć.
Po dłuższym zastanowieniu jednak doszła do wniosku, że może gdyby go nie znała i nie kochała, myślałaby podobnie, jak oni? Zresztą na samym początku ich znajomości ona też się go bała. Nagle przypomniała sobie, jak Ren kilka razy kiedyś pytał, czy ona się go boi i coś ścisnęło ją w środku. W tej chwili pojęła, co on teraz czuje.
Na pewno wyrzucał sobie, że go poniosło i czuje się okropnie, widząc strach w oczach wszystkich. Zapewne znów myślał o sobie, jak o potworze, zdolnym do wszystkiego i wyklętym przez społeczeństwo tego świata. Pewnie przypomniał sobie o swoim rodzie, który wytępiono z tego powodu.
Nagle Ella zatrzymała się gwałtownie, zaskakując Rena, który obudził się z transu i spojrzał na nią pytająco.
- Coś się stało? Już prawie jesteśmy – rzekł bezwiednie.
- Ren... Nie jesteś zły! – krzyknęła mu prosto w twarz, zaskakując go. – Nie jesteś zły ani straszny. Proszę nie przejmuj się tym! – Chwyciła go za dłonie, a on poczuł ukłucie w sercu.
Nie wiedział, jak nazwać to ciepłe uczucie, które zalewało jego ciało na widok jej pięknych, ufnych oczu.
- Ello... – pogładził czule jej policzek, szukając odpowiednich słów, by wyrazić to, co czuł w tej chwili.
Jak to możliwe, że ona potrafiła trafić w jego najczulszy punkt i pocieszyć go jednym spojrzeniem?
- Co się stało, to się nie odstanie! Straciłeś nad sobą panowanie, ale nie jesteś zły! Nie skrzywdziłbyś niewinnych ludzi ani bliskich ci osób, więc nawet tak nie myśl! – ujęła jego twarz w dłonie. – Nie jesteś straszny, zimny ani okrutny. W głębi duszy jesteś cudownym, ciepłym i dobrym mężczyzną. Zapomnij więc o tym, co się stało. Jestem pewna, że z czasem inni przekonają się, jaki jesteś naprawdę, tak, jak ja.
- Jak ty to robisz, Ello? Skąd wiesz, o czym myślałem? – Był szczerze wzruszony i chwycił jej dłonie, które od razu ucałował delikatnie. – Dlaczego jesteś dla mnie taka dobra? – Słowa Alrena zaskoczyły Ellę, więc zarumieniła się lekko.
- Bo cię kocham – odparła, a on łapczywie ją pocałował.
__________________________________________________
I jeszcze na dobry początek części (przedstawiać chyba nie trzeba? ;P):
Rozdział 151
14 dzień ruanu 8976 roku (14 dzień szkolenia), Wieża Szermierzy, późny wieczór
Kiedy Ella zadała Alrenowi publicznie pytanie, które nurtowało ją od dłuższego czasu, Syriana ulotniła się, jakby unikała konfrontacji, a Królowa Serabell dała znak pozostałym, by się rozeszli. Tak też się stało. Ella poczekała, aż na dachu Wieży Szermierzy zostaną tylko we dwoje z Alrenem, a potem ponowiła pytanie.
- Mów, dlaczego to zrobiłeś?
- Ponieważ Syriana postawiła mi ultimatum – odparł, siadając na najbliższym murku.
- Ultimatum?
- Jeśli bym się nie zgodził na izolację od ciebie, wysłałaby cię na wyspę Vhar, gdzie pozostawiona sama sobie, musiałabyś przetrwać dwa tygodnie, ucząc się wyłącznie ze zwojów, bez nauczycieli, metodą prób i błędów. Nie możesz o tym wiedzieć, ale ta wyspa to piekło. Wulkany wybuchają tam kilka razy w tygodniu, pogoda jest bardzo niestabilna, a lasy pełne potworów i magicznych pułapek. Nie wyobrażam sobie, byś miała być tam sama i uczyć się tylko na swoich błędach... Sam przeszedłem tam trening i nie było mi łatwo, a byłem silniejszy i bardziej doświadczony od ciebie. Przy okazji, to tam nabawiłem się rany pod okiem, po której do dziś mam bliznę... – westchnął, widząc irytację na twarzy Elli. Wiedział, co usłyszy.
- Naprawdę sądzisz, że Syriana wysłałaby mnie - amatora i najważniejszą osobę w tym świecie, która ma go ocalić, na pewną śmierć? Nie wierzę, że tak założyłeś... – Miała mętlik w głowie. Spodziewała się czegoś innego....
- Syriana jest nieprzewidywalna. Z nią nic nie wiadomo. Nie chciałem ryzykować. Nie przeżyłbym, gdyby coś ci się tam stało i gdybym nie mógł cię osobiście chronić – wyznał szczerze, patrząc jej w oczy, więc nieco złagodniała.
- Czy to wszystko?
- Nie. Arcykapłanka podała jeszcze drugi argument. Zagroziła, że jeśli nie zgodzę się na jej plan twego szkolenia, odwróci naszą „więź dusz”, co spowoduje, że się nawzajem znienawidzimy...
- Cooo?! – Ella nie wierzyła własnym uszom. – To w ogóle jest możliwe? Jak mogłabym cię znienawidzić? – Alren uśmiechnął się, widząc jej szok.
- Niestety jest takie zaklęcie, któremu nie można się przeciwstawić. Ten argument mnie przekonał. Nie chciałbym tego... Gdybyś nie mogła znieść mego widoku, chyba bym tego nie przeżył... – zacisnął pięści i tym razem to Ella się zarumieniła na chwilę, widząc, jakie to dla niego ważne.
- Znów nie wierzę, że Syriana by to zrobiła... Dlaczego ty w to uwierzyłeś? Dlaczego? – Podeszła bliżej i patrzyła mu w oczy ze szczerym żalem, a jemu serce się krajało.
- Tu akurat dałem się nabrać. Od Lingorusa dowiedziałem się bowiem, że Syriana mnie okłamała. Na obecnym poziomie naszej więzi, ten czar nie mógłby zadziałać. Arcykapłanka wykorzystała to jednak, wiedząc, że mnie tym przekona, bo za bardzo cię kocham, by zaryzykować... – zganił siebie w duchu.
- Kiedy się o tym dowiedziałeś?
- Tydzień temu...
- To dlaczego, do jasnej cholery, nie przerwałeś wtedy tej farsy? – nie mogła zrozumieć.
- Było już za późno, by się z tego wycofać... Poza tym wciąż pozostawał pierwszy argument. Teraz jednak tego żałuję... Mogłem chociaż wtedy dać sobie z tym spokój. Mogłem w ogóle rozegrać to inaczej, ale... – spojrzał jej w oczy i musnął czule jej policzek. – Za bardzo się o ciebie bałem... Pomyślałem, że lepiej będzie, jeśli przez dwa tygodnie poudaję, że cię nie kocham i będę mógł cię chronić, niż ryzować, że Syriana popełni jakieś głupstwo... – dodał, a ona się zarumieniła.
Ella nie wiedziała, jak na to zareagować. Z jednej strony rozumiała, że bardzo się o nią troszczył i zrobił to wszystko dla niej, ale z drugiej, nie mogła uwierzyć, że poszedł na coś takiego z takich powodów. Zawsze był bystry, inteligentny i ponad wszystko – robił tylko to, co chciał i nigdy nie słuchał innych. Imponował jej tym, a teraz? Dlaczego aż tak się tym przejął i uległ Syrianie?
Alren widział po jej minie, że nie przekonują ją argumenty jego i Syriany, a zaraz potem poczuł pchnięcie. Ella przewróciła go na ziemię, trzymając za ubranie. Jej oczy lśniły ze złości i żalu, a policzki płonęły z emocji zupełnie przeciwnych. Ren był nieco zaskoczony tą gwałtowną reakcją, ale nie poruszył się. Zaraz potem usłyszał pod swym adresem same krytyczne uwagi.
- Byłeś głupcem! Jak mogłeś być taki głupi... – syczała, patrząc mu w oczy. – Pomyśleć, że martwiłam się z tak banalnych powodów... Pierwszy raz w życiu zawiodłam się na tobie! Nawet jeśli to było dla mojego dobra, to nie musiałeś tego robić! Mogłeś mi o tym powiedzieć... Wybiłabym Syrianie z głowy ten durny plan! Dlaczego tego nie zrobiłeś? Ren... Dlaczego musiałam słuchać, że mnie nie kochasz i znosić to, jak mnie odtrącasz? Czemu służyła ta farsa? Co Syriana sobie myślała, do diabła? – Nie mogła się opanować i co chwilę uderzała w twardą pierś Rena, a on poczuł się okropnie.
- Przepraszam, Ello... – ujął jej twarz w dłonie, a ona znieruchomiała. – Wybacz mi proszę...
Ella zadrżała, widząc w jego oczach tyle uczucia i miłości oraz czując podświadomie jego żal. To było rozczulające. Poza tym tak bardzo za nim tęskniła... W końcu nie wytrzymała i gwałtownie pocałowała go w usta. Ten drapieżny pocałunek, pełen tęsknoty i namiętności, rozpalił ich oboje i po chwili tarzali się po podłodze, całując się szaleńczo i zapominając o całym świecie.
***
Aloria – Dolina Shallos, noc
Ella i Ren wyjaśnili sobie wszystko i udali się na długi spacer po dolinie, aż dotarli do nie odwiedzanego zakątku lasu na wzgórzu, z którego, w świetle dwóch księżyców, widać było piękne jezioro, góry i trzy wodospady. Niebo było czyste i gwieździste, a noc parna.
Tutaj Ella zatrzymała się i patrzyła na rozciągający się przed nią krajobraz z prawdziwym zachwytem. Ocknęła się dopiero, gdy poczuła, jak Alren obejmuje ją od tyłu. Westchnęła wtedy szczęśliwa. Nareszcie było tak, jak dawniej! Wprost rozpływała się w jego ramionach, ciesząc się, że ukończyła ten etap szkolenia i między nimi wszystko wróciło do normy.
- Podoba ci się to miejsce? – spytał dla formalności, stojąc za nią i trzymając ją w pasie.
- Żartujesz? To wszystko wygląda, jak sen...
- To dobrze. Tu będziemy sami i nikt nam nie będzie przeszkadzał, Wasza Wysokość – uśmiechnął się szelmowsko. – Wszak mamy wiele do nadrobienia, prawda? – spojrzał jej zalotnie w oczy, a ona się zarumieniła.
- Ren... – stanęła naprzeciw niego i chwyciła go za tunikę. – Obiecaj, że nie zrobisz mi drugi raz czegoś takiego – rzekła prosząco, a on spoważniał i przysunął ją do siebie.
- Nie mogę ci tego obiecać, Ello – pogładził jej policzek. – Jeśli zajdzie taka potrzeba, zrobię wszystko, by cię chronić. Nawet jeśli będę musiał, dla twojego dobra, cię opuścić... – pocałował ją w czoło.
- Nie chcę takiej ochrony! – burknęła niezadowolona. – Bez ciebie nic nie jest dobrze... – spuściła wzrok i utkwiła go w jego medalionie, aż nagle poczuła jego gorącą dłoń na swoich plecach.
- Kocham cię... – szepnął jej na ucho, przesuwając swą dłoń niżej, aż do pośladków. Drgnęła nieco. – Dla ciebie jestem zdolny do wszystkiego. Jestem w stanie wyrzec się swoich pragnień, jeśli tylko zapewni ci to bezpieczeństwo.
- Ale mi nic nie grozi! Poradzę sobie... – bąknęła, znów patrząc mu w oczy. – Chcę byś był przy mnie. Zrobię wszystko, by tak było.
- Zatem oboje jesteśmy równie zdesperowani, Kotku – pocałował ją za uchem tak delikatnie, że zaszumiało jej w głowie.
- Gdybyś wiedział, jak za tobą szaleję... – westchnęła, obejmując go w pasie i przyciskając do swego ciała. – Pragnę cię. Pożądam każdej cząstki twego ciała... – mruknęła, wkładając swoje dłonie pod jego tunikę. Poczuła przyjemne mrowienie na całym ciele, dotykając jego gorącej i napiętej skóry.
- Wiem o tym – zakpił wesoło, co poskutkowało gromem z jej oczu, ale tym razem odpuściła. Podniosła do góry jego tunikę, którą on szybko zdjął, i po chwili gładziła jego nagi tors.
- Uwielbiam twoje usta i ramiona... – mówiła przyciszonym głosem, obrysowując palcami jego wargi, a następnie głaszcząc szerokie barki. - Podnieca mnie twoja siła i impulsywność, absolutnie wszystko. Już sam twój oddech wystarcza, bym zaczęła drzeć, a głos wywołuje we mnie dreszcz emocji. Potrzebuję twej obecności i bliskości. Jesteś mi równie potrzebny do życia, jak powietrze... – mruczała, a on stał nieruchomo i tylko się diabelsko uśmiechał.
- To też wiem, Kotku – odparł wyjątkowo niskim tonem.
- Mógłbyś czasem powiedzieć coś więcej, draniu! – bąknęła,
- Jesteś pewna, że chcesz to usłyszeć? – mruknął zmysłowo, idąc w jej stronę. – Mam powiedzieć, co myślę, gdy na ciebie patrzę?
Widząc jego figlarny uśmiech, Ella cofała się tak długo, aż oparła się plecami o drzewo. Przywarł do niej całym ciałem i patrzył jej prosto w oczy, śmiałym i pożądliwym wzrokiem. Poczuła dreszcz podniecenia. To nieprzeniknione, zielone spojrzenie, działało na jej zmysły, odkąd spadła na niego z nieba. Niemal czuła, jak powietrze między nimi się elektryzuje. Oparła dłonie o drzewo za sobą i mimowolnie rozchyliła usta. W jej oczach Ren dostrzegł błysk pożądania.
- Jeszcze pytasz? – wyksztusiła ze zdumieniem. – Powiedz mi to.
- Jak sobie życzysz, moja Księżniczko... – uśmiechnął się tajemniczo. – Jesteś moim narkotykiem. Jeśli cię nie zażyję, ogarnia mnie szaleństwo tak wielkie, że mogłoby mnie zabić... – mówił powoli, wyjmując sztylet zza pasa. Przełknęła ślinę.
Wsadził ostrożnie ostrze pod jej sukienkę i rozciął jednym ruchem. Chciała zaprotestować, że niszczy jej ubrania, ale przypomniała sobie, że potem można je magicznie naprawić. Wstrzymała oddech, gdy poczuła chłodny metal na swej rozgrzanej skórze. Ren uważał, by jej nie skaleczyć, ale mimo wszystko poziom jej adrenaliny wzrósł.
- Uwielbiam twoją skórę, miękką i gładką, niczym jedwab... – głaskał jej ramiona i brzuch, owiewając gorącym oddechem. – Każdy centymetr twego ciała jest dla mnie równie podniecający – pieścił ją dłońmi coraz śmielej, a ona aż zacisnęła dłonie na korze drzewa, czując jak rozsadza ją zniecierpliwienie.
- Ren... – wyksztusiła, gdy rozcinał jej stanik i majtki tym samym sztyletem, co wcześniej.
Robił to nieznośnie powoli, patrząc śmiało na jej biust. Zamknęła oczy, by nieco zapanować nad pożądaniem.
- Chciałbym się z tobą kochać cały czas. Nieustannie słyszeć twoje rozkoszne jęki i przyspieszony oddech... – mruknął owiewając gorącym oddechem jej szyję. – Uwielbiam, jak w kółko wymawiasz moje imię, drżąc w moich ramionach – dodał jeszcze, a jej gwałtownie puls podskoczył.
- Na litość... – oddychała coraz szybciej i aż bała się otworzyć oczy, by nie zemdleć z emocji.
- Uwielbiam twoje słodkie rumieńce i zniecierpliwienie. Lubię się pastwić nad tobą tak długo, aż skończy ci się cierpliwość – mówił z przekąsem, a ona zerknęła na niego z oburzeniem. – To dla mnie przyjemność budzić w tobie to zwierzę, które kieruje się wyłącznie popędem. Kiedy jesteś dominująca i agresywna, pragnę cię jeszcze bardziej... Lubię twoją złość, więc nieustannie cię wkurzam.
- Drań – bąknęła.
- Kocham każdą twoją cechę, każdy uśmiech i grymas... – ujął jej podbródek i spojrzał w oczy. – Kocham w tobie absolutnie wszystko, Ello i nie umiałbym już bez ciebie żyć... – mruknął, całując ją tak namiętnie, że zadrżała.
Przesunął dłońmi wzdłuż jej boków i zatrzymał się na pośladkach, które ścisnął tak gwałtownie, że wstrzymała oddech. Nie pozostała mu dłużna i nie przestając go całować, zaczęła pieścić okolice jego przyrodzenia, czując jak jest już podniecony.
- Chyba wystarczy tego gadania, co kochanie? – szepnął jej na ucho, po czym jednym, zwinnym ruchem, wziął ją na ręce.
- Już myślałam, że poprzestaniesz na słowach... – zażartowała, całując go w szyję.
- Czy ja wyglądam na gawędziarza? – bąknął – Jestem człowiekiem czynu, skarbie...
_________________
Ren (stary rysunek, o którym zapomniałam, więc wrzucam go teraz ^^')
Witajcie w Nowym Roku!
Zapraszam na małą niespodziankę na dobry początek tego roku blogowego. Oto notka o bohaterach BM wraz z rysunkiem, wykorzystanym do stworzenia nowego szablonu. A po północy, oczywiście, kolejny rozdział opowieści. :)
Pozdrawiam ;)
***
Blask Miryonu
Bohaterowie
Przedstawiam kolejną notkę z Ukrytej Biblioteki, która będzie traktować o bohaterach BM. Wymienię wszystkie liczące się postaci, a w przypadku tych głównych i drugoplanowych – przedstawię zmiany, jakie się w nich dokonały. Podział bohaterów, który się tu pojawi, dotyczy całości BM, nie konkretnych części. Zamierzam też zapowiedzieć kilka rzeczy, więc uprzedzam o możliwych spoilerach.
Za jakiś czas napiszę kolejną, podobną do tej, notkę, w której uaktualnię informacje i opiszę kolejne postaci, które się pojawią w BM.
Tymczasem życzę miłej zabawy. ;)
***
Główni bohaterowie
Ella Dreamson (Mirella)
Złotowłosa piękność o mistycznych, błękitnych oczach. Pozornie zwyczajna dziewczyna, która trafia do świata Egharii. Tam przekonuje się, że pochodzi właśnie z tego fantastycznego świata, jako że jest reinkarnacją Bogini Miryonu – Miry. W jej żyłach płynie utajona, ale prawdziwa, królewska krew – jest księżniczką z mistycznego Królestwa Miryonu. Posiada ogromna moc, potencjał magiczny, który dopiero uczy się wykorzystywać.
Miła, bystra, empatyczna, dobroduszna i pełna ciepła. To jej stałe cechy, które za bardzo się nie zmieniają, mimo licznych przeżyć. Są jednak różnice.
Na początku swej przygody Ella jest bardzo nieśmiała, wstydliwa, niepewna siebie, delikatna, zagubiona, płochliwa i słaba fizycznie. Teraz zaczyna się to zmieniać dzięki wpływowi Alrena, licznych przygód oraz lekcji, które otrzymuje od ukochanego, czy też w czasie trwającego jeszcze szkolenia w Alorii.
Staje się bardziej odważna, pewna siebie, zdeterminowana, zahartowana i silniejsza. Wie, czego chce i coraz mniej wstydzi się siebie i swoich uczuć, coraz częściej mówi o swych pragnieniach na głos. Odkrywa w sobie nowe cechy, o które siebie nie podejrzewała i uczy się tych, których nie posiadała. Jest w stanie zrobić wszystko dla Alrena i ich miłości. Łączy ją z nim znacznie więcej, niż sama „więź dusz”. Doszukuje się w tym uczuciu pewności i sensu życia.
Kilka słów wyprzedzających aktualną akcję (!). Na razie Ella stawia dobro Alrena, nad dobro innych, nawet całego świata. Ufa mu bezgranicznie, choć jak każdy, czasem ma chwile zwątpienia. Mimo iż uczy się coraz więcej przydatnych rzeczy, które sprawiają, że przestaje być bezbronnym dziewczęciem – nadal polega głównie na Alrenie. Wie, że on zawsze jej pomoże. Z czasem to się zmieni.
Ella zacznie dojrzewać dalej. Stanie się zahartowaną, potężną i niezależną wojowniczką, choć w sercu pozostanie nadal sobą. Nie będzie skupiała się tylko na Alrenie i uniezależni się od jego pomocy, stałej obecności. Zmuszą ją do tego, pewne okoliczności... Wszystko po to, by ocalić świat, który bez niej upadnie i w przyszłości być godną miana Królowej Miryonu.
Alren vhe Adhenos
Przystojny, wysoki i silny, zielonooki brunet. Potężny wojownik i mag, który pochodzi z pradawnego ludu Heryonów, „Łowców Dusz”, budzącego powszechny lęk. Oprócz tego zdobył tytuł Shiryena Alorii, co oznacza, że jest najlepszym wojownikiem tego kraju. Skrywa wiele innych tajemnic, które jeszcze się nie wyjaśniły, choć niektórzy mają co do niego różne podejrzenia. Niezwykle tajemniczy, wędrowny najemnik, szukający śladów starożytnego Królestwa Miryonu, na którego pewnej nocy spada z nieba złotowłosa piękność i wywraca jego świat do góry nogami.
Alren to silny, odważny, temperamentny, impulsywny, zazdrosny i konkretny mężczyzna, który lubi dominować i nie znosi, gdy coś się dzieje nie po jego myśli. Zdystansowany do otoczenia i ludzi, ironiczny. Inteligentny i bystry. Posiada dużą wiedzę i doświadczenie w dziedzinach walki, magii i przetrwania, a także historii i kultur świata Egharii. Niepokonany w walce. Oto cechy, które się u niego raczej nie zmieniają. Jednak także on podlega ewolucji, dzięki spotkaniu Elli.
Na początku Alren to zimny, niedostępny, opryskliwy drań. Rzadko się uśmiecha i jest bardzo zamknięty w sobie. Nikomu nie ufa. Tylko pod wpływem impulsów, pokazuje, że ma dobre serce i jest inny, niż wygląda. Bywa często złośliwy, okrutny w słowach. Udaje, że nie przeszkadza mu, iż ludzie się go boją i unikają. Przekonuje samego siebie, ze nie wierzy w miłość i nie jest do niej zdolny. Kiedy jednak spotyka Ellę, zaczyna się zmieniać.
Staje się bardziej ciepły i łagodny. Nie stroni od ludzi tak, jak kiedyś i nie unika konwersacji z obcymi. Znacznie rzadziej jest złośliwy. Zamiast tego ironizuje, żartuje lub droczy się. Uśmiecha się o wiele częściej i otwiera się przed innymi. Jest bardziej skłonny, by komuś zaufać. Opowiada o sobie, swoich przygodach, przeszłości... Nie udaje, że nie boli go, gdy ludzie się go boją, a ponad wszystko lęka się, by Ella się go nie obawiała. Nie chce, by tak było. Nade wszystko wierzy teraz w miłość i przestaje się oszukiwać. Ella jest całym jego światem, oczkiem w głowie. Jest przekonany, że bez niej źle by skończył. Zrobi dla niej wszystko, a nawet więcej... Jest gotowy poświęcić wszystko, co ma, czym jest, by tylko ona była bezpieczna.
Kilka słów wyprzedzających aktualną akcję (!). Z czasem tajemnice Alrena wyjdą na jaw. Będzie musiał się z tym zmierzyć, odnaleźć się w nowej sytuacji, w jakiej się znajdzie i pogodzić ją ze swoją misją, miłością.
Poza tym, jak na razie, Alren jest przekonany, że tylko on może chronić Ellę i że ona nie przetrwa bez niego. Jest nazbyt pewny siebie i tego, że nigdy jej nie zrani oraz że zawsze będzie mógł być przy niej. Dalsze losy nieco zmodyfikują jego poglądy. Zrozumie, że to właśnie on może stanowić dla niej największe zagrożenie, że nie zawsze będzie mógł ją chronić. Nauczy się ufać innym i powierzać im to, co ma najcenniejszego. Przekona się, że Ella bez niego nie zginie. Na własne oczy zobaczy jej przemianę i będzie musiał zaakceptować to, że złotowłosa nie jest już zagubioną dziewczynką, tylko niezależna kobietą. Nauczy się pokory, która obecnie jest mu obca. Od jego postawy zależy, czy będzie za, czy obok przyszłej Królowej Miryonu.
Bohaterowie Drugoplanowi
Gord ven Lorando
Wysoki, silny blondyn o błękitnych oczach. Wojownik i Strażnik Królewski Serabell. Vice-Shiryen Alorii, a zatem drugi z najsilniejszych wojowników w tym kraju, zaraz po Alrenie. Mistrz miecza, łuku, kuszy i Białej Magii. Nie zna jednak innych rodzin magicznych i nie posiada tytułu maga. Nadrabia to magicznymi zdolnościami Shiryenów – boską mocą, którą jednak dopiero uczy się posługiwać. Rodowity Aloryjczyk bez ciemnej przeszłości. Szanowany i poważany. Służy wiernie jako Shiryen, do czasu, aż spotyka Ellę, a raczej Księżniczkę Mirellę. Zostaje wtedy jej osobistym strażnikiem i od tego czasu jego życie się zmienia.
Gord to szlachetny, dobroduszny i poczciwy człowiek. Typ prawdziwego rycerza. Idealista, który czasem bywa naiwny. Jest silny, odważny, honorowy, waleczny i nade wszystko dumny. Potrafi się jednak przyznać do błędu. Oddany i lojalny. W głębi serca marzyciel i uczuciowy mężczyzna. Choć to nowa postać, on też zaczyna się już powoli zmieniać, pod wpływem fascynacji Ellą i kontaktu z Alrenem. Za wcześnie jednak, by opowiadać o jego transformacji wewnętrznej.
Kilka słów wyprzedzających aktualną akcję (!). Gord jeszcze nie pokazał wszystkich swoich stron i cech, ale on także się zmieni, na drodze dalszych losów i tego, z czym będzie musiał się zmierzyć. Na początku będzie zagubiony, zdezorientowany rzeczami, które zdają się go przytłaczać, sprawiać mu ból. Powoli jednak odbuduje wiarę w siebie i odnajdzie swoje miejsce w tej historii.
Przyszłe wydarzenia zmodyfikują nieco jego idealizm, zahartują, uczynią mądrzejszym. Nauczy się, czym jest przyjaźń, prawdziwa miłość i namiętność, poświęcenie. Wszystko to uczyni z niego innego człowieka, zapewne lepszego.
Mała zapowiedź ;)
W opowiadaniu „Blask Miryonu” pojawi się jeszcze jedna, bardzo ważna postać. Druga drugoplanowa, która pozostanie obecna do samego końca, podobnie jak Gord. Nie zdradzę, czy to kobieta, czy mężczyzna. Podpowiem tylko, że poznacie tę postać w VI części. ;)
Bohaterowie Epizodyczni – istotni dla całej fabuły
Syriana ven Savillos - Arcykapłanka Alorii i Egharii
Soana van Eliusmeras – elficka mistrzyni łuku i kuszy, nauczycielka Elli
Sirius – tajemniczy mężczyzna ze snów Elli
Pozostali bohaterowie
Sao – Strazniczka Shall, przyjaciółka i była kochanka Rena
Calina – Kapłanka Hariosa (Elfka)
Królowa Araya - władczyni Veolii
Ben i Elen Oghayo – bliscy przyjaciele Alrena
Arcykapłanka Thelina - Arcykapłanka Veolii
Kapłanka Eru - kapłanka z Leosu, Veolia
Królowa Serabell – władczyni Alorii
Lingorus – Mistrz Alrena
Wrogowie
Oriana - Cesarzowa Cehronu
Thar - 5 generał Harmeyonu
Xallos - 4 generał Harmeyonu
Tiya - 3 generał Harmeyonu
Witajcie!
Przed Wami przełomowy i zarazem mój ulubiony rozdział tej części. Mam nadzieję, że i Wam się spodoba. ;)
Pozdrawiam ;)
***
Rozdział 140
8 dzień ruanu 8976 roku (8 dzień szkolenia), Aloria – Shall (wybrzeże jeziora), późny wieczór
Krople deszczu spływały po ich ciałach, kiedy przez kilka sekund stali naprzeciw siebie w milczeniu, posyłając sobie znaczące spojrzenia. Po tym krótkim czasie on pierwszy się odezwał.
- Czyżbyś znów mnie szukała, Pani? – rzekł chłodnym i wyrachowanym tonem głosu.
- Mam już tego dość, słyszysz? – z jej oczu poleciały iskry. – Dość!! – uniosła miecz tak, że ostrze było teraz skierowane w jego pierś, on zaś się ironicznie zaśmiał.
- Chcesz ze mną walczyć? – zakpił. – Jest na to o tydzień za wcześnie, chociaż w sumie... Nie sądzę byś kiedykolwiek była na to gotowa, Księżniczko – syknął, nic sobie robiąc z jej miecza oraz walecznej postawy.
- Ja nie żartuję! – syknęła wściekle, więc spojrzał na nią ponownie, by przekonać się, czy naprawdę chce z nim walczyć. Uśmiechnął się, widząc płomień w jej oczach. – Dziś mi wszystko wyjaśnisz!
- Niby co jest do wyjaśniania? – udawał, że nie rozumie.
- Dobrze wiesz, co – prychnęła. – Chcę wiedzieć, o co ci chodzi. Jaki rozkaz otrzymałeś i dlaczego się na niego zgodziłeś. Irytuje mnie, że mnie odtrącasz i traktujesz w ten sposób...
- Nic nowego... – zadrwił.
- Owszem, ale tym razem moja cierpliwość się skończyła!
- Tym razem? A co to się tym razem stało? – jego oczy również zaczęły wyrażać złość, jak tylko pomyślał o Gordzie.
- Jeszcze pytasz? – Wszystko się w niej gotowało. – Szlag mnie trafia, jak widzę, to twoje sprzeczne zachowanie! Niby mnie rzuciłeś, ale nie możesz znieść widoku, kiedy jestem z Gordem i pilnujesz mnie na każdym kroku. Z jakiej racji? Nie jesteśmy już razem, więc jakim prawem się wtrącasz? Masz czelność, w obecnej sytuacji, uważać się za mojego pana i rościć sobie prawo do wyłączności?! – syknęła i uderzyła w niego mieczem z całej siły. Ren w ostatniej chwili zablokował cios, jakby sprawdzał, czy nie blefuje.
- Nie przypominam sobie, bym kiedykolwiek coś takiego mówił – warknął i odepchnął ją jednym ruchem tak, że zachwiała się i cofnęła o kilka kroków.
- Kpisz sobie? Jesteś wobec mnie podły, ale jednocześnie zazdrosny o Gorda! Niby jak mam to rozumieć? – zakpiła głośno. – Dla mnie oznacza to, że nadal mnie kochasz, tylko wciąż utrzymujesz, że jest odwrotnie! Wyjaśnij mi to w tej chwili, albo... – zagroziła i zadała kolejny cios. Ich miecze się spotkały.
Deszcz zaczął padać mocniej, jakby reagował na rosnące między nimi napięcie. Alren patrzył jej prosto w oczy, z coraz większą złością, co ona bez trudu zauważała.
- Albo co? – zadrwił. – Zabijesz mnie? Nie rozśmieszaj mnie! – prychnął z rozbawieniem i zadał taki cios, że mimo iż dziewczyna go zablokowała, siła uderzenia odrzuciła ją na jakiś metr dalej. Syknęła z bólu.
- Ty cholerny draniu... – wycedziła przez żeby, szybko wstając na nogi.
- Skoro jestem takim draniem, to po marnujesz tu czas? – warknął. – Wracaj do Gorda! Skoro tak przez mnie cierpisz, to powinnaś mnie unikać!
- Jak możesz? - zadrżała ze złości i niedowierzania. Zacisnęła też mocniej pieść na rękojeści miecza.
- Twierdzisz, że tak za mną tęsknisz i żyć beze mnie nie możesz? Nie żartuj sobie! Bardzo szybko znalazłaś sobie pocieszenie u Gorda. Mimo że ledwo co go znasz, to całowałaś się z nim wielokrotnie, a gdyby nie moja interwencja, on przespałby się z tobą, pomimo tego, że byłaś pijana! - krzyczał. - A może źle zrobiłem? Może tego chciałaś, co? Może on ci się naprawdę podoba? Ale w takim razie, czego chcesz ode mnie, do cholery?! – drwił, a ona poczuła się dotknięta. Sposób, w jakim o tym mówił, był okropny.
- Przestań! Nie masz prawa tak mówić! – natarła na niego, używając całej siły. Znów skrzyżowali miecze i wściekłe spojrzenia. – Śmiesz mi to wyrzucać, po tym jak mnie bezlitośnie rzuciłeś, zapewniłeś, że już mnie nie kochasz, a potem romansowałeś z Sao? – Wokół Elli pojawiła się błękitna aura, co on od razu zauważył.
Wraz z tym, dziewczyna zyskała nadnaturalną siłę, co było wyraźnie odczuwalne. Jednak to nie wystarczyło. Alren bez problemu ją odepchnął. Gdy dziewczyna znów upadła i ubrudziła się w błocie, przyjął postawę bojową, a jego oczy zalśniły zielenią.
- Skoro używasz magii, nie widzę powodu, dla którego ja miałbym się ograniczać – syknął, a ona zadrżała na widok tego spojrzenia.
Te oczy... Przyciągały ją do niego, jak diabli! Jak miała teraz z nim walczyć? Pozbierała się jednak, wciąż otoczona błękitną aurą i przyjęła podobną postawę do niego.
- Rozumiem, że nie zamierzasz mi nic wyjaśnić i obecna sytuacja ci odpowiada? – ledwo jej to przeszło przez gardło. Czuła się naprawdę zraniona.
- Tak. Dlatego poddaj się i wracaj do komnaty – odparł chłodno. – Nie masz szans mnie pokonać. Jeśli sądzisz, że jest inaczej, to mnie obrażasz – dodał, co jeszcze bardziej ją rozjuszyło.
- W porządku! Skoro tego właśnie chcesz, niech tak się stanie! – wrzasnęła. – Tym razem to ja zrywam z tobą! – zaskoczyła go taką odpowiedzią.
- Chyba się przesłyszałem... – zaśmiał się głośno, jakby usłyszał dobry kawał.
- Mówię poważnie! Skoro tego chcesz, nie musisz mi nic wyjaśniać. Od dziś nie będę się za tobą uganiać i przestanę cię kochać. Nie chcę mieć z tobą nic wspólnego! Nie chcę być dłużej odtrącana i raniona! – Sama była pod wrażeniem, że zdołała powiedzieć coś takiego, a Ren był w szoku. Tego to już się kompletnie nie spodziewał.
- To tylko słowa – otrząsnął się. – Za bardzo mnie kochasz, by zdobyć się na coś takiego... – zadrwił z ironicznym uśmiechem, a ona nie wiedziała, czy płakać czy mu przywalić.
- Jesteś bezczelny!
- Wiem – schował miecz, dając jej do zrozumienia że walka skończona.
- Mylisz się! Zobaczysz, że tak będzie! – syknęła wściekle. – Może Gord będzie lepszym partnerem od ciebie. Ty nie jesteś już sobą. Jesteś okrutny i bez serca! Nie zasługujesz już na moją miłość. Z nami koniec! – odparła ze złością i opuściła miecz, zamierzając odejść, ale sekundę później poczuła silny uścisk na ręce, w której trzymała broń. Zaraz potem znalazła się ona w dłoni Rena.
- Oszaleję przez ciebie... - wymknęło mu się, a ona zrobiła oczy wielkie, jak talerze.
Zaraz potem Alren szarpnął nią mocno i z nadmierną siłą przyparł do pobliskiego drzewa, gdzie deszcz nie padał już na nich tak mocno. Jedną ręką ściskał ją, aż od bólu, a drugą przyłożył miecz pod jej gardło. Był blisko, nawet bardzo. Czuła jego oddech na twarzy i tę magiczną silę przyciągania, którą tak dobrze znała. Zimna stal na jej gorącej skórze w połączeniu z płonącym spojrzeniem Alrena, zadziałały na jej zmysły. Oboje oddychali głośno, ledwo panując nad pożądaniem. Wstrzymała oddech i przez kilka pierwszych sekund trwała w bezruchu. Dopiero po chwili Ella otrząsnęła się z szoku i próbowała się mu wyrwać, ale bezskutecznie. Trzymał ją zbyt mocno.
- Puszczaj! Nie dam się na to znów nabrać... Nie pozwolę, byś wykorzystał moją ... – Szarpała się, więc dla jej bezpieczeństwa odrzucił miecz na bok i złapał jej drugą rękę, którą ona go okładała, by się uwolnić.
- Bzdura. Kochasz mnie... Pragniesz... – mówił powoli, specjalnie obniżając głos, z ironicznym uśmiechem na twarzy. W efekcie była jednocześnie wściekła i podniecona.
- Nie! To koniec! – wrzasnęła i znów poczuła szarpnięcie.
Alren przycisnął jej nadgarstki do pnia drzewa, na wysokości jej szyi. Nie była w stanie się uwolnić, bo był zbyt silny. Mimo iż starała się wyswobodzić z jego uścisku, jej ręce nawet nie drgnęły. Spróbowała więc nogami, ale znów zamknął je między swoimi udami, uniemożliwiając jej jakikolwiek manewr. Jednym słowem znalazła się w potrzasku. Zerknęła mu w oczy ze złością, widząc jego uśmieszek.
- Wypuść mnie, ty cholerny brutalu! – krzyknęła, ale zignorował to.
- Krzycz, ile chcesz. Wiem, że tak naprawdę wcale nie chcesz się ode mnie odsunąć – jego niski głos znów ją poraził – prawda? – Zbliżył swoją twarz jeszcze bardziej. Brakowało tylko kilka centymetrów, by ich usta się spotkały.
Ella wciąż się szarpała, ale czuła, że jej wola słabnie. Zbyt wielką miała do niego słabość, pomijając już fakt, że ”te oczy” dodatkowo na nią działały. Niemal czuła rosnące między nimi napięcie i nawet niewinne krople deszczu, spływające po jej ciele, zaczęły sprawiać przyjemność, łaskocząc jej skórę. Wszystko dlatego, że była już bardzo podniecona. Jak miała więc z nim teraz walczyć? Jak miała się odsunąć? Skoro wiedziała, że... Alren ma rację. Wcale nie chciała odejść...
- Dlaczego się nade mną znęcasz? – wyksztusiła z bólem w głosie, poruszając się nerwowo. – Nie chcę, słyszysz? Puść! Zostaw mnie, bła... – urwała, bo wtedy poczuła jego gorące wargi na swych ustach, a zaraz potem ognisty pocałunek.
Żar zalał całe jej ciało. Zabrakło jej tchu, więc gdy oderwał swe usta, dyszała głośno, a jej ciało drżało z emocji. Z jej oczu popłynęły pojedyncze łzy. Już nie miała sił... Już nie mogła się bronić. Chciała być szczera ze swoimi uczuciami... Pragnęła go. Tak bardzo, że nie była w stanie myśleć o niczym innym. Przestała się więc bronić i zamknęła oczy, pozwalając łzom płynąć.
- Cholerny drań... – wybełkotała, a on poczuł smak zwycięstwa.
Jednak nie tylko Ella biła się z myślami. Również Alren starał się nad sobą panować, co było trudne, zwłaszcza, że był tak blisko niej. Czuł jej zapach, ciepło, drżenie z podniecenia. Słyszał jej rozszalałe serce i przyspieszony oddech. Widział, że ona też ze sobą walczy i... sam miał przeczucie, że tym razem się nie powstrzyma. Tak bardzo za nią tęsknił. Tak bardzo ją kochał i pragnął. Wiedział, że nie powinien... Wiedział, że to znów będzie dwuznaczne, ale... Tym razem poszedł za głosem serca.
Kiedy otworzyła oczy, by zobaczyć, dlaczego on nic nie robi, ujrzała jego pożądliwe, zielone spojrzenie i zmiękły je kolana. Czemu on jest tak diabelnie przystojny? – pomyślała sobie wtedy. Umierała ze zniecierpliwienia. Wówczas znów poczuła jego pocałunek, który odwzajemniła. Poddała się mu wreszcie i zapomniała o całym świecie...
Alren całował ją namiętnie i drapieżnie, odbierając jej oddech. Puścił jej dłonie. Wiedział, że to już niepotrzebne i nie pomylił się. Oplotła go bowiem ramionami wokół szyi i jęczała z rozkoszy, gdy pieścił jej dekolt, przygryzając co chwila. Wstrzymała oddech, gdy szarpnął jej gorset i zsunął tak, że biust był zupełnie odsłonięty. Świat zawirował, gdy jego język natrafił na jej, obrzmiałe z podniecenia, piersi. Zaraz potem wrócił do jej ust. Całowali się tak zawzięcie, że kaleczyli swoje wargi. Przywarł do niej gwałtownie, ale nawet nie zauważyła bólu uderzenia o drzewo, tylko bez opamiętania gładziła jego ramiona i plecy. Drgnęła niespokojnie, gdy poczuła, jak sięga pod jej spódnicę i ściąga jej majtki. Jednak nim zdołała jakoś zareagować, uniósł jej biodra i gwałtownie w nią wszedł. Musiała krzyknąć – tak intensywne było to doznanie.
Oddychali szybko. Nie wiedzieli, gdzie są. Nie myśleli o niczym. Po prostu kochali się dziko, doprowadzając się wzajemnie do szału. Łączyli ból z rozkoszą, gwałtowność z odrobiną czułości. Byli zadziorni i nienasyceni, łaknąc siebie nawzajem, jak narkotyku. Pieścili swoje najwrażliwsze miejsca niemal odruchowo, przekraczając wszelkie granice wytrzymałości, aż w końcu osiągnęli szczyt. Fala niesamowitego gorąca wstrząsnęła ich ciałami i nawet wciąż padający deszcz nie był w stanie ostudzić tego żaru.
Przez chwilę się nie ruszali. Nic nie mówili, zbyt rozpaleni, próbując zapanować nad drżeniem swych ciał. Dopiero po chwili Alren zrozumiał, jak wielki błąd popełnił i gorączkowo myślał, jak go naprawić. Tylko jedno mu przyszło do głowy, choć...
- Cholera – pomyślał Ren – że też znów mnie poniosło...
***
Link do obrazka - Alren i Ella razem (scalone obrazy):
http://graphic.g.mylog.pl/graphics/12703
Rozdział 139
7 dzień ruanu 8976 roku (7 dzień szkolenia), Aloria – Shall (Ogród Królewski, sypialnia Elli), wczesna noc
Ren nie mógł dłużej znieść tego widoku, więc chciał odejść, ignorując rozkaz Syriany. Jednak wtedy zauważył leżące na ziemi dwie, opróżnione butelki mocnego wina i nagle go olśniło. Zerknął jeszcze raz na Ellę i od razu zauważył, że jest ledwo przytomna i wciąż ma zamknięte oczy. Spojrzał na jej usta, gdy Gord pieścił jej dekolt i wyczytał z nich, jak wzywa jego imię, a nie Gorda...
Wszystko zrozumiał i nagle ogarnęła go furia, że ten drań wykorzystuje jej nastrój i upojenie dla własnej przyjemności. Wszystko się w nim zagotowało, więc nie czekał już ani chwili dłużej.
Podszedł do ławki zdecydowanym krokiem i rozdzielił ich jednym, gwałtownym szarpnięciem. Kiedy tylko Gord spojrzał na Rena ze zdumieniem i lekkim zdezorientowaniem, brunet przyłożył mu z całej siły w twarz. Uderzenie było tak silne, że Gord zsunął się z ławki i upadł na ziemię. Gdy ponownie podniósł głowę, ujrzał gniewne, żarzące się, zielone spojrzenie Alrena, który zaciskał pięści ze złości i cały się trząsł.
- Ty sukinsynu! Wstydu nie masz! – syknął wściekle, co otrzeźwiło nieco blondyna, który dopiero teraz zdał sobie sprawę, z tego, co zrobił.
- Ja... – nie wiedział, co powiedzieć.
- Nie będę z tobą rozmawiał, kiedy jesteś pijany – warknął, chwytając go za tunikę i szarpnął nim nieco, patrząc mu prosto w oczy. – Jutro się z tobą policzę – dodał złowieszczo.
Tymczasem Ella chwiejnie patrzyła od jednego do drugiego mężczyzny. Obraz był zamazany i podwójny, więc zdawało jej się, że widzi dwóch brunetów.
- Dwłóch Renóów? – wybełkotała. – Któjy jeest prawdywy?
- Ten – syknął Alren, biorąc ją jednym ruchem na ręce.
Ren totalnie zignorował Gorda, który próbował go jeszcze zatrzymać i zaniósł Ellę do jej komnaty, gdzie położył ją na łóżku. Jednocześnie się na nią złościł i było mu jej szkoda. Kiedy dziewczyna trzymała go za ubranie i nie chciała puścić, westchnął bezradnie i wyszeptał zaklęcie snu, które uśpiło ją w kilka sekund. Potem stał nad nią i przyglądał jej się chwilę. Pokręcił głową.
- A mówiłem, byś nie piła w towarzystwie innych mężczyzn... – rzekł bezwiednie, po czym wyszedł z jej komnaty.
Musiał jeszcze poinformować Syrianę, że Ella jest niedysponowana, więc powinna zaczekać z rozmową do jutra.
***
8 dzień ruanu 8976 roku (8 dzień szkolenia), Aloria – Shall (Ogród Królewski), przed świtem
Gdy Gord się obudził, czuł się fatalnie i to nie tylko dlatego, że dokuczał mu kac, ale także dlatego, że doskonale pamiętał, jak dobierał się do Elli, w czym na szczęście przeszkodził mu Alren. Miał wyrzuty sumienia, że posunął się aż tak daleko, by wykorzystać pijaną Księżniczkę. Nic go nie usprawiedliwiało. Ani to, że był pijany ani to, że zakochany. Wiedział, że na trzeźwo nie zrobiłby nic podobnego. Co najwyżej by ją pocałował... Jednak wczoraj... Gdyby Alren nie wkroczył... Był przekonany, że kochałby się z nią na tej ławce. Jakiż był słaby! Westchnął i nawet rześkie powietrze nie przynosiło mu ulgi.
W końcu potrząsnął głową i stwierdził, że pójdzie do Wieży Szermierzy, by przygotować się do dzisiejszych zajęć. Miał też zamiar przeprosić Ellę za wczorajsze zachowanie, nawet jeśli dziewczyna nic z tego nie będzie pamiętała. Czuł, że jeśli tego nie zrobi, nie będzie mógł spojrzeć w oczy ani jej, ani... Alrenowi.
Wszak jako Shiryen zachował się karygodnie i złamał najważniejszą z zasad. Zirytował się na myśl, że przez swoją słabość znów okazał się gorszy, niż Alren. Gdy skierował się już w stronę wieży, wyczuł silną, znajomą aurę. Odwrócił się gwałtownie i zobaczył Alrena we własnej osobie.
Opierał się o drzewo i patrzył na niego morderczym wzrokiem. Ciarki przeszły mu po plecach. Zadziwiające, że ten facet potrafił przerażać samym spojrzeniem, nawet jeśli nie używał ”tych” oczu.
- Dzień dobry, Gordzie. Dobrze się spało? – jego ton był wyraźnie ironiczny.
- O co chodzi? – spytał niepewnie. – Nie mam czasu na pogawędki. Zaraz zaczynam zajęcia...
- Uciekasz? – zadrwił z niego i uśmiechnął się złośliwie. – Jakbyś nie wiedział, to do początku zajęć zostały jeszcze dwie godziny. Znajdziesz więc pięć minut dla mnie – rzekł tonem nie znoszącym sprzeciwu, więc Gord przełknął ślinę.
- Przyszedłeś się ze mną policzyć, jak wczoraj obiecałeś? – zgadł bez trudu, ale mimo iż zgrywał twardziela, wiedział, że tym razem racja jest po stronie Rena.
- Bingo! – klasnął teatralnie w dłonie i zbliżył się do niego. – Skoro więc nie muszę wyjaśniać oczywistego, przejdę od razu do rzeczy.
- To znaczy? – Gord nie zamierzał okazywać strachu, co nie znaczy, że trochę się go nie obawiał. – Pobijesz mnie? Zabijesz?
- Heh, widzę, że wciąż uważasz mnie za brutalnego barbarzyńcę. Cóż, nie obchodzi mnie, co o mnie myślisz – zaśmiał się ironicznie. – Nie mam interesu w tym, by cię zabijać, więc oczywiście tego nie zrobię. Musisz jednak coś wiedzieć... – spoważniał i podszedł tak blisko, że Gord poczuł jego oddech na swej twarzy.
- Chyba wiem, co powiesz...
- Świetnie, w takim razie tylko utwierdzę cię w przekonaniu – syknął i gwałtownie złapał Gorda za ubranie, tuż pod szyją. – Jeśli jeszcze raz zbliżysz się do Elli bardziej, niż zezwalają na to konwenanse... Jeśli jeszcze raz ją pocałujesz lub dotkniesz tak, jak wczoraj... To nie ręczę za siebie!
- Grozisz mi?
- Tak. To jest groźba! – odparł z naciskiem. – Jeśli jeszcze raz to zrobisz... Pozbawię cię tytułu Shiryena i okryję dożywotnią hańbą! A tego byś chyba nie chciał, co? – dodał z wyraźną kpiną, a jego na chwilę zamurowało.
- Ciekawe, jak? – prychnął, gdy pierwszy szok minął. - Przecież ten tytuł jest niezbywalny!
- Wyobraź sobie, że się mylisz! Istnieje jeden, jedyny i tajny sposób – zaskoczył go. - Jakbyś poczytał Tajemne Zasady Alorii do poduszki, to byś o tym wiedział. Jeśli mi nie wierzysz, to zapytaj Syrianę. Potwierdzi ona me słowa – drwił z Gorda.
- Jak mogłeś to czytać? Przecież to jest... tajne! – nie mógł się nadziwić.
- Najwyraźniej nie jestem tak praworządny, jak ty, ale za to mądrzejszy – rzekł odwracając się od Gorda.
Blondyn przez chwilę nie wiedział, co powiedzieć. Stracił już ochotę na dyskusję z nim. Zwłaszcza, że intrygowało go teraz, co to za sposób i zamierzał niezwłocznie porozmawiać o tym z Syrianą. Tymczasem Ren już skończył, gdyż powiedział wszystko, co chciał.
- Zapamiętaj sobie dobrze moje słowa – rzekł groźnie. – Nie będę się bowiem powtarzał – dodał i odszedł, zostawiając osłupionego Gorda samego.
***
Wieża Szermierzy, wieczór
Ella obudziła się z wielkim bólem głowy i równie dużą dziurą w pamięci. Zdawała sobie sprawę, że się upiła i denerwowało ją, że znów nie pamięta, co robiła w czasie minionego wieczoru. Jakby tego było mało, gdy zapytała o to Gorda, zmieszał się i powiedział, że porozmawiają o tym dopiero po zajęciach, by się nie dekoncentrować. Nie naciskała, zwłaszcza, że miała nieodparte wrażenie, że blondyn jest dziś nie w humorze, nawet jakby trochę przestraszony. Głowiła się tylko, co jest tego powodem.
Zajęcia przebiegły bezproblemowo. Gord walczył z Ellą osobiście, w celach treningowych, jako że na koniec następnych zajęć będzie miała już egzamin z szermierki i będzie musiała pokonać dziesięciu strażników w jednoczesnej walce. Ella starała się o tym nie myśleć i skupić się wyłącznie na doskonaleniu techniki. Była coraz lepsza, ale i tak dobrze wiedziała, że daleko jej do umiejętności Gorda, o Alrenie nawet nie wspominając. To ją trochę martwiło, jako że aby ukończyć ten etap szkolenia, miała go pokonać. Wciąż jeszcze nie wiedziała, jak tego dokonać. Jej stres narastał więc z każdym dniem.
Gdy nastał wieczór i zajęcia się skończyły, Ella mogła wreszcie przejść do rozmowy z Gordem, na którą tak czekała, by dowiedzieć się, co się wczoraj działo oraz dlaczego jest taki małomówny.
- Gordzie – zaczęła – powiesz mi w końcu, co się stało? Nic nie pamiętam z poprzedniego wieczoru... – zarumieniła się ze wstydu.
- Ello... – zawahał się. – Muszę cię przeprosić i mam nadzieję, że mi wybaczysz... – nie miał odwagi spojrzeć jej w oczy.
- Nie strasz mnie tak... Co się stało?
Gord westchnął ciężko i ze szczegółami opowiedział jej poprzedni wieczór. Począwszy od wspólnego picia, poprzez ich pocałunki, tego, jak posunął się za daleko, a skończywszy na wkroczeniu Alrena, który uratował sytuację.
Ella wysłuchała tego wszystkiego w milczeniu, nieco zaskoczona zachowaniem Gorda i jeszcze bardziej zszokowana postawą Rena. Czuła wstyd, że się tak upiła, że dopuściła do takiej sytuacji, ale jednocześnie i złość... Chyba po prostu było tego za wiele...
Gord czekał, aż ona pierwsza się odezwie, ale nie mógł dłużej znieść tej niepewności, więc sam zagadnął.
- Wybacz mi... – dopiero teraz Ella się ocknęła.
- Wybaczam – odparła obojętnie. – Jednak liczę, że to się nie powtórzy – dodała ostrzej.
- Oczywiście. Dziękuję... – ulżyło mu.
- Dobrze, a teraz wybacz... Muszę z kimś niezwłocznie pomówić...
Ella pożegnała się i pobiegła gdzieś, a Gord zastanawiał się, gdzie tak nagle biegnie i co planuje. Nie mógł rozgryźć jej emocji po tej rozmowie. Chciał wyczytać z jej twarzy, czy jest na niego zła, zawiedziona, cokolwiek... Jednak miał nieodparte wrażenie, że myślała o czymś zupełnie innym, niż on. Czuł, że to ma związek z Renem, ale postanowił tego nie roztrząsać. Planował teraz udać się do Syriany i porozmawiać o tym, co powiedział mu rano Alren. Wreszcie miał na to czas.
Tymczasem złotowłosa biegła, ile sił w nogach, do miejsca, w którym Alren prawie zawsze trenował. Nie rozumiała do końca swoich emocji. Po prostu miała tego wszystkiego dość. Skończyła się jej cierpliwość i zapragnęła zakończyć tę chorą sytuację, choć nie wiedziała do końca, jak to zrobić...
Alren... Odtrącił ją i wciąż mówi, że jej już nie kocha i nawet nie raczy niczego wyjaśnić. Poza tym zachowuje się, jak ostatni drań lub ją ignoruje. Jednocześnie jednak pilnuje jej na każdym kroku, jakby była jego własnością. Sprawia wrażenie zazdrosnego o Gorda i nie pozwala na ich zbliżenie, jak wczoraj. Przecież to przeczyło jego postawie i słowom! Skoro jej nie kocha, skoro ją rzucił, to co go, do cholery, obchodzi, z kim ona się spotyka czy całuje? Nie szkodzi, że nie uważała Gorda za swojego przyszłego partnera, chodzi tylko o samą zasadę. Logicznym wydawało jej się, że Alren nadal ją kocha, a przynajmniej coś czuje, skoro się tak zachowuje. Jego sprzeczne postępowanie oraz brak wyjaśnień doprowadzały ją do szału i właśnie dziś czuła, że miarka się przebrała i obiecała sobie wyciągnąć z niego prawdę.
Gdy zatrzymała się na łące, nad jeziorem i ujrzała ćwiczącego tam Rena, zacisnęła pięści, wyjęła swój miecz i z zaciętą miną podeszła do niego bliżej. Gdy Alren ją zaważył, znieruchomiał i czekał, aż ona podejdzie. Ich spojrzenia się spotkały – chłód z gniewem – zwiastując jakieś starcie lub co najmniej kłótnię.
W tym samym czasie z nieba zaczął padać deszcz. Najwyraźniej nawet niebo nie wytrzymało tego napięcia między nimi...
Link do obrazka - Alren:
http://graphic.g.mylog.pl/graphics/12700
Rozdział 116
32 dzień muedrilu 8976 roku, Egharia: Aloria – Lorion (Pałac Królewski), wieczór
Bal rozpoczął się już na dobre. Królowa Serabell przedstawiła Mirellę wszystkim gościom. Dziewczyna musiała uzbroić się w cierpliwość i zamienić słówko z każdą z tych osób. Szczególnie długo rozmawiała z Królową i Królem Havenu oraz Królową Veolii, a także z Kapłanką Elen i Arcykapłanką Theliną, których poznała już wcześniej. Dopiero potem mogła cieszyć się balem, choć tylko z założenia, bo wcale jej do śmiechu nie było.
Mimo iż te wszystkie ozdoby, kwiaty i suknie, wspaniała organizacja wprawiały ją w zachwyt, to brakowało najważniejszego. Nie to, żeby narzekała na brak chętnych kawalerów, którzy marzyli, by z nią zatańczyć... Doprawdy ustawiała się do niej cała kolejka eleganckich i zamaskowanych panów, ale ona pragnęła ujrzeć tylko jednego, którego nie spodziewała się tu znaleźć.
Zawiedziona zasiadła przy stole i popijała wino. Wówczas przysiadła się do niej Thelina, która od razu zauważyła pewne zmiany.
- Gdzie jest Alren?
- Otóż to jest dobre pytanie – westchnęła.
- Jak to? Chyba się nie rozstaliście? – spytała z niedowierzaniem.
- Oficjalnie tak. Osobiście mi o tym powiedział. Wyznał, że mnie nie kocha i bym o nim zapomniała... – głos się jej załamał. – Gdybyś widziała, jaki teraz jest zimny i nieprzyjemny... Naprawdę widać, że stara się być najgorszym z drani, ale ja i tak...
- To bardzo dziwne... – zastanawiała się głośno Thelina. – Nie wierzę, że on przestał cię tak nagle kochać.
- Ja tym bardziej, ale zupełnie nie wiem, jak z niego wyciągnąć, co się stało. – z trudem powstrzymała łzy. – Tęsknię za nim...
Thelina milczała przez chwilę, po czym uśmiechnęła się i chwyciła ją za rękę. Ella spojrzała na nią pytająco.
- Nie myśl o tym teraz. Spójrz, jaki to wspaniały bal i ilu panów tylko czeka na jeden taniec z tobą. Korzystaj z tego. Szkoda zmarnować taki wieczór na zamartwianie się...
- Ale...
- Jak przestaniesz się zadręczać i pokażesz, że masz się dobrze, to jestem pewna, że Alrenowi zrobi się głupio. Zobaczysz, że sam wtedy do ciebie przyjdzie... – mrugnęła do niej okiem. – Znam trochę mężczyzn. Im bardziej ich odtrącasz, tym bardziej do ciebie lgną – powiedziała, a Ella się zaśmiała.
- Obawiam się, że to się nie uda. W naszym przypadku, to ja do niego lgnę, gdy on mnie odtrąca – zażartowała.
- To zmień to – uśmiechnęła się i podała rękę komuś, kto poprosił ją do tańca – Nie marnuj czasu. Idź się zabawić – powiedziała jeszcze, po czym poszła zatańczyć.
Ella jeszcze chwilę się wahała, ale po chwili wstała i zrobiła kilka kroków w stronę parkietu. Od razu pojawiło się trzech kawalerów, którzy szarmancko się jej ukłonili i poprosili o taniec. Zaproszenie jednego z nich przyjęła.
Na początku Ella była niepewna tego, czy dobrze robi, ale po jakimś czasie zasmakowała w tańcu i komplementach, wciąż wymieniając partnerów na parkiecie. Kiedy się uśmiechała, wydawała się jeszcze piękniejsza i mężczyźni lgnęli do niej, jak muchy do lepu.
Arcykapłanka Thelina, która obserwowała to ukradkiem, uśmiechnęła się do siebie, podobnie jak Królowa Serabell. Wiedziała ona, że o to między innymi chodziło Syrianie z tym planem, aby Ella stała się niezależna od Alrena. Po chwili poszukała wzrokiem mężczyzny, który gościł w sercu Księżniczki i znalazła go.
Siedział przy stole, ignorując zaloty kobiet, które wręcz go oblegały i niezmiennie patrzył na tańczącą Ellę, z niezbyt zadowoloną miną. Już chciała do niego podejść i zagadać, kiedy on nagle wstał i zwrócił się do pierwszej z kobiet, która obdarzała go maślanym spojrzeniem. Wyciągnął rękę w tak dostojny sposób, jakby był królem... a nie wojownikiem.
Tak. To zawsze rzucało się Serabell w oczy, gdy go poznała lata temu. Miał w sobie prawdziwie królewską elegancję, grację i maniery, jeśli tylko oczywiście chciał to pokazać. To go mocno odróżniało od innych wojowników.
Kobieta, którą poprosił do tańca, oczywiście ochoczo się zgodziła i wpadła w niemy zachwyt, odkrywając, jakim on jest wytrawnym tancerzem. Ich taniec był na tyle widowiskowy, że utworzył się wokół nich krąg ciekawskich, którzy posyłali im zazdrosne spojrzenia. Ella, która właśnie przestała tańczyć, zauważyła krąg zainteresowania na parkiecie. Podeszła z ciekawości i zamarła, widząc tańczącą parę.
Od razu rozpoznała tę sylwetkę i charakterystyczne ruchy ciała. Nie musiała widzieć jego twarzy, by wiedzieć, że to był Alren. Oniemiała z wrażenia, bo wyglądał po prostu... bosko. Jednak zazdrość ją zżerała, że nie dość, iż nie powiedział jej, że weźmie udział w balu, to jeszcze tańczył z inną kobietą. W przypływie złości przyjęła kolejne zaproszenie jakiegoś mężczyzny i zaczęła z nim tańczyć, nie mniej widowiskowo, jak Ren ze swoją partnerką. Wianuszek ciekawskich poszerzył się, tworząc wokół tych dwóch par duży okrąg.
Serabell, która obserwowała wszystko z podwyższenia, uśmiechnęła się do siebie. Zagadnęła do niej wtedy Thelina, która również była zainteresowana tą dwójką.
- Pasują do siebie idealnie, prawda? – spytała spokojnie Thelina.
- W istocie. Żaden mężczyzna na tej sali nie dorównuje umiejętnościom tanecznym księżniczki. Nie mówiąc o ogładzie – stwierdziła Królowa. – Gdybym go nie znała, naprawdę posądziłabym go o królewskie pochodzenie.
- Kto wie, Pani, jakie jeszcze sekrety skrywa ten mężczyzna – odparła tajemniczo. – Wydaje mi się, że jeszcze nie pokazał wszystkiego.
- Zapewne... Wszak zawsze był i jest tajemniczy.
Tymczasem utwór się skończył. Pary ukłoniły się sobie nawzajem i postanowiły się wymienić. Ella zadrżała z emocji, widząc pokłon i wyciągniętą rękę Alrena. Jego usta wskazywały na powagę, ale wyobraziła sobie błysk w jego oczach, który nie mogła widzieć, gdy był w masce. W pierwszej chwili chciała mu utrzeć nosa i odmówić, ale wiedziała, że nie jest w stanie się mu oprzeć. Podała mu więc dłoń i od razu poczuła mrowienie na całym ciele, czując ciepło jego ręki, a następnie ciała, gdy chwycił taneczną „ramę”. Przez chwilę jego oddech owiał jej szyję, co wywołało u niej dreszcz podniecenia. Zastanawiała się, co on ma takiego w sobie, że po tak długim czasie i po ostatnich wydarzeniach, nadal tak silnie na nią działa?
Dziewczyna rozpłynęła się w tańcu z tym mężczyzną, a goście balu nie mogli oderwać od nich oczu. Razem tworzyli mieszankę wybuchową. Królowa Serabell uśmiechnęła się z aprobatą, a Thelina zaśmiała się cicho.
- Teraz wszystko jest na swoim miejscu – podsumowała, po czym obie z Królowa przyłączyły się do tańczących.
Ella pragnęła, by ta chwila trwała wiecznie. Co mogło być lepszego od cudownego tańca z ukochanym mężczyzną na takim balu? Tylko jedna rzecz jej przyszła do głowy, ale odpędziła tę myśl, rumieniąc się. Wydawało jej się, że przez chwilę widziała uśmiech Alrena, ale gdy zamrugała oczami, znów był poważny. Niestety i ten utwór się skończył. Alren chciał więc się odsunąć i ukłonić, ale nie puściła jego ręki.
- To wysoce niestosowne, Pani – starał się mówić naturalnie. – Tańcząc drugi raz z tym samym mężczyzną, okazujesz mu specjalne względy – wyjaśnił.
- Zatem wszystko jest w porządku, bo jesteś jedynym, którym je okazuję, Alrenie – odparła wyniośle.
- Mylisz mnie, Pani, z kimś innym – odparł szybko.
- Nie ma mowy, bym cię z kimś innym pomyliła – uśmiechnęła się ironicznie. - Jestem przekonana, że dobrze o tym wiesz.
- Obawiam się, że niestety tak się stało – upierał się przy swoim, ale nie był ani trochę zaskoczony.
Ella się zirytowała i już chciała coś powiedzieć, kiedy nagle zgasły wszystkie światła i zapowiedziano Taniec Ciemności, który zawsze był wyczekiwany, gdyż nie trzeba było się martwić podglądaniem, obserwowaniem, gapieniem i tak dalej. Ella przez chwilę była zaskoczona, ale szybko się opamiętała, widząc w tym szansę dla siebie.
Gwałtownie zbliżyła się do Alrena, chwyciła go za klapy marynarki, uniosła na palce i na oślep go pocałowała. Przeszył ją miły dreszcz, gdy poczuła te gorące, miękkie usta. Od razu zapragnęła więcej. Alren, który na początku był mocno zaskoczony jej manewrem, zaraz się opamiętał i chciał odsunąć, ale trzymała go mocno.
- Nie próbuj uciekać – syknęła półszeptem. – Nigdy nie uwierzę w to, że mnie nie kochasz! – wyznała szczerze, zbijając go z tropu.
Alren drgnął z emocji. Wzruszało go to, że pomimo tego wszystkiego ona nadal wierzyła w jego miłość. Spodziewał się tego, ale i tak miło było to usłyszeć. W tej jednej chwili, wszystkie hamulce puściły. Wiedział, że dłużej już nie wytrzyma. Tak bardzo jej pragnął... Pomyślał, że jutro będzie się martwił, co z tym zrobić, by nie zepsuć planu Syriany, ale dziś... Dziś posłucha serca. W tym momencie łapczywie ją pocałował, tak namiętnie i intensywnie, że Elli zmiękły kolana.
Zadrżała, gdy poczuła jego silne ramiona, którymi ją objął i przyciągnął do siebie. Ochoczo wtuliła się w jego pierś i usiłowała się nie udusić, w czasie rozwiązłych pocałunków, które przyprawiały ją o zawrót głowy. Tak bardzo za tym tęskniła... Gdy oderwała się od niego i nerwowo nabierała powietrza, obrócił ją tyłem do siebie i przyciskał do siebie, trzymając jej talię. Wzdychała z podniecenia, czując jego oddech na szyi i dekolcie.
- Czy tego chciałaś, Ello? – mruknął zmysłowo, a ona drgnęła, słysząc swoje zwykłe imię. – Chciałaś mnie doprowadzić do szału?
- Kpisz sobie? – burknęła. – To ty doprowadzasz mnie do szału swoim zachowaniem! – odpowiedziało jej milczenie.
- Jakoś specjalnie się nie przejęłaś, skoro tak dobrze się bawiłaś, tańcząc z innymi mężczyznami... – zwrócił uwagę na początek balu, a ona uśmiechnęła się do siebie. Thelina miała rację.
- A co z tobą? Ulegałeś wszak wdziękom kobiet na moich oczach – odpowiedziała mu tym samym, ale zaraz potem głos jej się załamał, gdy poczuła namiętny pocałunek na swojej szyi.
Serce jej biło, jak szalone. Czuła się tak, jak wtedy, gdy nie wiedziała jeszcze, czy Alren ją kocha. Miała wrażenie, że zakochuje się w nim na nowo i to ją bardzo ekscytowało. Po raz pierwszy, od jakiegoś czasu, czuła się w pełni szczęśliwa i nawet nie chciała się zastanawiać, co będzie potem. Liczyła się tylko ta chwila.
- Moim życzeniem jest, byś mi towarzyszył do końca balu... – powiedziała władczo, co go nieco rozbawiło.
- Rozkazujesz mi? – zakpił.
- Jako jedyna mam do tego prawo.
- Jako Księżniczka Miryonu tak, ale jako Ella... nie – przygryzł jej ucho, a ona zamruczała z zadowolenia. Droczył się z nią. Nigdy nie sądziła, że będzie jej tego brakowało.
- To się jeszcze okaże, żołnierzu... – rzekła zmysłowo i odwróciła się do niego, dotykając przez spodnie jego intymnych miejsc. Jęknął, bo i tak był już podniecony.
- Lepiej, żeby teraz nie zapalili światła, moja Księżniczko... – mruknął z rozbawieniem i pocałował ją namiętnie w usta.
Blask Miryonu (tom II) - Część V - Rozdział 109
wtorek, 18.października.2011, 01:00Witajcie!
Zaczynamy II tom „Blasku Miryonu”, wraz z V częścią. Mam nadzieję, że nie będziecie zawiedzeni jej treścią. Jednocześnie informuję, że to najdłuższa część ze wszystkich i zarazem ostatnia tego typu...
Miłego czytania i czekam na wrażenia!
***
Blask Miryonu
Tom II
Część V – „Szkolenie Elli”
Rozdział 109
31 dzień muedrilu 8976 roku, Egharia: Aloria – Lorion (Świątynia Harionlis), poranek
Gdy Ella otworzyła oczy, zorientowała się, że jest w swojej komnacie. Zdziwiła się, bo przecież zasnęła w sali Alrena. Po chwili jednak pomyślała, że musiał ją tu przenieść... Tylko po co? Aby nikt nie odkrył, gdzie spędziła noc? To było bez sensu! Przecież wszyscy wiedzą, że ona i Ren się kochają, więc po co ten cały cyrk? Zasady i konwenanse... – przypomniały jej się słowa ukochanego i jednocześnie zirytowały. Gdy zerknęła na zegar, stwierdziła, że jest jeszcze bardzo wcześnie. Postanowiła pójść do Rena i zapytać go, dlaczego tak się tym wszystkim przejmuje, skoro wcześniej miał to w głębokim poważaniu.
Tak postanowiwszy, ubrała pierwszą lepszą suknię i wyszła ze swej komnaty. Niestety nie znalazła go w jego sali. Zawiodła się, bo chciała z nim porozmawiać, koniecznie jeszcze przed ceremonią. Głowiła się, dokąd mógł pójść o tak wczesnej porze i wtedy pomyślała o ogrodzie. Wymknęła się tam cichcem, sprytnie unikając kontaktu ze strażą. Nie miała ochoty na ich uprzejmości ani pytania, dokąd idzie. Niestety, tuż przed wyjściem do ogrodu, omal nie wpadła na Gorda.
- Dzień dobry, Wasza Wysokość. – Blondyn ukłonił jej się, ale ona nie miała najmniejszej ochoty na rozmowę z nim. Zwłaszcza teraz, gdy jej myśli krążyły wokół wczorajszego, dziwnego zachowania Rena.
- Witaj. Idę się przewietrzyć. Przepuść mnie, proszę – odparła uprzejmie.
- Idziesz szukać JEGO – powiedział, zaskakując ją. – Nie musisz mnie okłamywać, Pani... – spojrzał jej w oczy, a ona zmieszała się.
- Widziałeś go może przypadkiem? – starała się być opanowana.
- Jest blisko, Księżniczko. Wyczuwam jego obecność, więc nie musisz się o niego martwić.
- Muszę z nim pomówić na osobności – powiedziała poważnie. – Dlatego proszę, nie idź za mną.
- Jak rozkażesz, Pani – ukłonił się ponownie i wpuścił Ellę do ogrodu.
Idąc między drzewami, wciąż sprawdzała, czy Gord jej nie śledzi, ale na szczęście przekonała się, że posłuchał jej prośby. Odetchnęła z ulgą. Czuła się nieswojo przy tym blondynie. Sama nie wiedziała, dlaczego. Potrząsnęła jednak głową i postanowiła skupić się na poszukiwaniach swego mężczyzny.
Gdy po trzydziestu minutach dotarła do pięknej, centralnej fontanny w świątynnym ogrodzie, usiadła na jej brzegu i ze smutkiem patrzyła w strumień lazurowej wody. Przeszukała prawie cały ogród i nie znalazła go. W pierwszej chwili pomyślała, że może otrzymał jakieś specjalne zadanie, ale zaraz sobie przypomniała, że miał obowiązek ją chronić, więc musiał być w pobliżu. Poza tym potwierdził to sam Gord. To zaś oznaczało, że Alren jej unikał. Martwiło ją jego wczorajsze zachowanie.
Miał chłodne spojrzenie, a jego słowa były ostre jak brzytwy. Mimo iż wczorajsza namiętność była niezwykła, silna i z pewnością prawdziwa, wiedziała, że coś jest nie tak. Niepokoiło ją, że w ogóle poruszył temat rozstania, nawet jeśli tylko w żartach. Intuicyjnie czuła, że wczoraj rano wydarzyło się coś ważnego, coś co zupełnie odmieniło jego postawę. Bała się, o co chodzi i o tym chciała z nim porozmawiać, a jego jak na złość nigdzie nie było. Westchnęła ciężko. Jeszcze nawet nie przeszła ceremonii, a już miała dość tej nowej sytuacji. Zapragnęła wrócić do krainy wiecznego lodu albo pustyni, gdzie może nie było tak pięknie, jak tutaj, ale Alren był sobą i należał tylko do niej. Stwierdziła, że w tym momencie jest okropną egoistką, ale nie zamierzała się tym przejmować.
Kiedy tak siedziała i patrzyła w pogodne niebo, pozwalając, by łagodny wiatr owiewał jej twarz, niespodziewanie usłyszała znajomy głos. Ten, który chciała usłyszeć najbardziej...
- Witaj, Wasza Wysokość. – Jego ton był tak oficjalny, że Ella nie mogła uwierzyć, że mężczyzna, który przed nią teraz klęczał, to jej Ren.
- Cześć Ren... – rzekła nieśmiało.
- Jestem Alren, nie Ren, Pani. – Spojrzał na nią, ale jego wzrok był zupełnie pusty i wręcz poraził dziewczynę.
Nie było w nim żadnych emocji. Jego oczy nie wyrażały ani miłości ani gniewu, zupełnie nic. Ellę przeszył niemiły dreszcz.
- Nie wygłupiaj się. Wiem, że mnie nabierasz tym zachowaniem... – rzekła niepewnie. – Nie mam dziś nastroju na żarty.
- Z całym szacunkiem, Wasza Wysokość, mówiłem poważnie. Od dziś ty jesteś Mirellą, a ja Alrenem.
- Przecież jesteśmy teraz sami! Po co te uprzejmości? – krzyknęła Ella, podbiegając do niego i zmuszając go, by wstał i spojrzał jej w oczy. – Co się z tobą dzieje, Ren? Dlaczego jesteś taki dziwny?
- Puść mnie, Księżniczko – powiedział spokojnie, kiedy ona płonęła z emocji.
- Przestań! Błagam cię! – Oczy jej się zeszkliły. – Popatrz na mnie normalnie, drocz się, ile chcesz., możesz nawet się ze mnie śmiać, ale proszę... Nie bądź taki, jak teraz! – szarpała go za ubranie i wtedy on chwycił jej dłonie, i siłą odciągnął od siebie.
- Mirello, to niemożliwe – odparł nadal opanowanym tonem. – Uspokój się i chodź za mną. Śniadanie i Syriana już czekają.
- Mam to gdzieś! Nigdzie nie pójdę, dopóki mi nie wyjaśnisz, o co tu chodzi! – kipiała ze złości, a on sprawiał wrażenie niewzruszonego. – Jak możesz być taki zimny po wczorajszej nocy? Nawet nie... W ogóle po tym wszystkim, co razem przeszliśmy! Jeśli coś się stało, powiedz mi o tym... – Patrzyła na niego błagalnie, panicznie szukając choćby iskierki uczucia w jego oczach, ale bezskutecznie.
- Wasza Wysokość, musisz zrozumieć, że Ren i Ella umarli, a wraz z nimi to, co ich łączyło. – Głos mu nawet nie zadrżał, gdy to mówił. – Teraz są Mirella i Alren. Księżniczka Miryonu i jej strażnik. Będę cię strzegł, aż do ostatniej kropli krwi, lecz nie oczekuj już ode mnie tego, czego nie mogę ci dać.
- Chyba nie mówisz o... – Ella się załamała i aż usiadła na brzegu fontanny z wrażenia.
- Tak, mówię o miłości, w każdej jej możliwej postaci. Ren, który kochał cię całym sercem już nie istnieje... Musisz się z tym pogodzić – stwierdził poważnie, a Ella nie wierzyła własnym uszom.
- Jak to nie istnieje?! Co ty bredzisz, do diadła! Co oni ci zrobili wczoraj rano? Albo raczej, co zrobili ci dzisiaj? – zaczęła się zastanawiać, czy na zmianę jego osobowości nie wpłynął wczorajszy rytuał powrotu Shiryena. Może naprawdę mu coś poprzestawiali w głowie, by się nie buntował przeciw zasadom?
- Nic. Uprzedzałem, że tak się stanie...
W tym momencie do Elli niczym bumerang powróciły słowa o zmianach, o których rzeczywiście wczoraj wspomniał. Nigdy jednak nie sądziła, że będą tak szokujące. To było nie do przyjęcia! Po chwili kompletnego szoku, pozbierała myśli i wstała, przybierając waleczną postawę.
- To Syriana, prawda?
- Nie rozumiem, o czym mówisz, Księżniczko.
- Skończ już z tymi uprzejmościami, bo robi mi się niedobrze! – huknęła na niego. – To przez nią się tak zachowujesz, prawda? To ona kazała ci się ode mnie odsunąć? – była pewna, że tak się stało.
- Mylisz się pani. Co mam zrobić, byś uwierzyła, że nie będziemy już razem?
- Musiałbyś mi w oczy powiedzieć, że mnie nie kochasz... – rzekła ryzykownie. – Ale tego przecież nie zrobisz, prawda? Nie można wymazać tak silnych uczuć w ciągu jednego dnia czy nocy.
Miała nadzieję, że skruszą go te słowa i zaraz wszystko jej wyjaśni, ale pomyliła się. Jego spojrzenie nadal było puste, a postawa nieugięta. Nie mieściło jej się w głowie, że można być tak dobrym aktorem, więc tym bardziej taki Ren ją przerażał...
- Jeśli taki jest twój rozkaz, Pani... - popatrzył jej głęboko w oczy, aż zadrżała. – Nie kocham cię. Z nami koniec. Powtarzam po raz kolejny, Ella i Ren już nie istnieją – mówił to z takim przekonaniem i tak lodowatym tonem głosu, że Ellę zalał zimny pot. Straciła grunt pod nogami.
- Nie wierzę ci... – kręciła nerwowo głową, cofając się. – To jakiś kiepski żart... Ty w coś grasz... – rzekła i potknęła się o fontannę, wpadając tyłkiem do wody i mocząc ubranie.
Ren bez słowa chwycił jej dłonie i pociągnął ją, pomagając jej ponownie wstać. Jednak Ella nadal drżała z emocji. Nawet jego dotyk był inny. Nie wyczuwała w nim żadnych emocji. Gdzie to ciepło i dreszczyk podniecenia, które czuła wcześniej?
- Powinnaś być bardziej ostrożna, Pani – rzucił sucho. – Nalegam, byś jak najszybciej udała się od jadalni. Syriana na pewno się już niecierpliwi.
- Nie pójdę tam... Nie w takim momencie... – próbowała dojść do siebie.
- Za chwilę przyjdzie tu Gord. Odprowadzi cię.
- Nie chcę! – syknęła i spojrzała na niego z taką złością, jak nigdy wcześniej. – Mów co tu się, do jasnej cholery, dzieje! W tej chwili! – krzyknęła, chcąc uderzyć pięścią w jego tors, by rozładować napięcie, ale Ren błyskawicznie złapał jej dłoń i zablokował cios.
- Wasza Wysokość? – usłyszeli nagle Gorda, który wyglądał na zdezorientowanego sceną, którą zobaczył.
Spodziewał się przyłapać ich na jakiś namiętnych pocałunkach albo nawet... Tymczasem zamiast tego ujrzał roztrzęsioną, zapłakaną i rozzłoszczoną Ellę oraz zimnego, wyrachowanego Rena.
- Odejdź! – syknęła do niego.
- Musisz, Pani już iść. To bardzo ważne – podkreślił. – Rozmowę ze swym strażnikiem możesz dokończyć po ceremonii.
- Wiesz, ile mnie obchodzi ta ceremonia? – krzyknęła zła, że Gord jeszcze tu stoi.
- Domyślam się, ale pamiętaj, Pani, że bez ciebie ten świat czeka zagłada. Jestem przekonany, że o tym wiesz i nie chcesz tego – odparł dyplomatycznie i bardzo uprzejmie, a Ella zamilkła,
Gdy po chwili podniosła wzrok, zauważyła, że Ren gdzieś zniknął. Zaczęła się rozglądać, ale oprócz Gorda nie widziała nikogo.
- Udał się do Świątyni, by sprawdzić, jak przebiegają przygotowania do ceremonii, Księżniczko – wyprzedził jej pytanie.
- Nie wybaczę mu, że tak po prostu zniknął po tym, co powiedział... – ugryzła się w język, widząc rosnące zainteresowanie Gorda. On nie powinien wiedzieć o ich problemach. – Dobrze, prowadź... – rzekła od niechcenia.
- Proszę za mną, Pani...
http://graphic.g.mylog.pl/graphics/12672
Rozdział 103
29 dzień muedrilu 8976 roku, Egharia: Aloria – okolice Lorionu, świt
Ella i Ren jechali całą noc, bez przerwy. Kiedy zaczęło świtać, dotarli do miejsca, z którego widzieli już Lorion. Zatrzymali się na wzgórzu i patrzyli jak wschodzące Słońce oświetla jasne budynki stolicy, która mieli przed sobą. Po prawej stronie widzieli ogromne, błękitne jezioro, a po lewej niekończący się las tropikalny. Za miastem zaś, gdzieś bardzo daleko, widać było zarysy zielonych gór. Lorion doskonale wkomponował się w tutejszą przyrodę, jakby był jej częścią. Ella była zachwycona tym widokiem. W nocy nie widziała tych pięknych drzew, traw i wody, więc teraz nie mogła się napatrzeć na ten krajobraz. Ren widząc jej zmęczenie i zarazem zachwyt, zeskoczył z konia.
- Chodź, zatrzymamy się na chwilę i zjemy śniadanie. Nie możemy odwiedzić Syriany całkiem wyczerpani – stwierdził, pomagając jej zejść na dół. – Na brak snu nic nie poradzę, ale na głód i owszem. – Uśmiechnął się, słysząc, że jej brzuch oznajmia porę na posiłek. Zarumieniła się z zawstydzenia, ale ochoczo usiadła na miękkiej trawie i obserwowała, co robi Ren.
Podziwiała ciało swego mężczyzny, gdy zdjął z siebie prawie całe ubranie. Dla niej każdy jego fragment był doskonały. Nawet to, z jaką zwinnością poruszał się w wodzie, łowiąc ryby, było dla niej niezwykłe. Śledziła ruchy mięśni jego odsłoniętych pleców. Nie mogła przestać patrzeć na jego krótkie, czarne włosy. Przyzwyczaiła się do długich włosów, więc była to dla niej duża zmiana. Poza tym, nie mogła oprzeć się myśli, że w krótkich wygląda jeszcze bardziej męsko, niż wcześniej.
Ren czuł na sobie jej wzrok, przez cały czas i w końcu odwrócił się do niej i uśmiechnął. W świetle rannego Słońca wyglądał niezwykle spokojnie, a jego twarz wydawała się cieplejsza i jeszcze bardziej przystojna. Ella musiała wlepić wzrok w trawę, by uspokoić swe serce. Podniosła wzrok dopiero wtedy, gdy Ren stojąc przed nią, rzucił na nią cień.
- Ależ ja jestem przystojny, co Kotku? – zaśmiał się serdecznie, a ona spąsowiała.
- Próżny i przystojny! – udała oburzenie, ale wtedy chwycił jej podbródek i zmusił by spojrzała mu w oczy.
- Przyznaj, że lubisz się na mnie gapić, zwłaszcza kiedy łowię ryby. – Uniósł znacząco jedną brew.
- Przestań... Kocham cię, więc to chyba normalne... – mruknęła cała czerwona.
- To dlaczego się tego wstydzisz? – Pstryknął ją lekko w nos. – Czemu wciąż się tak czerwienisz? – zaśmiał się, bo spojrzała na niego z niezwykle uroczą minką.
- Ren... Znowu zaczynasz... – bąknęła i odwróciła się do niego plecami.
Aż podskoczyła, gdy delikatnie objął ją od tyłu i przytulił się do jej pleców. Dziewczyna poczuła ciepło na sercu, gdyż Ren dość rzadko okazywał czułość w ten sposób. Zwykle się z nią droczył, jak przed chwilą i był impulsywny. Taka drobna odmiana, bardzo jej się spodobała.
- Masz rację... – mruknęła zarumieniona, zaskakując go nieco. – Uwielbiam się na ciebie gapić – zachichotała cicho, a on wtedy pocałował ja w policzek, nie wypuszczając z objęć.
- Wiem, Kotku.
- No tak... Mogłam się domyślić, że to powiesz – zakpiła wesoło, a on wtedy odsunął się i rozpalił małe ognisko, na którym upiekł dwie rybki.
Ella nie była zachwycona, że ją puścił ani z tego, że znowu jadła ryby, ale i tak czuła się odprężona. Mimo że Ren siedział teraz naprzeciw niej w samych spodniach, wciąż czuła jego ciepło na plecach. Westchnęła. Znali się już jakiś czas, wiele razem przeżyli, a ona wciąż zachowywała się, jak zakochana nastolatka. Postanowiła rozpocząć rozmowę, aby zmienić nieco tor swych myśli.
- Ren, opowiedz mi coś o Alorii...
- O, znów mam się bawić w wykładowcę? – zaśmiał się.
- Nie bądź taki i powiedz coś.
- No dobrze, już dobrze... – Wiedział, że tak będzie. – Co cię interesuje?
- Na przykład, co to za miejsce, ten las i jezioro. Tak tu pięknie!
- Znajdujemy się na skraju Lasu Riamir. To jedyny, w miarę normalny las w tym kraju, pozbawiony magii. Jednak i tak jest pełen trujących roślin i niebezpiecznych zwierząt.
- Przypomina z zewnątrz las deszczowy na Ziemi. Najbardziej bogaty, piękny, ale i groźny.
- No to się zgadza. – Uśmiechnął się. – Natomiast to jest największe jezioro w Alorii, zwane jeziorem Sollash. Do niego wpływa rzeka Loria, wzdłuż której podróżowaliśmy konno. Jak widzisz te wody są krystalicznie czyste i bogate w ryby.
- A tamte góry, które widać nawet stąd?
- To Góry Alores, od nich powstała nazwa tego kraju. Są bardzo piękne, ale i zdradzieckie. – Puścił jej oczko.
- Ten kraj podoba mi się najbardziej ze wszystkich, które widziałam. Nie znoszę zimy, więc w Veolii nie czułam się za dobrze. Kocham przyrodę, więc i pustynia nie była dla mnie. Ale tutaj... tu jest cudownie.
- Tak, bez wątpienia, to jeden z najpiękniejszych krajów w Egharii.
- A właśnie, czemu nazywają ten kraj Kraina Bogów?
- Z dwóch powodów. Po pierwsze tutaj znajduje się wejście do Sanktuarium Hariosa, Ducha Egharii, a po drugie, to kraj kapłanów. Znajdują się tutaj siedziby wszystkich religii Egharii, szkoły kapłańskie, świątynie i zakony. To dlatego tak nazywają Alorię – rzekł spokojnie i zobaczył, że Ella usiadła obok niego, nie jak do tej pory, naprzeciwko.
- Teraz udamy się na spotkanie z Syrianą?
- Tak. – Nieco spoważniał i wówczas poczuł jej dłonie na policzkach. – Co robisz? – spytał z rozbawieniem, a ona go słodko pocałowała w usta. To było tak przyjemne, że poczuł mrowienie na całej skórze.
- Nic takiego. Podoba mi się ten słodki poranek... – mruknęła, wtulając się w jego pierś.
- Wiesz, że musimy się już zbierać? – spytał, chichocząc.
- Tak, ale zostańmy tak jeszcze przez chwilę, dobrze? – spojrzała na niego błagalnie i ucieszyła się, gdy się nie odsunął, tylko przytulił mocniej.
***
Kilkanaście minut później...
Ella i Ren posprzątali nieco po sobie, po czym zamierzali wsiąść na konia i wjechać do stolicy, która znajdowała się teraz jakieś pół kilometra stad. Jednak, kiedy Ren pomógł Elli dosiąść konia i sam miał na niego wsiąść, usłyszał stukot kopyt. Odruchowo chwycił wodze swego rumaka na którym była Ella i spojrzał na ścieżkę, z której niedawno zboczyli, by rozbić obóz. Niedługo potem ujrzeli jeźdźca na białym koniu, który patrzył dokładnie w ich stronę. Ren przeczuwał, że jedzie im na spotkanie i nie był tym zachwycony.
- Ren, on jedzie prosto na nas. Kto to może być? – spytała, widząc że jeździec się zbliża.
- Nie wiem, ale to z pewnością nie jest wróg – odparł, by ją uspokoić. – Niemniej jednak nie podoba mi się ten facet... – skrzywił się, rozpoznając tę aurę wokół niego.
Była tak charakterystyczna, że musiałby być głupcem, by nie wiedzieć, kim jest ten mężczyzna. Chwilę później jeździec zatrzymał się przed nimi i zsiadł z konia. Ren i Ella, która również zeszła na ziemię, śledzili każdy jego ruch. Ren spojrzał mężczyźnie w oczy i skrzywił się na widok medalionu, który miał on na szyi. Natomiast Ella nie mogła oderwać od niego oczu.
Jeździec był wysoki i dobrze zbudowany. Z pewnością był wojownikiem. Jego złoto - blond włosy były raczej krótkie i mieniły się w porannym Słońcu, a na czole miał zawiązaną czarną opaskę. To był człowiek o jasnej karnacji i twarzy, z której biła pewność siebie, a chwilami i zaciętość. Jego przystojna twarz nie była delikatna ani anielska, zwłaszcza, że na jego czole znajdowała się niewielka, ale dość ciemna, blizna po ranie ciętej. Mimo to wzbudzał zaufanie – przynajmniej Elli. Jednak to, co przyciągało zwłaszcza uwagę, to duże, jasnobłękitne oczy, które miały w sobie coś magnetycznego. Oprócz urody, uwagę dziewczyny przyciągnął jego strój.
Miał na sobie czarne, dopasowane spodnie i wysokie buty oraz ciemnoszarą tunikę, umocowaną czarnym, szerokim pasem. Nie miała rękawów i odsłaniała znaczną część jego umięśnionego torsu. Mężczyzna miał też czarne, skórzane bransolety wokół nadgarstków, które zapewne służyły głównie do ozdoby. Ella dostrzegła, że nosił na plecach bardzo długi miecz, a na szyi – okazały, okrągły medalion z jakimś symbolem, wykonany najprawdopodobniej ze srebra. Oprócz tego nosił liczne, drobne kolczyki w uszach i pierścienie na palcach.
Ella musiała sama przed sobą przyznać, że stoi przed nią naprawdę intrygujący mężczyzna. Jej reakcja na nieznajomego nie spodobała się Renowi, który poczuł ukłucie zazdrości.
Tymczasem blondyn przyglądał im się przecz chwilę w milczeniu, po czym ukląkł przed Ellą, ku jej zdumieniu.
- Witaj, o Pani, w Alorii! Jestem Gord ven Lorando, Shiryen Alorii! Przybywam, by eskortować Księżniczkę Miryonu do Jej Ekscelencji Syriany – rzekł dumnie.
- Kłamca – skomentował Ren z ironią w głosie, co poskutkowało nieprzychylnym spojrzeniem Gorda.
- Dlaczego zarzucasz mi kłamstwo, Alrenie vhe Adhenos? – zaznaczył, że wie, kim jest zielonooki.
- Nie wiesz? – zakpił. – To przyjrzyj mi się dokładniej. – Uśmiechnął się szelmowsko, a Gord który z początku nie wiedział, o co mu chodzi, usłuchał jego słów.
Przez chwilę patrzył na niego w skupieniu, aż wyczuł TĘ aurę. Zadrżał, nie wierząc własnym oczom. Nikt go nie uprzedził, że to Alren jest...
- Niemożliwe... – wydusił z siebie. – Ty jesteś...
- Tak, mój drogi. To JA jestem Shiryenem Alorii, a ty póki co, jesteś tylko moim następcą – rzekł z dumą w głosie, a Gord czuł się już mniej pewnie, niż przed chwilą.
Link do większego obrazka (zobacz Linki do obrazków, z lewej strony, w menu):
http://graphic.g.mylog.pl/graphics/12655
Witajcie!
Dziś wrzucam spontanicznego bonusa, którego chcę zadedykować pewnej przemiłej osobie. (ta osoba będzie wiedziała, że o nią chodzi) ;) ;*
Załączam też rysunek Alrena jako Shiryena, już w krótkich włosach, które później będzie miał. ^^
To ilustracja do początku V części BM, więc dziś wrzucam wersję mangową, (w całości wykonaną ręcznie, tuszem) zaś wraz z V cz. pojawi się wersja tego obrazka w kolorze. ;)
Przy okazji nadmienię, że w V cz. pojawią się ponownie moje rysunki. ;)
Pozdrawiam i życzę miłego czytania! ;)
***
Rozdział 91
23 dzień muedrilu 8976 roku, Egharia: Hevan – okolice Sha-jin, poranek
Kirk i jego towarzysze właśnie opuszczali stolicę Hevanu, planując kolejną łapankę na niewolników. Byli w doskonałych nastrojach, bowiem mieli ze sobą sporą gotówkę, którą dostali za wskazanie Elli – rzekomej zdrajczyni.
- To było dziecinnie proste! – zaśmiał się Kirk, ich szef – Musimy kiedyś powtórzyć taki numer.
- Koniecznie! – zawtórowali mu i nagle stanęli jak wryci, słysząc znajomo brzmiący głos.
- Obawiam się, że nigdy więcej już tego nie zrobicie... – powiedział ktoś, stojący za nimi.
Niepewnie się odwrócili i ujrzeli wysokiego bruneta w białym stroju. W jego zielonych oczach dostrzegli niewyobrażalny gniew, a na ustach ironiczny uśmiech. Zadrżeli, rozpoznając Alrena.
- Ty... – zawahał się jeden z nich – Nie powinieneś być już martwy?
- A wyglądam na martwego? – zakpił, wyjmując swój długi miecz, a oni drgnęli niespokojnie.
- Jak to możliwe? – zdumiał się Kirk – Przecież...
- Wyobraźcie sobie, że wyjaśniłem to nieporozumienie Królowi... – rzekł powoli, akcentując każde słowo i jednocześnie demonstracyjnie przejechał dłonią, po płaskiej stronie miecza.
- Niemożliwe... – handlarze zaczęli trząść się ze strachu i nerwowo wyjęli swe szpady.
- A jednak... – nadal mówił wyjątkowo wolno, jakby delektował się ich strachem w oczach – I wiecie, co jeszcze wam powiem? Zaraz umrzecie...– spojrzał na nich gniewnie, gwałtownie ustawiając miecz w pozycji bojowej.
Handlarze niewolników przygotowali się do walki, ale byli tak przerażeni, że gołym okiem było widać ich drżenie. Mimo iż byli wprawnymi szermierzami, z jakiegoś powodu, widząc TE oczy, nie potrafili opanować swego lęku.
- Nie możesz nas zabić! – krzyknął w końcu szef bandy – Za morderstwo grozi kara śmierci! A jesteśmy blisko stolicy... – zawahał się, słysząc ironiczny śmiech Rena.
- Naprawdę jesteście takimi głupcami, czy tylko udajecie? – zadrwił z nich – To wam grozi kara śmierci, po tym jak oszukaliście Władcę Hevanu... Jednak Król łaskawie pozwolił mi zająć się wami osobiście. – rzekł, powoli podchodząc do nich.
- Cooo?! – spocili się ze strachu, jednak nim do końca zrozumieli swoje obecne położenie, Ren ruszył już do ataku.
- Teraz zapłacicie mi za to, co zrobiliście Elli i za ostatnie oszustwo! – krzyknął, błyskawicznie znajdując się wśród nich.
Nim się obejrzeli zginął jeden z nich. Zrobił unik, odchylając się w tył, po czym wykorzystując silę rozmachu po ostatnim cięciu, powalił drugiego handlarza. Później zaatakowała go dwójka kolejnych, więc zablokował ich miecze swoim i silnym ruchem odrzucił do tyłu. Wykonał niezwykle szybki obrót, w trakcie którego powalił ich na ziemię. Ostatni handlarz był tak przestraszony, że chciał uciec, ale Kirk go chwycił i zasłonił nim się. Ren prychnął i uśmiechnął się do niego złośliwe.
- Ale z ciebie tchórz... – stwierdził fakt – Sądzisz, że on cię osłoni? – zakpił i błyskawicznie zabił tego drania, a Kirk odskoczył i zaczął uciekać.
- Zostaw mnie! – krzyczał biegnąc przed siebie – Ty nie jesteś człowiekiem, tylko potworem!
- Tak, w istocie. – rzekł, znajdując się nagle przed nim, w niewyobrażalnym tempie – Jestem potworem... – obniżył głos i spojrzał szefowi bandy w oczy.
- Kim ty jesteś? – drżał Kirk, cofając się znowu – Nigdy nie widziałem, by ktoś poruszał się tak szybko!
- Przykro mi to mówić, ale już nigdy się tego nie dowiesz. – rzekł, atakując go.
Kirk zablokował kilka ciosów i nawet próbował atakować, ale kiedy on celował ostrzem w głowę, Ren bez trudu zrobił unik i przebił jego pierś.
Gdy cofnął miecz i spojrzał na sześć trupów z odrazą, usłyszał głosy straży królewskiej, która obserwowała całe zdarzenie z muru. Podbiegli do niego i ukłonili się.
- Jesteśmy pod wrażeniem, twoich umiejętności, Panie. – rzekł szef straży.
- Jakiś problem? – spojrzał na nich nieufnie.
- Żaden. Król rozkazał nam przynieść głowy tych zdrajców.
- Ach rozumiem... – zaśmiał się ironicznie – Mieliście się nimi zająć, gdyby mnie się nie udało... Jak widać, po mnie poprawiać nie trzeba. – odparł. Wytarł miecz z krwi i schował do skórzanej pochwy, przy pasie.
- Zgadza się. – zakłopotali się nieco, gdyż widzieli, że Ren był znacznie lepszy od nich.
- Posprzątacie to? – spytał już obojętnie.
- Oczywiście. Zaraz się tym zajmiemy. – ukłonili się nieco i zabrali się za porządki, a Ren, rozbawiony ich respektem wobec niego, ostatni raz spojrzał w tamtą stronę i skierował się do pałacu.
***
23 dzień muedrilu 8976 roku, Egharia: Hevan – Pałac Królewski (taras), około południa
Kiedy Ella się obudziła, zorientowała się, że nigdzie nie ma Rena. Sprawdziła wszystkie pomieszczenia i nic. Westchnęła ciężko. Zauważyła, że bardzo rzadko zastaje go w łóżku, kiedy się budzi. W istocie był niespokojnym duchem, który nie potrafił nic nie robić. Zawsze albo szedł się myć albo jadł, łowił ryby lub gdzieś znikał, jak dziś. Zaśmiała się z samej siebie, że chciałaby kiedyś się obudzić i ujrzeć go śpiącego obok niej. Jednak wiedziała, że musiałaby wstać znacznie wcześniej, by do tego doszło, a jako że zaliczała się do śpiochów, zawsze szkoda jej było snu. W końcu machnęła na to ręką, odświeżyła się i ubrała w czystą, białą suknię.
Była wykonana z jedwabiu, z podniesionym stanem, bardzo przewiewna i długa, aż do podłogi. Miała cieniutkie ramiączka i dość głęboki dekolt. Taki oto strój, godny Księżniczki, przygotowała dla niej służba. Założyła też średniej wielkości, złote kolczyki, w kształcie koła, które przypominały splecione dwa sznurki i swój kamień na rzemyku od Rena. Nie dbała o to, że nie pasował on do całości. Nosiła go bez względu na wszystko.
Kiedy zjadła już śniadanie, wyszła na taras, gdzie od razu poczuła silny wiatr, który rozwiewał jej włosy i trzepotał suknią. Westchnęła z zadowoleniem. Kochała wiatr. Zamknęła oczy i pozwoliła, by owiewał jej twarz. Nawet mocne Słońce nie było już przy nim takie straszne. Wtedy poczuła, że ktoś ją obejmuje od tyłu. Uśmiechnęła się, ale nie otworzyła oczu. Nie było to konieczne, bo i tak wiedziała, kto to jest.
- Gdzie byłeś? – spytała spokojnie.
- Musiałem załatwić pewną sprawę. – odparł tajemniczo.
- I załatwiłeś?
- Tak. Nie chciałem cię budzić, więc zrobiłem to sam. – szepnął jej na ucho.
- Można wiedzieć co? - dociekała.
- Powiedzmy, że wysłałem tamtych handlarzy niewolników w daleką podróż...
- Do zaświatów? – zgadła i od razu zaśmiała się – Wiedziałam, że tak będzie.
- W takim razie dobrze mnie już znasz. – mruknął wesoło, figlarnie przygryzając jej ucho.
- Widzę, że dziś czujesz się już lepiej.... – powiedziała, odwracając się do niego przodem, a on był nieco zaskoczony.
- Jak to dziś? – udał, że nie rozumie.
- Wczoraj byłeś przygnębiony. – stwierdziła – I nie mów, że nie, bo wiem swoje. Powiedz, co cię wprawiło w taki nastrój? – spytała, a on westchnął.
- Miałem po prostu zły dzień, Kotku. – pogładził ją po policzku i uśmiechnął się, widząc jej delikatny rumieniec.
Dziś rano obudził się z innym nastawieniem do tego wszystkiego. Poczuł w sobie wolę walki i patrząc na śpiącą Ellę, obiecał sobie, że będzie walczył, o sposobność życia u jej boku. Wiedział, że wojna z przeciwnościami i konwenansami będzie trudna, ale nie zwykł przegrywać ani podawać się bez walki. To go podniosło na duchu, a gdy jeszcze wyładował swą złość na handlarzach, to całkiem mu już przeszło.
- Na pewno? – Ella nie dawała za wygraną.
- Tak. – pocałował ją delikatnie w usta, więc przeszył ją miły dreszcz – Wyglądasz ślicznie w tej sukni. – pochwalił, a ona zarumieniła się automatycznie.
- Wiesz, chciałam ci coś powiedzieć... – spojrzała na niego z udawaną nieśmiałością, a on uniósł brew – Od czasu do czasu możesz mieć zły humor. – mruknęła, przesuwając dłonią po jego torsie, a on zaśmiał się wesoło, słysząc ten podtekst.
- Rozumiem... – spojrzał jej w oczy i przesunął dłoń z jej pleców na pośladki – Lubisz ostre akcje, co Ello? – powiedział to w taki sposób, że natychmiast spąsowiała.
- Ty bezwstydniku! – burknęła – Nie musiałeś mówić tego na głos... – udała oburzenie, a on znów się zaśmiał i pocałował ją już namiętnie, sprawiając, że znów puls jej podskoczył.

Link do większego obrazka:
http://img153.imageshack.us/img153/1248/alrensr.jpg
Ren zaniósł Ellę aż do jeziora Osh, będącego w centrum tej pustynnej oazy. Trafił tam bez trudu, gdyż dobrze znał tę okolicę. Podróżował po świecie przez wiele lat i był prawie w każdym kraju. Tylko jednego miejsca nie odwiedził, ale nie był to Hevan.
Kiedy posadził Ellę pod palmą i rozpalał ognisko, dziewczynie zrobiło się chłodno. Było jej tak ciepło tuż przy nim. Gdy się odsunął, to już co innego.
- Chłodno trochę... – potarła ramiona.
- Och, czyżbyś już tęskniła za moim ciepłem. – rzekł figlarnym tonem, a ona się zarumieniła.
- Widzę, że wreszcie jesteś sobą...
- Co masz na myśli? – zdziwił się.
- Na Ziemi byłeś taki miły i kulturalny, że co chwilę się zastanawiałam, czy to na pewno ty. – prychnęła wesoło, a on się roześmiał.
- Ach rozumiem... – znów się zarumieniła, gdy poczuła jego oddech na swej twarzy i usłyszała ten znaczący ton głosu – Zawsze wiedziałem, że lubisz niegrzecznych chłopców. – zażartował, a ona cała spąsowiała.
- Ren... – przełknęła ślinę zakłopotana, po czym usłyszała jego śmiech.
- Poczekaj tu na mnie, pójdę po daktyle. – powiedział już zwyczajnie.
- Nie idź... – wystraszyła się nagle i złapała go na oślep za płaszcz.
Spojrzał na nią z góry i uśmiechnął się do niej. Kucnął na chwilę i podniósł nieco jej podbródek, składając na jej ustach słodki, figlarny pocałunek.
- Nie martw się, wrócę... – rzekł tak zmysłowo, że momentalnie zrobiło jej się gorąco.
- Oby szybko... – zarumieniła się, a on się zaśmiał i zniknął na kilka minut.
Wbrew swoim obawom, nie musiała długo czekać na Rena. Wrócił bardzo szybko i po chwili jedli już bardzo słodkie owoce, przypominające daktyle, tylko że dwa razy większe i pili sok z kokosów. Ella uspokoiła się, że siedzi zaraz obok niej.
- Widzę, że jest tu dokładnie tak, jak na ziemskiej pustyni. W dzień ukrop, a w nocy chłód. – zauważyła.
- Tak...
- Co to za kraj, Ren? Obiło mi się o uszy, że nazywa się Hevan... – była nieco zaniepokojona – Gdzie to właściwie jest?
- Hevan znajduje na północnym krańcu kontynentu, zwanego Saves. – zaczął spokojnie – To bardzo duży kawałek lądu, zajmujący niemal całą półkulę zachodnią Egharii. Kraj ten leży blisko równika, więc jest tu bardzo gorąco, przez cały rok.
- Czyli jesteśmy bardzo daleko od Veolii?
- Owszem, Veolia to tylko mała wyspa, na północy. – uśmiechnął się do siebie. Jak zwykle była ciekawa.
- A ten kraj, do którego mamy się udać... – zapomniała, jak się nazywa – Też jest daleko stąd?
- Aloria? Cóż, wbrew pozorom, nie jest to daleko... – zawahał się – Aloria to duża wyspa na wschód stąd. Znajduje się dokładnie w centrum Egharii...
- Zatem powinniśmy dotrzeć tam w miarę szybko. – ucieszyła się.
- Nie był bym tego taki pewien. – rzekł poważnie – Mimo że to blisko, dostanie się tam będzie bardzo trudne.
- Dlaczego?
- Jest wiele powodów. – westchnął – Po pierwsze bardzo trudno opuścić Hevan. Ten kraj ma bardzo skomplikowane i nielogiczne czasami prawo, a musimy mieć pozwolenie na opuszczenie go, by skorzystać ze statku. Tylko drogą morską można dostać się do Alorii.
- A nie możemy polecieć? – przypomniała sobie o lewitacji.
- Nie... W przestrzeni stu kilometrów wokół wyspy Alorii nie działa żadna magia, dlatego to niemożliwe.
- A czemuż to? – zdziwiła się.
- Aloria to wyjątkowy kraj... Praktycznie nie do zdobycia. - rzekł z lekkim uśmiechem – Nie bez powodu nazywają to miejsce Krainą Bogów.
- To znaczy, że tam są bogowie? – zaśmiała się.
- Nie... – machnął ręką – Ale o tym może innym razem. Wracając do naszej podróży. Może być ciężko zdobyć to pozwolenie. Dużo będzie zależało od szczęścia.
- A jakie są inne przeszkody?
- No właśnie, kolejny problem jest z samą Alorią... – rzekł poważnie – Kraj ten jest bardzo dobrze chroniony. Nie każdy ma tam wstęp. Chroni go magiczna bariera i jeśli im się nie spodobamy, nie wpuszczą nas.
- Ale przecież może nam pomóc ta Syriana, czy jak jej tam albo Thelina, prawda? – analizowała sytuację.
- Dobrze myślisz... – pochwalił ją i uśmiechnął się – Dlatego to mniejszy problem. Najpierw jednak musimy opuścić Hevan.
- Dobrze, więc skupmy się na tym. – rzekła spokojnie i wtuliła się w jego ramię, a on uśmiechnął się.
***
Poniedziałek, 11 stycznia 2012 roku, Ziemia: Londyn – Kościół St. Bartholemew the Great, wieczór
David i Mary pojechali wieczorem do Kościoła, w którym wcześniej była Ella, by spotkać się z tą tajemniczą kobietą – Serillą. Mieli nadzieję poznać w końcu prawdę. Nie mieli pewności, czy ją znajdą ani czy zechce im cokolwiek wyjaśnić, ale musieli zaryzykować.
Kiedy byli w środku Kościoła odkryli, że są tam sami, dopóki Mary nie zbliżyła się do ołtarza. Ujrzeli wtedy te same wrota do podziemi, co Ella wcześniej. Niepewnie zeszli po schodach na sam dół i ujrzeli ogromna salę z ołtarzem, która tym razem była pusta. Mimo to wystrój tego wnętrza sprawił, że mieli ciarki na plecach. Kiedy rozglądali się w okolicy ołtarza, nie wierząc własnym oczom, usłyszeli kobiecy, władczy głos.
- Czego tu szukacie? – spytała ostro Serilla, wyłaniając się zza ściany, niczym duch.
- Ciebie. – odparła Mary, z zaciętym wyrazem twarzy.
Serilla przyjrzała się siostrze Elli. Wiedziała, że tylko dlatego, że była Miryonką, mogła tu wejść. Tylko miryońska krew otwierała wrota do tej części Kościoła. Kobieta domyślała się, po co Mary to przyszła. Spodziewała się jej wizyty prędzej czy później i już dawno postanowiła wszystko jej wyjaśnić.
- Rozumiem. – powiedziała, patrząc przez chwilę w milczeniu, w oczy Mary – Chodźcie za mną, a poznacie prawdę. – rzekła stanowczo, odwracając się w stronę ściany.
- Skąd wiesz, o czym pomyślałam? – zlękła się Mary.
- Ponieważ potrafię czytać w myślach, moje dziecko. A teraz zamilknij i chodź ze mną. – poleciła.
Gdy tylko uniosła rękę w ścianie pojawiły się magiczne drzwi do jej prywatnej komnaty. Żywa magia po raz kolejny zmroziła Mary i Davida, którzy jednak poszli posłusznie za nią.
Na miejscu podano im herbatę i siedli do wspólnego, okrągłego stołu. Serilla była spokojna i opanowana, a oni drżeli z emocji i strachu przed tym, czego mogą się dowiedzieć.
- A zatem słuchajcie uważnie. Przyjmiecie każde me słowo, jako prawdę, a nie wymysł fantastyki. W przeciwnym razie, możecie już teraz stąd wyjść.
- Dobrze... – skinęli głowami i zamienili się w słuch.
Serilla opowiedziała im wszystko od samego początku. Nie pominęła niczego, każdym słowem wywołując u nich coraz większe zdumienie, a nawet szok. Gdy skończyła zapadło długie milczenie. Mary i Davidowi ciężko było uwierzyć w to wszystko, ale wiedzieli, że to musi być prawda. Mieli na to aż nadto dowodów.
- Czyli Ella może tu już nie wrócić? – analizowała wszystko.
- Tak. Jeśli wybierze Egharię, na Ziemi – umrze. – powiedziała poważnie Serilla.
- Jeśli Alren nie może żyć tutaj, to jasne, że wybierze Egharię... – zmartwiła się.
- Cokolwiek postanowi, musisz uszanować jej decyzję, Mary.
***
20 dzień muedrilu 8976 roku, Egharia: Hevan – Oaza Osh, noc
Minęło kilkanaście minut, które spędzili siedząc w milczeniu. Ella martwiła się o swój wzrok i modliła w duchu, by rzeczywiście jutro się okazało, że znów widzi. Ren wiedział, co zaprząta jej myśli.
- Nie martw się, na pewno mikstura w końcu przestanie działać...
- Wiem, tylko pytanie, kiedy. – zasmuciła się – Tak bardzo chcę cię zobaczyć... – mruknęła, a jemu serce zabiło mocniej.
Na jego twarzy pojawiły się rumieńce, kiedy Ella macała jego twarz palcami, z uśmiechem. Miała takie ciepłe i miękkie dłonie. Teraz, gdy nie widziała, nie dbał o to, czy się rumienił czy nie. Po chwili wstrzymał oddech, gdy poczuł, że wkłada swe ręce pod jego tunikę. Przełknął ślinę, gdy zaczęła gładzić napiętą skórę jego torsu. W końcu nie wytrzymał i chwycił jej dłonie.
- Co robisz? – zaśmiał się zmysłowo.
- To, na co mam ochotę... – mruknęła, zaskakując go nieco.
- Hej ziółko... – zachichotał – A pamiętasz o ostrzeżeniu Theliny? I tak nieźle naruszyliśmy zasady... – rzekł przesuwając dłonią po wewnętrznej stronie jej ręki, aż po pachę, co ją poruszyło.
- Nie dbam o to już... – rzekła zarumieniona – Nie mam nic przeciwko połączeniu się z tobą pełną więzią. – pocałowała jego usta delikatnie, oplatając ramionami jego szyję, a jemu puls podskoczył.
- A wiesz, że potem nie będziesz w stanie być z innym mężczyzną? – szepnął jej do ucha – A to oznacza, że będziesz musiała zostać, z takim diabłem jak ja, do końca... – tym razem to jej puls podskoczył.
- Z tobą mogę pójść wszędzie, nawet do piekła. – pocałowała go znowu, czując jego rosnące podniecenie.
- Czyli ostatecznie ignorujemy ostrzeżenie Theliny? – zachichotał jej do ucha.
- Tak... Chyba, że ty planujesz mieć inne kobiety w przyszłości... – rzekła prowokacyjnie, aż uniósł jedną brew do góry.
- Może... Kto wie? – rzekł wesoło i zaraz ujrzał oburzenie na jej twarzy.
Nic więcej już nie powiedział, tylko obdarzył ją namiętnym pocałunkiem, który rozpalił jej zmysły.
- Jesteś tylko ty... Na zawsze. – szepnął jej zmysłowo do ucha, a ona zamarła z wrażenia.
- Ren... – spąsowiała.
Po chwili znów się całowali, ale nim zupełnie się zatracili, Ren odsunął się nieco, dając jej znak, że nic z tego.
- Nadal się przejmujesz tą więzią? – rzekła z zawodem i zdziwieniem.
- Nie, Kotku. – zaśmiał się cicho – Ale tu jest zbyt niebezpiecznie. Powstrzymajmy się dopóki nie znajdziemy się w spokojniejszym miejscu. – wyjaśnił.
- No dobrze... – westchnęła zawiedziona, co go rozbawiało.
- Chodźmy spać, moje ty ziółko. – powiedział wesoło, po czym przytuleni do siebie, zasnęli.
_____________________________

Ren (z krótkimi włosami)
Link do większego obrazka:
Zapraszam na kolejny rozdział BM, wraz z rysunkiem Elli. ;)
Pozdrawiam ;)
***
Sobota, 9 stycznia 2012 roku, Ziemia: Londyn – dom Mary i Elli, około 19:40
Kiedy tylko Mary zemdlała, Ren osobiście zaniósł ją do domu, w którym mieszkały z Ellą. Po drodze Ella opowiedziała Renowi o tym, jak to wszystko wygląda na Ziemi. Wspomniała o wypadku, a także spotkaniu z Serillą. Upomniała Rena, by nie używał tutaj magii ani nie wspominał o innym świecie, co on doskonale rozumiał. Opowiedziała mu, że tutaj jest lekarzem, którego poznała przez przypadek na ulicy, co z kolei go rozbawiło. Właśnie o tym rozmawiali, kiedy dotarli już na miejsce.
- Co to za pomysł, Ello, nazywać wojownika lekarzem... – zaśmiał się, wchodząc do ich domu.
- Oj, musiałam coś wymyślić... Przecież nie mogłam jej wyznać prawdy. Wyobraź sobie, co by było, gdybym jej powiedziała, że jesteś Łowcą Dusz... – usłyszała, jak się zaśmiał.
- Pewnie znów by zemdlała z wrażenia... – odparł wesoło, wchodząc do sypialni Mary.
- To wcale nie jest śmieszne...– mruknęła i zarumieniła się, gdy ujrzała jego promienny uśmiech.
Ren położył Mary delikatnie na jej łóżku i po przyjrzeniu się jej pomyślał, że siostry są bardzo do siebie podobne, ale uznał, że Ella jest ładniejsza. Potem poszedł do kuchni, gdzie złotowłosa nerwowo się krzątała, odkąd tylko wrócili. Dziewczyna zaparzyła mu herbaty, ale nie usiadła z nim.
- Co robisz? – spytał z ciekawości. Chciał poruszyć temat planu powrotu do Egharii, ale wyczuwał, że to nie jest dobry moment.
- Za chwilę przyjdzie tu Dave z moimi rodzicami... – wyjaśniła mu – Zasiedziałyśmy się z Mary w mieście i nawet nie przygotowałyśmy poczęstunku dla rodziców.
- Twoi rodzice zaraz tu przyjdą? – Ren, nie wiedzieć czemu, zaczął się denerwować, co ona zauważyła i zmierzyła go znaczącym wzrokiem.
- Denerwujesz się? Coś takiego, nieustraszony Alren boi się moich rodziców! – zażartowała wesoło, a on posłał jej mordercze spojrzenie, po czym uśmiechnął się.
Właśnie za tym tęsknił. Za jej śliczną, zarumienioną buzią i złotymi włosami. Za jej uśmiechem oraz tekstami, które zawsze go rozśmieszały. Był szczęśliwy, że tu jest. Z nią. Ella widząc, że pożera ją wzrokiem, straciła ochotę na żarty i zaczerwieniła się.
- No już, nie gap się tak, bo zaraz coś stłukę... – mruknęła, a on bez słowa wstał i stanął za nią. Poczuła jego gorący oddech na szyi i zadrżała – Co robisz? – spytała nerwowo, a on się zaśmiał i sprytnie uwolnił jej ręce od filiżanek. Zaczął je układać na talerzykach, po czym zaniósł je na stół w pokoju, gdzie wcześniej Ella pościeliła obrus.
- Zostaw, nie musisz... – zakłopotała się.
Sam fakt, że Ren był w jej domu, na Ziemi, był zdumiewający, a on jeszcze jej pomagał nakrywać stół. Nie wiedziała, co ze sobą zrobić. Serce waliło jej jak szalone. Z trudem się powstrzymywała, by nie rzucić na niego i nie zacząć całować, ale nie mogła tego zrobić. Nie było na to czasu.
- Mówiłaś, że kto przyjedzie z twoimi rodzicami? – spytał nagle, zanosząc ciasto na stół.
- David. – odparła z uśmiechem, wcale się nie dziwiła, że poruszył tę kwestię.
- A kto to? Twój brat? – spojrzał na nią badawczo.
- Nie, nie mam brata. Mam tylko Mary. – zaśmiała się – David to... mój przyszły szwagier. – skończyła wesoło.
- Szwagier? Czyli mąż Mary? – wydedukował – Ale zaraz, czemu przyszły?
- Bo to dwie sieroty, które nie wiedzą, że się nawzajem kochają. – zaśmiała się – Ale już niedługo... Z tego co zaobserwowałam, wszystko zmierza w dobrym kierunku. – skomentowała, a Ren zapatrzył się na nią i uśmiechnął się bardzo ciepło.
- To zupełnie tak, jak my... – rzekł całkiem serio, co zaskoczyło Ellę.
- C-co przez to rozumiesz? – glos jej się załamał, gdy rozum podpowiedział jej znaczenie tych słów.
- Nie doczekała się odpowiedzi, bo wtedy do kuchni weszła Mary, która właśnie się ocknęła i gdy tylko zauważyła Rena, stanęła jak wryta.
***
Ziemia: Madryt – Apartament Nicka, około 19:50
Nick zaprosił Carmen do siebie na kolację, gdy tylko wrócił do Madrytu i uporządkował myśli. Dziewczyna przyszła punktualnie i właśnie zasiedli do posiłku. Carmen była jednak spięta i zdenerwowana. Nie znała powodu wyjazdu swego chłopaka i bała się tego, co teraz usłyszy.
- Obudziła się... – usłyszała w końcu.
- Ale kto? – nie zrozumiała.
- Moja była dziewczyna, o której ci opowiadałem. – rzekł łagodnie – Miałem przeczucie, więc pojechałem od Londynu...
- Ach więc to dlatego... – zrozumiała, choć i takie działanie, pod wpływem impulsu, wydało jej się dziwne – Rozmawiałeś z nią? – spytała z niepokojem.
- Tak. Wyznałem jej wszystko i przeprosiłem... – powiedział spokojnie – A ona... Nie mogę w to uwierzyć. – pokręcił głową.
- W co takiego? – jej obawy stawały się coraz silniejsze.
- Po prostu mi wszystko wybaczyła i pożyczyła szczęścia... – rzekł, patrząc jej w oczy. Carmen zatkało.
- W takim razie jest aniołem... – skomentowała, a on się zaśmiał.
- Chyba coś w tym jest... – rzekł z uśmiechem – Nie poznałem jej. Bardzo się zmieniła, choć nie mam pojęcia, jakim cudem ani kiedy.
- I co teraz? – spytała smutno. Dopiero wtedy ujrzał lęk w jej oczach.
- A co ma być? – zdziwił się – Czuje się szczęśliwy, że mogłem ją prosić o wybaczenie i otrzymałem je. Nigdy jednak nie zapomnę tej lekcji i nie zamierzam powtórzyć tamtego błędu. – rzekł poważnie, patrząc jej w oczy.
- Więc nie wrócisz do niej? – zapytała w końcu.
- Czemu miałbym wracać? – zdziwił się – Carmen... Kocham tylko ciebie. – powiedział pewnie, a jej serce przyspieszyło.
Zauważył, że jej ulżyło i zaśmiał się cicho. Podszedł do niej, ujął jej twarz w dłonie i pocałował.
- Głuptasie... – szepnął – Naprawdę sadziłaś, że cię zostawię? – zaśmiał się, gdy się zarumieniła, po czym pocałował ją znowu.
***
Ziemia: Londyn – dom Mary i Elli, około 20:00
Mary nie mogła uwierzyć własnym oczom, patrząc na wysokiego mężczyznę w swej kuchni. Jego wygląd pasował do opisu... Ella szybko wyprzedziła pytanie siostry.
- Mary, to jest Ren, mój... chłopak. – zawahała się - To o nim ci mówiłam... – przełknęła ślinę i ukradkiem zerknęła na Rena.
Zdążyła zauważyć jego figlarny uśmiech i była prawie pewna, że jeszcze do tego wróci, by jej dokuczyć.
Mary totalnie zamurowało. Lustrowała Rena badawczym wzrokiem i oczom nie wierzyła. W rzeczywistości był o wiele przystojniejszy, niż sobie wtedy wyobraziła. Ren czekał cierpliwie, aż się pierwsza odezwie, ale już wiedział, że siostrzyczki są do siebie nawet bardziej podobne, niż przypuszczał.
- O jasna cholera, Ello... – wyrwało jej się – To jest TEN mężczyzna? – dopiero teraz była w stanie spojrzeć na Ellę. Ren natomiast zaczął się śmiać i zastanawiał się, czego to Ella jej o nim naopowiadała...
- Tylko się w nim nie zakochuj. – zaśmiała się Ella i zaraz spąsowiała, gdy tylko ujrzała, znaczące spojrzenie Alrena.
- Jestem Ren. Miło cię poznać, Mary. – ukłonił się lekko i uścisnął jej delikatnie dłoń, a Mary się zarumieniła.
- M-mnie również... – zmieszała się. Sama nie wiedziała, czemu ten mężczyzna tak ją onieśmielał – Ale zaraz, jak ja się tu znalazłam?
- Zemdlałaś po tamtym, więc Ren cię tu przyniósł. – wyjaśniła Ella, a Mary aż podskoczyła.
Teraz dopiero sobie przypomniała tamtą walkę i od razu skojarzyła fakty. Zmieszała się, gdy pomyślała, że ją tu przyniósł, z tak daleka...
- To ty nas uratowałeś, prawda? – spytała odruchowo, czując przed nim dziwny respekt.
- Tak. – potwierdził – Wybacz, jeśli cię wystraszyłem. – rzekł poważnie, a Mary tylko nerwowo pokręciła głową i nagle sobie coś przypomniała.
- Ach! Rodzice! – oprzytomniała.
- Spokojnie, już prawie wszystko gotowe. – uśmiechnęła się Ella.
- O kurcze, szybka jesteś... – rzekła Mary z podziwem, widząc przygotowany stół.
- Ren mi trochę pomógł. – rzekła zdejmując fartuszek, a Mary znów spojrzała na miego badawczo.
Nie mogła oprzeć się wrażeniu, że ten mężczyzna jest jakiś... inny? Nie wiedziała, ja to dokładnie nazwać. Było w nim coś nieziemskiego i nie chodziło tylko o urodę. Miał coś we spojrzeniu. Otaczała go dziwna aura. Nie wyglądał jej na lekarza, ale nie śmiała posądzać Ellę o kłamstwa bez powodu.
Zamiast tego chciała go zasypać gradem pytań, ale wtedy usłyszeli dzwonek u drzwi. Dave i rodzice najwyraźniej byli już na miejscu. Ella westchnęła. Przeczuwała, co zaraz nastąpi. Wiedziała, że zamęczą ją pytaniami o Rena i trochę się tego obawiała, ale wtedy poczuła jego rękę na ramieniu i spojrzała na niego pytająco.
- Nie martw się, poradzimy sobie. – rzekł wesoło – Zdejmijmy obrączki... – szepnął jej do ucha i ujął jej lewą dłoń, stojąc za nią.
- Po co? – zdziwiła się.
- Będziemy sobie podpowiadać w myślach, co mówić. – rzekł rzeczowo – Po wszystkim, znowu je założymy. Trzeba wykorzystać możliwości, jakie daje nam „więź dusz”, skoro i tak już jesteśmy połączeni.
- No dobrze... – mruknęła zarumieniona, po czym oboje zdjęli obrączki i schowali je głęboko w kieszeniach.
- Sprawdźmy, czy działa... – mruknął Ren – O czym teraz myślę?
- Ren... – wstrzymała oddech i zalała się rumieńcem, od razu czując w sobie jego pragnienia.
- A więc działa... – mruknął tak zmysłowo, że aż podskoczyła.
- Ren! Moi rodzice zaraz tu wejdą! – skarciła go półszeptem, chowając się z nim w kuchni.
- Wiem... – zaśmiał się, a ona przełknęła ślinę – I kto tu się bardziej boi twoich rodziców, co? – szepnął jej na ucho, po czym pocałował ją w usta tak łapczywie i namiętnie, że Ella zadrżała.
W tym momencie do środka weszli rodzice Elli i Mary oraz David i patrzyli na nich w osłupieniu. Dopiero wtedy oderwali się od siebie, nieco zakłopotani. Ella, widząc świdrujące spojrzenie rodziców oraz Dave’a, utkwione w Renie, odchrząknęła nerwowo i uśmiechnęła się.
- Mamo, tato... Miło was widzieć. – rzekła do nich, jednak oni wyglądali tak, jakby tego nie słyszeli, podobnie David.
- Kto to jest, Ello? – rzekli chórem, a ona tylko ciężko westchnęła.

Link do większego obrazka:
Zapraszam na kolejny rozdział BM. ;)
To już 70ty. Niesamowite. ;D
Załączam rysunek Rena, który już był wcześniej, ale pasuje do tej części opowiadania, więc dodaję go ponownie. Aby nie było dokładnie tak samo, zmieniłam kolorystykę i sposób kolorowania. Mam nadzieję, że widać zmiany?
Jednocześnie przepraszam za niedokładność, dopiero się uczę. ;D
Pozdrawiam ;)
P.S. Neptune, trzymam kciuki za Twoje szybkie wyzdrowienie. ;)
***
Sobota, 9 stycznia 2012 roku, Ziemia: Londyn – Centrum Handlowe, około 15:00
Ella znów poczuła coś dziwnego. To samo uczucie, które obudziło ją tego ranka. Rozejrzała się nerwowo dookoła, jakby kogoś szukała.
- Co się stało? – spytała Mary, przynosząc im do stolika dwie kawy.
- Nic... Nic takiego. – odparła z uśmiechem.
Po udanych zakupach usiadły z siostrą w kawiarence, w centrum handlowym, by odpocząć i trochę pogadać.
- No dobra, Ello. To ja teraz słucham. – uśmiechnęła się znacząco.
- Ale czego? – udawała, że nie wie.
- Opowiedz mi wreszcie o tym twoim tajemniczym ukochanym! – podekscytowała się.
- Ach to... – zarumieniła się mimowolnie, ale zaraz znów nie wiedziała, co ma jej powiedzieć – Widzisz, Mary... Poznaliśmy się w dość nietypowych okolicznościach... – przełknęła ślinę.
Przecież nie mogła jej powiedzieć, że spadła na niego zupełnie naga, w innym świecie. To by zabrzmiało jak świetny żart lub szaleństwo. Nie wiedząc, co zrobić innego, postanowiła pominąć ten szczegół i opowiedzieć o tym, jaki jest Ren, a resztę zmyślić. To było jedyne rozsądne wyjście.
- No więc? Gdzie się poznaliście? – spytała wesoło.
- Na ulicy. Zapytał mnie o drogę. – zmyśliła.
- O, jak miło. A kim jest? – dociekała.
- Lekarzem... – Ella pomyślała, że jeśli tak powie, nie będzie to do końca kłamstwo, gdyż wiedziała, że Ren jest mistrzem białej magii. Nie zamierzała oczywiście wspominać, że znacznie częściej odbiera życie innym za pomocą miecza, niż ich leczy.
- Naprawdę?! – podekscytowała się – Może znają się z Davidem?
- Niemożliwe, on nie jest stąd. – wyjaśniła szybko.
- Dobra, to nieważne. Lepiej mi powiedz, jaki jest. Pewnie cholernie przystojny, co? – Mary najwyraźniej świetnie się bawiła, odpytując siostrę.
- Bardzo. – po raz pierwszy nie skłamała – Jest wysoki, silny i ma cudowne, szerokie ramiona... – rozmarzyła się, a Mary świdrowała ją wzrokiem – Ma długie, czarne włosy i zmysłowe, zielone oczy oraz zniewalający, niski głos. – zarumieniła się, gdy ujrzała jego twarz w myślach, a Mary tylko zamruczała znacząco.
- No ładnie. Ale cię wzięło, siostrzyczko. – zaśmiała się serdecznie – Nie mogę uwierzyć, że to ukrywałaś! – pokręciła głową, a Ella się zmieszała.
- Wybacz.
- Ale chwila... – coś ją zaniepokoiło – Skoro poznaliście się jakiś czas temu, czemu nigdy go nie widziałam? Czemu nie odwiedzał cię w szpitalu? – Mary zaczęła wkraczać na niebezpieczny teren i szukanie wymówek szło Elli coraz gorzej.
- Mówiłam, że nie jest stąd. Spotykaliśmy się trochę po kryjomu, bo nie miałam okazji porozmawiać o nim z Nickiem... A co do wypadku, był na bieżąco i dowiadywał się o moim stanie. Dzwonił, kiedy was nie było. – wyjaśniła najlepiej, jak umiała.
Mary nie była do końca przekonana, ale maślane oczy Elli mówiły jej, że naprawdę go kochała. Postanowiła więc na razie odpuścić ten wątek.
- W każdym razie, mam nadzieję, że szybko go poznam. – puściła jej oczko, a Ella przełknęła ślinę. Była pewna, że to niemożliwe, ale postanowiła to przemilczeć – Z tego, co opowiadasz, musi być intrygującym mężczyzną... – Mary spróbowała go sobie wyobrazić.
- To może zmienimy temat? – zaproponowała.
- O nie, kochanie, nie wykręcisz się tak łatwo. Jeszcze wielu rzeczy mi nie powiedziałaś, a do wieczora mamy jeszcze trochę czasu. – popiła łyk kawy, a Ella westchnęła bezradnie.
***
Ziemia: Londyn – dach jednego z budynków w centrum, około 16:00
Alren szybko zorientował się, że w tych łachmanach bardzo wyróżnia się w tłumie, zatrzymał się więc za rogiem pewnej kamienicy i zastanawiał się skąd wziąć inne ubrania. Wtedy podsłuchał rozmowę dwóch kobiet, które komentowały kompletne stroje dla mężczyzn, na wystawie firmowych sklepów. Były nimi zachwycone. Wtedy przyszedł mu do głowy pewien pomysł.
Przyjrzał się dokładnie jednemu z zestawów, po czym za pomocą magii przemienił to, co miał na sobie, w taki sam strój, jak na wystawie. Nosił teraz czarne spodnie oraz buty, kremowy sweter, biały szalik i czarny, długi płaszcz. Od razu zauważył różnicę, gdy szedł ulicą. Po pierwsze było mu cieplej, a po drugie co chwila jakaś kobieta się za nim oglądała. Uśmiechnął się sam do siebie, gdy wyobraził sobie minę Elli, kiedy go tu zobaczy. Jednak zanim to nastąpi, musiał ją znaleźć...
Okazało się to dość problematyczne. Ziemia, a konkretnie Londyn, niezbyt mu się spodobała. Budynek na budynku, pełno dziwnych pojazdów i tłumy ludzi na każdym kroku. Do tego straszny hałas i mało roślinności. Współczuł Elli, że urodziła się w takim brzydkim świecie. Jednak to nie był czas na podziwiane widoków. Zastanawiał się, jak ją znaleźć w tym tłumie. Niestety nie wyczuwał jej obecności przez obrączkę, która najwyraźniej nie zniknęła z jej palca. Wtedy sobie uświadomił, że jego obrączka również jest na swoim miejscu, choć ubranie wtedy zniknęło. Ale to był szczegół, na który szkoda mu było czasu. Musiał zdać się na intuicję, by znaleźć Ellę. To było jedyne wyjście.
- Gdzie jesteś, Ello? – szepnął sam do siebie, spoglądając teraz na miasto, z dachu jednego z budynków.
***
Ziemia: Londyn – okolice stacji metra, wieczór
Ella i Mary szybkim krokiem zmierzały w stronę metra. Niedawno zorientowały się, że się zasiedziały. Było już po 18:00, a ich rodzice mieli przylecieć o 20:00. Nie miały więc za wiele czasu na powrót do domu. Marudząc coś pod nosem, wkroczyły w jakąś wąską ulicę.
- Mary, to nie jest dobre miejsce. – intuicja podpowiadała Elli, że coś tu śmierdzi.
- Daj spokój, to jest skrót. Będziemy znacznie szybciej na miejscu. Najbliższe metro przyjedzie za 10 min, więc musimy się spieszyć. – rzekła, przyspieszając kroku – Tu jest bezpiecznie.
- Może za dnia, ale nie wieczorem... – mruknęła Ella, ale poszła za siostrą. Przecież nie mogła jej puścić tam samej.
Szły dość szybko tą wąską i ciemną uliczką, czując się trochę tak, jak w jakimś horrorze. Miały pietra, ale nie było sensu już zawracać. Nagle złe przeczucia Elli sprawdziły się.
Drogę zagrodzili im bowiem trzej mężczyźni, którzy wyłonili się znikąd. Chwilę później zobaczyły, że za nimi jest jeszcze dwóch. Zamarły w bezruchu, bo nie miały dokąd uciec.
- Dokąd to, koteczki? – mruknął jeden z nich – Aż tak się spieszycie, że nie zamienicie z nami nawet słówka? – ujrzały w przytłumionym świetle złowrogi błysk w jego oczach.
- Mówiłam, że to złe miejsce, Mary... – szepnęła do siostry, która opierała się teraz tyłem o jej plecy.
- Miałaś rację, przepraszam... – zadrżała Mary.
- Cii, poradzimy sobie. – rzekła pewnie, ku zdumieniu Mary, która była przerażona i nie mogła zrozumieć opanowania Elli.
- Co tam tak szepczecie, co? – warknął drugi mężczyzna.
- A co cię to obchodzi? Spadaj! Chcemy przejść! – krzyknęła Ella, co rozśmieszyło całą bandę.
- Rozkazujesz nam? A to dobre.. – znów się zaśmiali – Biorę tę ognistą sztukę, a wy tamtą. – zarządził mężczyzna, który wyglądał na ich bossa.
Dziewczyny próbowały się bronić, ale nie miały szans. Mary szybko się poddała i tylko płakała, gdy dwóch facetów trzymało ją i rozrywało jej płaszcz. Ella zaś stawiała opór cały czas. Myślała o siostrze, nie o sobie. Nie mogła dopuścić, by ją skrzywdzili.
- Puszczajcie ją, wy sukinsyny! – wrzasnęła.
- Martw się lepiej o siebie, kotku – mruknął ich szef – Poddaj się, nie masz szans. – w tej chwili przyłożył jej nóź do gardła.
Ella zadrżała. Pomyślała wtedy o nim. Gdyby tylko tu był... Jednak nie mogła liczyć na kogoś, kto nie jest z tego świata. Ogarnęła ją furia, że znów liczy na Rena, zamiast sama walczyć i wówczas z całej siły przywaliła łokciem szefowi bandy za sobą, a potem poprawiła kopnięciem w jego przyrodzenie. Odskoczyła i zastanawiała się, co dalej. Żałowała wtedy, że nie zna sztuk walki.
Bandzior natomiast zawył z bólu i wypuścił nóź z ręki. W tym momencie się wkurzył.
- Łapać ja! Zapłaci mi za to!! – syknął, a Ella zadrżała, gdy trzech mężczyzn natychmiast ją unieruchomiło i przydusiło do ściany – Rozbierzcie ją, szybko! – wrzasnął do nich, a ona i Mary, która widziała to z boku, trzymana przed jednego z nich, zamarły ze strachu.
Ella czuła, że to już koniec, nie mogła się już wyswobodzić. Wiedziała, że tylko cud mógłby jej teraz pomóc i wtedy właśnie coś usłyszała.
- Jeśli choć jeden włos jej z głowy spadnie... – rzekł nagle jakiś męski głos, który znajdował się tak jakby nad nimi – Zabiję was!
- Kto to powiedział? – zdziwił się boss bandy i wówczas wszyscy zaczęli się rozglądać dookoła. Tylko Ella zamarła w bezruchu i zastanawiała się, czy się nie przesłyszała.
- Na górze, durnie! – krzyknął ten ktoś, ale nim zdołali spojrzeć w niebo, coś spadło między nich.
Zaraz potem dało się słyszeć kilka mocnych ciosów, ale nikt nic nie widział. Po trosze przez ciemność, a po trosze przez to, że ten ktoś poruszał się bardzo szybko. Bandyci nie wiedzieli, co się dzieje i ogarnął ich paniczny strach. Kilka minut później na ziemi leżało pięciu nieprzytomnych mężczyzn.
Ella i Mary natomiast stały nieruchomo, już wolne i zaskoczone. Wpatrywały się w ciemną postać, stojącą do nich tyłem, jakiś metr przed nimi. Mary cała drżała i trzymała się kurczowo siostry, a Ella usiłowała panować na swoim sercem. Wiedziała, kim jest ten człowiek, aż za dobrze, choć trudno jej było w to uwierzyć...
Wtedy mężczyzna odwrócił się i zaczął powoli się do nich zbliżać. Z każdym jego krokiem, Mary się cofała. Ella zaś wytężała wzrok, by ujrzeć tę znajomą twarz, ale bezskutecznie. Było za ciemno.
- Nic wam nie jest? – usłyszały niski, melodyjny głos.
- Nie... – odparła Ella, przełykając ślinę. Była w szoku.
- Ello, cho-chodźmy już... – Mary z jakiegoś powodu wystraszyła się tego mężczyzny, mimo iż je uratował.
Widziała, z jaką prędkością się poruszał i to ją przerażało. Uznała to za nadludzkie i nie wiedziała, co o tym sądzić.
- Uspokój się, Mary... – szepnęła do niej rozemocjonowana Ella – Już nic nam nie grozi. – rzekła, po czym znów spojrzała w stronę tego mężczyzny.
Wciąż się zastanawiała, czy to możliwe, czy to nie sen. Wyciągnęła drżące dłonie przed siebie, by go dotknąć, bo nie widziała go zbyt dobrze i w tym momencie, poczuła, jak ją obejmuje.
- Nareszcie cię znalazłem... – rzekł cicho, mocniej ją przytulając. Ella zaś wstrzymała oddech i wtuliła się w niego z całej siły.
- Ren... – szepnęła, roniąc łzy wzruszenia. Teraz, gdy czuła jego ciepło, nie miała już żadnych wątpliwości, że to był on – To naprawdę ty... Co ty tu robisz? Jak ty...?
- Przyszedłem po ciebie. – mruknął jej do ucha, a jej serce podskoczyło z radości.
Mary natomiast, która już się uspokoiła, z wielkim zdumieniem przyglądała się scenie, która rozgrywała się tuż przed nią. Zastanawiała się, czy to możliwe, że ten mężczyzna... Nie zdołała jednak dokończyć myśli, nagle bowiem poczuła dziwną słabość i zemdlała. Kilka sekund później podbiegli do niej, by sprawdzić, co się stało.

_________________________________
Link do większego obrazka:
Na wstępie, mam dla Was dwie informacje. ^^
Po pierwsze, co jakiś czas będę wrzucała specjalne notki, pt. "Ulotne chwile", w których znajdziecie moje ulubione sceny z opublikowanych już części BM. Dzięki temu, będziecie mogli sobie je odświeżyć, a jesli będzie się Wam chciało, wskazać i Wasze ulubione sceny. ;)
Po drugie, za jakiś czas, najprawdopodobniej w niedzielę, będę publikować tzw. "Kroniki Miryonu", z których być może dowiecie się czegoś więcej o Królestwie Miryonu. Będą miały bowiem postać pamiętnika starożytnej Królowej Miryonu. Na razie tylko tyle podpowiem. ;)
A teraz już życzę miłego czytania! ;)
Pozdrawiam ;)
***
Piątek, 8 stycznia 2012 roku, Ziemia: Londyn – Szpital, południe
Mary ochłonęła nieco po wizycie Nicka i ciężko wzdychając usiadła obok siostry na łóżku. Spojrzała na nią dziwnym wzrokiem.
- Na pewno wszystko gra? – spytała Ellę – Nie mogę uwierzyć w to, co widziałam... Przecież ty tak bardzo go kochałaś, a teraz wyglądasz tak, jakby on cię w ogóle nie obchodził... – w jej głosie słychać było przejęcie i zdziwienie.
- Naprawdę wszystko w porządku. – zapewniła Ella – Od dawna się nam nie układało i... wiesz, jak to jest...
- Nie wierzę, że to tylko dlatego... Za dobrze cię znam! Ty coś ukrywasz... – Mary była tego niemal pewna – Czy ja o czymś nie wiem? – spytała po chwili.
- Niby o czym? – Ella grała na zwłokę, nie mogła jej powiedzieć o tym, co przeżyła i kogo poznała.
- Poznałaś kogoś innego? Bardziej... interesującego? – wpatrywała się w siostrę, a Ella czuła, że właśnie się rumieni. To było silniejsze od niej – A niech mnie! Ty naprawdę.... – Mary miała oczy, jak pięć złotych, z wrażenia.
- Mary, proszę... Nie teraz. – uznała, że nawet jak zaprzeczy, to siostra i tak jej nie uwierzy. Musiała więc coś wymyślić, a na to był potrzebny czas.
- A więc jednak! Tylko kiedy ty...? – wciąż nie rozumiała, jak to możliwe – Znam go? – podekscytowała się. Wieść, że jej siostra ma na oku kogoś innego niż ten cały Nick, którego nie znosiła, bardzo ją ucieszyła.
- Nie, z pewnością go nie znasz. – odparła szczerze. To było oczywiste.
- A niech mnie, Ello! Musisz mi wszystko opowiedzieć i to ze szczegółami! Jak mogłaś mi o nim nie wspomnieć? A ja durna myślałam, że kochasz Nicka i to przez niego... ach nieważne. – była zawiedziona i podniecona zarazem.
- Dobrze, ale proszę, nie teraz... Odłóżmy ten temat. – westchnęła Ella, czując, że jak tak dalej pójdzie, to wpakuje się w niezłą kabałę. Musiała zyskać na czasie.
Sam fakt, że nie kochała już Nicka był niemal niemożliwy do wytłumaczenia, bo ona go kochała przed wypadkiem, a teraz, po przebudzeniu, wszystko było już inne. Tylko, że dla niej minął prawie miesiąc, a dla Mary – po prostu spała przez cały ten czas, więc niby jak i kiedy mogłaby się ”odkochać”?
Skoro nie mogła nawet tego wyjaśnić, to jak wytłumaczy Mary, kim jest Ren... Powie jej: „To przystojny Łowca Dusz, którego poznałam w innym świecie”? Oczywiście, że nie! Przecież od razu uznałaby, że mi odbiło. – głowa ją od tego rozbolała i tylko westchnęła ciężko. Postanowiła, że muszą koniecznie zmienić temat.
- Dość już o mnie. Lepiej powiedz, co u ciebie. – uśmiechnęła się do siostry.
- To długa historia... – Mary nagle posmutniała, a Ella od razu wyczuła jej gwałtowną zmianę nastroju.
- Czy coś się stało? – zaniepokoiła się – Mów szybko! – Mary spojrzała na siostrę z zakłopotaniem.
Bardzo chciała się tym wszystkim z kimś podzielić i teraz miała okazję, bo jej siostrzyczka się obudziła. Wiedziała jednak, że Elli nie spodoba się to, co miała zamiar jej powiedzieć.
- Dobrze... – westchnęła i nabrała powietrza – Zaraz wszystko ci opowiem...
***
7 dzień muedrilu 8976 roku, Egharia: Veolia – Leos (dom Bena), popołudnie
Elen bacznie obserwowała Rena, próbując odgadnąć jego myśli. Z jakiegoś powodu serce jej przyspieszało, gdy z jego twarzy nie znikał łagodny uśmiech i ciepłe spojrzenie. To nie takiego Rena znała... Wiedziała, że bardzo się zmienił, odkąd widziała go ostatnim razem. Stał się łagodniejszy i mniej gburowaty. Kiedyś trzeba było go skłonić do uśmiechu, a teraz nie było to konieczne.
- Jak to o nas? – zapytała w końcu nieśmiało.
- Wiem, co do mnie czujesz, Elen. – rzekł poważnie, a ją zatkało.
- J-jak to... Co wiesz...? – głos jej się załamał.
- Kochasz mnie, prawda? – spytał, trzymając jej ramiona tak, by musiała mu spojrzeć w oczy – Powiedz mi to, proszę... - uśmiechnął się.
- Ale... – zarumieniła się i spanikowała.
- Nie bój się, Elen. Nie skrzywdzę cię przecież... – położył jej dłoń na policzku, co dodało jej odwagi. Uspokoiła się nieco.
- To prawda... – wyszeptała, przełykając ślinę – Kocham cię... Od bardzo dawna... – dokończyła i chciała uciec, ale wtedy on ją mocno do siebie przytulił.
- Dziękuję. – rzekł tylko, a ona poczuła się niesamowicie lekka, czując jego ciepło. Nareszcie mu powiedziała...
- Skąd wiedziałeś? – spytała, gdy w końcu się od siebie odsunęli.
- Słyszałem twoją rozmowę z ojcem, gdy mu to mówiłaś... Wcześniej tylko podejrzewałem, ale nie chciałem pytać... – uświadomił sobie nagle, że musiał się zmienić, skoro teraz przed tym nie uciekał.
- Aha... – spuściła wzrok.
- Ale wiesz, Elen... Ja... – nie wiedział, jak to powiedzieć, by nie sprawić jej bólu. Jednak wtedy ujrzał jej łagodny uśmiech.
- Wiem, Ren... – spojrzała mu w oczy – Kochasz inną kobietę, kochasz Ellę, a mnie traktujesz tylko, jak siostrę. – wyznała, zbijając go z tropu.
- Jak ty...? – teraz on nie rozumiał.
- Daj spokój, to było oczywiste... Od początku wiedziałam. Odkąd ją zobaczyłam. – uśmiechnęła się nieco smutno – Była piękna, pełna ciepła i miała w sobie jakiś tajemniczy blask... Wiedziałam, że się w niej zakochasz. Widziałam, jak na nią parzyłeś... – mówiła szczerze.
- Elen... – westchnął ciężko, czując się nieco zakłopotany. Zadziwiające, jak dobrze go znała.
- Nie musisz nic mówić. – rzekła, patrząc mu w oczy – Cieszę się, że spotkałeś kobietę, która sprawiła, że znów uwierzyłeś w miłość. Pasujecie do siebie, idealnie. To właśnie mnie poraziło, gdy tylko was zobaczyłam razem. Nie miałam z nią szans, ale przegrać z taką kobietą to nie hańba... – zaśmiała się cicho, dziwiąc się, że odważyła się na takie słowa.
- Przepraszam, Elen. Przykro mi, że nie mogę dać ci tego, czego oczekujesz. – musnął jej policzek delikatnie – Jednak jesteś bardzo młoda, piękna oraz miła i na pewno spotkasz jeszcze kogoś, kto oszaleje na twoim punkcie. Tylko musisz się nieco ośmielić... – dodał z uśmiechem, a ona zarumieniła się, słysząc komplement i ostatnią uwagę.
- Zawstydzasz mnie...
- Przestań już... Powinnaś być bardziej pewna siebie, Elen. – zaśmiał się – I pamiętaj, jeśli ktoś cię kiedykolwiek skrzywdzi, powiedz mi o tym, a wtedy ja...
- Wiem... Wtedy go zabijesz. – roześmiała się, a jemu ulżyło. Lubił jej wesołą twarz.
- Tak lepiej. Musisz się dużo śmiać. – poklepał ją żartobliwie po głowie.
- Wierzę, że sprowadzisz ją z powrotem. – rzekła nagle, zaskakując go – Życzę wam szczęścia, naprawdę. – dodała szczerze, a on nieco spoważniał.
- Mam nadzieję, że się uda...
***
Ziemia: Londyn – Szpital, popołudnie
Ella słuchała z zapartym tchem opowieści siostry i stopniowo jej szok się pogłębiał. A gdy Mary skończyła, zapadła długa cisza. Ella nie była przygotowana na coś takiego. Nie było jej tak krótko, a tyle się już wydarzyło! Mary wpakowała się w kłopoty. Zasmuciła się. Nie dopuściłaby do tego, gdyby była wtedy tutaj...
- Mary! Jak mogłaś się związać z tym draniem? – Ella nie mogła tego przeżyć – Już raz cię skrzywdził! A ty wlazłaś do tej samej rzeki drugi raz! – spojrzała jej w oczy z bólem i współczuciem.
- Nic nie mów, proszę... Wiem, że byłam idiotką, ale czasu nie cofnę... – spuściła głowę – Nie mówmy już o tym...
- Całe szczęście, że nie jesteś z nim w ciąży... – Elli naprawdę ulżyło, gdy o tym usłyszała – Lepiej dla niego, żebym go nie spotkała albo powieszę go za jaja! – syknęła.
Myśl o Thomie doprowadzała ją do szału. Tymczasem Mary parsknęła śmiechem, słysząc jej ostatnie sformułowanie. Ella westchnęła głośno i spojrzała na siostrę.
- Wiesz... Zawsze myślałam, że zwiążesz się z Davidem. – Mary drgnęła słysząc to – Świetnie się ze sobą dogadujecie, on kocha cię do szaleństwa i sądziłam, że w końcu to zauważysz i odwzajemnisz. Wiem, że nie można nikogo zmusić do miłości, ale miałam cichą nadzieję, że niedługo się zejdziecie. Odkąd poznałam Davida uważam, że to super facet i że doskonale do siebie pasujecie... Ale oczywiście to twoje serce i życie, mnie nic do tego. – wyznała szczerze.
- Teraz to wiem... Wiem, że jest wspaniały, ale nie zasługuję już na niego. Nie po tym, co mu zrobiłam... – jej oczy się zeszkliły.
Wtedy Ella zrozumiała, że nastąpiła kolejna zmiana. Mary uświadomiła sobie, że kocha Davida, kiedy już było za późno. Pomyliła namiętność z miłością. Przekonała też samą siebie, że straciła już szansę na życie z Davidem. Potrzebowała Thoma i tego błędu, by to wszystko dostrzec i teraz sądziła, że już za późno na powrót...
- Mary, pozwól, że on o tym zdecyduje... – rzekła Ella ciepłym głosem – Nie rezygnuj z niego tak łatwo. Nie sądzisz, że już dawno zasłużył sobie na twoją miłość? Nie odszedł od ciebie, nie porzucił, a to znaczy, że nadal chce być z tobą. On cały czas czeka, Mary... Czeka, aż odwzajemnisz jego uczucia. – dodała, a Mary się wzruszyła. Wiedziała o tym, ale czuła się zbyt winna, by przyjąć to do wiadomości.
- Wiesz, Ello... – rzekła nagle poruszona – Brakowało mi ciebie, siostrzyczko! – objęła ją wokół szyi, zaskakując ją.
- Ja też tęskniłam... – odparła prawie szeptem i przytuliła Mary mocno do siebie.
__________________________________
Ella:

Link do większego obrazka:
Oto kolejny rozdział. ;) Zrobi się ciut niebezpiecznie, więc przed nami mała akcja, której kontynuacja bedzie już w czwartek ;)
Dla rozluźnienia spokojna scenka z Nickiem i Carmen. ;)
Załączam też rysunek Davida, którego daaawno nie rysowałam, więc należało mu się, zwłaszcza, że jego rola w opowiadaniu wciąż rośnie. ;)
(Neptune pewnie się ucieszy ;P Wiem, że b. lubi Dava - ja też, ale dla mnie Ren to Ren i kropka... ;3 )
Miłego czytania i czekam na wrażenia ;)
Pozdrawiam ;*
***
33 dzień cuadrilu 8976 roku, Egharia: Veolia – Eolium (Rezydencja Theliny), południe
Alren i Thelina oraz cały orszak kapłanek przeszukali teren świątynny bardzo dokładnie, ale nigdzie jej nie mogli znaleźć. Mężczyzna był przerażony. Nie słyszał jej myśli ani uczuć, a to znaczyło, że albo śpi albo jest nieprzytomna. Martwił się. Przeczuwał, że stało się coś złego. W końcu bezradnie usiadł na kanapie w ich komnacie i złapał się za głowę.
- Uspokój się, Alrenie. Na pewno nic jej nie jest. – mówiła równie zdenerwowana Thelina – Znajdziemy ją...
- Pani! – do komnaty wbiegła zasapana kapłanka.
- Co jest?
- Przyszedł list, adresowany do pana Alrena. – podała jej kopertę.
- List? – zdziwiła się Arcykapłanka i wtedy Alren niemal wyrwał go jej z ręki.
Rozerwał kopertę i przeczytał w pośpiechu zawartość listu. Thelina obserwowała jego reakcje. Najpierw był zaskoczony, potem przerażony, a na końcu – wściekły. Gdy skończył czytać, rzucił list na fotel i gwałtownie wstał z zamiarem wyjścia.
- Dokąd idziesz? – zdenerwowała się, a on odwrócił się do niej na chwilę.
- Uratować Ellę. – spojrzał na nią tak lodowatym spojrzeniem, że zamarła.
- Co tam było napisane? – spytała ostrożnie.
- Ghin porwał Ellę do jaskini góry Solios. Grozi jej śmiercią, jeśli się tam nie zjawię. Mam być sam. – wyjaśnił, a w jego glosie było słychać nienawiść.
- Kim jest ten Ghin?
- Kapitanem Cehronów. Dostał polecenie zabicia mnie. – burknął – Raz już próbował... Ale tym razem przegiął. Nie wybaczę nikomu, kto ośmieli się skrzywdzić Ellę! – wrzasnął tak groźnie, że nawet ona – wielka Arcykapłanka – się go wystraszyła.
- Spokojnie! Nie możesz tam iść sam... Weź ze sobą moich ludzi. – wiedziała, że działa pod wpływem impulsu.
- Nie! – rzekł to tak dobitnie, że aż podskoczyła, a potem spojrzał jej w oczy – Nie będę ryzykował życia Elli. Sam sobie z nim poradzę. Wierz mi, długo nie pożyje! – syknął.
- Nie bądź nierozważny! Wiesz przecież, że to pułapka... – złapała go zdecydowanie za rękę – Ta jaskinia jest bardzo niebezpieczna!
- Jak to? – zdziwił się, nie znał tego miejsca zbyt dobrze.
- Ściany tej jaskini pochłaniają magiczną moc. Wyczerpią ją, aż doprowadzą do tego, że zaśniesz i więcej się nie obudzisz! Nie wolno przebywać tam zbyt długo. Maksymalnie dobę, pamiętaj! Nie można tam też używać zwykłej magii, bo nie zadziała... – ostrzegła go wiedząc, że on i tak tam pójdzie.
- Dzięki za ostrzeżenie. Załatwię go szybko. Jeśli nie będę mógł używać zwykłej magii, użyję niezwykłej. – odparł aż nazbyt pewnie i chwycił swój miecz, przypinając go do pasa – A jeśli w ogóle nie będę mógł używać magii, zabiję go mieczem lub nawet gołymi rękami, jeśli zajdzie taka potrzeba! Jednego możesz być pewna, pani. Uratuję Ellę. – zobaczyła w jego oczach niezwykłą determinację i wielki gniew. Musiała przyznać, że budził strach.
- Alrenie... – spojrzała na niego błagalnie.
- Nie martw się. Poradzę sobie. – rzekł jeszcze, po czym podszedł do okna.
- Co robisz? – zdziwiła się i nagle się domyśliła – Nie używaj lewitacji. Weź Slirena ze sobą. Dzięki temu dotrzesz tam zaledwie w godzinę... Dostaniesz go na dole. – rzekła rzeczowo.
Alren spojrzał na nią już spokojniejszy, skinął głową z wdzięcznością, po czym wybiegł z komnaty, jak szalony.
Arcykapłanka bezradnie opadła na kanapę i westchnęła. Jaki on jest impulsywny! – pomyślała. Jednak po chwili uśmiechnęła się do siebie. Wiedziała, że jego zachowanie jest najlepszym dowodem na to, jak bardzo zależy mu na tej dziewczynie, choć on sam chyba jeszcze sobie tego nie uświadomił.
***
Sobota, 2 stycznia 2012 roku, Ziemia: Madryt – okolice klubu „Deseo”, około 21:00
Nick spotkał się z Carmen, odzyskał koszulę oraz zapisał się do jej szkoły tańca na kurs początkujący. Był tym bardzo podekscytowany, co nie uszło uwadze Carmen. Kiedy więc znów ją odprowadzał do domu, zagadnęła do niego.
- Powiedz mi, Nicku... Zapisałeś się na ten kurs, bo chcesz się nauczyć tańczyć, czy aby na mnie popatrzeć? – wypaliła, a on się zarumienił. Była taka bezpośrednia.
- Szczerze? Jedno i drugie... – odparł z uśmiechem i spojrzał w jej oczy. Ujrzała wtedy jego szczerość.
- W takim razie rozczarujesz się, bo ja nie uczę początkujących, tylko zaawansowanych i pary zawodowe. – zaśmiała się – Będziesz miał zajęcia z moim kolegą po fachu – Jose. – wyjaśniła.
- Nie szkodzi, naprawdę chcę nauczyć się tańczyć... Oczarowały mnie te gorące rytmy, gdy tylko wszedłem do tego klubu, a gdy zobaczyłem ciebie i Alejandro, to już w ogóle... – wyznał, a ona się uśmiechnęła. Wiedziała, że mówi prawdę.
- Cieszę się. – rzekła, zatrzymując się przed swoim domem – Pora się pożegnać.
- Zanim pójdziesz, Carmen... – zawahał się – Czy... Czy dałabyś się namówić na kolację... Na przykład jutro? – był tak stremowany, że mówił z przerwami, co rozbawiło Carmen.
- No i co się tak denerwujesz? – zawstydził się, słysząc te słowa – Bardzo chętnie, Nicku. O 20:00? – spytała z zalotnym spojrzeniem, a on miał wrażenie, że zaraz mu serce wyskoczy z radości.
- O 20:00. – odparł, po czym Carmen posłała mu ostatni uśmiech i weszła do domu, zostawiając go na zewnątrz, w euforycznym stanie.
***
Egharia: Veolia – jaskinia góry Solios, późne popołudnie
Kiedy Ella otworzyła oczy, pierwsze co poczuła, to zimno, które wręcz przenikało jej ciało. W tym momencie zorientowała się, że jest naga i przywiązana do słupa skalnego w jakiejś jaskini. Rozejrzała się nerwowo.
Ściany były jasno błękitne i zdawały się świecić. Miała wrażenie, że słabnie od samego patrzenia na nie. Było jasno, gdyż światło, którym emanowała jaskinia, było silne. Nie mogła jednak o tym dłużej myśleć, bo drżała z zimna. Była przerażona. Nie wiedziała, jak tu się znalazła i co się stało. Nagle tuż przed nią pojawił się Ghin. Rozpoznała go i wszystko stało się jasne.
- To ty... – spojrzała na niego z nienawiścią w oczach – To ty nas napadłeś w Lesie Sverse!
- Tak, moja droga. Tym razem nie popełnię tego samego błędu i załatwię go osobiście. – zaśmiał się.
- Kogo? Alrena? – ironizowała – Chyba śnisz...
- O? – zdumiał się – Sądzisz, że sobie z nim nie poradzę?
- Ja nie sądzę... Ja to wiem! – warknęła na niego.
- Mylisz się moja droga. Nie boję się go. – rzucił sucho.
- Gdybyś się go nie bał, nie byłoby mnie tutaj! Jesteś zwykłym tchórzem. Wiesz, że nie masz z nim szans, dlatego mnie porwałeś. Potrzebujesz przynęty oraz tarczy, by walczyć z Alrenem. – zakpiła z niego – Ale wiedz, że taka prymitywna sztuczka nie niego nie zadziała.
- Nie ufasz mu aby za bardzo, złotko? – zadrwił z niej – Co ty o nim wiesz?
- Wiem o nim wystarczająco dużo. Ufam mu bezgranicznie. – rzekła mu prosto w oczy tak pewnie, aż zadrżał.
Jej siła i pewność siebie zdumiała go. Spodziewał się słabej i delikatnej dziewczyny, która będzie krzyczeć i płakać, a nie pyskatej i nie okazującej strachu kobiety. Takie wrażenie wywarła na nim w tamtym lesie. Nie mógł uwierzyć, że się zmieniła w tak krótkim czasie. A może wcale się nie zmieniła, tylko po prostu przy Alrenie jest inna.
- Powiedz mi, jak się nazywasz? – zainteresował się nagle.
- Nie jesteś godzien, by poznać moje imię. – syknęła.
- Na twoim miejscu byłbym grzeczniejszy... – spojrzał pożądliwie na jej obnażone i seksowne ciało, a ona przełknęła ślinę.
- Nie boję się ciebie! Nic mi nie zrobisz, draniu.
- Nie byłbym tego taki pewien. Muszę przyznać, że ten gnojek ma niezły gust. – skomentował – Mam pomysł... Będziesz moją nagrodą po wykonaniu zadania – mruknął, podchodząc bardzo blisko niej.
- Nie masz z nim szans. – odwróciła głowę, ale chwycił ją za podbródek i zmusił, by na niego spojrzała.
- To się jeszcze okaże. – zaśmiał się – Alren dzisiaj przestanie istnieć, a ty złotko, lepiej się przygotuj. Po wszystkim, ostro się zabawimy...
- Nigdy! – warknęła, a on się wściekł i zamachnął, by ją uderzyć, ale wtedy wyczuł potężną aurę magiczną.
Nie zdążył nawet mrugnąć okiem, kiedy poczuł silny uścisk na ręce, którą chciał uderzyć Ellę. Z przerażeniem rozpoznał obok siebie Alrena, trzymającego jego nadgarstek. Nie wiedział, jakim cudem nie zauważył, kiedy i jak on się tu znalazł. Poza tym, gdy ujrzał jego nienawistne spojrzenie i lśniące zielenią oczy, zalał go zimny pot.
Alren zamachnął się i po chwili Ghin z impetem uderzył w ścianę jaskini. Dało się słyszeć tylko jego cichy jęk. Łowca Dusz natomiast stał niewzruszony i patrzył na niego z góry. Nawet nie zerknął na Ellę, był zbytnio pochłonięty chęcią załatwienia tego drania.
- Ty gnojku! – syknął Ghin i chciał rzucić na niego kilka zaklęć, ale niestety żadne nie zadziałało. Spojrzał na niego z lękiem.
- Nie sądziłem, że jesteś na tyle głupi, by szykować zasadzkę w miejscu, którego nie znasz. – zadrwił z niego, z diabelskim uśmiechem – Tutaj zwykła magia nie działa. – wyjaśnił, wyjmując swój miecz.
- Co takiego? – przeraził się. Jak mógł być taki nieostrożny? Myślał, że to zwykła jaskinia.
- I co teraz zrobisz, tchórzu? – spytał ostro.
Ghin przez chwilę myślał, że już po nim, ale nagle postanowił się nie poddawać. Przypomniał sobie, że i tak zginie, jeśli nie wykona misji. Rzucił się na Alrena z ostrzem, jakby chciał z nim walczyć na miecze, ale chodziło o zbliżenie się do Elli. Gdy tylko był dostatecznie blisko, zaatakował ją, wiedząc, że Alren będzie chciał ją zasłonić. Taki miał plan, jedyną deskę ratunku. Nie pomylił się.
Alren, kierowany impulsem, zasłonił Ellę. Nie miał już niestety czasu, by zablokować atak, więc miecz Ghina przebił jego ramię na wylot. Syknął z bólu, a zadowolony Ghin cofnął się i zaniósł szyderczym śmiechem.
- A nie mówiłem, kobieto? – krzyknął do niej – To było dziecinnie proste. Twój idealny obrońca ma jedną, poważną wadę... Ciebie! – rzekł dobitnie patrząc Elli w oczy.
- Zamknij się! – wrzasnęła Ella i po chwili powiedziała do pochylonego przed nią mężczyzny – Ren... W porządku?
- Tak naprawdę jesteś słaby! Stałeś się słaby, kiedy uzależniłeś się od życia tej dziwki! – szydził z niego i szykował się do kolejnego ciosu.
- Tak sądzisz? – zarówno Ella jak i Ghin zamarli, słysząc ton głosu, jakim Ren wypowiedział te słowa – Naprawdę myślisz, że znasz mój słaby punkt? – w tym momencie podniósł, spuszczoną do tej pory, głowę i na niego spojrzał, a Ghin zadrżał ze strachu.

_________________________________________________________________
Adres większego obrazka: http://img535.imageshack.us/img535/4996/david2u.jpg
Przed Wami wciąż jeszcze spokojny rozdział, jednak wiedzcie, że już niedługo sprawy się skomplikują. Wkrótce też się troszkę wyjaśni. ;)
Przy okazji zdradzę Wam sekret. ;) Naszkicowałam już dwóch panów (bez koszul ;P) - Davida (którego dodam w przyszłym tygodniu) i Rena (jeszcze nie wiem kiedy). ;) Planuję też, w najbliższym czasie, narysować Mary, Carmen, Orianę i Siriusa ( nie pamiętam, czy już padło to imię, ale to ważna postać ;P) ;D Zatem rysunków będzie coraz więcej ;)
Pozdrawiam serdecznie ;*
P.S. Neptune, przeczytałam te ostatnie komentarze, dzięki ;)
***
32 dzień cuadrilu 8976 roku, Egharia: Veolia – Eolium (Rezydencja Theliny), noc
Leżeli obok siebie, nieco zdezorientowani brakiem kajdanek i zdumieni intensywnością uczuć, które oboje poczuli w czasie tego stosunku. Nawet Ren, dla którego nie była to żadna pierwszyzna, był lekko zakłopotany.
Po dłuższej chwili usiadł na łóżku i postawił stopy na podłodze, a potem wyciągnął przed siebie obie ręce. Po raz pierwszy od bardzo dawna, nie były skrępowane kajdankami i miał pełną swobodę ruchów. Spojrzał na Ellę, która siedziała równie zmieszana i gładziła swe wolne nadgarstki. Jej też musiało być dziwnie. Jednak nie to zaprzątało jego umysł. Bardziej go interesowało, co się z nim stało? Co to było za uczucie? Zerknął na nią ukradkiem i poczuł, że się rumieni, więc szybko odwrócił głowę i złapał się za nią. Co jest, do cholery?! – zganił siebie w duchu. Nie przypominał sobie, kiedy ostatnio się rumienił. Kiedy tak stracił nad sobą kontrolę, jak sprzed chwili? Dlaczego tak się denerwował w czasie tego stosunku, skoro robił to już wiele razy, z niejedną kobietą? Czemu nadal jest taki niespokojny? Czy to przez te czary? – pomyślał, jednak zaraz wykluczył taką możliwość. Nie jest aż tak słaby, by jakieś tam czary wywołały u niego takie emocje. Zatem dlaczego?
Nie chciał dopuścić do myśli, że to dobroć Elli powoli kruszyła ogromny mur, jaki wybudował sobie wokół serca przez te wszystkie lata. Tej nocy powstała w nim pierwsza, poważna szczelina...
Tymczasem Ella oplotła się ramionami. Czuła się tak dziwnie. Z jednej strony wciąż wyczuwała w sobie ten żar, który rozpalił w niej Alren. Wciąż pamiętała to uczucie, kiedy byli jednością. Ren był taki gorący i niezwykle silny... Zadrżała i zarumieniła się na samo wspomnienie. Z drugiej jednak strony, poczuła też chłód. Chłód rozstania. Przyzwyczaiła się, że jest z nim skuta i może go w każdej chwili dotknąć, więc teraz, kiedy siedział jakieś dwa metry od niej, odczuwała dziwną samotność. Chciała go dotknąć, jak najszybciej...
Nagle Ren poczuł jej uczucia w sobie. Zaskoczyło go to. Dopiero po chwili skojarzył, że taki miał być skutek połączenia dusz... No tak... Teraz byli związani „węzłem dusz”. – oprzytomniał. Nie mógł jednak skupić się na rozważaniach, bo uczucia Elli, które poczuł w sobie, były przepełnione obawą i tęsknotą. Spojrzał więc na nią i ujrzał, że wpatrywała się w niego intensywnie. Wiedział, o czym myślała. Chciała, by ją przytulił.
- Ello, w porządku? – spytał łagodnie, patrząc na czerwone plamy na prześcieradle.
- Tak... – zarumieniła się, nie wiedziała jak sobie poradzić z tym, że słyszała jego myśli i znała uczucia – Nie przejmuj się tym. – dodała, zakrywając plamy kołdrą.
- Wiesz, o czym myślałem? – uświadomił sobie, że to przecież działa w dwie strony, a on przed chwilą myślał o...
- Tak... – rzekła zakłopotana. Czuła w sobie jego zagubienie i wątpliwości, a przede wszystkim strach przed miłością.
- Więc wiesz, że... – zganił siebie w duchu za brak uwagi.
- Boisz się emocji, które przed chwilą poczułeś... – powiedziała nie wprost, z wyraźną niepewnością w głosie. Nie chciała igrać z jego uczuciami.
- Cholera... – odwrócił wzrok – Musimy... – zaczął.
- Masz rację... – usłyszała jego myśli – Musimy się dowiedzieć, jak kontrolować wgląd w nasze myśli i uczucia... – wiedziała, że bez tego będzie strasznie ciężko. Zero prywatności.
Ella westchnęła i w myślach poprosiła go by ją przytulił, bo chce znów poczuć jego ciepło. Ren usłyszał to w swym umyśle i wrócił do niej, pozwalając, by się do niego przytuliła. Delikatnie gładził ją po twarzy, wywołując przyjemne mrowienie, a ona głaskała jego tors. Złotowłosa uśmiechnęła się, gdy znów usłyszała zdecydowane bicie jego serca i poczuła przypływ zmęczenia, więc kilka chwil później – zasnęła. Ren natomiast przez jakiś czas był zakłopotany, czując jej szczęście w sobie, a później również zasnął, wyczerpany wrażeniami tego dnia.
***
Sobota, 2 stycznia 2012 roku, Ziemia: Szwajcaria – Domek w górach, około 9:00.
David niedawno się obudził, zajrzał do Mary i widząc, że wciąż jeszcze śpi, poszedł do kuchni. Zaparzył kawy i zrobił im śniadanie. Potem cichutko wszedł do pokoju gościnnego, postawił tacę na stole i usiadł na brzegu jej łóżka.
Dziewczyna wyglądała tak słodko, gdy spała, że nie miał serca jej budzić. Pomyślał więc, że poczeka, aż sama to zrobi. Już chciał wyjść, kiedy obróciła się tak, że była teraz twarzą do niego. Zapatrzył się więc na jej cudowne, złociste włosy i pełne, nieco rozchylone usta. Przypomniał sobie, że już kiedyś wydarzyło się coś podobnego... No tak! To było wtedy, gdy upiła się w barze i zabrał ją do siebie... Zaśmiał się cicho na tamto wspomnienie i znów na nią spojrzał. Nie mógł się oprzeć pokusie, więc delikatnie dotknął jej policzka. Gdy poczuł jej aksamitną skórę, poczuł dreszcz podniecenia, więc szybko zabrał rękę. Westchnął i chciał wstać, kiedy zauważył, że się budzi.
- Co tak pachnie... – mruknęła półświadomie.
- To tylko kawa. – zaśmiał się, a ona szeroko otworzyła oczy i spojrzała na niego ze zdumieniem. Dopiero po chwili sobie uświadomiła, gdzie i z kim jest. Odetchnęła.
- Cześć... – mruknęła.
- Dzień dobry, Mary... – uśmiechnął się serdecznie – Chodź, zrobiłem nam śniadanko...
***
Egharia: Veolia – Eolium (Rezydencja Theliny), noc
Ella ocknęła się w dziwnym miejscu. Znajdowała się w jakiejś jaskini, której ściany lśniły jasnym, niebieskim światłem i mieniły się jak diamenty. Wszędzie była cienka warstwa wody, która sięgała jej do kostek i miała szafirowy kolor.
Szła powoli, próbując znaleźć wyjście, ale bezskutecznie. W końcu zaczęła iść szybciej i szybciej, aż biegała po krętych korytarzach, jak szalona w długiej, błękitnej sukni. Gdy zdyszana, opadła z sił i chciała już płakać, usłyszała nagle znajomy, żeński głos. Rozpoznała go bez trudu... To ten sam, który słyszała jeszcze na Ziemi i w swoich początkowych snach. Melodyjny i ciepły, kobiecy głos.
- Nie rozpaczaj... – usłyszała – Pamiętaj, zawsze idź w stronę światła...
- Ale jakiego światła? – odparła zmieszana.
- Patrz sercem, a nie oczami... – powiedział tajemniczy głos – Tylko wtedy ujrzysz to właściwe światło... – po tych słowach, nastała cisza.
Nieważne, ile razy Ella nawoływała, kobiecy głos już nie odpowiadał, jakby zniknął bezpowrotnie. Wystraszyła się. Nie chciała tu zostać sama. Ogarnęła ją taka panika, że miała wrażenie, że robi się coraz ciemniej i ciemniej, aż nagle przestała widzieć ściany jaskini. W pewnym momencie dosłownie straciła grunt pod nogami... Woda wydała jej się głębsza, aż nagle znalazła się pod nią i opadała powoli na nieznane dno, widząc coraz mniej. Robiło się coraz zimniej, oczy same się jej zamykały...
Już prawie zanikała jej świadomość, kiedy nagle ujrzała błękitny strumień… światła. Otworzyła oczy i ujrzała powierzchnię wody, nad sobą, która świeciła szafirowym blaskiem. Nagle dostrzegła, że coś się do niej zbliża. Coś wpadło do wody. Po chwili wiedziała już co, a raczej ... kto.
Wysoki mężczyzna o czarnych włosach, z blizną pod okiem, o przenikliwym, zielonym spojrzeniu, płynął właśnie w jej stronę i gdy był już dość blisko, wyciągnął do niej rękę. Chciała go dotknąć, ale nie mogła się poruszyć. Zaczęła panikować, ale wtedy on podpłynął do niej bardzo blisko i pocałował ją w usta, splatając jednocześnie ich dłonie. Niespodziewanie z ich ciał wydobyło się silne, błękitne światło. Niezwykłe ciepło zalało jej ciało. Znała je doskonale... Tylko jeden człowiek potrafił obudzić w niej podobne emocje. To było takie przyjemne...
Gdy po chwili otworzyła oczy była już na powierzchni, w tej samej jaskini, co wcześniej przed dziwną komorą, w której znajdowało się lustro, jakby wmurowane w ścianę. Nieco zdezorientowana, zaczęła szukać Rena, ale nigdzie go nie było. Podeszła więc bezradnie do lustra i spojrzała w nie smutno. Ujrzała swoje odbicie i własne łzy, które same popłynęły bez większego powodu. Wtedy jej odbicie zmieniło się w Rena. To tak, jakby on się w nim przeglądał, a nie ona. Zadrżała i wyciągnęła rękę, by go dotknąć. O dziwo jej ręka przeszła przez lustro i w tym momencie...
Ella zbudziła się ze snu, zlana potem. Rozejrzała się nerwowo i dopiero po kilku sekundach zrozumiała, że to była tylko kolejna nocna mara...
***
Egharia: Veolia – Eolium, późna noc.
Ghin odesłał swojego żołnierza do ojczyzny. Nie potrzebował go już. Sam przeprowadził wywiad w Eolium z różnymi ludźmi i dowiedział się kilku interesujących rzeczy. Usłyszał na przykład, że Ella i Ren byli w dolnej dzielnicy, a potem poszli do Świątyni. Kiedy ustalił już, gdzie znajduje się jego cel, zaczął obmyślać swój plan. Niechcący jakaś kobieta, opowiadająca dziecku bajkę, wspomniała o jaskini góry Solios, nieco za stolicą Veolii i podsunęła mu pewien pomysł.
Postanowił, że to tam rozegra swój pojedynek z Alrenem. Musiał go tylko sprowadzić do tamtego miejsca. Wymyślił sobie, że porwie Ellę, gdy jego nie będzie w pobliżu i umieści właśnie tam, a wtedy Ren na pewno po nią przyjdzie. Mało tego, planował posłużyć się Ella jako tarczą, by go pokonać. Jednak wtedy coś mu się przypomniało...
Nagle uświadomił sobie, że przecież oni byli skuci kajdankami, a takiej sytuacji jego plan jest bezużyteczny. Westchnął. A już myślał, że tak dobrze sobie wszystko zaplanował... Z braku laku, obiecał sobie śledzić ich. Może okazja sama się nasunie?
Wtedy zastanowił się, po co w ogóle poszli do Świątyni? Może właśnie po to, by się pozbyć tych kajdanek? Na ich miejscu też by tak zrobił, tylko czy się udało? Pomyślał, że jeśli tak, to zrealizuje swój plan, a jeśli nie... Cóż, wtedy się zobaczy...
Wiedział, co ma robić. Dlatego też zaczął szukać sposobu, by wejść do Świątyni, choć doskonale wiedział, że to nie będzie łatwe.

Witajcie Kochani!
Przed Wami rozdział, który jest bez wątpienia przełomowy dla całego opowiadania BM. Jak już wspominałam, jest to również mój ulubiony rozdział, jak do tej pory. Za chwilę się okaże, czy również Wy, Drodzy Czytelnicy, tak go polubicie. ;)
Wątek poboczny jest w tym rozdziale szczątkowy, ale myślę, że mi to wybaczycie. ^^
Załączam rysunek, który może nie wyszedł mi do końca, ale zawsze to coś ;)
I jeszcze jedno, w tę sobotę dodam też moją refleksję na temat BM. Może Was to zainteresuje ;)
A teraz już nie zatrzymuje i życzę miłego czytania ;D
Pozdrawiam ^^
P.S. Mała informacja. BM bedzie dodawane również w każdą sobotę, regularnie. A zatem będą 3 notki BM w tygodniu. ;)
***
32 dzień cuadrilu 8976 roku, Egharia: Veolia – Eolium (Rezydencja Theliny), noc
Ren całował Ellę powoli i namiętnie, choć z pewną delikatnością. Gładził jej plecy, obejmując ją, a ona coraz bardziej traciła nad sobą kontrolę. Zacisnęła pięści na jego tunice. Wyczuł w niej rosnące zniecierpliwienie. Przestała już myśleć i skupiła się na uczuciach, które odczuwała w tej chwili. Gdy całował jej szyję, rozpinała mu tunikę, drżącymi rękoma, którą on potem sprytnie zdjął, w przerwie między pocałunkami. Przeszył ją miły dreszcz, gdy dotknęła jego nagiego i gorącego torsu.
- Już nie masz wątpliwości? – szepnął, zdejmując ramiączka jej sukienki i pozwalając, by opadła na podłogę, odsłaniając jej nagie ciało.
- Nie... Będzie co ma być. Potem będę się martwić... – wtuliła się w jego ciepłą pierś, a on się uśmiechnął i sprytnie wziął ją na ręce.
- Słusznie...
- Ren... – zaczęła, gdy niósł ją do sypialni i spojrzała mu w oczy – Mogę cię jeszcze o coś zapytać? – zarumieniła się.
- Pytaj... – zaśmiał się – Nie musisz prosić o pozwolenie. – rzekł, kładąc ją na dużym łóżku.
- Kim ja dla ciebie jestem? – spytała niepewnie, nie wiedząc, czego się spodziewać, a on był zaskoczony.
- Dlaczego pytasz o coś takiego?
- T-tak po prostu... – zakłopotała się i zaczęła skubać rąbek prześcieradła, nie mając odwagi spojrzeć mu w oczy.
Ren zaśmiał się. Tak naprawdę, rozumiał to pytanie i dlaczego chciała poznać odpowiedź. Nie należała do kobiet, które oddają się dla sportu, wiedział o tym doskonale. Potrzebowała jakiejś więzi, uczucia... Zasępił się. Naprawdę bowiem uważał, że nie jest dla niej odpowiednim mężczyzną, właśnie przez wzgląd na tę kwestię. Jednak po chwili skupił się na tym, co ma jej odpowiedzieć.
Kim dla niego była? Na pewno nie kochanką, z przyczyn oczywistych, choć już wkrótce miało się to zmienić. Przyjaciółką również nie, za krótko się znali, by nawiązała się między nimi taka długotrwała więź. Nie była też tylko znajomą, bo za dużo razem przeżyli i rozmawiali. Kim więc była dla niego ta złotowłosa piękność? – głowił się, zdumiony, że nie umie odpowiedzieć na takie proste pytanie. W końcu postanowił wyznać pierwszą myśl, która mu przyszła do głowy, gdy tylko je usłyszał.
- Nie musisz odpowiadać... – Ella nie wytrzymała napięcia. Te kilka sekund trwały za długo, ale wtedy ujrzała jego poważną twarz i lśniące zielone oczy.
- Jesteś dla mnie kimś bardzo ważnym... – usłyszała nagle i zatkało ją – Kimś, o kim nie chciałbym nigdy zapomnieć... – rzekł niskim, ciepłym głosem, gładząc jej policzek.
Ella zamarła. Nie spodziewała się po nim takiej odpowiedzi i zarumieniła się. Poczuła w sercu coś ciepłego. To było takie niezwykłe. Była dla niego ważna? Z jakiegoś powodu poczuła ogromną radość i ulgę. Tak się ucieszyła, że uroniła pojedyncze łzy szczęścia, ku zdumieniu Rena.
- Dlaczego płaczesz? – zmartwił się, był pewien, że powiedział coś miłego i otarł jej łzy.
- To ze szczęścia... – mruknęła zarumieniona, wprawiając go w jeszcze większe zdumienie – Dziękuję, że mi to powiedziałeś. Nie marzyłam o takich słowach...– przytuliła się do jego piersi i usłyszała jego przyspieszone bicie serca.
Ren nie wiedział, jak na to zareagować. Jedno zdanie ją tak ucieszyło? – zdziwił się. Był jednak szczerze poruszony. Ta dziewczyna wręcz marzyła o każdym czułym słowie i geście z jego strony, Czekała na zapewnienie, że nie jest dla niego tylko obcą i nic nie znaczącą kobietą ani balastem. Czekała na dowód sympatii, przywiązania, a najlepiej czegoś więcej... Coś go ścisnęło w środku. Naprawdę nie był dla niej dobrym partnerem...
- Przepraszam, Ello... – przytulił ją – Dlaczego musiałaś się zakochać akurat we mnie...? Nie jestem dla ciebie odpowiedni. – zaskoczył ją.
- Co ty mówisz, Ren? – spojrzała mu w oczy z wielkim zdumieniem.
- Potrzebujesz kogoś delikatniejszego, czulszego, kto będzie cię kochał i stale okazywał swoje uczucia... – rzekł łagodnie, odgarniając jej włosy za ucho, a ona otworzyła oczy szeroko ze zdumienia.
- Nieprawda! Nie mów mi, kogo potrzebuję, sama wiem to najlepiej. Gdyby było tak, jak mówisz, to pewnie nie zakochałabym się w tobie... – wręcz się oburzyła – Kocham wszystkie twoje wady i zalety. Poza tym, to nieprawda, że jesteś nieczuły i niedelikatny. Dlaczego tak o sobie mówisz? Owszem może i jesteś czasem zbyt bezpośredni, pewny siebie, arogancki czy zarozumiały. Może i sprawiasz wrażenie zimnego drania, ale... To tylko pozory! Ja to wiem... Kiedy bowiem przestajesz grać i się wygłupiać, widać, że jesteś troskliwą i ciepłą osobą o dobrym sercu...
- Ello, ja... – Ren był w kompletnym szoku, słysząc to wszystko.
- Jesteś wspaniałym mężczyzną... – zarumieniła się – Nie wyobrażam sobie, bym mogła pokochać kogoś innego tak, jak ciebie... I wierz mi, nie chodzi mi tylko o twoją urodę. Oprócz niej, masz w sobie to coś, co sprawiło, że oszalałam na twoim punkcie... – rzekła szczerze, po czym spuściła wzrok, zakłopotana swoją bezpośredniością. Czyżby to był jego wpływ? Czy to on ją zmieniał? Pewnie tak.
Ren patrzył na nią w osłupieniu. Nie spodziewał się po niej takiego wyznania. Po raz pierwszy od bardzo, bardzo dawna był szczerze wzruszony. Przywykł do tego, że ludzie mówią o nim, że jest nieczułym i wrednym draniem. Nie dbał o to. Większość go szanowała, tylko dlatego, że się go bała. Był wszak silny i wiecznie owiany tajemnicą. Kiedy więc usłyszał słowa Elli, poczuł coś dziwnego w środku. Był tym tak poruszony, że nie mógł się już dłużej hamować. Niespodziewanie pocałował ją mocno i zdecydowanie.
Ella była zaskoczona intensywnością tego pocałunku. Był inny niż wszystkie pozostałe. Całował ją z uczuciem, którego wcześniej nie wyczuwała. To było tylko jej podświadome wrażenie, niemniej jednak jej serce nie pozostało obojętne na emocje, które w niej wzbudził. Chciała wziąć wszystko, co zamierzał jej ofiarować. Gdy oderwał się od jej ust, zobaczyła zaskoczenie w jego oczach. Sam był pewnie zdumiony swoja reakcją. Dotknęła jego policzka z przymkniętymi oczami. Intuicyjnie poczuła w tej chwili, że to właśnie jemu najbardziej brakowało szczerej czułości, ciepła i odrobiny dobroci.
- Kocham cię, Ren... – szepnęła, a on nic nie odpowiedział, tylko pocałował ją znowu.
Objęła go więc rękoma wokół szyi, jakby się bała, że jej ucieknie. Tymczasem on całował jej szyję i dekolt z taką czułością, że cicho wzdychała. To było takie przyjemne. Było inaczej niż w Veronie. Wtedy był ostrzejszy, mniej delikatny, wręcz zadziorny... Kiedy zaś teraz z czułością pieścił jej piersi i brzuch, nie wiedziała, co się dzieje. Bawiła się jego włosami, gładziła jego ramiona i tors, gdy tylko miała okazję. Słyszała swój przyspieszony oddech i szalone bicie serca, podobnie, jak i jego. Każdy jego dotyk powodował u niej fale dreszczy. Nie otwierała oczu, rozkoszując się chwilą maksymalnie, od czasu do czasu zaciskając palce na jego plecach. A za każdym razem, gdy odważyła się na niego spojrzeć, napotykała jego pożądliwe, zielone spojrzenie, które mówiło jej jednoznacznie, czego teraz chciał.
Ren był bowiem równie podniecony, jak ona. Jej skóra była taka delikatna i gorąca, tak kusząca i miła w dotyku. Nie mógł się nią nasycić i całował ją bez opamiętania. Droczył się z nią, raz całując ją delikatnie, a raz wręcz przygryzając jej skórę. Czasami też łaskotał ją językiem w czułych dla niej miejscach. Badał jej ciało i odkrywał jego sekrety, co doprowadzało ją niemal do szaleństwa. Czuł, że jest już bardzo zniecierpliwiona. Specjalnie przedłużał chwile, w których była już prawie na szczycie, aby to trwało i trwało... W końcu i jemu cierpliwość wysiadła...
Poczuł wtedy, że nadszedł odpowiedni moment, powrócił do jej ust i pocałował je zaskakująco delikatnie. Spojrzał jej w oczy i odgarnął z jej nieco spoconej twarzy zagubione kosmyki włosów.
- Jesteś gotowa? – szepnął łagodnie, powstrzymując się na chwilę resztkami sił.
- Jeszcze pytasz...? – była zbyt rozpalona, by o tym myśleć, a on się zaśmiał, po czym wypowiedział zabezpieczające zaklęcie i powoli w nią wszedł.
Prawie krzyknęła, ale w tym momencie zamknął jej wargi namiętnym pocałunkiem. Przez chwilę się nie ruszali, całując się namiętnie. Jednak zaraz potem zaczęli szukać wspólnego rytmu i dość szybko go odnaleźli.
Kochali się coraz intensywniej, ich ciała rozpalał żar nie do opisania, napędzany zniecierpliwieniem i oczekiwaniem na finał. Zatracili się zupełnie, zmieniając do woli tempo i rytm tego szalonego stosunku. Przewracali się, jednocześnie gwałtownie wpijając w swe usta. Tracili kontrolę nad oddechem, mając wrażenie, że zaraz się uduszą, aż do chwili, gdy oboje poczuli, że są już na szczycie...
Z obu ich ciał, drżących z emocji, wydobył się nagle błękitny blask, który połączył się w jedno światło. Kajdanki, tak długo łączące ich dłonie, zalśniły i zniknęły bezpowrotnie, a oni usłyszeli swoje wzajemne myśli i poczuli emocje. To było tak intensywne doświadczenie, że przez chwilę mieli oczy szerokie, jak talerze. Kilka sekund później jednak, światło zniknęło, a oni opadli zdyszani na materac i leżąc na sobie, usiłowali uspokoić swój oddech oraz rozszalałe serca.
Wyczerpani i spoceni, zdali sobie właśnie sprawę, że stało się... Teraz byli jednością już nie tylko ciałem, ale i duszą, na wieczność...
***
Sobota, 2 stycznia 2012 roku, Ziemia: Londyn – Podziemia Kościoła St. Bartholemew the Great (Prywatne Komnaty Serilli), około 7:00.
Serilla zerwała się gwałtownie ze snu, zlana potem. Sapała przez chwilę, próbując się uspokoić i złapała się za serce.
- Co to było? Co to za uczucie? – zadrżała – Ella... Coś musiało się wydarzyć...
Poważnie zaniepokojona, poszła wziąć prysznic. Gdy strumienie wody, pod dużym ciśnieniem, masowały jej kształtne ciało, w jej głowie kłębiło się coraz więcej czarnych myśli. Nigdy wcześniej nie poczuła czegoś takiego...
To był potężny impuls magicznej energii, jakby zderzyły się ze sobą dwie dusze Miryończyków. Jedna z nich była na tyle silna, że musiała to być Ella... Ale kim była ta druga? Co to mogło być, skoro wyczuła to nawet tutaj, w zupełnie innym świecie? Czy Elli coś się stało? Zadrżała i zakręciła wodę.
Nie potrafiła okiełznać swojego niepokoju i uznała, że musi jak najszybciej porozmawiać z boginią Mirą. Tylko ona mogła wiedzieć, co się stało w Egharii...

<3
_________________________________________
Adres większego obrazka: http://img196.imageshack.us/img196/8469/ellairen3sr.jpg
Witajcie!
W tym rozdziale dowiecie się, jak Ella i Ren mogą dopełnić rytuału zainicjowanego przez Verie. Natomiast w sobotę dodam rozdział, na który zapewne tak czekacie... ;P
Zapraszam serdecznie i jak zwykle czekam na wrażenia ;)
Załączam też rysunek Elli z Renem w tle ;) Potraktujcie go jako zapowiedź kolejnego rozdziału ;)
Pozdrawiam romantycznie ;)
***
32 dzień cuadrilu 8976 roku, Egharia: Veolia – Eolium, późne popołudnie
Ren i Ella podjęli już decyzję. W końcu nie było z czego wybierać i wiedzieli, że muszą zaryzykować połączenie dusz, żeby usunąć te kajdanki.
Arcykapłanka Thelina wróciła do nich, jak obiecała, po godzinie i od razu przeszła do sedna sprawy.
- Jaką podjęliście decyzję? – spytała łagodnym głosem.
- Chcemy usunąć kajdanki. – rzekli jednocześnie, a ona się uśmiechnęła. Wiedziała, że tak będzie.
- Dobrze. A zatem połączą się wasze dusze, a czar Verii zostanie dokończony, ale pamiętajcie, że od tego nie ma odwrotu. – przypomniała jeszcze.
- Trudno... – westchnął Ren – To jak mamy to zrobić? – spytał beznamiętnie, spodziewając się kolejnego nudnego rytuału.
- Istnieje tylko jeden sposób na dokończenie tego czaru... – odeszła od nich kilka metrów, dając im znak, żeby poszli za nią – Musicie się połączyć w akcie seksualnym. – dokończyła, a oni zdębieli. Zwłaszcza Ella, o mało co nie zemdlała z wrażenia.
- Chodzi o seks? – Ren był w szoku.
- Tak. Dlatego akurat w tym, nie mogę wam pomóc. – zaśmiała się, widząc ich zarumienione twarze.
Arcykapłanka zaprowadziła zdumioną dwójkę do strzeżonego budynku za świątynią i wyjaśniła, że jest to jej rezydencja. Pokazała im też inne, w których mieszkały kapłanki oraz klasztor. Jednak budynek, należący do Theliny, był największy i naprawdę przepiękny. Przypominał dworek z czasów romantyzmu na Ziemi. Również wnętrze było bogato urządzone i ciepłe. Podziwiali to miejsce, aż dotarli do drzwi na trzecim piętrze.
- Proszę, oto wasz pokój. Zamieszkacie tutaj, na czas pobytu w Eolium. – rzekła radośnie – To specjalny apartament dla moich gości.
- Ależ, pani... Nie możemy... – zdumiał się Ren.
- Nic nie mów. Ocalisz nasz kraj, nasz lud przed chorobą. Zasługujesz na właściwą gościnę z naszej strony. – wyjaśniła – Poza tym, tutaj Elli włos z głowy nie spadnie. Chronić ją będą święte mury świątynne i wszyscy kapłani Eolium, ze mną włącznie, kiedy ciebie nie będzie. Jestem pewna, że zależy ci na jej bezpieczeństwie. – uśmiechnęła się do niego, a on ukłonił się nisko.
- Dziękuję, pani. – rzekł pokornie, po czym podziękowała również Ella.
- Za chwilę kapłanki przyniosą wam kolację i gorącą herbatę. – oznajmiła – Pozostaje mi więc życzyć wam miłego wieczoru i nocy. – uśmiechnęła się znacząco i odeszła spokojnym krokiem.
Ella i Ren spojrzeli na siebie porozumiewawczo i weszli do środka. Mieli wrażenie, że przenieśli się do pałacu. W środku był bowiem przestronny salon z drewnianym kominkiem i regałem, pełnym różnych książek, tuż obok białej. skórzanej kanapy i dwóch szerokich foteli. Zaraz przy nich stał mały, szklany stoliczek z wazonem, wypełnionym niebieskimi kwiatami. Ściany miały ciepły, beżowy kolor. Wszędzie stały duże, doniczkowe kwiaty. Zachwyceni, obejrzeli sąsiedni pokoik, który był mini jadalnią. Znajdował się w nim drewniany, owalny stół i krzesła. Pokoje były jasne, gdyż były tam duże okna z subtelnymi storami w jasnobrązowym kolorze. Potem obejrzeli sypialnię, przytulną i z dużym łożem, otoczonym wiszącymi, przezroczystymi tkaninami oraz przestronną łazienkę z szeroką wanną i prysznicem. Wszędzie znajdowały się subtelne akcenty, typu posążki, wazoniki, świece czy ozdobne porcelany. Zaniemówili, gdy obejrzeli całość apartamentu.
- Zaiste widać, że to rezydencja Arcykapłanki całego kraju. – podsumował Ren.
- Tu jest pięknie, jak w bajce... – dodała oczarowana Ella.
Chwilę później poszli wziąć prysznic i ubrali czyste rzeczy, które leżały przygotowane specjalnie dla nich w łazience. Ona założyła przewiewna, długą sukienkę w kolorze białym, a on tunikę i spodnie, o tej samej barwie. Gdy zaś odświeżeni wrócili do jadalni, kolacja już na nich czekała na stole wraz z herbatą. Kapłanki musiały przynieść to, kiedy się myli. Uśmiechnęli się więc do siebie i zasiedli do kolacji.
***
Piątek, 1 stycznia 2012 roku, Ziemia: Szwajcaria - domek w górach, około 23:30
David tak długo pytał Mary o to, co się stało, że w końcu mu powiedziała. O wszystkim. O nieszczęsnym seksie bez zabezpieczenia, możliwości ciąży i kłótni z Thomem. David przez chwilę myślał, że dostanie zawału. Gdy skończyła opowiadać, zapadło długie milczenie. Nie mogła tego znieść.
- Jestem taka wściekła na siebie! Jak mogłam być taka głupia i nieostrożna? – znów zaczęła płakać.
- Spokojnie, jeszcze nie wiesz, czy jesteś w ciąży... – z trudem przeszło mu to przez gardło.
Był zły na Thoma i na siebie, że tak łatwo się poddał i zostawił Mary w jego rękach. Thom znów ją zranił. Tym razem jednak jeszcze dobitniej. Przeczuwał, że to się tak skończy od samego początku, ale Mary wciąż powtarzała, że się zmienił... Poza tym, widział, jak promienieje szczęściem. Postanowił więc dać spokój. Jednak teraz...
- A jeśli tak? Davidzie, co ja wtedy zrobię? – spojrzała mu w oczy z bólem – Nie chcę być samotną matką, a ciąży nie usunę... Nie byłabym do tego zdolna...
- Poradzimy sobie... – rzekł łagodnie, a ona była w szoku.
- „My”? – spytała odruchowo.
- Tak. Jeśli okaże się, że jesteś przy nadziei, zrobię wszystko by ci pomóc. Na pewno nie będziesz sama... – zapewnił.
- Dav... Proszę przestań. – odwróciła głowę – Kiedy tak mówisz, czuję się jeszcze gorzej. – żałowała znów, że ośmieliła się tu do niego przyjść i żalić mu się.
- Jak to?
- Dlaczego ty miałbyś mi pomagać? Nie zasłużyłam sobie... Poza tym to nie twój problem ani dziecko... – uroniła kilka łez i dotknęła jego policzka – Proszę, nie bądź dla mnie taki dobry... Lepiej na mnie nakrzycz! Wyzwij od idiotek, uderz, cokolwiek! – krzyczała.
- Mary! – ujął jej twarz w dłonie i zmusił by spojrzała mu w oczy – Nie gadaj głupot. Wszystko będzie dobrze. Nie panikuj na zapas i pamiętaj, że masz mnie. Ja zawsze ci pomogę, słyszysz? Nieważne, jaki problem to będzie...
- Dav... Dlaczego jesteś dla mnie taki dobry? – nie mogła tego zrozumieć.
- Bo cię kocham, Mary... – rzekł poważnie, z niepokojem w oczach, a ją zatkało.
***
Egharia: Veolia – Eolium (Rezydencja Theliny), wieczór
Posiłek był pyszny, zjedli go spokojnie, niewiele rozmawiając. Potem, pijąc gorącą herbatę, zaczęli rozmowę. Ella nie mogła przestać myśleć o sposobie, w jaki mieli połączyć swe dusze.
- Nie mogę uwierzyć, że musimy... No wiesz, by pozbyć się tych... W życiu nie pomyślałabym, że do zdjęcia kajdanek wystarczyło tylko... – mówiła chaotycznie i zarumieniała się, patrząc raz na filiżankę herbaty, a raz na niego, a on się zaśmiał.
- Jak tak się zastanowić, to gdyby nam wtedy nie przerwano, kajdanki same by zniknęły. – zauważył i uśmiechnął się widząc, że poczerwieniała na wspomnienie tamtej chwili.
- No tak... – przełknęła ślinę, zaczęła się bowiem denerwować.
- Nie martw się, kotku... – obniżył specjalnie głos – Tym razem nikt nam nie przeszkodzi... – zapewnił, a ona aż podskoczyła, słysząc te słowa.
Ren zauważył, że zaczęła nerwowo przebierać rękami, pod stołem i odstawił filiżankę. Postanowił skończyć z żartami. Wstał i wyciągnął do niej dłoń.
- Chodź, Ello. – zadrżała, słysząc w jaki sposób to powiedział, ale podała mu rękę – Dlaczego jesteś taka spięta? – spytał, gdy chwycił jej dłoń.
- Nie wiem... – spojrzała na niego zarumieniona.
- Ostatnim razem byłaś znacznie śmielsza... – zachichotał.
- Wtedy było inaczej. To przez ten czar... Wciąż o nim myślę... – poczuł jej drżenie i pociągnął ją ku sobie, po czym objął ją mocno od tyłu.
- No to przestań o tym myśleć... – rzekł jej prosto do ucha. a jej serce przyspieszyło, gdy poczuła jego oddech na szyi.
- Staram się... – drgnęła, gdy uniósł jej rękę i pocałował wnętrze dłoni. Drobny gest, a wzbudził w niej takie pożądanie. To co będzie dalej?
- A może cię już nie pociągam, co? – spytał z przekąsem, odwracając ją przodem do siebie. Zobaczył wtedy, jak wyczekuje i reaguje na każdy jego dotyk.
- Przestań... Wiesz, że cię pragnę, nic się nie zmieniło w tej kwestii... – mruknęła, przymykając oczy, kiedy dotknął jej policzka gorącą dłonią.
- Tak, wiem o tym doskonale, skarbie... – rzekł wesoło i pocałował ją delikatnie w usta, sprawiając, że powoli odpływała.
***
Ziemia: Szwajcaria - domek w górach, około 00:10
Mary patrzyła na niego w osłupieniu. Niby o tym wiedziała, ale teraz, gdy usłyszała to z jego ust, zupełnie nie wiedziała, jak się zachować. Dopiero David przerwał to długie milczenie, jakie zapadło.
- Wiem, że to wiesz... – uśmiechnął się do niej – Ale musiałem to powiedzieć.
- Dav, ja...
- Nic nie mów. Nie oczekuję, że odwzajemnisz moje uczucia. Chcę tylko, żebyś wiedziała, że jesteś dla mnie najważniejsza na świecie i dlatego nie pozwolę, byś tak płakała. – pogłaskał ją po policzku, a ona zadrżała. Ciepło, bijące od Davida wręcz ją poraziło – Dlatego też, możesz na mnie zawsze liczyć. A teraz już uspokój się. Będziemy się martwić, jak rzeczywiście okaże się, że jesteś w ciąży, a co do Thoma... – urwał, bo w tym momencie Mary wtuliła się w niego tak mocno i niespodziewanie, że go zatkało.
Zarumienił się, czując jej ciepło i miękkie ciało przy sobie. Zawahał się chwilę, ale w końcu objął ją mocno i przytulił do siebie. Chciał, by ta chwila trwała wiecznie. Nadal nie wierzył, że trzyma ją w ramionach.
Po chwili Mary poczuła coś dziwnego. Jakieś delikatne uczucie, które sprawiło, że się wręcz zawstydziła. Nie rozumiała, dlaczego. Przecież wiele razy już tuliła się do Davida. Czemu więc teraz jej serce zabiło mocniej? Wystraszyła się tego i odsunęła nieśmiało spuszczając wzrok. David odgadł po jej minie o co chodzi, więc zabrał ręce i wstał.
- Weź sobie prysznic. Pościelę ci łóżko w pokoju gościnnym. – rzekł łagodnie i już miał odejść, ale złapała go za rękę i spojrzała w oczy.
- Dav... dziękuję. – nie wiedziała, co innego powiedzieć, a on uśmiechnął się tylko do niej ciepło i poszedł do pokoju obok.

_____________________________________________________________
Adres większego obrazka: http://img641.imageshack.us/img641/1158/ellarensr.jpg
Blask Miryonu - Część II - Rozdział 37
poniedziałek, 23.maja.2011, 22:47Witam!
No to zaczynamy Część II Blasku Miryonu, pt. „Tajemnica Elli” ;D Jest to część dość długa, bowiem kończy się dopiero na ok. 60 rozdziale, ale mam nadzieję, że będziecie chcieli więcej... ;)
Początek dość niewinny, no może nie u Mary, ale cieszcie się spokojem u Rena i Elli, bo niedługo zrobi się gorąco, dosłownie i w przenośni (tajemnice się skurczą, o!) ;P
Załączam też obiecany rysunek Rena na otwarcie nowej części. ;)

To jest link do większego obrazka ( bo ten powyżej jest tak pomniejszony, że widać już zamglenie, ale większego dać w miniaturze nie mogę ;/ ):
http://img821.imageshack.us/img821/8232/princerennorhensr.jpg
Miłego czytania i czekam na wrażenia ;)
***
Blask Miryonu
Część II – „Tajemnica Elli”
*
31 dzień cuadrilu 8976 roku, Egharia: Veolia – Eolium, wieczór
Kiedy oboje wkroczyli do stolicy Veolii, zachwyt Elli pięknymi budowlami, ozdobnymi drzewami i tłumem ludzi, krzątających się po mieście, stopniowo ustępował miejsca smutkowi i zwątpieniu. Kiedy emocje opadły, jak bumerang powróciły do niej myśli o tym, po co w ogóle tu przybyli...
Mieli spotkać się z Theliną – Arcykapłanką Veolii, aby usunęła kajdanki, które przez długi czas łączyły ich ręce. Miała się też dowiedzieć, jak wrócić na Ziemię... Zadrżała. Zrobiło jej się nagle bardzo zimno i z trudem powstrzymywała łzy, które same cisnęły się jej do oczu, gdy pomyślała, co to wszystko oznacza.
Jej gwałtowny spadek nastroju od razu wyczuł Alren i przyglądał jej się uważnie. Wiedział o czym myślała. Sam miał mieszane uczucia, z tym związane. Chciał jak najszybciej porozmawiać z Theliną, jednak ostatecznie postanowił z tym trochę poczekać. Czuł, że musi porozmawiać z Ellą, albo przynajmniej jej wysłuchać, gdyż widział, że próbuje mu coś powiedzieć, od jakiegoś czasu. Pomyślał, że mogą pójść do Arcykapłanki rano, a teraz przenocują w jakimś bezpiecznym miejscu. Znał takie jedno...
- Ello, chodź tędy. – wskazał na wąską i dość ciemną uliczkę – Zanim odwiedzimy Thelinę, powinnyśmy odpocząć po tej trudnej przeprawie. Co o tym myślisz? – spytał łagodnie.
- Dobrze... – w jej głosie nie było żadnego entuzjazmu, co najwyżej ledwie wyczuwalna ulga.
Nim się obejrzeli, byli już na miejscu, przed niewielkim zajazdem dla podróżników o nazwie „U Dablesa”. Nie wyglądał ani zbyt czysto ani bogato. Ella skrzywiła się, widząc brodatych mężczyzn z butelkami wina i fajkami, przed drzwiami do środka.
- Ren... Co to za rudera? – szepnęła z nieskrywanym niezadowoleniem, a on mimowolnie się zaśmiał.
- Może nie jest to pięciogwiazdkowy hotel, Ello, ale z pewnością będzie tu bezpiecznie. Nikt z moich wrogów, raczej nie wpadnie na pomysł, że tu nocujemy. – wyjaśnił, ale nadal nie była do końca przekonana – Chodź, odwiedzimy mojego starego znajomego. – pociągnął ją delikatnie.
W środku Ren zamienił kilka słów z gospodarzem zajazdu – Dablesem, który jak się okazało, był tym znajomym, o którym wspomniał. Nieduży i dość otyły starszy facet, obrzucił Ellę spojrzeniem pełnym uznania i spojrzał na Rena znacząco.
- No stary, muszę przyznać, że masz dobry gust, jeśli chodzi o kobiety. – rzekł chrapliwym głosem i zaśmiał się.
- Dzięki. – zignorował uwagę – Potrzebujemy pokoju i czegoś na ząb. – rzekł kładąc na ladę kilka monet.
- Jasna sprawa... – zaśmiał się i wręczył mu jakiś klucz.
- I jeszcze coś, Les... Nas tu nie ma, rozumiesz? – szepnął do niego poważnie, a on jakby zrozumiał przesłanie.
- Oczywiście, stary. Od czego są przyjaciele. – mruknął – Idźcie już. Za chwilę coś wam przyniosę.
Ella sprawiała wrażenie co najmniej spiętej. To miejsce się jej nie podobało tak samo, jak gospodarz, ale nie wątpiła w Rena. Na pewno wiedział, co robił. Poszła więc z nim na górę i po chwili weszli do pokoju. Nie zdążyli się jeszcze dobrze rozebrać, kiedy ktoś zapukał. Był to Dables, który przyniósł im obiecaną, ciepłą kolację i grzane wino. Potem dobrze zamknęli pokój. Ren zasłonił okna i zapalił tylko kilka świec, które stały na szafkach nocnych, po obu stronach sporego łóżka.
Ella zauważyła, że wnętrze nie jest takie złe, jak się mogło zdawać z zewnątrz. Było tu owszem skromnie, ale ciepło. W niewielkim pokoju znajdował się jeszcze mały stolik, szafka i dwa krzesła. Łazienka była ciasna i zawierała tylko skromny brodzik i ubikację, ale o dziwo pomieszczenie wydawało się dość czyste, jak na taki zajazd.
Gdy złotowłosa usiadła na łóżku, obok Rena, poczuła przypływ wielkiego zmęczenia. Ostatniej nocy nie spała przez zamieć śnieżną, więc jej organizm wręcz domagał się snu. Było jej to nie na rękę, gdyż za żadne skarby nie chciała przespać ostatniej, jak się jej zdawało, nocy z Renem. Dlatego też chętnie zgodziła się na prysznic, mając nadzieję, że nieco ją rozbudzi.
***
Piątek, 1 stycznia 2012 roku, Ziemia: Londyn – dom Mary, około 5:20
Sylwester w Londynie dobiegł już końca. Mary i Thom wzięli taksówkę i właśnie zatrzymali się przed domem blondynki. Opuścili samochód chwiejnym krokiem, upojeni i zmęczeni. Gdy zaś byli już pod drzwiami do jej domu, przyszedł czas się pożegnać.
- Dziękuję, Mary... To był wspaniały sylwester... – wyszeptał Thom i pocałował ją krótko w usta.
- Już idziesz? – mruknęła niezadowolona – Może wejdziesz na kawę? – spojrzała na niego błagalnie, a on zaśmiał się cicho.
- Skoro nalegasz... – rzekł zalotnie i wszedł z nią od domu.
Kiedy byli już wewnątrz, Mary zachwiała się i wylądowała w jego ramionach. Widział, że jest naprawdę nieźle wstawiona i nie myśli racjonalnie. On też był podpity, ale nie aż tak, by nie wiedzieć, co robi.
- Darujmy sobie te kawę, Mary. Za dużo wypiłaś... – szepnął i wziął ją na ręce, po czym zaniósł do jej sypialni.
- Sugerujesz, że jestem pijana? – bąknęła oburzona i złapała go za klapy marynarki, kiedy już położył ją na łóżku.
- Tak, skarbie. Dlatego powinnaś się przespać. – rzekł czule, ale ona go pocałowała w usta, tak namiętnie, że zadrżał.
Zaskoczyło go to, jaka potrafiła być odważna i bezpośrednia. Poczuł, że jest gorącą kobietą. Była zupełnie inna, niż wtedy, kiedy ją poznał. Nie widział jej jeszcze tak wstawionej, ale taka Mary go kręciła. Taka seksowna i pewna siebie... Pociągała go, jak cholera. Powstrzymał się jednak jeszcze na chwilę.
- Jeśli pocałujesz mnie jeszcze raz, to już stąd nie wyjdę. – mruknął jej do ucha, nieco żartobliwie, a ona się zaśmiała.
- W takim razie... – szepnęła – Zostajesz dziś ze mną... – po tych słowach znów go pocałowała, a on nie czekał już na kolejne zaproszenie.
Objął ją mocno i namiętnie pocałował. Gwałtownymi ruchami zdejmował jej sukienkę i bieliznę, co ją dodatkowo nakręcało. Nie pozostała mu dłużna i równie szybko zdejmowała z niego ciuchy. Thom przywarł do jej rozpalonego ciała. Całowali się i głaskali napaleni, ciężko dysząc i słuchając swoich rozszalałych serc. Mary gładziła bez opamiętania jego śniade i dobrze umięśnione ciało. On zaś pieścił ją w taki sposób, że miała dreszcze na całym ciele. Zatraciła się zupełnie i nagle krzyknęła z bólu. Thom zatrzymał się i spojrzał na nią zdumiony...
- Dlaczego mi nie powiedziałaś, że to twój pierwszy raz? – szepnął, ledwo nad sobą panując – Byłbym delikatniejszy...
- Nie gadaj tyle.... – mruknęła, ocierając kilka łez i pocałowała go znowu.
Kontynuowali po chwili. Thom był zaskoczony ilością energii, jaka miała w sobie ta dziewczyna. Nie miał czasu na rozważania, czy dobrze robią. Nie teraz, kiedy był w niej. Kochali się jak dwaj narkomani, którzy dorwali się do swych używek. Spragnieni siebie nawzajem, szybko osiągnęli szczyt i zaraz potem opadli na łóżko, ciężko dysząc.
Zasnęli szybko, ze zmęczenia i nadmiaru alkoholu, przepełnieni szczęściem i nawet nie zdawali sobie sprawy, że z tego wszystkiego, nie pomyśleli, by się zabezpieczyć...
***
Egharia: Veolia – Eolium (Zajazd „U Dablesa”), noc
Rozebrali się i razem weszli pod prysznic. Odkręcili gorącą wodę i do razu poczuli się o wiele lepiej. Potrzebowali tego po tym mrozie i śniegu. Gdy się już umyli, zauważył, że totalnie odpłynęła gdzieś myślami. Objął ją od tyłu delikatnie i szepnął do ucha.
- O czym tak myślisz, moja droga? Nie martw się, jeszcze się nie rozstajemy... – serce jej przyspieszyło, gdy to usłyszała. Czy czytał w jej myślach?
- Ale już niedługo prawda? – odparła smutno po chwili, a on milczał – To ostatnie chwile, kiedy jesteśmy razem... Czuję to. – ukryła twarz w dłoniach, nie chcąc by widział jej ból, który odczuwała z tego powodu.
- Ello... – zaczął delikatnie, nie wiedząc, co ma robić, a ona odwróciła się do niego przodem.
- Nie chcę wracać... – wypaliła nagle, a on był w szoku.
- Daj spokój, nie wiesz, co mówisz... – uśmiechnął się nerwowo.
- Wiem, Ren... Nawet jeśli wrócę na Ziemię, nic już nie będzie takie, jak dawniej... Jak mam normalnie żyć, pamiętając te wszystkie przygody, miejsca, ciebie...? – mówiła, pociągając nosem od czasu do czasu i unikając jego wzroku.
- Na Ziemi na pewno też jest wielu przystojnych mężczyzn. – zażartował, choć z wielkim trudem przeszło mu to przez gardło – Z czasem o mnie zapomnisz... – urwał, gdy zobaczył, jakim wzrokiem na niego spojrzała.
- To niemożliwe, Ren... – mówiła z taką szczerością, że aż poczuł się dziwnie – Niemożliwe... – powtórzyła mimowolnie i spuściła wzrok, walcząc z zamykającymi się powiekami.
- Chodźmy już spać. Widzę, że oczy same ci się zamykają. Jutro porozmawiamy... – powiedział cicho.
- Nie! Nie chcę spać... – objęła go mocno.
- Uspokój się. – rzekł bardziej zdecydowanie – Idziemy spać.
Ella próbowała jeszcze protestować, ale nie pozwolił jej. Powycierali się więc i położyli do łóżka. Alren przykrył ją dokładnie i z ciężkim sercem patrzył na jej smutną twarz i walkę z opadającymi powiekami.
W tej chwili miał naprawdę mieszane uczucia. To właśnie dlatego na początku nie chciał się angażować. Wiedział, że to się tak skończy. Wiedział, że będzie im potem ciężko się rozstać. Jednak, jak tak teraz o tym myślał, to za nic nie oddałby tych wszystkich chwil, które z nią przeżył. Były absolutnie bezcenne.
Westchnął i wtedy zobaczył, jak wyciągnęła rękę, by pogładzić go po policzku. Jej dotyk był taki delikatny i czuły, że przymknął na chwilę oczy.
- Ren... Możesz mnie pocałować? – poprosiła, a on lekko drgnął.
Nie odpowiedział jej, tylko powoli się zbliżył i delikatnie musnął jej usta. Ten pocałunek był krótki i niezwykle czuły. Samotna łza mimowolnie spłynęła jej po policzku, co poruszyło Rena, który to zauważył. Aż tak się do mnie przywiązała? – pomyślał ze smutkiem. Cofnął się ostrożnie, a ona wtuliła się w jego pierś, zamykając oczy. Nie miała już sił walczyć ze zmęczeniem i po chwili zasnęła, czując jego ciepło. Objął ją delikatnie i z ciężkim sercem sam również zasnął.
Ponieważ Eniee ładnie poprosiła, wrzucam dziś bonusowo kolejny rozdział ;)
Jeśli chodzi o autorski komentarz... Mam nadzieję, że mi wybaczycie takie, a nie inne rozwiązanie TEJ sytuacji... ^^ (domyślicie się, o co mi chodzi)
Pozdrawiam ;)
***
31 dzień cuadrilu 8976 roku, Egharia: Veolia – Veron (Motel „Eryonus”), noc
Ella i Ren osuszyli się nieco ręcznikami, a potem weszli do ciepłego pokoju. Alren zauważył kilka świeczników i jednym zaklęciem wszystkie naraz zapalił. Utworzył się niepowtarzalny klimat, nawet w takim tandetnym pokoju, jak ten. Uśmiechnął się na widok jej lśniących oczu. Zauważył jej zdenerwowanie, które całkowicie rozumiał. Zbliżył się do niej od tyłu i przytulił ją delikatnie.
- Jeśli nie chcesz... – zaczął łagodnym tonem.
- Chcę. – ujrzał determinację w jej spojrzeniu – Tylko... trochę się boję. – dodała szczerze.
- Będę delikatny. – zapewnił, szepcząc jej do ucha, a chwilę później była już na jego rękach.
Spojrzała mu w oczy i zadrżała, widząc w nich pożądanie. Położył ją delikatnie na dużym łożu i zdjął ręcznik, który owinęła sobie wokół piersi. Ella przełknęła ślinę, nie wiedząc jak silnych emocji się spodziewać i wtedy Ren się do niej uśmiechnął.
- Zdradzić ci sekret? – zaśmiał się cicho.
- Jaki? – nie była w stanie myśleć, kiedy jego twarz była tuż przy niej.
- Pamiętasz ten czar, który rzuciłem, byś nie miała koszmaru?
- Tak... Co z nim? – zaniepokoiła się.
- Tak się składa Ello, że rzucający ten czar ma wpływ na sen czarowanego i w nim uczestniczy. – powiedział zmysłowym tonem głosu, a Ella zamarła – To dlatego śniłaś o mnie. Dlatego też wiem dokładnie, co ci się wtedy śniło. Byłem tam razem z tobą...
- Ty podstępny...! – zabrakło jej odpowiedniego słowa, była okropnie czerwona i zawstydzona, a on się zaśmiał – To dlatego byłeś taki pewny siebie! – bąknęła, udając obruszenie.
- Nie, to tylko potwierdziło moje domysły. Od samego początku na mnie leciałaś. – uśmiechnął się szczerze – A dzisiaj... – znów spoważniał.
Jej serce biło już jak szalone, wszystko się w niej gotowało, emocje ją wręcz rozsadzały – frustracja i pożądanie, złość i zniecierpliwienie. Nie miała już sił z tym walczyć i zdjęła ręcznik z jego bioder. To był dla niego aż nadto jasny sygnał.
- Ziółko, ty moje... – szepnął tak zmysłowo, że zesztywniała, a chwilę potem poczuła jego usta na swoich.
W tym pocałunku nie było już cienia niewinności. Był głęboki i namiętny. Odebrał jej oddech i nabrała nerwowo powietrza, dopiero gdy przeszedł do jej szyi. Zamknęła oczy i drżała z każdym jego kolejnym pocałunkiem coraz bardziej. Bawiła się jego włosami, gładziła jego gorącą, napięta skórę pleców i ramion, kiedy on pieścił jej dekolt. Gdy zaś doszedł do jej piersi, nie wiedziała już na jakim jest świecie. Emocje, których doznawała przerosły jej najśmielsze oczekiwania. Tamten sen był tylko namiastką uczuć, których doświadczała w tej chwili.
Alren był równie podniecony. Jej skóra była taka gorąca, miękka i gładka. Miała cudowny zapach. Jej drżenie i płonące ogniem policzki tylko go nakręcały. Miał przyspieszony oddech, a serce mu waliło jak szalone. Całował teraz jej brzuch, pieszcząc piersi dłońmi i czując jej ręce w swoich włosach. Oderwał się od niej i przesunął ręką od jej szyi, aż po pępek, zupełnie jak w tamtym śnie, a Ella myślała, że zaraz umrze z rozkoszy, choć to była dopiero gra wstępna.
Odważyła się otworzyć oczy i spojrzała na niego, był znów tuż przy niej. Objęła go, a on pocałował ją w usta. Jednocześnie wyczuła jego palce w najbardziej intymnym miejscu. Poczuła silny spazm, wstrząsający jej ciałem, aż nagle Ren zerwał się i gwałtownie odwrócił na plecy.
Gdy zdumiona znów na niego spojrzała, wciąż drżąc, ku swemu przerażeniu zobaczyła, że trzyma w dłoni ostrze, skierowane prosto w niego, które w ostatniej chwili złapał. Mimowolnie zerknęła w sufit i ujrzała tam jakąś postać, która zdawała się być przyczepiona stopami do górnej ściany.
- Kim ty do cholery jesteś?! – wrzasnął Alren, wściekły na siebie, że nie wyczuł go wcześniej. Wiedział, że to podniecenie uśpiło jego czujność. Jeszcze ułamek sekundy i byłby trupem.
Jednak zamaskowana postać nie odpowiedziała, tylko ponownie zaatakowała go jakimiś ostrzami, niczym ninja. Ren nie miał na sobie ani ubrania ani broni, więc wezwał barierę ochronną, która odrzuciła napastnika i jego sztylety, po czym przeszył go ognista strzałą, którą wypuścił z dłoni. Wróg zginął na miejscu, a Ella patrzyła z przerażeniem, co się dzieje, dopiero teraz odzyskując zmysły i zdolność trzeźwego myślenia.
***
Ziemia: Londyn – sylwester w pałacu, około 23:00
Thom i Mary zrobili sobie przerwę w zabawie i poszli w jakieś ustronne miejsce. Odkryli oszklony taras, z którego roztaczał się piękny widok na ośnieżony i świąteczny Londyn, nocą. Jakimś cudem byli tam wtedy sami, bo większość gości szykowała się już na powitanie Nowego Roku.
Thom objął Mary od tyłu, czule i delikatnie, a ona miała wrażenie, że rozpłynie się ze szczęścia.
- Wiesz co, sam się sobie dziwie, że byłem takim głupcem kiedyś...
- Co masz na myśli? – nie zrozumiała.
- Jak mogłem nie zakochać się w tobie już wtedy, gdy się poznaliśmy? Byłem głupcem, doprawdy... Ale może tak miało być? – mówił spokojnie, patrząc jej w oczy, gdy się odwróciła do niego zdumiona.
- Thom...
- Może musiałem się jeszcze czegoś nauczyć? – uśmiechnął się do niej – Może musiałem dojrzeć, by zauważyć, jak wspaniała jesteś. – pogładził ją po policzku.
- Czemu mi wszystko to mówisz? – zarumieniła się.
- Tak jakoś mnie naszło na refleksje pod koniec roku... – wyznał i przytulił ją do siebie.
Miała mieszane uczucia. Z jednej strony to, co powiedział, poruszyło jej serce, ale z drugiej – dziwiła się jego zmianą. Teraz widziała to wyraźnie. Bardzo się zmienił, nie do poznania wręcz... Poza tym wszystko działo się tak szybko, tak nagle, że nie wiedziała już, co o tym myśleć. Jednak uczucie szczęścia i jego bliskość skutecznie zakłócały jej racjonalne myślenie.
- Kocham cię, Mary... – usłyszała nagle i spojrzała na niego zdumiona, powiedział to bowiem pierwszy raz.
- Naprawdę? – uroniła łzy wzruszenia.
- Tak... – wyszeptał z uśmiechem i pocałował ją czule w usta.
Mary w jednej chwili zapomniała o wszystkich wątpliwościach. Tyle razy wyobrażała sobie tą chwilę... Wtuliła się w niego mocno, wdychając jego zapach i chłonąc jego ciepło. Czuła się tak, jakby była w niebie, jakby miała skrzydła i za chwilę mogła wznieść się w powietrze. Nie sądziła, że jest w stanie tak się zatracić. Co prawda zakochała się w nim dawno temu, ale nie przeżywała czegoś takiego. Może dlatego, że była za smarkata? Może dopiero teraz, kiedy była już w pełni dorosłą kobietą, była w stanie odczuwać prawdziwe emocje? W każdym razie, chciała, by ta chwila trwała wiecznie...
***
Egharia: Veolia – Veron (Motel „Eryonus”), noc
Ren zasłonił usta Elli widząc, że z przerażenia chce krzyczeć. Uspokoił się nieco i mówił do niej szeptem.
- Nie krzycz, bo będziemy mieli kłopoty. – wyjaśnił, a ona skinęła głową, wciąż jeszcze drżąc z podniecenia i strachu – Musimy się ubrać i szybko opuścić to miejsce. Wiedzą, że tu jesteśmy.
- Ale kto? – wciąż była przestraszona.
- Skrytobójcy z Norhenu... – rzekł z ponurym wyrazem twarzy.
Nie miał co do tego wątpliwości, odkąd zdjął maskę zabitego agenta. Nosił czerwoną opaskę na czole, identyczna, jaką on zazwyczaj ubierał. Miał też tak samo czarne włosy i ciemną karnację, zupełnie jak on.
Ella też zauważyła pewne podobieństwo między nimi, ale nie miała czasu na pytania, bo Ren wciąż ją poganiał. Za pomocą magii usunął ciało zabitego agenta z pokoju motelu. Potem ubrali się, zabrali swoje rzeczy i już mieli wychodzić, kiedy Ren stanął jak wryty, wyczuwając coś.
- Zaczekaj... – powstrzymał ją przed wyjściem drzwiami.
Zamknął oczy i za pomocą magii ujrzał w całym Veronie około tysiąca Norhenów. Zapewne nie wszyscy byli skrytobójcami, ale to i tak nie wyglądało dobrze.
- Musimy opuścić to miasto i to zaraz. – rzekł zdecydowanie.
- Ależ wciąż jeszcze nie mamy zapasów... No i... – Ella się zlękła.
- Nie możemy tu zostać. Jest ich znacznie więcej, a są oni o wiele silniejsi od Cehronów. – zapewnił i pociągnął ją w stronę okna.
- Chyba nie chcesz... – popatrzyła na niego, jak na wariata – To jest czwarte piętro!
- Ello, właśnie nadszedł czas, byś udowodniła mi, że mi ufasz. – rzekł jak najbardziej serio, aż jej ciarki po plecach przeszły.
- To znaczy? – przełknęła ślinę.
- Zamierzam użyć lewitacji, by opuścić Veron. Wiesz, co to jest? – spytał, patrząc jej w oczy.
- Latanie? – zrobiła oczy wielkie jak talerze.
- Tak. Wezmę cię na ręce i polecimy kilka kilometrów. Dodatkowo użyję aury niewidzialności. Zadziała tylko wtedy, kiedy zaufasz czarującemu, czyli mi. Inaczej ty będziesz widzialna, rozumiesz? – spytał poważnie.
- Chyba tak, ale...
- Nie mamy czasu, Ello. – spojrzał jej w oczy – Ufasz mi czy nie?
- Ufam. – odparła pewnie.
Nie czekał już ani chwili dłużej, tylko wziął ja na ręce i wypowiedział jakieś zaklęcie. Spojrzeli w lustro na ścianie pokoju i nie zobaczyli swego odbicia. Zadziałało, więc mu zaufała. Alren odetchnął z ulgą i otworzył okno.
- Naprawdę umiesz latać? – ogarnął ją nagły strach.
- Nie martw się, nie puszczę cię. – zapewnił – Ten czar jednak strasznie wyczerpuje magiczną energię, a z niewidzialnością to już w ogóle. Jeśli więc nas złapią, będę w stanie używać tylko miecza. – dodał jeszcze.
- Aha... – objęła go mocniej za szyję.
- Jeśli masz lęk wysokości, to lepiej zamknij oczy. – rzekł szybko, po czym wyskoczył z okna.
Ella przez chwilę zamarła, ale po kilku sekundach ujrzała, że są już wysoko, nad budynkami miasta i oczom nie wierzyła.

Dziś nie będzie długiej przedmowy. Za chwilę i tak wszystkiego się dowiecie ;)
Podpowiem tylko, że w Veronie nastąpi kolejny przełom w relacji Rena i Elli.
Pozdrawiam ;)
P.S. Załączam rysunek Rena w ziemskim stroju, może się Wam spodoba ;)
***
31 dzień cuadrilu 8976 roku, Egharia: Veolia – Veron (Ruiny Asgharu), popołudnie
Było późne popołudnie, kiedy Ren ocknął się w tym dziwnym miejscu. Pierwsze, co zrobił, to sprawdził, co z Ellą. Na szczęście tylko zemdlała, więc chwycił ją w ramiona, by nieco ją ogrzać, gdyż powrócili już do normalnego klimatu Veolii.
Rozejrzał się. Wszędzie był śnieg, ale bez trudu zauważył, że znajdują się w jakiś ruinach, ukrytych między drzewami. Zerknął na niebo – było pochmurne, przeczuwał, że zbliża się śnieżyca. Wszędzie panowała głucha cisza i nie widział ani jednej żywej duszy. Dziwne. Gdzie ten teleport ich przeniósł? Przez chwilę pomyślał, że może przez te wszystkie wieki nie działał już tak dobrze, jak kiedyś i wylądowali w zupełnie innym miejscu, ale wtedy jego wzrok padł na identyczną płytę teleportu, jak w Kryształowym Gaju. Odgarnął śnieg i zobaczył inkantacje teleportacyjne oraz wyraz „Asghar”. Zamarł. Już wiedział, gdzie się znajdują i bardzo się tym zaniepokoił.
- Ello! Ello, obudź się! – krzyczał, potrząsając nią nieco, aż otworzyła oczy – W porządku? – spytał już spokojniej.
- Chyba tak... – odparła zarumieniona widząc, że jest w jego ramionach – Gdzie jesteśmy? – spytała, wzdrygając się, gdy poczuła mroźny wiatr. Znów ta zima...
- W Ruinach Asgharu... – rzekł cicho – Musimy jak najszybciej opuścić to miejsce, Ello.
- Dlaczego? – zaniepokoiła się.
- Powiem ci po drodze, ale teraz chodź. – pociągnął ją w stronę, widocznego już stąd, wyjścia z tego małego lasku.
Ella oglądała po drodze ruiny, pokryte śniegiem, rozsiane wszędzie dookoła. Ren wyglądał na zaniepokojonego, co nie wróżyło nic dobrego. Znała go już wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że nigdy nie jest tak poważny bez powodu.
- Ren, powiesz mi, co to za miejsce? – spytała ostrożnie.
- To ruiny starożytnego miasta kapłanów. Nic dziwnego, że teleport z Gaju prowadzi akurat tutaj. – stwierdził po dłuższej chwili namysłu – To było bardzo ważne miejsce w dawnej Veolii i w ogóle Egharii...
- To w czym problem?
- To miejsce zostało przeklęte, przez najeźdźcę z Cehronu, który wieki temu podbił Veolię. – wyjaśnił – Mimo iż potem Veolia odzyskała niepodległość, klątwy z tego miasta nie zdołali zdjąć nawet najwięksi kapłani... Dlatego to miejsce nadal jest zniszczone i opuszczone. Nie wolno tu wchodzić, pod karą więzienia, a nawet śmierci. Dlatego, nikt nie może nas zobaczyć, a będzie to trudne, zważywszy na to, że Veron jest bardzo blisko stąd... – wyjaśnił, w czym rzecz.
- Aha... – zmartwiła się. Zauważyła, że w Veolii jest wyjątkowo dużo przeklętych miejsc i bardzo surowe prawo – No ale tu wcale nie jest tak źle, czemu mówisz, że to miejsce jest przeklęte? W porównaniu do Lasu Sverse... – urwała widząc, że Ren kiwa przecząco głową.
- To coś zupełnie innego. Klątwa tego miejsca polega na tym, że zatruwa ona myśli i dusze osób, które tu wchodzą. Innymi słowy chodzi o opętanie, które każe ci zabijać. Po tym poznają, że ktoś tu był. W ciągu doby, od opuszczenia tych ruin, ujawnia się owe szaleństwo. Opętani, którzy zdołali kogoś zabić, zostają uśmiercani za karę, a ci co nie – oczyszczani z czaru i zamykani do więzienia na długie lata. Verończycy są przeczuleni na tym punkcie...– wyjaśnił, kiedy zbliżali się do wyjścia z lasku.
- Ren... – urwała na chwilę – Tylko mi nie mów, że my też zostaliśmy opętani...
- Za całą pewnością, Ello... – odparł, wzbudzając w niej lęk.
***
Egharia: Veolia – okolice Lasu Sverse, popołudnie
W specjalnym, magicznie ogrzewanym namiocie, rozbitym zaraz za lasem, siedział sobie zadowolony Ghin. Był przekonany, że z dusz Alrena i tej dziewki nic nie zostało. Zanim jednak wybrał się do stolicy, by ogłosić wykonanie misji, wysłał swojego ostatniego żołnierza, by znalazł ich szczątki na dowód dla królowej. Wiedział bowiem, że na słowo mu nie uwierzy. Spodziewał się dziś powrotu swego posłańca i nie pomylił się.
Żołnierz wrócił z poszukiwań i zameldował się w jego namiocie. Był wyczerpany. Zauważył, że miał strach w oczach, ale zwalił to na ten las.
- I co, znalazłeś coś? – spytał ze zniecierpliwieniem.
- Przykro mi, panie, ale... – urwał, uspokajając oddech – Nie znalazłem nic, oprócz ich bagażu. Żadnego szkieletu ani ciała, nic.
- Co? To niemożliwe! Było tam ze dwadzieścia Urlaków i sześciu Hurów. Nie mogli tego przeżyć! Nawet nasza królowa nie dała by sobie z tym rady! – zdenerwował się – Powinny zostać nienaruszone ciała. Oni nie zadają fizycznych ran!
- Przykro mi, panie... Może zdołali uciec?
- Poszukałeś ich śladów za lasem? – zapytał nerwowo.
- Tak, okolica wygląda tak, jakby nikt nie opuścił lasu. Nie znalazłem żadnego śladu ucieczki...
- Ani trupów ani śladów, cholera! – zaklął pod nosem jeszcze kilka razy – Przecież nie rozpłynęli się w powietrzu!
- Wygląda na to, że mogą być teraz wszędzie, panie... – zauważył zaniepokojony żołnierz.
- Musimy ich zaleźć i to szybko. Mam czas tylko do końca tego tygodnia. Zostały mi ledwo 4 dni! Jeśli nie wypełnię misji... – urwał, a w jego oczach pojawił się lęk – Trzeba było załatwić ich osobiście, ale trudno. Ruszamy natychmiast na poszukiwania!
- Tak jest!
***
Egharia: Veolia – Veron, późne popołudnie
Ella i Alren opuścili ruiny i znaleźli się na otwartym polu, pokrytym śniegiem. Było okropnie zimno i właśnie zaczęła się śnieżyca. Ren złapał Ellę za rękę, by pomóc jej iść po wiatr, w stronę miasta. Pogoda zrobiła się tragiczna, ale mimo to powoli posuwali się naprzód.
- Jak zimno... - zadrżała Ella.
- Dasz radę, wbrew pozorom ta śnieżyca może nas uratować. – rzekł niespodziewanie.
- Jak to? – nie zrozumiała,
- Dzięki niej prawie nic nie widać. Nikt nie będzie wiedział, skąd idziemy. – wyjaśnił, a ona przyznała mu rację, choć i tak klęła na tę zamieć pod nosem.
Dziewczyna wciąż nie mogą zapomnieć o słowach Rena, że na pewno zostali opętani. Bała się tego, co się może stać. Nie chodziło nawet o groźbę kary, ale o to, że oboje będą żądni zabijania. Wyobraziła sobie siebie, zabijającą Alrena lub odwrotnie – jak on uśmierca ją... Potrząsnęła głową, powtarzając sobie w kółko, że to niemożliwe.
Wtedy właśnie dostrzegła zarys miasta i kilka minut później weszli do jakiegoś budynku. Odsapnęli od wiatru i zimna, czując ciepło i wreszcie coś widzieli. Na pierwszy rzut oka, miejsce to wyglądało na jakiś bar, prawie zupełnie zapełniony przez różnych ludzi, w różnorodnych strojach. Chciała przyjrzeć się temu wnętrzu bliżej, ale wtedy Alren pociągnął ją w stronę jakiś drzwi.
Ella zdążyła tylko kątem oka zobaczyć, że to męska toaleta i chciała od razu zaprotestować, ale Ren zasłonił jej usta i chwilę później znaleźli się w kabinie z toaletą, którą Ren natychmiast zamknął na zasuwkę. Dziewczyna aż poczerwieniała z zawstydzenia.
- Oszalałeś? – syknęła półszeptem – To przecież...
- Nieważne, Ello... – machnął na to ręką – Potem ponarzekasz. Teraz ściągnij tunikę, tylko szybko! – powiedział zdecydowanie, a Elli serce stanęło.
Dziewczyna zastanawiała się w osłupieniu, co mu strzeliło do głowy. Chyba nie zamierzał TEGO zrobić i to teraz, w tym miejscu – głowiła się zakłopotana. Przez myśl jej przemknęło, że to może być sprawka tego opętania i zalał ją zimny pot.
Alren badał jej zachowanie z podobną nieufnością i widząc, że nie zamierza nic zrobić, jednym szarpnięciem rozpiął jej płaszcz, a potem tunikę.
- Co robisz? – przeraziła się nie na żarty, próbując go powstrzymać, ale bezskutecznie. Był od niej silniejszy.
- Przymknij się choć na chwilę! - zdenerwował się, widząc, że znów panikuje – Nie mam czasu... – warknął, a jej strach wzrósł jeszcze bardziej.
Ze łzami w oczach próbowała protestować, kiedy przydusił ją siłą do ściany i zdjął jej stanik. Zamknęła w końcu oczy, niemal pewna, że ją zgwałci, a on tylko się skrzywił, domyślając się o czym myślała. Jednak nie miał czasu, by cokolwiek tłumaczyć, tylko przyłożył całą dłoń do jej skóry, w miejscu serca, między piersiami. Wstrzymała oddech, czując jego gorąca rękę i wtedy...
Poczuła coś dziwnego, jakby po jej ciele rozchodziła się jakaś ciepła energia, która wywołała lekkie mrowienie. Zdumiona otworzyła oczy i zobaczyła zielone, świecące oczy Rena. Przeżyła szok słysząc, jak szepcze jakieś zaklęcie, wpatrując się w nią intensywnie. Potem cofnął dłoń i wyciągnął z jej ciała czarną smugę jakby mgły, która skupił w formie kuli, a potem zniszczył zieloną energią, wychodzącą z jego ręki. Ella nie wiedziała, co się dzieje i tylko obserwowała to wszystko ze zdumieniem. Kilka minut później Alren to samo zrobił na sobie. Przyłożył sobie dłoń do nagiej klaty i wyjął taką samą czarną smugę, którą w ten sam sposób zniszczył. Dopiero po tych czynnościach spojrzał na Ellę z lekkim rozczarowaniem w oczach.
- Teraz możesz się ubrać... – rzekł, odwracając głowę, a do Elli dotarło, co właśnie zrobił.
- Ren, czy ty... – zamarła w bezruchu.
- Tak, usunąłem z naszych ciał opętanie. Teraz jesteśmy czyści. Nic nam nie będzie. – zapewnił, zapinając swoją tunikę.
- Czemu mi nie powiedziałeś? Czemu tak nagle? Ja myślałam... – urwała widząc ten sam zawód w jego oczach, co przed chwilą.
- Wiem, co pomyślałaś... – zakpił, a jej zrobiło się strasznie wstyd – Musiałem działać szybko. Ten zły czar mógł się uaktywnić w każdej chwili, a i tak długo szliśmy z tamtych ruin... – wyjaśnił i ubrał swój płaszcz.
Do Elli dotarło, że znów go zawiodła. Jak mogła pomyśleć, że ją zgwałci? Po tym wszystkim co jej powiedział, co przeszli razem... Poczuła do siebie odrazę. Dwa razy obiecała mu, że będzie mu ufać i dwa razy udowodniła, że tak nie jest. W końcu nie wytrzymała i ukryła twarz w dłoniach, zasłaniając łzy, które same zaczęły jej płynąć.
- Co ty wyprawiasz, Ello? – zdziwił się i podszedł do niej jeszcze bliżej – Hej... – mruknął i niemal siłą zabrał jej ręce z buzi.
Alren zdziwił się widząc jej szczere łzy i czując, że drży. Chwilę później Ella nerwowo chwyciła jego tunikę i schowała twarz w jego piersi.
- Wybacz mi, Ren... – załkała – Proszę, wybacz mi... Tak strasznie mi wstyd... – głos się jej załamał.
- Uspokój się... – był zszokowany jej reakcją.
Owszem zawiodło go to, że nadal mu nie do końca ufała i myślała, że ją skrzywdzi, ale nie uważał tego za powód do takiego lamentu. Wiedział bowiem, że jej nieufność wynikała z sytuacji i z tego, że właściwie nic o nim nie wie. Trudno ufać bezgranicznie komuś, kogo się nie zna. Westchnął i odsunął ją od siebie, po czym zmusił by na niego spojrzała. Zobaczył niepewność w jej oczach.
- Nie płacz już, to bez sensu. – rzekł zdecydowanie – Nie gniewam się, słyszysz? – otarł jej kolejną łzę, a ona poczuła się jeszcze gorzej.
Wolałaby już, żeby na nią nakrzyczał, niż okazywał dobroć i ciepło. Powycierała jednak łzy i spojrzała na niego już spokojniejsza.
- Ren, ja już naprawdę ci...
- Ciii.. – przyłożył jej palec do ust, wiedząc, że znów chce coś deklarować – Zaufanie, to nie jest coś, co można kupić, czy zdobyć w kilka dni. Słowa nic nie znaczą... Mam nadzieję, że kiedyś... z głębi serca mi zaufasz, a ja tobie. – dodał z uśmiechem, otwierając zasuwkę – A teraz chodźmy już stąd.
Chwilę później wyszli z męskiej toalety, jak gdyby nigdy nic, a Ella zastanawiała się, skąd w tym silnym i na pozór szorstkim mężczyźnie tyle dobroci i ciepła. Przy nim czuła się taka malutka, kapryśna i głupia, że aż było jej wstyd.

Mam dla Was kolejny rozdział, mam nadzieję, że się spodoba. ;)
Tym razem nie będę przedłużać. ^^"
Zapowiadam tylko kolejną zmianę harmonogramu dodawania notek. ;) Ponieważ napisałam do przodu dość sporo rozdziałów, będę wstawiać 2 na tydzień - we wt i czw.
Jeżeli się zdarzy tak, że nie będę miała wybitnie czasu, jeden rozdział zostanie pominięty, o czym poinformuję. Myślę, że ten porządek będzie obowiązywał do wakacji. ;)
Pozdrawiam i zapraszam do czytania ;)
***
30 dzień cuadrilu 8976 roku, Egharia: Veolia – Kryształowy Gaj, ranek
Kiedy Ella powoli otworzyła oczy, pierwsze co ujrzała, to jasnobłękitne niebo. Zerwała się i zobaczyła, że Ren śpi obok niej. Odetchnęła z ulgą. Dopiero potem dostrzegła kryształ, który dostała od tamtych duchów i zaczęła rozglądać się po okolicy. Gdy zobaczyła, gdzie się znaleźli, zamarła z zachwytu.
Łagodne promienie Słońca odbijały się od niewysokich drzew, które miały normalne liście, tylko że białe, przezroczyste i lśniące jak kryształy. Ich kory również był tego koloru, ale matowe i nieco chropowate. W tym miejscu rosło mnóstwo takich drzew. Z całą pewnością był to gaj. Gdy Ella napatrzyła się na te rośliny, spojrzała w dół i zdumiała się na widok białej trawy i kwiatów – mieniących się jak brylanty w Słońcu. Sięgnęła wzrokiem dalej i ujrzała mały staw, w którym była czysta woda. Jednak najbardziej zdumiewające w tym miejscu było to, że było tu ciepło. Jakieś dwadzieścia parę stopni. Było to szokujące, zważywszy na to, że zdążyła już się przyzwyczaić do mrozów Veolii.
Nie mogła uwierzyć, że to wszystko widzi. Co to za miejsce? – pomyślała.
Wtedy znów spojrzała na kryształ, leżący koło niej i zastanawiała się, czy to możliwe, żeby przeniósł ich do tego świętego miejsca, które tamte duchy nazwały Kryształowym Gajem. Tak czy owak, postanowiła obudzić Rena. Nie wymagało to większego trudu, bowiem po chwili szturchania mężczyzna otworzył oczy i przeżył szok widząc, że jest całkowicie zdrowy oraz gdzie się znajduje.
- Ello... – zawahał się, nie wiedząc, czy to nie sen – Co się stało?
- Sama tego nie rozumiem... – powiedziała szczerze – Ale opowiem ci, co się wydarzyło po tym, jak strąciłeś przytomność.
Dziewczyna zdała mu dokładną relacje i widziała, jak stopniowo pogłębia się szok Alrena. Nie mógł w to uwierzyć. Kiedy Ella skończyła opowieść pierwsze, co zrobił, to spojrzał na jej bransoletę. Wyglądała znajomo, ale nie mógł sobie za cholerę przypomnieć, gdzie widział coś takiego.
- Kim ty jesteś, Ello? – nie mógł zrozumieć tamtej sytuacji.
- Nie pytaj mnie o nic, nie wiem, czemu to się pojawiło... ani co to było za światło...
Ren zamilkł i bacznie się jej przyglądał. Przypomniał sobie blask, który poprzedził pojawienie się Elli i ten potem, kiedy spała. Powróciła tamta myśl, która przyszła mu do głowy, kiedy analizował wtedy sytuację. Wszystko dlatego, że wiedział, iż oczyszczenie Hurów graniczy z cudem. Nie udało się to żadnemu największemu magowi ani kapłanowi w tym świecie, a wielu próbowało, po tamtej straszliwej bitwie pod Sverse. Ren zdawał sobie też doskonale sprawę, że tak potężną moc miał tylko jeden lud. Nie chciał jednak dopuścić do siebie myśli, że Ella mogłaby mieć coś wspólnego z Miryonami. Pochodziła przecież z innego świata. Jak mogłaby należeć do ludu tego starożytnego królestwa? Zwłaszcza, że został on całkowicie wytępiony. Potrząsnął głową. Uznał bowiem, że musi być inne wytłumaczenie i obiecał sobie, że porozmawia o tym z Arcykapłanką Veolii.
- Ciekawe, gdzie właściwie jesteśmy... – Ella przerwała tą ciszę, gdyż nie mogła jej dłużej znieść.
- Z tego, co wiem... – odezwał się w końcu, postanawiając dać sobie z tym na razie spokój – Kryształowy Gaj jest w innym wymiarze, blisko Veronu – miasta, w którym mieliśmy się zatrzymać i uzupełnić zapasy. Jednak... to niezwykłe, że tu jesteśmy.
- Czemu? – spytała z ciekawości.
- To magiczne i święte miejsce, dlatego jest tu zupełnie inaczej. Tak ciepło i ładnie. – wyjaśnił, wstając i prostując kości – Wstęp tutaj mieli tylko najwyżsi kapłani i władcy Veolii w czasach starożytnych. Można było się tu dostać tylko mając klucz, będący teleportem zarazem, których było dokładnie siedem. Niestety w czacie licznych wojen, wszystkie zniknęły. Zostały albo zniszczone albo przepadły. Takim oto sposobem, od tamtej pory, nikt nie odnalazł tego miejsca, zwanego „Rajem Veolii” – zrobił pauzę, biorąc jasnobłękitny kryształ do ręki.
- Nie wiedziałam, że to takie niezwykłe... – zdumiała się.
- To wręcz niesłychane! Nie sądziłem, że tego dożyję ani że zobaczę to miejsce... – sam w to nie wierzył – Dostałaś klucz od ducha arcymaga, który miał go przy sobie, w czasie tamtej bitwy. To prawdziwy cud... – zaśmiał się podekscytowany.
Ren wiedział, że będą potrzebowali cudu, by wyjść z opresji w tamtym lesie, ale nie sądził, że zdarzy się on naprawdę. Spojrzał wtedy na Ellę, jakby chciał rozwiązać zagadkę jej istnienia. Była nie tylko piękna, ale i tajemnicza. Zdał sobie sprawę, że jest w niej uśpiona jakąś nieznana i potężna moc. Czuł, że nie jest tylko zwykłym, przypadkowym duchem... Zresztą zaczął już nawet wątpić, czy w ogóle jest duchem, jak sądził na początku. Ella zaczęła go fascynować. Zapragnął odkryć jej sekrety. Wtedy ponownie z zamyślenia wyrwał go jej głos.
- Ren... – zasmuciła się – Niestety straciliśmy cały nasz bagaż...
- Nie szkodzi... – uśmiechnął się delikatnie – Zdobędziemy wszystko w Veronie.
- To co teraz robimy?
- Odpoczniemy przez jedną dobę tutaj i wyruszymy do Veronu. Gdzieś tu jest na pewno teleport do tego miasta. Przynajmniej tak było napisane w księgach o Kryształowym Gaju, które czytałem...
- Dobry pomysł... Jesteś jeszcze słaby. – zauważyła to wyraźnie, mimo iż był fizycznie cały i zdrowy – Tylko co my będziemy tu jeść?
- Z tego co wiem, rosną tu owoce, które są jadalne, a woda jest zdatna do picia.
- O! Chyba je widzę! – wskazała na kilka drzew dalej, na których wisiały długie, jak banany, białe owoce.
Ella i Ren uśmiechnęli się do siebie i poszli ich spróbować.
***
Środa, 30 grudnia 2011 roku, Ziemia: Londyn – dom Mary, około 11:00
Mary była niewyspana tego ranka. Nadmiar emocji nie dał jej spać. Na samo wspomnienie o wczorajszym wieczorze, serce mocnej jej biło. Było tak romantycznie, tak nierealnie, że wciąż się zastanawiała, czy to nie był sen. Ale wtedy spojrzała na suknię na wieszaku, przygotowaną na jutrzejszy bal i już wiedziała, że to się działo naprawdę. Nagle zapragnęła podzielić się z kimś swoim szczęściem i pierwsza osoba, która jej przyszła do głowy to... David. Jednak nim z rozpędu wcisnęła guzik, by do niego zadzwonić, przypomniała sobie ostatnie sytuacje i dotarło do niej, że to niezbyt dobry pomysł.
Przez chwilę myślała, co robić, aż uznała, że mimo wszystko zadzwoni, by go przeprosić za swoje zachowanie w szpitalu. Nie lubiła być z kimś skłócona na przełomie starego i nowego roku. Wzięła więc głęboki wdech i zadzwoniła do swego przyjaciela.
- Tak słucham. – usłyszała jego ciepły głos i od razu posmutniała, sama nie wiedząc, dlaczego.
- Cześć, Dav, to ja... – rzekła cicho.
- Stało się coś? – spytał słysząc jej niepewny głos.
- Nie... tylko... Strasznie mi głupio, że tak na ciebie naskoczyłam w szpitalu, przepraszam. – rzekła szczerze.
- Aaa to... Daj spokój, byłaś zdenerwowana, rozumiem. – usłyszała, że się cicho zaśmiał – Skoro już dzwonisz, może byśmy się spotkali tak popołudniu pogadać?
- Przykro mi Dav, jestem już umówiona. Spotkamy się chyba dopiero w Nowym Roku... – rzekła smutno, wiedząc, że będzie mu przykro.
- Thom, prawda? – bardziej stwierdził, niż spytał.
- Tak... Wczoraj się zeszliśmy, a jutro idziemy na bal sylwestrowy razem. – próbowała maksymalnie ukryć ekscytację.
- To chyba dobrze. – stwierdził cicho, czując wielki ból w sercu, ale nie dając po sobie tego poznać – Pewnie skaczesz z radości. W końcu spełniło się twoje marzenie. – dodał łagodniej, a ona niemal czuła jego smutek przez telefon.
- Tak... – zrobiła pauzę – A ty? Co będziesz robił w sylwestra? – spytała, by zmienić niewygodny temat.
- Pojadę w góry, do swego domku. – oznajmił, gdyż już sobie to zaplanował – Tam, gdzie uczyłem cię jeździć na nartach. – dodał zwyczajnie, a ona poczuła się jeszcze gorzej. To było dla nich szczególne miejsce.
- Ale tak sam? – spytała smutno.
- Nie, pojadę z kumplem. – skłamał, wiedziała o tym, ale nie chciała tego komentować – Muszę kończyć. Jestem w metrze i zaraz wysiadam. Miłej zabawy, Mary. Życzę ci szczęścia, należy ci się. – po tych słowach się rozłączył, a Mary miała ochotę się rozpłakać.
David był jej bardzo bliski, za nic nie chciała go skrzywdzić. Ostatnio dużo o tym myślała i w końcu dopuściła do swej świadomości fakt, jaki jest powód takiego zachowania Davida. To ją dobijało. Wiedziała, że zadaje mu straszny ból, chodząc z Thomem. Dlaczego musiał się w niej zakochać? Dlaczego akurat w niej? Nie chciała go stracić ani ranić, ale nie potrafiła też zrezygnować z miłości do Thoma. Znajdowała się w fatalnej sytuacji. Nie chciała wybierać między miłością a przyjaźnią. Przeczuwała jednak, że cokolwiek zrobi, ktoś zostanie zraniony i ta myśl ją przerażała.
***
Egharia: Veolia – Kryształowy Gaj, około południa
Ella i Ren najedli się do syta dziwnych owoców w Kryształowym Gaju, napili smacznej i czystej wody oraz rozebrali, gdyż ich grube ubrania były nie do zniesienia, przy panującej tu, letniej temperaturze. Usiedli sobie nad kolejnym dużym stawem, który odkryli nieco dalej. Zanurzyli nogi w ciepłej wodzie i wygrzewali się na Słońcu, odpoczywając po trudnej przeprawie w Lesie Sverse.
Ren miał na sobie tylko spodnie, które podwinął do kolan, a Ella pozostała tylko w koronkowej, białej bieliźnie. Było im tak przyjemnie, że nawet nie potrzebowali rozmawiać. Cisza ich uspokajała, leczyła zlęknione tamtym lasem dusze. Zrozumieli, czemu nazywano to miejsce „Rajem Veoli”.
Kiedy tak siedzieli i Ella zebrała w rękach włosy, żeby je związać w kitkę, Ren kątem oka dostrzegł ranę na jej plecach i dotknął jej, by upewnić się, czy dobrze widzi. Ella wstrzymała oddech, gdy poczuła jego gorącą dłoń na swej nagiej skórze. Nie przejęła się w ogóle bólem, jaki poczuła na poruszonej ranie.
- Dlaczego ci tego nie uleczyli? – zdziwił się, wyszeptując zaklęcie lecznicze, które sprawiło, że kilka sekund później nie było już śladu po tej ranie.
- Pewnie przeoczyli. Ale nie szkodzi... – zarumieniła się, gdy na niego spojrzała – Ważne, że ciebie uleczyli dokładnie. – dodała, zauważając dziwny wyraz twarzy Alrena.
Poczuł on bowiem nieznane mu ciepło w sercu, słysząc te słowa. Wzruszył się jej szczerą troską o niego.
- Myśl też czasem o sobie, Ello... – zaśmiał się serdecznie – Zdrowy egoizm jest potrzebny.
- Daj spokój... – odwróciła głowę.
- Wracając jeszcze do tamtego... Nie wiem, jak to zrobiłaś, ale ocaliłaś mi życie, więc... Dziękuję. – powiedział łagodnie.
- Nie dziękuj mi... Gdyby nie ty, już dawno byłabym martwa... – odparła i zaczęła skubać trawę, usiłując nie myśleć o wyglądzie Rena.
Jego ciepła i pogodna twarz oraz czuły ton głosu zbyt silnie działały na jej zmysły. Po chwili usłyszała jego cichy śmiech i poczuła jego dłoń na ramieniu. Zaraz potem delikatnie pociągnął ją do tyłu, aż dotknęła plecami miękkiej trawy i spojrzała na niego zaskoczona. Uśmiechał się łagodnie, po czym zbliżył do niej, nadal trzymając dłoń na jej ramieniu, na wypadek, gdyby zechciała uciec.
Ella zarumieniła się, zastanawiając się, czy naprawdę chce to zrobić, czy też znów się z nią droczy. Wtedy jednak poczuła, że dotknął jej ust gorącymi wargami. Był delikatny i czuły. Zamknęła oczy, czując miły dreszcz na ciele. Rozpływała się. Chwilę później Ren pogłębił pocałunek, rozpalając ogień w jej piersi. Nie wiedziała co się dzieje, kiedy odbierał jej oddech coraz zachłanniej, aż w końcu przestał i spojrzał na jej czerwoną twarz. Przełknęła ślinę na widok zieleni jego oczu. Z wrażenia nie mogła mówić. Było znacznie lepiej, niż sobie wyśniła...
- Tak się całuje, moja droga... – zaśmiał się, unosząc jedną brew, a ona zrozumiała aluzję.
- Hej! No proszę cię...
- Ciii... – przyłożył jej palec do ust – Potraktuj to jako nagrodę za uratowanie mnie w Lesie Sverse. – puścił jej oczko i cofnął się, a ona cala czerwona nie wiedziała czy mu przyłożyć, że znów się z nią droczył czy cieszyć, że pocałował ją już nie we śnie, tylko naprawdę.

W niniejszym rozdziale coś się poruszy w relacjach Elli i Rena, co zaowocuje później. ;) Pojawi się też wątek Mary i Thoma. ;) Mam nadzieję, że się Wam spodoba ;)
Miłego czytania!
***
28 dzień cuadrilu 8976 roku, Egharia: Veolia – Las Sverse (Jasknia Ersloy)
Ren i Ella maszerowali w głąb jaskini już kilka godzin. Dziewczyna trzymała się bardzo blisko mężczyzny, gdyż nie lubiła ciemności, a światło, które wydzielała mała kula w dłoni Alrena, było dla niej niewystarczające. Wiedziała tylko, że ściany groty są czarne, jest zimniej niż na zewnątrz i regularnie słychać tu jakieś odgłosy, odbijające się echem. Bardzo chciała zająć się rozmową z Renem, ale przykazał jej że ma być cicho, więc nie mogła.
W końcu zatrzymali się na rozstaju dróg. Oto przed nimi ukazało się rozgałęzienie na trzy osobne korytarze jaskini.
- I co teraz? - szepnęła zaniepokojona.
- Cicho... – syknął.
Po chwili wyrwał jej z głowy jeden włos, aż ja zabolało, po czym zabrał jej chustkę, nie wyjaśniając przy tym niczego. Pociągnął ją w stronę ostatniego wejścia. Szli przez jakiś czas, po czym Ren zostawił tu chustkę i jej włosy, a następnie zawrócili i skierowali się w pierwszy korytarz.
Ella próbowała zrozumieć jego zachowanie. Tłumaczyła sobie, że może oznacza teren, na wypadek, gdyby się zgubili. Tak bardzo chciała go o to spytać, że uporczywie się na niego gapiła, co on w końcu wyczuł.
- Idziemy do gorących źródeł. – wyszeptał.
- Co? – Ella była pewna, że się przesłyszała.
- Zbliża się noc i będzie bardzo zimno. – wyjaśnił cicho – Na szczęście ten korytarz prowadzi do sieci komór, wypełnionych gorąca wodą. Tam przeczekamy noc. – wyjaśnił.
- Skąd to wszystko wiesz? Znasz to miejsce? – nie mogła się powstrzymać.
- Jak własną kieszeń. – rzekł obojętnie – Szybko, musimy zdążyć przed zachodem, bo zamarzniemy na śmierć. Noce tutaj są lodowato mroźne, nie to, co na powierzchni.
Ella postawiła nie zadawać całej listy pozostałych pytań, zwłaszcza dotyczących chustki i włosów. Pobiegła za nim, zastanawiając się w duchu, kim jest Alren, skoro zna tak dobrze jaskinię w upiornym lesie i wie tak dużo o duchach?
Tymczasem Ren uśmiechnął się do siebie, jakby uknuł perfidny plan. Wszystko, co zrobił, było celowe. Był przekonany, że jego plan nie zawiedzie.
***
Wtorek, 29 grudnia 2011 roku, Ziemia: Londyn – Centrum handlowe, około 18:00
Thom przyjechał po Mary o 16:00 i zabrał do centrum handlowego, mimo jej niechęci. Wiedział, ze buszując po markowych sklepach, nabierze ochoty na zakupy. Przymierzyła całą masę sukienek i w końcu ubrała tę, która sprawiła, że Thom zamarł.
Kiedy wyłoniła się z przymierzalni w długiej, krwistoczerwonej sukience, o szerokiej spódnicy i gorsetowej górze, której materiał zdobiony był czarną koronką, mężczyźnie szczena opadła. Mary wyglądała bowiem zjawiskowo. Od razu poszedł ją kupić, nim ona zdążyła zaprotestować. Podziękowała mu potem zarumieniona, wciąż mając w pamięci jego reakcję, po czym zdecydowali się coś zjeść.
Kiedy wjeżdżali na najwyższe piętro, by pójść do restauracji i mijali świątecznie przystrojone centrum handlowe, Mary biła się z myślami. Od dawna coś jej nie dawało spokoju. To było cudowne... ale czy nie zbyt piękne? Nie wiedziała jednak, jak miałaby o to zapytać. Jej zasępioną twarz zauważył Thom.
- Co się dzieje, Mary? – spytał, zatrzymując się pod jedną z wielkich choinek, na której paliły się czerwone lampki.
- Co? A nic.... Nic takiego... – zarumieniła się – Po prostu nie mogę w to wszystko uwierzyć...
- Ale w co? – zaśmiał się serdecznie.
- No... że tu jesteśmy. Zjawiłeś się nagle po latach i od razu zaprosiłeś mnie na obiad, a teraz sylwester... i ta sukienka... – spojrzała w bok, nie mając odwagi spojrzeć na niego – Wiem, że od dawna jesteśmy przyjaciółmi, ale to chyba już mocno wykracza poza progi przyjaźni...
- Nie planowałem tego... Na początku chciałem tylko zjeść z tobą obiad i powspominać stare czasy, ale wtedy odkryłem, jak bardzo się zmieniłaś od mojego wyjazdu... – odparł poważnie, łapiąc ją za podbródek, by spojrzała na niego – Stałaś się taka zmysłowa, kobieca i pewna siebie... Stałaś się taka, jaką zawsze chciałaś być. Zafascynowało mnie to. Mimowolnie poczułem, że chcę poznać lepiej tą nową Mary. – uśmiechnął się do niej, a jej serce przyspieszyło.
Naprawdę, tak myślał? – zastanawiała się gorączkowo. Czy to możliwe?
- Jeśli więc ci to nie przeszkadza, chciałbym wyjść poza naszą, starą przyjaźń... – spojrzał na nią z błyskiem w oku, a ją zatkało.
- Chcesz powiedzieć, że...
- Tak, podobasz mi się, Mary. Podoba mi się twoje nowe oblicze... – zaśmiał się widząc, że jest w szoku.
- Nie wierzę... – tylko tyle była w stanie powiedzieć. Czyżby jej marzenia i sny stawały się rzeczywistością?
- Mam ci to udowodnić? – uśmiechnął się zabójczo i bez ostrzeżenia pochylił nad nią.
Dotknął jej ust tak łapczywie, że aż zadrżała. Pocałunek był namiętny i zdecydowany. Poczuła ogień w piersi i zaczęła tracić oddech, a kiedy przerwał pocałunek, lekko się zachwiała z nadmiaru emocji. Wpatrywała się w jego oczy zdumiona, nie wierząc do końca w to, co się właśnie stało.
***
Egharia: Veolia – Las Sverse (Jasknia Ersloy)
Zbliżała się noc. Oboje odczuwali to na własnej skórze. Robiło się coraz zimniej. Na szczęście wtedy dotarli na miejsce. Od razu się zorientowali, czując o wiele wyższą temperaturę. W bladym świetle, Ella zauważyła ogromne pomieszczenie, w którym unosiła się para wodna. Było tu kilka komór o różnej pojemności i szerokości, wypełnionych gorącą wodą. Ella żałowała, że nie mogła zobaczyć dokładnie, jak wygląda to miejsce, ale nie miała czasu dłużej nad tym myśleć, bo poczuła, że Ren się rozbiera.
- Co robisz? – zadrżała na samą myśl o rozbieraniu się w tym miejscu.
- Nie będę wchodził do wody w ubraniu. – burknął Ren, nie widząc w tym nic dziwnego – Ty też musisz się rozebrać.
- Ale...
- Moja droga, tą noc spędzimy w wodzie. – westchnął – No chyba, że wolisz zadowolić się ciepłem pary wodnej. – zakpił, a ona westchnęła.
Chcąc nie chcąc, Ella również się rozebrała i po chwili oboje weszli do gorącej wody. Zrobiło się im bardzo przyjemnie. Było też jaśniej, gdyż Alren wyjął pozostałe kule i poustawiał je dookoła zbiornika. Ella jednak nadal nie czuła się komfortowo. Co prawda, przerabiała już to w łazience u Bena, ale jednak mycie trwało najwyżej godzinę, po czym się ubierali, a teraz mieli siedzieć tak nadzy do rana. Przełknęła ślinę na samą tę myśl. Tak się zamyśliła, iż nie zauważyła, że Ren wyjął jedną z ostatnich już kanapek i postawił za sobą.
- Weź sobie, jeśli chcesz. – rzekł zwyczajnie, jedząc swoją porcję ze smakiem.
- Ok...
Ella zganiła samą siebie za to, że zastanawia się, jak sięgnąć po tą kanapkę, nie ocierając się o Rena. Bała się tego podświadomie, co z łatwością dostrzegł Ren.
- Co ty wyprawisz, Ello? – zaśmiał się, a ona aż odskoczyła potykając się o jego nogę pod wodą.
Złapał ją bez trudu, przytrzymując za rękę i znacząco uśmiechnął się na widok tych rumieńców. Zakłopotana dziewczyna, podziękowała cicho, sięgnęła po kanapkę i szybko odsunęła się od niego na taką odległość, jaką tylko pozwalała jej długość ręki i kajdanek. Po chwili usłyszała wybuch śmiechu mężczyzny i spojrzała na niego, nieco obruszona, że znów jest pośmiewiskiem.
- Nie śmiej się ze mnie... – szybko połknęła ostatni kęs i spojrzała w bok, wciąż zawstydzona, a Ren w końcu się opanował.
- Oj Ello, powiedz mi jedną rzecz... – spojrzała na niego pytająco – Czy ja gryzę albo parzę? A może myślisz, że rzucę się na ciebie, jeśli tylko mnie dotkniesz? – zaśmiał się ponownie, a ona obruszyła.
- Nic takiego nie powiedziałam!
- To dlaczego boisz się mnie dotknąć, kiedy jestem nagi? – wypalił, patrząc jej w oczy, ze złośliwym uśmiechem.
Dobrze wiedział, jaki jest powód jej zachowania, ale miał ochotę się z nią podroczyć. Była taka śliczna, kiedy się złościła.
- Nie boję się. – udała foch.
- Akurat! Przecież widzę, że tak jest... – zakpił, popijając kilka łyków wina, które miał ze sobą.
- Nieprawda. Mówisz tak, by mnie zdenerwować.
- W takim razie... – odłożył butelkę – Udowodnij mi, że się mylę. A wtedy przestanę się z tego naśmiewać. – zaproponował.
- Co? – zlękła się, zachodząc w głowę, co on znów kombinuje.
- To proste. Wystarczy, że mnie dotkniesz na tyle wyraźnie, że ci uwierzę. – wyszczerzył zęby. Świetnie się bowiem bawił.
- To nie jest śmieszne. – bąknęła zawstydzona.
- Widzisz? A jednak się boisz... – prowokował ją.
- Nie! Udowodnię ci, że nie.. – zdenerwowała się.
Przypomniała sobie o obietnicy, którą sobie złożyła, że przestanie robić z siebie idiotkę przy tym mężczyźnie. Niestety, jak dotąd kiepsko jej to wychodziło, ale nie zamierzała się poddawać. Raz kozie śmierć – pomyślała i zbliżyła się do niego tak, że byli teraz naprzeciw siebie, zanurzeni w wodzie do pasa.
Ren śmiało podziwiał jej kształtny biust, do którego przylepiło się kilka mokrych, złotych kosmyków jej włosów, a potem spojrzał w jej błyszczące oczy i zarumienioną buzię. Poczuł coś dziwnego w sobie. Przyłapał się na tym, że im dłużej na nią patrzył, tym większą miał ochotę sam ją dotknąć. Czekał jednak cierpliwe na to, co ta dziewczyna zamierzała zrobić.
Ella czuła, jak szybko krew krąży w jej żyłach. Miała wrażenie, że zaraz eksploduje. W końcu zebrała się w sobie i zrobiła to, co podpowiadało jej serce. To, co wielokrotnie chciała już zrobić wcześniej. Przyłożyła swoją dłoń do jego policzka i gładziła go delikatnie. Przeszył ja miły dreszcz. Kiedy zaś zaczęła już tonąć w zieleni jego oczu, wystraszyła się tego uczucia i cofnęła rękę.
- Coś słaby ten dowód... – mruknął tak nisko, że aż się wzdrygnęła.
- A co byś jeszcze chciał? – udała obruszenie, by ukryć zakłopotanie.
- Uwierzę ci, jeśli mnie obejmiesz. – wyjaśnił, a ją zamurowało.
O ile nie miała z tym już problemu, gdy byli ubrani i lubiła się do niego przytulać, w tej sytuacji nie mogła sobie tego wyobrazić. Przed oczami mignęły jej obrazy z tego snu o plaży i potrząsnęła szybko głową. Walczyła ze sobą tak bardzo, że Renowi zrobiło się jej szkoda. Może przesadzał?
- No nie bój się, kociaczku. – zażartował, a Ella posłała mu zabójcze spojrzenie.
Wtedy, ku swemu zdumieniu, Ren poczuł jak Ella otacza go ramionami wokół piersi i przytula się do jego torsu. Zaskoczyła go tym. Już myślał, że się nie odważy. Swoją drogą serce mu przyspieszyło, gdy poczuł jej miękkie piersi na swoim ciele oraz skórę - gorącą i delikatną, niczym jedwab.
Tymczasem Ella starała się panować nad sobą i nad tym co czuła. Najbardziej w dotykaniu Rena ją przerażał fakt, że może się mu nie oprzeć. Nigdy bowiem nie czuła takiej namiętności do mężczyzny. Dopiero, gdy go spotkała. Kiedy po dłuższej chwili milczenia, nie doczekała się żadnej reakcji Alrena, odważyła się na niego spojrzeć. Gdy zobaczyła, jak się do niej łagodnie uśmiechał, zarumieniła się jeszcze bardziej.
- No niech będzie, że wygrałaś. – rzekł wesoło, po czym objął ją swoimi ramionami.
Ella zadrżała czując jego silne, gorące ręce na plecach i odruchowo rozchyliła usta. Nie wiedziała, co się dzieje. Jego dotyk przenosił ją w inny wymiar. Zesztywniała, gdy Ren przybliżał się do jej twarzy. Był coraz bliżej, ale ona ani myślała uciekać. Tak bardzo tego chciała, że zapomniała o wstydzie, o tym, co wypada a co nie. W pewnym momencie zamknęła oczy. Jej usta dosłownie łaknęły jego ust i kiedy już czuła jego oddech na twarzy, a emocje sięgały zenitu, niespodziewanie poczuła jego wargi przy swoim uchu.
- Jak na kogoś, kto bał się mnie dotknąć, jesteś teraz wyjątkowo spokojna. – szepnął jej z przekąsem na ucho, a ona gwałtownie otworzyła oczy i poczerwieniała ze złości. Znów się z nią bawił.
- Ty...! – syknęła chcąc go uderzyć w pierś pięścią, ale złapał jej rękę i przyciągnął ponownie do siebie.
- Hmm czyżbyś była rozczarowana?
- C- co? – zawahała się – Nie... – zarumieniła się, gdy zrozumiała sens tych słów.
- Doprawdy? A mnie się wydaje, że niezłe z ciebie ziółko, kochanie... – rzekł znów z przekąsem, a Ella zamarła.
Rysunek Alrena (w stroju Norhenów) ^^

Link do większego obrazka:
http://img132.imageshack.us/img132/1183/ren4wiksze.jpg
~ Aruell
Jednocześnie zapowiadam, że w piątek pojawi się streszczenie całego Wprowadzenia, które może się okazać bardzo pomocne przed rozpoczęciem kolejnej części. ;)
Zapraszam serdecznie i życzę miłego czytania. ^^
***
Zdenerwowany David wpadł do dyżurki, jak szalony i całe szczęście, że nikogo tam akurat nie było, bo mógłby się go wystraszyć. Szybko wyciągnął swoją komórkę. Nie chciał budzić Mary tak, jak ostatnio, ale uznał, że to nie może czekać. Zadzwonił więc do niej i po chwili usłyszał jej zaspany głos.
- Mary, wybacz, że cię budzę, ale to ważne... – rzekł niespokojnie, a ona była zdumiona, że się w końcu odezwał po tym ostatnim długim milczeniu.
- Co się dzieje? – spytała jeszcze sennie.
- Musisz tu przyjechać i to zobaczyć! Chodzi o Ellę... – powiedział to w taki sposób, że Mary od razu się obudziła.
- Coś się jej stało?
- Nie, nie... To znaczy chyba nie... Po prostu tu przyjedź... – rzekł niepewnie, nie wiedząc, czego oznaką jest tamta bransoleta.
- Dobrze, zaraz tam będę! – rzuciła jeszcze, po czym się rozłączyła, a on wrócił do sali Elli i przyglądał się jej z rosnącym niepokojem, bowiem ozdoba na jej ręce nadal świeciła, jak latarnia.
***
Piękna kobieta patrzyła na nieco zdenerwowanego generała z góry. Była dość poirytowana, mówiąc delikatnie.
- Czy znalazłeś już księcia i tą przeklęta kobietę? – spytała ostro, mimo że znała już odpowiedź.
- Przykro mi, wasza wysokość, ale przepadli jak kamień w wodę. Jednak nasi szpiedzy są już w każdym kraju Egharii, więc na pewno szybko ich znajdziemy. – zapewniał, co jednak nie zadowoliło królowej.
- Wkrótce zobaczymy, ile warte są twoje słowa, generale. Mam nadzieję, że nie zapomniałeś, jak ważna jest ta misja? – spojrzała na niego z grozą w oczach, aż zadrżał.
- Oczywiście, że nie, królowo. – przełknął ślinę.
- Daję ci miesiąc. Jeśli do tego czasu nie wypełnisz tego zadania, wiesz, co się z tobą stanie, prawda? – uniosła dłoń i demonstracyjnie przyzwała potężny, szkarłatny płomień, a on się nieco cofnął ze strachu.
- Tak, wasza wysokość. – ukłonił się jej ponownie, a ona się uspokoiła i posłała mu władczy uśmiech.
Thar chciał się wycofać, by czym prędzej zająć się tą sprawą, ale królowa po chwili milczenia zatrzymała go jeszcze na chwilę.
- Generale...
- Tak? – spojrzał na nią zdziwiony, nie wiedząc czego się tym razem spodziewać.
- Zapomniałam cię spytać o jeszcze jedną, drobną sprawę. – powiedziała tajemniczo – Czy Łowca Dusz zwiedza już zaświaty? – świdrowała go wzrokiem.
- Niestety jeszcze nie, pani. – Thar ponownie przełknął ślinę – Jednak wiemy, już gdzie jest i przysięgam, że jeszcze w tym tygodniu zginie. Posłałem już Ghina, by zakończył definitywnie tą sprawę.
- To świetnie. Wprawdzie myślałam, że już nie żyje, ale skoro wiecie już, gdzie jest, to nie powinno to długo potrwać. Dla mnie najważniejsza jest ta pierwsza misja, co do tej drugiej nie przewiduję problemów. – rzekła z przerażającym wyrazem twarzy - Możesz teraz odejść, generale i pamiętaj, co ci powiedziałam.
- Tak jest, wasza wysokość. – ukłonił się królowej i wyszedł, a ona podeszła do balustrady tarasu i spoglądała na swoje królestwo w skupieniu.
***
Serilla jeszcze tej nocy, jak tylko wróciła ze szpitala, poszła do ciasnej, prywatnej kapliczki w siedzibie Bractwa Miryonu, uklękła przed nią i zaczęła się modlić, wyraźnie zaniepokojona.
- Bogini Miro, błagam cię wysłuchaj mych słów i zaszczyć mnie swą obecnością. – brzmiało to jak zaklęcie i tak po części było, gdyż po chwili w miejscu posążka jakiejś kobiety, pojawił się jakby jej duch rozjaśniając pomieszczenie bladoniebieskim światłem.
Bogini Mira była niezwykle piękna - o długich do kostek, blond włosach, czarnym krótkim topie i dopasowanej, długiej spódnicy. Oprócz tego miała złotą biżuterię i przewiewny szal. Na jej czole zaś lśnił znak podwójnego półksiężyca – jeden był niebieski a drugi srebrny. Natomiast jej duże oczy miały cudowny i nieziemski szafirowy kolor. Wyglądała majestatycznie i sprawiała wrażenie potężnej.
- Po co mnie wezwałaś, Serillo. – spytała dźwięcznym głosem.
- By cię błagać o opiekę nad dziewczyną, którą Ziemianie nazwali „Ellą”. Właśnie wręczyłam jej świętą bransoletę, by mogła odkryć swą tożsamość i moc, ale obawiam się, że bez twej pomocy, pani, nie uda jej się. – rzekła z obawą w głosie.
- Wiem, o wszystkim co się dzieje na Ziemi i w Egharii, Serillo, zatem wiem też o niej. Obserwuję ją i sadzę, że powinnaś bardziej w nią wierzyć, zamiast prosić mnie o opiekę nad nią.
- Wybacz mi mą zuchwałość, pani. – skłoniła się nisko – Ale Egharia jest taka niebezpieczna... a ona jeszcze nic nie wie... – martwiła się na głos.
- Serillo, zaufaj jej. Kiedy nadejdzie czas, wypełni swe przeznaczenie. – powiedziała zdecydowanie bogini – Tymczasem jest w dobrych rękach, osobiście o to zadbałam, więc do czasu przebudzenia, nic jej nie będzie. – zapewniła, po czym rozpłynęła się jak mgła, zostawiając Serillę samą w zamyśleniu.
***
W Leosie zbliżało się południe, kiedy Ren i Ella powoli opuszczali miasto. Dziewczyna z lękiem w oczach podziwiała mijane budynki i obserwowała mieszkańców Leosu. Miała spore obawy co do tej podróży.
Najbardziej ją martwiły niebezpieczeństwa, o których mówił Ren, ale których specjalnie jej nie wyjaśnił. Miała przeczucie, że to nie będzie łatwa podróż, pozbawiona przygód i trochę się tego bała. Po drugie niepokoił ją fakt, że cały czas będzie skuta z Renem kajdankami, zwłaszcza, że miała już próbkę takiego życia w domu Bena. Na sam wspomnienie od razu się rumieniła. Poza tym miała obawy, czy uda im się zniszczyć te kajdanki. Co jeśli nie? Co zrobi, jeśli będą skuci tak do śmierci? Wzdrygnęła się. Jakby tego było mało, miała też coraz większe wątpliwości, co do tego, czy uda jej się wrócić na Ziemię, do domu i to ją dodatkowo przygnębiało, nie mówiąc już o tym, że w ogóle dziwiło ją, jak tu trafiła i po co. Poczuła się przytłoczona całą tą sytuacją i ilością niewiadomych.
Kiedy tak szła smutna i zamyślona, zauważył to Ren i jakby czytając jej w myślach, zrozumiał, o co chodzi.
- Nie myśl o tym tyle, bo osiwiejesz. – bąknął od niechcenia.
- Skąd wiesz, o czym myślę? – nawet na niego nie spojrzała.
- Nietrudno się domyślić.
- Nie potrafię być taka spokojna, jak ty. – rzekła z lekką irytacją w głosie.
- A kto powiedział, że ja jestem spokojny? – spytał, patrząc na nią i dopiero wtedy ich oczy się spotkały. Ellę nieco zdziwiły jego słowa.
- Jak to? – dopytywała się.
- To że tak wyglądam, nie znaczy, że taki jestem. – westchnął - Ello, tak naprawdę, to nic o mnie nie wiesz, więc nie mów takich rzeczy. – powiedział dość chłodnym tonem, czego do końca nie rozumiała.
Skąd u niego taki zmienny nastrój? Może naprawdę martwił się o tą podróż i stąd takie zachowanie? Czyżby chodziło o to nieznane zagrożenie? A może taka już jego natura? Serce zaczęło jej szybciej bić, gdy sobie przypominała kilka jego twarzy, które już widziała.
Potrafił być zimny i nieprzyjemny, przerażająco niebezpieczny, ironiczny i zaczepny, ale także zabawny - lubił się z nią droczyć i przekomarzać oraz również - bardzo ciepły, troskliwy i pogodny, a uśmiech miał niesamowicie rozbrajający. Zaczęła się zastanawiać, ile jeszcze innych obliczy ma Alren i czy będzie jej dane je ujrzeć.
Serce jej znów niespokojnie zabiło, gdy uświadomiła sobie, że chciałaby wiedzieć o nim wszystko. Nawet ją samą zdumiał fakt, że tak szybko Ren zawładnął jej myślami. Nie zapomniała o Nicku, ale musiała sama przed sobą szczerze przyznać, że prawie w ogóle o nim nie myślała, odkąd przybyła do tego świata. Wiedziała też, że to, co czuła będąc przy Nicku całkowicie różni się od tego, co czuje przy Renie. Nigdy wcześniej nie czuła takiego pożądania, napięcia, niepokoju i bezpieczeństwa zarazem. Miotały nią sprzeczne emocje. Nick wydawał jej się teraz nijaki i nudny przy intrygującym, tajemniczym i skomplikowanym Renie. Nie umiała tego racjonalnie wyjaśnić, a może nie chciała?
Rozmyślała tak długo, aż poczuła, że Ren się zatrzymał i usłyszała jego głośne westchnięcie. Spojrzała więc na niego i znów zaskoczył ją jego łagodny uśmiech.
- Rozchmurz się w końcu. Powiedz sobie, że jutro to wielka niewiadoma i szkoda czasu na planowanie i zamartwianie się o nie. Traktuj każdy, trwający dzień, jakby był ostatnim w twym życiu. Bierz od niego wszystko, rób to, na co masz ochotę i niczego nie odkładaj na jutro. Dzięki temu nigdy nie będziesz żałować, cokolwiek się wydarzy... Tego się nauczyłem podróżując po tym świecie. – powiedział poważnie, patrząc przed siebie – Dlatego nie marnuj czasu na strach i rozmyślanie o przyszłości, o ile nie jest to absolutnie konieczne i ciesz się tym dniem. – dopowiedział, patrząc już w jej oczy i uśmiechnął się, widząc, jak ją zamurowało.
- Nie wiedziałam, że taki z ciebie filozof... – wypaliła nagle zdumiona, a on się roześmiał.
- Mówiłem, że jeszcze wielu rzeczy o mnie nie wiesz. – rzekł z przekąsem.
Ella się uśmiechnęła na widok jego pogodnej twarzy. Od razu poczuła się lepiej. W międzyczasie coraz bardziej zbliżali się do lasu, który był już bardzo dobrze widoczny. Oboje nie wiedzieli, co ich czeka w przyszłości. Oboje nie wiedzieli więc, że ta podróż wszystko zmieni...

~ Aruell
Czas uchylić rąbka tajemnicy o tym, jak David poznał Mary oraz kim jest Thom. Tymczasem Ella i Ren szykują się do wspólnej podróży... Poza tym Nicka czeka poważna rozmowa z Sarą. Mam nadzieję, że się Wam spodoba ;)
Zamieszczam rysunek Elli i Rena - nie jest to żadna rewelacja, co jest wynikem tego, że kompletnie nie mam weny do rysowania, ale nie bądźcie zbyt zawiedzeni. Szykuję coś lepszego na zakończenie pierwszego etapu opowiadania. ^^"
Pozdrawiam i miłego czytania!
***
Popołudnie w Londynie było bardzo mroźne, jednak David czuł, że musi się przewietrzyć. Poszedł więc na krótki spacer wzdłuż ulicy, przy której mieszkał, w kierunku starego parku. Szedł niespiesznym krokiem, rozmyślając o Mary. Domyślał się, że jest teraz z Thomem i nie umiał myśleć o niczym innym, jak o tamtej historii.
To było dwa lata temu, dokładnie wtedy, gdy poznał Mary. Pamiętał doskonale tamten dzień, kiedy ta śliczna dziewczyna zaczęła pracę w jego szpitalu. Od pierwszego wejrzenia był nią zauroczony. Była wtedy zupełnie inna, niż obecnie – spokojna, cicha, bardzo wrażliwa i delikatna. Uśmiechała się do wszystkich, była serdeczna i miła dla pracowników oraz pacjentów. Na początku miała same problemy i wpadki zawodowe, z których on ją zawsze ratował. Uśmiechnął się na wspomnienie, jak uczył ją wszystkiego, bo wiadomo – teoria teorią, ale praktyka zawodowa to zupełnie inna sprawa. Mary była mu bardzo wdzięczna, dobrze się dogadywali i obdarzyli sympatią.
Gdy minął miesiąc, David zdobył się w końcu na odwagę, by zaprosić ją na obiad. Zgodziła się. Ucieszył się jak dziecko. Po obiedzie poszli razem na drinka, gdyż Mary miała na to ochotę. Miało być fajnie. Kiedy jednak trochę wypiła, dowiedział się szokujących rzeczy.
Ta uśmiechnięta dziewczyna, od początku była taka tylko z pozoru. Tak naprawdę maskowała swoje cierpienie. Pod wpływem alkoholu opowiedziała mu o Thomie, którego bardzo kochała od czasów studiów pielęgniarskich. Poznała go na imprezie studenckiej i zakochała się w nim niedługo potem. Ponieważ zaś była wtedy nieśmiała, nie powiedziała mu. Zakumplowali się mimo tego dość szybko. Ona „cicha myszka”, a on przebojowy chłopak – uzupełniali się. Był dla niej bardzo dobry i uczył, jak korzystać z życia. Przyjaźnili się długie 4 lata. Gdy w końcu zdecydowała się wyznać mu miłość - on ją uprzedził i powiedział, że znalazł dziewczynę, którą kocha i że zostali niedawno parą. Zdruzgotana Mary udała dobrą przyjaciółkę i pogratulowała mu, ostatecznie nie mówiąc o swoich uczuciach. Jednak strasznie to przeżyła, myśląc, że gdyby powiedziała mu wcześniej, to może coś by z tego wyszło. A teraz było już za późno. Jakby tego było mało, niedługo potem Thom wyjechał z kraju. To był dla niej straszny cios. Długo płakała.
Żaliła się Davidowi wtedy w barze, że ma złamane serce i nigdy się już nie zakocha. Był zdołowany widokiem jej łez i od tamtej pory ją pocieszał. Natomiast jej ulżyło, że się wygadała i miała kogoś, przy którym nie musiała udawać. Wyciągał ją na różne spacery, zakupy i wypady do miasta, by się pozbierała i udało się. W końcu postanowiła zapomnieć o wszystkim i zacząć od nowa. W efekcie – bardzo się zmieniła.
Stała się otwarta, bezpośrednia i odważna. Zaczęła ubierać się śmielej i bardziej seksownie, stała się też duszą towarzystwa, korzystając z wieloletnich nauk Thoma. Myślała bowiem, iż to dlatego, że taka nie była - nie udało jej się zdobyć serca Thoma i straciła szansę na miłość. To dlatego postanowiła więc się zmienić i tak się stało.
Od tamtej rozmowy w barze, zaprzyjaźniła się z nim i któregoś razu, na spacerze zażartował, co to by było, gdyby zostali parą. Ona wtedy powiedziała rozbawiona, że nie wyobraża sobie tego i że nie chciałaby, by romantyczne uczucia zniszczyły ich cudowną przyjaźń. Ukrył wtedy rozczarowanie i od tamtej pory nie mógł zdobyć się na odwagę, by wyznać jej miłość. Obawiał się utraty zaufania i dobrych stosunków z Mary.
A teraz? Co teraz miał zrobić? Zastanawiał się nad tym, wchodząc do zaśnieżonego parku. Zaśmiał się smutno na myśl, że popełnił ten sam błąd, co Mary kiedyś z Thomem – za długo zwlekał. Teraz, kiedy w końcu postanowił jej powiedzieć, los znów pokrzyżował mu plany - Thom wrócił i zaprosił Mary na obiad. Czy to znaczy, że nie jest im pisane być razem? Czy między Thomem a Mary może do czegoś dojść? Nieważne, jak długo na tym myślał, miał nieodparte wrażenie, że uczucie, z którym Mary nie do końca się wtedy nie uporała, może powrócić. To natomiast oznaczało, że naprawdę zawsze już będą tylko przyjaciółmi, a to zaś sprawiało, że było mu ciężko na sercu. Właściwie to był zrozpaczony i zły na siebie, aż miał ochotę się rozpłakać.
Zrezygnowany westchnął i skupił się na podziwianiu choinek, pokrytych śniegiem, by uspokoić myśli i odzyskać jako taką równowagę duchową.
***
Po śniadaniu Ella i Ren wrócili do pokoju gościnnego, by przygotować się do podróży do Eolium. Dziewczyna była już zdrowa, więc nie było powodu, by przedłużać pobyt u Bena.
Ella nie miała dużo do pakowania – wzięła tylko dwa stroje na zmianę od Elen, grzebień i kilka innych drobiazgów. Ren w zasadzie był już spakowany wcześniej. Zabrał tylko ubranie na zmianę od Bena. Dziewczyna od śniadania uważnie obserwowała Rena. Niby zachowywał się normalnie, ale wyglądał tak, jakby coś go gryzło od samego rana. Ella nie wiedziała o rozmowie w nocy, którą Alren usłyszał, ale widziała, jak Ren i Elen unikają swojego wzroku i ograniczają dialogi do minimum. Nie miała jednak odwagi go o to spytać.
- Co tak dumasz? Przebierz się. – rzekł niecierpliwym tonem i wskazał na białe szaty, przygotowane dla nich obojga – By iść w dalszą drogę, musimy ubrać veolskie ubrania, by nie zwracać na siebie uwagi, rozumiesz?
- Tak, za chwilkę. - odparła krótko – Hmm... Mogę o coś spytać? – dodała po chwili.
- Jasne. – rozpiął koszulę i zamierzał ubrać białą tunikę.
Marudził przy tym pod nosem, że musi używać magii nawet do tak prozaicznej rzeczy, jak ubieranie się. Normalnie bowiem, nie mógłby ani zdjąć ani założyć żadnej koszuli czy tuniki, mając skutą rękę. Ella zaś nie patrzyła na niego, by nie rozpraszać się widokiem jego nagiego torsu, co wywołało na jego twarzy lekki uśmiech.
- Jak daleko jest do Eolium? Jak tam dotrzemy? – spytała z ciekawości i obawy przed nieznanym.
Alren westchnął. Spodziewał się tego pytania prędzej czy później. Gdy ubrał już białe spodnie i buty oraz opaskę na czoło, usiadł obok niej i zaspokoił jej ciekawość.
- Eolium jest daleko na wschód od Leosu. To będzie długa podróż... – urwał, by nabrać powietrza – Pójdziemy tam pieszo, nie mamy innego wyjścia. Musimy przejść przez Las Sverse i dotrzeć do Jeziora Liuma, nad którym leży stolica. Po drodze jednak zajdziemy do miasta Veron, które jest mniej więcej w połowie drogi, by uzupełnić zapasy i trochę odpocząć. – wyjaśnił najlepiej, jak umiał.
- Widzę, że dobrze znasz ten kraj... – wywnioskowała.
- Owszem. – nie rozwinął jednak tematu.
- Ile czasu potrwa podróż? – spytała z niepokojem.
- Umiarkowanym marszem powinniśmy dotrzeć do Veronu w 3 dni, a potem jeszcze ze 2 dni potrwałaby droga do samego Eolium. To jest, jeśli oczywiście nie będziemy mieli po drodze nieprzewidzianych przeszkód, co jest raczej wątpliwe... – zasępił się.
- Jest tu aż tak niebezpiecznie? - wystraszyła się.
- Nie pamiętasz już przygody z Shenami? – zdziwił się – A uwierz mi, zwierzęta nie są tu największym zagrożeniem.
- Jak to? – dociekała, ale Ren nie odpowiedział, tylko się zamyślił. Nie miał zamiaru jej tego wyjaśniać. Uznał bowiem, że wspomnienie o skrytobójcach tylko zwiększyłoby jej strach.
- Posłuchaj... – powiedział, spoglądając w jej oczy. Ujrzała wtedy determinację i szczerość na jego twarzy – Nic ci się nie stanie. Nie pozwolę cię skrzywdzić. Musisz mi tylko zaufać i obiecać, że będziesz mnie słuchała. – rzekł zdecydowanie.
- Dobrze, obiecuję... – była nieco zaskoczona jego powagą, a on odetchnął z ulgą.
- W takim razie, ubierz się w końcu. Wspomogę cię w tym magią. Szkoda czasu. – zarządził.
Ella bez słowa szybko przebrała się w taki sam strój, jaki miał on, tylko w wersji damskiej, czyli – białą tunikę, spodnie i wysokie buty oraz srebrny, szeroki pas, po czym oboje poszli wypić herbatę.
***
W Madrycie zapadła już noc. Przed jedną z najbardziej luksusowych, restauracji zatrzymała się czarna limuzyna, z której najpierw wysiadł Nick a następnie Sara. Weszli do środka i zajęli zarezerwowane miejsca. Nick zamówił wyśmienitą kolację i czerwone wino, bacznie obserwując kobietę, która promieniała szczęściem.
Sara, ubrana w elegancką czarną sukienkę, z błyszczącymi oczami przyglądała się wystrojonemu w ciemny garnitur i krawat mężczyźnie. Była przekonana, że po długim czasie milczenia, w końcu otrzyma odpowiedź i spodziewała się odwzajemnienia jej uczuć, skoro Nick zadbał o taką oprawę tego spotkania.
- Jak się zapewne domyślasz, Saro. – zaczął Nick – Zaprosiłem cię tu, by wyjaśnić tamtą sprawę.
- Mów. – nie mogła się już doczekać, pijąc pierwszy łyk wina.
- Chciałbym cię przeprosić za swoje zachowanie i niekompetencję, zważywszy na to, że jestem twoim szefem... – zrobił pauzę, starając się mówić jak najdelikatniej – Byłem wtedy pijany i nie wiedziałem, co robię.
- Nie masz za co przepraszać. – zachichotała na wspomnienie tamtego gorącego wieczoru, a on się skrzywił.
- Owszem mam. – westchnął ciężko – Saro, pochlebia mi, że mnie kochasz, ale ja nic do ciebie nie czuję i nie sadzę, by to się kiedyś zmieniło. Dlatego proszę zapomnij o mnie i o tamtej nocy. – powiedział to w końcu, a ją zatkało.
- Ale... jak to...? – straciła grunt pod nogami.
- Przespałem się z tobą, bo byłem pijany, wściekły na los i Ellę oraz po prostu głupi. Nie oczekuję, że mi wybaczysz. Mam jednak nadzieję, że nasze stosunki będą od tej pory wyłącznie służbowe tak, jak przed tamtą nocą. – powiedział konkretnie, zaś Sara zaczęła drżeć, łzy jej napłynęły do oczu. Nie tak sobie wyobrażała ten wieczór.
- Czyli... nadal ją kochasz? – spytała z bólem w głosie.
- Wybacz. – odwrócił wzrok.
- Jesteś okrutnym, bezwstydnym draniem! – wrzasnęła na niego głośno, co zwróciło uwagę innych gości restauracji, a potem bez słowa ubrała płaszcz i wybiegła z budynku.
Zszokowany jej reakcją Nick przez chwilę chciał za nią pobiec, ale doszedł od wniosku, że będzie lepiej, jak zostawi ją teraz w spokoju. Nie przejął się zbytnio tym, co może teraz czuć ta dziewczyna. Zapłacił za kolację i po kilku minutach również opuścił restaurację. Czuł się dużo lepiej, gdyż miał już za sobą tą rozmowę. Teraz mógł zacząć od nowa, a przynajmniej tak mu się wtedy zdawało...

Witam po raz pierwszy na moim nowym blogu wszystkich moich stałych czytelników, którzy pamiętają początki tej historii na onecie. ;) Mam nadzieję, że się Wam tu spodoba ;)
Witam również wszystkich pozostałych i zapraszam do zapoznania się z tym opowiadaniem, jeśli tylko macie na to ochotę i czas. W Archiwum znajduje się bowiem to, co zostało opublikowane wcześniej, na onecie. ;)
Chciałabym w tym momencie bardzo podziękować Haru, która wykonała dla mnie szablon, który tu widzicie. Dziekuję Ci z całego serca, Haru! <3
Jeśli chodzi o dodawanie nowych notek. Kolejne części opowiadania będę wrzucała regularnie raz w tygodniu - co środę. Jednak nie wykluczam mozliwości, że jeśli będę miała więcej czasu, wrzucę dodatkowo jeszcze jeden, taki bonus. (np. gdy stwierdzicie, że nie wytrzymacie do nast. środy ;P) ;) Pojawią się też krótsze notki, w międzyczasie, dotyczące bloga i tej historii.
*
Niniejszy rozdział zawiera dość długi opis snu Elli, ale zapamiętajcie wszystko dobrze, bo zarówno miejsce, jak i ten pan, będzie wielokrotnie się pojawiał w tym opowiadniu i nie jest przypadkowe. ;)
Pora też zacząć nowy wątek związany z Nickiem. ;)
Pojawi się też zapowiedź nieco ciekawszej scenki w nast. rozdziale z Ellą i Renem... ^^ (raczej się domyślicie, w jakim miejscu...;P)
Miałam wstawić teraz rysunek tego pana ze snu Elli, ale wybaczcie nie miałam sił go skończyć. Pokażę go, kiedy będzie gotowy. ;)
W zamian za to, wstawiam rysunek z logo szablonu.
Nie przedłużając, zapraszam na nowy rozdział. Pozdrawiam serdecznie ;)
***
Złotowłosa dziewczyna w błękitnej sukni otworzyła powoli oczy. Zamrugała kilka razy i zorientowała się, że widzi jasno granatowe niebo, spowite niezliczonymi gwiazdami, znajomo wyglądającą planetę i srebrny księżyc. Ponadto świeciło też Słońce, sprawiając, że ziemia, na której się znajdowała, była jasna jak za dnia. Takie połączenie wywarło na niej niesamowite wrażenie. Zdawało jej się, że jest jednocześnie dzień i noc. Wstała i rozejrzała się.
Rozpoznała ogród i pałac oraz wielką bramę, która również wyglądała znajomo. Ponownie usłyszała słodki śpiew, dobiegający zza drzwi. Podeszła do niej i dotknęła ostrożnie dłonią. W efekcie – zaczęła się ona samoistnie otwierać, a kobiecy głos zamilkł bezpowrotnie, jakby miał na celu tylko ją zwabić do tego miejsca. Zawahała się nieco wystraszona nagła ciszą, po czym zajrzała nieśmiało do środka.
Zobaczyła ogromny dziedziniec pałacowy. Okazało się, iż ta brama nie prowadziła bezpośrednio do pałacu, tylko była częścią potężnego muru, który go otaczał. Ostrożnie weszła na szeroki, wyłożony jasnym marmurem, chodnik. Stanęła na środku i podziwiała kolumnady, zdobione tak misternie, jak te - w stylu korynckim, które stały dookoła okrągłego placu oraz po obu stronach każdej z czterech ścieżek, które odchodziły od niego w różne zakamarki obszaru pałacowego. Dziewczyna oczywiście zauważyła różne zabudowania otaczające miejsce, w którym stała, ale najbardziej ją interesował sam pałac, do którego prowadziły kolejne strome i szerokie schody. Pokonała je więc pospiesznie i spojrzała na wielkie, mające z siedem metrów wrota, które stały przed nią otworem. Po ich obu stronach paliły się ozdobne latarnie, zawieszone na ścianie, a ich światło, co ją już w ogóle nie zdziwiło - było błękitne. Ten kolor dominował w tym miejscu bez dwóch zdań. Kierowana ciekawością weszła do środka i zamarła z wrażenia.
Spodziewała się białego lub niebieskiego wnętrza, a tu pałac zaskoczył ją zupełnie innym wystrojem. Kroczyła po błyszczącej podłodze, wykonanej z ciemnego marmuru. Jego kolor przypominał mahoń, wymieszany ze złotymi akcentami. Szybko znalazła się w olbrzymim, przestrzennym holu. Po lewej i prawej stronie znajdowały się ciężkie, zdobione drzwi – w sumie było ich cztery. Naprzeciw niej zaś były wysokie schody, prowadzące na wyższe piętro oraz do piątych i największych wrót. Pokryte były częściowo przez długi i czerwony dywan, który kończył się u wejścia do pałacu. Było tam jasno, gdyż wszędzie znajdowały się niezwykłe, podłużne okna. Wszelkie poręcze, okiennice, świeczniki oraz bajeczne żyrandole wiszące pod wysokim sufitem, które zdążyła już zauważyć, były wykonane ze złota. Ściany miały jasno brzoskwiniowy i ciepły kolor, a na podłodze, co kilka metrów, stały pokaźne wazony, wypełnione na przemian czerwonymi i żółtymi kwiatami. Dziewczyna nie mogła oderwać oczu od tego wnętrza i rozochocona, chciała jak najszybciej obejrzeć resztę pałacu.
W tym oszołomieniu nie zauważyła, że na szczycie schodów ktoś się pojawił i bacznie się jej przyglądał od kilku minut.
- Kim jesteś, nieproszony gościu? – usłyszała nagle niski, przenikliwy głos, który odbił się echem o ściany i gwałtownie zwróciła się w stronę mężczyzny, który stał na górze i patrzył na nią z nieprzyjazną miną.
Przyjrzała się wysokiej osobie w czarnych spodniach i wysokich butach oraz czerwonej, ozdobionej złotymi haftami, tunice i płaszczu, sięgającym podłogi - w tym samym kolorze. Był on zapięty piękną klamrą na klatce piersiowej. Strój doskonale podkreślał jego ciemną karnację. Włosy miał czarne niczym smoła, gęste i długie, aż do kolan, opadające luzem na plecy. Pojedyncze, krótsze kosmyki zasłaniały nieco jego duże i niezwykłe złote oczy oraz przystojną twarz, o subtelnych rysach. Według złotowłosej dziewczyny, wyglądał jak książę z „Baśni tysiąca i jednej nocy”. Z trudem zdołała coś wyksztusić, oczarowana tajemniczym mężczyzną.
- Ja...? – spytała z lękiem w głosie, bowiem nie spodziewała się nikogo spotkać. Myślała, że będzie tak, jak do tej pory i nie ujrzy żywej duszy.
- A widzisz tu kogoś jeszcze? – rzekł ostrzej, gdy zaś nie doczekał się odpowiedzi, skoczył tak wysoko i szybko, że byłoby to niemożliwe dla człowieka i sekundę później, znalazł się tuż przed nią, przykładając jej jednocześnie ostrą szablę do gardła – Powiedz prawdę albo giń! – posłał jej śmiercionośne spojrzenie, a ona zadrżała myśląc, że zaraz umrze.
- Nie! Błagam, nie! – wrzasnęła, budząc się gwałtownie i sapiąc głośno ze zdenerwowania.
- Co się stało? – Rena obudził jej krzyk, jednak nim zdołał się zorientować, co się dzieje, poczuł, jak roztrzęsiona dziewczyna wtula się w niego mocno. Domyślił się, o co chodzi – Spokojnie, to tylko zły sen...
- To było okropne... Boję się... – mówiła cicho, ciągle jeszcze pod wpływem tej mary.
Ren poczuł, jak dziewczyna drży i westchnął ciężko, po czym objął ją wolną ręką i przytulił do siebie delikatnie.
***
W Madrycie nastał kolejny świt. Promienie Słońca delikatnie rozjaśniały budynek pięciogwiazdkowego hotelu - The Westin Palace, gdzie przebywał Nick.
Siedział teraz w salonie apartamentu, na jasnej kanapie i spoglądał zamyślony w kieliszek z czerwonym winem, stojący na niskim, szklanym stoliku, naprzeciw niego. Postanowił właśnie kupić nowy apartament w Madrycie na własność i zostać tu na stałe, gdyż uznał to za wysoce korzystne. Jego biznes miał się najlepiej właśnie tutaj. Kochał ten kraj, jego klimat i tych ludzi, no i najważniejsze – Ella była daleko stąd. Miał szczery zamiar zacząć tu wszystko od nowa. Musiał jeszcze tylko dokończyć jedną sprawę – poważnie porozmawiać z Sarą.
Nie miał pojęcia, jak przyjmie to, co miał jej do powiedzenia. Jednak postanowił sobie, że jeśli nie będzie w stanie tego zaakceptować, będzie zmuszony ją zwolnić i znaleźć nową sekretarkę. Szczerze mówiąc, nawet byłby zadowolony z tego faktu, bowiem ta kobieta notorycznie kojarzyła mu się z Ellą i całą tą sytuacją.
Kiedy już się psychicznie przygotował, zadzwonił do Sary na komórkę.
- Tak, szefie? – usłyszał jej zaspany głos. Najwyraźniej dopiero wstała.
- Chciałbym cię zaprosić na prywatną kolację dziś wieczorem. Nie masz nic przeciwko? – spytał rzeczowo.
- Nie... Skądże. Bardzo chętnie! – ucieszyła się, jakby czekała na coś takiego cały czas.
- W takim razie jesteśmy umówieni na dwudziestą. – zarządził.
- Dobrze. – odparła entuzjastycznie.
- To tyle, do zobaczenia. Nie spóźnij się od pracy. – rzekł jeszcze i rozłączył się.
***
Ella uspokoiła się w ramionach Rena, po tamtym koszmarze i gdy odzyskała świeżość umysłu, dotarło do niej, co właśnie robi. Serce jej mocniej zabiło, gdy poczuła pod palcami jego mięśnie i kiedy ciepło tego mężczyzny przechodziło na jej ciało. Odsunęła się ostrożnie. Jej twarz była teraz mocno zarumieniona i nie miała odwagi spojrzeć mu w oczy z zakłopotania.
- Przepraszam... nie powinnam... – rzekła cicho, patrząc w dół. Natomiast Ren się uśmiechnął, widząc znajomy widok. Zawsze tak wyglądała, gdy była blisko niego i czuła się niezręcznie. Uważał to za urocze.
- Jak się czujesz? – zupełnie zignorował jej słowa, a ona podniosła głowę.
- L-lepiej... – odparła cicho.
- To widać. – stwierdził wesoło, a ona jeszcze bardziej się zarumieniła – No dobrze, to w takim razie chodźmy do łazienki się umyć. – stwierdził, tłumiąc śmiech, bowiem podejrzewał, jak Ella zareaguje.
- Co?! – prawie krzyknęła z zaskoczenia – J-jak to... r-razem? – język jej się plątał ze zdenerwowania.
- Wiesz... Raczej nie mamy wyboru. – rzekł, unosząc znacząco lewą rękę i pokazując kajdanki – Nie mam zamiaru przez coś takiego zarosnąć brudem. Poza tym mam też potrzeby fizjologiczne, podobnie jak ty. – starał się mówić rzeczowo, żeby nie zauważyła, jak bardzo go bawi ta sytuacja.
Ellę kompletnie zatkało. Niby było to oczywiste, ale wcześniej nie pomyślała o tym aspekcie, a raczej „skutku ubocznym” bycia skutym kajdankami. Na samą myśl o braku prywatności w czasie mycia czy załatwiania, zadrżała i zalała się rumieńcem.
- Ale... - nie wiedziała co powiedzieć – No przecież my...
- Pospiesz się, już i tak długo nie byłem w toalecie, a nie będę się już załatwiał do wiadra, skoro możesz chodzić. – rzekł zdecydowanie, choć z lekkim przekąsem, ciągnąc ją za sobą, by wyszła z łóżka.
Dziewczyna, z lękiem w oczach, wstała i poszła za nim, próbując się opanować. Jednak im bliżej byli łazienki, tym szybciej biło jej serce. Najbardziej przerażał ją fakt, że w tej sprawie nie będzie żadnego możliwego kompromisu także przez całą podróż do stolicy. Oprócz tego bała się, jak zachowa się w tej zupełnie nowej i z pewnością kłopotliwej sytuacji. Nie znała siebie aż tak dobrze, nie mówiąc już o Renie.
***
Mary siedziała w dyżurce pielęgniarek, pijąc kawę w czasie krótkiej przerwy w pracy. Była smutna i zamyślona. Bezwiednie wyjrzała przez małe okno i patrzyła w milczeniu na zaśnieżoną ulicę i drzewa. Martwiło ją ostatnie zachowanie Davida. Nie rozmawiali od tamtego czasu i żałowała, że dziś znów miał nocny dyżur, co oznaczało, że się rozminą, choć pracują w tym samym szpitalu.
Westchnęła ciężko, bo nie mogła przestać myśleć o tamtej sytuacji i tym niezręcznym uczuciu, które im towarzyszyło w drodze powrotnej. Po rozważaniach doszła do wniosku, że na pewno miało to związek z tym, że spotkali Thoma. Mimo iż nie rozumiała, dlaczego to tak przygnębiło przyjaciela, miała nieodparte wrażenie, że w jakiś sposób go zraniła. Nagle w jej głowie coś zaświtało. Zaczęła kojarzyć fakty i słowa Davida i dochodziła do niezwykle zaskakującej myśli - może David jest w niej... Nie dokończyła jej, bo przybiegła koleżanka i przekazała polecenie lekarza, które musiała niezwłocznie wykonać.
Kiedy potem wróciła jeszcze na chwilę do dyżurki, by wypić kolejną kawę, nie myślała już o tamtym, gdyż uznała to za absolutnie niemożliwe, by David się w niej zakochał. A może o prostu nie chciała przyjąć do wiadomości takiej ewentualności?
Mary była już tak przybita, że wyobraziła sobie dla odmiany, jak będzie przebiegało jej spotkanie z Thomem dziś po południu. Gdy jego obraz pojawił się jej przed oczami, zarumieniła się. Jednak obiecała sobie, że nie będzie tamtą, łatwo zakochującą się, studentką i nie podda się zmów jego urokowi. Pamiętała bowiem, jak było ostatnio i nie chciała przeżywać tego jeszcze raz. Nastawiła się więc, że to będzie tylko przyjacielskie spotkanie po latach.
"Princess"

~ Aruell
Przepraszam za ewentualne błędy i życzę miłej lektury. x)
***
Do Londynu zawitał nowy dzień. Pogoda pozastawiała wiele do życzenia. Było pochmurno, bardzo zimno i jakby tego było mało, wszędzie leżały ogromne ilości śniegu, które już od wczorajszej nocy sprawiały poważne problemy kierowcom i pieszym oraz służbom porządkowym, które usiłowały przywrócić miastu funkcjonalność.
David widząc, jakie są utrudnienia na drogach, zdecydował się pojechać po Mary metrem. Kilka minut przed dziesiątą czekał na nią w umówionym miejscu, na lotnisku. Gdy tylko przyszła, przywitali się i pojechali z powrotem do centrum Londynu. Gdy dotarli na miejsce, Mary spojrzała na niego pytająco.
- To co robimy? – uśmiechnęła się do niego.
- Może na dobry początek pójdziemy na kawę. Myślę, że przyda się nam gorący napój i coś słodkiego. Co o tym sądzisz?
- Dobry pomysł, tylko do której kawiarni by tu pójść? - rozejrzała się wymownie po jednej z głównych ulic Londynu.
- Znam jedno takie miejsce...– uśmiechnął się tajemniczo.
Mary chciała dociec, jakie, ale powiedział, że to niespodzianka, więc nie naciskała. Ponoć nie było to daleko stąd, więc poszli pieszo.
Kiedy mijali, w umiarkowanym tempie, tłumy ludzi, Mary poślizgnęła się na oblodzonym chodniku i byłaby już upadła, gdyby nie David, który ją złapał i podtrzymał. Przez chwilę byli bardzo blisko siebie, znacznie bliżej niż zazwyczaj, co wprawiło ich oboje w dziwne zakłopotanie. Gdy tylko Mary odzyskała równowagę, odsunęli się od siebie.
- Musisz uważać, jest bardzo ślisko. – rzekł całkiem zwyczajnie i uśmiechnął się na widok jej zawstydzonej twarzy, po czym nastawił swoje ramię – Chodź. Tak będzie bezpieczniej, nie sądzisz?
- Chyba tak... – rozpromieniała się, łapiąc go pod rękę i wyrzucając z głowy to nieznane uczucie, które przez chwilę poczuła.
David zaprowadził Mary do kawiarenki znajdującej się na uboczu, z dala od ulicy, w bardzo starej kamienicy. Gdy tylko przekroczyli jej próg, od razu przypadła dziewczynie do gustu.
Wnętrze było gustownie urządzone, przytulne i ciepłe, a całości dodawała uroku muzyka bossa novy, która tam leciała oraz rozkoszny zapach kawy. Usiedli przy drewnianym stoliku, na wiklinowych fotelach z czerwonymi poduszkami, gdzieś w kącie. Mary podziwiała rozłożyste palmy, stojące w różnych miejscach pomieszczenia. Na złocistych ścianach zawieszono pomarańczowe, małe lampki, które emanowały przyjemnym światłem. Dziewczyna poczuła się, jak w brazylijskiej knajpce i od razu zrobiło jej się cieplej. David w tym czasie zdążył już zamówić dwie kawy hawajskie oraz kawałki ciasta czekoladowego, które bardzo szybko podano.
Mary wypiła nieco napoju i przyjrzała się rozebranemu już przyjacielowi. Miał na sobie elegancką, kremową koszulę, rozpiętą nieco przy kołnierzu i skórzaną, jasnobrązową marynarkę oraz spodnie w tym samym kolorze. Musiała przyznać, że świetnie wyglądał w tym stroju. Po chwili, odwróciła od niego wzrok, zastanawiając się, czemu nieustannie ma wrażenie, że coś jest nie tak. Czuła się, jakby była na randce, a nie przyjacielskim spotkaniu. Ponieważ jednak było przyjemnie i dobrze czuli się w swoim towarzystwie, machnęła na to ręką.
- O czym tak myślisz, Mary? – zapytał w końcu rozbawiony jej długim milczeniem.
- O niczym specjalnym... – skłamała, patrząc w bok – To miejsce rzeczywiście jest świetne. – pochwaliła kawiarenkę.
- Wiedziałem, że ci się spodoba. – uśmiechnął się, nie mogąc się nadziwić, że Mary tak ślicznie wygląda w zwyczajnych jeansach i luźnym swetrze koloru indygo – A tak poza tym, jak tam wizyta rodziców? - zaczął temat.
- Dobrze, na szczęście nie było tak źle. Dość dobrze znieśli podróż i wizytę w szpitalu. – odparła krótko – A jak u ciebie? Dyżur dał ci się we znaki?
- Raczej tak, poza tym zdarzyło się coś dziwnego... – urwał, przypominając sobie wizytę tamtej dziwnej kobiety w szpitalu.
- To znaczy? – zainteresowała się – Co się stało?
David opowiedział jej ze szczegółami tamto zdarzenie. Ponieważ miało ono związek z Ellą, Mary zaniepokoiła się.
- Czy ta kobieta coś jej zrobiła?
- Nie... Sprawdziłem dokładnie, zupełnie nic się nie zmieniło. Może to była tylko jakąś dziwna reporterka, a ja po prostu ze zmęczenia miałem zwidy. – powiedział jej to, czym sam sobie to wytłumaczył.
- Ci dziennikarze... Skoro Elli nic nie jest, to nie ma się czym przejmować. – rzekła Mary, dając sobie spokój z tą sytuacją i nie chcąc psuć miłego nastroju.
Potem ponownie zmienili temat i zaczęli gawędzić o wszystkim i o niczym, przyjemnie spędzając razem czas.
***
Alren i Ella przywitali się z Eru w salonie, a Ben i Elen poszli na poranny spacer, gdyż Kapłanka powiedziała, że ich obecność może być bardzo krepująca, zważywszy na temat, jaki mieli podjąć. Elen nie była zadowolona z takiego obrotu sprawy, ale posłusznie wyszła ze swoim ojcem, nie mając innego wyjścia.
Ella siedziała zdenerwowana obok Rena, który zaczął rozmowę, gdy tylko Kapłanka zajęła miejsce w fotelu, naprzeciw nich.
- Nie trzymaj mnie już dłużej w niepewności, dowiedziałaś się czegoś? – spytał z nadzieją w oczach.
- Tak, ale niestety to ci się raczej nie spodoba, Alrenie... – urwała, patrząc na wystraszoną Ellę, a on zmarszczył czoło.
- Proszę, powiedz to bez zbędnego przedłużania. – nastawiał się psychicznie na najgorsze.
- Dobrze... - westchnęła ciężko – Wiem, co to były za wróżki i co prawdopodobnie zrobiły... – wlepiła wzrok w kajdanki, sama nie wierząc, że jest świadkiem czegoś takiego. Była bowiem zszokowana swoim odkryciem.
- Więc...? – Ren się niecierpliwił, a Ella wstrzymała oddech.
- Miałam dobre przeczucie. To rzeczywiście były starożytne, magiczne istoty, które jednak zniknęły wieki temu, po Szkarłatnej Nocy. Nie widziano ich od tamtego czasu i uznano za wymarłe... – urwała na chwilę – Ale cóż, przynajmniej od wczoraj wiemy już, że to nieprawda. Najważniejsze jest jednak to, że to nie są zwyczajne wróżki. To małe, ale niezwykle potężne istoty, które cieszyły się niegdyś ogromnym szacunkiem. Nazywano je Duchami Życzeń. Niełatwo było je znaleźć ani zasłużyć na ich pomoc, ale każdy pragnął je spotkać i zyskać ich zaufanie. Słynęły bowiem z tego, że potrafiły spełnić każde marzenie. Mieszkały kiedyś tu, na Egharii, ale nie pochodzą stąd, tylko... z Miryonu. – zrobiła pauzę widząc szok, malujący się na twarzy Rena.
- Chyba żartujesz... – tylko tyle zdołał odpowiedzieć.
- Niestety nie, Alrenie. Jak zapewne już się domyślasz, to były Verie...
- Jasna cholera... – powiedział sam do siebie, przeczesując nerwowo włosy. Doskonale bowiem wiedział, co to oznacza.
- Słyszałeś o nich, prawda? – bardziej stwierdziła fakt, niż spytała.
- Tak... – był już bardzo zdenerwowany – Nie tylko potrafiły spełnić każde życzenie, nawet najbardziej absurdalne, ale ich czary były nieodwracalne. Ponoć nie można było cofnąć swego życzenia i obowiązywało nie tylko do śmierci, ale czasem nawet po niej. Niemożliwe też było złożenie drugiej prośby, bowiem wróżki urzeczywistniały tylko jedno życzenie człowieka w ciągu jego życia. Z czasem uznano to za bardzo niebezpieczne, właśnie ze względu na tą nieodwracalność i zakazano kontaktów z Veriami.
- Wiesz nawet więcej, niż się spodziewałam... – zdziwiła się – Nieustannie mnie zadziwiasz, Renie. – w odpowiedzi mężczyzna tylko lekko się uśmiechnął.
- Co ważniejsze... – zawahał się – Czy to oznacza, że już do śmierci będę skuty z Ellą kajdankami? – przeraził się swoich własnych słów, a złotowłosa nie mogła i nie chciała uwierzyć w to, co słyszała i miała wrażenie, że głowa boli ją jeszcze bardziej niż wcześniej.
- Przykro mi to mówić, ale to wysoce prawdopodobne. – zasmuciła się – Niestety chyba nic ani nikt nie zdoła przerwać tych kajdanek ani cofnąć czaru Verii...
- Czyli nie ma nadziei? To niemożliwe! – załamał się.
- Poczekaj. Uspokój się... – pokazała mu, że jeszcze nie skończyła – Szperając w starych księgach, przeczytałam, że choć cofnięcie czarów Verii było i jest niemożliwe, to można je w jakiś sposób zmienić lub załagodzić. Wszystko zależało od treści danego życzenia. Niestety potrafili to zrobić tylko najwięksi magowie i kapłani.
- Ale skoro tak, to wciąż jest nadzieja, że ktoś jednak będzie mógł pomóc, prawda? – ucieszył się, jak dziecko, które dostało upragnionego lizaka.
- Tak. Myślę, że powinieneś zacząć od Theliny - Arcykapłanki Veolii, do której się i tak się wybierałeś na audiencję. W końcu nie ma potężniejszej osoby w tym kraju, niż ona. – odparła z uśmiechem na twarzy, a Ren odetchnął z ulgą, że nie wszystko jeszcze stracone.
- W porządku, w takim razie wiem, co mam robić. Tylko... – zamyślił się – Nadal nie mogę zrozumieć, jakim cudem w ogóle do tego wszystkiego doszło? – wciąż nie mógł pogodzić się z sytuacją, w której się znalazł.
Zapadła długa, nieznośna cisza. Ella z lękiem patrzyła w podłogę, walcząc z bólem głowy, a Eru przyglądała się bacznie jej i Renowi.
- Nie wiem, skąd i ani dlaczego Verie się pojawiły. Nie pojmuję też, czemu zwróciły uwagę akurat na Ellę, ale wiem na pewno, że z jakiejś przyczyny postanowiły spełnić jej życzenie, a ono zaś musiało mieć związek z tobą, Ren. – wyjaśniła najlepiej, jak umiała.
- Zgadzam się. – rzekł pewnie i spojrzał na Ellę wymownie – Może w końcu coś powiesz, co? – dziewczyna zadrżała, widząc jego złość.
- Ello, czego dokładnie sobie zażyczyłaś? – Eru spytała prosto z mostu, a ona czuła, że dłużej nie wytrzyma tego napięcia.
- Ja.. Niczego sobie nie zażyczyłam, naprawdę... – do jej oczu napłynęły łzy, gdy zobaczyła, że jej nie wierzą.
- Kłamiesz! – Ren był wściekły, że nie dość, że go w to wpakowała, to jeszcze nie miała zamiaru się przyznać.
- Nie kłamię! One zjawiły się niewiadomo skąd, same mnie zaczepiły i mówiły, że spełnią moje życzenie... Nim coś odpowiedziałam, już mnie otoczyły... – tłumaczyła chaotycznie – Bredziły coś, że nie muszę nic mówić, bo wiedzą, czego chcę, a potem... a później... – zawahała się - Straciłam przytomność, a gdy się obudziłam, byłam już skuta z Renem, ale przysięgam, że o nic je nie prosiłam... Musicie mi uwierzyć... – wypowiedź Elli poruszyła i zdziwiła zarówno Eru jak i Alrena, więc przez chwilę milczeli.
Natomiast złotowłosa dziewczyna czuła się już bardzo źle i zakręciło jej się w głowie. Zaczęła się chwiać, aż w końcu opadła nieprzytomna na kanapę.
Przerażony tym Ren chwilę później potrząsał dziewczyną, krzycząc by się obudziła, a równie wystraszona Eru szybko podbiegła do Elli, by sprawdzić, co jej jest...
***
Po pobycie w kawiarni, Mary i David poszli na zakupy. Dziewczyna uparła się bowiem, by kupić mu prezent. Obeszli wiele sklepów i ostatecznie Mary kupiła przyjacielowi nowy, elegancki zegarek, a on był tym zachwycony.
Nie, żeby nie miał w domu żadnego, bo stać go było nawet na droższe zegarki. Po prostu było to coś od niej - kobiety, którą kochał nad życie, więc było wyjątkowe. Później skierowali się do restauracji na obiad, przy którym wspominali miłe chwile z przeszłości, jednak odkąd David otrzymał prezent, nie mógł przestać myśleć o celu, w jakim w ogóle zaproponował Mary wspólny dzień. Obiecał sobie powiedzieć jej w końcu, co do niej czuje. Jednak minęła już ponad połowa dnia, a on jeszcze tego nie zrobił. Zdenerwował się, że znów jest takim okropnym tchórzem, więc spojrzał poważnie na Mary, która popijała teraz sok pomarańczowy i pomyślał sobie – teraz albo nigdy.
- Mary... - zawahał się – Muszę ci coś powiedzieć.
- Co takiego? – nagła powaga przyjaciela ją nieco rozbawiła, ale im dłużej na niego patrzyła, tym bardziej nabierała przekonania, że chodzi o coś ważnego – No powiedz wreszcie, bo zaczynam się martwić!
- Nie, to nic złego... Ja tylko... – zaczął, ale przerwał mu kelner, który przyszedł zabrać talerze i spytać, czy nie życzą sobie deseru.
Mary zamówiła więc lody truskawkowe z bitą śmietaną dla nich obojga, mimo iż David swoim lekarskim zwyczajem ostrzegał, że to nie jest odpowiednia pora roku na zimne desery.
- No więc, co miałeś mi powiedzieć? – powróciła do tematu, a on znów się zdenerwował. Chciał uciec i w sumie tak właśnie zrobił.
- Za chwilkę, muszę pójść do łazienki.
- Ok., tylko się pospiesz, bo umieram z ciekawości. – ta sytuacja zaczęła ją bowiem znów bawić i zastanawiała się, co też takiego go dręczyło.
Minęło kilka minut. David jeszcze nie wrócił, a dziewczyna beztrosko zajadała się lodami, gdy nagle usłyszała męski, barytonowy głos.
- Mary...? – urwał – To ty, prawda? – w jego głosie było słychać zdziwienie i radość zarazem.
Mary spojrzała na wysokiego, śniadego i przystojnego mężczyznę, o czarnych włosach, stojącego przy jej stoliku i przyglądającego się jej uważnie z promiennym uśmiechem. Był ubrany w modne czarne spodnie i koszulę, rozpiętą przy kołnierzu oraz skórzaną kurtkę w tym samym kolorze. Na szyi lśnił złoty łańcuch, a w lewym uchu – okrągły, mały kolczyk. Dziewczyna zamarła na widok, tak znajomo wyglądających, brązowych oczu.
- T-Thom? – ledwo to wykrztusiła, nie mogąc uwierzyć, że to właśnie jego widzi.
W tej samej chwili z daleka ujrzał go i rozpoznał również David, który dopiero co wyszedł z toalety...
Thom:

Przepraszam za błędy i zapraszam do czytania ;)
Około północy, najstarszy kościół w Londynie - St Bartholemew the Great prezentował się imponująco. Podświetlany od dołu złotawymi światłami, wyglądał niezwykle groźnie i urzekał unikalną architekturą. Jednak jeszcze bardziej niesamowite było wnętrze tej normańskiej budowli. Liczne kolumnady, bardzo wysoki sufit i dość surowy wystrój tworzyły niezwykły, sakralny nastrój. W nocy zaś wnętrze przybierało wręcz mroczny i tajemniczy klimat, który dodatkowo potęgowała śmiertelna cisza. Można było odnieść wrażenie, że jakieś dusze ukrywają się w czeluściach ciemności, czyhając na odważnych, którzy zdecydują się na zwiedzanie kościoła o tej porze. Mimo tego, tej nocy sakralna budowla miała gości.
Jakaś kobieta szła właśnie wolnym, ale pewnym krokiem między, grubymi kolumnami. Miała na sobie długi, błękitny płaszcz i założony na głowę kaptur, spod którego wystawało kilka kosmyków brązowych, kręconych włosów. Jej kroki odbijały się głośnym echem w całym kościele. Podeszła od ołtarza i wyciągnęła dłoń nad podłogę, zaraz za nim. Wyszeptała kilka słów i nagle błękitne światło utworzyło prostokąt na podłożu. Gdy zniknęło, przed kobietą stanęło otworem wejście schodami do podziemia, którego normalnie tam nie było. Zaczęła schodzić w dół, a otwór zniknął chwilę później.
Krocząc schodami w bardzo wąskim przejściu, nawet nie patrzyła w małe dziurki w ścianach po obu stronach. Samoistnie zapałały się w nich niebieskie kule, gdy tylko się do nich zbliżała i gasły ponownie, gdy je mijała. Kiedy była już na samym dole, wyszła prosto na kamienny taras, z którego rozpościerał się niezwykły widok.
To wyglądało tak, jakby znalazła się w kopii kościoła, do którego weszła, znajdującej się w jego podziemiach. Ogromna komnata zawierała identyczne kolumnady od samego dołu, aż do drugiego piętra i również miała wysoki sufit. Na marmurowej posadzce znajdowały się liczne rzędy ławek, zapełnione zakapturzonymi ludźmi, a z przodu był ołtarz, na którym paliły się świece o błękitnych płomieniach.
Kiedy kobieta szła kolejnymi schodami na sam dół, słyszała chóralne śpiewy w języku, który z pewnością nie był angielskim ani żadnym innym, znanym na Ziemi. Gdy tylko dotknęła nogą podłogi na parterze, wszystkie głowy zwróciły się ku niej i natychmiast zapanowała śmiertelna cisza. Wolnym krokiem dotarła do ołtarza i stanęła za nim, na podwyższeniu. Błękitne światło podkreślało jej oczy, o tym samym kolorze, i powagę, jaka malowała się na jej twarzy. Zdjęła kaptur, co uczynili też pozostali i zaczęła przemawiać do tłumu. Byli tam wszyscy – dzieci, starcy, kobiety i mężczyźni, których dzieliło bardzo wiele, ale jedno łączyło – mieli niebieskie oczy.
- Witajcie, bracia i siostry! Ja, Serilla - Arcykapłanka Bractwa Miryonu, zebrałam was tu dzisiaj, by ogłosić coś bardzo ważnego. – zrobiła pauzę – Wszyscy znamy historię naszych praprzodków i tak samo pamiętamy legendę, która zrodziła się wraz z ich upadkiem. Jak wiecie, związana jest z nią przepowiednia zniknięcia Hariosa. Dziś mogę was zapewnić, że ta prastara legenda zaczęła się wypełniać... – przerwała, gdy w sali zapanował szum zdziwienia i spekulacji.
Serilla uniosła rękę i ponownie zapanowała cisza. Wszyscy czekali na wyjaśnienia.
- Bracia i siostry, 3 dni przed okresem, który ludzie nazywają Świętem Bożego Narodzenia, padał błękitny śnieg. Widziałam na własne oczy, jak dziewczyna, której oczy były szafirowe, przeniosła się do Egharii. To musi być Ona! – kobieta za pomocą magii, stworzyła przed tłumem obraz Elli w chwili, kiedy miała wypadek, by zobaczyli to samo, co ona wtedy. Na ich twarzach pojawiło się przerażenie i nadzieja zarazem - Jej ciało spoczywa teraz w londyńskim szpitalu, a dusza zmaterializowała się już na tamtym świecie. To oznacza, że ten czas nadszedł... Niedługo zaczną się ciężkie czasy dla Egharii. Nasza Pani musi mieć więc dużo siły i odwagi, by odkryć prawdę i wypełnić swe przeznaczenie. Od jej sukcesu zależy nasz los, więc módlmy się! Módlmy się o jej powodzenie! Dodajmy jej sił naszą energią! Połączmy nasze sny w jedność! A wtedy nasze wygnanie, trwające już tak wiele tysięcy lat, dobiegnie końca. Arherio vhas! – krzyknęła głośno, a chór za nią powtórzył.
Gdyby, ktoś tam teraz był i przypadkiem to usłyszał, na pewno ciarki by mu przeszły po plecach i pomyślałby, że znalazł się w siedzibie jakiejś chorej sekty.
Kobieta uniosła obie ręce w górę i zaczęła śpiewać dziwną religijną pieśń w nieznanym języku, a nad jej głową pojawiła się błękitna kula światła. Tak samo zrobili wszyscy tam obecni i tyle samo lśniących obiektów zawisło nad nimi, rozświetlając mrok w pomieszczeniu. Na nadgarstkach wszystkich tu obecnych lśniły srebrne bransolety, wysadzane szafirami. Ich śpiew zaś odbijał się echem o ściany, a wszędzie wokół unosiła się niepowtarzalna, sakralna i magiczna atmosfera.
Zszokowany Alren wpatrywał się w metalowe, srebrne kajdanki, którymi skuta była jego ręka. Nie mógł uwierzyć w to, co widział i myślał sobie, że to jakiś chory żart dziwnych wróżek. Gwałtownie więc zwrócił się w stronę jeziora, by dorwać jedną z nich, ale ku swemu zdziwieniu zobaczył, że już ich nie ma. Zniknęły. Ukląkł bezradnie i położył dziewczynę obok siebie. bo ręce mu już ścierpły od jej noszenia.
Wszystko się w nim gotowało ze złości, ale próbował się opanować. Spojrzał na Eru, która równie zszokowana patrzyła w jezioro. Wyglądała tak, jakby dostała do rozwiązania zagadkę, której nie może rozszyfrować. Zagadał więc do niej.
- W porządku?
- Tak... choć zupełnie nie rozumiem tego, co tu się stało. Jak żyję nigdy nie widziałam takich wróżek ani czarów... – znów się zamyśliła.
- Dziwne, przecież kapłanki powinny chyba znać wszystkie stworzenia, żyjące na tej planecie... – zastanawiał się głośno.
- Też mi się tak zdawało, ale jeśli mogę ufać swej wiedzy, to te istoty nie są z Egharii. – Eru sama nie wierzyła w to, co mówi.
- Świetnie! Najpierw dziewczyna z innego świata na mnie spada z nieba, a teraz obce wróżki mnie z nią skuwają kajdankami! – zakpił ze złością w głosie – Świat zwariował... – urwał widząc zdumioną minę kobiety.
Eru patrzyła na niego pytająco. Nie wiedziała bowiem o jego przygodzie z Ellą. Alren zaś nie był w nastroju na zdawanie relacji, ale było dla niego oczywiste, że w tej sytuacji Kapłanka powinna o tym usłyszeć. Opowiedział jej więc, w największym skrócie wszystko, co go spotkało – począwszy od tego, jak Ella spadła na niego z nie wiadomo skąd, a skończywszy na fakcie, że jest duchem. Eru nie mogła w to uwierzyć. Przyglądała się teraz bacznie dziewczynie, głowiąc się, jak to możliwe. Doskonale rozumiała, jakim fenomenem zdawała się być ta złotowłosa istota. Uznała jednak, że nie czas na to i położyła rękę na ramieniu Rena, w geście współczucia i zrozumienia, nie męcząc go żadnymi pytaniami.
- Rozumiem twoje zdenerwowanie, ale... – urwała, dochodząc do wniosku, że takie pocieszanie jest bez sensu – Nieważne. Siedź spokojnie, spróbuje ci to zdjąć... – powiedziała wystawiając ręce nad srebrnym przedmiotem, a Ren modlił się w duchu, by jej się udało, choć miał złe przeczucia.
Intuicja jak zwykle go nie zawiodła, bowiem po niemal godzinie przywoływania różnych czarów, nawet tych najpotężniejszych, Eru nie była w stanie choćby drasnąć tych kajdanków. Udali się nawet do kowala i zbrojmistrza, którzy używali na nich najtwardszych i najostrzejszych mieczy i toporów, ale skutek był ten sam. Za każdym razem wyglądały jak nowe. Z każdym niepowodzeniem nastrój Rena się pogarszał, a niepokój Eru wzrastał.
- To na nic... – rzekła w końcu, kiedy zatrzymali się na placu głównym Leosu – Obawiam się Alrenie, że to są kajdanki chronione niezwykle potężną, starożytną magią. Nie uda mi się ich zdjąć. Myślę, że nie obejdzie się bez wiedzy Arcykapłanki w Eolium. Tylko ona może ci teraz, o ile to w ogóle możliwe, pomóc. – westchnęła bezradnie.
- To mnie pocieszyłaś, Kapłanko. – prychnął Ren, który był bardzo zły na los, że mu coś takiego zgotował.
- Przykro mi, naprawdę... – wyraziła szczery żal.
- Wiem, to nie twoja wina. Jestem po prostu wściekły... – uspokoił się, uświadamiając sobie, że się na niej wyżywa – I tak zmierzałem do Arcykapłanki z tym, że nie przewidywałem podróży z ogonem w postaci Elli, z którą ta wyprawa będzie o wiele trudniejsza. Zwłaszcza, że mówiłaś, iż wszędzie są skrytobójcy z Cehronu... – zamknął oczy, czując nagły przypływ wielkiego zmęczenia.
- Rzeczywiście, ale chyba nie masz wyboru... – powiedziała ze smutkiem - Do rana postaram się poszukać w starych księgach informacji o tych wróżkach, może to coś pomoże... Tymczasem powinieneś chyba przenocować u Bena. – zasugerowała.
- Masz rację... – nie zdążył dokończyć, bo usłyszał za sobą znajomy głos.
- Ren! – krzyczała dziewczyna z białym warkoczem, zatrzymując się przed nim i dysząc ciężko po długim biegu - Nareszcie cię znalazłam...
- Elen? Co ty tu robisz? – zdziwił się.
- Szukałam cię. Gdy się zorientowałam, że Ella zniknęła, ojciec powiedział mi, że będziesz u Kapłanki aż do świtu i polecił ci o tym powiedzieć... – urwała, patrząc na złotowłosą dziewczynę, którą znów trzymał na rękach – Jednak widzę, że już wiesz, a nawet ją znalazłeś. Ale... co to za kajdanki? – zauważyła w końcu i bardzo się zdziwiła.
- Proszę nie mówmy teraz o tym... – westchnął ciężko.
Kapłanka Eru położyła rękę na ramieniu Rena, więc spojrzał na nią pytająco.
- Odpocznij. Rano powiem ci, jeśli się czegoś dowiem. – rzekła łagodnie – Naprawdę ci współczuję... – dodała szczerze, po czym pospiesznie wróciła do Kościoła, a Ren ukłonił jej się z wdzięcznością za cierpliwość do niego i chęć pomocy.
Elen, przez całą drogę do swego domu, domagała się od Alrena, by powiedział jej, co się stało, ale on milczał. Szedł przed siebie równym krokiem, gorączkowo zastanawiając się, co jeszcze się wydarzy i co ma zrobić, by wszystko było takie, jak dawniej.
***
Po przemowie i modłach w siedzibie Bractwa Miryonu - Serilla, wraz z kilkoma wyższymi rangą kapłankami, poszła do osobnej, małej komnaty i omawiała z nimi najbliższy rytuał.
- Posłuchajcie. Udam się dziś do naszej Pani po „kolor jej oczu” i złoty włos, dzięki czemu jutro o północy będziemy mogli stworzyć dla niej Świętą Bransoletę. Wy zaś przygotujcie wszystko pozostałe, zrozumiano? – rzekła Serilla pewnym tonem, nie znoszącym sprzeciwu.
- Tak jest, Arcykapłanko. – dygnęły przed nią i wyszły z sali.
Serilla zamyśliła się jeszcze przez chwilę, a potem wyruszyła w odwiedziny do Elli.
***
Tymczasem Alren opowiedział w skrócie Benowi ostatnie wydarzenia i zamierzał iść do łóżka. Ponieważ jednak był skuty z Ellą, był zmuszony spać z nią. Położył ją obok siebie na szerokim łożu, w pokoju gościnnym przyjaciela i sam też usadowił się zaraz obok. Zamknął oczy, ale sen nie przychodził. Obawiał się, że za dużo miał wrażeń, by to było możliwe. Westchnął więc ciężko i spojrzał na śpiącą Ellę.
Złociste kosmyki jej włosów błyszczały w błękitnym blasku księżyca, którego subtelne promienie wpadały do pokoju przez okno. Jej cera była nieskazitelna, usta pełne i czerwone, a rzęsy jej dużych oczu były gęste i długie. Jego wzrok mimowolnie poszedł niżej, objął jej odsłonięty dekolt i zatrzymał się na kształtnym, całkiem sporym biuście. Nieświadomie przełknął ślinę i spojrzał na jej dłonie. Nie wiedzieć czemu, chwycił jedną z nich i podziwiał delikatność jej skóry. Mimo że nie pierwszy raz ją dotykał, nie miał wcześniej czasu, by się skupiać na takich detalach, jak teraz. Ella cała wyglądała jak anioł. Każdy element ciała, jaki widział, uznał za idealny. Nagle uświadomił sobie, że pomyślał, iż nigdy nie widział tak pięknej kobiety, choć zwiedził całą Egharię. Niczym omamiony jej urodą, odgarnął kosmyk włosów z twarzy, który wchodził jej do ust. Gdy dotknął jej policzka, przeszył go dreszcz, więc szybko odsunął rękę, zdumiony swoją własną reakcją. Nagle potrząsnął głową, ganiąc siebie za to, po czym spojrzał na kajdanki, by się zdenerwować i nie myśleć o piękności, która leżała obok niego.
Ren z trudem odwrócił wzrok od Elli i wolną dłoń położył sobie na twarzy, pocierając oczy. Usiłował zapanować nad swoimi emocjami i myśleć racjonalnie. Obiecał sobie, że nie będzie się przywiązywał do ducha z innego świata, który o dziwo ma ciało, w dodatku takie... Znów potrząsnął głową, by odgonić te uporczywe myśli o jej urodzie. Nie! Nie może... To wbrew naturze! Duchy nie powinny egzystować z żywymi ludźmi na tym samym świecie, a już tym bardziej - nawiązywać z nimi jakiś bliższych relacji, to nienormalne. Gdy już upewnił się, że znów myśli racjonalnie, wyciszył umysł, zamknął oczy i po dłuższej chwili jakoś zasnął.
Serilla:

Witam ponownie ;)
Na początek, chciałbym powiedzieć, że bardzo cieszy mnie rosnące zainteresowanie tą historią. Dziękuję za wszystkie miłe słowa. Postaram się Was nie zawieść. ^^
w przygodzie Elli, która jeszcze się dobrze nie zaczęła. Nadeszła też pora,
by udowodnić, że Egharia to iście magiczny świat, gdzie może się zdarzyć wszystko...
Nie przedłużając, tradycyjnie przepraszam za wszelkie błędy
i zapraszam na ciąg dalszy... ^^
***
Złotowłosa dziewczyna stała na stopniu bardzo wysokich i szerokich schodów i rozglądała się ze zdumieniem. Skądś znała widok tego nocnego nieba oraz dziwnej mgły, spowijającej zielony gaj, znajdujący się nieco niżej i wysokie wieże pałacu, gdzieś daleko w górze.
- Czy ja tu już kiedyś nie byłam? – pomyślała, robiąc kilka kroków naprzód i ciągnąc za sobą długą, błękitną suknię.
Wtedy dopiero usłyszała znajomy, kobiecy głos. Słodki śpiew dobiegał z oddali. Ponownie nim oczarowana dziewczyna, pospiesznie pokonała schody. Na szczycie chwilę odpoczęła i spojrzała przed siebie z zaciekawieniem. Ujrzała wówczas prostą ścieżkę, zrobioną z jasnego, wypolerowanego marmuru, w którym odbijało się gwieździste niebo. Prowadziła ona przez przepiękny ogród, wypełniony po brzegi bajecznymi kwiatami w kolorze niebieskim i białym na zmianę. Gdy zachwycona spojrzała, co jest za nim, zauważyła pałac, który wcześniej znajdował się za mgłą. Oczarował ją swym pięknem i bogactwem.
Był tak wielki, że nie mogła go w całości ogarnąć wzrokiem. Dostrzegła jednak bez trudu, że miał skomplikowaną konstrukcję - kilka pięter i kilkadziesiąt wieżyczek o różnej szerokości, ze spadzistymi, srebrnymi dachami. Jego ściany zaś miały jasnobłękitny kolor i w określonych miejscach były ozdobione wyrzeźbionymi, roślinnymi motywami. W jego oknach nie paliły się jednak żadne światła, jakby był opustoszały.
Zdawało jej się, że ten śpiew dobiegał właśnie stamtąd, więc powoli szła w jego kierunku, upajając się po drodze cudownym zapachem roślin. Nim się zorientowała, znalazła się już pod olbrzymią, złotą bramą, wysadzaną szafirami i diamentami. Chciała jej dotknąć, ale się zawahała, gdyż nagle zerwał się silny wiatr, trzepocząc jej suknią i burząc długie włosy. Gdy je odgarnęła, mimowolnie spojrzała w niebo. Wtedy dostrzegła całkiem sporą planetę i jej biały, niewielki księżyc całkiem niedaleko stąd. Zaciekawiona wpatrywała się w nią chwilę i przyznała, że z pewnością nie była to Ziemia, choć wyglądała dość podobnie. Wyciągnęła w jej stronę rękę, jakby chciała jej dosięgnąć i wtedy... na tle tej zielono-niebieskiej planety, zobaczyła podobiznę mężczyzny z blizną pod okiem, która chwilę później rozmyła się niczym mgła.
- Alren! – krzyknęła dość głośno i dopiero po kilku sekundach zrozumiała, że to był tylko kolejny, dziwny sen.
Elen z oporem otworzyła oczy, bowiem krzyk zza ściany przedwcześnie ją obudził. Leniwie wstała z łóżka, chcąc sprawdzić, co to było i weszła cichutko do pokoju Elli. Rozejrzała się w nim sennym spojrzeniem i chwilę potem, już całkiem obudzona, wbiegła z krzykiem do sypialni ojca.
- Tato, obudź się! – szarpnęła nim, kiedy on smacznie spał.
- C-co się dzieje? To jeszcze nie świt... - mruknął niezadowolony.
- Wstań szybko! Ona... zniknęła! – głos jej nieco drżał.
- Co?! – Ben zerwał się na równe nogi – Jak to?
- Sprawdziłam wszędzie. Nie ma jej... – była tak samo zdumiona.
- Czyżby ona już... Nie! Niemożliwe... Idziemy jej poszukać. – zadecydował w końcu.
W pierwszej chwili pomyślał, że mogła zniknąć dosłownie, ale potem sobie uświadomił, że jest na to o wiele za wcześnie, więc musiała wyjść z domu. Nie rozumiał jednak, czemu to zrobiła ani dokąd mogła pójść.
***
W Londynie było wczesne popołudnie, kiedy Mary siedziała wraz z Katy i Johnem Dreamson w samochodzie. Właśnie odebrała ich z lotniska i pojechali od razu do szpitala. Kiedy teraz wysiadali, zauważyła, że jej rodzice są bardzo zdenerwowani tym, że za chwilę zobaczą Ellę.
- Nie martw się, mamo. Wygląda normalnie. – zapewniła, mając nadzieję, że nie zapyta jak to możliwe, bo nie umiałaby odpowiedzieć.
- Wiem, słyszałam w telewizji o tym całym cudzie, ale jakoś w to nie wierzę. Muszę to zobaczyć na własne oczy. – rzekła sceptycznym tonem. Natomiast ojciec stał w milczeniu, przeżywając to po swojemu.
Gdy kilka minut później oboje otworzyli drzwi do sali Elli, stanęli jak zaczarowani na środku pomieszczenia, przyglądając się złotowłosej córce, na której ślicznej buzi nie było najmniejszej skazy.
- Wygląda, jakby spała... – odezwał się zdumiony John.
- Bo śpi, tato. – rzekła Mary, przynosząc im dwa rozkładane krzesła – Tylko nie wiadomo, kiedy się obudzi... – dodała ze smutkiem.
- To niesamowite... – matka nadal nie wierzyła i podeszła do córki – Więc mówili prawdę... – głaskała ją po głowie z czułością. Z każdą chwilą jednak zaskoczenie zmieniało się w smutek.
- Tak... – Mary się zamyśliła i usiadła obok rodziców, przy łóżku siostry.
- Skoro jest zdrowa, to dlaczego jeszcze się nie obudziła? – Katy zadała to samo pytanie, które stawiali sobie wszyscy po kolei, z lekarzami na czele.
- Obawiam się, że nigdy się nie dowiemy, mamo... – rzekła Mary bezradnie.
Kiedy rodzice Elli byli pogrążeni się w zadumie wraz ze swą starszą córką, nie zauważyli, że ktoś ich obserwował z korytarza, przez szybę. Wysoki blondyn opierał się o ścianę, obok okna i spoglądał przez nie ze smutkiem i wstydem.
Gdy Nick tu przyszedł i zobaczył Ellę, która wyglądała tak, jak przed wypadkiem - przeżył szok. Potwierdziły się słowa prasy i telewizji o cudownym ozdrowieniu, w które nie wierzył. Z jednej strony poczuł ulgę, widząc jej dawne piękno, a z drugiej – zrobiło mu się jakoś dziwnie nieswojo i przykro... Chciał do niej wejść, ale gdy zobaczył, kto jest w środku - nie miał odwagi. Wiedział, jak zareagowałaby Mary i wolał tego uniknąć, więc niczym zbity pies, wyszedł cicho ze szpitala.
***
Atramentowe, nocne niebo pokryte było teraz niezliczonymi gwiazdami, jednak uwagę Elli przyciągał głównie Szafirowy Księżyc, który przyćmiewał swym blaskiem ten drugi – srebrzysty. Stała nad ogromnym jeziorem, przy którym leżało miasto i patrzyła w jego wodę. Była jasnozielona i tak czysta, że mogła bez trudu dostrzec pływające w niej różnokolorowe ryby. Najbardziej ją zadziwiało, że mimo iż wokół wszystko pokrywał śnieg i z pewnością był mróz, woda ta nie była zamarznięta, tylko wręcz bardzo ciepła. Stąd zapewne wszechobecna para, unosząca się tuż nad nią.
Dziewczyna ubrana w strój od Elen i gruby, biały płaszcz sama nie wiedziała, czemu tu przyszła. Gdy się obudziła, po tamtym dziwnym śnie, nie mogła przestać myśleć o Alrenie i czuła, że jeśli zostanie dłużej w pokoju, to się udusi. Musiała się przewietrzyć, pomyśleć w samotności, a to miejsce było piękne i przyciągnęło ją swoim urokiem.
Niestety na krótko podziw natury uwolnił ją od nieznośnych myśli, bowiem szybko zaczęły krążyć ponownie wokół Rena. Już sam kolor wody przypominał jej o jego oczach... W końcu doszła do wniosku, że jest strasznie głupia. Dlaczego tak tęskniła za kimś kogo znała zaledwie dobę? Co on jej takiego zrobił, że nie mogła przestać o nim myśleć? Jak nazwać to, że oczekiwała od niego rzeczy niemożliwych? Kiedy stała się taka samolubna? Kucnęła bezradnie i potarła oczy, które już były zwilżone.
- Muszę być silna! Przecież nie należę do mazgai... – próbowała wrócić do Elli, którą była na Ziemi, a którą przyćmił swoją osobowością zupełnie obcy mężczyzna oraz cała ta sytuacja, w której się nagle znalazła – Powinnam myśleć o tym, jak wrócić do domu, a nie o jakimś tam Renie, którego ledwo znam! Co się ze mną stało? Muszę się ocknąć z tego stanu... – usiłowała przekonywać samą siebie.
Mimo starań, na nic to się zdało i nadal było jej smutno. Nieważne, ile nad tym myślała, nie miała żadnego pomysłu, jak mogłaby powrócić na Ziemię ani nawet - gdzie zacząć szukać pomocy. Do jej oczu ponownie napłynęły łzy.
- Nie! Nie będę płakać! Znajdę drogę do domu i wrócę! – krzyknęła ze złości, łapiąc się za głowę, ale słone kropelki i tak spływały jej po twarzy, spadając prosto do jeziora – Na pewno... – dodała już mniej zdecydowanie.
Kiedy Ella walczyła ze sobą i swoimi emocjami, nawet nie zauważyła, że woda w jeziorze zmieniła kolor na szafirowy - od jej łez, a tuż przed nią, nie wiadomo skąd, pojawiły się świecące srebrnym blaskiem kule, które unosiły się tuż nad nią. Było ich tak wiele, że pokrywały całą powierzchnię zbiornika wodnego.
- Nie płacz, moja pani... – Ella usłyszała delikatny kobiecy głos.
Dobiegał on z wnętrza jednej z kul, która była tuż przed nią i zaskoczona przyjrzała się jej dokładniej. Dopiero wtedy zauważyła, że środku unosiła się mała istotka, przypominająca wróżkę. Patrzyła na nią ze zdumieniem, a ona się uśmiechnęła.
- Czemu jesteś tak zaskoczona, pani. Nie rozpoznajesz nas?
- Was? – odparła bez namysłu, podziwiając lśniącą, srebrną sukienkę na istotce wielkości małego ptaka. Jej białe włosy sięgały do kostek, miała też duże niebieskie oczy i szpiczaste uszy, niczym elf. Podobne wróżki znajdowały się w każdej z kul, co również dopiero teraz zauważyła.
- To dość dziwne, zważywszy na to, że byłaś w stanie nas obudzić... - była trochę zawiedziona – Jednak to nieważne, w nagrodę za uwolnienie nas z długowiecznego snu, spełnimy twoje największe życzenie... - jej głos był niezwykle subtelny.
- Spełnicie życzenie? – Ella odpowiadała mechanicznie, nie mogąc uwierzyć w to, co widziała i słyszała – Nie bardzo rozumiem, jak mogłam was przebudzić. Ja nic nie zrobiłam...
- Mylisz się, pani. Wygląda na to, że jesteś nieświadoma swej prawdziwej tożsamości. My zaś my nie możemy ci jej zdradzić. To coś, co musisz odkryć sama. – wyjaśniła jedna z wróżek – A teraz pozwól, że zrealizujemy twe najskrytsze marzenie. – dodała i nagle setki małych istotek zaczęło wirować wokół Elli, która nic nie zrozumiała z tych słów i była zdezorientowana.
- Ale ja jeszcze niczego sobie nie zażyczyłam... – rzekła, nieco przytomniejąc.
- Nie musisz tego robić, wiemy dokładnie, czego pragnie twe serce... – powiedziały chórem, a Ella poczuła, że unosi się w powietrzu, otoczona przez chmarę małych, srebrnych wróżek i gorączkowo myślała, czy nie wpakowała się przypadkiem w jakieś tarapaty...
Mary Dreamson:

Przepraszam z góry za wszelkie błędy i literówki. Miłego czytania. Pozdrawiam ;)
***
Alren nie mógł tej nocy zasnąć. Raz, że warował, by zapewnić śpiącej Elli bezpieczeństwo a dwa – rozmyślania nad nią samą, nie dawały mu spokoju. Zastanawiał się, jak to możliwe, że duch, którym niewątpliwie była, ma ciało i to w dodatku tak doskonałe?
Wiedział oczywiście, że istnieją zaklęcia, które potrafią wykonać materialne „pojemniki”dla dusz. Najczęściej były to przedmioty podobne do urn lub amulety. Taka magia była dość powszechna, zwłaszcza wśród tych magików, którzy nie mogli pogodzić się z czyjąś nagłą śmiercią. Wierzono, że obecność zmarłych w tych amuletach przynosi ukojenie po ich stracie i szczęście. Jednak ciała podobne do zwierzęcych lub ludzkich to co innego. Były bardzo rzadko spotykane, wręcz legendarne. Mogli je bowiem stworzyć tylko najpotężniejsi magowie, których nie było wielu w Egharii.
Wyglądało więc na to, że tak jest w przypadku Elli, ale nawet jeśli, to Alrenowi nadal coś tu nie pasowało. Te, mityczne wręcz, ciała nie przypominały dokładnie oryginałów i istniały przez ściśle określony czas, maksymalnie do pół roku.Poza tym nie potrzebowały ani pożywienia ani napojów. Mało tego - nie oddychały ani nie miały wyczuwalnego pulsu. Wiedział też doskonale, że mimo iż w tych „pojemnikach” znajdowały się prawdziwe dusze, które poruszały się i wyrażały emocje, to nie mogły one nic powiedzieć, bo złamałyby tym pośmiertny pakt milczenia i zostały wysłane za karę w nicość, na całą wieczność. To były więc tylko imitacje osób, napędzane czystą magią, które towarzyszyły tym magom przez krótki czas a potem obracały się w proch. W swoim życiu Alren widział jedno takie ciało, więc był pewny, że się nie myli. Dlatego też miał wątpliwości co do Elli...
Przede wszystkim, w przeciwieństwie do tamtych, mogła mówić. Odczuwała ona głód i pragnienie. Czuł jej oddech i słyszał bicie serca, gdy wtedy do niej podszedł. Jej ciało z zewnątrz niczym się nie różniło od jego i gdyby nie użył swojego szczególnego daru, nigdy by nie powiedział, że Ella jest duszą w imitowanym, magicznym ciele. Nie było mowy o pomyłce, ale nie rozumiał tego w ogóle. Zastanawiał się, kto lub co byłoby na tyle potężne, by stworzyć taką żyjącą materię, klon oryginału? Wtedy sobie przypomniał o szafirowym blasku, który poprzedził przybycie Elli oraz ten, sprzed paru minut i mimowolnie spojrzał na Miryon.
Nagle coś mu zaświtało w umyśle, intuicja podpowiadała najbardziej nieprawdopodobne wyjaśnienie tego fenomenu. Na jego twarzy malowało się więc tym większe przerażenie, im bardziej do niego docierało znaczenie tej myśli. Szybko więc spuścił wzrok, łapiąc się za głowę, która rozbolała go od tego wszystkiego.
- Nie... – szepnął – To niemożliwe. To nie może być to... –usiłował wyprzeć ten pomysł z głowy i sięgnął po butelkę wina, by się napić.
Spojrzał bezradnie na śpiącą Ellę. Westchnął i zastanawiał się, czy to wszystko nie jest tylko snem. Może powinien pójść spać a jak się obudzi, to jej tu nie będzie i tylko pośmieje się z tej nocnej mary. Niestety, nieważne ile razy się szczypał w rękę, zawsze odczuwał ból. To była rzeczywistość. Potem było tylko gorzej, bo bił się z myślami, czy powiedzieć jej jutro, że jest duchem, czy nie. A może ona już wie? W jego głowie rodziły się kolejne, nieznośne pytania, więc sfrustrowany walnął pięścią w ziemię. Zaraz potem wystraszył się, czy jej nie obudził, ale Ella spała jak zabita. W końcu zdecydował, że nie wspomni jej o tym ani słowem i zaczął marzyć o chwili, gdy już rozstaną się w mieście. Miał nadzieję odzyskać wtedy spokój ducha i kontynuować swą podróż.
***
W szpitalu, w którym leżała Ella, od samego rana panował wielki szum. Przyczyną nie był normalny ruch, lecz przypadek cudownego ozdrowienia złotowłosej dziewczyny.
David miał pełne ręce roboty, odkąd tylko przyszedł do pracy. Nie zdążył się jeszcze dobrze zorientować, co się dzieje a już zawołano go na naradę lekarzy. Wyjaśniono mu sytuację i polecono, by zajmował się tylko Ellą. Jego pozostałych pacjentów mieli przejąć koledzy. Ktoś musiał zrobić dokładne badania i bez przerwy ją obserwować, więc uznano, że on będzie się do tego najlepiej nadawał. Nie mając specjalnego wyboru, David zgodził się i mimo szoku, wyruszył do pracy. Zadzwonił tylko szybko do Mary, by ją przed tym wszystkim uprzedzić.
Badania Elli przebiegły całkiem sprawnie, ale ich wyniki przyprawiały o ból głowy nawet najmądrzejszych lekarzy. Nikt nie potrafił racjonalnie wyjaśnić, jakim cudem po jednej nocy, jej ciało było całkowicie zdrowe. Tak samo dziwne było, że w tym stanie nadal była w śpiączce. Ostatecznie nie udało się niczego ustalić i zespół niechętnie przyznał, że nawet jeśli Ella nadal śpi, takie ozdrowienie to cud.
Jakby tego było mało, David musiał cały czas przeganiać gapiów spod szyby do jej sali i zabraniać, by ktokolwiek niepożądany wchodził do środka. W końcu wezwał ochronę, by zadbała o porządek na korytarzu, gdyż zainteresowany był cały tłum pacjentów a nawet personel. Doktor słyszał też, iż plotka o tym zdarzeniu trafiła już do dziennikarzy, więc spodziewał się rychłego nawału reporterów, chcących opisać ten fenomen. Przewidując to wszystko, dokładnie poinformował o faktach dyrektora szpitala, jak tylko przybył, by podjął odpowiednie kroki bezpieczeństwa. Około jedenastej, usiadł zmęczony przy łóżku Elli i podziwiał jej anielską urodę, zastanawiając się, jak to możliwe. Wtedy do sali wpadła Mary i osłupiała na widok swej siostry.
- Czy ja śnię? – gładziła jej złociste włosy oraz nieskazitelną, brzoskwiniową cerę, w zupełnym szoku.
- Jeśli to sen, to wszyscy w tym szpitalu mamy taki sam. – westchnął bezradnie.
- Ale jak to się stało? – nie mogła zrozumieć.
- Wierz mi, Mary. Nie mam pojęcia. Jak żyję, nie widziałem czegoś takiego. Zrobiłem wszystkie badania. Z punktu widzenia medycyny, jej ciało jest całkowicie zdrowe. Jest tylko jedno „ale”. – spojrzał na Ellę i zmarszczył czoło.
- Jakie? – spytała, choć domyślała się odpowiedzi.
- W tym stanie, już dawno powinna się obudzić, ale niestety to pozostało bez zmian. Nadal jest w głębokiej śpiączce. Niestety nie potrafimy wyjaśnić, dlaczego. – stwierdził z ciężkim sercem.
- Jak to? Przecież macie najnowszy sprzęt i najlepszych lekarzy! – ta bezradność ją irytowała.
- Przykro mi - rzekł szczerze - Obawiam się, że przypadek Elli dalece wykracza poza nasze rozumowanie... - zapadła chwila milczenia.
Stanął przed oknem, w którego szybie odbijały się jego smukła twarz, szare oczy i krótkie, brązowe włosy. Zadumał się.
- Może to zabrzmi śmiesznie, ale gdy na nią patrzę, mam wrażenie, że jej dusza jest gdzieś indziej i dopóki nie wróci do ciała, ona się nie obudzi. – wyznał swą osobistą opinię, na temat tego wydarzenia.
- Nie wierzę, że powiedziałeś coś takiego. - Mary była w szoku, słysząc to od lekarza i racjonalisty.
- Ja też. – westchnął i uśmiechnął się, nie bardzo wiedząc, co innego może zrobić.
***
Do zaśnieżonej krainy, zawitał rześki poranek. Promienie Słońca odbijały się we wszechobecnym, białym puchu i obudziły śpiącą Ellę. Zmrużyła oczy, odzwyczajona już od tak silnego światła i zdziwiła się, że niebo jest zielono - niebieskie niczym morze, po czym ostrożnie się podniosła. Czuła wszystkie kości i mięśnie po nocy, spędzonej na twardej ziemi, więc cicho jęczała. Gdy już w pełni oprzytomniała, uświadomiła sobie, gdzie i z kim jest. Gwałtownie zwróciła się ku Alrenowi i spojrzała na niego, kiedy on nie zwracając na nią uwagi, zwijał swoje manatki i gasił ognisko.
- Dzień dobry – rzekła nieśmiało.
- Czy dobry, to się dopiero okaże – burknął – Załóż ten pasek. Nie możesz cały czas trzymać płaszcza. Musisz mieć wolne ręce.
- Dobrze... – posłusznie wykonała jego polecenie, nieco zawiedziona ponownym chłodem w jego głosie.
- Aha, mam też dla ciebie te trzewiki. Znalazłem je w swoich rzeczach. Nie są za ciepłe i na pewno za duże, ale lepsze to, niż gdybyś miała iść boso po śniegu.
- Dziękuję – odparła cicho, mocno zawiązując buty.
- Idziemy. – rzekł krótko i zdecydowanie.
- Tak szybko? – zdziwiła się – Nic nie zjemy?
- A widzisz tu gdzieś śniadanie? Myślisz, że jedzenie spada tu z nieba, jak ty wczoraj? – jego ton był nawet bardziej nieprzyjemny, niż wcześniej.
- Racja... – odparła zaskoczona, że jest, aż tak szorstki. Nie wiedziała, czemu ma wrażenie, że jest znacznie gorzej, niż wczoraj.
- Na co czekasz? – warknął, wybijając ją z zamyślenia, po czym powoli zaczęła za nim iść.
Elli było przykro, że Alren zachowywał się tak, jakby była natrętną muchą, której się chce jak najszybciej pozbyć. Miała nadzieję, że będzie nieco milszy, zwłaszcza, że widziała jeszcze wczoraj jego uśmiech. Żeby o tym dłużej nie myśleć, w czasie marszu, oglądała tutejszą przyrodę.
Jej uwagę przykuły drzewa, które w nocy wydawały się normalne, ale teraz widziała, że znacznie się różniły od tych na Ziemi. Były bardzo wysokie i miały niesamowicie grube pnie, okryte głębokimi bruzdami a ich kora mieniła się ciemnofioletowym kolorem. Pod śniegiem, Ella dostrzegła bardzo dziwne liście, przypominające kryształowe kulki, przyczepione do drzewa. Tak bardzo ciekawiło ją, jak się nazywają, że odważyła się, po długiej przerwie, odezwać do Alrena.
- Co to za gatunek? – wskazała je głową.
- Po co ci to wiedzieć? – zdziwił się.
- Po prostu lubię rośliny – w końcu studiowała na Ziemi botanikę.
- To Heninys. Jedyne drzewa, które rosną tylko przy ujemnej temperaturze. Są magiczne i dlatego mogą przetrwać w takich trudnych warunkach. – postanowił zaspokoić jej ciekawość, gdyż czuł się trochę winny przez swoje zachowanie. Nie potrafił jednak przestać myśleć o tym, co odkrył minionej nocy i ciągle próbował to zrozumieć, co było powodem jego frustracji i złości.
Ella ucieszyła się, że się odezwał i postanowiła pociągnąć go jeszcze za język.
- Do jakiego miasta idziemy? Daleko jeszcze? – spytała z lekkim niepokojem w głosie.
- Coś taka marudna? Maszerujemy dopiero godzinę – Ella posmutniała, bo znów był niemiły – Zmierzamy do Leosu. Z jednym postojem, dotrzemy tam późnym wieczorem, więc uzbrój się w cierpliwość. – ledwie co wypowiedział te słowa a oboje usłyszeli głośne i liczne odgłosy jakiś zwierząt.
Zatrzymali się gwałtownie a Alren instynktownie przyjął postawę obronną i zasłonił zdezorientowaną Ellę. Czuli, że są otoczeni, że się zbliżają, ale ponieważ wszędzie był gęsty las, nic nie widzieli.
- Co to jest? – spytała szeptem, wystraszona dziewczyna.
- Sheny, lodowe wilki – rzekł szybko i bez cienia wątpliwości– Siedź cicho i trzymaj się blisko mnie, zrozumiałaś?
- Ale... – w jej głosie słychać było lęk.
- Żadnych ale! – zdenerwował się i powolutku wyjął cienki i długi miecz z pochwy, przy pasie, który zalśnił w promieniach Słońca.
Ella jeszcze nie widziała takiej twarzy Alrena. Była maksymalne skupiona i śmiertelnie poważna. Będąc blisko niego, czuła jak napina mięśnie a w jego zielonych oczach ujrzała błysk zabójcy. Wyglądał naprawdę przerażająco, ale i niesłychanie atrakcyjnie zarazem.
Nagle usłyszeli przeraźliwe wycie i w jednej chwili zobaczyli całe stado białych wilków, biegnących ze wszystkich stron, prosto na nich.
Dr David Johnson:

Pozdrawiam ;)
***
Ella leżała w bezruchu, na nieznajomym mężczyźnie, patrząc ciągle w jego oczy. Serce biło jej jak szalone, miała przyspieszony oddech i lekko drżała. Była w takim szoku, że nie mogła się ani poruszyć ani cokolwiek powiedzieć. Co to za miejsce? Co to za facet? Co ja tu robię? Pytania tego typu krążyły jej uparcie po głowie i tylko pogłębiały przerażenie dziewczyny.
Tymczasem mężczyzna ochłonął już z pierwszego zaskoczenia. Zmrużył oczy i cicho westchnął. Nie rozumiał całej tej sytuacji, nie miał też zamiaru tak dalej leżeć.
- Hej ty... – usłyszała jego niski głos – Może byś już tak ze mnie zeszła? – dopowiedział po chwili, widząc, że dziewczyna nadal nie ma zamiaru się odsunąć.
- Co? – odparła zaskoczona, przytomniejąc w końcu. Wtedy dopiero poczuła mroźny podmuch wiatru, na swoim obnażonym ciele, i zadrżała, wtulając się niego bardziej, zamiast odejść – Jak zimno...
- No jasne. Zwłaszcza, że masz bardzo odpowiedni strój na zimową pogodę. – zakpił, odpychając ją siłą. Ella wylądowała na ziemi, blisko ogniska a on wstał i otrzepał się ze śniegu, po czym przyglądał jej się bardzo uważnie z góry.
- Jesteś okropny! – zezłościła się, automatycznie zasłaniając rękoma swe piersi i podkurczając nogi.
- Kim jesteś? – udał, że nie słyszał ostatniej uwagi. Wyglądał też na niewzruszonego jej nagością, co ją irytowało i dziwiło zarazem.
- O to samo mogę spytać ciebie – burknęła z mieszanką zakłopotania i złości, pocierając, drżące z zimna, ciało.
Nieznajomy ponownie westchnął i bez słowa zdjął swój czarny płaszcz, którym po chwili owinął dziewczynę. Niespodziewany, ciepły gest z jego strony zaskoczył Ellę. Podziękowała mu cicho i odprowadziła go wzrokiem, gdy wracał na swoje miejsce przy ognisku, już tylko w ciemnozielonej tunice.
Dopiero teraz zauważyła takie szczegóły jego wyglądu, jak czerwona opaska na czole czy srebrny medalion i kolczyki. Nosił też czarne spodnie i wysokie buty.Przekonała się, że jest bardzo wysoki i dobrze zbudowany. Gdy spojrzała na jego rzeczy, które leżały nieopodal, rozpoznała długi miecz, łuk i strzały oraz kilka małych pakunków i pomyślała sobie, że albo jest wojownikiem albo myśliwym albo bandytą. Ten wniosek specjalnie ją nie pocieszył, gdyż pomyślała, że może nie być tak bezpieczna w jego towarzystwie, jak się wydaje.
- Pozwól, że się powtórzę – powiedział bardzo poważnie, przerywając jej analizę sytuacji – Kim jesteś?
- Ella Dreamson – odparła niepewnie i opatuliła się dokładniej– A ty?
- Jestem Alren – rzekł od niechcenia - Pytając, miałem na myśli twoje pochodzenie anie imię. Nawet w tym świecie, nikt normalny nie spada z nieba. – rzekł nieco złośliwie.
- Jak to z nieba? – zdumiała się.
- No co, może jeszcze nie pamiętasz? – spojrzał na nią ze zrezygnowaniem – Zamierzałem właśnie zjeść spokojnie kolację, kiedy oślepił mnie niebieski blask a ty spadłaś na mnie znikąd. Liczę na to, że mi to wyjaśnisz...
- Ja... – zdenerwowała się – Nie wiem. Jestem tak samo zszokowana, jak ty. Pamiętam, że szłam londyńską ulicą a potem... – urwała, usiłując sobie coś przypomnieć – No właśnie nie rozumiem tego, co było później. Miałam jakiś dziwny sen a potem nagle zobaczyłam twoje oczy i... – przerwała, uświadamiając sobie, jak bezsensownie to wszystko brzmi.
- Zaraz, zaraz. Powiedziałaś, że gdzie szłaś?
- Ulicą w Londynie... – odparła zdziwiona, że akurat o to spytał.
- To jakieś miasto? – jego szok się pogłębiał.
- No pewnie – wzięła go za durnia – To przecież stolica Wielkiej Brytanii...
Mężczyzna zamyślił się, patrząc w jasny płomień ogniska a potem spojrzał na nią z pełną powagą.
- Na tym świecie nie ma ani takiego kraju ani miasta...
- K-kpisz sobie? – szeroko otworzyła oczy ze zdumienia, ale jego postawa mówiła jej wyraźnie, że nie żartuje.
- To oznacza tylko jedno. To nie jest twój świat, Ello.
***
Późnym wieczorem, Mary siedziała w sali, przy łóżku swojej siostry. Była w strasznym stanie psychicznym. Kilka godzin temu przekazała rodzicom tą okropną nowinę, przez telefon. To była bardzo trudna rozmowa, więc była wykończona. W dodatku sam widok Elli też nie napawał optymizmem, choć cieszyła się, że jednak żyje. Zastanawiała się, jak to możliwe? Czemu tak się stało? Dlaczego jej kochanej siostrze przydarzyło się coś takiego? Uznała, że to wielce niesprawiedliwe i uroniła kilka kolejnych łez. Gdy tak rozmyślała, usłyszała. że ktoś wszedł do sali i zerknęła, niemal pewna, że zobaczy znów jakąś pielęgniarkę lub lekarza, którzy często tu zaglądali. Jednak kierując wzrok w tamtą stronę, ujrzała, stojącego w osłupieniu, mężczyznę.
Doskonale znała tą niewinną twarz, którą zawsze uważała za niezwykle fałszywą. Miał też nieco długawe, blond włosy i szczupłą sylwetkę, ale ponieważ nie był w jej typie, nie zwracała na to większej uwagi. Patrzyła tylko z gniewem w jego niebieskie oczy i próbowała zapanować nad złością, która się w niej zbierała.
- Co tu robisz, Nick? – rzekła nieprzyjemnym tonem – Czyżbyś sobie przypomniał, że masz tu dziewczynę?
- Witaj Mary, nie złość się. Możemy pogadać o tym później – urwał i podszedł do łóżka - Co z Ellą? – przyglądał się jej z bólem w oczach, gładząc jej dłoń kciukiem.
- Jest w głębokiej śpiączce, nie wiadomo, czy się obudzi ani czy wtedy będzie normalna, to chciałeś usłyszeć? – czuła, że za chwilę nie wytrzyma. Nie znosiła tego typa z całego serca i nie mogła przeboleć, że jej siostra się w nim zakochała.
- To niemożliwe... – przeraził się, wlepiając wzrok w śpiącą Ellę.
- Och nie udawaj takiego kochasia. Niedobrze mi się robi! – zezłościła się Mary i gwałtownie wstała.
- Nie udaję – obruszył się – To okropne! Czemu musiało ją spotkać takie nieszczęście... - zasępił się.
- Dość! Powiedziałam ci już, pamiętasz? – siłą odciągnęła go od łóżka i trzymała za klapy marynarki. Była wściekła.
- Uspokój się. – zaskoczyła go jej agresja.
- Nie ma mowy! Umowa była taka, że nie powiem o tym Elli, tylko wtedy, jeśli zrobisz to osobiście – mówiła prawie przez zęby – Zgodziłeś się, więc ustąpiłam, bo uznałam, że lepiej będzie, jak usłyszy to od ciebie. – dodała z bólem w głosie.
- Wiem, przepraszam, że zwlekałem – odwrócił wzrok.
- Ty to nazywasz zwlekaniem? Miałeś to zrobić ponad 2 miesiące temu – krzyczała – Ale nie, wolałeś uciekać od tego. Spławiałeś ją raz po raz, ciągle odwołując spotkania. Karmiłeś ją głupimi wymówkami a ona biedna tęskniła i cierpiała, mając nadzieję, że znajdziesz w końcu dla niej czas, nieświadoma tego, jaki jesteś naprawdę. – jej oczy były tak pełne gniewu, że budziły coraz większe poczucie winy Nicka – A teraz jest za późno. – ściszyła głos, odeszła od niego i spojrzała na Ellę – Teraz to już nie ma znaczenia.
- Ona się obudzi, na pewno... – rzekł trochę nie na temat, bo zrobiło mu się strasznie za siebie wstyd.
- Wyjdź! – usłyszał nagle głośny rozkaz i spojrzał na nią smutno – Wynoś się i rób co, chcesz. Jesteś teraz wolny. Nie musisz się już nią przejmować, o ile kiedykolwiek tak było.
- Ale... – chciał się bronić, jednak widząc jej spojrzenie, spuścił głowę i cicho wyszedł z sali. Natomiast Mary znów zbierało się na płacz, tym razem - ze złości.
***
Ella wpatrywała się w niego w zupełnym szoku. Nie mogła uwierzyć w to, co właśnie usłyszała, choć rzeczywiście to wszystko od początku było bardzo dziwne.
- Skoro to nie mój świat, to jaki? – to pytanie nasunęło jej się automatycznie.
- To jest Egharia. A dokładnie znajdujemy się w kraju Veolia, na dalekiej północy. – odpowiedział niechętnie, bowiem nie miał zamiaru służyć za przewodnika i gorączkowo myślał, jak by tu się jej pozbyć.
- Nie do wiary. Czyli nie jestem już na Ziemi? – nie wiedziała już, co jest snem a co rzeczywistością – Co ja teraz zrobię? Jak mam wrócić? – pytała przerażona wizją, że może nie zobaczyć już swego domu.
- To już twój problem. – odparł bez zastanowienia.
- Jak możesz? Zostawisz mnie tu samą, na pastwę losu? – była oburzona i bezradna jednocześnie.
- Niezupełnie – dodał po chwili – Rano zaprowadzę cię do najbliższego miasta i wtedy się rozstaniemy. Myślę, że znajdziesz tam kogoś chętnego do pomocy.
- Niby jak? Nie mam pieniędzy ani niczego innego. – tłumaczyła się nerwowo.
- Zdaj się na swój urok osobisty – zaśmiał się przebiegle i puścił jej oczko, po czym zajął się porcjowaniem upieczonego królika – Moja decyzja jest ostateczna, wiec nie próbuj namawiać mnie, bym ci pomógł, bo nie zmienię zdania. – dodał zdecydowanie. Nie potrzebował kobiety do towarzystwa w swej podróży.
Ella spojrzała na niego z wyrzutem, choć rozumiała go trochę. Obca dziewczyna spadła na niego znikąd i żąda pomocy, w dodatku za nic. Westchnęła. Nawet na Ziemi nie ma nic za darmo, czemu tu miałoby być inaczej? Przerażało ją jednak, co nią dalej będzie. Jak sobie poradzi w nieznanym świecie, zupełnie sama, nie mając niczego przy sobie? Zamknęła oczy na chwilę, by się uspokoić a potem spojrzała w górę na nocne niebo, na którym nie było już prawie w ogóle chmur. Zadziwiła ją ilość lśniących tam gwiazd, jednak to nie one zwróciły jej uwagę. Ujrzała bowiem dwa księżyce – jeden mniejszy i srebrzysty, zupełnie jak ten, który dobrze znała a drugi znacznie większy, o pięknym, szafirowym kolorze. Patrzyła na niego z uśmiechem, bo ten widok sprawiał, że robiło jej się cieplej na sercu.
Tymczasem Alren przyglądał się jej uważnie i zastanawiał się, kim jest ta dziewczyna. z jakiego świata przybyła oraz po co. Zaczął się też mimowolnie o nią martwić, co go nieco irytowało.
- Widzę, że są tu dwa księżyce. Są cudowne – rzekła nagle szczerym i niewinnym głosem, który dziwnie go poruszył – Zwłaszcza ten drugi, niebieski... Ma jakąś nazwę? – spytała odruchowo.
Mężczyzna spojrzał w górę a na jego twarzy pojawił się lekki uśmiech. Nie dziwiło go, że przyciągnął on jej uwagę.
- Owszem, to Miryon – zrobił pauzę – Ale najczęściej mówią na niego po prostu - Szafirowy Księżyc. – zamilkł, zaś Ellę coś ukłuło w środku, jakby już gdzieś to słyszała.
Rysunek Alrena:

Witam serdecznie i zapraszam na początek tej historii. Zaczynamy od części zerowej - czyli Wprowadzenia, które w sumie jest dość długie i ma na celu przedstawienie najważniejszych postaci oraz wątków. Mam nadzieję, że się Wam spodoba. Zapraszam ;)
***
Zewsząd dało się słyszeć słodki, kobiecy głos, który odbijał się od pachnących wiosną drzew w pobliskim gaju. Delikatne płatki kwiatów opadały na złociste włosy i brzoskwiniowe ciało dziewczyny, która zwabiona pięknym śpiewem, przechodziła obok. Idąc za pieśnią, skierowała swe kroki ku szerokim, marmurowym schodom, w których odbijały się jasnoniebieskie światła. Gdy podniosła głowę, usiłując dojrzeć ich końca, zobaczyła w oddali wysokie wieże pałacu, spowite poranną mgłą. Jej szafirowe oczy zalśniły z zachwytu i nagle zapragnęła, jak najszybciej dotrzeć na sam szczyt. Pospiesznie pokonywała kolejne stopnie, unosząc nieco długą błękitną suknię. Była już blisko, już prawie na miejscu, aż niespodziewanie usłyszała okropny krzyk i ...
- Co... Co się dzieje? – mruknęła półprzytomnie jasnowłosa dziewczyna, nie otwierając jeszcze oczu. Poruszyła się tylko nieznacznie pod białą kołdrą
- Do jasnej cholery! Jak długo mam cię jeszcze budzić? – ktoś wołał ją głośno, wyraźnie poirytowany – Wiesz, która godzina? 13:20!
- Która?! – oprzytomniała wreszcie.
- Słyszałaś. Witaj w naszym świecie, Ello – zakpiła sobie jej siostra, która dopiero co wróciła z nocki, w jednym z londyńskich szpitali.
- Jak to możliwe? Przecież nastawiłam budzik na 9:00... Bateria siadła? –
z zakłopotaniem się wygramoliła i zabrała za ścielenie lóżka.
- To już nieważne – westchnęła Mary – Jestem padnięta, idę się przespać a ty lepiej zrób zakupy, bo lodówka świeci pustkami.
- Nic dziwnego, skoro tyle jesz... – bąknęła 22 – latka, chowając pościel. Jej siostra spiorunowała ją wzrokiem a potem poszła się położyć. Wiedziała, że Ella zrobi co trzeba.
Około godziny później, złotowłosa dziewczyna szła jedną z licznych, ruchliwych ulic Londynu, obładowana papierowymi torbami. Kupiła już niemały zapas jedzenia i inne potrzebne produkty. Idąc w kierunku kamienicy, w której razem z siostrą wynajmowały mieszkanie, mijała ludzi podnieconych radosną, świąteczną atmosferą tudzież szałem zakupów.
- No tak, to już za 3 dni... – spojrzała na ogromną choinkę, stojącą na placu, przez który przechodziła. – Szkoda, że nie ma ani grama śniegu. Nie będzie białych świąt – pomyślała, kierując się w wąską uliczkę.
Przez głowę przewijało jej się setki rzeczy, które były do zrobienia przed wyjazdem do rodzinnego domu. Trzeba było posprzątać, kupić ostatnie prezenty... W chwili, gdy owe rozmyślanie sięgało już apogeum, Ella usłyszała swój telefon. Gdy zerknęła, kto dzwoni, ogarnęła ją dziwna złość.
- Co tym razem, Nick? – spytała z niepokojem, bowiem ostatnio ilekroć jej chłopak do niej dzwonił, chodziło o odwołanie ich spotkania.
- Ello, kochanie. Wiem, że ci obiecałem, ale nie pójdziemy dziś na kolację. Bardzo cię przepraszam, muszę zostać jeszcze 2 dni w Madrycie. – w jego głosie było słychać nie tyle smutek, co strach, że ona zaraz się wścieknie, w czym było dużo racji.
- Och, doprawdy? – wybuchła – Co ty nie powiesz? Wiesz, ile razy już to słyszałam? Jak nie Madryt to Paryż, jak nie Paryż to Berlin i tak w kółko. Ostatni raz spotkaliśmy się w połowie października, pamiętasz w ogóle? - zrobiła pauzę, zbierając siły, by wykrzyczeć mu wszystko, co jej leżało na sercu.
- Ello, naprawdę przepraszam... – jego głos był coraz bardziej napięty.
- Co mi po twoich przeprosinach? Minęły już 2 miesiące a ty ciągle nie masz dla mnie nawet godziny. W dodatku nie dzwonisz i nie piszesz. Jak wyślesz sms-a raz na tydzień, to jest super – wrzeszczała do telefonu z rozgoryczeniem – A teraz jeszcze się mi mówisz, że znów miałam tylko głupią nadzieję, że tym razem na pewno przylecisz...
- Uspokój się, chyba wiesz, że nie robię tego specjalnie. Naprawdę pracuję. – urwał a w jego głosie słychać było niepewność – Obiecuję, że w święta wszystko sobie odbijemy. Wybacz mi jeszcze ten jeden raz, proszę...
- Zastanowię się – odparła już obojętnie, rozłączając się.
Wszystko się w niej gotowało ze złości, ale tak naprawdę najbardziej ją wkurzała bezradność i to głupie uczucie, które nie pozwalało jej z nim zerwać. Najgorsze, że wiedziała, co robi, wiążąc się z biznesmenem a jednak mimo to, po roku, nadal nie mogła zaakceptować tego, że on ciągle jest w trasie. Zastanawiała się, czy Nick rzeczywiście jest jej księciem z bajki, jak sądziła jeszcze dwanaście miesięcy temu, czy też to ona jest po prostu zbyt samolubna, by z nim być...
Wtedy mimowolnie przypomniała sobie swój dziwny sen o pięknym pałacu i by już nie myśleć o chłopaku, starała się przywołać w pamięci jak najwięcej szczegółów tej nocnej mary. Ponieważ szła tak zamyślona, wkroczyła na pasy, nie zważając na czerwone światło...
Nagle usłyszała głośny pisk opon, dzięki któremu momentalnie oprzytomniała. Ale było już za późno... Jakby w zwolnionym tempie zwróciła się twarzą do źródła dźwięku. Zobaczyła oślepiające reflektory samochodu a zaraz potem - dziwny blask szafirowego światła. To było ostatnie, co dostrzegła, nim odrzucona siłą uderzenia, upadła na jezdnię, koziołkując kilka razy. Liczne zakupy rozprysły się w promieniu kilkudziesięciu metrów. Dało się słyszeć odgłosy paniki wśród świadków zdarzenia, zaraz potem - nawoływania przerażonego kierowcy auta. Ktoś do niej podbiegł, ktoś zemdlał na widok dużej ilości krwi, ktoś dzwonił po karetkę...
Jednocześnie z nieba zaczął sypać błękitny śnieg, który opadał m.in. na ciemny płaszcz kobiety, stojącej za rogiem i przyglądającej się ciału Elli z powagą. Widziała ona błyski nad złotowłosą dziewczyną, niewidoczne dla innych, zwykłych ludzi.
- A więc to byłaś ty... – mruknęła pod nosem, kierując się w przeciwną stronę niż tłum, zainteresowany wypadkiem i jednocześnie zdziwiony nienormalnym kolorem śniegu – Pozdrów ode mnie Miryon... - dodała jeszcze, uśmiechając się do siebie tajemniczo i zniknęła za zakrętem.

